Zaćmienie - Ragnar Jonasson - ebook
Opis

Siglufjörður, rybackie miasteczko na najdalszym północnym krańcu Islandii, odcięte od świata, zasypane śniegiem, pogrążone w ciemności arktycznej nocy albo w nieznośnym świetle arktycznego lata.
Ari Thór znalazł tu pierwszą pracę po szkole policyjnej. Kiedyś studiował filozofię i teologię, ale nie został księdzem. Miał zbyt dużo wątpliwości, za sobą zbyt bolesną przeszłość.
Lecz Siglufjörður to nie jest dobre miejsce dla kogoś, kto nie pogodził się ze swoim życiem. Zimowy mrok odbiera siły, samotność przytłacza jak zaspy śniegu. Tu wszyscy wiedzą o sobie wszystko i wszyscy milczą. Nikt nie ufa nikomu, zwłaszcza obcym, takim jak Ari Thór – targany rozterkami młody policjant, który równie często musi walczyć ze zbrodnią, jak z samym sobą.
Na brzegach spokojnego fiordu w północnej Islandii, w jasną letnią noc brutalnie pobito na śmierć człowieka. Kiedy chmura popiołów z ostatniej erupcji wulkanicznej zamienia całodobowy arktyczny letni dzień w ciemność, młoda reporterka wyjeżdża z Reykjaviku, żeby na własną rękę przeprowadzić śledztwo. Nie wie, że stawką jest życie niewinnej osoby.
Ari Thór i jego koledzy z komisariatu w Siglufjörður zmagają się z coraz bardziej kłopotliwą sprawą, a osobiste dramaty doprowadzają ich do ostateczności. Jakie tajemnice miał zabity i co ukrywa młoda reporterka? Gdy milczące, niewypowiedziane koszmary z przeszłości zagrożą im wszystkim, a ciemność się pogłębi, zacznie się wyścig z czasem, żeby znaleźć zabójcę, zanim znowu ktoś zginie…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 278

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redaktor serii

Małgorzata Cebo-Foniok

Korekta

Hanna Lachowska

Anna Raczyńska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© Photovolcanica.com/Shutterstock

Zdjęcie autora

© Sigurjon Sigurjonsson

Tytuł oryginału

Myrknætti

Copyright © 2012 Ragnar Jónasson

Published by agreement with

Copenhagen Literary Agency ApS, Copenhagen.

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2016 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-6156-0

Warszawa 2016. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

Matce i ojcu

Pozwól przeminąć

Ciemnościom nocy,

Gdy przeminą wieki,

Gdy padły już losy,

Wytrwaj w milczeniu,

Pod ciężarem trudów,

To dar od Boga dla tych,

Którzy są

AkcjaZaćmienia rozgrywa się w czerwcu 2010 roku, po wydarzeniach Milczenia

Część I Dzień pierwszy Lato

1

Jak ci się podoba Islandia?

Przyjechał na Islandię choćby po to, żeby uniknąć takich właśnie pytań.

Dzień zaczął się pomyślnie, wraz ze świtem pięknego czerwcowego poranka. Chociaż o tej porze roku nie było wielkiej różnicy między porankiem a wieczorem, bo słońce świeciło przez całą dobę, rzucając oślepiające światło wszędzie, gdzie spojrzał.

Evan Fein długo czekał na wyjazd na tę wyspę na skraju zamieszkanego świata. I oto teraz on, student historii sztuki z Ohio, był po raz pierwszy na Islandii. Przyroda zebrała swoje moce, jakby na dodatek do nieszczęść krachu finansowego, i sprezentowała Islandczykom dwa wybuchy wulkanów, jeden po drugim. Ale aktywność wulkaniczna na razie się uspokoiła i Evana ominęły te wydarzenia.

Na Islandii był już od kilku dni. Zaczął od zwiedzania Reykjaviku i ciekawostek turystycznych wokół miasta. Wyruszył wcześnie, po nocy spędzonej na polu namiotowym w Blönduós, i pojechał do Skagafjördur. Kupił CD z tradycyjnymi islandzkimi balladami i teraz włożył ją do odtwarzacza w samochodzie. Rozkoszował się muzyką, nie rozumiejąc ani słowa tekstu. Był dumny, że jest kimś w rodzaju fana turystyki, który pławi się w kulturze odwiedzanych krajów.

Pojechał krętą drogą Thverárfjall i zjechał z niej przy miasteczku Saudarkrókur, na końcu półwyspu. Chciał zobaczyć źródło Grettir. Wiedział, że stare, wykładane kamieniami gorące źródło jest gdzieś w pobliżu, niedaleko brzegu.

Była to powolna jazda wyboistą drogą, zastanawiał się, czy nie traci czasu, próbując je odnaleźć. Ale kusiła go myśl, że odpocznie w parującej wodzie, w spokoju poranka, oglądając piękne krajobrazy. Wlókł się jak ślimak, kiedy przejeżdżał, owce uciekały z pobocza, ale źródła jak nie było, tak nie było. Zaczął myśleć, że może przeoczył właściwy zakręt, zwalniał przy każdym wejściu na farmę, żeby sprawdzić, czy dojazd do źródła nie jest ukryty w oddali – za polem farmera albo za skrętem czy za boczną dróżką. Zapuścił się za daleko?

Wreszcie zobaczył ładny dom, który przy bliższym przyjrzeniu się okazał się niedokończoną budowlą. Stał niedaleko drogi, a przed nim zaparkowana była mała szara furgonetka. Evan zatrzymał się na poboczu. I aż podskoczył z zaskoczenia.

Kierowca furgonetki, prawdopodobnie właściciel domu, leżał na ziemi opodal budynku. Nie ruszał się. Nieprzytomny? Evan odpiął pas bezpieczeństwa i otworzył drzwi, nie wyłączając silnika. Ballady sprzed lat nadal chrypiały z maleńkich głośników, scena stawała się niemal surrealistyczna.

Evan zaczął biec, ale zwolnił, kiedy zobaczył, na co trafił.

Mężczyzna był martwy. Co do tego nie było wątpliwości. Sądząc po budowie i krótkich włosach, to musiał być mężczyzna. Ale twarzy nie można było rozpoznać. Maskowały ją rozbryzgi krwi.

W miejscu, gdzie było oko, teraz widniał pusty oczodół.

Evan z trudem łapał oddech, odrętwiały gapił się na leżącego przed nim trupa, szukał telefonu, w tle słyszał niepasujące do tego islandzkie ballady.

Szybko się odwrócił, żeby sprawdzić, czy nie ma za nim zabójcy.

Nic. Tylko trup, Evan był sam.

Obok ciała leżał kawałek drewna wysmarowany krwią. Broń?

Evan miał odruch wymiotny, próbował zdusić myśli zalewające mu umysł.

Myśl. Uspokój się.

Usiadł na pastwisku przed domem i wcisnął numer alarmowy w telefonie. Gorąco żałował, że nie pojechał gdzie indziej na wakacje.

Islandia to jedno z najbezpieczniejszych miejsc na świecie, głosił przewodnik turystyczny.

Evan strzelał oczami na wszystkie strony, widział upalne letnie słońce rzucające blask na zielone pola, zapierające dech w piersi góry majaczące w oddali, lśnienie słonecznych promieni na jasnobłękitnej wodzie odległego fiordu z malowniczymi wyspami.

Już nie, pomyślał, kiedy połączył się z operatorem.

Już nie.

2

Ísrún obudziło brzęczenie muchy, która wpadła przez otwarte okno sypialni. Skłoniło ją to do sprawdzenia godziny. Zaklęła, kiedy zorientowała się, że nadal jest bardzo wcześnie. Ziewnęła, rozprostowała ramiona. Trochę więcej snu nie zaszkodziłoby, jej zmiana w newsroomie zaczynała się dopiero o wpół do dziesiątej. Oparła się na łokciach i spojrzała przez okno na wysokie drzewa w parku, przed blokiem, po drugiej stronie ulicy. Wyglądało na to, że dzień przejdzie bez niespodzianek. Wulkan jak na razie uspokoił się, a teraz, latem, w mieście było spokojnie. W pracy też. Dzień wcześniej pojechała z operatorem kamery na letni festiwal i jej jedynym zadaniem było zmontowanie prostego materiału rozrywkowego, żeby wieczorne wydanie wiadomości kończyło się na lekką nutę. I tak nie było wiadomo, czy to pójdzie, bo zazwyczaj coś poważniejszego zajmowało miejsce materiałów bez większych ambicji.

W zespole wiadomości pracowała już od dziesięciu lat, chociaż miała kilka przerw i dochodziła prosto z college’u jako wolny strzelec, kontynuując jednocześnie studia psychologiczne. Chociaż na poważnie chciała pracować w sektorze opieki medycznej, doszła do wniosku, że tęskni za gwarem newsroomu, w którym przez te wszystkie lata zanurzała się co jakiś czas, kończąc magisterium w Danii, a nawet podejmując na jakiś czas pracę w szpitalu w Akureyri. Ale półtora roku temu Ísrún zrezygnowała ze szpitala i wróciła do Reykjaviku, żeby znaleźć starą pracę w dziennikarstwie telewizyjnym.

Wielu z jej dawnych kolegów odeszło, zastąpiły ich nowe twarze, ale kilku niezłomnych pozostało. Kiedy przed wielu laty po raz pierwszy pisała podanie o pracę w telewizji, nie oczekiwała, że zostanie przyjęta. Myślała, że blizna na twarzy uniemożliwi jej pracę na wizji, ale prześlizgnęła się przez proces selekcji i okazało się, że to nie jest przeszkoda w karierze zawodowej. Pogłaskała się teraz po twarzy. Blizna była równie znajoma jak inne rysy, spadek po wypadku z dzieciństwa – starszy krewny wylał na nią gorącą kawę, gdy miała zaledwie kilka miesięcy. Jeden policzek był na stałe oszpecony i chociaż nauczyła się tak nakładać makijaż, że nie rzucało się to w oczy, nie można było tego nie zauważyć. Ale chyba właśnie ta blizna spowodowała, że tak bardzo chciała uzyskać pracę w telewizji. Była to okazja, żeby pokazać światu – a przynajmniej telewidzom w Islandii – że to jej nie powstrzyma.

Usiadła na łóżku i rozejrzała się z zadowoleniem po pustawym, prawie nieumeblowanym pokoju. Odpowiadało jej to, że mieszka sama. Od ostatnich dwóch lat była singielką – to najdłuższy czas, kiedy nie miała poważnego związku. Przeprowadzka do Danii na kilkuletnie studia zakończyła sprawę z jej ostatnim chłopakiem. Byli razem przez pięć lat, ale to za mało, żeby chciał z nią pojechać, albo raczej czekać, aż wróci do domu. W porządku, pomyślała. To jego problem.

Ku jej zaskoczeniu praca w telewizji dawała, jak się okazało, więcej satysfakcji niż psychologia, ale to, czego się nauczyła, z pewnością pomagało jej w dziennikarstwie. Dzięki tej pracy codziennie widziała coś innego – rozmawiała z interesującymi ludźmi i miała nadzieję, że wkrótce pojawi się jakiś bombowy materiał. To były najlepsze dni. Chociaż lekkie napięcie może uzależnić, to nie lubiła stresu nieustannego pośpiechu. Na zmianach było często za mało ludzi i zazwyczaj walczono o dostarczenie materiału przed końcem dnia. Dużo czasu na przygotowanie materiału było rzadkim luksusem, podobnie jak głębsze zastanowienie się nad sprawą.

Ísrún znów zamknęła oczy, chciała jeszcze zasnąć. Gdzieś w pokoju nadal brzęczała mucha, Ísrún zdenerwowana szeroko otworzyła oczy. Wstała z łóżka i kilka minut później była na ulicy w ubraniu do biegania, zdecydowana, żeby jak najwięcej skorzystać z niespodziewanie wczesnego startu. Głęboko nabrała porannego powietrza, ale nie poczuła jego charakterystycznej świeżości. Miało kwaśny posmak, skażone wulkanicznym osadem z wybuchu spod lodowca Eyjafjallajokull w południowej części Islandii, który już wcześniej, wiosną, rzygnął popiołem, przerywając ruch samolotów na całej półkuli. Nic dziwnego, że mucha szukała schronienia pod dachem. Podczas wybuchu i potem popiół często opadał na miasto, chociaż wulkan znajdował się daleko. Odczuwali to wszyscy, popiół drażnił oczy, utrudniał oddychanie. W najgorsze dni osobom cierpiącym na astmę i podobne schorzenia zalecano, żeby pozostawały w domu. Erupcja już się skończyła, pozostał osad popiołu, ale także obawa, że aktywność wulkaniczna obudzi inny niebezpieczny wulkan, Katlę, a konsekwencje będą znacznie bardziej niszczycielskie.

Ísrún mieszkała w małym, dwupokojowym mieszkanku, w bloku opodal Uniwersytetu Islandzkiego i, kiedy tylko miała okazję, zwykła biegać po brzegu morza, najchętniej rano. Potem ubierała się do pracy i wychodziła do redakcji telewizyjnej. Uznała, że skażenie wulkaniczne nie powstrzyma jej. Biegnąc, myślała o kolejnym, z pewnością rutynowym dniu, który ją czekał.

Jej stary czerwony gruchot – samochód był w rodzinie od lat, dostała go od ojca, gdy miała dwadzieścia lat – nadal punktualnie dowoził ją do pracy. Ściśle rzecz biorąc, samochód był już zabytkiem, ale wypełniał swoje zadanie. Dzisiaj ruch był niewielki – jedną z zalet pracy za biurkiem w newsroomie było to, że zaczynała o wpół do dziesiątej, dobrze po porannej godzinie szczytu. Mniej lubiła częste późne zmiany, które po wieczornych wiadomościach przeradzały się nieuchronnie w zebrania. Ale praca nad późniejszymi wiadomościami była często lepszym rozwiązaniem; traciła wieczór, ale zyskiwała na jego miejsce kolejny poranek, a to był cenny czas.

Cholera! Zapomniała, że dzisiaj i jutro wydawcą jest Ívar. Napięcie między nimi graniczyło z wrogością. Mianowano go dwa lata temu, kiedy nadal próbowała znaleźć sobie miejsce jako psycholog. Uważał się za jakąś grubą rybę, bo podebrano go z konkurującej stacji i mimo że przez ostatnie osiem miesięcy doskonale sobie radziła, nadal patrzył na nią jak na początkującą dziennikarkę. Jakoś nie był w stanie powierzyć jej czegoś poważnego, a ona wiedziała, że nie będzie walić pięścią w stół i bronić swojego narożnika. Może tak zrobiłaby parę lat temu, ale tamten czas minął.

Usiadła w pokoju zebrań. Ívar zajął miejsce na końcu ze swoim notatnikiem, z którym nigdy się nie rozstawał, i stertą papierów – komunikatami prasowymi, które trafią do któregoś z dziennikarzy albo do kosza.

– Ísrún, masz jakiś materiał z festiwalu letniego?

Czyżby wyczuła w tym nutkę protekcjonalizmu? A może jest niepotrzebnie podejrzliwa?

– Jeszcze nie. Skręciłam to dzisiaj, będzie gotowe na wieczór. Dwie minuty?

– Góra dziewięćdziesiąt sekund.

Koledzy powoli siadali za stołem i poranne zebranie wiadomości formalnie się zaczęło.

– Czy ktoś zauważył rano zanieczyszczenie powietrza? – zapytał Kormákur. Odchylił się w krześle, gryząc ołówek. Mówiono na niego Kommi głównie dlatego, że każdy wiedział, jak bardzo nie lubi tego przezwiska.

– Tak. To nagromadzony podczas erupcji popiół z wybuchu, który zawiewany jest w tę stronę. A przynajmniej tak mi powiedziano – odparł Ívar.

– Myślałem, że już po wybuchu – rzekł Kormákur i uśmiechnął się. – Pewnie udałoby się nam wycisnąć z tego jeszcze jeden materiał.

– Ísrún, mogłabyś to sprawdzić? Zrób coś i może dodaj trochę zagrożenia. Wybuch wraca do Reykjaviku – o, coś w tym rodzaju. – Ívar uśmiechnął się.

Protekcjonalny dureń, pomyślała, wlepiając wściekły wzrok w swój notatnik.

– Ale przyjrzyjmy się poważnym sprawom – powiedział Ívar.

Właśnie, pomyślała Ísrún i zirytowana uniosła brwi.

– Słyszałem, że ktoś znalazł zwłoki na północy, niedaleko od Saudárkrókur, obok budowy. Jeszcze nic nie zostało potwierdzone. To na pewno będzie nasz materiał przewodni, chyba że zdarzy się kolejny wybuch.

Kormákur kiwnął głową.

– Natychmiast się tym zajmę.

Jednak nie wyglądało na to, że szykuje się nudny dzień newsów… dla niektórych.

3

Ari Thór Arason ciągle się dziwił, że tak długo został w policji w Siglufjördur. Minęły prawie dwa lata, odkąd przeprowadził się na północ po ukończeniu akademii policyjnej, kiedy zrezygnował z magisterium z teologii.

Tamta pierwsza zima na północy to było piekło, śnieg bezlitośnie przygniatał go i dusił. Ale kiedy z zamarzniętej ciemności wyłoniły się ciepłe, jasne dni, podniosło go to na duchu i świeżym okiem spojrzał na swój nowy dom. Teraz miał za sobą drugą zimę. Chociaż nadal uważał, że samotność w zimowej ciemności jest depresyjna, to zaczynał się do tego przyzwyczajać, nawet polubił widok świeżego śniegu na kolorowych budynkach przytulonych do wybrzeża i lodową wspaniałość gór otaczających wieś. Jakaż to była ulga, gdy słońce w końcu pokazywało się po zimowym pobycie za górami. Kiedy zbliżał się czerwiec już pojawiały się ciepłe dni – trochę później niż tam, na południu, ale tego należało się spodziewać. Nawet słońce od czasu do czasu chyba zapominało o wsi na północnym skraju Islandii.

Tómas, inspektor policji w Siglufjördur, zadzwonił rano i poprosił Ariego Thóra, żeby przyszedł wcześniej, niż było ustalone. Jego zmiana zaczynała się dopiero w połowie dnia, ale na posterunek wyjechał już o dziewiątej. Tómas niewiele powiedział przez telefon, ale Ari Thór był pewien, że w głosie szefa usłyszał prawdziwe zaniepokojenie. Co prawda, ostatnio Tómas nie był szczególnie wesoły. To był cios, kiedy jego żona postanowiła pojechać do Reykjaviku na studia. Nikt, z wyjątkiem być może Tómasa, nie spodziewał się, że kiedyś wróci do Siglufjördur. Nadal byli razem, przynajmniej na papierze, a to więcej, niż można było powiedzieć o Arim Thórze i jego byłej dziewczynie Kristín.

Ich związek bezsprzecznie wygasł, chociaż Ari Thór żywił nadzieję, że jeszcze będzie w stanie tchnąć w niego nowe życie. Minęły cztery lata, odkąd po raz pierwszy się spotkali.

Wtedy jeszcze studiował teologię, a Kristín nadal była studentką medycyny. Natychmiast pojawiło się między nimi przyciąganie i udało się jej wyciągnąć go z jego skorupy – trudnego młodego człowieka, który wcześnie stracił oboje rodziców, a babka wychowała go tak, żeby był samodzielny. Potrafił o siebie zadbać i niechętnie dopuszczał ludzi zbyt blisko.

Kristín przyniosła mu ciepło i bezpieczeństwo, za którymi tęsknił, ale wszystko zaczęło się rozpadać, kiedy nowa praca zabrała go do Siglufjördur. Jego decyzja głęboko przygnębiła Kristín, została w Reykjaviku, nie znalazła nawet czasu, żeby przyjechać do niego na Boże Narodzenie. On też był mocno zraniony jej reakcją, a ich związek robił się coraz bardziej odległy i lodowaty. Potem on popełnił błąd. Nauczycielka gry na pianinie w Siglufjördur, młoda kobieta z Westfjords, Ugla, usidliła go mniej więcej w ten sam sposób, jak kiedyś Kristín, zapewniając mu miłą ucieczkę od zimnej samotności Siglufjördur. To, co zaczęło się od pocałunku, skończyło się w jej sypialni i nie było mowy, żeby kiedykolwiek przekonał Kristín, że nie popełnił wobec niej zdrady. Śnieg i zimowe ciemności tworzyły ułudę, samotność przygniatała mu sumienie, przekonywała go, że jest zakochany, ale kiedy wiosna zaświtała nad górami Siglufjördur, wiedział z niezachwianą pewnością, że tą jedyną jest Kristín.

Tylko, że było już za późno. Pochopnie zadzwonił do Kristín, żeby jej powiedzieć, że zaczął się spotykać z kimś w Siglufjördur i że kończą ze sobą. Rozmowa właściwie ograniczyła się do tego. Usłyszał trzask i doszedł do wniosku, że rąbnęła telefonem o najbliższą ścianę. Dopiero potem dowiedział się, że zrezygnowała z tymczasowego zatrudnienia na lato i z możliwości ukończenia studiów medycznych w szpitalu w Reykjaviku, żeby móc przeprowadzić się na północ do Akureyri i być blisko niego.

Jak mógł być taki głupi?

Oczywiście, kiedy wreszcie przyznał, że przez cały czas miał dziewczynę w Reykjaviku, związek z Uglą też się skończył. Gdyby trzymała telefon, poleciałby tak samo jak telefon Kristín, ale w jego stronę.

Tęsknił za Kristín. Po rozstaniu parę razy próbował się do niej dodzwonić, ale bez rezultatu, a na maile nie dostawał odpowiedzi. Od ostatniego razu, gdy próbował się z nią skontaktować, minęło już kilka miesięcy. Wiedział, że przeprowadziła się do Akureyri, żeby ukończyć ostatni rok medycyny, i słyszał od wspólnych przyjaciół, że podjęła pracę w tamtejszym szpitalu. To było bolesne, wiedzieć, że jest tak blisko, kiedy rozdzielił ich innego rodzaju dystans. Po tej wiadomości zagłębił się w pracy, tyrał bardziej niż kiedykolwiek.

Po drodze na posterunek Ari Thór miał zamiar kupić sobie coś zdrowego na śniadanie. Rano przycumował mały statek pasażerski i w mieście roiło się od turystów pstrykających zdjęcia grupkom miejscowej młodzieży, z grabiami i innymi narzędziami, pracującej dla lokalnego samorządu. Kusił zapach cynamonu i czekolady z piekarni, ale tego nie można było raczej nazwać zdrowym śniadaniem. Zatrzymał się na chwilę, kiedy doleciały go te aromaty. Jakość pączków cynamonowych z Siglufjördur, znanych jako hnútar, zostawiała w tyle ich wersję z Reykjaviku, do której był przyzwyczajony. Ale wystarczyło zerknąć przez okno, żeby zrozumieć, że tłum turystów doszedł do tego samego wniosku, więc zakupy w piekarni będą musiały poczekać. Zatrzymał się natomiast przy sklepiku rybnym na placu Ratuszowym i poprosił o suszoną rybę. To nie było jego zwyczajne śniadanie, ale na pewno wybór był zdrowszy.

– Sum, jak zwykle? – zapytała sklepowa.

– Tak, poproszę.

– To dla pana, Wielebny.

Ari Thór ściągnął brwi, zapłacił za torebkę z suszonymi kawałkami suma i wychodząc, opryskliwie powiedział do widzenia. Przydomek Wielebny jeszcze bywał w użyciu. Pojawił się, gdy ludzie dowiedzieli się o jego nieukończonych studiach teologicznych. Nadal się do niego nie przyzwyczaił i czasem ta kpina bolała.

Tómas natychmiast zaczął węszyć, kiedy Ari Thór usiadł za stołem w kąciku regeneracyjnym posterunku i rozwinął swoje codzienne śniadanie.

– No nie, znowu to! Ryba na śniadanie? Nigdy ci się to nie przeje?

– Nawet mieszczuchy takie jak ja mogą polubić tradycyjne śniadania – odparł Ari Thór i dalej skubał kawałki ryby.

– A teraz bez żartów, Ari Thórze, jest coś, czym musimy się zająć. Hlynur jest w drodze, może objąć dzisiejszy dyżur – powiedział Tómas.

Tómas zmienił się, odkąd jego żona przeprowadziła się na południe, jakby postarzał się o dziesięć lat. Jego życiowy entuzjazm rozwiał się i chociaż już wcześniej niewiele miał włosów, teraz jakby jeszcze bardziej wyłysiał.

Nie było wątpliwości, że Tómas jest samotny. Ari Thór wiedział, że starszy syn inspektora też wyjechał z domu i teraz, przez cały semestr, mieszka w akademiku przy college’u w Akureyri. Znalazł tam sobie pracę na lato w samorządzie miejskim i razem z dwoma kolegami z klasy wynajął mieszkanie. Odwiedzał ojca tylko w weekendy, więc Tómas był bardzo samotny w swoim domu w Siglufjördur.

– Znaleziono zwłoki – oświadczył Tómas, kiedy Ari Thór usiadł.

– Zwłoki?

– Zgadza się. W Skagafjördur, na Reykjaströnd, obok letniego domu w budowie, niedaleko źródła Grettir.

– Co ma do tego Siglufjördur? – zapytał Ari Thór i natychmiast pożałował opryskliwego pytania. Był zmęczony, nie spał długo w noc i miał nadzieję, że wyśpi się rano. Przetarł oczy.

– Ciało znalazł jakiś turysta z Ameryki. Przejeżdżał obok, po drodze do źródła – mówił dalej Tómas, ignorując jego słowa. – Wygląda paskudnie. Przysłali mi kilka zdjęć z miejsca zdarzenia.

– Morderstwo?

– Co do tego nie ma wątpliwości, w dodatku brutalne morderstwo. Ofiara jest praktycznie nie do rozpoznania. Zmiażdżono jej twarz kawałem drewna. Zdaje się był w nim gwóźdź, który wszedł prosto w oko. Poproszono nas o pomoc w śledztwie, bo ofiara tutaj jest oficjalnie „zameldowana”. – Ton Tómasa wskazywał, że zabity nie urodził się w Siglufjördur.

– Ktoś spoza miasta?

– Właśnie. Elías Freysson. Nie pamiętam nawet, żebym spotkał tego człowieka. Był podwykonawcą pracującym przy nowym tunelu. Powiedziałem, że dowiemy się o nim na miejscu wszystkiego, co się da. Chcę, żebyś ty to poprowadził. – Mówił zdecydowanym, twardym głosem. – Oczywiście, będę nad tym pracował razem z tobą, ale nadszedł czas, żebyś wziął na siebie większą odpowiedzialność.

Ari Thór kiwnął głową, że się zgadza. Podobał mu się ten pomysł. Znużenie go opuściło, natychmiast zmobilizował siły. Przyszło mu do głowy, i to nie po raz pierwszy, że Tómas szuka sposobu, żeby przenieść się na południe, do żony i chce zostawić posterunek w Siglufjördur w pewnych rękach.

– Powiedziałeś, że dzisiaj Hlynur obejmie zmianę. Więc nie weźmie udziału w dochodzeniu?

– Zgadza się, chłopcze – odparł Tómas.

Ari Thór odetchnął z ulgą. Miał nadzieję, że jego zadowolenie z odpowiedzi Tómasa nie było zbyt widoczne. Nie potrafił pracować z Hlynurem. Nie mogli się porozumieć, a najgorsze, że nie wiadomo dlaczego, Hlynur przez ostatnie kilka miesięcy był prawie nieużyteczny. Do pracy przychodził zawsze zmęczony, często jeszcze zaspany i robił się coraz bardziej roztargniony.

– W porządku. Od razu się do tego wezmę – powiedział Ari Thór. – Kto był szefem Elíasa w nowym tunelu?

– Wiem, że Hákon jest tam brygadzistą, Hákon Halldórsson – odpowiedział Tómas. – To chłopak z Siglufjördur – dodał i Ari Thór poznał po jego głosie, że to jest najważniejsze w całej informacji.

4

Kiedy Hlynur Ísaksson przybył na posterunek w Siglufjördur na swoją zmianę, zobaczył, że Ari Tór i Tómas już tam są i przyjaźnie gawędzą. Natychmiast ogarnęło go przeczucie, że jest jakaś tajemnica, do której go nie dopuszczają. Do pewnego stopnia miał rację.

– Ari Thór i ja będziemy dzisiaj na przesłuchaniach – powiedział zdawkowo Tómas. – Niedaleko Saudárkrókur znaleziono ciało i zdaje się, że zmarły miał jakiś związek z Siglufjördur.

Hlynur skinął głową, robił, co mógł, żeby wyglądało, że wszystko mu jedno, czy włączą go do sprawy.

– Mógłbyś przejąć dyżur dzisiaj? – zapytał Tómas, wyraźnie nie oczekując odpowiedzi. – Chciałbym, żebyś później poszedł za mnie do podstawówki. To ostatni dzień roku szkolnego i poproszono nas, żebyśmy wręczyli parę nagród. Miałem to zrobić, ale czasowo nie dam rady.

Hlynur poczuł, że serce zaczyna mu mocno bić. Na czoło wystąpił mu zimny pot. Właśnie tego nie będzie w stanie zrobić.

– Nie mógłby się tym zająć Ari Thór? – wybełkotał.

– Co? Jak to? Dzisiaj potrzebuję Ariego Thora. Właśnie ci o tym mówiłem – powiedział Tómas ostrzejszym niż zwykle tonem.

Hlynur już miał odpowiedzieć, ale język zaczął mu się plątać.

– Hm – odezwał się w końcu. – W końcu to nic takiego. Lepiej nie przejmujmy się tym.

– Będziemy się tym przejmować, do cholery. Idziesz. Żadnych sprzeciwów – zarządził Tómas i wyszedł.

Hlynur kiwnął głową i popatrzył sobie na ręce. Tęsknił za domem, chciał schować się pod kołdrę i odpocząć. Czuł coś nieprzyjemnego w dołku. Od sześciu lat pracował z Tómasem na posterunku w Siglufjördur i miał znacznie więcej doświadczenia w policyjnej robocie niż Ari Thór, ale czuł, że równowaga sił zmieniła się przez ostatnie kilka miesięcy. Z jakichś powodów Tómas miał teraz więcej zaufania do Ariego Thóra, myślał Hlynur, niezbyt zadowolony z przydzielonych mu zadań. To bez wątpienia prawda, że ostatnio Ari Thór bardzo się starał i okazał się niezwykle zdolny, chociaż sprawy, którymi się zajmowali, były do siebie podobne i niezbyt wymagające.

Ale Hlynur był cieniem samego siebie, odkąd zaczęły napływać te przeklęte maile.

– Opuszczasz się – powiedział Hlynurowi Tómas zaraz po Nowym Roku.

Byli na służbie we dwóch, zrobili sobie przerwę w kąciku regeneracyjnym. Hlynur wiedział z doświadczenia, że Tómas od czasu do czasu potrafi wyjechać z czymś niespodziewanym, i to bez ostrzeżenia. Ale wtedy był całkowicie zaskoczony, poczuł, że szczęka mu opadła. Chwilę wcześniej rozmawiali o pospolitych sprawach. Dzień w Siglufjördur był ponury, niskie chmury, wiał zimny wiatr od gór. Kącik posterunku, w którym zwykli robić sobie przerwy na kawę, był równie przygnębiający. W zlewie stało kilka kubków, bo nikt nie miał czasu ich umyć, a przy termosie dwie otwarte paczki czekoladowych herbatników. Na stole leżał stary bankowy kalendarz z południa, z czasów dobrej koniunktury. Nikt nie miał serca, żeby wyrzucać to memento minionego czasu, kiedy gospodarka Islandii prosperowała.

Hlynur popatrzył na Tómasa.

– Opuszczam się? O co ci chodzi? – zapytał wreszcie doskonale świadom, że Tómas miał rację, i równie świadom przyczyn swojej słabej koncentracji.

– Straciłeś zainteresowanie pracą? Czasem wydaje się, że jesteś daleko stąd, czymś zajęty. I nie jesteś już taki sumienny jak kiedyś – stwierdził Tómas z miażdżącą bezpośredniością. Jak zwykle był wnikliwym obserwatorem.

– Dojdę do siebie – wymamrotał Hlynur.

– Coś jest nie tak?

– Nie – odparł oschle z nadzieją, że Tómas nie przejrzy jego kłamstwa. Ku jego uldze nie ciągnął sprawy dalej.

Pierwszy mail przyszedł przed rokiem. Hlynur siedział w łóżku z laptopem, kiedy mail wpadł do skrzynki odbiorczej jak grom z jasnego nieba. Hlynur zaczął drżeć spazmatycznie, gdy zrozumiał, że jego przeszłość dopędza go i niczego nie może zrobić, żeby tego uniknąć.

Mieszkał w prawie nowym mieszkaniu. Było pustawe, z gołymi ścianami, wyposażone tylko w niezbędne meble. Ale to mu odpowiadało. Nigdy nie miał chętki na zagracone stare domy ze skrzypiącymi deskami w podłodze, więc odpowiadało mu miejsce, które znalazł. Mieszkanie było za duże jak na jego potrzeby i Hlynur przeznaczył jeden pokój na rzeczy, które przywiózł z południa, kiedy zdecydował się na podjęcie pracy w Siglufjördur. Pudła z książkami, których nigdy nie otwierał, dyski, których nigdy nie oglądał, i ubrania, których nigdy nie nosił.

Był najmłodszym z trzech braci, wychowała go matka w Kópavogur, miasteczku w okolicy Reykjaviku. Za dnia pracowała od rana do wieczora w urzędach miejskich, a potem brała sprzątanie czy jakąkolwiek inną pracę poza godzinami urzędowymi. Rzadko ją widywał, a kiedy się spotykali, była zazwyczaj szara ze zmęczenia i siadała ze swoimi trzema chłopakami do stołu w ich mieszkaniu. Hluynur doskonale pamiętał, jak w poniedziałki jedli wątłusza. Posiłki zawsze przygotowywane były w domu, bo brakowało pieniędzy na śmieciowe jedzenie. Rodzina rzadko mogła pozwolić sobie nawet na niewielki luksus.

Później Hlynur odkrył, że jego ojciec miał słabość do butelki. Często znikał na krótszy, a potem na coraz dłuższy czas i wreszcie zniknął na dobre, gdy urodził się trzeci chłopiec, Hlynur. Ojciec związał się wtedy z jakąś kobietą gdzieś w Westfjords i, kiedy był trzeźwy, znajdował sobie pracę na morzu albo na brzegu, z rzadka odwiedzając Reykjavik. Co za tym idzie, chłopcy wyrastali bez ojca. Kilka lat po tym, jak odjechał do Westfjords, wpadł w pijacki stupor i już się nie obudził, wykończony krótkim, twardym życiem. Matka Hlynura odczekała prawie rok, zanim powiedziała chłopcom o śmierci ich ojca. Żaden nie był obecny na jego pogrzebie.

Hlynur ledwie sobie przypominał dzień, w którym im o tym powiedziała. Jego starsi bracia źle przyjęli wiadomość, bo lepiej rozumieli powagę tego wszystkiego i pamiętali ojca. I chociaż Hlynur był jedynym, który go nie pamiętał, powoli do niego docierała odpowiedzialność za jego śmierć.

– Tato odszedł, kiedy ty się urodziłeś. – Słyszał to częściej, niżby chciał.

Może dlatego nigdy nie stworzył więzi z braćmi. Dwaj starsi sprzymierzyli się przeciwko niemu, a matka była zbyt zajęta, żeby widzieć, co się dzieje. Nie śmiał oddawać braciom, więc w szkole wyładowywał gniew i nienawiść na dzieciach stanowiących łatwe cele. Został ekspertem od zastraszania i przemocy, całą frustrację wylewał na słabszych od siebie.

A teraz zaczęły nadchodzić te maile. Stało się jasne, że jego mroczna przeszłość wróciła, żeby go nawiedzać.

Kiedy zaczął naukę w college’u, jego zachowanie zmieniło się na lepsze, otrząsnął się z gniewu i zaczął współczuć tym, których prześladował. Zdał sobie sprawę, że jest odpowiedzialny za nieszczęścia niewinnych. Ale z początku nie próbował odpokutować za swoje nieprawości. To miało przyjść później, gdy poczucie winy zaczęło gryźć jego sumienie.

Wyjechał z domu zaraz po ukończeniu college’u i wstąpił do akademii policyjnej, pracował w różnych miejscach w całym kraju, również w Reykjaviku. Ale w policji były cięcia i skończył w Siglufjördur, gdzie zaproponowano mu stałe zatrudnienie. Kontakt z rodziną prawie się urwał. Jego matka nadal pracowała dla rady miasta w Kópavogur, chociaż teraz na część etatu, gdyż stała się kolejną ofiarą cięć w sektorze publicznym. Z braćmi spotykał się tylko z rzadka, najwyżej parę razy do roku, kiedy bywał w Reykjaviku i matka zapraszała ich wszystkich na obiad. Był z tego zadowolony, niewiele miał wspólnego ze swoją rodziną.