Zacząć od nieba - Janina Dobrowolska - ebook
Opis

Autorka zabiera nas w poetycką podróż po swoim świecie pełnym wzruszeń, emocji i uczuć. Robi to jakby mimochodem, otwierając cichutko drzwi i delikatnie chwytając za rękę. Muska nasze dusze, rozbudza zmysły, zostawiając przy tym wyobraźni pole do popisu. Wiersze emanują ciepłem i wrażliwością, zarażają optymizmem, powodując, że serce rozpiera radość.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 51

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

niebny walc

księżyc objął ramionami

nieba pół

i na drzewa

spadły gwiazdy głową w dół

powiew huśta je astralny

z liści strąca blask nawalny

w ową noc rozkołysaną walcem noc

 

w sieci ulic się zaplątał

późny ktoś

sen bezdomny

zawirował w srebrze wstęg

domom cudnie jest i zwiewnie

światła płyną w krąg rozlewnie

drżą w powietrzu grzeszne szepty w taką noc

 

wyłączony jest z orbity

ziemski świat

namiętnością

w nim już tyka gwiezdny kwiat

i tak niebnie jest dokoła

srebrne liście srebrne słowa

w ową noc rozkołysaną walcem noc

Czucie niebanalne

1

Niesłusznie zwie się teraz chwilką;

daremne słońca są, księżyce.

Ono trwa wiecznie, zmienia tylko

barwami pogód swe oblicze.

 

2

Dawniej bogowie – dla legendy,

a potem pędził bieg historii.

Szukałam nowych bogów wszędy,

spotkałam dzisiaj w całej glorii.

 

3

Nasienie, krew, walka i Eros –

oto co rozpowiększa życie.

Krocie nas pod kopułą niebios

formują jegobezgranice.

 

4

Przemiana mieści się w sposobie

ujęcia tej rzeczywistości,

którą ten człowiek nosi w sobie,

co zaczął się od ciekawości.

 

5

Myśleć – to znaczy żyć w przyszłości;

nadawać kształt swemu pragnieniu.

Ono prowadzi ku wieczności,

gdy więcej światła jest w spojrzeniu.

 

6

To, co prześwietla błysk rozumu,

z miejsca nazwane jest twórczością.

Nie zniweczy jej wiew monsunów,

bo jest jak duch samą wiecznością.

Nawoływania wczesne

Już mnie świt nawołuje długimi

promieniami kosmicznych płomieni.

Nawołują hultajskie świergoty

ptaków drobnych, dalekie przestrzenie

tchem wilgotnym nierówno dyszące,

staw mieniący się czernią opali,

dwa łabędzie, niebo wzwyż rosnące.

Wabią zewsząd liliowych bzów wonie,

widne ścieżki wśród pól zapłodnionych

i zielony mrok rozdarty lasem,

gąszcz paproci chłodem odymionych,

dzięcioł w drzewach, kukułki zuchwałe,

brzozy wiotkim listowiem szumiące,

w trawach brzęki rozgłośne, stokrocie,

w krąg do życia się życie budzące

w sokach drzew i w pędach nagłej łąki.

Nawołują mnie obłok i rzeka,

nić wszystkiego, co wokół się przędzie.

Jakże być mi w tym wszystkim miłośnie,

słuchać wołań i nie móc być wszędzie?

Spacer w deszczu z marzeniami

Z okna widać miasto deszczem zlane

w sieci ulic splątanych ulicznie.

Krople świateł kapią fosforycznie

na powietrze majem kołysane.

Czyjeś kroki stąpają bezsennie

z parasolem marzeniami wzdętym,

z mokrym wiatrem ledwie rozpoczętym,

co się w drzewach bałagani zmiennie,

ciągnąc sny aż po czarny widnokrąg

z drzew wyrosłych na leśnym kobiercu…

Czujesz naraz ciepły wiew po sercu

i tęsknotę za tym, co dalekie,

że chce się iść z nieznanym człowiekiem –

z parasolem w deszczu Bóg wie dokąd.

ALEGORIA ŻYCIA

z inspiracji Goethem

 

Narodziny

Z ciemnego łona krzyk twój w rozblask świata

przedarł się; słońce słało z błękitności

pokłony ziemi. Ty wzrastałeś w latach

według zastanych praw tejże istności.

Jesteś jak drzewko, które bluszcz oplata;

z korzeni czerpiesz moc swej zieloności,

wierzysz jeszcze, że to, co ciebie stwarza,

zarazem przestrzeń tchnieniem swym pomnaża.

 

Młodość

Lecz tej regule z wolna schodzisz z drogi

jak księżyc, który umyka przed słońcem.

Widzisz inaczej, widzisz nowe progi,

kreślisz, nadajesz życiu inne wzorce.

Czynisz, co inni – w tłumie nie znasz trwogi.

Jak horyzont nie trwoży się przed końcem,

kiedy to z każdym dniem idzie w zawody,

ciągnąc za sobą życia zacne płody.

 

Miłość

Nikt jej nie ujdzie! – Eros spadł z obłoków,

z krainy pustej w obszar mu nieznany.

Lekko wzlatuje, z błyskiem ognia w oku

i serca czuciem napełnia wiośnianym.

Jak fali trudno mu dotrzymać kroku,

gdy się nektarem jego jest pijanym…

Niejedno życie grzęźnie w nijakości,

gdy przez serce nie zmierza ku mądrości.

 

Konieczność

Pozornie jest tak, jak w twardym słowie:

wymóg i prawo. Lecz rodzi się wola –

cel wytknięty, ku czemu drzewo w tobie

zmierza, że przed nim milknie samowola.

Co sercu miłe – duch światła odpowie,

bowiem duch nie wie, co to jest niewola.

Przeto całym swym tchnieniem jest przeciwny,

kiedy życie mu stawia wymóg sztywny.

 

Nadzieja

Światło to nawet otwór w monolicie

przebije mocą swego przenikania;

jego dłuto jest twardsze niźli życie,

kiedy je żadna łaska nie ochrania.

Ogromne słońce góruje w zenicie;

wszystko się pręży w sile wiosnowania!

Za tobą do mórz odpływają rzeki,

przed tobą skrzydła otwierają wieki.

W blasku nocy

Nad lasem wzeszedł sierp księżyca wąski,

kołysząc niebo przepastne jak morze.

Gwiazdy, skry sypiąc, zjaśniają przestworze,

śpiew ptaków wznosi się z każdej gałązki.

 

W pobliżu lustro stawu lśni tajemne,

dalej ogródek cały w różach śniący;

wodotrysk ciszę srebrnie zmącający,

altanka kryta winem, krzewy ciemne,

 

ławeczka i nas dwoje znów swobodnych –

z dala od wiatru chłoszczącego mury.

Noc rozświetlona, w klejnocie urody

 

śpiewa, wplatając nuty w blask łagodny,

które chwytają w lot ptaszęce chóry

i w spazm zachwytu zmieniają bryzg wody.

Progi obszerne

Zawsze jesteśmy u progu wszystkiego;

wznoszone pierwszym krzykiem białe wieże

nie przesłaniają pogodnego nieba,

lecz je podnoszą. Wraz z powiewem wiosny

wzbudzonych głosów pytające nutki

fruwają, ucząc się zieleni, zanim

opadną na gmach z licznymi oknami,

co patrzą czujnie w rozłożystą przestrzeń

oblaną światłem przelewającym się

poza horyzont. Gmach, gdzie są przestronne

spichlerze siły umacniane duchem

czasu, tworzącym jego nadbudowę

ze szpiczastym dachem, skąd widać nowe

obszary. To dalekie światło jest czymś

więcej niż własnym przedłużeniem; to w nim

skrzą się nowe możliwości – wystarczy,

by nimi krew w nas spalić do białości

w nieustannej przemianie nas osobnych,

wznoszących gdzieś w środku losu kolumny,

naginające ku sobie gwiazd krocie,

w których blasku Sfinks wstaje bez tajemnic.

Czy to nie cud? – jeśli cudem zwać ducha

wzloty, mierzone od stu tysiącleci

tętnicami pełnymi znów istnienia,

kiedy się w słońce gwiazda rozpłomienia...

Każdy cud bierze się z nadwyżki życia.

Sen nocy letniej

Jeśli w Ardenach las znowu zaświeci

skrami księżyca i gwiazdą niejedną

i wonie zielne wyjdą nam naprzeciw –

wilgne od rosy i wiatrem owiane,

znów dziać się będą rzeczy niesłychane;

wróżki znów będą tańczyć lunatycznie

i zwołają ku sobie nasze światy –

wolne od pyłów aktywnych kosmicznie,

duch figlarny nas zmieni w dzieci-kwiaty,

zniknie mur, słowa zaś przed sobą klękną,

w oczach zjaśnieją morza (dotąd chmurne,

nękane z zewnątrz postronkami deszczu),