Wydawca: Uroboros Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2014

Zabójczyni i Czerwona Pustynia. Szklany Tron. Opowieść II ebook

Sarah J. Maas

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zabójczyni i Czerwona Pustynia. Szklany Tron. Opowieść II - Sarah J. Maas

Celaena Sardothien, zabójczyni znana na całym kontynencie, wyrusza w podróż, która ma odmienić jej życie. Okaleczona i upokorzona przez swojego Mistrza, zostaje wysłana na szkolenie daleko na południe, do sessiz suikast – okrytych złą sławą Milczących Zabójców. By wypełnić zadanie, Celaena musi zdobyć list polecający od samego Niemego Mistrza, a nie będzie to łatwe zmuszona będzie stawić czoła nie tylko morderczym przygotowaniom, ale również zabójczemu dla przybysza z dalekiej północy pustynnemu klimatowi.

Opinie o ebooku Zabójczyni i Czerwona Pustynia. Szklany Tron. Opowieść II - Sarah J. Maas

Fragment ebooka Zabójczyni i Czerwona Pustynia. Szklany Tron. Opowieść II - Sarah J. Maas

Sarah J. Maas

ZABÓJCZYNI I CZERWONA PUSTYNIA

przełożył Marcin Mortka

Tytuł oryginału: The Assassin and the Desert

Copyright © Sarah Maas 2011

This translation of The Assassin and the Desert is published by Grupa Wydawnicza Foksal sp. z o.o. by arrangement with Bloomsbury Publishing Plc.

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXIV

Copyright © for the Polish translation by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXIV

Wydanie I

Warszawa

Rozdział pierwszy

Cały świat gdzieś znikł, pozostał jedynie piasek i wiatr.

Taka myśl nawiedziła Celaenę Sardothien, gdy stała na szczycie karmazynowej wydmy i patrzyła w dal. Upał był przytłaczający, nawet pomimo wiatru. Ubranie przylegało do jej spoconego ciała, ale pot – wedle słów przewodnika nomady – był niezbędny. Czerwona Pustynia stawała się niebezpiecznym miejscem, dopiero gdy człowiek przestawał się pocić. Pot przypominał o tym, że należy pić. Jeśli upał nieoczekiwanie go osuszał, wędrowiec mógł ulec odwodnieniu.

Och, przeklęty upał. Wdzierał się we wszystkie pory skóry, powodował ból mięśni oraz wściekłe pulsowanie w głowie. W porównaniu z nim lepkie gorąco w Zatoce Czaszek wydawało się wręcz błogosławieństwem. Celaena oddałaby wszystko za najlżejszy powiew chłodnego wiatru!

Stojący obok niej nomada wskazał dłonią w rękawiczce południowy zachód.

– Tam są sessiz suikast – powiedział.

Sessiz suikast. Milczący Zabójcy. Legendarny zakon, z którym miała ćwiczyć.

„Masz się nauczyć posłuszeństwa i dyscypliny” – rzekł Arobynn Hamel. Zapomniał dodać: W samym środku lata na Czerwonej Pustyni.

Wyprawa tutaj była karą. Dwa miesiące wcześniej Arobynn wysłał Celaenę oraz Sama Cortlanda do Zatoki Czaszek z tajemniczą misją. Tam odkryli, że ich zadaniem było właściwie pośrednictwo w handlu niewolnikami. Choć oboje byli zabójcami, nie spodobało im się to zlecenie i nie zważając na konsekwencje, uwolnili niewolników. Arobynn doprawdy nie mógł wymyślić dla niej gorszej kary, a sądziła, że dał już pokaz swoich możliwości. Sińce i skaleczenia, które pozostawił na jej twarzy miesiąc temu, wciąż się nie zagoiły.

Celaena skrzywiła się. Podciągnęła szal zasłaniający usta oraz nos, a potem zeszła z wydmy. Jej nogi grzęzły w piachu, ale i tak było to miłe, długo wyczekiwane urozmaicenie po wyczerpującej wędrówce przez Śpiewające Piaski, gdzie pojękiwało i pomrukiwało każde ziarnko. Przez cały dzień zwracali uwagę tylko na własne kroki. Należało stąpać tak, by melodia piasku rozbrzmiewała rytmicznie. W przeciwnym razie – wedle słów nomady – podłoże mogło się przeistoczyć w trzęsawisko.

Zabójczyni zeszła z wydmy, ale zatrzymała się, gdy uświadomiła sobie, że nie słyszy kroków przewodnika.

– Nie idziesz dalej?

Mężczyzna wciąż stał na szczycie, wskazując horyzont.

– Trzy kilometry tam.

Słabo władał wspólnym, ale w miarę dobrze go rozumiała.

Ściągnęła szal zasłaniający usta i skrzywiła się, gdy niesione wiatrem ziarenka piasku zaczęły kąsać jej spoconą twarz.

– Zapłaciłam ci, abyś mnie tam zaprowadził.

– Trzy kilometry – powtórzył nomada i poprawił wielki plecak. Opaloną twarz mężczyzny przesłaniała chusta, ale dziewczyna i tak widziała strach w jego oczach.

Tak, tak, sessiz suikast wzbudzali nabożny lęk w mieszkańcach pustyni. Znalezienie przewodnika, który zgodziłby się zaprowadzić Celaenę w pobliże ich fortecy, graniczyło z cudem, a mimo to się udało. Oczywiście proponowała im złoto, ale nawet suta zapłata nie poprawiała sytuacji. Nomadzi postrzegali sessiz suikast jako cienie śmierci i wszystko wskazywało na to, że jej przewodnik nie zrobi już ani kroku dalej.

Zabójczyni przyjrzała się zachodniemu horyzontowi. Nie widziała nic oprócz wydm i piasku układającego się na podobieństwo fal na targanym wiatrem morzu.

– Trzy kilometry – powtórzył nomada. – Oni cię znajdą.

Celaena odwróciła się, aby zadać kolejne pytanie, ale przewodnik już znikł po drugiej stronie diuny. Przeklęła go i spróbowała przełknąć ślinę, ale się nie udało. W ustach czuła zbyt wielką suchość. Należało bezzwłocznie wyruszyć w drogę. Upał przybierał na sile i w przeciwnym razie musiałaby rozbić namiot, aby przeczekać morderczo gorące popołudnie.

Trzy kilometry. Ile czasu mogło zabrać pokonanie trzech kilometrów?

Pociągnęła łyk z niepokojąco lekkiego bukłaka, po czym na nowo zasłoniła twarz oraz usta i ruszyła w drogę.

Jedynym odgłosem był świst wiatru przemykającego nad wydmami.

Kilka godzin później Celaena wytężała całą siłę woli, aby powstrzymać się od skoku do sadzawki czy uklęknięcia przy jednym z potoków płynących po posadzce. Nikt jak dotąd nie zaproponował jej wody. Człowiek prowadzący ją po krętych korytarzach fortecy z czerwonego kamienia najwyraźniej również nie miał takiego zamiaru.

Trzy kilometry? Miała wrażenie, że pokonała ich ponad trzydzieści. Już miała się zatrzymać, żeby rozstawić namiot, gdy wspięła się na szczyt kolejnej wydmy, a przed jej oczami rozkwitły bujne, zielone drzewa. Dwie ogromne diuny skrywały bowiem oazę, w której wzniesiono fortecę.

Potwornie chciało jej się pić, ale nie na darmo nazywała się Celaena Sardothien i była najsłynniejszą Zabójczynią Adarlanu. Musiała dbać o reputację.

Zachowywała czujność, gdy wchodzili do fortecy. Przyglądała się wyjściom oraz oknom i rejestrowała obecność wartowników. Po drodze minęli kilka placów ćwiczebnych, na których ludzie w każdym wieku i o wszystkich kolorach skóry ćwiczyli, walczyli lub siedzieli w ciszy, pogrążeni w medytacji. Potem wspięli się po wąskich schodach, które zaprowadziły ich do wnętrza wielkiego budynku. W cieniu klatki schodowej panował rozkoszny chłód, ale już po chwili znaleźli się w długim korytarzu, gdzie upał znów opadł na Celaenę niczym ciężki koc.

Jak na fortecę rzekomo bezszelestnych zabójców miejsce to było stosunkowo głośne. Z sal ćwiczebnych dobiegał szczęk oręża i wszędzie słychać było brzęczenie owadów uwijających się wokół drzew i krzewów, śpiew ptaków oraz plusk krystalicznie czystej wody, tryskającej w każdej komnacie i każdym korytarzu.

Przemierzyli kolejną galerię i dotarli do rzędu drzwi. Jej towarzysz – mężczyzna w średnim wieku z bliznami odcinają-cymi się od ciemnej skóry niczym kreski wyrysowane kredą – nie odzywał się ani słowem. Przeszli przez drzwi i znaleźli się w ogromnej komnacie. Wzdłuż ścian ciągnęły się pomalowane na niebiesko drewniane słupy, podtrzymujące balkoniki. Zabójczyni wystarczył jeden rzut oka, aby nabrać pewności, że w cieniach balkonów czyhały jakieś postacie. W półmroku między kolumnami kryły się kolejne. Nie miała pojęcia, kim są ci ludzie, ale z pewnością doceniali jej wartość. Dobrze.

Podłoga była wyłożona zielonymi oraz błękitnymi płytkami ze szkła, które układały się w mozaikę. Wzór prowadził w kierunku podwyższenia, na którym – wśród palm w doniczkach – zasiadał na poduszkach człowiek odziany w białą szatę.

Niemy Mistrz.

Dziewczyna spodziewała się, że będzie to wiekowy starzec, ale Mistrz miał około pięćdziesiątki. Zadarła głowę, gdy zbliżyli się do podwyższenia. Nie miała pojęcia, czy mężczyzna w białej szacie od zawsze miał ciemną skórę, czy był to efekt długotrwałego przebywania na słońcu. Uśmiechnęła się lekko – w młodości przypuszczalnie był dość przystojny. Po plecach dziewczyny spływały krople potu. Mistrz nie miał żadnej widocznej broni, ale dwaj służący, wachlujący go gałęziami palmowymi, byli uzbrojeni po zęby. Towarzysz Celaeny zatrzymał się w bezpiecznej odległości i ukłonił.

Zabójczyni poszła w jego ślady, a prostując się, zdjęła kaptur. Była pewna, że po dwóch tygodniach spędzonych na pustyni jej włosy są w opłakanym stanie, a do tego obrzydliwie przetłuszczone, ale przecież nie przybyła do twierdzy, aby urzekać kogokolwiek urodą.

Niemy Mistrz przyjrzał się jej uważnie, a potem skinął głową. Przewodnik trącił ją łokciem. Celaena odkaszlnęła i zrobiła krok do przodu.

Wiedziała, że mężczyzna nie odezwie się ani słowem. Powszechnie wiadomo było, że złożył śluby milczenia. Przedstawienie się było więc jej obowiązkiem. Pamiętała dobrze, co Arobynn nakazał jej powiedzieć. Nakazał? „Rozkazał” zabrzmiałoby lepiej. Tym razem nie było mowy o przebierankach, masce czy korzystaniu z fałszywych imion. Skoro udowodniła, że nie zależy jej na chronieniu interesów Arobynna, on sam również nie miał zamiaru jej ochraniać. Dziewczyna zastanawiała się przez długie tygodnie nad sposobem zamaskowania swojej tożsamości – nie chciała, żeby ci ludzie dowiedzieli się, kim jest, ale rozkazy Arobynna były jasne i klarowne. Dał jej miesiąc na to, aby zdobyła szacunek Niemego Mistrza, a następnie miała wrócić do Rifthold z napisanym przez niego listem pochwalnym. Żeby nie było wątpliwości, rekomendacje miały dotyczyć właśnie Celaeny Sardothien. W razie niepowodzenia powinna poszukać dla siebie nowego miasta, a najlepiej nowego kontynentu.

– Dziękuję za udzielenie mi audiencji, Mistrzu Milczących Zabójców – powiedziała, przeklinając w duchu sztywną formułkę. Położyła dłoń na sercu i opadła na kolana. – Jestem Celaena Sardothien, protegowana Arobynna Hamela, Króla Zabójców Północy.

Nie bez powodu nazwała Hamela Królem Zabójców Północy. Niemy Mistrz z pewnością nie byłby zadowolony, gdyby Arobynn obwołał się królem wszystkich zabójców. Dziewczyna nie miała pojęcia, czy ten tytuł wywarł na mężczyźnie jakiekolwiek wrażenie, gdyż jego twarz nie zdradzała żadnych emocji. Wyczuła jednak, że kilku ludzi kryjących się w cieniach przestąpiło z nogi na nogę.

– Mój przełożony przysłał mnie z błagalną prośbą o przyjęcie mnie na szkolenie – ciągnęła. Słowa z trudem przechodziły jej przez gardło. Tak jakby potrzebowała szkolenia! Pochyliła głowę nisko, żeby Mistrz nie ujrzał wściekłości malującej się na jej twarzy. – Jestem do twojej dyspozycji – dodała i uniosła dłonie w poddańczym geście.

Żadnej reakcji.

Jej policzki sparzyło gorąco gorsze od upału pustyni. Nadal klęczała z pochyloną twarzą i uniesionymi dłońmi. Gdzieś zaszeleściły szaty, a następnie rozległo się ledwie słyszalne echo kroków. W końcu ujrzała tuż przed sobą dwie bose, ciemne stopy.

Suchy palec uniósł jej podbródek, a Celaena uświadomiła sobie po chwili, że spogląda w morską zieleń oczu Mistrza. Nie ośmieliła się nawet drgnąć. Mężczyzna mógł złamać jej kark jednym ruchem.

„To test zaufania” – pomyślała.

Zmusiła się do tego, aby zachować całkowity bezruch. Skupiła się na rysach twarzy Mistrza, żeby nie myśleć o tym, jak bardzo była bezbronna. Na czole, tuż pod ciemnymi, krótko ostrzyżonymi włosami mężczyzny, kroplił się pot. Zabójczyni nie miała pojęcia, skąd pochodził Mistrz, choć skóra w kolorze orzecha laskowego sugerowała Eyllwe. Oczy w kształcie migdałów wskazywały jednak na pochodzenie z jednego z krajów leżących na odległym, południowym kontynencie. Jak on tu dotarł?

Dziewczyna napięła mięśnie, gdy długie palce mężczyzny odsunęły luźne kosmyki włosów, które wyswobodziły się z jej warkoczy. Mistrz zaczął przyglądać się żółknącym sińcom wokół jej oczu i na policzkach oraz wąskiemu, wygiętemu w łuk strupowi na kości policzkowej. Czy Arobynn powiadomił go o jej przybyciu? Czy napisał o okolicznościach towarzyszących jej wyprawie? Mistrz nie wydawał się zaskoczony jej pojawieniem się.

Gdy mężczyzna spojrzał na pozostałości sińców po drugiej stronie twarzy, niespodziewanie zwęził oczy i zacisnął mocno usta. Celaena miała szczęście, że Arobynn wiedział, jak uderzać, żeby nie oszpecić jej twarzy na zawsze.

„Czy Sam również doszedł już do siebie?” – pomyślała z poczuciem winy. Nie widziała go w Twierdzy przez trzy dni po wielkim laniu, jakie sprawił jej Arobynn. Straciła przytomność, zanim zabrał się do chłopaka, a od chwili, gdy się zbudziła, aż do teraz świat zniekształcały wściekłość, smutek i nieprawdopodobne znużenie. Wydawało jej się, że śni na jawie.

Uspokoiła bijące szybko serce, a Mistrz puścił jej podbródek i cofnął się. Gestem nakazał jej powstać. Zerwała się z radością, gdyż zaczynały ją już boleć kolana.

Mężczyzna uśmiechnął się krzywo. Już chciała odpowiedzieć tym samym, gdy nagle strzelił palcami i czterech ukrytych wojowników rzuciło się na nią.

Rozdział drugi

Nie byli uzbrojeni, ale ich zamiary były jasne. Pierwszy z nich, odziany w typowe dla tych stron obszerne szaty, złapał ją i wymierzył jej cios w twarz. Celaena wykonała unik, a potem złapała napastnika za nadgarstek oraz biceps i wykręciła mu ramię, aż mężczyzna jęknął z bólu. Zabójczyni cofnęła się i pchnęła przeciwnika na drugiego z atakujących z taką siłą, że obaj zwalili się na ziemię.

Odskoczyła i wylądowała tam, gdzie jeszcze przed chwilą stał jej towarzysz. Sprawnie uniknęła zderzenia z Mistrzem. Był to kolejny test, który miał na celu wykazać, od jakiego poziomu powinna rozpocząć szkolenie i czy była godna tego zaszczytu.

Oczywiście, że na niego zasługiwała. Przecież nazywała się Celaena Sardothien, niech szlag trafi bogów!

Trzeci mężczyzna wyciągnął z fałd beżowej tuniki dwa sztylety o ostrzach w kształcie półksiężyców i ruszył do ataku. Ubrana w obszerne szaty Celaena nie miała pełnej swobody ruchu i nie była w stanie uskoczyć należycie szybko, więc tylko wygięła się do tyłu, schodząc z drogi ostrzom zmierzającym ku jej twarzy. Aż zabolał ją kręgosłup, ale sztylety niegroźnie przecięły powietrze, odcinając jedynie kosmyk jej włosów. Dziewczyna padła na plecy i wykonała kopnięcie, posyłając mężczyznę na ziemię.

Czwarty napastnik pojawił się tuż za jej plecami. Zakrzywione ostrze błysnęło w jego dłoni, gdy wymierzył pchnięcie, aby przebić jej głowę. Zabójczyni przetoczyła się po ziemi, a wrogie ostrze uderzyło w kamień, krzesząc iskry.

Zanim zdołała zerwać się na nogi, przeciwnik znów uniósł broń. Celaena spostrzegła, że markuje cięcie przez jej lewy bok, ale w rzeczywistości chce uderzyć w prawy. Usunęła się płynnie, jakby tańcząc. Miecz napastnika nadal opadał, gdy zabójczyni błyskawicznie rozgniotła mu nos nasadą dłoni i uderzyła pięścią w żołądek. Mężczyzna padł na podłogę, brocząc krwią z nosa. Dziewczyna ciężko oddychała, a szybkie hausty powietrza raniły jej rozpalone gardło. Desperacko musiała się napić.

Żaden z czterech napastników na podłodze się nie ruszał. Na twarzy Mistrza pojawił się uśmiech, a wtedy pozostali zabójcy zbliżyli się do światła. Byli wśród nich zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Każdy z obecnych miał ciemną karnację, ale odmienne kolory włosów podpowiadały, że pochodzili ze wszystkich królestw kontynentu. Celaena pochyliła głowę, lecz nikt nie odwzajemnił gestu. Spojrzała na napastników, którzy podnosili się, chowali broń do pochew i znów kryli się w cieniu. Miała nadzieję, że nie wezmą sobie do serca porażki.

Raz jeszcze rozejrzała się dokoła, usiłując przeniknąć cienie wzrokiem i przygotować się na kolejny atak. Młoda kobieta, która stała w pobliżu, przyglądała się Celaenie uważnie, aż w końcu uśmiechnęła się do niej uśmiechem współspiskowca. Zabójczyni nie chciała okazywać jej nadmiernego zainteresowania, choć musiała przyznać, że rzadko zdarzało jej się widywać równie intrygujące osoby. Nie chodziło wcale o to, że nieznajoma miała włosy barwy wina i czerwonobrązowe oczy, jakich Celaena nigdy dotąd nie widziała. Nie, jej uwagę przyciągnęła w pierwszej chwili zbroja dziewczyny. Jej twórca wykonał tyle zdobień, że pancerz zapewne nie pełnił już swojej funkcji, ale nadal było to wspaniałe dzieło sztuki.

Prawy naramiennik ukształtowano na podobieństwo łba warczącego wilka. Również na nosalu hełmu, który nieznajoma trzymała pod pachą, tkwiła figurka skulonego zwierzęcia. Kolejny wilczy łeb wieńczył rękojeść jej miecza. Zbroja wyglądałaby komicznie na każdym wojowniku, ale ta dziewczyna była wyjątkiem. Celaena wyczuła w niej osobliwą, chłopięcą niewinność, przez co wydawała się jeszcze bardziej intrygująca.

Ponadto zabójczyni nie mogła zrozumieć, jakim cudem właścicielka owej zbroi jeszcze się w niej nie ugotowała.

Mistrz klepnął Celaenę w ramię, a potem skinął na opancerzoną dziewczynę. Nie zachęcał do walki – było to przyjazne zaproszenie. Zbroja nieznajomej pobrzękiwała, ale przeciwniczka stawiała kroki niemalże bezszelestnie.

Mistrz przekazał jej kilka informacji za pomocą gestów. Nieznajoma ukłoniła się przed Celaeną, a potem znów obdarzyła ją krzywym uśmiechem.

– Jestem Ansel – powiedziała jasnym, rozbawionym głosem. Mówiła z lekkim, ledwo wyczuwalnym akcentem, którego Celaena nie była w stanie rozpoznać. – Wygląda na to, że podczas twego pobytu w twierdzy będziemy dzielić pokój.

Mistrz znów zaczął gestykulować. Jego zrogowaciałe, pokryte bliznami dłonie wykonały serię znaków, które Ansel w jakiś sposób była w stanie odszyfrować.

– Jak długo masz zamiar tu pozostać?

Celaena zwalczyła ochotę, aby zmarszczyć brwi.

– Miesiąc – odpowiedziała, a potem ukłoniła się Mistrzowi. – O ile będzie mi wolno.

Droga w jedną stronę trwała miesiąc. Oznaczało to, że do chwili jej powrotu w Rifthold upłyną trzy miesiące.

Mężczyzna ograniczył się do skinięcia głową i ruszył w stronę podwyższenia.

– To zaś oznacza, że możesz zostać – szepnęła Ansel i dotknęła ramienia Celaeny opancerzoną dłonią. Wyglądało na to, że nie wszyscy zabójcy ślubowali milczenie czy czuli potrzebę zachowania dystansu wobec innych. – Twój trening rozpocznie się jutro o świcie – dodała.

Mistrz opadł na poduszki, a Celaena z trudem powstrzymała westchnienie ulgi. Arobynn wmówił jej, że przekonanie mężczyzny, aby przyjął ją na trening, graniczy z cudem. Głupiec! Wysłał ją na pustynię, żeby cierpiała, ot co!

– Dziękuję – powiedziała do Mistrza. Przez cały czas czuła na sobie spojrzenia otaczających ją ludzi.

Mężczyzna skwitował jej podziękowanie machnięciem dłoni.

– Chodź – rzekła Ansel. Jej włosy połyskiwały w blasku słońca. – Zapewne chcesz się wykąpać, zanim zabierzesz się do czegokolwiek innego. Ja na twoim miejscu nie myślałabym o niczym innym. – Uśmiechnęła się przy tych słowach. Wokół nosa i na policzkach dziewczyny zabłysły piegi.

Celaena raz jeszcze przyjrzała się zdobnej zbroi nieznajomej, a potem wyszła w ślad za nią z sali.

– To najciekawsza propozycja, jaką słyszałam od paru tygodni – powiedziała z uśmiechem.

Idąc za Ansel przez korytarze fortecy, zabójczyni dotkliwie odczuwała brak długich sztyletów, które zazwyczaj nosiła przy pasku. Odebrano je jej przy bramie wraz z mieczem i plecakiem. Dłonie dziewczyny zwisały luźno, ale była gotowa zareagować na każdy, najdrobniejszy nawet ruch przewodniczki. Nie wiedziała, czy Ansel zdaje sobie sprawę z jej gotowości do walki, ale szła swobodnie, machając ramionami, a jej zbroja pobrzękiwała miarowo.

Miała dzielić z nią pokój. Cóż za nieprzyjemna niespodzianka. Mieszkanie z Samem przez kilka dni było do zniesienia, ale z kimś całkowicie obcym? Zabójczyni Adarlanu przyglądała się Ansel kątem oka. Była nieco wyższa, ale ze względu na zbroję nie można było zauważyć innych szczegółów. Celaena nigdy nie spędzała czasu z dziewczynami, nie licząc kurtyzan, które Arobynn zapraszał do Twierdzy bądź zabierał do teatru, choć jej na ogół nie zależało na nawiązaniu z nimi kontaktu. W gildii Arobynna nie było innych zabójczyń, ale tu sytuacja wyglądała inaczej. Dziewczyna miała wrażenie, że kobiety dorównują liczebnością mężczyznom. W Twierdzy wszyscy ją znali, a tu była zaledwie jedną z wielu twarzy w tłumie.

Co więcej, Ansel mogła być od niej lepsza. Nie podobała jej się ta myśl.

– A więc – rzekła nagle przewodniczka, unosząc brwi – Celaeno Sardothien…

– Tak?

Ansel wzruszyła ramionami, choć zbroja mocno to utrudniała.

– Sądziłam, że okażesz się osobą bardziej… bardziej dramatyczną.

– Przykro mi, że cię rozczarowałam – rzekła Celaena, choć w jej głosie nie