Żadna blaga żadne kłamstwo ... Wspomnienia z warszawskiego getta - Stanisław Adler, Marta Janczewska - ebook

Żadna blaga żadne kłamstwo ... Wspomnienia z warszawskiego getta ebook

Stanisław Adler, Marta Janczewska

0,0
21,35 zł

lub
Opis

„Spala mnie pragnienie jak najszybszego spisania tych wszystkich zdarzeń, których byłem świadkiem w latach wojny, zwłaszcza w ostatnim półroczu. Ogarnia mnie lęk na myśl, że niebezpieczeństwo, które mi zewsząd zagraża, przeszkodzi wykończeniu tej pracy. Nie po raz pierwszy, powodowany tymi pragnieniami, chwytam za pióro. Praca moja, jak dotychczas, to istne przędziwo Penelopy: nie zdążę wykończyć jakiegoś fragmentu, a już losy miotające mną niszczą rękopis. […] odczuwam potrzebę usprawiedliwienia się z tego, że zamiast łomu czy siekiery trzymam teraz w dłoni pióro i że żyję, żyję tu, nie leżę zaś w okopach nierównej walki, czy wprost w jednej ze zbiorowych mogił Żydów warszawskich.” – pisał autor, warszawski adwokat Stanisław Adler, po swojej ucieczce z getta. Wcześniej pracował w jednej z najważniejszych gettowych instytucji: Żydowskiej Służbie Porządkowej (policji żydowskiej) jako jej wysoki funkcjonariusz.

Bogata faktografia, refleksje, oparte na wnikliwych obserwacjach naocznego świadka oraz psychologiczna przenikliwość, z jaką charakteryzuje ludzi i sytuacje sprawiają, że pamiętnik Adlera zasługuje na wyjątkowe miejsce wśród innych tekstów z tamtego okresu.

Raul Hilberg, jeden z najważniejszych badaczy Zagłady, zaliczył wspomnienia Adlera do najbardziej przenikliwych i inspirujących przemyśleń na temat getta, jakie zdarzyło mu się czytać.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 592

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Copyright ‌© for this ‌edition

by Stowarzyszenie Centrum ‌Badań nad Zagładą Żydów ‌Wydanie pierwsze

Redakcja merytoryczna, wprowadzenie ‌i opracowanie przypisów ‌oraz indeksu:

Marta Janczewska

Redaktor prowadzący:

Jakub ‌Petelewicz

Praca naukowa finansowana w ‌ramach programu Ministra Nauki ‌i ‌Szkolnictwa

Wyższego ‌pod nazwą ‌„Narodowy ‌Program Rozwoju Humanistyki”

w latach ‌2014-2017

Stowarzyszenie ‌Centrum Badań nad Zagładą

Żydów ‌ul. Nowy Świat

Preambuła Biblioteki Świadectw Zagłady

Wbrew ‌oczekiwaniom, ‌wbrew potocznym ‌wyobrażeniom, wbrew ‌regułom prawdopodobieństwa pisanych świadectw ‌z czasów Zagłady ocalało ‌dużo. Ci, którzy nadludzkim ‌wysiłkiem ‌podejmowali próbę pisania o ‌katastrofie ‌podczas ‌trwania katastrofy, najczęściej adresowali ‌swoje ‌zapiski ‌„do ‌przyszłego czytelnika”. Chcieli, aby ‌świat ‌ich usłyszał. Nie ‌możemy pozwolić, aby ich ‌świadectwa pozostały nieme ‌– ‌przysypane kurzem ‌archiwów.

BIBLIOTEKA ŚWIADECTW ZAGŁADY ‌zrodziła się z ‌przeświadczenia, ‌iż pomimo ‌różnych inicjatyw edytorskich ‌wciąż ‌zbyt ‌mało tekstów, ‌w stosunku ‌do ‌istniejących ‌zasobów archiwalnych, zostało opublikowanych ‌i ‌udostępnionych ‌czytelnikom. ‌Zbyt ‌mało wobec ‌potrzeb badawczych i ‌czytelniczych zainteresowań, ‌a ‌także wobec obecnych niemal ‌w każdym ocalałym zapisie ‌apeli, ‌nakładających na nas ‌wszystkich ‌moralną ‌powinność lektury.

BIBLIOTEKA ŚWIADECTW ‌ZAGŁADY skupia się ‌na prezentacji dzienników, zapisów ‌pamiętnikarskich, relacji pozostających w ‌kręgu form ‌autobiograficznych i spisywanych ‌hic ‌et ‌nunc, tzn. ‌w gettach bądź w ‌ukryciu poza murami, ‌ale jeszcze w ‌czasie trwania wojny i okupacji. Teksty są publikowane w ich kształcie integralnym, według jednolitych zasad edycji krytycznej. Korzystamy przede wszystkim z zasobów Archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie oraz Archiwum Instytutu Yad Vashem w Jerozolimie.

BIBLIOTEKA ŚWIADECTW ZAGŁADY jest wydawana przez Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów.

Wprowadzenie (Marta Janczewska)

WPROWADZENIE

Prezentowane tu wspomnienia z warszawskiego getta, spisane przez Stanisława Adlera, nie są tekstem nieznanym – od wielu lat funkcjonują jako ważne źródło, na które powołują się historycy epoki. Raul Hilberg, jeden z najwnikliwszych badaczy Zagłady, zaliczył wspomnienia Adlera do najbardziej inspirujących przemyśleń na temat getta, jakie zdarzyło mu się czytać1. Kim był autor tych wspomnień?

Stanisław (Samuel) Adler urodził się 8 lutego 1901 r. w Warszawie w kupieckiej rodzinie Benjamina i Cecylii ze Stückgoldów. Tuż po maturze, którą zdał w maju 1920 r. w warszawskim gimnazjum Jana Kreczmara, wstąpił do Armii Ochotniczej i do końca października przebywał w Krakowie w dowództwie Ochotniczego Batalionu Wartowniczego. Urlopowany z wojska, 2 listopada 1920 r. rozpoczął studia na Wydziale Prawnym Uniwersytetu Warszawskiego; ukończył je z dyplomem magistra praw w 1924 r. Był studentem m.in. profesora Zygmunta Cybichowskiego, którego wspomina w swoich pamiętnikach2. Bezpośrednio po zakończeniu prawa Adler rozpoczął studia na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Warszawskiego i był studentem tego wydziału co najmniej do kwietnia 1927 r., uczęszczając na wykłady profesorów Tadeusza Kotarbińskiego, Władysława Tatarkiewicza i Kazimierza Ajdukiewicza. Jest zatem przedstawicielem pierwszego pokolenia polskiej inteligencji wykształconego w niepodległej Polsce.

Po studiach Adler rozpoczął aplikanturę w kancelarii mecenasa Wacława Brokmana, z którym przyszło mu później współpracować w getcie. W tym czasie udzielał się w samorządzie aplikantów adwokackich. Został m.in. wybrany na prezesa Stowarzyszenia Aplikantów Sądowych i Adwokackich, tj. najstarszego stowarzyszenia tego typu. Organizacja, o charakterze apolitycznym, skupiała członków z obszaru działania całej aplikacji warszawskiej, miała też oddziały w Łodzi i Sosnowcu. Jej celem była obrona praw aplikantów, a w jej ramach działały m.in. komisje naukowa i pośrednictwa pracy3. Adler publikował także wówczas okazjonalnie artykuły i recenzje w czasopismach prawniczych4.

W 1931 r. zdał egzamin adwokacki i został wpisany na listę Okręgowej Izby Adwokackiej w Warszawie. Mieszkał wtedy przy ul. Poznańskiej 38. Jako początkujący adwokat prowadził drobne sprawy z zakresu prawa cywilnego. Podobnie jak w czasach aplikantury działał w adwokackich organizacjach samorządowych, a konkretnie w Stowarzyszeniu Adwokatów, zrzeszającym adwokatów pochodzenia żydowskiego. Jako członek Izby Adwokackiej stał na czele komisji, która z ramienia Stowarzyszenia Adwokatów nadzorowała wybory w Izbie.

Od 1933 r. mieszkał przy ul. Wilczej 47. Wakacje spędzał regularnie u rodziców, którzy przenieśli się do Wolnego Miasta Gdańska, co wiązało się z rozwojem rodzinnych interesów.

Dobrze zapowiadającą się karierę Stanisława Adlera przerwała wojna. Początkowo opuścił Warszawę (na apel płk. Romana Umiastowskiego) i udał się na wschód. Ostatecznie zatrzymał się we Lwowie, gdzie przebywał do wczesnej wiosny 1940 r. W marcu tego roku zdecydował się wrócić do rodzinnego miasta z powodu „spraw osobistych”, jak o tym oględnie pisze we wspomnieniach. Opuszczenie względnie bezpiecznego Lwowa szybko okazało się błędem. Warszawa przytłoczyła Adlera atmosferą niepewności i panującym w mieście terrorem. Jak sam tłumaczy, brakowało mu „paromiesięcznego treningu”, gdy stolica „oswajała się” z łapankami i egzekucjami. W nowej rzeczywistości autor stanął wobec konieczności rozwiązania kwestii bytowych. Chęć zdobycia płatnej posady spowodowała, że odnowił przedwojenną znajomość z adwokatem Bolesławem Rozensztatem, jednym z najbardziej wpływowych radców Rady Żydowskiej. Dzięki Rozensztatowi po kilku miesiącach, w październiku 1940 r., zaoferowano mu pracę w nowo tworzonej Żydowskiej Służbie Porządkowej (SP).

Adler został nie tylko jednym z pierwszych policjantów przyjętych do tej formacji (świadczy o tym m.in. nadany mu bardzo niski numer służbowy – 145), lecz także jako prawnik kształtował jej ramy organizacyjne. Początkowo był członkiem komisji rekrutacyjnej, rozpatrującej kandydatury na policjantów żydowskich, a następnie kierownikiem Wydziału Organizacyjno-Administracyjnego w kierownictwie SP. W praktyce opiniował pod względem prawnym wszelkie projekty Rady Żydowskiej związane z funkcjonowaniem żydowskiej policji. Swoje stanowisko określa jako „radcostwo prawne” SP. Do obowiązków Adlera należało opracowywanie wszelkiego typu regulaminów i instrukcji, a także redakcja „Rozkazu”, tj. okólnika, w którym kierownik SP podawał dane o ruchu służbowym, najważniejsze zadania dla oddziałów etc.

Skrupulatność Adlera i oddanie pracy zostały uwiecznione przez Henryka Nowogródzkiego, autora Sylwetek znakomitych mężów Służby Porządkowej, czyli szopki satyrycznej, napisanej w sierpniu 1941 r. i poświęconej najważniejszym funkcjonariuszom SP:

Do instrukcji aneks,

do aneksu – wkładka,

załącznik i odsyłacz,

rebus czy zagadka?

Nie – to Kancelarii nowy regulamin,

precz ze służby z tym, kto nie pójdzie za nim.

Bo jest tam powiedziane jasno, na papierze,

kto jaki stempel w jakiej porze bierze.

Że kiedy go brzucha chwycą bóle silne,

ma przybić pieczątkę: „wracam, bardzo pilne”.

Mój duch płomienny wciąż pisze i tworzy,

aż wreszcie nocą sen mnie ciężki zmorzy,

a wówczas śni mi się załącznik i aneks,

odsyłacz i wkładka,

krzyżówka dla dorosłych, rebus czy zagadka6.

Swojej wysokiej pozycji zawdzięcza autor gruntowny wgląd w zasady funkcjonowania SP i dobrą znajomość jej urzędników. Kwestiom tym poświęcona jest zasadnicza część jego wspomnień. Przez cały okres pełnienia przez Adlera funkcji policjanta żydowskiego jego działalność ograniczała się do czynności biurowych, nie sprawował zaś nigdy bezpośrednio służby na ulicach getta.

W lutym 1942 r. Adler opuścił szeregi SP i został urzędnikiem w innym wydziale Rady Żydowskiej, a mianowicie w Biurze Kwaterunkowym, odpowiedzialnym za przydział mieszkań w warszawskim getcie, w tym za rozlokowanie dziesiątków tysięcy napływających do stolicy uchodźców i przesiedleńców. Funkcję kierownika tego wydziału pełnił aż do chwili, gdy opuścił getto.

Wiosną 1942 r. Adler został wykładowcą na konspiracyjnych kursach prawa, zorganizowanych przez Mieczysława Ettingera w porozumieniu z władzami Uniwersytetu Warszawskiego. W zamierzeniu miały być to studia prawnicze, których absolwenci po wojnie zostaliby formalnie uznani za absolwentów prawa. Ettingerowi udało się zebrać doborowy zespół wykładowców, w tym Szymona Rundsteina7. Zajęcia trwały jednak krótko – po kilkunastu tygodniach, w lipcu 1942 r., zostały przerwane przez akcję eksterminacyjną. Antoni Marianowicz, student tych kursów, wspominał po latach Adlera jako „uroczego człowieka i świetnego nauczyciela”8.

Adler przebywał w getcie, otoczony przez rodzinę, która stanowiła dla niego oparcie. O rodzicach, siostrze ze szwagrem i dwoma siostrzeńcami oraz o bracie napisze: „stanowiliśmy gospodarczą całość”. Niezwykle ważną rolę odgrywała w jego życiu lekarka Ludmiła Zeldowicz, nazywana przez przyjaciół Lolą, z którą los połączył go po jego powrocie ze Lwowa. Ludmiła pozostawała dla Adlera najbliższą osobą i stanowiła dla niego oparcie w najtrudniejszych chwilach. Adler miał też stały krąg przyjaciół w swojej kamienicy przy Siennej 30 (krótki opis towarzyskiego życia w kamienicy należy do najbarwniejszych w książce), a także należał do kółka dyskusyjnego, gromadzącego takich przedstawicieli gettowej inteligencji, jak wybitny epidemiolog Ludwik Hirszfeld. Pewna praca, ożywione życie towarzyskie, w miarę stabilna sytuacja materialna, a nade wszystko silne związki rodzinne i relacja z Lolą Zeldowicz powodowały, że autor dość dobrze znosił gettową izolację, co więcej, mógł wskazać na paradoks swojego życia w getcie: „Gdy dziś z perspektywy paru lat badam ówczesne moje nastroje, nie mogę wyjść z podziwu, jak w obliczu rozgrywającej się tuż obok tak okropnej tragedii mogłem zachować nie tylko pogodę ducha, ale nawet radość życia”.

To w miarę ustabilizowane życie w lipcu 1942 r. brutalnie przerwała akcja eksterminacyjna. 15 sierpnia został wywieziony do Treblinki brat autora Maurycy (Mieczysław), we wrześniu w tzw. kotle zginęli rodzice9. W Stanisławie i Ludmile dojrzewała myśl o ucieczce z getta. Ostatecznie opuścili je razem 24 stycznia 1943 r., tuż po tzw. akcji styczniowej, której dramatyczny przebieg opisał autor w rozdziale „Cztery dni”. Ostatnim gestem Adlera przed opuszczeniem getta było oficjalne zwolnienie się z pracy, po upewnieniu się w rozmowie z przewodniczącym Rady Żydowskiej, że nie jest już potrzebny na stanowisku kierownika Biura Kwaterunkowego.

Pierwszą przystanią uciekinierów było mieszkanie przy ul. Bonifraterskiej, należące do Władysława Jakimowicza – przyjaciela Loli10. Stamtąd zostali szybko wyekspediowani do mieszkania działaczy komunistycznych Henryka i Haliny Kotlickich11, po kilku dniach przenieśli się na Saską Kępę do mieszkania pisarza Zenona Skierskiego12. Tam Stanisław Adler, pod wpływem informacji o powstaniu w getcie i obserwując dymy nad płonącą dzielnicą, zaczął spisywać wspomnienia. Jak relacjonowała Ludmiła Zeldowicz, notował całymi dniami, owładnięty wewnętrznym przymusem, który nakazywał mu spisać to, co zapamiętał z życia w getcie, jako ostrzeżenie i świadectwo dla przyszłych pokoleń13.

Gdy kryjówka na Saskiej Kępie została zadenuncjowana i w mieszkaniu pojawili się uzbrojeni szantażyści, których na szczęście udało się przekupić, uciekinierzy szukali ratunku w Aninie u byłej pacjentki Ludmiły – Zofii Jaśkiewicz-Gałeckiej, mieszkającej razem z siostrą Marią, bratem Kazimierzem i córką Ireną. W ich domu ukrywali się aż do chwili wyzwolenia przez Armię Czerwoną. Ponieważ dom Jaśkiewiczów stał naprzeciwko posterunku niemieckiej żandarmerii, dla Loli i Stanisława przygotowano specjalną skrytkę na strychu, do której wchodzili, gdy w pobliżu domu działo się coś niepokojącego. Po latach Ludmiła Zeldowicz opowiadała, że stosunek gospodarzy do nich oraz warunki bytowe były wspaniałe14. Ukrywający się byli wspomagani finansowo przez Żydowski Komitet Narodowy – oboje znajdowali się na tzw. liście Adolfa Bermana15.

Ludmiła Zeldowicz utrzymywała serdeczne kontakty z rodziną Jaśkiewiczów aż do lat osiemdziesiątych. Na jej wniosek 24 listopada 1983 r. Instytut Yad Vashem przyznał Zofii Jaśkiewicz-Gałeckiej tytuł Sprawiedliwej wśród Narodów Świata16.

Gdy zbliżał się front, Stanisław i Lola zdecydowali, że pozostaną w swojej kryjówce aż do wkroczenia Armii Czerwonej. Po ucieczce gospodarzy pozostali sami w skrytce na strychu z niewielkimi zapasami żywności i wody oraz dwiema porcjami cyjanku. Krwawe walki, rozgrywające się na ulicach Anina od 10 do 15 września 1944 r., zakończyły się oswobodzeniem Anina przez oddziały Armii Czerwonej i oddziały 1 Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki. Gdy po kilku dniach strasznych odgłosów artyleryjskich Stanisław i Ludmiła wyszli z kryjówki, zobaczyli spalone i opustoszałe miasteczko. Pierwszym człowiekiem, którego spotkali, był ich dobry przyjaciel, warszawski adwokat Leon Kanel, w mundurze polskiego żołnierza.

Ludmiła i Stanisław podjęli decyzję o wyjeździe do Lublina, gdzie ich drogi rozeszły się na ponad rok. Adler wszedł do zespołu doradców sformowanego w tym mieście rządu tymczasowego. Ludmiła została zmobilizowana do wojska i jako lekarka neurolożka pracowała w szpitalach wojskowych. Para spotkała się ponownie w Warszawie jesienią 1945 r. Ludmiła powróciła do swego przedwojennego zajęcia – wykładowczyni na Wydziale Neurologii Uniwersytetu Warszawskiego. Adler został wicedyrektorem departamentu prawnego rządu17, zaoferowano mu także pracę na Wydziale Prawa UW. Ponowne spotkanie z Ludmiłą i rozwój kariery zawodowej nie przesłonił największej rany Adlera – był jedynym ocalałym z rodziny18, jednym z niewielu, którym udało się ujść Zagłady. Podczas gdy w Ludmile wzrastała gotowość do emigracji, Stanisław się wahał – nie czuł się na siłach wypuścić na wielomiesięczną poniewierkę, nie wyobrażał sobie, że mógłby praktykować swój zawód w innym języku niż polski. Decyzję Loli o emigracji przypieczętowała wiadomość, że jej mąż, o którym nie miała przez kilka lat żadnych wieści, żyje i jest w Londynie19. Ludmiła postanowiła odnowić małżeńską relację i dołączyć do męża20. Odprowadzając ją na dworzec w pierwszych dniach maja 1946 r., Adler wręczył przyjaciółce manuskrypt swoich wspomnień.

Utrata najbliższej osoby, świadomość śmierci żydowskiego świata w Polsce i rozmiarów tej tragedii, niepewność przyszłości, a także wszechobecny antysemityzm, którego z Polski nie wykorzeniła nawet żydowska tragedia, powodowały postępujące przygnębienie autora. Gdy przebywał na krótkich wakacjach w Cieplicach, dotarła do niego wieść o pogromie kieleckim (4 lipca 1946 r.). Adler natychmiast zdecydował o powrocie do Warszawy, gdzie 11 lipca 1946 r. w swoim mieszkaniu przy ul. Polnej popełnił samobójstwo.

Został pochowany na cmentarzu Powązkowskim, grób obecnie nie istnieje.

Tekst wspomnień Stanisława Adlera także doświadczył burzliwych losów. Autor powierzył swe zapisane zeszyty Ludmile Zeldowicz, ta zaś zabrała je ze sobą do Londynu i Kanady. Staraniem Ludmiły (i w jej opracowaniu oraz z jej znacznym finansowym udziałem) tekst ukazał się w tłumaczeniu na język angielski w 1982 r.21 Dzięki temu tłumaczeniu zapiski Adlera weszły do kanonu wspomnień z warszawskiego getta i funkcjonowały przez 35 lat jako ważne źródło.

Same zeszyty zostały przekazane przez Zeldowicz do Archiwum Yad Vashem, gdzie w niewyjaśnionych okolicznościach zaginęły na wiele lat. Wydawało się, że polski oryginał wspomnień Adlera bezpowrotnie przepadł. Dopiero kilka lat temu szczęśliwy traf sprawił, że oryginalny polski tekst został odnaleziony wśród nieuporządkowanych materiałów archiwalnych Yad Vashem. Dzięki temu możemy dziś zaprezentować polskim czytelnikom tekst wspomnień Stanisława Adlera w oryginalnym brzmieniu.

Wspomnienia Stanisława Adlera to forma hybrydyczna – składają się z pięciu części, pisanych w czasie ukrywania się po stronie aryjskiej, a prawdopodobnie także tuż po wojnie. Trzy z tych części, ponumerowane przez autora (części I, II, IIl), nie sprawiają wrażenia zakończonych całości. Jak dowiadujemy się z tekstu, Adler sporządzał notatki ze swych wojennych przeżyć systematycznie i równie regularnie je tracił. Wspomina o notatkach z września 1939 r., które przepadły w czasie ucieczki na wschód; zrekonstruowane zapiski z tego okresu utracił w czasie przeprowadzki do getta. W dzielnicy zamkniętej kontynuował prowadzenie notatek, które przepadły z kolei w czasie ucieczki na aryjską stronę. Jak sam pisze, był „zmuszony pozostawić wilkom na pożarcie” zapisane na gorąco obrazy z czasu wielkiej akcji eksterminacyjnej.

Okoliczności, w jakich powstawały (i ginęły) zapiski, zdecydowały o ich kształcie. Zamkniętą całość stanowią jedynie „Cztery dni”. Autor wraca w nich wspomnieniami do kilku dni akcji styczniowej i swojej ucieczki z getta. To także ta część wspomnień, która spisana w lutym 1943 r., została następnie przepisana na maszynie, zapewne przez samego Adlera po wojnie, i nosi ślady odręcznych uzupełnień oraz odautorskiej redakcji. Pozostała część wspomnień ma charakter nieuporządkowanego rękopisu, pełnego skreśleń i poprawek, sporządzonego w dwóch grubych brulionach i będącego właściwie zbiorem rozbudowanych szkiców. Uważny czytelnik spostrzeże, że tekst musiał powstawać co najmniej w dwóch podejściach – autor powraca do tych samych tematów dwukrotnie, perseweruje wśród motywów, uzupełniając je o drobne detale. Jednocześnie we wspomnieniach nie znajdziemy całych obszarów tematycznych związanych z istotnymi etapami życia autora. Na przykład Adler jedynie w niewielkiej części zrekonstruował notatki dotyczące wielkiej akcji eksterminacyjnej w lipcu 1942 r. Wielkim nieobecnym tematem jest codzienna praca urzędnicza w Biurze Kwaterunkowym Rady Żydowskiej. Trudno zdecydować, czy autor pewnych zagadnień nie mógł już unieść psychicznie (akcja lipcowa) i nie podołał wyzwaniu, jakim było ponowne zmierzenie się z tematem, czy też po prostu zabrakło mu czasu, by swoje wspomnienia dokończyć. Dysproporcję między zamierzeniami pisarskimi Adlera a ich realizacją pokazują notatki autora o charakterze planowanego spisu treści (nazwane przez autora „Planami”), dołączone do publikowanej książki.

Język wspomnień jest staranny i elegancki, zdystansowany, skrywający emocje, a miejscami nawet suchy i urzędniczy, pasujący do przedmiotu opisu. Najjaskrawiej talent pisarski Adlera objawia się w „Czterech dniach”, które mają charakter najbardziej osobisty, są niezwykle dramatyczną i zdynamizowaną relacją z ukrywania się w czasie akcji styczniowej i z brawurowej ucieczki z getta.

„Spala mnie pragnienie jak najszybszego spisania tych wszystkich zdarzeń, których byłem świadkiem w latach wojny, zwłaszcza w ostatnim półroczu. Ogarnia mnie lęk na myśl, że niebezpieczeństwo, które mi zewsząd zagraża, przeszkodzi wykończeniu tej pracy. Nie po raz pierwszy, powodowany tymi pragnieniami, chwytam za pióro. Praca moja, jak dotychczas, to istne przędziwo Penelopy: nie zdążę wykończyć jakiegoś fragmentu, a już losy miotające mną niszczą rękopis. [...] odczuwam potrzebę usprawiedliwienia się z tego, że zamiast łomu czy siekiery trzymam teraz w dłoni pióro i że żyję, żyję tu, nie leżę zaś w okopach nierównej walki czy wprost w jednej ze zbiorowych mogił Żydów warszawskich” – napisze Adler, patrząc z praskiego brzegu na płonące getto22.

Danie świadectwa o tym, czego się doświadczyło, to dla autora podstawowa motywacja pisania i usprawiedliwienie własnego ocalenia. Pisanie staje się ekwiwalentem oporu zbrojnego, a pióro – orężem w walce z Niemcami. Dlatego też maksymalna wierność faktom jest warunkiem zaistnienia tekstu. „Nie śmie z tych kart świadomie wyjść żadna blaga, żadne kłamstwo. Wystawiam się więc na razy przyszłych krytyków” – zapewnia Adler, pokazując złożoność sytuacji w getcie, dylematy i paradoksy tamtego świata.

Głównym tematem wspomnień jest praca w Służbie Porządkowej. Tworzenie tej formacji w listopadzie 1940 r., a następnie opis codziennej policyjnej praktyki wypełnia karty zapisków Adlera. Pod tym względem książka jest podobna do wspomnień jego biurowego kolegi Stanisława Gombińskiego, które ukazały się drukiem w tej samej serii23. Obaj prawnicy znaleźli zatrudnienie w Kierownictwie Służby Porządkowej. Zarówno Gombiński, jak i Adler patrzą na getto oraz na działalność SP z punktu widzenia wysokich policyjnych funkcjonariuszy, skupiają się na zasadach funkcjonowania formacji policyjnej, na charakterystyce swoich kolegów policjantów. Bogata faktografia, refleksje oparte na wnikliwych obserwacjach naocznego świadka, psychologiczna przenikliwość, z jaką charakteryzuje kolegów, oraz precyzja wysłowienia sprawiają, że wspomnienia Adlera zasługują na wyjątkowe miejsce wśród innych tekstów z tamtego okresu. Praca w samym centrum jednego z najważniejszych gettowych urzędów dostarcza unikatowej wiedzy i pozwala na obserwacje niedostępne z innego punktu widzenia. Dzięki temu czytelnik wspomnień Adlera może śledzić zakulisowe działania koterii Józefa Szeryńskiego, poznaje najważniejsze miejsca szmuglu żywności do getta, stosunki między polskimi a żydowskimi policjantami etc.

Jednocześnie postawę Stanisława Adlera charakteryzuje pewien paradoks. Autor wyraźnie i konsekwentnie podkreśla swoją niechęć do Służby Porządkowej, jak sam wyzna – nienawidzi „szczerze i instynktownie policji” („Ustosunkowałem się kpiarsko do tego wszystkiego, co w moich oczach uchodzić mogło za objaw niewyżytych instynktów militarnych i władczych” – napisze dalej). Nie bierze udziału w łapankach do obozów pracy, sabotuje powstanie sądu dyscyplinarnego dla funkcjonariuszy SP, ponieważ w zamiarze kierownictwa miał on być pozbawiony kontroli społecznej i zależny tylko od Szeryńskiego.

Działalność rad żydowskich, a zwłaszcza żydowskiej policji (która była jednym z wydziałów rady), jest z pewnością jednym z najbardziej kontrowersyjnych zagadnień z okresu okupacji. Działalność ta budziła powszechną niechęć społeczeństwa żydowskiego w czasie wojny (oraz była surowo oceniana po jej zakończeniu), szczególne potępienie zaś wywołał współudział SP w doprowadzaniu mieszkańców getta na place zborne w czasie akcji likwidacyjnych (rzecz dotyczy zarówno Warszawy, jak i wielu innych gett). Jeszcze przed akcjami eksterminacyjnymi oburzenie budziły powszechnie występujące w SP korupcja, nieudolność, dygnitarstwo. Wszystkie te zarzuty podnosi także Adler, sytuując się mentalnie na zewnątrz formacji i określając jako „reprezentant czynnika obywatelskiego”. Zewnętrznym wyrazem tego dystansu jest ostentacyjne nienoszenie przez niego policyjnej czapki, która stała się gwarantem nietykalności oraz symbolem statusu, z jakim wiązało się bycie policjantem. Jednocześnie autor zdaje się głęboko przejęty swoim zadaniem – tworzeniem norm prawnych ujmujących działalność SP oraz formułowaniem opinii prawniczych dotyczących relacji policji i warszawskiej Rady Żydowskiej. To bodajże najbardziej charakterystyczna cecha wspomnień Adlera – konsekwentne przyjmowanie prawniczego punktu widzenia.

Dla Adlera – prawnika z krwi i kości – getto to szczególnego rodzaju poligon doświadczalny. Nazywa dzielnicę zamkniętą obozem koncentracyjnym, ale bada zasady i „normalność” jego działania oraz możliwości zastosowania przedwojennego prawa do niezwykłych, odmiennych warunków życia. Jaką miarę prawniczą przyłożyć do kradnących z głodu dzieci? Według jakich zasad karać dyscyplinarnie nadużywającego władzy policjanta żydowskiego, by nie wyszły na jaw inne jego przestępstwa, które musiałyby zostać osądzone przez sąd niemiecki? W jakim zakresie pobieranie przez policjantów opłat za wpuszczanie szmuglu do getta łamie statut SP i powinno być napiętnowane? Czy zgodne z prawem są sposoby wymuszania na bogatych mieszkańcach getta opłat na cele społeczne?

Za wysiłkami, by nadać zasadom gettowego współżycia normy prawne (w zakresie, jaki leżał w jego kompetencjach), kryje się coś więcej niż tylko chęć rzetelnego wypełniania obowiązków biurowych. Prawo stanowione to przejaw kultury i zdobycz cywilizacji. Adler odkrywa, że Niemcom zależy, by Rada Żydowska nie miała prawnych podstaw działania („Niemcy, jak już zaznaczyłem, konsekwentnie przestrzegali zasady: Rada Żydowska może działać przy pomocy siły fizycznej jako emanacja Żydów pozbawionych praw, a co za tym idzie twór pozaprawny może stosować faktycznie przymus, ale nie może wyznaczać uprawnień i obowiązków”). Nakładanie na chaotyczną rzeczywistość norm prawnych to walka autora, by przeciwstawić się światu przemocy i chaosu, by nadać mu przewidywalność. Trzymanie się litery prawa (a chociażby tylko rozważanie jej potrzeby) to odpowiedź na powszechne bezprawie narzucone przez Niemców, to bastion autora, dający mu złudzenie panowania nad sytuacją – kruche normy, które z uporem produkuje lub tylko rozważa (często przy dezaprobacie kolegów), są szańcem normalności, rozumianej jako wierność tradycyjnemu, nienazistowskiemu porządkowi prawnemu i społecznemu.

Kiedy autor opracowuje zasady sporządzenia specjalnego albumu, w którym przechowywane byłyby zdjęcia osób zmarłych niewiadomego nazwiska (aby umożliwić ich późniejszą ewentualną identyfikację), czy też chce wprowadzenia zasady, by przy pozostawionym na noc na ulicy trupie wystawiać światło, reguły te mają za zadanie przywrócić elementarny szacunek należny zwłokom, tak charakterystyczny dla cywilizacji zachodniej. Mimo że z perspektywy czasu autor dystansuje się od tych pomysłów jako niemożliwych do realizacji („śmieszą mnie niektóre moje posunięcia” – napisze), świadczą one o tym, jak postrzegał swoją rolę.

Jednocześnie Adler jest w tym samym stopniu idealistą co i prawniczym realistą – prawo powinno być tak dostosowane do warunków, aby można było je egzekwować i nie stało się martwą literą: „Od pierwszej chwili byłem zdania, iż należy stworzyć zupełnie nowy system norm, przystosowany do wytworzonych warunków, aby zadośćuczynić potrzebom chwili. Kanony przedwojennego życia prawnego należy rzucić do lamusa, o ile nie odpowiadają aktualnym potrzebom” – stwierdzi. Autor przyznaje, że mylił się, m.in. tępiąc policyjne „pule” (pieniądze pochodzące ze szmuglu lub z łapówek, dzielone po równo przez policjantów z jednego oddziału), z perspektywy czasu krytycznie ocenia swoje „purytańskie stanowisko”.

We wspomnieniach Adlera pobrzmiewają tematy podejmowane na wieczorkach dyskusyjnych dla grupy gettowej inteligencji, w których brał udział (podobne refleksje charakterystyczne są także dla wspomnień Gombińskiego, innego uczestnika tych spotkań) – krytyka „liberalizmu gospodarczego” Rady Żydowskiej, konieczność systemowej przebudowy opieki społecznej, która powinna odejść od tradycyjnych wzorców „dobroczynności” na rzecz nowoczesnego systemu moderowanego przez „państwo” (Radę Żydowską). Gdy w gronie policyjnym rozważano dopuszczalność udziału SP w brankach do obozów pracy, autor przedstawił swoje bezkompromisowe stanowisko: „Większość stanęła na stanowisku, że należy ugiąć się przed wolą wszechpotężnego okupanta, nieliczni jednak, w ich liczbie ja sam, stali na stanowisku, że raczej należy dopuścić do rzezi, aniżeli własnoręcznie wykonać żądania Niemców” – zapewniał autor na długo przed tym, jak SP była zmuszona wziąć udział w akcjach likwidacyjnych.

Autor wraca do tych refleksji z perspektywy czasu, gdy wie już, że struktury, które budował, stały się mimowolnym narzędziem eksterminacji w niemieckich rękach, gdy przekonał się, że żaden wysiłek społeczny nie mógłby uratować społeczeństwa getta przed śmiercią.

* * *

„Żadna blaga, żadne kłamstwo...” Stanisława Adlera przynosi nam szeroką panoramę życia w warszawskim getcie. Nie wszystkie zagadnienia poruszane przez autora można było w sposób wyczerpujący przedstawić w przypisach. Warszawskie getto doczekało się kilku opracowań, z pionierską pracą Ruty Sakowskiej czy fundamentalnym Przewodnikiem Barbary Engelking i Jacka Leociaka24 na czele. W książkach tych znajdzie czytelnik szerszy kontekst opisywanych przez Adlera tematów i uzupełnienie poruszanych kwestii. Jako opracowania szczegółowe dotyczące działalności warszawskiej Służby Porządkowej należy wymienić książki Katarzyny Person i Aldony Podolskiej25.

Marta Janczewska

1 Raul Hilberg, The Development of Holocaust Research: A Personel Overview, „Yad Vashem Studies” 2007, t. 35, nr 2; idem, Incompleteness in Holocaust Historiography [w:] The Grey Zones: Ambiguity and Compromise in the Holocaust and the Aftermath, red. Jonathan Petropoulos, John K. Roth, New York-Oxford: Berghahn Books, 2005.

2 Informacje o tym okresie życia autora na podstawie teczki osobowej studenta Samuela Adlera w archiwum Uniwersytetu Warszawskiego (sygn. RP 7002).

3 Adam Redzik, Tomasz J. Kotliński, Historia adwokatury, Warszawa: Naczelna Rada Adwokacka, Ośrodek Badawczy Adwokatury im. Witolda Bayera i Redakcja „Palestry”, 2012, s. 222.

4 Zob. np. recenzja Samuela Adlera w „Gazecie Sądowej Warszawskiej” 1928, nr 31.

5 Wykaz imienny funkcjonariuszy Służby Porządkowej w: Archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego, Rada Żydowska w Warszawie, 221/15.

6 Cyt. za: Henryk Nowogródzki, Józef Leon Fels, Sylwetki znakomitych mężów Służby Porządkowej [w:] Archiwum Ringelbluma. Konspiracyjne Archiwum Getta Warszawy, t. 26: Utwory literackie, oprac. Agnieszka Żółkiewska, Marek Tuszewicki, Warszawa: ŻIH, 2017, s. 150.

7 Szymon Rundstein (1876-1942), prawnik, adwokat, radca MSZ, polski delegat na konferencję pokojową w Paryżu (1919), z ramienia Polski brał udział w rokowaniach w Berlinie, Mińsku i Rydze (1921). Autor licznych prac z zakresu prawa międzynarodowego i cywilnego. W czasie drugiej wojny światowej znalazł się w warszawskim getcie. W sierpniu 1942 r. został wraz z żoną, córką i wnuczką wywieziony do obozu zagłady w Treblince.

8 Antoni Marianowicz, Antoni Bojańczyk, Sądy wolności, „Palestra” 1996, nr 40.

9 Archiwum Państwowe w Warszawie, Sąd Grodzki w Warszawie, Akta w sprawie cywilnej Stanisława Adlera o uznanie Maurycego Adlera za zmarłego (sygn. 655/111/1/264); Akta w sprawie cywilnej Stanisława Adlera o uznanie Benjamina Adlera za zmarłego (sygn. 655/ iii/1/265). Wśród akt o uznanie za zmarłego znajduje się także sprawa założona przez Ludmiłę Zeldowicz o uznanie za zmarłego jej brata Józefa Fiszhauta (sygn. 665/111/1/266), podporucznika rezerwy, magistra farmacji, który w czasie kampanii wrześniowej trafił do niewoli radzieckiej i został zamordowany w Katyniu. Drugi brat Loli, Stanisław Fiszhaut, był mieszkańcem warszawskiego getta. Schwytany w czasie tzw. akcji styczniowej, zdołał uciec z wagonu jadącego do obozu zagłady. Przeżył po stronie aryjskiej.

10 Władysław Jakimowicz (1904-1972), lekarz neurolog, członek Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego (TLW) od 1933 r.; w czasie powstania warszawskiego był lekarzem w szpitalu św. Jana Bożego oraz w szpitalu przy ul. Długiej (zob. Halina Bojczuk, Lekarze – członkowie TLW, uczestnicy Powstania Warszawskiego, „Pamiętnik TLW 2014). Od 1945 r. wykładowca w Akademii Lekarskiej w Gdańsku (później Gdański Uniwersytet Medyczny). Autor podręczników akademickich z zakresu neurologii.

11 Henryk (Hirsz) Kotlicki (1904-1985), działacz komunistyczny, od 1928 r. członek Komunistycznej Partii Polski. Po wybuchu wojny uciekł na wschód, w styczniu 1942 r. powrócił do Warszawy, gdzie wstąpił do nowo powstałej PPR. Był łącznikiem między Komitetem Warszawskim PPR a Komitetem Dzielnicowym partii w getcie. Przyniósł do getta rewolwer, który posłużył w zamachu na Szeryńskiego. W jego mieszkaniu ukrywało się wielu żydowskich działaczy podziemnych. W czasie ukrywania Adlera Kotlicki pełnił funkcję kierownika działu informacji Komitetu Warszawskiego PPR. Od sierpnia 1944 r. naczelnik Wydziału Finansowego Państwowego Urzędu Repatriacyjnego. W PRL urzędnik państwowy, m.in. dyrektor generalny w Ministerstwie Finansów (1954-1968). Zmarł w Warszawie.

12 Zenon Skierski (1908-1961), pisarz. Debiutował w 1931 r. na łamach „Wiadomości Literackich. Od 1937 r. redaktor Polskiego Radia. W czasie okupacji redaktor konspiracyjnego wydawnictwa Oficyna Polska. Brał udział w powstaniu warszawskim. Po wojnie opublikował kilka powieści i zbiorów opowiadań.

13 Pogettowe losy Ludmiły i Stanisława streszczam w przeważającej większości na podstawie: Ludmila „Lola” Zeldowicz, Personal Notes of Stanisław Adler [w:] Stanislaw Adler, In the Warsaw Ghetto 1940-1943. An Account of a Witness. The Memoirs of Stanisław Adler, tłum. Sara Chmielewska Philip, Jerusalem: Yad Vashem, 1982.

14  Z listu Ludmiły Zeldowicz do Wydziału Sprawiedliwych w Instytucie Yad Vashem z 21 kwietnia 1983 r. Archiwum Yad Vashem, Files of the Department for the Righteous Among the Nations, m.31/2657 (1454a), Teczka osobowa Zofii Jaśkiewicz-Gałeckiej. Teczka zawierająca korespondencję Ludmiły Zeldowicz z Wydziałem Sprawiedliwych w Yad Vashem ma charakter bardzo oględny i dotyczy spraw formalnych, nadawczyni nie ujęła w niej szczegółów dotyczących ukrywania się w Aninie.

15 Beit Lochamej ha-Getaot (Archiwum Kibucu Bojowników Gett), Kolekcja Adolfa Bermana, 6212, List of welfare aid recipients (IX).

16The Encyclopedia of the Righteous Among the Nations. Rescuers of Jews during the Holocaust in Poland, red. Israel Gutman, Sara Bender, Shmuel Krakowski, Jerusalem: Yad Vashem, 2004; wyd. polskie Księga Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. Ratujący Żydów podczas Holocaustu. Polska, red. Dariusz Libionka, Robert Kuwałek, Adam Kopciowski, Kraków: Instytut Studiów Strategicznych, 2009, t. 1, s. 175.

17 Zapewne z tamtego okresu wywodzi się znajomość Adlera z prokuratorem Stanisławem Piotrowskim, późniejszym polskim wysłannikiem na proces norymberski, który zadedykował Adlerowi swoją książkę Misja Odilo Globocnika. Sprawozdania o wynikach finansowych zagłady Żydów Polsce (Warszawa: PIW, 1949).

18 Także siostra Stanisława Maryla i jej mąż Władysław Szapiro zginęli w czasie wojny, rozstrzelani po aryjskiej stronie (brak bliższych danych na temat okoliczności ich śmierci). Losu ich synów nie udało się ustalić. Informacje pochodzą z formularzy Centralnej Bazy Danych Ofiar Zagłady (Central Database of Shoah Victims) Yad Vashem, www.yadvashem.org. Baza powstała na podstawie informacji dostarczanych przez rodziny Żydów zamordowanych w Holokauście. Małżeństwo Szapirów zgłosiła i wypełniła ich formularze osobowe Ludmiła Zeldowicz.

19 Lekarz Henryk Zeldowicz (1906-1989) poślubił Ludmiłę Fiszhaut w 1932 r. We wrześniu 1939 r. opuścił Warszawę i udał się na wschód. Przeszedł szlak bojowy z armią Andersa.

20 Ostatecznie Zeldowiczowie osiedli w Vancouver, gdzie od 1941 r. przebywał brat Loli Salomon Fiszhaut (1903-1989), któremu udało się we wrześniu 1939 r. uciec z Polski. Przez Daleki Wschód przedostał się do Japonii, skąd po sześciu miesiącach przeniósł się do Kanady. Pracował w Vancouver jako lekarz pulmonolog. Informacja pochodzi ze strony internetowej www.geni.com (dostęp 2 listopada 2017 r.). W Kanadzie Ludmiła została profesorem neurologii i pracowała na Wydziale Medycyny University of British Columbia, jej mąż był znanym psychiatrą. Ludmiła Zeldowicz zmarła w Vancouver w 1991 r.

21 Adler, In the Warsaw Ghetto 1940-1943. An Account of a Witness...

22 Choć autor datuje tę część swoich wspomnień jako „pisane w lutym 1943 r.”, początek, w którym ujawnia swoje motywacje, musiał dopisać już w czasie powstania w getcie, przynajmniej w drugiej połowie kwietnia 1943 r.

23 Stanisław Gombiński (Jan Mawult), Wspomnienia policjanta z warszawskiego getta, oprac. Marta Janczewska, Warszawa: Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów, 2010.

24 Ruta Sakowska, Ludzie z dzielnicy zamkniętej. Z dziejów Żydów w Warszawie w latach okupacji hitlerowskiej, Warszawa: Czytelnik, 1993; Barbara Engelking, Jacek Leociak, Getto warszawskie. Przewodnik po nieistniejącym mieście, Warszawa: Instytut Filozofii i Socjologii PAN, 2001, wyd. 2 zm., popr. i rozsz. Warszawa: Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów, 2013.

25 Aldona Podolska, Służba Porządkowa w getcie warszawskim w latach 1940-1943, Warszawa: Wydawnictwo Fundacji Historia pro Futuro, 1996; Katarzyna Person, Policjanci. Żydowska Służba Porządkowa w getcie warszawskim, Warszawa: ŻIH (w druku).

Nota edytorska

NOTAEDYTORSKA

Niniejsza edycja oparta jest na rękopisie przechowywanym w Archiwum Instytutu Yad Vashem (sygn. O.6/160). Wprowadzone zmiany polegają na ujednoliceniu pisowni wyrazów, które autor zapisuje niekonsekwentnie, uwspółcześnieniu interpunkcji oraz poprawieniu oczywistych błędów pisowni. Ujednolicony został zapis nazwisk występujących w tekście w różnych wariantach – do postaci najczęściej występującej. Zachowano oryginalną pisownię słów, jeśli tylko autor konsekwentnie ją stosował (m.in. pisownię „ghetto”), oraz podkreślenia autora. Wszelkie uzupełnienia w nawiasach kwadratowych pochodzą od wydawcy. Tytuł książki, oparty na oryginalnym cytacie, został nadany przez wydawcę.

Zachowano oryginalny układ tekstu, tj. autorski podział na części i rozdziały. Mimo że tekst nie jest dziełem skończonym, publikuje się go w porządku, w jakim zachował się na kartach oryginalnych brulionów, z zaznaczeniem, gdzie narracja się urywa. Przypisy autora zostały włączone do przypisów dolnych i opatrzone informacją (przypis aut.).

Do tekstu wspomnień dołączono sześć wierszy. Prawdopodobnie są to młodzieńcze utwory Adlera, o nikłej wartości artystycznej. Z uwagi na to jednak, że autor zachował je i przechowywał w swoim brulionie (na osobnej kartce), podjęłam decyzję o udostępnieniu ich czytelnikom.

Serdecznie dziękuję Agnieszce Hasce, Monice Taras, Blance Nissan-Góreckiej, Katarzynie Person, Bożenie Karwowskiej i Meredith Shaw za pomoc w przygotowaniu książki.

Wykaz skrótów stosowanych przez autora

WYKAZ SKRÓTÓW STOSOWANYCH PRZEZ AUTORA

CENTOS-Centrala Związku Towarzystw Opieki nad Sierotami i Dziećmi Opuszczonymi

GG-Generalne Gubernatorstwo (Generalna Gubernia

KSP-Kierownictwo Służby Porządkowej

OPL-Obrona Przeciwlotnicza

Ozon-Obóz Zjednoczenia Narodowego

PP-Policja Państwowa/Policja Polska [Generalnego Gubernatorstwa], od grudnia 1939 r.

RŻ-Rada Żydowska

SP-(lub ŻSP) (Żydowska) Służba Porządkowa (policja żydowska)

Toporol -Towarzystwo Popierania Rolnictwa wśród Żydów

TOZ-Towarzystwo Ochrony Zdrowia Ludności Żydowskiej w Polsce

WP-Wojsko Polskie

ZOM-Zakład Oczyszczania Miasta

ŻSS-Żydowska Samopomoc Społeczna

Fotografie

FOTOGRAFIE

Stanisław Adler, lata czterdzieste

Kierownik SP Józef Szeryński ze swoim adiutantem Stanisławem Czaplińskim

Inspektor Marian Hendel przed oddziałem SP, za nim Jakub Lejkin

Policjanci z Rejonu I w swoim biurze przy ul. Twardej 15

Policjanci z Rejonu II na dziedzińcu swojej siedziby przy ul. Chłodnej 15

Policjanci z Rejonu III, ul. Leszno 40

„ŻADNA BLAGA, ŻADNE KŁAMSTWO...” Część I

„ŻADNA BLAGA, ŻADNE KŁAMSTWO...”

CZĘŚĆ I

[Powrót ze Lwowa]

[POWRÓT ZE LWOWA]

Moje przybycie ze Lwowa do Warszawy pod koniec marca 1940 r. nastąpiło w wyniku ciężkich zmagań wewnętrznych. Jasno zdawałem sobie sprawę z tego, że rzucam się w odmęty, a przede wszystkim że oddając się dobrowolnie w ręce oprawców, popełniam akt, który może być traktowany jako zdeptanie własnego ja. Na wytłumaczenie mojego postępowania, bo o usprawiedliwienie go nie mogę nawet się kusić, podaję, że popadłem w bezbrzeżną nostalgię, że w najczarniejszych przewidywaniach końca wojny, połączonego oczywiście ze zniszczeniem Niemiec hitlerowskich, nie wyobrażałem sobie później niż w tymże 1940 r., że przede wszystkim sprawy natury osobistej, jakże mało ważne z perspektywy lat, w moim ówczesnym mniemaniu wymagały niezwłocznej bezpośredniej interwencji i wyjaśnienia. Przeżyłem w drodze wstrząsy nie byle jakie i wreszcie po 12 dniach zmagań z przeciwieństwami losu i kaprysami aury, brnąc na przemian po pas w śniegu lub w lodowatej wodzie, powróciłem do Warszawy. W mieszkaniu przedwojennym przy ul. Wilczej nie popasałem długo. Jak informowali domownicy, parokrotnie miało mnie poszukiwać Gestapo. Nie tracąc więc czasu, ukryłem się u siostry1 w alei Niepodległości. Zaraz nazajutrz po przybyciu do niej miałem możność obserwowania z okien ulicznej łapanki. Widok hitlerowców oddających strzały w ulicę pełną przechodniów przeraził mnie. W osłupieniu przyglądałem się sznurom „bud” i aut ciężarowych uwożących schwytanych mężczyzn i kobiety. Najwidoczniej brakowało mi paromiesięcznego treningu...

Zacząłem marzyć o powrocie. Nadaremnie zabiegałem o zmobilizowanie środków pieniężnych, niezbędnych na kosztowną przeprawę. Zrezygnowany całkowicie, jeszcze na wiosnę 1940 r. zwróciłem się do adwokata Rozensztata2, mojego najbliższego sąsiada w okresie przedwojennym, stojącego na czele wydziału prawnego Rady Żydowskiej, o pomoc w otrzymaniu posady. Poinformowano mnie bowiem, że tylko w reprezentacji Żydów można zdobyć pracę. Mecenas Rozensztat, który na przywitanie wyściskał mnie serdecznie, po wysłuchaniu mojej prośby radził co rychlej wybić sobie z głowy projekt zahaczenia się o Radę Żydowską, „w której urzędnik siedzi na urzędniku i urzędnikiem pogania i która przystępuje właśnie do redukcji personelu”. Słowa starszego kolegi wziąłem za dobrą monetę i wzorem większości mężczyzn zaszyłem się w mieszkaniu ku rozpaczy siostry, która powodowana iście kobiecą logiką, złym okiem patrzyła na moje przymusowe bezrobocie.

Dochodziły mnie wieści o doraźnych łapankach. Dzień w dzień o najrozmaitszych porach zabierano Żydów z ulic do tzw. robót. Polegały one głównie na wynoszeniu umeblowania skonfiskowanego u innych Żydów oraz na urządzaniu i sprzątaniu mieszkań oraz biur hitlerowskich. „Prace” te odbywały się pod akompaniament najohydniejszych wymysłów, batożenia, kopania i bicia po twarzy „robotników”, czasem starców [siedemdziesięcio]paroletnich.

Po straszliwych przejściach na granicy i w Sadownem3, kiedy to cudem tylko uszedłem śmierci, po ciężkich doświadczeniach osobistych w Warszawie, prowadząc nędzny żywot pod ustawiczną grozą łapanek, bałem się panicznie wysunąć nos z domu, zwłaszcza że nie miałem żadnego dokumentu, który by mnie „krył”. Na domiar złego żadną miarą nie mogłem się oswoić z opaską4, którą z nakazu hitlerowskiego prawodawcy pod rygorem dotkliwych kar winni byli nosić na prawym ramieniu wszyscy dorośli Żydzi. Ponadto zaś mój szwagier, pragnący uchodzić w tych czasach za aryjczyka, kategorycznie żądał, abym w pobliżu jego mieszkania nie ukazywał się w tej opasce. Tymczasem przy moim typie fizycznym, ukazując się na ulicy bez przepisowej opaski, narażałem się na uwięzienie w wyniku odpłatnej denuncjacji pierwszego lepszego przechodnia. W ten sposób wpadli przecież dwaj moi koledzy adwokaci Stanisław Tylbor5, radca Ministerstwa Sprawiedliwości, autor wielu dzieł prawniczych, kawaler licznych orderów zagranicznych, i M. Frenkiel6. Przypłacili oni swoją „czelność” więzieniem, którego M. Frenkiel, oskarżony dodatkowo o kontynuowanie zakazanej Żydom praktyki adwokackiej7, miał już nie opuścić.

Mimo niewątpliwego niebezpieczeństwa związanego z ukazywaniem się na ulicy moja rodzina, pragnąc mnie rozruszać, nie ustawała w próbach znalezienia dla mnie płatnego zajęcia. Przyszedłem do wniosku, że obecnie mogę zarobkować jedynie udzielaniem lekcji. Wkrótce udało mi się otrzymać dobrze płatną korepetycję na Wareckiej, dokąd jeździłem tramwajem, stojąc z reguły na przedniej platformie, oparty plecami o ścianę, z rękoma skrzyżowanymi za sobą. W ten sposób mogłem w razie konieczności założyć opaskę i uniknąć oskarżenia, że ukazuję się bez niej poza domem.

Świadomość, że trochę zarabiam, podniosła mnie nieco na duchu. Nie mogła jednak zneutralizować wstrząsu, jakiemu ulegliśmy pod wpływem wiadomości o rozwoju wydarzeń militarnych, zwłaszcza zaś o tempie rozpadu Francji8. Od końca maja do połowy sierpnia żyliśmy w przeświadczeniu, że sytuacja jest całkowicie beznadziejna: zachodnia i środkowa Europa na dziesiątki lat pozostaną w kleszczach hitlerowskiej barbarii. Wielu upatrywało jedyną możliwość utrzymania się przy życiu w deportacji na Madagaskar, zapowiadanej podówczas przez Niemców9.

W dniu 8 sierpnia pojechałem jak zwykle na Warecką. W drodze w Alejach Ujazdowskich zauważyłem, że żandarmeria obstawiła wszystkie przecznice i wyłapuje ludzi10. Na placu Trzech Krzyży hitlerowcy nawet rowerzystów ściągali z rowerów i zabierali na „budy”. Co tu począć? Czy zdążę przedostać się do ucznia? Tuż przy Ordynackiej SS-owcy zatrzymali tramwaj i wypędzili z niego mężczyzn. Paru drabów sprawdzało dokumenty. Pobili mnie i włączyli do kolumny zatrzymanych. Jakiś aryjczyk stojący w rzędzie obok mnie nie przestawał błagać o zwolnienie. Naiwnie tłumaczył łamaną niemczyzną, że do robót potrzebni są tylko młodzi, podczas gdy on ma już 34 lata. Pilnujący nas żandarm odparł zapewne żartem, że zwalnia się dopiero 35-letnich. Nie mając wiele do stracenia, wyrwałem się niezwłocznie z szeregu i okazałem dowód osobisty, z którego wynikało, że mam 39 lat. Żandarm rzucił okiem na dokument i dał mi ręką znak, że mogę sobie iść.

Zadyszany wpadłem na Warecką i ukryłem się u ucznia. Zaś cały transport zatrzymanych poszedł do karnego obozu w Oświęcimiu. Już dawno po nich trawa porosła!

W tym czasie były już w pełnym biegu przygotowania do szczelnego zamknięcia Żydów w oddzielnej dzielnicy, otoczonej murami.

Preludium do tej akcji sięga listopada 1939 r., kiedy to wprowadzono wspomniane już przeze mnie znakowanie Żydów – obowiązek noszenia na prawym ramieniu białej 10-centymetrowej opaski z niebieską gwiazdą Syjonu. Przedsiębiorstwa, poza warsztatami o charakterze rzemieślniczym, oraz nieruchomości zostały Żydom zabrane w formie zarządu komisarycznego. Ze wszystkich placówek pracy niezwłocznie wyrzucono na bruk pracowników Żydów. Do czasu znalezienia zastępczych sił aryjskich zatrzymano tylko nielicznych fachowców. Adwokatów okupanci tuż po wkroczeniu pozbawili prawa praktyki, a w następstwie w styczniu 1940 r. w znacznej części uwięzili i wymordowali. Lekarzom wzbroniono wstępu do aryjskich szpitali i zakazano leczenia aryjczyków. Ustanowiono specjalne godziny policyjne dla Żydów z takim wyrachowaniem, aby uniemożliwić im udział w targach. Zakazano korzystania z kolei. Poddano Żydów obowiązkowi bezpłatnej pracy przymusowej. W drodze propagandy prasowej, słownej (megafony uliczne), ulotek, plakatów i wszelkich innych środków stojących do dyspozycji, lżono i zohydzano Żydów w najfantastyczniejszy sposób. Od wiosny 1940 r. Niemcy rozgłaszali z powołaniem się na rozliczne „naukowe” powagi hitlerowskie, że Żydzi są rozsadnikami tyfusu, sami mu nie ulegając!

Granice dzielnic zamieszkanych przeważnie przez Żydów zaopatrzone zostały w wywieszki z napisem: Obszar zagrożony epidemią (Seuchengefahrgebiet). Okupanci zakreślili w ogólnych zarysach teren przyszłej dzielnicy żydowskiej (w następstwie objęła ona obszary znacznie mniejsze), a także rozgraniczyli przyszłą dzielnicę polską i projektowaną niemiecką. Na razie zakazano Żydom wprowadzania się w wypadku zamiany zamieszkania do lokali poza obrębem przyszłej dzielnicy żydowskiej. Równocześnie zaczęto niemal z dnia na dzień rugować Żydów z co większych i okazalszych domów11 bez prawa zabrania umeblowania, a w licznych wypadkach również i osobistej bielizny oraz garderoby. Zakazano jazdy niektórymi tramwajami, wzbroniono wstępu na niektóre ulice (Al. Ujazdowskie) i place (pl. Saski).

W tym czasie wyprowadziłem się od siostry i zamieszkałem (15 listopada 1940) przy ulicy Siennej 30. Panująca tu atmosfera przychylności sąsiedzkiej i przyjaźni, której dowody składano mi na każdym kroku, osładzała mi życie. Byłbym się czuł względnie dobrze, gdyby nie troski natury materialnej – w tym czasie utraciłem korepetycję w związku z wysiedleniem rodziny ucznia – oraz gdyby nie sprawy osobiste, które likwidowałem nie bez wstrząsów. Na otrzymanie nowych lekcji nie było co liczyć: konkurencja licznych zastępów zawodowych nauczycieli i korepetytorów wyłączała wszelkie nadzieje w tym kierunku, zwłaszcza że nie byłem dostatecznie obeznany z programami szkolnymi obowiązującymi od paru lat. Przejściowo znalazłem się bez środków do życia. Pomagali mi rodzice12, brat13 i siostra. Ich możliwości finansowe też były bardzo ograniczone. Zacząłem więc usilnie starać się o posadę. W tych jednak czasach nawet drobny żydowski handel i przemysł, niedotknięte wywłaszczeniem, znajdowały się w stadium kompletnego upadku. Zewsząd rugowano pracowników. Bezrobocie osiągnęło fantastyczne rozmiary. W praktyce nie mogłem marzyć o otrzymaniu posady poza Radą Żydowską, której agendy szybko się rozrastały na gruzach przedwojennego życia gospodarczego i społecznego. W tych czasach ludzie znajdujący się w mojej sytuacji i z moimi kwalifikacjami zazwyczaj pracowali w zamian tylko za zaświadczenie zwalniające (w teorii!) od robót przymusowych. Rada Żydowska bowiem wypłacała arcyskromne pensyjki tylko nielicznym, i to bardzo nieregularnie. Większość całymi miesiącami musiała pracować „honorowo”. Rad nierad, zdecydowałem się zabiegać o pracę w reprezentacji społeczeństwa żydowskiego.

W październiku padłem ofiarą ulicznego wypadku. Wieczorem na Lesznie trzej żołnierze niemieccy rzucili się na mnie z tyłu i uderzeniami w skroń i głowę powalili na chodnik. Utraciłem przytomność. Towarzyszące mi osoby odwiozły mnie do chirurga. Spędziłem parę dni w łóżku, po czym wylizałem się ze wstrząsu mózgu. Dopełniło miary aresztowanie mojego brata stryjecznego, Józefa Adlera, prezesa Stowarzyszenia Inżynierów14. Z ulicy został zabrany przez przejeżdżających autem gestapowców. Dręczono go na Pawiaku, a potem w Oświęcimiu, gdzie w ciągu 10 dni zadręczono go na śmierć.

Umocniłem się w postanowieniu zdobycia środka chroniącego przed hitlerowską agresją. Urzędnicy Rady Żydowskiej nosili wówczas specjalne opaski koloru niebieskiego i legitymowali się zaświadczeniami zwalniającymi od „innych prać”. Naiwnie łudziliśmy się, że Niemcy uszanują tak „wyróżnionych” Żydów.

W dniu 19 października 1940 r. udałem się do Wydziału Prawnego Rady Żydowskiej celem wszczęcia starań o posadę, która miałaby mi dać widoki na fizyczne i materialne przetrwanie tego potwornego okresu. I znów otrzymałem odpowiedź, że wolnych posad nie ma. Natomiast w gmachu Rady Żydowskiej spotkałem kolegów adwokatów Fr[yderyka] Tesznera15 i J. Ajzenberga16, którzy usilnie zaczęli mnie namawiać, abym zapisał się do powstającej „milicji”. Poinformowali mnie, że istniejąca jako organ wykonawczy Rady Żydowskiej Służba Porządkowa, w składzie stu kilkudziesięciu osób z niejakim Hendlem17 na czele, zostaje rozwiązana, a na jej miejsce ma być powołana do życia znacznie liczniejsza „milicja”. Wspomniani koledzy byli zdania, że zapełnienie szeregów tej organizacji ludźmi uczciwymi, w szczególności prawnikami, miałoby doniosłe znaczenie społeczne. Zaproponowali mi udział w komisji tzw. P.I.18, stanowiącej przedstawicielstwo świata prawniczego, która urzędowałaby w biurze przyszłej milicji i ułatwiałaby przyjmowanie bezrobotnych prawników. Stosownie do ambitnych rojeń moich kolegów jako członkowie wspomnianej komisji mieliśmy uzyskać wpływ nawet na wybór kierowników milicji. Padały nazwiska Leona Berensona19, względnie Maksymiliana Schoenbacha20, jako przyszłych jej komendantów. Z zasadniczych względów, odczuwając z dawna awersję do wszelkich organizacyj o charakterze choćby parapolicyjnym, odrzuciłem początkowo propozycję wstąpienia do milicji, której zadania nie były dla mnie całkiem jasne. Moi konlokutorzy, zwłaszcza Teszner, przekonywali, że chodzi tylko o wstąpienie do milicji na okres przejściowy. Wpłyniemy na dobór ludzi i nastawienie milicji oraz damy się poznać, po czym bez większego trudu można będzie przenieść się do innego wydziału Rady Żydowskiej. Trzeba tylko gdzieś się zahaczyć. Później pójdzie już wszystko jak po maśle.

Pierwsze dni pracy w SP

PIERWSZE DNI PRACY W SP

Ulegając namowom kolegów, zredagowałem podanie składające się z jednego tylko zdania. Już po paru minutach pracowałem w biurze tworzącej się „milicji”. Na razie jako „wolontariusz”, przyjęty przez przewodniczącego, radcę21 Kupczykiera22.

Biuro nasze składało się z dwóch pokojów mieszczących się na parterze w lewej, poprzecznej oficynie gmachu Gminy Żydowskiej przy ul. Grzybowskiej. W pierwszym pokoju składali podania kandydaci. Za przepierzeniem odbywało się wciąganie na listy złożonych podań oraz ich segregacja. W drugim pokoju urzędowała komisja Rady Żydowskiej punktująca podania kandydatów. Ścisk i tłok był nie do opisania. Przy jednym stole biurowym pracowały co najmniej cztery osoby. Wraz z wzmiankowanymi kolegami przeglądałem podania i przedstawiałem je komisji Rady Żydowskiej. Po paru dniach [ustaliło się, że] kandydaci winni byli zadośćuczynić następującym warunkom: a) wiek od 21 do 40 lat (funkcjonariusze wyżsi mogli być starsi), b) zdrowie fizyczne, c) nieposzlakowana przeszłość, d) znajomość w słowie i piśmie języka polskiego oraz żydowskiego, a funkcjonariusze wyżsi również niemieckiego.

Warunek dotyczący górnej granicy wieku poza nielicznymi wyjątkami był ściśle przestrzegany. Kandydatów, którzy nie mieli ukończonych 21 lat, przyjmowano jako gońców. Stan zdrowia kandydatów badała komisja spośród lekarzy ambulatorium Rady Żydowskiej. Największą trudność sprawiało stwierdzenie nieposzlakowanej przeszłości kandydata. Przede wszystkim przeprowadzano wywiady o osobie kandydata. Na ogół nie mogły one dać ścisłych wyników z uwagi na fluktuacje ludności i związaną z tym niemożność zebrania informacji w miejscu stałego przedwojennego zamieszkania kandydata. Natomiast nietrudno było kandydatowi o zdobycie przychylnej referencji nawet poważnego obywatela w czasach, w których ludzie świeżo złączeni w ghetcie wszelkimi sposobami starali się wzajemnie sobie dopomóc.

W przytoczonych warunkach usiłowano stworzyć odpowiednie sito w drodze zwiększania wymagań pod względem zakresu wykształcenia kandydata. Tak więc początkowo kwalifikowano pozytywnie podania tylko wówczas, o ile kandydat ukończył przynajmniej osiem klas szkoły średniej. Z czasem ramy zostały poszerzone i odtąd mogli być pozytywnie kwalifikowani ludzie z sześcioklasowym wykształceniem, a nawet tylko ukończoną szkołą powszechną. Dzięki protekcjom podostawali się jednak do naszej Służby Porządkowej ludzie, którzy nie ukończyli nawet szkoły powszechnej. Plusem dla kandydata, a z czasem nieodzownym warunkiem przyjęcia było odbycie służby wojskowej. Poza nielicznymi wyjątkami wyżsi funkcjonariusze SP rekrutowali się spośród oficerów rezerwy i mieli ukończone wyższe studia. Jest rzeczą charakterystyczną, że wymóg znajomości języka żydowskiego nie był przestrzegany. O ile mi wiadomo, nikt spośród funkcjonariuszy wyższych kierownictwa SP językiem tym nie władał.

O przyjęcie do nowej SP staczano homeryckie boje. Kandydaci zaopatrywali swe podania w jak najliczniejsze referencje. Przeważnie udzielali ich radcowie. Usilne poparcie radcy było kluczem zapewniającym dostanie się do nowej SP nawet takiemu kandydatowi, który nie uczynił zadość wszystkim stawianym warunkom.

Co jednak było tak potężnym magnesem, który ściągał setki przyzwoitych, inteligentnych i wykształconych ludzi do szeregów SP, mimo że zatrudnienie w organizacji parapolicyjnej nie wydawało się większości ani przyjemne, ani też sympatyczne, i gdy praca ta, mimo trudnych warunków ówczesnego bytu, dla ogółu nie rokowała nadziei na pobory wystarczające na pokrycie kosztów najskromniejszego utrzymania? Zjawisko, o którym mowa, tłumaczyły:

1) Dążenie do zaprzątnięcia czymś głowy, pragnienie wprzęgnięcia się po przeszło roku przymusowej, niezmiernie uciążliwej dla mężczyzny w sile wieku, bezczynności w jakiś rygor.

2) Praca w SP, jak tego słusznie spodziewano się, zwolnić miała od przymusowych robót.

3) Paniczny lęk przed zapowiadanymi obozami pracy, w których mieli być skoszarowani bezrobotni.

4) A przede wszystkim po prywacjach23 natury moralnej i materialnej, których nie sposób oddać przy pomocy pióra, a na które byliśmy wystawieni od czasu wkroczenia Niemców, zrodziła się w każdym z nas żywiołowa wprost żądza przetrwania i oglądania na własne oczy klęski hitlerowców, której nadejścia wówczas nie dawało się jeszcze rozumowo uzasadnić, w którą jednak gorąco wierzyliśmy. Wstąpienie do SP, jak wydawało się, zapewniało przetrwanie, chroniąc przed oprawcami.

Szczególnie usilne starania o przyjęcie do szeregów SP czynił jednak żywioł przestępczy. Finansowy podkład tych zamiarów był przejrzysty. Okoliczność, iż przedwstępne przeglądanie podań przeprowadzali prawnicy, przyczyniła się do częściowego odwrócenia niebezpieczeństwa społecznego, jakim byłby w czasach obowiązywania godziny policyjnej uprawniony do chodzenia po nocy funkcjonariusz SP, uprzedzający wspólników przestępstwa o nadejściu policji i uniemożliwiający pościg, względnie kierujący go na mylne tory. W wyłapywaniu podań kryminalistów szczególnie szczęśliwą rękę miał kolega mój Henryk Nowogródzki24, który wraz z Józefem Felsem25 i Gustawem Wichlerem26 zaczął pracować w biurze SP w pierwszych dniach listopada. Jako sprawozdawca sądowy „Naszego Przeglądu”27 w czasach przedwojennych doskonale zapamiętał sobie stałych bywalców ławy oskarżonych i w sposób nieomylny wyławiał z kolejki kryminalistów, przypominając im nawet treść oskarżenia, przebieg sprawy i osobę sędziego. W tych warunkach delikwenci wycofywali się jak niepyszni. Zdarzały się jednak wypadki, kiedy kryminalista nie przestawał w sposób uporczywy i arogancki ponawiać prób dostania się do SP, nie cofając się nawet przed groźbami pod naszym adresem. Przypominam sobie wysokiego, przystojnego chłopca, obdarzonego fantastyczną siłą, który całymi miesiącami zamęczał kierownictwo prośbami o przyjęcie do SP. Ten rzeźnik-terrorysta, którego bano się jak ognia i który z tego powodu bez przeszkód krążył po biurach, był w gruncie rzeczy uosobieniem anielskiej łagodności. Spokojną perswazją zawsze można go było umitygować, natomiast próby przeciwstawienia mu się, zwłaszcza gdy był pod gazem, co zresztą stanowiło regułę, kończyły się w sposób opłakany. Nie mogło z nim uporać się kilkanaście osób.

Drugi z kolei, doliniarz28 łódzki, w przewidywaniu trudności z przyjęciem potrafił złożyć kilkanaście podań, w których występował pod zmienionym nieco imieniem lub nazwiskiem. Biedak nie miał do mnie szczęścia: wszystkie jego podania zdołałem wyłowić i wstrzymać ich bieg. W jednym jedynym wypadku Kizelsztajn, tak nazywał się petent, w tajemniczy dla mnie sposób przebył szczęśliwie wszystkie zapory i już miał być przyjęty, gdy przypadkowo zauważyłem, jak wystawał w kolejce na tak zwaną komisję superwizyjną („S”). Unieszkodliwiony i tym razem, Kizelsztajn poprzysiągł mi zemstę. Odgrażał się, że mi kości policzy itp.

Sądownictwo polskie w praktyce zlikwidowało swoją działalność na terenie dzielnicy żydowskiej. Zapanowało tam prawo silniejszego. Na ogół poza okupantem i PP29 prawo to realizowała Rada Żydowska przy pomocy SP. W wielu jednak wypadkach uzurpowały je sobie bandy opryszków najrozmaitszego kalibru i autoramentu. Gróźb takich bynajmniej nie można było lekceważyć. Przez pewien czas zastanawiałem się nad tym, czy nie należałoby zastosować środków ostrożności w wypadkach wychodzenia na ulicę o zmroku. Kizelsztajn zemścił się jednak w inny sposób, bardziej wyrafinowany. Najwidoczniej przemyślał dokładnie i wielostronnie najlepszy sposób „pognębienia” mnie. Któregoś dnia zgłosił się do kierownictwa SP, podszedł do mnie i zniżając głos, oświadczył, „że nie jest mi już potrzebne wstąpienie do SP, ponieważ udało mi się otrzymać pracę w Gestapo”. Nie omieszkałem złożyć szczęśliwcowi życzeń wszelkiej pomyślności na nowej drodze.

Już po powstaniu SP otrzymano odpowiedzi z rejestrów karnych w sprawie nowo przyjętych funkcjonariuszy. W następstwie usunięto kilkunastu jako karanych sądownie. W jednym jedynym wypadku nie wyciągnięto właściwych konsekwencji. Chodziło bowiem o „samego” Hendla, kierownika dawnej SP30.

Z czasem okazało się, że najgorszym, najmniej pewnym elementem są ludzie ze średnim wykształceniem, rekrutujący się ze sfery kupieckiej, o żadnych tradycjach zawodowych, o dużych aspiracjach materialnych, marzący nie o zdobyciu kawałka chleba, lecz ciastka i wódki, gotowi do kroczenia po trupach, egoiści wyprani z jakichkolwiek powściągów natury ideowej czy moralnej. W krótkim czasie porozumieli się i utworzyli coś w rodzaju junty, która broniła wspólnych klikowych interesów, nie licząc się z tym, że spycha w odmęty wszystkich, którzy nie dostąpili zaszczytu otarcia się o „honorową” żółtą opaskę – opaskę przynależności do SP.

Ale nie wybiegajmy myślą naprzód. Teraz była to zgłodniała rzesza ludzi wymęczonych roczną z góry mordęgą pod bykowcem hitlerowskim, wyprzedających się z resztek dobytku, pozbawionych źródeł zarobkowania, częstokroć marzących o odkuciu się w służbie. Spory zastęp spośród kandydatów stanowili łodzianie. Na podstawie praktyki wyniesionej z utworzonego przez okupantów ghetta łódzkiego31 wiedzieli, że dobrze jest służyć w żydowskiej policji: zapewnione skromne pobory pieniężne i dostatnie utrzymanie w naturze. Pobory ma dać Gmina, lecz kto da utrzymanie? To nastawienie kandydatów tym bardziej skłaniało do poglądu, że dobrze postąpiliśmy, zapisując się do SP. Śniły się ostrogi Don Kichota, zwalczającego tym razem korupcję, gangsterstwo, aspołeczne nastawienie. Podniecała świadomość, że można i trzeba będzie walczyć, że na tym odcinku jest dużo, bardzo dużo do zrobienia.

W tych czasach, jak o tym później nie raz jeszcze przekonałem się, Radę Żydowską nurtował prąd wrogi prawnikom. Tę najbardziej dotkniętą przez wypadki wojenne częścią inteligencji zdecydowanie postponowano. Rozensztat, zdaniem wielu, uniemożliwiał młodszym kolegom objęcie stanowisk w administracji, do swoich biur powoływał tylko takich, którzy nie mogli wchodzić w rachubę jako ewentualni rywale. Zundelewicz32, drugi z kolei prawnik w Radzie Żydowskiej, był człowiekiem słabym, z którym mało się liczono i który wobec tego nie mógł nam dopomóc.

Zarówno wtedy, jak i później przez długie miesiące (a w niektórych działach administracji gminnej niemal do ostatnich czasów) „stawiani” na łobuziaka. Prezesowi Rady Żydowskiej inż. Czerniakowowi33, człowiekowi o krystalicznym charakterze, lecz o niezbyt dużej sile woli, imponowali ludzie choćby o niewyraźnej fizjonomii etycznej, skorzy jednak do podjęcia każdej akcji. Takimi typami zazwyczaj obsadzał newralgiczne punkty administracji gminnej. Tam gdzie chodziło o kontakt służbowy z gestapowcami, którego Rada Żydowska nie mogła uniknąć, może nie było to pozbawione słuszności. W innych przypadkach posługiwanie się typami wymienionymi jako elementem „aktywnym” pociągało za sobą zgubne następstwa w postaci afer, które spadały swym ciężarem na społeczeństwo i podrywały Radę Żydowską w oczach ogółu.

Zaraz po rozpoczęciu pracy stwierdziłem, że ekipa dawnej SP, zwalczana przez grupę radców, pragnie utrzymać się przy sterze i ma możnych protektorów. Wilhelm Marian Hendel, kierownik dawnej SP, był całkowicie „odstawiony” od wpływów. Mieliśmy nawet poufne polecenie radcy Kupczykiera, aby negatywnie kwalifikować podania poleconych przezeń kandydatów. W lokalu biurowym zatrudniony przy przyjmowaniu podań rezydował jednak „inspektor Kinheim”, dotychczasowy zastępca Hendla, młody przystojny człowiek o przesadnej elegancji skromnego sprzedawcy branży automobilowej. Lawirował z przebiegłością lisa, ratując pozory dawnej „świetności”. Trwał, przyczajony przy swym biurku, jak ślimak śledząc przebieg naszych prac przy pomocy swoich zauszników, Bronsztajna, Manny i Sterna. Konheim korzystał z każdej okazji, aby wyjaśnić mi, że nie zagrzeję tu miejsca. W kierownictwie przyszłej SP zasiądzie on i kilku ludzi z wpływami. Marzę o pracy biurowej, a skończę na posterunkach ulicznych, lepiej wycofać się zawczasu i pozostawić miejsce ludziom bardziej nadającym się do pracy w SP. A nadawać mieli się ludzie, którzy jak Stern i Manna potrafili grzmocić kandydatów zbyt natarczywie cisnących się do okienek, którzy jak Bronsztajn potrafili odstawiać cyrkowe sztuki drylu wojskowego, stukając obcasami przy wejściu członków komisji personalnej, a przede wszystkim radcy Kupczykiera, ówczesnego przewodniczącego Wydziału SP. Słowa przestrogi Konheima były przysłowiowym grochem rzucanym o ścianę. Stanowiły jednak przygrywkę do tego dopiero, co miało nastąpić. Po tygodniu naszej pracy, gdzieś w pełni urzędowania, rozwarły się z trzaskiem drzwi wejściowe i cisza zaległa pomieszczenie, w którym stłoczeni stali kandydaci składający podania. Usłyszałem odgłos twardych kroków. Konheim i jego kompani poderwali się na baczność, na twarzach ich malowała się radość i uwielbienie. Pokój biurowy zapełniła barczysta postać skądziś znana mi. To jakiś botleger34, czarny charakter przedostał się z taśmy filmu amerykańskiego wprost do nas na Grzybowską. „Dawna SP do mnie”, wrzasnął. „Rozpędzić tych ludzi”, tu wskazał zamarłą w bezruchu czeredę interesantów. Poszły w grę pięści, znalazła się jakaś pałka i po chwili kandydaci do SP zostali wyrzuceni, unosząc sporą porcję guzów. „A teraz jesteście wolni, panowie wolontariusze”, ciągnąc słowa z galicyjska, wyskandował, zwracając się do mnie i moich kolegów, „weźmiemy was do służby, gdy zajdzie tego potrzeba”.

Wyczułem podstęp, nie dałem więc za wygraną i pobiegłem do głównego gmachu Gminy. Po paru minutach wracałem z miną triumfatora. Radca Kupczykier polecił nam zostać przy pracy, rozkaz Hendla został uznany za niebyły. Jemu samemu zmyto głowę.

Tak skończyła się próba pierwszego i ostatniego pronunciamento35 w SP. W przyszłości Hendel został nominalnym zastępcą kierownika SP, w praktyce jednak na jej terenie prawie się nie pokazywał i w jej pracach udziału nie brał. Przez prezesa Czerniakowa używany w charakterze łącznika z „władzami”, posługiwał się wygodną metodą. Spełniał wszystkie polecenia władz okupacyjnych z maksymalną skrupulatnością, względnie skłaniał Radę Żydowską do ich ścisłego wypełniania. Toteż w sprawach ogólnospołecznej natury interwencje jego z reguły były bezskuteczne. Natomiast w konkretnych jednostkowych wypadkach, gdy na przykład chodziło o zezwolenie na wyjazd odpoczynkowy do Otwocka36, założenie telefonu lub tym podobne, usługi Hendla mogły być nieocenione.

Cechowała go bezgraniczna służalczość słowna wobec Niemców, zachowanie się podoficera wyprężonego na baczność w wysłuchiwaniu poleceń „władz”, oczywiście brak śladu jakiegokolwiek podkładu ideowego w działalności. Czego zresztą wymagać od trzydziesto-paroletniego agenta ubezpieczeniowego, z wykształcenia wiertacza naftowego, bywalca przedwojennych kryminałów, przyodzianego w mundur policji żydowskiej z nieprawdziwego zdarzenia? Talenty jego, poza zdolnością psiego posłuchu, leżały niewątpliwie w sferze, której nie mogłem należycie ocenić na terenie biurowym. Kobiety i alkohol – oto właściwe jego pole działania, na którym usiłował uzyskać platformę porozumienia się z przedstawicielami okupantów. W charakterze adiutanta Hendla zgrywał się inż. Fürstenberg37, syn arcyzamożnego przemysłowca z Będzina. Przed wojną z chwilą przybycia Fürstenberga wypraszano z lokalu nocnego w Katowicach innych gości, po czym lokal taki pozostawał do wyłącznej dyspozycji Fürstenberga i jego kompanów. Opowiadano, że inż. Fürstenberga cechowała żelazna moc i wytrwałość, gdy chodziło o uporanie się z baterią butelek alkoholu.

Ten słusznej budowy, przystojny młody człowiek, z wąsikiem à la Adolf Menjou38, zachowywał się z drażniącą czołobitnością w stosunku do swego „wodza”, nadskakując mu, prężąc się przed nim, otwierając na oścież drzwiczki samochodu. Przypominam sobie mrożące w żyłach opowieści Fürstenberga o jego przeżyciach w obozach pracy, do których z ramienia Gminy został skierowany latem 1940 r. Mówił o tym, jak to udało mu się w paru wypadkach zwolnić ludzi z tego piekła. „Mogłem – dodawał – otrzymać od każdego po kilkadziesiąt tysięcy. Z łatwością zebrałbym z pół miliona. Gdybym z tej sumy połowę tylko przekazał Gminie do dyspozycji, powiedzieliby jeszcze, że Fürstenberg to bardzo porządny człowiek. A tak ani Rada, ani ja nie mamy nić”. Z tego rodzaju melancholijnymi wspomnieniami trudno było utrzymać się długo na uboczu spraw handlowo-przemysłowych. Toteż wkrótce Hendel wraz z Fürstenbergiem rozwinęli ożywioną działalność aprowizacyjną, prowadząc na dużą skalę interesy importowe, polegające na uzyskiwaniu od okupanta zezwoleń na przywóz do dzielnicy artykułów żywnościowych. Podczas gdy jednak Hendel latem 1942 r. z rozpoczęciem tzw. akcji przesiedleńczej zniknął z terenu dzielnicy niczym kamfora (być może grały tu pewną rolę sprawy sercowe – wyjazd ukochanej, obywatelki państwa amerykańskiego, do obozu internowanych Vittel39), Fürstenberg pozostał „na posterunku” po to, by w razie potrzeby zastępować krwawego kata placu przeładunkowego40, obw. Szmerlinga41. Ale o tym później.

Skoro jednak pozwoliłem sobie na tak dalekie dygresje, nie można nie wspomnieć w tym miejscu, aby wprowadzić czytelnika z punktu in medias res spraw organizacyjnych ghetta, o Izraelu Fürście42, kierowniku Wydziału Gospodarczego Rady Żydowskiej. Już przed wojną Fürst na gruncie żydostwa warszawskiego był znaną postacią. Nie jako pionier handlu czy przemysłu, nie jako – broń Boże – siewca kultury stawiał swe pierwsze kroki. Na Pradze przy ul. Zygmuntowskiej mieścił się gmach tak zwanego Auxilium Academicum Judaicum43, innymi słowy bursa studentów Żydów. O pokój w tym domu staczano formalne walki. Komorne za pierwszy miesiąc wpłacane było co do grosza. Gorzej było z czynszem w następnych miesiącach. Co tu dużo gadać, przeważnie nie płacono go wcale. Gdy więc w tych warunkach na terenie gmachu pojawił się Fürst w charakterze administratora, łamy pism oraz wokandy Sądu Grodzkiego zapełniły się specyficznymi sprawami. Administrator postępował nie tylko bezwzględnie, ale wręcz z brutalnością godną lepszej sprawy. Ubodzy studenci wylatywali na bruk jak z procy, bijatykom i swarom nie było końca. Ten system zjednał Fürstowi w czasach, które lubowały się w braniu za pysk i w rządach silnej ręki, sławę doskonałego administratora. Toteż mimo że o jego gospodarce pieniężnej rozmaicie mówiono, wiceprezes Gminy Marek Lichtenbaum44 w charakterze przewodniczącego Wydziału Gospodarczego uznał za właściwe powołać obiecującego młodzieńca na stanowisko kierownika tego wydziału.

Co to jest Wydział Gospodarczy Gminy Żydowskiej? Komórka organizacyjna zaopatrująca inne agendy w materiały piśmienne, druki, czasem meble, kierująca rzemieślników do wszelkiego rodzaju napraw itd. W sumie i w teorii są to funkcje arcyskromne. W praktyce jednak zadania Wydziału Gospodarczego rozrosły się ogromnie. I to nie dlatego, że Niemcy narzucili Gminie prowadzenie różnego rodzaju robót budowlanych polegających zarówno na wznoszeniu murów przyszłego ghetta45, jak i na urządzaniu biur (Gestapo, Transferstelle46 itp.), oraz mieszkań w domach dygnitarzy SS. Tymi pracami zawiadywał wydzielony z Wydziału Gospodarczego Referat Techniczno-Budowlany, prowadzony przez synów Lichten[bauma]47, ale przede wszystkim z uwagi na konieczność stałego „obdarzania” Niemców najrozmaitszej szarży i autoramentu. Rzecz w tym, iż raz po raz Rada Żydowska otrzymywała polecenie nieodpłatnej oczywiście dostawy najrozmaitszych przedmiotów: wytwornych tek skórzanych, bykowców, bielizny damskiej, męskich pijam, fortepianów, nocników o ściśle określonych fantastycznych rozmiarach, najrozmaitszego rodzaju mebli, obić, dywanów itp., itd. Wszystko to było dostarczane w wielkich ilościach, w najlepszym gatunku, względnie stanie, z fantastycznym pośpiechem. Lwia część bardzo znacznego budżetu Rady Żydowskiej szła na te cele, podczas gdy zaległości z tytułu niewypłacanych, choć nader skromnych, pensji urzędniczych wzrastały z miesiąca na miesiąc, a na opiekę społeczną szły znikome sumy. Z wyniszczonej i ograbionej ludności wyciskano pod najrozmaitszymi pozorami i przy każdej okazji, przeważnie bez jakiejkolwiek podstawy, a czasem wręcz w drodze podstępu, ile się dało, ile wlazło, najchętniej w drodze opodatkowania pośredniego (za kartki aprowizacyjne48, podwyżkę ceny chleba, podatek pobierany od zajmowanych izb mieszkalnych itd.). Gros pieniędzy wydatkowano na „podarunki”, których zalewowi Rada Żydowska nie była w stanie [się] przeciwstawić. Osobnicy typu Fürsta i Hendla utwierdzali prezesa Czerniakowa w przeświadczeniu, że lepiej dać „dobrowolnie”, aniżeli pozwolić Niemcom, aby sami sobie „szukali”. Tymczasem Niemcy nie przestawali „szukać” na własną rękę i równocześnie wyciskać z Rady Żydowskiej, co się dało. Szczegółowe spisy przedmiotów dostarczonych przez Radę Żydowską były sporządzane, o czym wiem, pozytywnie. Ciekawe tylko, czy dało się je uratować. Byłyby wiele mówiącym dokumentem.

Fürst jako kierownik akcji dostaw wydawał się nie do zastąpienia, a jako osobistość dobrze w tych warunkach u rozmaitych kacyków hitlerowskich zapisana stał się niebezpieczny. To swoje wyjątkowe stanowisko potrafił doskonale dyskontować dla celów osobistych, nie tylko o charakterze majątkowym...49

Przytłaczająca większość licznego sztabu pracowników Rady Żydowskiej bała się Hendla i Fürsta jak ognia. Mieli oni również i popleczników, oddanych jak psy. Tym swoim zaufanym i oddanym umieli się po królewsku odwdzięczać. Należało zachować jak najdalej posuniętą ostrożność, aby się „dygnitarzom” nie narazić. Zwłaszcza niebezpieczny i mściwy potrafił być Fürst.

Nie zdawaliśmy jednak sobie sprawy z tego, że już wówczas zaczęto dopuszczać się za naszymi plecami matactw na znaczną skalę. Dochodziły nas wprawdzie głosy z miasta, że za przyjęcie do SP pobierane są znaczne sumy, ale nie umiałem sobie wytłumaczyć, kto mógł być ich odbiorcą, i nie dawałem wieściom tym wiary. Po 2 latach Konheim w przystępie szczerości wyraził się, że czasy gremialnych przyjęć do SP wspomina z przyjemnością, zaś Stern, śmiejąc mi się w twarz, wykrzykiwał, że on za wypisanie litery „J” bierze pięćdziesiątaki, podczas gdy ja potrafię ją stawiać tylko za darmo. Rzecz w tym, iż po pierwszym przejrzeniu podań i stwierdzeniu, że zakwalifikowano pozytywnie zbyt małą ilość, otrzymaliśmy polecenie ponownego przejrzenia odrzuconych kandydatur. Na podaniach, które naszym zdaniem nadawały się do powtórnego zbadania przez komisję personalną, Wichler, Fels, Nowogródzki i ja stawialiśmy signum „J”. Najwidoczniej Stern i inni odpłatnie „pomagali” nam w tych pracach. Przy dużym obrocie zyski były niezgorsze, ryzyko i odpowiedzialność w praktyce żadna. Wprawdzie Manna został schwytany na jakiejś kombinacji pieniężnej i usunięto go niezwłocznie z kierownictwa, był on jednak wyjątkowo niezręczny, a zarazem szczególnie skąpy.

Podania o przyjęcie do SP przyjmowano w ciągu kilkunastu dni, po czym na drzwiach naszego biura ukazało się zawiadomienie głoszące, że dalszych podań już się nie przyjmuje. Zarządzenie to początkowo wydawało mi się nierozsądne, po paru dniach podejrzane. Czemu kandydaci mają być wybierani spośród 6000 „szczęśliwców”, którzy przypadkowo wcześniej niż inni chętni dowiedzieli się o otwarciu zapisów, nie zaś spośród znacznie większego zastępu kandydatów? O przyjęciu do SP informował jedynie plakat umieszczony na tablicy przed gmachem Gminy. Oficjalne przerwanie zapisów bynajmniej nie przerwało napływu nowych podań. W ciągu z górą 2 lat stan personalny SP ulegał ustawicznym zmianom, zwłaszcza opuszczali służbę funkcjonariusze niżsi i na ich miejsce przyjmowani byli nowi. W pierwszych tygodniach po zamknięciu zapisów „przywracano termin na wniesienie podania” za wysoką protekcją radców, a pod byle jakim pozorem. Stało się to jedną z przyczyn krążących po dzielnicy ponurych wieści o łapówkach za przyjęcie podania i holowanie kandydata do SP. Miały one podobno sięgać wielotysięcznych sum. Osoba Szeryńskiego50 była poza sferą podejrzeń o udział w tych machinacjach. Z czasem przyjęcie podania uzależnione zostało od zgody Szeryńskiego, w licznych wypadkach kandydatów narzuciła PP, w paru Gestapo. Ci ostatni pod pozorem braku wolnych numerów ewidencyjnych otrzymywali numery służbowe rzymskie. W ten sposób bez trudu można było rozpoznać nasłanych szpiclów.