Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Żaby - Mo Yan

Wan Serce bardzo szybko stała się legendą w swojej rodzinnej wiosce i najbliższej okolicy. Pierwsza wykształcona położna, która starała się zakończyć zabobonne praktyki, stanowiące zagrożenie dla matek i dzieci. Bohaterka, która dzięki swoim zdolnościom i powołaniu uratowała setki istnień. Gorliwa komunistka, bez wahania występująca przeciwko duchom, przodkom i ludowej magii. Kobieta, która poświęciła swoje życie na wykonywanie rozkazów, których nikt nie był w stanie zrozumieć, a za którym posłuszeństwo została znienawidzona i potępiona przez najbliższych. Powód śmiechu i płaczu, radości i rozpaczy – główna bohaterka dramatu z historią w tle.

Mo Yan po raz kolejny wprowadza w czytelników w egzotyczny świat chińskiej kultury. W charakterystyczny dla siebie sposób łączy wschodnią mitologię i kulturę z życiem w bezwzględnych, komunistycznych realiach. Żaby to bez wątpienia jedna z najbardziej kontrowersyjnych powieści chińskiego laureata Nagrody Nobla, podejmująca niełatwy temat kontroli urodzeń i związanych z nią, często brutalnych i niełatwych do zrozumienia działań.

Opinie o ebooku Żaby - Mo Yan

Fragment ebooka Żaby - Mo Yan

Mo Yan

ŻABY

Przełożyła Małgo­rza­ta Re­li­ga

Tytuł ory­gi­nału: 蛙

Co­py­ri­ght © 2009, Mo Yan

All ri­ghts re­se­rved

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIV

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIV

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Część pierw­sza

Sza­now­ny Pa­nie Su­gi­ta­ni Yoshi­to,

Od na­sze­go roz­sta­nia minęło już kil­ka mie­sięcy, ale wciąż pamiętam czas spędzo­ny wspólnie w mo­ich ro­dzin­nych stro­nach. Nie zważając na własne zdro­wie i wiek, ze­chciał Pan przy­je­chać do ob­ce­go kra­ju, do na­szej za­co­fa­nej dziu­ry, żeby po­roz­ma­wiać ze mną i mo­imi kra­ja­na­mi, miłośni­ka­mi li­te­ra­tu­ry. Je­steśmy tym nie­zwy­kle wzru­sze­ni. Przed południem dru­gie­go dnia no­we­go roku księżyco­we­go wygłosił Pan dla nas długi re­fe­rat za­ty­tułowa­ny „Li­te­ra­tu­ra i życie”. Zo­stał już spi­sa­ny z na­gra­nia i jeśli ze­chce się Pan łaska­wie zgo­dzić, chcie­li­byśmy go wy­dru­ko­wać w na­szym lo­kal­nym wy­daw­nic­twie Po­wia­to­we­go Sto­wa­rzy­sze­nia Li­te­ra­tu­ry i Sztu­ki „Głos Żab”. W ten sposób ci, którzy nie mo­gli wysłuchać Pańskie­go wykładu, będą mie­li możliwość za­po­zna­nia się z Pańskim mi­strzow­skim języ­kiem i cze­goś się na­uczyć.

Przed południem pierw­sze­go dnia no­we­go roku to­wa­rzy­szyłem Panu w od­wie­dzi­nach u mo­jej ciot­ki, od pięćdzie­sięciu lat pra­cującej jako położna. Cho­ciaż przez szyb­kość jej mowy i przez jej lo­kal­ny ak­cent nie zro­zu­miał Pan wszyst­kie­go, co mówiła, je­stem pe­wien, że zro­biła na Panu wiel­kie wrażenie. W cza­sie wykładu, przed­sta­wiając swo­je poglądy na li­te­ra­turę, wie­lo­krot­nie przy­woływał Pan jej po­stać. Mówił Pan, że oczy­ma wy­obraźni wi­dzi ob­ra­zy wiej­skiej położnej: jak pędzi na ro­we­rze przez za­mar­z­niętą rzekę, moc­no na­ci­skając na pedały, z ap­teczką na ple­cach i pa­ra­solką w ręku; jak zma­ga się ze sta­da­mi żab; jak jedną ręką obej­mu­je nie­mowlę, ma za­krwa­wio­ne rękawy i głośno się śmie­je; albo wi­dzi ją Pan przygnębioną, z pa­pie­ro­sem w ustach i nie­dba­le ubraną. Mówił Pan, że te ob­ra­zy cza­sa­mi zle­wają się w je­den, a cza­sem roz­dzie­lają, jak se­ria rzeźb tej sa­mej oso­by. Zachęcał Pan miłośników li­te­ra­turyw na­szym po­wie­cie, aby ob­ra­li so­bie moją ciotkę za bo­ha­terkę i na­pi­sa­li o niej jakiś utwór: po­wieść, wiersz albo sztukę. Mi­strzu, wie­lu lu­dzi, w których po­bu­dził Pan na­tchnie­nie, wzięło się już do tego te­ma­tu. Je­den z mo­ich przy­ja­ciół pi­sa­rzy na­pi­sał po­wieść, której bo­ha­terką jest wiej­ska gi­ne­ko­lożka. Nie chcę wcho­dzić mu w drogę, więc cho­ciaż w spra­wach mo­jej ciot­ki orien­tuję się dużo le­piej niż on, zgo­dziłem się na jego książkę.

Mi­strzu, chciałbym na­pi­sać sztukę na kan­wie losów mo­jej ciot­ki. Dru­gie­go dnia wie­czo­rem, kie­dy roz­ma­wia­liśmy, siedząc na moim kan­gu1, Pańska błysko­tli­wa i nie­ba­nal­na ana­li­za i uzna­nie dla Sar­tre’a jako dra­ma­to­pi­sa­rza były dla mnie praw­dziwą pod­nietą. Chcę pisać, chcę na­pi­sać sztukę równie zna­ko­mitą jak Mu­chy czyBrud­ne ręce; uczy­nić wszyst­ko, by zbliżyć się do tego wiel­kie­go twórcy. Prze­strze­gam Pańskich wskazówek: nie śpie­szyć się, pra­co­wać po­wo­li, być cier­pli­wym jak żaba przy­cup­nięta na liściu lo­to­su w ocze­ki­wa­niu na owa­da, a gdy wszyst­ko do­brze się obmyśli, być szyb­kim jak żaba jed­nym sko­kiem chwy­tająca ofiarę.

Za­nim od­wiozłem Pana na lot­ni­sko w Qing­dao, po­pro­sił mnie Pan, abym w liście przed­sta­wił Panu hi­sto­rię mo­jej ciot­ki. Cho­ciaż jej życie jesz­cze się nie skończyło, już można je opi­sać nie­mal w for­mie epo­pei. W jej życiu ro­ze­grało się tak wie­le zda­rzeń, że nie wiem, jak długi byłby ten list. Proszę więc, by ze­chciał Pan mi wy­ba­czyć i zgo­dził się na to, że na­piszę tyle, ile zdołam, po czym zakończę. W epo­ce kom­pu­terów pi­sa­nie piórem na pa­pie­rze jest już luk­su­sem, choć oczy­wiście jest też przy­jem­nością. Mam na­dzieję, że czy­tając mój list, Pan także od­czu­je tę ar­cha­iczną przy­jem­ność.

A przy oka­zji wspomnę jesz­cze Panu, że dwu­dzie­ste­go piątego pierw­sze­go mie­siąca sta­ra śliwa na na­szym podwórku, którą przez jej nie­zwykły kształt na­zwał Pan „młodym uczo­nym”, za­kwitła na czer­wo­no. Mnóstwo lu­dzi przyszło ją po­dzi­wiać, ciot­ka też. Oj­ciec po­wie­dział, że tego dnia spadł pu­szy­sty śnieg pachnący kwia­ta­mi i jego woń oczyściła ludz­kie umysły.

Pański uczeń, Ki­jan­ka

Pe­kin, 21 mar­ca 2002

Roz­dział 1

Mi­strzu,

W na­szych stro­nach był kie­dyś taki sta­ry zwy­czaj, że kie­dy uro­dziło się dziec­ko, da­wa­no mu na imię nazwę części ciała lub or­ga­nu, na przykład Chen Nos, Zhao Oko, Wu Je­li­to, Sun Ramię. Nie zgłębiałem po­cho­dze­nia tego zwy­czaju, może brał się z prze­ko­na­nia, że „nędzne imię daje wielką przyszłość”, a może stąd, że mat­ki uważają dzie­ci za część własne­go ciała. Dziś ten zwy­czaj już nie funk­cjo­nu­je, bo młodzi ro­dzi­ce nie chcą, by ich dzie­ci nosiły ta­kie dzi­wacz­ne imio­na. Dzie­ci z na­szych stron dzi­siaj zwy­kle na­zy­wają się pięknie i wy­szu­ka­nie, z in­spi­ra­cji te­le­wi­zyj­nych se­ria­li z Hong­kon­gu i Taj­wa­nu, a na­wet z Ja­po­nii i Ko­rei. A ci, którzy kie­dyś na­zy­wa­li się jak części ciała, zmie­ni­li daw­ne imio­na na ele­gant­sze. Oczy­wiście, są też tacy, którzy zo­sta­li przy sta­rych imio­nach, jak Chen Ucho albo Chen Brew.

Chen Nos, oj­ciec Ucha i Brwi, był moim szkol­nym ko­legą i przy­ja­cie­lem z lat dzie­cięcych. Je­sie­nią 1960 roku zaczęliśmy szkołę pod­sta­wową Day­an­glan. To były cza­sy głodu, więc naj­le­piej pamiętam wszyst­ko, co miało związek z je­dze­niem. Przykładem może być opo­wia­da­na już prze­ze mnie hi­sto­ria o je­dze­niu węgla. Wie­lu lu­dzi uważa, że ją zmyśliłem, ale przy­sięgam na moją ciotkę – to nie zmyśle­nie, ale naj­praw­dziw­szy fakt.

To była tona węgla pierw­szej jakości z ko­pal­ni Long­kou, tak błyszczącego i gład­kie­go, że można się było w nim przej­rzeć. Po­tem nig­dy już nie wi­działem tak błyszczącego węgla. Wiej­ski woźnica Wang Sto­pa przy­wiózł go z mia­sta po­wia­to­we­go. Wang Sto­pa miał kwa­dra­tową głowę i gru­by kark, jąkał się, więc gdy mówił, oczy za­czy­nały mu lśnić, a twarz po­kry­wała się czer­wie­nią. Jego syn Wątro­ba i córka Ner­ka cho­dzi­li ze mną do szkoły. Byli jed­no­ja­jo­wy­mi bliźniętami. Wątro­ba był wy­so­ki, ale Ner­ka była maleńka i nig­dy nie miała urosnąć, a brzyd­ko mówiąc, była po pro­stu kar­licą. Lu­dzie po­wia­da­li, że u mat­ki w brzu­chu Wątro­ba za­bie­rał jej całe je­dze­nie i dla­te­go Ner­ka zo­stała taka ma­lut­ka. Rozładu­nek węgla od­by­wał się aku­rat w chwi­li, kie­dy wy­szliśmy ze szkoły, więc z tor­ni­stra­mi na ple­cach ze­bra­liśmy się hałaśli­wie wokół wozu. Sto­pa wielką szuflą rzu­cał węgiel na zie­mię, a bryłki z grze­cho­tem spa­dały jed­na na drugą. Sto­pa zaczął ocie­rać pot na kar­ku kawałkiem nie­bie­skie­go płótna i w tym mo­men­cie za­uważył Wątrobę i Nerkę.

– Do domu, kosić trawę! – wrzasnął.

Ner­ka odwróciła się i po­biegła, kołysząc się trochę na boki i z tru­dem utrzy­mując równo­wagę, jak dziec­ko, które do­pie­ro za­czy­na cho­dzić. Miała w tym wie­le wdzięku. Wątro­ba cofnął się i sku­lił, ale nie odcho­dził. Był bar­dzo dum­ny z pra­cy ojca. Dzi­siej­sze dzie­ci nie znają ta­kiej dumy, na­wet jeśli ich oj­co­wie są lot­ni­ka­mi. Ten wóz, ten wiel­ki wóz wzbi­jający tu­ma­ny pyłu spod kół! Przy dy­sz­lu szedł były woj­sko­wy koń, który kie­dyś prze­wo­ził po­ci­ski ar­ty­le­ryj­skie i po­dob­no miał wiel­kie wo­jen­ne zasługi. Na za­dzie wy­pa­lo­no mu znak. Koło nie­go stał złośliwy muł, za­wsze gotów wierz­gać, kopać i gryźć. Miał zły cha­rak­ter, ale był za­dzi­wiająco sil­ny i szyb­ki. Tyl­ko Sto­pa umiał go okiełznać. Wie­lu lu­dzi we wsi za­zdrościło mu zajęcia, ale wszy­scy bali się tego muła. Po­gryzł już dwo­je dzie­ci: Yuana Po­licz­ka, który był sy­nem Yuana Twa­rzy, i Nerkę. Chwy­cił ją zębami za głowę, kie­dy wy­biegła przed dom, żeby się po­ba­wić.

Wszy­scy czu­liśmy re­spekt przed Wan­giem Stopą. Miał metr dzie­więćdzie­siąt wzro­stu, sze­ro­kie ra­mio­na i siłę wołu – po­tra­fił chwy­cić stu­ki­lo­we żarno i na wy­pro­sto­wa­nych ra­mio­nach unieść je nad głowę. Ale naj­większy re­spekt i po­dziw bu­dził w nas jego „bicz boży”. W ten dzień, kie­dy sza­lo­ny muł ugryzł Po­licz­ka też w głowę, Sto­pa szarpnął ha­mu­lec, stanął roz­kra­czo­ny nad dy­sz­lem, pod­niósł bat i zaczął sma­gać zwierzę po za­dzie. Każde głośne sma­gnięcie zo­sta­wiało na skórze muła krwawą pręgę. Początko­wo usiłował się sta­wiać, ale po chwi­li, spo­co­ny i drżący, przykląkł przed­ni­mi no­ga­mi na zie­mi, schy­lił łeb tak ni­sko, że do­ty­kał war­ga­mi zie­mi, z za­dem do góry wy­sta­wio­nym na bi­cie.

W końcu oj­ciec Po­licz­ka Yuan Twarz wsta­wił się za nim:

– Sta­ry Wan­gu, odpuść mu już!

Sto­pa, ciągle zły, prze­stał bić. Yuan Twarz był se­kre­ta­rzem par­tii, pełnił naj­wyższy urząd we wsi i Sto­pa nie śmiał mu się prze­ciw­sta­wić. Kie­dy muł ugryzł Nerkę, też spo­dzie­wa­liśmy się przed­sta­wie­nia, ale Sto­pa na­wet nie tknął bata. Wziął garść po­piołu z kop­czy­ka przy dro­dze, wtarł go w głowę Ner­ki i zaniósł ją do domu. Nie ude­rzył muła, ale smagnął ba­tem żonę i kopnął Wątrobę.

Po­ka­zy­wa­liśmy so­bie muła pal­ca­mi i roz­ma­wia­liśmy na jego te­mat. Był strasz­li­wie wy­chu­dzo­ny, a nad ocza­mi miał dwa wgłębie­nia, tak wiel­kie, że można by w nich zmieścić jaj­ko. Jego spoj­rze­nie było tak smut­ne, jak­by miał za chwilę się rozpłakać. Na­prawdę nie wie­dzie­liśmy, skąd w tak chu­dym zwierzęciu tyle złości i siły. Kie­dy tak pa­plając, zbliżaliśmy się do nie­go, szu­fla w rękach Sto­py znie­ru­cho­miała, a on sam zmie­rzył nas ta­kim spoj­rze­niem, że cofnęliśmy się prze­stra­sze­ni. Stos przed szkolną kuch­nią był co­raz wyższy, a węgla na wo­zie uby­wało. Wszy­scy pociągnęliśmy no­sa­mi, bo po­czu­liśmy na­gle jakiś nie­zwykły za­pach. Był trochę po­dob­ny do za­pachu palącej się so­sny, a trochę do za­pachu pie­czo­nych orzeszków. Węch po­pro­wa­dził nasz wzrok do sto­su błyszczącego węgla.

Sto­pa popędził swo­je zwierzęta i wóz wy­je­chał ze szkol­ne­go dzie­dzińca. In­a­czej niż mie­liśmy w zwy­cza­ju, nie po­bie­gliśmy za wo­zem, ry­zy­kując, że obe­rwie­my ba­tem. Nie od­ry­wając wzro­ku od sto­su, po­wo­li się do nie­go zbliżaliśmy. Szkol­ny ku­charz, sta­ry Wang, nad­szedł, kołysząc się, z dwo­ma wia­dra­mi wody. Jego córka Wang Ren­mei była naszą koleżanką, a po­tem zo­stała moją żoną. Jako je­dy­ne z nie­wie­lu wówczas dzie­ci nie nosiła imie­nia po­chodzącego od części ciała, bo jej oj­ciec ku­charz był człowie­kiem wy­kształco­nym. Początko­wo pełnił funkcję kie­row­ni­ka sek­cji ho­dow­li w ko­mu­nie, ale po­nie­waż po­wie­dział coś nie­rozsądne­go, usu­nięto go ze sta­no­wi­ska i przysłano na wieś. Po­pa­trzył na nas po­dejrz­li­wie. Wy­da­wało mu się pew­nie, że chce­my wpaść do kuch­ni i ukraść coś do je­dze­nia, więc zawołał:

– Wy­no­cha stąd, smar­ka­cze! Tu nie ma dla was nic do je­dze­nia, wra­caj­cie do domów, niech was mat­ki na­kar­mią własnym mle­kiem!

Usłysze­liśmy, co po­wie­dział, a na­wet poważnie za­sta­no­wi­liśmy się nad jego su­ge­stią, ale zro­zu­mie­liśmy, że tyl­ko nam do­ku­cza. Mie­liśmy już po osiem lat, więc jak mo­gliśmy pić mle­ko ma­tek? A do tego na­sze mat­ki były i tak le­d­wo żywe z głodu, za­pad­nięte pier­si przy­warły im do żeber, więc nie było w nich mle­ka. Nikt z nas jed­nak nic nie po­wie­dział. Sta­liśmy przed sto­sem węgla, po­chy­lając się nad nim co­raz niżej, jak geo­lo­go­wie, którzy na­tra­fi­li na nie­zwykłą skałę. Węszy­liśmy jak psy szu­kające je­dze­nia wśród śmie­ci. I tu przede wszyst­kim po­dzięko­wa­nia należą się No­so­wi i Ner­ce. Naj­pierw Nos pod­niósł bryłkę, powąchał i zmarsz­czył brwi, jak­by się nad czymś głęboko za­sta­na­wiał. Jego nos był ogrom­ny i często so­bie z nie­go żar­to­wa­liśmy. Po­du­maw­szy przez chwilę, z całej siły ude­rzył trzy­maną w ręku bryłką o drugą. Węgiel roz­kru­szył się i moc­no za­pach­niał. Pod­niósł kawałek, a wte­dy Ner­ka też pod­niosła kawałek. Nos po­li­zał swój kawałek języ­kiem, spróbował, a po­tem przewrócił ocza­mi i spoj­rzał na nas. Ner­ka naśla­dując go, też po­li­zała węgiel i spoj­rzała na nas. A po­tem po­pa­trzy­li na sie­bie, uśmiechnęli się i jed­no­cześnie ugryźli, przeżuli, zno­wu ugryźli i zno­wu zaczęli ener­gicz­nie żuć. Na ich twa­rzach po­ja­wił się wy­raz en­tu­zja­zmu. Wiel­ki no­chal Nosa zro­bił się czer­wo­ny i po­ja­wiły się na nim kro­pel­ki potu, a no­sek Ner­ki uma­zał się na czar­no. Jak urze­cze­ni słucha­liśmy ich chru­pa­nia. Ze zdu­mie­niem zo­ba­czy­liśmy, że przełykają. Zja­da­li kawałki węgla!

– Ko­le­dzy! Py­cha! – po­wie­dział Nos zdu­szo­nym głosem.

– Bra­cisz­ku! Jedz! – zawołała Ner­ka.

Nos zno­wu pod­niósł kawałek i zaczął chru­pać, a Ner­ka podała kawałek Wątro­bie. Zaczęliśmy ich naśla­do­wać – roz­bi­liśmy bryłki, od­gryźliśmy kawałek, po­sma­ko­wa­liśmy – było trochę jak­by piasz­czy­ste, ale sma­ko­wało nieźle. Nos, wie­dzio­ny po­trzebą po­mo­cy, pod­niósł bryłkę i po­ra­dził nam:

– Ko­le­dzy, ta­kie jedz­cie, ta­kie są do­bre.

Po­ka­zał nam w swo­jej bryłce coś prze­zro­czy­ste­go i ja­snożółtego, po­dob­ne­go do bursz­ty­nu.

– Ta­kie z żywicą są naj­lep­sze.

Mie­liśmy już lek­cje przy­ro­dy i wie­dzie­liśmy, że przed wie­lo­ma wie­ka­mi węgiel po­wstał z lasów za­ko­pa­nych pod ziemską sko­rupą. Lek­cje przy­ro­dy pro­wa­dził z nami kie­row­nik szkoły Wu Jin­bang. Nie uwie­rzy­liśmy ani jemu, ani podręczni­ko­wi: lasy są zie­lo­ne, jak mogłyby się zmie­nić w czar­ny węgiel? Uważaliśmy, że kie­row­nik i podręcznik kłamią. Do­pie­ro kie­dy od­kry­liśmy w węglu żywicę, stwier­dzi­liśmy, że ani kie­row­nik, ani podręcznik nas nie oszu­ki­wa­li. Z trzy­dzieścior­ga pięcior­ga uczniów w na­szej kla­sie za­brakło wte­dy za­le­d­wie kil­ku dziew­czy­nek, resz­ta była w kom­ple­cie. Każdy z nas trzy­mał w rękach bryłkę węgla, nad­gry­zał ją i głośno chru­pał. Wyglądaliśmy, jak­byśmy en­tu­zja­stycz­nie od­gry­wa­li ja­kieś przed­sta­wie­nie, jak ak­to­rzy w ja­kiejś dziw­nej sztu­ce. Xiao Dol­na War­ga trzy­mał bryłkę w ręce, oglądał ją ze wszyst­kich stron, ale nie jadł, a na twa­rzy miał wy­raz obrzy­dze­nia. Nie jadł węgla, bo nie był głodny, a nie był głodny, po­nie­waż jego oj­ciec był ma­ga­zy­nie­rem w spi­chle­rzu ko­mu­ny.

Ku­charz Wang z rękami uma­za­ny­mi w mące wy­biegł na dwór. O mat­ko, na rękach miał mąkę! W tym cza­sie w na­szej stołówce poza kie­row­ni­kiem i na­uczy­cie­la­mi ja­da­li także dwaj wy­so­cy urzędni­cy z ko­mu­ny.

– Dzie­ci, co wy ro­bi­cie? – krzyknął zdu­mio­ny Wang. – Co wy je­cie? Węgiel?!

Ner­ka swo­imi maleńkimi rączka­mi podała mu bryłkę i pisnęła:

– Wuj­ku, to jest pysz­ne, zjedz kawałek.

Wang potrząsnął głową.

– Ner­ko, taka ma­lut­ka dziew­czyn­ka i z łobu­zia­ka­mi ta­kie dra­ki urządza.

Ner­ka ugryzła kawałek i rzekła:

– Wuj­ku, na­prawdę py­cha.

Był już wieczór i słońce czer­wie­niało na za­cho­dzie. Dwaj urzędni­cy z ko­mu­ny przy­je­cha­li na ro­we­rach. Oni też zwrócili na nas uwagę. Sta­ry Wang chciał przepędzić nas no­sidłem, ale je­den z nich – nosił na­zwi­sko Yan i był chy­ba wi­ce­prze­wod­niczącym – po­wstrzy­mał go. Po­pa­trzył na nas z niechęcią, machnął ręką i po­szedł do stołówki.

Następne­go dnia w kla­sie na lek­cji z panią Yu chru­pa­liśmy węgiel. Usta mie­liśmy czar­ne, w kąci­kach warg zbie­rał się miał. Je­dli nie tyl­ko chłopcy – dziew­czyn­ki, które nie uczest­ni­czyły we wczo­raj­szej węglo­wej uczcie, poszły za przykładem Ner­ki i także spróbowały. Córka na­sze­go ku­cha­rza i moja później­sza pierw­sza żona Wang Ren­mei jadła z wiel­kim ape­ty­tem. Kie­dy te­raz so­bie to przy­po­mi­nam, wy­da­je mi się, że miała za­pa­le­nie dziąseł, bo z ust le­ciała jej krew. Pani Yu na­pi­sała coś na ta­bli­cy, po czym odwróciła się i na nas po­pa­trzyła. Naj­pierw zwróciła się do swo­je­go syna, na­sze­go ko­le­gi Li Ręki.

– Ręko, co wy je­cie?

– Węgiel, mamo.

– Proszę pani, my jemy węgiel, chce pani spróbować?! – zawołała Ner­ka z pierw­szej ławki, a jej głosik za­brzmiał jak miau­cze­nie kota.

Pani Yu wzięła bryłkę z jej ręki, zbliżyła ją do nosa, powąchała. Po kil­ku chwi­lach bez słowa oddała ją Ner­ce.

– Dzie­ci – po­wie­działa – dzi­siaj mamy szóstą lekcję Wro­na i lis. Wro­na zna­lazła kawałek mięsa i bar­dzo za­do­wo­lo­na usiadła na czub­ku drze­wa. Lis stanął pod drze­wem i zawołał do niej: „Pani wro­no, pani ma taki piękny głos, że gdy­by pani zaśpie­wała, wszyst­kie pta­ki na świe­cie umilkłyby ze wsty­du”. Po­chwały lisa zawróciły wro­nie w głowie, otwo­rzyła dziób i wypuściła mięso, które wpadło pro­sto do py­ska lisa.

Usmo­lo­ny­mi usta­mi po­wta­rza­liśmy lekcję za panią Yu.

Pani Yu była wy­kształconą ko­bietą, ale do­pa­so­wała się do miej­sco­we­go oby­cza­ju i na­zwa­la swo­je­go syna Ręką. Kil­ka lat później Ręka z bar­dzo do­bry­mi wy­ni­ka­mi do­stał się do aka­de­mii me­dycz­nej, a po­tem pra­co­wał jako chi­rurg w szpi­ta­lu po­wia­to­wym. Kie­dy Chen Nos stra­cił czte­ry pal­ce w siecz­kar­ni, Ręka przy­szył mu trzy i je ura­to­wał.

Roz­dział 2

Skąd u Nosa wziął się taki wiel­ki no­chal, inny niż u wszyst­kich? Na to py­ta­nie mogłaby od­po­wie­dzieć chy­ba tyl­ko jego mat­ka.

Oj­ciec Nosa Chen Czoło (jego tak zwa­ne imię społecz­ne brzmiało Tian­ting) był je­dy­nym w całej wsi człowie­kiem, który miał dwie żony. Umiał do­brze pisać, znał wie­le znaków i przed wy­zwo­le­niem po­sia­dał sto arów do­brej zie­mi. Otwo­rzył go­rzel­nię i sprze­da­wał wódkę w Har­bi­nie. Jego żona była miej­sco­wa i uro­dziła mu czte­ry córki. Przed wy­zwo­le­niem Czoło uciekł, a po wy­zwo­le­niu, chy­ba w 1951 roku, Yuan Twarz z dwo­ma mi­li­cjan­ta­mi po­je­chał po nie­go do Mandżurii i spro­wa­dził go z po­wro­tem.

Czoło uciekł sa­mot­nie, po­rzu­cił żonę i córki, ale wra­cając, przy­wiózł ze sobą ko­bietę. Miała ja­sne włosy i nie­bie­skie oczy, była koło trzy­dziest­ki, na­zy­wała się Ai Lian i na rękach trzy­mała cętko­wa­ne­go psa. Po­nie­waż przed wy­zwo­le­niem wzięła z Czołem ślub, więc w świe­tle pra­wa Czoło po­sia­dał dwie żony. We wsi było wie­lu bie­daków gołych jak święci tu­rec­cy, którym bar­dzo się nie po­do­bało, że Czoło ma aż dwie ko­biety i na pół żar­to­bli­wie, a na pół poważnie za­pro­po­no­wa­li, żeby jedną im oddał do wspólne­go użytku. Czoło skrzy­wił się tyl­ko i trud­no było po­wie­dzieć, czy chciało mu się śmiać, czy płakać. Dwie żony Czoła naj­pierw miesz­kały pod jed­nym da­chem, ale po­nie­waż się kłóciły,i to okrop­nie, za zgodą Yuana Twa­rzy młod­sza żona zo­stała ulo­ko­wa­na w bocz­nym skrzy­dle szkoły.

W bu­dyn­kach szkoły początko­wo znaj­do­wała się go­rzel­nia Che­na, więc kie­dyś była to jego własność. Wresz­cie obie żony doszły do po­ro­zu­mie­nia i miesz­kały w domu na zmianę. Pies, którego ja­snowłosa ko­bie­ta przy­wiozła z Har­bi­nu, zo­stał za­gry­zio­ny przez wiej­skie kun­dle, a wkrótce po tym, jak ciężarna Ai Lian za­ko­pała jego tru­pa w zie­mi, uro­dził się Nos. Niektórzy lu­dzie mówili więc, że du­sza psa wcie­liła się w Nosa, który może właśnie z tego po­wo­du miał też świet­ny węch. W tym cza­sie moja ciot­ka była już po kur­sach no­we­go położnic­twa w po­wie­cie i zo­stała wy­kwa­li­fi­ko­waną położną. To był rok 1953.

W 1953 roku nowe me­to­dy od­bie­ra­nia po­rodów spo­ty­kały się na wsi z niechęcią, głównie z po­wo­du plo­tek roz­sie­wa­nych przez wiej­skie „bab­ki”. Opo­wia­dały, że dzie­ci ro­dzo­ne po no­we­mu za­cho­rują na wietrz­nicę. Dla­cze­go „bab­ki” tak mówiły? Po­nie­waż nowe me­to­dy położni­cze za­bie­rały im pracę, z której się utrzy­my­wały. Za każdy ode­bra­ny poród otrzy­my­wały posiłek, a poza tym do­sta­wały dwa ręczni­ki i dzie­sięć ja­jek. Na samo wspo­mnie­nie o „bab­kach” ciot­ka za­czy­nała zgrzy­tać zębami. Mówiła, że do­pro­wa­dziły do śmier­ci ogrom­nej licz­by no­wo­rodków i ich ma­tek. Opo­wieści ciot­ki napełniały nas prze­rażeniem, wy­obrażaliśmy so­bie, że „bab­ki” miały wiel­kie pa­zu­ry, zie­lo­ne błyski w oczach jak upio­ry i strasz­nie śmier­działo im z ust. Ciot­ka opo­wia­dała, że wałkiem do cia­sta uci­skały brzuch rodzących ko­biet i za­ty­kały im usta brud­ny­mi szma­ta­mi, jak­by dziec­ko miało uro­dzić się przez usta. Mówiła, że nie miały na­wet pod­sta­wo­wej wie­dzy ana­to­micz­nej i kom­plet­nie nie znały fi­zjo­lo­gii ko­biety. Opo­wia­dała, że po­tra­fiły wsa­dzić rękę do dróg rod­nych i na siłę wyciągać dziec­ko, nie­kie­dy na­wet ra­zem z ma­cicą. Przez jakiś czas, gdy­by ktoś za­py­tał mnie, kto jest naj­większym złoczyńcą i zasługu­je na roz­strze­la­nie, bez na­mysłu po­wie­działbym „bab­ki”. Do­pie­ro później zro­zu­miałem, że ciot­ka była nie­spra­wie­dli­wa. Ta­kie ciem­ne, dzi­kie „bab­ki” z pew­nością ist­niały, ale były wśród nich także ko­biety, które opie­rając się na własnym doświad­cze­niu, po­znały ta­jem­ni­ce ko­bie­ce­go ciała. Moja bab­cia była właśnie taką „babką” wy­znającą za­sadę nie­prze­szka­dza­nia, po­zwa­la­nia na­tu­rze, by działała sama. Uważała, że do­bra „bab­ka” wspie­ra rodzącą psy­chicz­nie, a kie­dy dziec­ko już się uro­dzi, nożycz­ka­mi prze­ci­na pępo­winę, sma­ru­je wap­nem, owi­ja i to wszyst­ko. Ale jej usługi nie cie­szyły się po­wo­dze­niem, bo uważano, że jest le­ni­wa. Lu­dzie wi­docz­nie wo­le­li „bab­ki” hałaśliwe, mio­tające się, spo­co­ne przy po­rodzie nie mniej niż rodząca.

Ciot­ka była córką mo­je­go naj­star­sze­go dziad­ka (czy­li naj­star­sze­go bra­ta mo­je­go ro­dzo­ne­go dziad­ka). Był le­ka­rzem w 8. Ar­mii. Stu­dio­wał me­dy­cynę, a po wstąpie­niu do woj­ska uczył się me­dy­cyny za­chod­niej u Nor­ma­na Be­thu­ne’a. Po jego śmier­ci dzia­dek roz­cho­ro­wał się z roz­pa­czy i kie­dy było już z nim źle, po­wie­dział, że chce wrócić do domu, bo tęskni za matką. Otrzy­mał zgodę na le­cze­nie w domu. Moja pra­bab­cia jesz­cze wte­dy żyła.

Kie­dy wszedł do domu, po­czuł za­pach zupy z zie­lo­nej fa­so­li. Pra­bab­cia szyb­ko umyła gar­nek, dołożyła do ognia i zajęła się zupą; bab­cia chciała jej pomóc, ale prabab­cia od­sunęła ją laską. Dzia­dek usiadł na pro­gu i nie­cier­pli­wie cze­kał na zupę. Ciot­ka mówiła, że pamięta tę scenę: po­win­na była przy­wi­tać się z tatą, ale nie chciała, scho­wała się za mamą i przyglądała się mu ukrad­kiem. Od dzie­ciństwa słyszała, jak mama i bab­cia opo­wia­dały jej o ta­cie, ale kie­dy wresz­cie go zo­ba­czyła, wydał się jej obcy. Sie­dział na pro­gu z wo­sko­wożółtą twarzą, miał długie włosy, a po kar­ku cho­dziły mu wszy. Nosił sta­ry znisz­czo­ny ku­brak, a z dziur w ma­te­ria­le wyłaziła wata. Ciot­ka opo­wia­dała, że jej bab­cia – to zna­czy na­sza prabab­cia – go­to­wała zupę i płakała. Kie­dy zupa wresz­cie była go­to­wa, dzia­dek chwy­cił ją nie­cier­pli­wie, pod­niósł miskę i nie zważając, że jest gorąca, zaczął łap­czy­wie pić.

– Syn­ku – upo­mniała go bab­cia – nie spiesz się tak, w garn­ku jesz­cze zo­stało!

Ciot­ka opo­wia­dała, że ojcu trzęsły się ręce. Kie­dy wypił całą zupę z mi­ski, nalał so­bie drugą. Po dwóch mi­skach zupy wresz­cie prze­stał się trząść. Po skro­niach spłynął mu pot, oczy ożyły, na po­licz­ki wrócił ru­mie­niec. Ciot­ka usłyszała, jak w brzu­chu mu coś tur­ko­cze jak żarna. Po go­dzi­nie po­szedł do wy­chod­ka i do­stał ta­kiej bie­gun­ki, jak­by miały wypłynąć mu kisz­ki. Po­tem po­wo­li mu się po­lep­szyło i po dwóch mie­siącach był zdro­wy i pełen ener­gii.

Po­wie­działem ciot­ce, że w Nie­ofi­cjal­nej hi­sto­rii kon­fu­cja­nistów prze­czy­tałem o po­dob­nym zda­rze­niu.

– A co to jest Nie­ofi­cjal­na hi­sto­ria kon­fu­cja­nistów? – spy­tała.

– Słynna kla­sycz­na po­wieść – od­parłem.

Zerknęła na mnie i rzekła:

– Sko­ro na­wet w kla­sycz­nych po­wieściach piszą o ta­kich rze­czach, to dla­cze­go jesz­cze masz wątpli­wości?

Po po­wro­cie do zdro­wia dzia­dek chciał wrócić do od­działu w górach Ta­ihang, ale pra­bab­cia po­wie­działa:

– Syn­ku, mnie już nie­wie­le życia zo­stało, po­cze­kaj do mo­je­go po­grze­bu.

Bab­cia wsty­dziła się sama z nim roz­ma­wiać, więc wysłała moją ciotkę, swoją córkę:

– Tato, mama mówiła, że jak chcesz iść, to idź, ale zo­staw mi bra­cisz­ka.

W tym cza­sie od­działy 8. Ar­mii w Jia­odon­gu kil­ka­krot­nie przy­syłały po dziad­ka lu­dzi. Był bar­dzo sławny jako uczeń Nor­ma­na Be­thu­ne’a. Dzia­dek po­wie­dział im, że jego miej­sce jest w Sha­nxi i He­na­nie, na co oni oświad­czy­li, że jest człowie­kiem par­tii ko­mu­ni­stycz­nej i nie ma zna­cze­nia, gdzie będzie działał.

– Bra­ku­je nam ta­kich lu­dzi jak ty. Tak czy in­a­czej za­trzy­ma­my cię tu­taj – stwier­dził dowódca Xu. – Jak nie zgo­dzisz się przy­je­chać lek­tyką, każę cię przy­pro­wa­dzić w kaj­dan­kach. A po­tem wy­pra­wię ucztę na twoją cześć!

Tak oto dzia­dek po­zo­stał w Jia­odon­gu i założył pod­ziem­ny szpi­tal 8. Ar­mii.

Ten szpi­tal na­prawdę znaj­do­wał się pod zie­mią. Pod­ziem­ne ko­ry­ta­rze pro­wa­dziły do różnych po­miesz­czeń, a te do dal­szych ko­ry­ta­rzy. Była tam sala ope­ra­cyj­na, am­bu­la­to­rium i sale cho­rych. Po­zo­stałości szpi­tala za­cho­wały się do dzi­siaj. Żyje jesz­cze osiem­dzie­sięcioośmio­let­nia sta­rusz­ka Wang Xiu­lan, która pra­co­wała z dziad­kiem jako pielęgniar­ka. Z wie­lu po­miesz­czeń szpi­talnych wy­cho­dziło się przez stud­nie. Jed­ne­go razu pew­na młoda dziew­czy­na przyszła po wodę i jej wia­dro z nie­wia­do­mych przy­czyn utknęło w stud­ni. Zaj­rzała i zo­ba­czyła w cem­bro­wi­nie dziurę, przez którą młody ran­ny żołnierz stroił do niej miny.

Wspa­niałe me­dycz­ne umiejętności dziad­ka szyb­ko zy­skały sławę. To on usunął po­cisk, który utknął w łopat­ce dowódcy Xu, to on prze­pro­wa­dził ce­sar­skie cięcie w cza­sie ciężkie­go po­ro­du żony ko­mi­sa­rza po­li­tycz­ne­go Li i ura­to­wał życie mat­ce i dziec­ku. Su­gi­ta­ni, dowódca wojsk japońskich w Ping­du­chen­gu, też do­wie­dział się o osiągnięciach dziad­ka. Gdy w cza­sie bi­twy jego koń zo­stał ran­ny po wy­bu­chu miny, Su­gi­ta­ni po­rzu­cił wierz­chow­ca i uciekł. Dzia­dek zo­pe­ro­wał zwierzę, a dowódca Xia zaczął na nim jeździć. Po ja­kimś cza­sie koń zatęsknił za do­mem, prze­gryzł uzdę i uciekł do Ping­du­chen­gu, a Su­gi­ta­ni, do­wie­dziawszy się o po­wro­cie swe­go szla­chet­ne­go ru­ma­ka, bar­dzo się ucie­szył. Wysłał jakie­goś chińskie­go zdrajcę na prze­szpie­gi i do­wie­dział się, że nie­mal pod jego no­sem 8. Ar­mia wy­bu­do­wała so­bie szpi­tal, a sze­fem tego szpi­tala jest wspa­niały le­karz Wan Liu­fu, który przywrócił jego ko­nia do życia. Su­gi­ta­ni po­cho­dził z ro­dzi­ny le­kar­skiej, dla­te­go ucie­szył się na wieść o po­krew­nej du­szy i chciał nakłonić dziad­ka do współpra­cy. Wy­ko­rzy­stał więc je­den z for­te­li z Dziejów trzech królestw, kazał komuś za­kraść się do na­szych i po­rwać pra­bab­cię, bab­cię i moją ciotkę, a następnie pchnął posłańca z li­stem do dziad­ka.

Dzia­dek był ko­mu­nistą z krwi i kości. Prze­czy­taw­szy list od Su­gi­ta­nie­go, zgniótł go i rzu­cił na zie­mię, ale ko­mi­sarz po­li­tycz­ny zna­lazł go i zaniósł do dowódcy. Dowódca Xu i ko­mi­sarz Li ra­zem na­pi­sa­li do Su­gi­ta­nie­go list, w którym na­zwa­li go łotrem, i za­po­wie­dzie­li, że jeśli ro­dzi­nie dok­to­ra Wana spad­nie włos z głowy, cała chińska ar­mia w Jia­odon­gu ude­rzy na Ping­du­cheng.

Ciot­ka opo­wia­dała mi, że ra­zem z bab­cią i prabab­cią spędziły w Ping­du­chen­gu trzy mie­siące. Ni­cze­go im nie bra­ko­wało, nikt im nic złego nie zro­bił. Su­gi­ta­ni był przy­stoj­nym młodzieńcem, nosił oku­la­ry w dru­cia­nej opraw­ce i bródkę, miał zna­ko­mi­te ma­nie­ry i mówił płyn­nie po chińsku. Do prabab­ci zwra­cał się per „czci­god­na ciot­ko”, do bab­ci – „sza­now­na bra­to­wo”, a ciotkę na­zy­wał „śliczną bra­ta­niczką”. Ciot­ka nie wspo­mi­nała go źle. Oczy­wiście wszyst­ko to mówiła tyl­ko pry­wat­nie, w ro­dzin­nym gro­nie, ob­cym opo­wia­dała co in­ne­go. Mówiła mia­no­wi­cie, że ra­zem z matką i bab­ka padły ofiarą japońskich prześla­do­wań, że zmu­sza­no je do współpra­cy groźbami i prze­kup­stwem, ale one się nie ugięły.

Mi­strzu, hi­sto­rii o moim dziad­ku jest tyle, że trzy doby nie star­czyłyby, żeby opo­wie­dzieć wszyst­kie, więc może wrócimy do nich kie­dyś w wol­nej chwi­li. Te­raz muszę opo­wie­dzieć o jego bo­ha­ter­skiej śmier­ci. Ciot­ka wspo­mi­nała, że dzia­dek zginął od trujących gazów wrzu­co­nych przez wro­ga do pod­ziem­ne­go tu­ne­lu, w którym ope­ro­wał ran­ne­go. To samo zo­stało za­no­to­wa­ne w do­ku­men­tach władz po­wia­to­wych. Ale są też lu­dzie, którzy opo­wia­dają, że dzia­dek z ośmio­ma gra­na­ta­mi przy pa­sie sam je­den po­je­chał na mule do Ping­du­chen­gu. Chciał zo­stać sa­mot­nym bo­ha­te­rem i oca­lić matkę, żonę i córkę, ale nieszczęśli­wie na­tra­fił na miny podłożone w ro­wie ro­dzi­ny Zhao.

Tę wersję rozgłaszał nie­ja­ki Xiao, który miał na imię Górna War­ga i pełnił funkcję no­szo­we­go w szpi­ta­lu Xi­hai. Dziw­ny był z nie­go człowiek. Po wy­zwo­le­niu pra­co­wał jako ma­ga­zy­nier zboża w ko­mu­nie, wy­na­lazł bar­dzo sku­teczną tru­ciznę na szczu­ry i przez jakiś czas cie­szył się na­wet pewną sławą, a kie­dy pi­sa­no o nim w ga­ze­cie, jego imię za­miast „Górna War­ga” zapi­sa­no jako „Górna Czy­stość”, co brzmiało tak samo, ale zna­czyło co in­ne­go. Później wydało się, że głównym skład­ni­kiem jego supersku­tecznej trut­ki był za­ka­za­ny już wówczas śro­dek owa­dobójczy. Miał na pieńku z moją ciotką, więc jego hi­sto­ria nie jest zbyt wia­ry­god­na. Opo­wia­dał mi tak:

– Twój dzia­dek nie posłuchał roz­ka­zu or­ga­ni­za­cji, zo­sta­wił swo­ich ran­nych i chciał zo­stać wiel­kim bo­ha­te­rem. Przed wy­jaz­dem wypił dla kurażu litr wódki z pa­tatów, zalał się w tru­pa i po pi­ja­ne­mu wlazł na miny usta­wio­ne przez swo­ich.

Xiao Górna War­ga wy­szcze­rzył wiel­kie żółte zęby, jak­by cie­szył się z czy­je­goś nieszczęścia, i mówił da­lej:

– Jak two­je­go dziad­ka i jego muła ro­ze­rwało, po­zbie­ra­li ich do dwóch ko­szy. W jed­nym były ręce two­je­go dziad­ka, a w dru­gim ko­py­ta muła. I po­tem to wszyst­ko ra­zem wrzu­ci­li do trum­ny. Ale sama trum­na była niezła, za­re­kwi­ro­wa­li ją jed­ne­mu kułako­wi z Lan­cun.

Kie­dy powtórzyłem to ciot­ce, zgrzytnęła zębami i rzekła:

– Ja tego dra­nia kie­dyś oso­biście wy­ka­struję! – Po czym dodała: – Dziec­ko, możesz w nic nie wie­rzyć, ale w to jed­no wie­rzyć mu­sisz: twój dzia­dek był bo­ha­te­rem woj­ny an­ty­ja­pońskiej i bo­jow­ni­kiem re­wo­lu­cji! Na górze Ling­shan jest jego grób, a w mu­zeum bo­ha­terów wy­sta­wio­no jego skal­pel i buty. Te buty są z An­glii, sam Nor­man Be­thu­ne ofia­ro­wał mu je przed śmier­cią.

Roz­dział 3

Mi­strzu, hi­sto­rię mo­je­go dziad­ka opo­wie­działem po­bieżnie, żeby te­raz spo­koj­nie opo­wie­dzieć hi­sto­rię mo­jej ciot­ki.

Ciot­ka uro­dziła się w 1937 roku, trzy­na­ste­go czerw­ca ka­len­da­rza słonecz­ne­go, czy­li piątego dnia piątego mie­siąca księżyco­we­go. W domu jako dziec­ko na­zy­wa­no ją Du­any­ang, a ofi­cjal­nie Wan Ser­ce. Imię wymyślił jej dzia­dek i po­zo­sta­je ono w zgo­dzie z lo­kal­nym oby­cza­jem, a jed­no­cześnie za­wie­ra w so­bie bo­gac­two me­ta­fo­rycz­nych zna­czeń. Po bo­ha­ter­skiej śmier­ci dziad­ka pra­bab­cia w Ping­du­chen­gu roz­cho­ro­wała się i też zmarła. Dzięki wiel­kim siłom fron­tu wewnętrzne­go wo­jen­ny re­gion Jia­odong oca­lał, a bab­cię i ciotkę uwol­nio­no. Tra­fiły na te­ry­to­rium wy­zwo­lo­ne. Ciotkę wysłano do pa­trio­tycz­nej, an­ty­ja­pońskiej szkoły, a bab­cia w fa­bry­ce ubrań przy­szy­wała do butów po­de­szwy.

Po wy­zwo­le­niu przed dziećmi bo­ha­terów ta­ki­mi jak ciot­ka drzwi do ka­rie­ry stały otwo­rem, ale bab­cia nie chciała opuścić ro­dzin­nych stron, a ciot­ka nie chciała roz­sta­wać się z matką. Kie­dy władze po­wia­tu za­py­tały, co chciałaby robić, moja ciot­ka od­rzekła, że pra­gnie pójść w ślady ojca, do­stała się więc do okręgo­wej szkoły me­dycz­nej. Ukończyła ją w wie­ku za­le­d­wie szes­na­stu lat i zaczęła pracę w przy­chod­ni. Kie­dy po­wia­to­wy wy­dział zdro­wia otwo­rzył kurs no­wo­cze­sne­go położnic­twa, ciot­ka zo­stała tam skie­ro­wa­na. Od tego mo­men­tu los nie­ro­ze­rwa­nie połączył ją z tym świętym za­wo­dem. Czwar­te­go kwiet­nia 1953 roku przyjęła pierw­szy poród i do wio­sny obec­ne­go roku po­mogła przyjść na świat dzie­sięciu tysiącom dzie­ci (jeśli pra­co­wała z czyjąś po­mocą, dwo­je dzie­ci li­czyła za jed­no). Te in­for­ma­cje sama panu prze­ka­zała. Wy­da­je mi się, że licz­ba dzie­sięciu tysięcy dzie­ci jest może prze­sa­dzo­na, ale z pew­nością było ich nie mniej niż sie­dem-osiem tysięcy. Ciot­ka wy­cho­wała sie­dem uczen­nic, z których jed­na, „Lwicz­ka”, brzyd­ka, ospo­wa­ta, z per­ka­tym no­sem i roz­wi­chrzo­ny­mi włosa­mi, poszłaby za nią w ogień. Gdy­by ciot­ka kazała jej kogoś zabić, chwy­ciłaby nóż i poszła wy­ko­nać roz­kaz, o nic nie py­tając.

Wspo­mi­na­liśmy wcześniej, że wiosną 1953 roku ko­bie­ty z na­szych stron miały wie­le za­strzeżeń do no­wych me­tod położni­czych. Tam­tej­sze „bab­ki” po ci­chu roz­prze­strze­niały różne plot­ki. Ciot­ka miała za­le­d­wie sie­dem­naście lat, ale przez swo­je nie­co­dzien­ne doświad­cze­nia i zna­ko­mi­te po­cho­dze­nie była w na­szym Dong­be­ixian­gu po­sta­cią ważną, cieszącą się wiel­kim sza­cun­kiem. Oczy­wiście, jej uro­da też była nie­zwykła. Nie cho­dziło na­wet o jej twarz, nos czy oczy, ale przede wszyst­kim o zęby. W na­szych stro­nach było duże stężenie flu­oru i wszy­scy, bez względu na wiek, mie­li czar­ne zęby. Ciot­ka w dzie­ciństwie miesz­kała długo na wy­zwo­lo­nych te­re­nach na wschód od rze­ki Jiao, piła tam czystą wodę z górskich źródeł, od żołnie­rzy z 8. Ar­mii na­uczyła się myć zęby i może dla­te­go nie zo­stały znisz­czo­ne. Wszy­scy, a szczególnie dziewczęta, za­zdrościliśmy jej białych zębów.

Pierw­szym dziec­kiem, które ode­brała, był Chen Nos i wie­le razy dawała wy­raz swo­je­mu nie­za­do­wo­le­niu z tego po­wo­du. Mówiła, że jej pierw­szym dziec­kiem po­wi­nien być syn re­wo­lu­cjo­nistów i nig­dy nie spo­dzie­wała się, że jako pierw­sze­go od­bie­rze szcze­nia­ka ob­szar­ników. Ale wte­dy mu­siała uto­ro­wać drogę no­we­mu położnic­twu, wy­ko­rze­nić sta­re me­to­dy i nie miała cza­su się nad tym za­sta­na­wiać.

Kie­dy otrzy­mała wia­do­mość, że Ai Lian za­czy­na ro­dzić, wsko­czyła na ro­wer, który wte­dy wciąż jesz­cze był rzad­kością, chwy­ciła ap­teczkę i po­pe­dałowała szyb­ko jak wiatr. Dzie­sięć ki­lo­metrów z wiej­skie­go am­bu­la­to­rium do na­szej wsi po­ko­nała w dzie­sięć mi­nut. Żona se­kre­ta­rza par­tii Yuana Twa­rzy aku­rat prała w rze­ce i na własne oczy wi­działa, jak ciot­ka pędziła po ka­mien­nym most­ku. Pies, który drep­tał po moście, tak się prze­ra­ził, że wle­ciał do rze­ki na łeb.

Gdy ciot­ka z ap­teczką w ręku wpadła do dwu­izbo­wej przy­budówki, w której miesz­kała Ai Lian, za­stała tam już wiejską „babkę” Tian Gu­ihuę. Była to sta­ra, po­nad­sześćdzie­sięcio­let­nia ko­bie­ta o małych ustach i za­pad­niętych po­licz­kach. Dzi­siaj już gry­zie zie­mię, o Ami­do Bud­do! Tian Gu­ihua należała do tych „ba­bek”, które wy­zna­wały ak­tyw­ne działanie, więc kie­dy ciot­ka weszła do izby, zo­ba­czyła, jak sta­ra, siedząc okra­kiem na Ai Lian, ze wszyst­kich sił uci­ska jej wiel­ki sterczący brzuch. Sta­ru­cha miała prze­wlekłe za­pa­le­nie oskrze­li, więc jej sa­pa­nie mie­szało się z po­dob­nym do świńskie­go kwi­ku za­wo­dze­niem położnicy, co dawało nie­zwy­kle dra­ma­tycz­ny efekt. Ob­szar­nik Chen Czoło sie­dział w kuc­ki w rogu izby i raz za ra­zem ude­rzał głową w ścianę, międląc w ustach ja­kieś nie­zro­zu­miałe słowa.

Często bywałem u Che­na Nosa, więc świet­nie znam rozkład tam­te­go domu. Ta dwu­izbo­wa przy­budówka miała ni­ski dach, a samo po­miesz­cze­nie było wąskie i cia­sne. Wcho­dziło się pro­sto do kuch­ni, za kuch­nią był wy­so­ki na dwie sto­py mu­rek, a bez­pośred­nio na nim gli­nia­ny kang. Ciot­ka od razu do­strzegła, co się tam działo i ogarnęła ją wściekłość. Cy­tując jej słowa: „aż ogień się we mnie za­pa­lił”. Cisnęła ap­teczkę, jed­nym sko­kiem rzu­ciła się naprzód, lewą ręką złapała starą za lewe ramię, prawą ręką chwy­ciła za pra­we, szarpnęła moc­no w pra­wo i do tyłu i zwa­liła sta­ruchę z kan­gu. Sta­ra ude­rzyła głową w noc­nik, siki roz­lały się i izba wypełniła się odo­rem. Z roz­bi­tej głowy „bab­ki” po­ciekła ciem­na krew. Tak na­prawdę nic wiel­kie­go się jej nie stało, ale mimo to zaczęła prze­raźli­wie wyć. Taki la­ment zwy­kle bu­dzi w lu­dziach prze­rażenie, ale ciot­ka się nie prze­stra­szyła. Nie ta­kie rze­czy już wi­działa.

Stanęła przy kan­gu, włożyła gu­mo­we ręka­wicz­ki i rzekła su­ro­wo do Ai Lian:

– Nie płacz i nie wrzeszcz, bo płacz i wrzask ci nie po­mogą. Jeśli chcesz żyć, mu­sisz słuchać mo­ich po­le­ceń i robić, co ci po­wiem.

Słowa ciot­ki zro­biły wrażenie na Ai Lian. Wie­działa oczy­wiście o jej zna­ko­mi­tym po­cho­dze­niu i nie­zwykłych doświad­cze­niach.

– Je­steś starą pier­wiastką i płód ma nie­pra­widłowe położenie. Nor­mal­nie dziec­ko wy­cho­dzi głową do przo­du, u cie­bie wy­cho­dzi ręką. Głowa utkwiła w środ­ku.

Później ciot­ka często żar­to­wała z Nosa, że jesz­cze się nie uro­dził, a już rękę wyciągał, jak­by do­ma­gał się cze­goś od świa­ta.

– Je­dze­nia się do­ma­gałem! – od­po­wia­dał jej Nos.

Choć był to jej pierw­szy poród, ciot­ka za­cho­wała zimną krew, nie stra­ciła głowy i to, co umiała, wy­ko­rzy­stała z nad­dat­kiem. Była ge­nialną położną, miała men­tal­ny dar do tego za­wo­du i wy­czu­cie w rękach. Ko­bie­ty, które wi­działy ją przy pra­cy, a także same położnice żywiły dla niej wiel­ki po­dziw. Kie­dy jesz­cze żyła moja mat­ka, często mówiła do nas:

– Wa­sza ciot­ka miała ręce inne niż wszy­scy. Nor­mal­nie lu­dzie mają ręce raz zim­ne, raz gorące, cza­sa­mi im drętwieją, cza­sa­mi się pocą, a wa­sza ciot­ka, czy w le­cie, czy w zi­mie, miała ta­kie same, miękkie i chłodne, ale nie ta­kie bez­sil­nie miękkie, one były ta­kie... jak by to po­wie­dzieć...

Mój wy­kształcony star­szy brat do­po­wia­dał:

– Może ta­kie jak żela­zo w ak­sa­mi­cie: i miękkie, i twar­de jed­no­cześnie?

– No właśnie – od­po­wia­dała mat­ka. – I były chłodne, ale nie ta­kie lo­do­wo zim­ne, tyl­ko ta­kie...

Wy­kształcony brat zno­wu jej po­ma­gał.

– Z wierz­chu zim­ne, a w środ­ku gorące, jak je­dwab albo ne­fryt.

– No właśnie, no właśnie – mówiła mat­ka. – Wy­star­czyło, że do­tknęła pa­cjen­ta, a od razu uby­wała połowa cho­ro­by.

Wiej­skie ko­bie­ty właści­wie ciotkę ubóstwiły.

Ai Lian miała więc szczęście, ale przede wszyst­kim miała ro­zum. Kie­dy ręce ciot­ki do­tknęły jej skóry, na­tych­miast od­czuła ich siłę. Opo­wia­dała po­tem na­po­tka­nym lu­dziom, że ciot­ka miała w so­bie au­to­ry­tet jak wiel­ki ge­ne­rał. W porówna­niu z nią tam­ta pełzająca w si­kach, za­wodząca ko­bie­ta była po pro­stu śmiesz­na. Dzięki wstrząsowi i za­ufa­niu, które wzbu­dziły w niej na­uko­we po­dejście i su­ro­wy ton ciot­ki, Ai Lian doj­rzała pro­myk na­dziei, po­czuła w so­bie od­wagę i na­wet szar­piący jej wnętrzności ból wyraźnie się zmniej­szył. Prze­stała płakać, zaczęła słuchać po­le­ceń ciot­ki i do­pa­so­wując się do jej ruchów, uro­dziła wiel­kiego chłopca – Che­na Nosa.

Bez­pośred­nio po uro­dze­niu Nos nie od­dy­chał, więc ciot­ka odwróciła go głową w dół, klepnęła w ple­cy i pierś, aż wydał z sie­bie płacz po­dob­ny do miau­cze­nia kota.

– Ale wiel­ki łobuz! I skąd u nie­go taki wiel­ki nos? Wygląda jak jakiś Jan­kes! – rzekła ciot­ka.

W tym mo­men­cie prze­pełniała ją radość, jak rze­mieślni­ka, który właśnie skończył swo­je pierw­sze dzieło. Na umęczo­nej twa­rzy położnicy po­ja­wił się pro­mien­ny uśmiech. Ciot­ka była osobą o sil­nej świa­do­mości kla­so­wej, ale w chwi­li, gdy z dróg rod­nych ko­bie­ty wy­do­była na świat nie­mowlę, za­po­mniała o wal­ce klas, a jej radość była nie­skażona, czy­sta i ludz­ka.

Kie­dy Chen Czoło usłyszał, że młoda żona uro­dziła syna, pod­niósł się ze swo­je­go kąta, szyb­ko obrócił się w wąskiej kuch­ni, a z jego wy­schniętych oczu wypłynęły dwie stru­gi łez słod­kich jak miód. Nie po­tra­fił wy­ra­zić sza­lo­nej radości, która go ogarnęła. Chciał po­wie­dzieć tyle rze­czy, które nie śmiały przejść mu przez usta, coś o ofiar­nych ka­dzidłach, o kla­nie; ale dla ta­kich jak on samo mówie­nie było już przestępstwem.

Ciot­ka rzekła do nie­go:

– To dziec­ko ma taki wiel­ki nos, może na­zwij­cie je No­sem?!

Tyl­ko żar­to­wała, ale Czoło, jak­by usłyszał mędrca, zaczął kiwać głową i kłaniać się w pas.

– Dziękuję, ciot­ko Ser­ce! Dziękuję, że ciot­ka ze­chciała nadać dziec­ku imię! Bar­dzo do­bre imię, niech się na­zy­wa Nos!

Wśród tysięcznych po­dziękowań Czoła i rzęsi­stych łez teścio­wej Ai Lian ciot­ka za­brała swoją ap­teczkę i zbie­rała się już do wyjścia, gdy zo­ba­czyła, że Tian Gu­ihua sie­dzi wspar­ta ple­ca­mi o ścianę koło roz­bi­te­go noc­ni­ka, jak­by spała. Ciot­ka nie wie­działa, kie­dy tam­ta przyjęła tę pozę ani kie­dy ucichło jej mrożące krew w żyłach wy­cie. Przez chwilę sądziła, że ko­bie­ta umarła. Do­pie­ro wte­dy, kie­dy doj­rzała w mro­ku jej oczy połyskujące po ko­cie­mu na zie­lo­no, zro­zu­miała, że nadal żyje. W jej ser­cu wez­brała fala gnie­wu.

– Co tu jesz­cze ro­bisz? – spy­tała, a tam­ta ku jej zdu­mie­niu od­parła:

– Tę ro­botę wy­ko­nałyśmy po połowie. Należy mi się je­den ręcznik i pięć ja­jek, a ty mi jesz­cze głowę roz­biłaś. Przez sza­cu­nek dla two­jej mat­ki nie pójdę z tym do władz, ale mu­sisz mi oddać ręcznik, żebym so­bie opa­trzyła ranę, i swo­je pięć ja­jek, żebym się mogła wy­le­czyć.

Do­pie­ro te­raz ciot­ka uświa­do­miła so­bie, że wio­sko­we „bab­ki” do­ma­gają się datków od ro­dzin ko­biet rodzących i po­czuła do niej głęboką nie­na­wiść. Trze­ba nie mieć wsty­du!

Zgrzytnęła zębami i rzekła:

– A coś ty niby zro­biła po połowie? Gdy­byś zro­biła swo­je do końca, te­raz na kan­gu leżałyby dwa tru­py! Ty sta­ra wiedźmo, czy ty myślisz, że dro­gi rod­ne ko­bie­ty są jak ku­rzy ku­per i wy­star­czy moc­niej ścisnąć, żeby wy­sko­czyło z nich jaj­ko?! Ty po­ma­gasz ro­dzić? Ty lu­dzi za­bi­jasz! I ty chcesz na mnie do­no­sić? – Ciot­ka przy­sko­czyła do sta­rej i kopnęła ją w szczękę. – Ty śmiesz do­ma­gać się ręczni­ka i ja­jek?!

Zno­wu ją kopnęła, tym ra­zem w za­dek, a po­tem w jedną rękę chwy­ciła swoją torbę, drugą ręką złapała sta­ruchę za kok i wy­wlekła na podwórze. Czoło wy­szedł za nimi, sta­rając się ją ułago­dzić, ale ciot­ka warknęła na nie­go gniew­nie:

– Za­bie­raj się stąd! Le­piej idź zaj­mij się żoną!

Ciot­ka mówiła, że wte­dy pierw­szy raz kogoś ude­rzyła. Nig­dy nie sądziła, że po­tra­fi tak bić. Jesz­cze raz kopnęła ko­bietę w zad, tam­ta fiknęła kozła, ale po­zbie­rała się jakoś i siedząc na zie­mi, zaczęła ude­rzać w nią rękami i wrzesz­czeć wnie­bogłosy:

– Ra­tun­ku! Mor­dują! Zbójec­ka córka Wan Liu­fu chce mnie zabić...

Właśnie nad­cho­dził wieczór, w za­chodzącym słońcu, zo­rzy i przy lek­kim wie­trzy­ku lu­dzie po­wy­cho­dzi­li z mi­ska­mi na drogę, żeby zjeść ko­lację, a słysząc ten har­mi­der, przy­bie­gli po­pa­trzeć. Przy­szli na­wet se­kre­tarz par­tii Yuan Twarz i szef wiel­kiej bry­ga­dy Lü Ząb. Tian Gu­ihua była żoną jego da­le­kie­go ku­zy­na, a po­nie­waż za­wsze to jakaś ro­dzi­na, rzekł do ciot­ki:

– Ser­ce, taka młoda dziew­czy­na, żeby tak starszą osobę bić, po­win­naś się spa­lić ze wsty­du.

Ciot­ka mówiła nam po­tem:

– Co to była za łajza z tego Lü Zęba, własną żonę tak lał, że le­d­wo łaziła, a jesz­cze śmiał mnie po­uczać!

Ale wte­dy po­wie­działa:

– Jaką starszą osobę? Chy­ba ra­czej wiedźmę, de­mo­na, co lu­dzi krzyw­dzi! Sam ją spy­taj, co zro­biła! – I wska­zując pal­cem pra­wej ręki głowę sta­ru­chy, krzyknęła: – Tyle osób przez cie­bie umarło, żebym tu miała strzelbę, to­bym cię na miej­scu utłukła!

Ciot­ka miała wówczas za­le­d­wie sie­dem­naście lat i niektórych lu­dzi te groźne słowa bar­dzo roz­ba­wiły.

Lü Ząb chciał nadal bro­nić Tian Gu­ihuy, ale se­kre­tarz Yuan Twarz rzekł:

– Dok­tor Wan ma rację, ta­kie wiedźmy, co bawią się ludz­kim życiem, muszą być su­ro­wo uka­ra­ne. Tian Gu­ihua, ty tu nie uda­waj nie­wi­niątka, la­nie to jesz­cze dla cie­bie za mało, do więzie­nia należałoby cię wsa­dzić! Od dzi­siaj każda ro­dzi­na, w której będzie poród, ma zwra­cać się o po­moc do dok­tor Wan! Tian Gu­ihua, jeśli jesz­cze raz zja­wisz się przy ja­kiejś rodzącej, to ci te psie łapy odrąbie­my!

Ciot­ka mówiła, że Yuan Twarz, choć nie­wy­kształcony, znał się na rze­czy, postępował spra­wie­dli­wie i do­bry był z nie­go par­tyj­ny.

Roz­dział 4

Mi­strzu, dru­gim dziec­kiem ode­bra­nym przez ciotkę byłem ja.

Kie­dy zbliżał się mo­ment roz­wiąza­nia, bab­cia zgod­nie ze swo­im zwy­cza­jem umyła się, prze­brała, za­pa­liła trzy ka­dzi­dełka, usta­wiła je przed ta­blicz­ka­mi przodków i trzy­krot­nie ude­rzyła przed nimi czołem, a po­tem wypędziła wszyst­kich mężczyzn z domu. To nie był pierw­szy poród mat­ki, przede mną uro­dziła już dwóch synów i córkę, więc bab­cia rzekła do niej:

– Tę drogę już znasz, a wózek masz lek­ki. Sama możesz uro­dzić.

Mat­ka od­po­wie­działa:

– Mamo, czuję się bar­dzo źle, tym ra­zem coś jest in­a­czej.

Bab­cia nie przejęła się jed­nak i rzekła tyl­ko:

– A co ma być in­a­czej, jed­no­rożca będziesz ro­dzić czy co?

Mat­ka miała rację. Moi bra­cia i sio­stra w cza­sie po­ro­du wy­cho­dzi­li głowa­mi do przo­du, ale ja usta­wiłem się nogą naprzód.

Zo­ba­czyw­szy moją nóżkę, bab­cia się prze­ra­ziła. Na wsi było ta­kie po­wie­dze­nie: „Jak się ro­dzi nogą w przód, du­chom spłacić trze­ba dług”. Co to zna­czy „spłacić dług du­chom”? To zna­czy, że w po­przed­nim życiu zaciągnęło się dług wo­bec kogoś, a te­raz wie­rzy­ciel wcie­lił się w płód w brzu­chu rodzącej i przy­nie­sie jej wie­le nieszczęść – albo umrze ra­zem z nią w cza­sie po­ro­du, albo po­cze­ka jesz­cze kil­ka lat i umrze do­pie­ro wte­dy, po­wo­dując w ro­dzinie wiel­kie stra­ty i cier­pie­nia. Bab­cia, udając spokój, po­wie­działa:

– Ten dzie­ciak ma nogi do bie­ga­nia, w przyszłości będzie na posyłki u kogoś na urzędzie. Nie bój się, wiem, co robić.

Zna­lazła na podwórku mie­dzianą mied­nicę, pod­niosła ją i stanąwszy przed kan­giem, zaczęła w nią ude­rzać wałkiem jak w gong i krzy­czeć:

– Wy­chodź! Wy­chodź! Dzia­dek cię wysyła z pil­nym li­stem, jak za­raz nie wyj­dziesz, do­sta­niesz la­nie!

Mat­ka zro­zu­miała, że sy­tu­acja jest poważna, więc za­stu­kała mio­tełką do kan­gu w okno, żeby przy­wołać moją siostrę przysłuchującą się tym hałasom.

– Córko, bie­gnij po swoją ciotkę!

Moja by­stra sio­stra po­biegła do sie­dzi­by władz i zmu­siła Yuana Twarz, żeby z te­le­fo­nu na korbkę za­dzwo­nił do am­bu­la­to­rium. Ten sta­ry te­le­fon jest u mnie do dziś, kie­dyś ura­to­wał mi prze­cież życie.

To był szósty czerw­ca. Rze­ka Jiao wylała i za­kryła most, ale fale marszczące się na jego ka­mien­nej po­wierzch­ni wska­zy­wały, gdzie się mniej więcej znaj­du­je. She Szy­ja, który łowił na brze­gu ryby, na własne oczy wi­dział, jak ciot­ka pędem wjeżdża na most z prze­ciw­ne­go brze­gu. Woda roz­pry­ski­wa­na przez koła ro­we­ru biła na metr do góry. Prąd był wte­dy rwący i gdy­by po­rwał ciotkę, nie byłoby mnie dziś na świe­cie, Mi­strzu.

Ocie­kając wodą, ciot­ka wpadła do na­sze­go domu.

Mat­ka opo­wia­dała, że jej po­ja­wie­nie się po­działało na nią jak lek uspo­ka­jający. Ciot­ka od­sunęła bab­cię i rzekła żar­to­bli­wie:

– Cio­ciu, jak ty tak bębnisz i tłuczesz, dziec­ko boi się wyjść.

A bab­cia zmu­siła się do od­po­wie­dzi:

– Dzie­ci lubią za­mie­sza­nie, jak ten usłyszy bębny i gon­gi, wyj­dzie na pew­no.

Ciot­ka mówiła później, że chwy­ciła mnie za nogę i wyciągnęła jak mar­chew z grządki. Wiem oczy­wiście, że żar­to­wała. Po tym, jak po­mogła uro­dzić się No­so­wi i mnie, na­sze mat­ki stały się jej za­go­rzałymi zwo­len­nicz­ka­mi. Opo­wia­dały o niej wszędzie, w do­dat­ku żona Yuana Twa­rzy i She Szy­ja do­da­wa­li hi­sto­rie o jej sza­leńczej jeździe na ro­we­rze, sława ciot­ki rosła więc z dnia na dzień, a wio­sko­we „bab­ki” nie miały już klientów i stały się hi­sto­rią.

Lata 1953–1957 to czas roz­wo­ju i roz­kwi­tu Chin, a także okres uro­dza­ju i wiel­kich zbiorów w na­szych stro­nach. Lu­dzie mie­li co jeść, mie­li się w co ubrać, byli szczęśliwi, a ko­bie­ty na wyścigi za­cho­dziły w ciążę i ro­dziły. W tych la­tach ciot­ka miała mnóstwo pra­cy. Na wszyst­kich dro­gach w osiem­na­stu wio­skach pod­le­gających pod ad­mi­ni­strację Ga­omi Dong­be­ixian­gu zo­stały ślady jej ro­we­ru, na wie­lu podwórkach zo­stały ślady jej stóp.

Od czwar­te­go kwiet­nia 1953 do trzy­dzie­ste­go pierw­sze­go grud­nia 1957 roku ciot­ka przyjęła tysiąc sześćset dwa­naście po­rodów, ode­brała tysiąc sześćset czter­dzieścio­ro pięcio­ro dzie­ci. Umarło sześcio­ro z nich – pięcio­ro uro­dziło się mar­twych, a jed­no przyszło na świat cho­re. Wy­ni­ki ciot­ki były więc wspa­niałe, nie­mal per­fek­cyj­ne.

Sie­dem­na­ste­go lu­te­go 1955 roku ciot­ka wstąpiła do Ko­mu­ni­stycz­nej Par­tii Chin. Był to dzień, w którym ode­brała tysięczne dziec­ko – był to syn na­szej na­uczy­ciel­ki Li Ręka.

Ciot­ka opo­wia­dała, że jego mat­ka, pani Yu, ro­dziła najłatwiej; ciot­ka mówiła jej, co ma robić, a pani Yu trzy­mała w ręku książkę i przy­go­to­wy­wała się do lek­cji.

Po la­tach ciot­ka często wspo­mi­nała tam­te dni. To była złota era Chin i złota era ciot­ki. Ileż to razy z roz­jaśnio­ny­mi ocza­mi i z ożywie­niem w głosie wspo­mi­nała:

– Wte­dy byłam jak żywy Bud­da, jak Gu­any­in Daw­czy­ni Synów, ota­czał mnie taki aro­mat, że zla­ty­wały się do mnie wszyst­kie psz­czoły, uno­siły się nade mną mo­ty­le. A te­raz? Te­raz tyl­ko mu­chy, psia ich mać, do mnie przy­la­tują.

Ciot­ka nadała mi też imio­na: imię dzie­cin­ne Bie­gacz, imię ofi­cjal­ne – Noga.

Prze­pra­szam, Mi­strzu, muszę tu wyjaśnić, że na­prawdę na­zy­wam się Wan Noga, a Ki­jan­ka to tyl­ko pseu­do­nim.

Roz­dział 5

Ciot­ka była w wie­ku od­po­wied­nim do zamęścia. Ale po­nie­waż po­bie­rała pensję, była pra­cow­ni­kiem państwo­wym i uro­dziła się w ro­dzi­nie opro­mie­nio­nej sławą, żaden z chłopaków ze wsi nie ośmie­lił się na­wet pomyśleć o oświad­czy­nach. Miałem wte­dy pięć lat i często słyszałem, jak naj­star­sza bab­cia roz­ma­wia z moją bab­cią o zamęściu ciot­ki. Naj­star­sza bab­cia bar­dzo się mar­twiła.

– Niech szwa­gier­ka sama po­wie, Ser­ce ma już dwa­dzieścia dwa lata, w jej wie­ku dzie­wu­chy już dru­gie dziec­ko mają, a do niej dla­cze­go na­wet swatów nie przy­syłają?

Moja bab­cia od­po­wia­dała:

– A cze­mu szwa­gier­ka się mar­twi? Po taką jak Ser­ce z pałacu przyślą, ce­sa­rzową zo­sta­nie. Szwa­gier­ka wte­dy będzie ce­sa­rzową matką, a my będzie­my krew­ny­mi ce­sa­rzowej i od­bi­tym bla­skiem będzie­my świe­cić!

– Bzdu­ry! – ofuknęła ją naj­star­sza bab­cia. – Ce­sa­rza już re­wo­lu­cja zwa­liła, te­raz jest u nas re­pu­bli­ka lu­do­wa i rządzi prze­wod­niczący.

– No, sko­ro tak – od­po­wie­działa bab­cia – to ją wy­daj za prze­wod­niczącego.

– Ach ty! – Roz­gnie­wała się naj­star­sza bab­cia. – Żyjesz niby w no­wych cza­sach, a ro­zum ci zo­stał przed­re­wo­lu­cyj­ny.

– Ja nie je­stem taka jak ty, ja w życiu się nie ru­szyłam z na­szej wio­ski, a ty byłaś na te­re­nach wy­zwo­lo­nych i w Ping­du­chen­gu.

– Ty mi nie mów o Ping­du­chen­gu, jak ktoś o tym wspo­mni, włosy mi dęba na głowie stają! Tam mnie trzy­mały japońskie diabły, ja tam udrękę cier­piałam, a nie przy­jem­ności.

I tak od słowa do słowa sta­rusz­ki za­czy­nały się kłócić. Ale choć jed­ne­go dnia naj­star­sza bab­cia wy­pa­dała od nas i sapiąc z gnie­wu, przy­sięgała, że jej noga tu więcej nie po­sta­nie, następne­go przy­cho­dziła zno­wu i znów za­czy­nała się roz­mo­wa o zamęściu ciot­ki. Moja mat­ka skry­cie się z nich podśmie­wała.

Pamiętam pe­wien wieczór, kie­dy cie­liła się na­sza kro­wa. Nie wiem, czy kro­wa poszła w ślady mo­jej mamy, czy cie­lak wziął przykład ze mnie, w każdym ra­zie ro­dził się nogą naprzód i utknął. Kro­wa roz­pacz­li­wie ry­czały i strasz­nie się męczyła. Dzia­dek i oj­ciec okrop­nie się de­ner­wo­wa­li, za­cie­ra­li ręce, tu­pa­li, kręcili się w kółko i nie mie­li pojęcia, co robić. Życie rol­ników zależne jest od kro­wy, a ta była nam prze­cież po­wie­rzo­na przez bry­gadę pro­duk­cyjną, więc gdy­by na­prawdę zdechła, działyby się strasz­ne rze­czy. Mat­ka szepnęła do mo­jej sio­stry:

– Córko, two­ja ciot­ka chy­ba jest w domu.

Jesz­cze nie skończyła mówić, a sio­stra już popędziła. Oj­ciec spoj­rzał na matkę z niechęcią.

– Głupo­ty ga­dasz, ona się ludźmi zaj­mu­je.

– A lu­dzie i zwierzęta są jed­na­cy – od­parła mama.

Ciot­ka przyszła z moją siostrą i od razu się rozzłościła.

– Zamęczyć mnie chce­cie? Dość mam ro­bo­ty z ludźmi, jesz­cze kro­wie mam po­ma­gać się cie­lić?

– Sio­strzycz­ko, a kto ci kazał być w na­szej ro­dzi­nie? – Uśmiechnęła się mama. – Jak nie cie­bie pro­sić o po­moc, to kogo? Wszy­scy mówią, że je­steś bo­dhi­sattwą, a bo­dhi­sattwa po­ma­ga wszyst­kim żywym stwo­rze­niom. Kro­wa to zwierzę, ale też prze­cież żywe stwo­rze­nie, po­zwo­lisz jej tak zdechnąć?

– Do­brze, bra­to­wo, że je­steś nie­piśmien­na – od­parła ciot­ka. – Jak­byś ty tak jesz­cze pisać umiała, to ta wieś byłaby już dla cie­bie za mała.

– Choćbym znała nie wiem ile znaków i tak mniej byłabym war­ta niż twój je­den pa­lec.

Na twa­rzy ciot­ki wciąż jesz­cze ma­lo­wał się gniew, ale naj­wy­raźniej już się uspo­koiła. Za­padł zmrok, więc mama za­pa­liła wszyst­kie lam­py w domu, wzięła ka­ga­nek i poszły z nim do obo­ry.

Kie­dy kro­wa zo­ba­czyła ciotkę, ugięła przed­nie nogi i uklękła, a na ten wi­dok z oczu ciot­ki popłynęły łzy. Nam także łzy po­ciekły po twa­rzach.

Ciot­ka zba­dała krowę i rzekła na pół współczująco, na pół żar­to­bli­wie:

– Zno­wu jakiś nogę wy­sta­wia.

Ciot­ka wypędziła nas na podwórko, chcąc oszczędzić szo­ku. Słysze­liśmy, jak głośno wy­da­je roz­ka­zy i oczy­ma wy­obraźni wi­dzie­liśmy, jak mat­ka i oj­ciec posłusznie je wy­ko­nują i po­ma­gają cielęciu przyjść na świat. To był piętna­sty dzień mie­siąca księżyco­we­go i kie­dy księżyc po­ja­wił się na południo­wym wscho­dzie, i zie­mię roz­jaśnił jego biały blask, usłysze­liśmy, jak ciot­ka wy­krzy­ku­je:

– Do­brze! Uro­dziło się!

Z krzy­kiem radości wpa­dliśmy do obo­ry i zo­ba­czy­liśmy po­kry­te­go ślu­zem ma­lu­cha. Oj­ciec rzekł z za­do­wo­le­niem:

– Do­bra na­sza. To jałówka!

– To dziw­ne – rzekła ciot­ka z przekąsem. – Jak ko­bie­ta uro­dzi dziew­czynkę, mężczyźni się krzy­wią, a jak kro­wa uro­dzi jałówkę, to aż się uśmie­chają z radości.

– Bo jak jałówka urośnie, może się zno­wu ocie­lić – od­parł oj­ciec.

– A ko­bie­ta? Jak dziew­czyn­ka urośnie, to nie będzie dzie­ci ro­dzić? – spy­tała ciot­ka.

– To co in­ne­go.

– A co w tym in­ne­go?

Oj­ciec, widząc, że ciot­ka się złości, nic już nie po­wie­dział.

Kro­wa obróciła łeb i zaczęła zli­zy­wać śluz z cielęcia. Wy­da­wało się, że jej jęzor ma w so­bie ja­kieś cu­dow­ne le­kar­stwo, bo pod jego do­tknięciem każde miej­sce jak­by na­bie­rało sił. Przyglądaliśmy się temu za­chwy­ce­ni. Kątem oka za­uważyłem, że usta ciot­ki są roz­chy­lo­ne, a jej oczy pełne miłości, jak­by jej także do­ty­kał kro­wi język lub jak­by to ona sama języ­kiem ob­my­wała cielę. Kie­dy kro­wa umyła cielątko do końca, jałówka pod­niosła się i stanęła na chwiej­nych no­gach.

Za­krzątnęliśmy się, żeby przy­nieść ciot­ce mied­nicę z wodą, mydło i ręcznik do umy­cia.

Bab­cia sie­działa przy pa­le­ni­sku i mie­chem roz­nie­cała ogień, a mama za­brała się do wałko­wa­nia cia­sta na ma­ka­ron.

Ciot­ka umyła się i oświad­czyła:

– Umie­ram z głodu! Dzi­siaj zo­staję u was na ko­lację.

– Prze­cież u nas je­steś jak u sie­bie – po­wie­działa mama.

– Pew­nie, z tego sa­me­go garn­ka przez tyle lat je­dliśmy – dodała bab­cia.

W tym mo­men­cie naj­star­sza bab­cia przez mur zawołała ciotkę na ko­lację.

– Nie mogę u nich pra­co­wać za dar­mo. Tu­taj zjem! – od­rzekła ciot­ka.

– U two­jej ciot­ki się nie prze­le­wa – burknęła naj­star­sza bab­cia. – Jak jej zjesz miskę ma­ka­ro­nu, do końca życia ci nie za­po­mni.

Bab­cia chwy­ciła po­grze­bacz i popędziła do muru.

– Jak je­steś głodna, to chodź do nas się najeść, a jak nie, to się stąd za­bie­raj! – zawołała.

– U cie­bie ni­cze­go bym nie tknęła!

Kie­dy ma­ka­ron się za­go­to­wał, mama nałożyła pełną miskę i posłała siostrę, żeby za­niosła ją naj­star­szej bab­ci. Do­pie­ro po wie­lu la­tach do­wie­działem się, że sio­stra bar­dzo się śpie­szyła i biegnąc, pośli­zgnęła się i upuściła miskę. Ma­ka­ron po­le­ciał na zie­mię, a mi­ska roz­trza­skała się na kawałki. Żeby sio­stra nie do­stała la­nia, naj­star­sza bab­cia wyjęła z szaf­ki własną miskę i kazała ją od­nieść do domu.

Ciot­ka umiała świet­nie opo­wia­dać i bar­dzo lu­bi­liśmy słuchać jej hi­sto­rii. Po ko­la­cji opar­ta ple­ca­mi o ścianę, siedząc na na­szym kan­gu, otwo­rzyła swoją skrzynkę ze wspo­mnie­nia­mi. Bywała w wie­lu do­mach, po­znała wie­lu lu­dzi i nasłuchała się wie­lu opo­wieści, więc opo­wia­dając, była jak ku­charz, co nie skąpi tłuszczu ani przy­praw, i umiała ocza­ro­wać słucha­czy jak za­wo­do­wy opo­wia­dacz. Kie­dy na początku lat osiem­dzie­siątych oglądaliśmy w te­le­wi­zji pro­gram z opo­wieścia­mi Liu Lan­fan­ga, moja mama wy­krzyknęła:

– Zupełnie tak samo jak two­ja ciot­ka! Gdy­by nie zo­stała le­ka­rzem, byłaby świetną opo­wia­daczką!

Tam­te­go wie­czo­ru roz­poczęła od opo­wieści o wal­ce na ro­zum i od­wagę, którą mu­siała sto­czyć w Ping­du­chen­gu z japońskim ofi­ce­rem Su­gi­ta­nim.

– Miałam wte­dy le­d­wie sie­dem lat – zaczęła i zerknęła na mnie. – Tyle mniej więcej, co nasz mały Bie­gacz. Ra­zem z waszą pra­bab­cią i naj­starszą bab­cią zna­lazłam się w Ping­du­chen­gu. Za­mknęli nas w ciem­nej izbie, a przed drzwia­mi zo­sta­wi­li dwa wiel­kie wil­czu­ry, żeby nas pil­no­wały. Te wil­czu­ry kar­mio­no ludz­kim mięsem i kie­dy zo­ba­czyły dziec­ko, od razu zaczęły się ob­li­zy­wać. Wa­sza bab­cia i pra­bab­cia całą noc przepłakały, a ja – nie. Le­d­wo się położyłam, od razu zasnęłam i spałam tak aż do rana. Trzy­ma­li nas w tej ciem­nej izbie kil­ka dni i nocy, a po­tem za­bra­li na mały dzie­dzi­niec, na którym rosło cien­kie i su­che­drze­wo goździ­ko­we, pachnące tak, że aż mi się w głowie zakręciło. I wte­dy na dzie­dzi­niec wy­szedł pe­wien pan w długiej sza­cie. Po­wie­dział, że na­zy­wa się Su­gi­ta­ni, jest tu dowódcą i chce nas za­pro­sić na ucztę. Prabab­cia i bab­cia nic tyl­ko płakały i nie chciały iść. A wte­dy ten pan tak do mnie po­wie­dział: „Dziew­czyn­ko, po­wiedz bab­ci i ma­mie, żeby się nie bały, bo Su­gi­ta­ni nie chce ich skrzyw­dzić, chce tyl­ko za­przy­jaźnić się z pa­nem Wan Liu­fu”. Po­wie­działam więc: „Nie płacz­cie, cóż tu pomoże płacz? Czy od płaczu wy­rosną wam skrzydła? Czy Wiel­ki Mur za­wa­li się od płaczu?”. Na to ten wy­twor­ny pan klasnął w ręce i zawołał: „Świet­nie po­wie­dziane! Mądra z cie­bie dziew­czyn­ka, jak urośniesz, na pew­no zo­sta­niesz kimś nie­zwykłym”. Za moją radą bab­cia i pra­bab­cia prze­stały płakać. Wsiadłyśmy ra­zem z wy­twor­nym pa­nem do po­wo­zu ciągniętego przez czar­ne­go muła i po wie­lu zakrętach do­je­cha­liśmy do wiel­kiego dwo­ru, do którego pro­wa­dziła wiel­ka bra­ma. Przed bramą sta­li dwaj war­tow­ni­cy – po le­wej chiński żołnierz Ku­omin­tan­gu, po pra­wej japoński. Ten dwór był ogrom­ny, z jed­ne­go dzie­dzińca wcho­dzi­liśmy na dru­gi i gdy już się zda­wało, że nie miały końca, we­szliśmy do kom­na­ty, w której okna i drzwi miały piękne okien­ni­ce rzeźbio­ne w kwia­ty, a wspa­niałe krzesła były z drze­wa san­dałowe­go. Pan Su­gi­ta­ni miał na so­bie ki­mo­no, w ręce trzy­mał wa­chlarz i de­li­kat­nie nim po­ru­szał, więc od razu było widać, że to wy­kształcony człowiek. Po­wie­dział kil­ka uczo­nych zdań, a po­tem po­pro­sił nas do okrągłego stołu za­sta­wio­ne­go najwspa­nialszymi de­li­ka­te­sa­mi. Bab­cia i pra­bab­cia bały się na­wet tknąć pałeczek, ale ja nie! Na nic nie zważałam i najadłam się jak cho­le­ra! Pałecz­ka­mi było mi nie­wy­god­nie, więc zaczęłam wpy­chać je­dze­nie do ust rękami. Su­gi­ta­ni trzy­mał w ręku kie­li­szek i z uśmie­chem przyglądał się, jak jem. Kie­dy się najadłam, wy­tarłam ręce o ob­rus i za­chciało mi się spać. Usłyszałam, jak Su­gi­ta­ni mówi do mnie: „Dziew­czyn­ko, po­wiedz swo­je­mu ta­cie, żeby mnie od­wie­dził, do­brze?”. Otwo­rzyłam oczy i po­wie­działam: „Nie!”. „Dla­cze­go nie?”. „Bo mój tata jest w 8. Ar­mii, a ty je­steś Japończy­kiem. 8. Ar­mia bije Japończyków, nie bo­isz się, że mój tata cię zbi­je?”.

W tym mo­men­cie ciot­ka pod­winęła rękaw i spoj­rzała na ze­ga­rek. W owych cza­sach w całym Ga­omi było może dzie­sięć ze­garków i je­den znaj­do­wał się na nad­garst­ku ciot­ki!

– Ojej! – zawołał ze zdu­mie­niem mój brat, który jako je­dy­ny w ro­dzi­nie miał okazję już wcześniej wi­dzieć ze­ga­rek. Cho­dził wte­dy do szkoły śred­niej w po­wie­cie i wi­dział taki u na­uczy­cie­la ro­syj­skie­go, który przy­je­chał ze Związku Ra­dziec­kie­go. – Ze­ga­rek!

– Ze­ga­rek! – zawołaliśmy z siostrą.

Ciot­ka, udając, że to nic wiel­kie­go, opuściła ręka i rzekła:

– No i co, że ze­ga­rek? O co tyle krzy­ku?

Spe­cjal­nie uda­wała lek­ce­ważenie, żeby jesz­cze bar­dziej po­bu­dzić na­sze za­in­te­re­so­wa­nie. Naj­pierw mój naj­star­szy brat po­pro­sił nieśmiało:

– Cio­ciu, ja tyl­ko z da­le­ka wi­działem taki u na­uczy­cie­la... Po­zwo­lisz mi zo­ba­czyć?

Wte­dy my też zaczęliśmy pro­sić:

– Cio­ciu, daj nam zo­ba­czyć!

Ciot­ka roześmiała się:

– Ech, wy cie­kaw­skie roz­ra­bia­ki, toż to sta­ry grat, co tu oglądać!

Mimo tych słów zdjęła ze­ga­rek i podała bra­tu.

– Tyl­ko ostrożnie! – zawołała mama.

Brat z naj­większą ostrożnością wziął ze­ga­rek, naj­pierw położył go na ręce i przyj­rzał mu się dokład­nie, po­tem przy­sunął go do ucha. Kie­dy już się na­pa­trzył, podał go sio­strze, a kie­dy ona także się na­pa­trzyła, podała dru­gie­mu bra­tu. Ten spoj­rzał tyl­ko raz i nie zdążył go na­wet przy­sta­wić do ucha, kie­dy naj­star­szy brat wy­rwał mu go i oddał ciot­ce. Po­czułem się po­krzyw­dzo­ny i rozpłakałem się.

Mama zaczęła mnie łajać.

– Bie­ga­czu – po­wie­działa mi ciot­ka – gdy urośniesz, do­bie­gniesz, dokąd ze­chcesz, a te­raz się mar­twisz, że nie masz ze­gar­ka?

– On i ze­ga­rek? Ju­tro rano na­ma­luję mu taki tu­szem na ręku – po­wie­dział naj­star­szy brat.

– Praw­dy o człowie­ku nie wy­czy­tasz z twa­rzy, wody w mo­rzu nie zważysz. Co z tego, że nasz Bie­gacz jest brzyd­ki? Może kie­dy dorośnie, zo­sta­nie kimś wiel­kim – od­parła ciot­ka.

– Jak on zo­sta­nie kimś wiel­kim, to na­sza świ­nia w chle­wie zmie­ni się w ty­gry­sa! – rzekła sio­stra.

– Cio­ciu – spy­tał naj­star­szy brat – ja­kiej on jest pro­duk­cji? Co to za mar­ka?

– Szwaj­car­ski. Eni­car.

– Ojej! – zawołał naj­star­szy brat, a po nim powtórzy­li to śred­ni brat i sio­stra.

– Ro­pu­chy! – burknąłem gniew­nie.

– Sio­strzycz­ko, a ile ta­kie coś kosz­tu­je? – za­py­tała mama.

– Nie wiem – od­parła ciot­ka. – To pre­zent od przy­ja­cie­la.

Co to za przy­ja­ciel, co daje ta­kie dro­gie pre­zen­ty? Mama przyj­rzała się ciot­ce i spy­tała:

– A czy to cza­sem nie będzie ich wuj?

Ciot­ka wstała.

– Już pra­wie dwu­na­sta, pora spać.

– Dzięki nie­bu i zie­mi, że piękna pan­na zna­lazła ka­wa­le­ra – po­wie­działa mama.

– Nie mów bzdur, nic jesz­cze nie jest pew­ne! – Ciot­ka spoj­rzała na nas i rzekła su­ro­wo: – A wy też nie roz­po­wia­daj­cie byle cze­go, bo wam skórę wy­gar­buję!

Następne­go dnia rano mój naj­star­szy brat, może przez wy­rzu­ty su­mie­nia, że nie dał mi obej­rzeć ze­gar­ka ciot­ki, długo­pi­sem na­ry­so­wał mi taki na nad­garst­ku. Wyglądał bar­dzo ład­nie, całkiem jak praw­dzi­wy. Bar­dzo na nie­go uważałem: kie­dy się myłem, sta­rałem się go nie zmo­czyć, chro­niłem przed desz­czem, a kie­dy ry­su­nek zbladł, po­pra­wiłem go długo­pi­sem bra­ta. Utrzy­mał mi się na ręce przez całe trzy mie­siące.

Roz­dział 6

Przy­ja­ciel, który dał ciot­ce ze­ga­rek, był lot­ni­kiem. Ach, lot­ni­cy z tam­tych lat! Kie­dy moi bra­cia i sio­stra do­wie­dzie­li się o tym, aż jęknęli z za­chwy­tu, a ja zro­biłem fikołka.

To była wiel­ka radość nie tyl­ko dla na­szej ro­dzi­ny, ale także dla całej wsi. Wszy­scy uważali, że ciot­ka i lot­nik to do­bra­na para. Ku­charz Wang ze szkol­nej stołówki, który brał udział w woj­nie ko­reańskiej, twier­dził, że lot­ni­cy są ze szcze­re­go złota.

– To lu­dzie mogą być ze złota? – spy­tałem z dzie­cięcym powątpie­wa­niem.

A on w obec­ności na­uczy­cie­li i no­ta­bli z ko­mu­ny, którzy ja­da­li w na­szej stołówce, tak mi od­po­wie­dział:

– Bie­ga­czu, głupi je­steś. Cho­dzi mi o to, że aby wy­kształcić jed­ne­go lot­ni­ka, państwo musi wydać ol­brzy­mie sumy, tyle co sie­dem­dzie­siąt funtów złota.

Powtórzyłem jego słowa ma­mie, a ona zawołała:

– O nie­bio­sa! Jak w przyszłości wuj przyj­dzie nas od­wie­dzić, to czym my go przyj­mie­my?

W owych cza­sach o lot­ni­kach krążyły wśród dzie­ci najróżniej­sze le­gen­dy. Chen Nos opo­wia­dał, że jego mat­ka w Har­bi­nie wi­działa lot­ników ra­dziec­kich. Wszy­scy no­si­li kurt­ki z je­le­niej skóry i wy­so­kie skórza­ne buty, mie­li złote zęby i złote ze­gar­ki, ja­da­li chlieb i kiełbasę i pili piwo. Dol­na War­ga (który później zmie­nił imię na po­dob­nie brzmiące Lato Wio­sna), syn ma­ga­zy­nie­ra Xiao Górnej War­gi, twier­dził na­to­miast, że chińscy lot­ni­cy ja­da­li jesz­cze le­piej niż ra­dziec­cy. Przed­sta­wiał nam menu chińskich lot­ników, tak jak­by sam dla nich go­to­wał: rano dwa jaj­ka, filiżanka her­ba­ty z mle­kiem, dwa youtiao (pa­ski cia­sta smażone w głębo­kim ole­ju), jed­na bułka na pa­rze, kawałek ma­ry­no­wa­ne­go tofu. W południe: mi­ska du­szo­nej wołowi­ny, jed­na scje­na, dwa duże ciast­ka ku­ku­ry­dzia­ne. Wie­czo­rem: pie­czo­ny kur­czak, dwa duże pie­ro­gi z wie­przo­winą go­to­wa­ne na pa­rze i dwa ta­kie same z ba­ra­niną oraz mi­ska zupy z kaszą. I do każdego posiłku jesz­cze owo­ce, których każdy może zjeść tyle, ile chce: ba­na­ny, jabłka, grusz­ki, wi­no­gro­na... A cze­go nie zjedzą, mogą za­brać do domu. W skórza­nych kurt­kach lot­ników są za­wsze dwie wiel­kie kie­sze­nie. Dlacze­go? Ano dla­te­go, żeby mo­gli w nich scho­wać owo­ce. Słuchając opisów życia lot­ników, za­czy­na­liśmy przełykać ślinkę. Wszy­scy ma­rzy­liśmy o tym, aby do­rosnąć i zo­stać lot­nikami, i pro­wa­dzić taki raj­ski żywot.

Kie­dy woj­ska lot­ni­cze szu­kały chętnych do służby w szko­le śred­niej w po­wie­cie, mój naj­star­szy brat na­tych­miast się zgłosił. Dzia­dek po­cho­dził z ro­dzi­ny na­jem­nych pra­cow­ników właści­cie­la ziem­skie­go, po­tem był tra­ga­rzem Chińskiej Ar­mii Lu­do­wo-Wy­zwo­leńczej, brał udział w kam­pa­nii w Men­glian­gu prze­ciw­ko Ku­omin­tan­go­wi, i to jego od­dział zniósł z gór ciało Zhang Ling­fu. Ro­dzi­na bab­ci także wy­wo­dziła się z bie­do­ty, a przez fakt, że naj­star­szy brat dziad­ka był wiel­kim bo­ha­te­rem re­wo­lu­cji, na­sze po­cho­dze­nie i po­zy­cja społecz­na były wręcz zna­ko­mi­te.

Mój brat był w szkol­nych cza­sach świet­nym spor­tow­cem, rzu­cał dys­kiem. Któregoś dnia przy­szedł do domu, zjadł tłusty owczy ogon, a gdy zja­wił się z po­wro­tem w szko­le, roz­pie­rała go taka ener­gia, że pod­niósł dysk i rzu­cił z całej siły. Dysk ze świ­stem prze­le­ciał nad mu­rem ota­czającym szkołę i po­frunął na pole. Aku­rat jakiś rol­nik orał pługiem zaprzęgniętym w wołu i dysk wylądował pro­sto na wo­lich ro­gach, równiut­ko ści­nając je­den z nich. A za­tem, krótko mówiąc, mój brat miał do­bre po­cho­dze­nie, uczył się do­brze, był zdro­wy, a jesz­cze do­dat­ko­wo lot­nik sta­rał się o rękę jego ciot­ki. Wszy­scy uważali więc, że na­wet jeśli woj­ska lot­ni­cze wy­biorą tyl­ko jed­ne­go kan­dy­da­ta z na­sze­go po­wia­tu, na pew­no będzie nim mój naj­star­szy brat. A jed­nak nie przyjęto go z tej przy­czy­ny, że na no­dze miał bliznę po czy­ra­ku z dzie­ciństwa. Nasz szkol­ny ku­charz Sta­ry Wang stwier­dził:

– Jeśli ma bli­zny, to ab­so­lut­nie się nie na­da­je. Wy­so­ko w po­wie­trzu bli­zny mogą pęknąć pod wpływem ciśnie­nia. Co tu mówić o bli­znach, na­wet jak ktoś ma dziur­ki w no­sie za duże, też się nie na­da­je.

W każdym ra­zie odkąd ciot­ka nawiązała ro­mans z lot­ni­kiem, sta­liśmy się nie­zwy­kle czu­li na punk­cie wszyst­kie­go, co było związane z siłami po­wietrz­ny­mi. Prze­kro­czyłem już pięćdzie­siątkę, a nadal je­stem próżny i lubię się chwa­lić. Gdy mi się tra­fiła wy­gra­na w wy­so­kości stu juanów, trąbiłem o tym po całym mieście. Proszę mnie so­bie wy­obra­zić w szko­le pod­sta­wo­wej: mieć wuj­ka lot­ni­ka, co to był za powód do chwały!

Dwa­dzieścia pięć ki­lo­metrów na południe od na­szej wsi znaj­do­wało się lot­ni­sko w Jia­ozhou, a trzy­dzieści ki­lo­metrów na zachód lot­ni­sko w Ga­omi. Sa­mo­lo­ty w Jia­ozhou były wiel­kie, nie­zgrab­ne i czar­ne; słyszałem, jak dorośli mówili, że to są bom­bow­ce. Sa­mo­lo­ty w Ga­omi miały złożone skrzydła, były sre­brzy­sto­sza­re, po­tra­fiły ciągnąć za sobą w po­wie­trzu smugę dymu i robić fikołki. Mój naj­star­szy brat mówił, że to myśliw­ce J-5 wzo­ro­wa­ne na ra­dziec­kich MIG-ach 17 i że to są praw­dzi­we sa­mo­lo­ty bo­jo­we, te same, które w cza­sie woj­ny ko­reańskiej stłukły dupę Ame­ry­ka­nom. Nasz przyszły wuj oczy­wiście latał na ta­kich. Były to cza­sy ocze­ki­wa­nia na wojnę i sa­mo­lo­ty w Ga­omi nie­mal co­dzien­nie od­by­wały po­wietrz­ne ćwi­cze­nia. Kie­dy na swo­ich złożonych do tylu skrzydłach wzla­ty­wały w nie­bo, nad na­szy­mi głowa­mi otwie­rało się pole bi­twy. Raz były tyl­ko trzy, następnym ra­zem sześć, cza­sa­mi je­den ob­ra­cał się, siedząc na ogo­nie dru­gie­go, albo za­czy­nał pi­ko­wać i gdy już wy­da­wało się, że za chwilę ude­rzy dzio­bem w wielką to­polę w na­szej wsi, na­gle gwałtow­nie pod­ry­wał się do góry i ni­czym żuraw wzbi­jał się pro­sto w nie­bo.