Zabójcze Święta - Opracowanie zbiorowe - ebook + audiobook

Zabójcze Święta ebook i audiobook

3,9

Opis

Dziesięciu polskich pisarzy opowie nam świąteczne historie, po których już nic nigdy nie będzie takie samo. Groza, kryminał, seks, sensacja i horror. Wszystko to doprawione szczyptą humoru, gęstą kroplą morderczej żądzy, garścią krwawych opowieści i odrobiną psychopatycznego nastroju. Takiej książki na polskim rynku jeszcze nie było! Ból się rodzi…

Byłeś w tym roku grzeczny czy nie? Los i tak cię dopadnie!
Gdy pojawia się pierwsza gwiazdka na niebie, w kuchni czuć zapach przygotowanych potraw, a za oknem spadają leniwie płatki białego śniegu… zło czai się na każdym kroku. Gdy wszyscy siadają do stołu, gdzieś w oddali słychać głośny krzyk. Dźwięk łamanego opłatka zagłusza pękanie kości. Czy na pewno w tym roku czekasz na spóźnionego wędrowca?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 300

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 4 min

Lektor:

Sortuj według:
RudaFrida

Nie polecam

Gniot. Tak bardzo mnie zniechęcił, że przeczytałam tylko cztery opowiadania, reszty nie dałam rady.
00

Popularność




Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym
egz.recenzencki wydawcy

Gdy pojawia się pierwsza gwiazdka na niebie, w kuchni czuć zapach przygotowanych potraw, a za oknem spadają leniwie płatki białego śniegu… zło czai się na każdym kroku. Gdy wszyscy siadają do stołu, gdzieś w oddali słychać głośny krzyk. Dźwięk łamanego opłatka zagłusza pękanie kości. Czy na pewno w tym roku czekasz na spóźnionego wędrowca?

Co roku na polskim rynku wydawniczym ukazują się dziesiątki (jeśli nie setki) książek tak zwanych świątecznych. Królują tutaj powieści i antologie z szeroko rozumianej literatury obyczajowo-romansowej, a charakteryzują się nie tylko podobną treścią (koniecznie ze szczęśliwym i łzawym finałem), lecz także zbliżoną szatą graficzną. Dosłownie trudno odróżnić jedną książkę od drugiej. A przecież święta to idealna sceneria dla zbrodni, bo – statystycznie rzecz ujmując – aż dwie trzecie wszystkich zabójstw stanowią te na tle konfliktów rodzinnych. Zarówno sprawcami, jak i ofiarami są wszyscy członkowie rodziny. Dzieci zabijają rodziców, siostry zabijają braci, bracia pozbawiają życia starsze lub młodsze rodzeństwo, a rodzice potrafią zakatować dziecko na śmierć. W tej kategorii uwzględniane są również kobiety, które mordują swoich oprawców. Co ciekawe, pobudki, jakimi kierują się panowie odbierający życie swoim ukochanym, nie mieszczą się już w tej kategorii. Zabójstwa z – nie zawsze uświadamianej przez sprawców – zazdrości lub pokrewnej jej zaborczości ujmowane są przez policję w kategorii „inne”, a przecież jest to jeden z najczęstszych motywów zabójstw popełnianych na kobietach przez ich mężów lub konkubentów.

W takiej „rodzinnej” i „świątecznej” scenerii Agatha Christie ulokowała fabułę dwudziestego tomu przygód detektywa Herkulesa Poirot. Boże Narodzenie Herculesa Poirot, w Polsce znana także pod tytułem Morderstwo w Boże Narodzenie, została wydana w 1939 roku. To historia rodzinnego spotkania zainicjowanego przez Simeona Lee, sędziwego, zamożnego przedsiębiorcę, który zapragnął – być może ostatni raz – zobaczyć swoją rodzinę zgromadzoną przy świątecznym stole. W dniu poprzedzającym wigilię senior rodu zaczyna jednak wygłaszać kazanie o tym, co należy robić, a czego się wystrzegać. Kontrowersja, bodaj największa, wiąże się ze zmianą testamentu, co w skłóconych członkach rodziny natychmiastowo budzi protest... i prowokuje tragedię. Prawdziwie zbrodniczy spektakl zaczyna się w momencie, gdy jakiś czas po spotkaniu stary Simeon zostaje znaleziony martwy w salonie zalanym krwią. Przedświąteczna cisza zostaje zmącona przez krzyk cierpienia i przerażenia. Co się właściwie stało? Odpowiedzi mogą być niejednoznaczne, a sprawa nierozstrzygnięta. Prowadzący śledztwo Herkules Poirot będzie musiał skonfrontować się z rodzinnymi tajemnicami, które potrafią być bolesne, ale i fascynujące – zwłaszcza dla czytelników rozsmakowanych w misternie opracowanych intrygach.

Ta świąteczna historia jest kolejnym dowodem na wielkość nieśmiertelnej królowej kryminału. Dlatego w naszej redakcji powstał pomysł stworzenia takiej świątecznej antologii w krzywym zwierciadle. Zaprosiliśmy do współpracy wyśmienitych autorów i autorki piszących nie tylko klasyczne kryminały (Małgorzata Rogala, Joanna Jodełka, Jacek Ostrowski), lecz także thrillery erotyczne (Paulina Świst, Katarzyna Haner), komedie kryminalne (Alek Rogoziński), thrillery psychologiczne (Magda Stachula, Adrian Bednarek), kryminał magiczny (Grzegorz Kapla), a nawet horror (Artur Urbanowicz). Ta dziesiątka polskich pisarzy opowie ci świąteczne historie, po których już nic nigdy nie będzie takie samo. Kryminał, seks, groza i horror. To wszystko doprawione szczyptą poczucia humoru, gęstą kroplą morderczej żądzy, garścią krwawych opowieści i odrobiną psychopatycznego nastroju.

Ból się rodzi…

Rafał Bielski Redaktor naczelny Magazyn literacko-kryminalny POCISK

GRZEGORZ KAPLA

Pisarz, dziennikarz, felietonista. Pisze przez całe życie i chyba to lubi, choć imał się już wielu zajęć. Czyścił zęzy na statkach, malował kominy, produkował papier, uchwalał budżet miasta na prawach powiatu, próbował napisać słownik polsko-papuaski, skakał do wodospadu, próbował nowych dróg w Tatrach. Wydał kilka książek, w tym trzy kryminały: Bezdech (nominacja do nagrody Złoty POCISK dla najlepszej polskiej powieści kryminalnej 2018), Bezdech i Bezwład; opublikował setki reportaży w magazynach i gazetach. Pisze również książki podróżnicze. Z każdego dnia wybiera trzy pozytywy i dzieli się nimi na profilu facebookowym.

Stara podeszła do klatki uplecionej ze sznura. Ptaki wtuliły się w siebie w najbardziej odległym kącie. Byle dalej od światła. Zbite w kolorową kulę nastroszyły pióra i wstrzymały oddech. Tylko serca łomotały im jak szalone.

– Gut. – Zbliżyła gębę do klatki. – Gut, gut... dopsze, dopsze, moje ptasiny.

Starannie podwinęła brunatny rękaw i stanęła tak, żeby zasłonić sobą otwór, gdyby któremu przyszło do głowy wyskoczyć. Niepotrzebnie. Ptaki były zbyt przerażone, żeby choćby drgnąć. Poprzekrzywiały łebki i łypały na nią czarnymi oczyma.

– Gut, gut – mamrotała ospałym, niskim głosem, a potem rozsupłała węzełek i wsunęła ramię do klatki. Ptaki zbiły się jeszcze ciaśniej. Kobieta zaczęła mamrotać głośniej, a po chwili cofnęła dłoń i splunęła do klatki gęstym śluzem, rudym od tego, co żuła. Ptaki przestały się szarpać. Wsunęła ramię głębiej i wymacała sójkę. Trudno ją złapać, piekielnicę, ale najlepiej się nadaje. Wyciągnęła ptaka i nie wypuszczając go ani na moment, przytrzymała sznur, żeby drugą ręką mogła zacisnąć pętlę na klatce z ptakami. Kiedy zorientowały się, że już po wszystkim, odskoczyły od siebie jak oparzone.

Stara już na nie nie patrzyła. Trzymając sójkę w mocnym uścisku, podreptała do paleniska. Tu było jaśniej. Zmrużyła oczy. Osmalony kocioł wyrzucał z siebie kłęby pary. Szarej i białej. Stara zajrzała do środka. Ciecz była oleista i lśniąca. Miała kolor purpury.

– Gut... – Mlasnęła i splunęła w sam środek kotła. Zabulgotało i na czerwonej powierzchni pojawił się wątły biały nalot.

Pochyliła się i zbliżyła nos do krawędzi kotła.

Zapach był chyba właściwy, bo mruknęła z zadowoleniem i pogłaskała ptaka po łebku niemal pieszczotliwie.

– No, widzisz – popatrzyła na sójkę – przidasz się na co, ptasino.

Podniosła sójkę na wysokość oczu. Ptak spojrzał na nią jednym czarnym, lśniącym okiem.

– Gut – pogłaskała go po dziobie – gut...

Urwała sójce głowę jednym ruchem. Przyłożyła ciepłą ptasią szyję do ust i w tej jednej chwili, zanim upuszczony łebek zdołał upaść na ziemię, zaczęła ssać jak opętana. Ptaka trzeba przecież wyssać, dopóki bije jego serce.

* * *

Opony wydały z siebie dziki pisk, kiedy dwieście koni wypchnęło samochód w lewo ciasnym łukiem tuż obok kupra ciężarówki. Strumienie śniegowego błota bryznęły spod tira wprost na szybę. Jakby spadła na nią olbrzymia jadowita żaba.

– Ja cię pierdolę! – Mężczyzna całym ciężarem ciała wdusił gaz w podłogę. Silnik zawył jeszcze potężniej i mitsubishi wpakowało swoje grube cielsko pomiędzy kolejną ciężarówkę i jakiś inny samochód. Z naprzeciwka. Czarnecki nie rozpoznał marki, bo wszystko, co widział, to wirujące światła przed nosem.

– Aż mnie wgniotło w fotel – mruknął – jak na kolejce w lunaparku.

Reflektory ciężarówki omiotły jeszcze lusterka krótkim spazmem światła. Za kolejną serpentyną nie było już nic, tylko mgła i drobny śnieg. Równy, biały całun. Mgła rozlała się wokół jak ocean. Gdyby nie świerki, nie byłoby widać, gdzie się kończy szosa i zaczyna „stąd do wieczności”.

– Kurwa, ja to jednak mam szczęście! – Czarnecki aż cmoknął z zadowolenia. – Widziałaś, Małgorzato?

Wóz gładko połykał pozwijaną jak sprężyna drogę ze Szklarskiej do Jakuszyc.

– Ach, jak ja to uwielbiam! – Docisnął gaz, silnik zawył, a Małgorzata, kiedy już podkręciła radio, położyła dyrektorowi kreatywnemu dłoń na udzie. Dokładnie w tym miejscu, które lubił.

Wiedziała, co, kiedy i gdzie lubi dyrektor kreatywny. W końcu była dyplomowaną asystentką członka zarządu.

– Oj ty! – szepnęła. I uścisnęła go delikatnie, żeby nie wymiętosić spodni.

Jacek miauknął cichutko. Jak kot. I na ułamek sekundy odpuścił gaz. Ale tylko na jeden ułamek. Bo Czarnecki naprawdę lubił szybką jazdę. Nawet w śnieżycy. Odkąd zaczął piąć się po szczeblach kariery, niewiele rzeczy mógł robić szybko.

Lubił też makaron z białym sosem, pedalską muzykę Suede, która przypominała mu studia, lubił gry komputerowe, no i jeszcze te malutkie wydruki, które wypluwają bankomaty. Te z aktualnym stanem konta. Nie lubił kiedy Ewka, jego żona, paplała bez sensu o tym, co z dziećmi i co trzeba kupić do domu. Nie lubił jej cycków obwisłych po tym, jak wykarmiła Adaśka, i nie lubił, kiedy całe łóżko pachniało jej perfumami.

Wolał, kiedy łóżko pachniało Małgorzatą.

W RMF FM akustycznie nudził Sting, a wycieraczki mitsubishi siekły śnieżycę jak wściekłe.

– Kurwa, ma power jak na automat, co? – Podniecała go jazda. Pod maską terenowego pajero MY2010 krył się 3,2-litrowy silnik DI-D. Dwieście koni rwało do przodu, a koła zdzierały z zaśnieżonej drogi okruchy lodu. – Lubię z tobą jeździć. – Spojrzał na długie nogi w wełnianych legginsach. – Ewka nie rozumie filozofii drogi.

Małgosia poczuła, że na nią patrzy, rozsunęła więc lekko uda. Lubiła seksualne napięcie. Lubiła też płakać w kinie, vacufitness, płatki kukurydziane i plucie przez okno, kiedy nikt na nią nie patrzył. Nie lubiła, kiedy mówili do niej „Gosia”, a jeszcze bardziej nie lubiła, kiedy mówili „pani Gosiu”. Jacek od pierwszego dnia mówił do niej „Małgorzato”. Awansował ją w firmie. Nie czepiał się. No i pachniał lagerfeldem. Potrafiła wybaczyć mu brzuszek, łysinę, włosy na palcach rąk i samotne wieczory. „Jestem młoda” – myślała. – „Mam jeszcze czas na narzeczonych”.

Na następnym zakręcie zarzuciło wozem, jakby to był nie pajero, ale zwykły maluch na lodowisku.

Czarnecki zachichotał. Śnieżyca wzmagała się nieodwołalnie, ale droga nie była już taka stroma. Gdzieś w śnieżnym mroku zamajaczyły światła.

– Co to? – zapytała Małgorzata.

– Mówili, że najpierw będzie stacja benzynowa.

– Więc już blisko! – Wyprostowała się, tak żeby lepiej zobaczyć to, co działo się za przednią szybą.

Jacek czuł się szczęśliwy. Po nudnej wigilii z rodziną urwał się w góry, korzystając z tego, że Ewka nie lubi jego matki.

– Muszę się spotkać z matką, przecież wiesz, że jest umierająca.

– Kurwa, ona zawsze jest umierająca, w każde święta! – Ewka była wściekła.

Kiedy się poznali, była milutka. Nigdy nie wrzeszczała. Nikt też nie robił mu loda w aucie lepiej niż ona. W każdym razie dopóki nie zatrudnili Małgorzaty.

– Nie klnij, przecież to matka, a wiesz…

– Wiem, matka jest tylko jedna. Ale ty masz swój dom, masz swoją rodzinę, masz dzieci, które chcą spędzić z tobą święta. – Nakręcała się coraz bardziej, ale on brał to na klatę. Starał się myśleć o seksie, to go odprężało.

– To matka, kochanie, matka. Jest chora. Muszę się z nią zobaczyć. – Wykorzystał chwilę, w której Ewka sięgnęła po hortosa. Hortos z Dorgali, jego ulubione wino. – Nie mogę jej powiedzieć, że nie przyjadę.

– No to jedź. I najlepiej nie wracaj – powiedziała, a on właśnie na to czekał.

Mieli z Małgorzatą trzy dni. Dwie noce. Domek w górach. Daleko od drogi. Dyskretni gospodarze. Za godzinę będą się kochać jak szaleni. Poczuł, że ma wzwód.

* * *

Stara wypluła do kotła wnętrzności sójki i upuściła truchełko ptaka na klepisko. Nie był to czas, żeby zajmować się sprzątaniem, zresztą zajmą się tym koty. Krew i limfa plamiły powierzchnię cieczy dziwnym, gęstym śladem.

Kobieta uśmiechnęła się i odgarnęła z czoła kosmyk szarych, sztywnych włosów.

Podrzuciła do paleniska jeszcze kilka kawałków czarnego kamienia.

– Magia ognia. – Uśmiechnęła się do siebie.

Kocioł zabulgotał.

Stara pochyliła się i podniosła polano z paleniska. Żarzyło się przytłumionym czerwonym blaskiem, dość jasnym, żeby wydobyć z ciemności wątły krąg światła. Ruszyła w mrok, rozpędzając go migotliwym czerwonym światłem. Cofał się niechętnie jak kot, którego próbujesz spędzić z przypiecka. Podeszła do okienka. Było małe, okrągłe i wypełnione mętnym, ledwo przejrzystym, leśnym szkłem. Od lat w okolicznych lasach szklarze produkowali je po swojemu, ale stara znała sposób na szkło. Kiedyś tylko one, wiedźmy, potrafiły zmienić piasek w lśniące, płynne złoto. O tak, to były dobre czasy. Ale nie można mieć wszystkiego, ludzie od wieków próbowali odkryć tajemnicę szkła. I w końcu im się udało. Stara miała pewność, że to któraś z nich opowiedziała o tym człowiekowi. Pewnie za miłość. Wszystkie nieszczęścia biorą się przecież z miłości.

Westchnęła, otworzyła okno i spojrzała na las. Słońce zachodziło czerwone jak olbrzymi stos.

Splunęła na dłoń i roztarła ślinę na całym przedramieniu. Starannie, żeby nie zostało ani kawałka suchej skóry. A kiedy już ręka była wysmarowana, włożyła ją do kotła i zamieszała.

– Leć, leć, moja piękna, leć, moja biała, leć. – Stara dobywała z kotła kłęby białej cieczy, gęstej i lepkiej jak budyń, i rozgniatała ją w palcach na włókna coraz cieńsze i cieńsze, rozwieszając wprost w powietrzu wokół siebie. Ciecz stawała się w jej rękach coraz lżejsza i bielsza. Jak wata cukrowa, jak pajęczyna, jak mgła. A kiedy włókienka stały się prawdziwą mgłą, zebrała jej nitki w dłoń, owinęła wokół palca i ciągnąc za sobą, wyprowadziła za próg domu.

– Leć, moja piękna – szepnęła. – Leć.

I mgła rozlała się pośród gór.

* * *

Radio zamilkło w tym samym momencie, kiedy po świecie rozpłynęła się mgła gęsta jak bita śmietana. Akurat mijali stację benzynową, widział ceny diesla, a nagle nic, pustka i cisza.

– Co jest, kurwa jego mać!? – Czarnecki uderzył kierownicę otwartą dłonią. – No, bez jaj!

Przeszło mu przez myśl, że to coś z samochodem, że przecież mgła i śnieg nie mogą być aż tak gęste.

Z głośników lał się szum.

– Jacku, wszystko dobrze. – Małgorzata wyczuła strach w głosie dyrektora.

– A chuja tam. – Machnął ręką i wcisnął hamulec.

Za mocno, samochód zatańczył na zmrożonym asfalcie. Ale tylko przez chwilę.

Czarnecki szarpał się z pasem. Wreszcie klamra ustąpiła. Otworzył drzwi i wyszedł na drogę.

Mgła natychmiast zaczęła wpełzać do środka.

– Mgła. – Przetarł oczy. – To, kurwa, tylko mgła. Dziwne. – Pociągnął nosem. Mgła pachniała ptasim gównem. Wdrapał się do kabiny i trzasnął drzwiami. – To tylko mgła! – Odwrócił się do Małgorzaty.

– A co myślałeś? – Zrobiła wielkie oczy. To zawsze działało na Jacka. Podniecało go, kiedy tak patrzyła.

– Nic... nic. Myślałem, że tracę wzrok.

Silnik mruczał cichutko.

– To jak to miało być? – powiedział spokojniej. – CPN, Babilon, zakręt w prawo przez tory?

– Tak. – Rozluźniła się. – Właśnie tak. Ale jedźmy, proszę, jedźmy, zanim dogoni nas ciężarówka.

– O, ja cię! – Przypomniało mu się. – Lepiej, żeby nam nie wjechała w kuper. Chociaż co tam – dodał z ułańską fantazją – przecież mam autocasco.

– Nie mów tak. – Małgorzata sprawdziła, czy pas ma dobrze zapięty. – Ja chcę żyć. – A w myślach dodała: „znaleźć męża, który będzie mnie kochał, mieć dzieci, zobaczyć świat”.

Ruszyli. Czarnecki włączył komplet świateł. Ksenony wbiły się we mgłę jak nóż w świeże mięso. Radio zagrało nagle i niespodziewanie.

– No! – On też jakby się rozluźnił. – No! – Popatrzył na ekranik nawigacji. Pokazywał drogę prostą jak strzelił. – Ha, ha. – Nacisnął gaz. – Pojedziemy po elektronicznym sznurku.

Pajero szarpnęło w przód.

– Nie szalej – poprosiła.

Ale nie posłuchał.

Po chwili gdzieś po prawej stronie zamajaczyły jaśniej kolorowe światła.

– Babilon. – Jacek domyślił się, że to szyld, a może raczej neon.

– Nie... to co innego... zwolnij.

Posłuchał.

– Bombaj – powiedziała. – Bombaj, nie Babilon.

– Jak zwał, tak zwał. – Spojrzał na nawigację. Wciąż prosto jak strzelił. Za szybą ściana mgły. Ale cóż. Wdusił gaz. Pajero wystrzeliło do przodu jak z procy. I wtedy w jednym momencie rozstąpiła się mgła.

Mężczyzna stał na środku drogi w białej koszuli. Miał zakrwawioną twarz i brunatną w świetle reflektorów plamę na piersi.

– Hamuj! – jęknęła Małgorzata.

Ale niepotrzebnie. Jacek docisnął gaz i wyprowadził samochód poślizgiem w prawo, auto podskoczyło, kiedy wjechał na muldę śniegowego błota. Kierowca nie wpadł w panikę, odpuścił, żeby koła złapały przyczepność, i znowu docisnął, nieco lżej, żeby wrócić na drogę.

Dodał gazu.

– Nie zatrzymasz się? – niemal krzyknęła.

– Po co? – Nawet się nie obejrzał. – To jakaś pijaczyna.

Mgła się rozwiała. W lusterkach zobaczył nagle reflektory ciężarówki. Nie spodziewał się, że jest tak blisko, kierowca musiał grzać jak wariat.

– O, już jest znak. – Wskazał głową. – Skręcamy w prawo, potem przez tory, a potem prosto.

– Nie zatrzymałeś się! – burknęła. – A gdybyś to ty był w takiej sytuacji?

– Nie zrzędź, bo jakbym słyszał moją starą – powiedział bez przekonania. – Że co, że mam się urżnąć w trupa i błąkać nocą po poboczu? To nie moja kategoria.

Milczała.

„To nie jego kategoria” – pomyślała. „No pewnie, członkowie zarządu nie upijają się w przydrożnych rowach. Jak jego stara. Boże! Powiedział: «jakbym słyszał moją starą»”.

Dyrektor kreatywny chyba usłyszał jej myśli.

– No, Malutka, nie dąsaj się, polecimy na Zielony Przylądek – powiedział. – Na przeprosiny.

– Naprawdę? – Ucieszyła się. Chciała polecieć na wyspy. Ląd Cesárii Évory. Słońce, piasek, żadnego śniegu, żadnej mgły, żadnych byłych żon. Tylko ocean, seks, drinki z parasolką i przystojni krajowcy. Kolejność dowolna.

– Naprawdę, naprawdę. – Uśmiechnął się.

Radio znowu zamilkło. Przed maską majaczyła ciemna, groźna ściana mgły. Spojrzał na ekranik nawigacji.

„Error” – przeczytał napis na białym tle.

– Co u licha! – jęknął.

– Daj spokój. Już blisko pewnie. Mówili, żeby nigdzie nie skręcać. Jest jedna droga. Najpierw w górę, potem w dół, dwa zakręty i jesteśmy.

Wybrał ten dom dlatego, że zanim nie napada metr śniegu, można tam dojechać samochodem z napędem na cztery koła. Nie ma zasięgu komórkowego, więc nikt nie będzie ich niepokoić. Dom w górach. Miał niezłą stronę na Facebooku. Podobało mu się, że miejsce jest takie dyskretne. Że można pobyć z dala od paparazzich. „Ruchać się jak borsuk – myślał – jak jebany bóbr”.

Jacek nie był rozpustnikiem. A przynajmniej za takiego się nie uważał. Nie zdradzał żony. Po prostu zakochał się w Małgorzacie. Zakochał się pierwszy raz od czasu, kiedy skończył pięćdziesiątkę. Zresztą Ewka była nudna. Zawsze taka była. Związał się z nią, bo go podniecała jej młodość, energia, ale wszystko spierdoliła w ciąży. Zbrzydła. Nie chciała już podróży, włóczęgi, przygody. Chciała, żeby było bezpiecznie, bogato. Syto. Wolał słowo „syto”. No więc związał się z nią właśnie z tych powodów, o których zapomniała. Po prostu przestała być piękna, a on lubił piękno. Życie jest zbyt krótkie, żeby marnować je na brzydkie sprawy. W każdym razie tak powtarzał Małgorzacie. I kilku innym asystentkom, które miał przed nią. Jak im było na imię... A kto by spamiętał! Reflektory wysysały z mgły zarysy drzew.

* * *

– Leć – szeptała – leć jak ptak.

Zanurzała dłonie w kotle, ugniatała, czesała niczym wełnę, rozciągała i szeptała do niej raz po raz. A mgły było więcej i więcej.

Ptaki w klatce przestały się już wciskać w najciemniejsze zakamarki swojego więzienia. Skacząc niezdarnie, przysunęły się do sznurowej siatki, jakby chciały zobaczyć wszystko, niczego nie uronić.

– Gut, gut. – Stara uśmiechnęła się do nich. – Topsze, topsze, nie bójcie się ptasiny... To topry czar, bardzo topry...

Tak, to był dobry czar. Jej ulubiony. Plotła mgłę, jakby to była nić.

* * *

– No, już się bałem, że pobłądzicie. – Gospodarz stał w progu w swoim grubym wełnianym swetrze i patrzył, jak Małgorzata zgrabnie wbiega po schodach. – Krzysiek jestem. – Podał jej rękę. – Nie wolno lekceważyć mgły. Nie ma z nią żartów.

– E tam. – Małgorzata z zadowoleniem przyjęła jego uścisk. Ciepły. Bezpieczny. Rzetelny. Tak właśnie pomyślała: rzetelny. Ciekawe, jak by to było być z takim facetem? Spojrzała na rękę, żeby sprawdzić, czy nosi obrączkę, ale nie zdążyła.

– No, jak tam, Małgorzato, przestraszona? – Usłyszała, że Jacek szura butami po pierwszym śniegu.

– Nie, no coś ty! – powiedziała ze zbyt mocnym akcentem.

– Czarnecki jestem. – Jacek skinął gospodarzowi.

– Wiem. – Krzysiek się uśmiechnął. – Przecież wykupił pan opcję, w której na święta ma tu nie być innych gości. Miał pan być cztery godziny temu. Martwiłem się. Jak mgła się zaczęła, to pomyślałem, że pobłądzicie.

– Niepotrzebnie, Małgorzata i ja zwiedzaliśmy pewien hotelik w Szklarskiej. – Jacek mrugnął do niego. – Warto było.

Dziewczyna poczuła, że się czerwieni.

– E... panie gospodarzu, to tylko mgła. – Przełknęła szybko smutek. Żeby się nie zorientowali.

– Ja bym takiej mgły nie lekceważył. – Gospodarz pokręcił głową. – Łatwo pogubić drogę. Góry nie są bezpieczne.

– Co pan? To nie Himalaje. – Jacek położył mu protekcjonalnie rękę na ramieniu. – To nawet nie są Tatry.

– Patrz pan! – Krzysiek skinął głową w kierunku podwórza.

Obejrzeli się oboje. Mgła zatrzymała się półkolem trzy metry od domu. Jakby bała się podejść bliżej.

– Dziwne. – Małgorzata poczuła dreszcz na karku.

– Dziwne jest co innego – powiedział gospodarz i zszedł po schodach. Podszedł do samej mgły. – Kysz! – powiedział cicho.

A mgła się cofnęła.

– O kurwa! – zdziwił się dyrektor kreatywny. – To jakieś jaja, nie?

– Nie. Niech pan popatrzy w górę. Kiedyś na budynku był dzwon. Powiadali, że kiedy grał, to mgła się cofała.

– No dobra. – Jacek machnął ręką. – Muszę się wysikać i muszę się napić.

I wszedł do środka.

Mgła drgnęła. Jakby chciała wejść za nim.

* * *

Czarnecki zadzwonił do matki. Wyjaśnił co i jak, że Ewka się wściekła i że nie może przyjechać, ale że wpadnie zaraz w połowie stycznia i że się nagadają do woli. Nie lubił telefonów. Wolał rozmawiać z ludźmi oko w oko. Lubił Skype’a: widzisz, słyszysz, rozmawiasz, denerwujesz się albo śmiejesz, przeżywasz emocje… ale nie umiał przywyknąć do patrzenia w oczy na ekranie. Nie wiedział dlaczego. Może był nienowoczesny, co w jego innowacyjnej branży oznaczało natychmiastową śmierć. A może po prostu potrzebował zapachów tych, z którymi rozmawiał. Nie tylko głosu i obrazu. Zapachu. Poczuć, jak się pocą. Albo czym pachną. W zapachu ukryte są feromony. Wszyscy ludzie mieli swoje zapachy. Rozłączył się z matką.

– Musimy pomyśleć nad taką technologią – powiedział do Małgorzaty.

– Nad jaką technologią? – Małgorzata zaciągnęła się papierosem. Tak, tak, wiedziała, że nie wolno palić w drewnianym domu, ale seks bez papierosa jakoś jej nie smakował. Mówiła sobie w duchu, że skoro jest coś dla Jacka, to musi być też i dla niej. Paliła tylko w łóżku. I tylko jednego.

– No, wiesz, żebyś patrząc na ekran komputera czy smartfona, czuła zapach tego, z kim rozmawiasz.

– Żartujesz.

– No coś ty, nigdy nie żartuję, kiedy idzie o pieniądze.

Wiedziała, że to prawda.

Miała do Jacka trochę żal o te wyjazdy. Wolałaby jakiegoś Radissona, ale dyrektor kreatywny lubił górski klimat. „Klimat przygody” – mówił i opowiadał jej o włóczędze po Bieszczadach z plecakami z brezentu pełnymi konserw turystycznych albo mielonek wieprzowych, albo tyrolskich. Nie rozumiała. Ale nauczyła się akceptować. Zresztą było tu ładnie. Oglądała zdjęcia w internecie. Takie osobiste miejsce. Ale, do jasnej cholery, ma ekonomię, specjalizację z funduszy europejskich, zna trzy języki. I co? Leży w siermiężnym łóżku z facetem, który nawet nie umie wyprowadzić się od żony. Ale za to potrafi pewnie opracować sposób, żeby komputer pachniał tym, z kim gadasz na Skypie...

Wypaliła, wciągnęła obcisłe legginsy na gołą pupę i odwróciła się do Jacka.

– Idziemy posiedzieć przy kominku?

– Nie włożysz majtek?

Narzuciła sweter na gołą skórę. Wiedziała, że wełna będzie drażnić jej sutki.

– Nieee. – Trzasnęła drzwiami i zeszła na parter.

– Rozpaliłem wam w kominku. – Gospodarz zbierał się do wyjazdu. Pił grzane wino. Przysiadła się.

– Chcesz? Zrobić ci grzańca? – zapytał.

– Nie... wystarczy mi łyk. – Wzięła od niego gliniany kubek. Nie protestował. – To jak jest z tą mgłą? – zapytała.

– A wierzysz w duchy? W potwory? W inne światy?

– Wierzę.

– Kłamiesz.

– Kłamię – przyznała. – Nie jestem już dzieckiem.

– To nie to. – Pokręcił głową. – Jesteś dziewczyną z wielkiego miasta. Tam za dużo jest świateł, żeby zobaczyć to, co niezwykłe, i za dużo hałasu, żeby usłyszeć to, co ważne.

– A tu?

– Tutaj bywa, w listopadzie czy na początku grudnia, że nie ma nikogo. Że cisza jest absolutna. Wtedy słyszysz, o czym gadają góry.

– O czym gadają?

– Zrobić ci grzańca?

– Zrób dwa. – Zmarszczyła się kwaśno i skinęła głową w kierunku schodów. Kroki Jacka poznałaby nawet w piekle.

– OK. – Krzysiek się podniósł. – Zrobię i opowiem wam o puszwajbli.

* * *

Stara podeszła do cebrzyka z wodą.

– Niek uźrę. – Wyciągnęła dłoń nad powierzchnię wody. – Niek zobacę.

Woda stawała się oleista i czarna. Ale nieposłusznie. Jakby nie chciała.

– Słaba – mruknęła wiedźma – słaba jestem. Już pora.

Pochyliła się nad cebrzykiem. Zobaczyła kres. W miejscu, gdzie kiedyś usta były pełne i jędrne, miała czeluść smutku. Jakby twarz, jej twarz rozpruła się i sparciała. Oczy zapadnięte głęboko pod czaszkę niknęły niemal pośród włochatych narośli na skórze. Już jej nie leczyła. Nie wolno marnować energii, kiedy się zbliża przemiana.

– Hm… – jęknęła cichutko, kiedy dotknęła swoich włosów. Kiedyś były złote i grube, tak grube, że trzymały jej kręgosłup zawsze w górze. Jak sosnowy pień. Czoło ku słońcu. Oczy ku zgubie. Chciała tej zguby. Oj, chciała. Ale kobieta, która tka mgłę, nie może dotykać mężczyzny. Tylko wtedy, kiedy musi sięgnąć po jego duszę. I nie może pozwolić, żeby jakiś mężczyzna dotknął jej. Ale przecież może pragnąć. Może w sobie ten ogień nosić w dzień i w nocy. Gdyby nie ten żar, nie byłoby poświęcenia. A bez poświęcenia nie ma władzy nad słowem. A któż jej zapragnie takiej jak dziś? Słabej. Chorej. Odgrzebała w pamięci swój obraz sprzed lat.

Poczuła smak soli w ustach. Jedna łza spadła do cebrzyka. Wystarczyło. Woda na powrót stała się wodą. Obraz zniknął.

– Niedopsze – westchnęła. – Słaba jestem. Spieszyć się trzeba. – Podeszła do klatki z ptakami. – Gut – szepnęła cichutko. – Gut, moje ptasiny.

Szczygiełek nawet się nie szarpnął, kiedy wzięła go w dłonie.

– Ty mi mocy nie dasz, ptasino. – Pokiwała nad nim głową. – Ty mi tylko kogo sprowadzisz… tak?

Poczłapała do swego kotła. Szczygiełek poczuł, jak bije od niego ciepło. Chciał jeszcze krzyknąć, kiedy pękła mu skóra na szyi, ale przecież gardło puściło w tej samej chwili. Tylko ptasie serce szarpało się jak oszalałe.

* * *

– Ta, która plecie mgłę? – zaśmiał się Jacek. – To pierdoły jakieś.

– Pierdoły, nie pierdoły. – Krzysiek dolał im wina. – Ale w tej mgle dzieją się dziwne rzeczy.

– Że co, że żywa jest?

– E… – Gospodarz się skrzywił. – Zegary wariują. Kiedy tu nadciąga, wszystkie zegary stają.

– Nawet ten w internecie? – zaciekawiła się Małgorzata.

– Nawet ten.

– Kurwa. – Jacek wypił wino duszkiem. To mu się w głowie nie mieściło.

– I komórki nie działają.

– To co wtedy robicie?

– Nie wychodzimy – zażartował.

– No, opowiedz, opowiedz wreszcie – poprosiła Małgorzata.

– OK… ale krótko, bo muszę do rodziny jechać, do Szklarskiej. – Usiadł i ułożył brodę. Kiedy padł na nią odblask ognia, nabrała ciepłej pomarańczowej barwy.

„Jak mikołaj” – pomyślała Małgorzata.

„Co za pomysł, żeby nosić brodę” – pomyślał Jacek.

– Dawno, dawno temu, przez Izerskie wędrowali Walończycy, czyli poszukiwacze minerałów. Potem zielarze, którzy produkowali z tutejszych roślin eliksiry. Potem ci, co wypalali szkło z białej skały, czyli z kwarcu. Potem poeci romantyzmu, a w międzyczasie pojawili się jeszcze alchemicy cesarza Rudolfa. No i oni pozostawili po sobie opowieści, mity, baśnie i legendy. Jest pośród nich opowieść o tej, która plecie mgłę.

Krzysiek pociągnął grzanego wina.

– No i co?

– No i tyle... – Pociągnął znowu.

– Wiadomo, po co ją plecie?

– A nie widzicie niczego dziwnego? – odparł pytaniem na pytanie.

– Nie.

– Nie widzicie, że choć mijają stulecia, to ona wciąż tu jest?

– Ta sama? – Małgorzata nie chciała być niegrzeczna.

– Ta sama – odparł gospodarz całkiem poważnie. – Nieśmiertelna.

– Wszyscy jesteśmy podobno nieśmiertelni. – Jacek wzruszył ramionami.

– Ale nie wszyscy jesteśmy zawsze młodzi – uśmiechnął się Krzysiek. – Ona plecie niezwyczajną mgłę. Ta mgła człowieka chwyta i więzi, że kto w niej pobłądzi, już żywy nie wraca.

– Znaczy, że wraca martwy? – zainteresowała się Małgorzata.

– Nie wiem, to stare opowieści.

– I to wszystko?

– Tak.

– I dlatego nie wychodzicie we mgle? Dlatego, że boicie się nieśmiertelnej czarownicy?

– W takiej mgle nie wychodzimy – powiedział. Ale widział, że nie uwierzyli. – Na pozór nasze góry są niskie i bezpieczne – dodał – ale więcej tu zaginięć niż w Tatrach.

– Naprawdę? – Jacek zaśmiał się krótko i sięgnął po komórkę.

– Naprawdę. Prawdziwych zaginięć. Nieodnalezionych...

– Kurde! – Jacek się zdenerwował. – Moja komórka nie działa.

* * *

Kobieta wyszła przed chatę. Mgła wylewała się zza jej pleców niczym śnieżna lawina, tyle że jakby w zwolnionym tempie.

Pochyliła się, jakby chciała dotknąć progu, i ciężko opadła na kolana. Okręciła się i usiadła.

– Gut – wyszeptała zmęczona. – Teraz tylko czekać, tylko czekać...

Mgła płynęła jak rzeka, płasko przy ziemi. Ramiona wiedźmy wystawały ponad tą rzeką niczym skała. Kobieta wciąż poruszała dłońmi. Nie mogła przestać. Mgła musiała płynąć. Pośród gór, pośród lasu, w dolinach strumieni, pośród skał czarnych i samotnych. Poprzez dziś i jutro, i w poprzek wszystkich czasów. Aż znajdzie to, czego szuka. Aż znajdzie i przyprowadzi swojej pani nowe życie.

* * *

Trzy dni minęły jak z bicza strzelił. Seks, alkohol, wędrówki po górach. Śniegu za mało na narty, ale podobało im się na trasie do kopalni Stanisław. I na Wieczornym Zamku. Był wtorek rano, kiedy zaczęli się rozjeżdżać. Jacek lubił, kiedy rankiem zostawali w łóżku dłużej niż trzeba. Przygotował Małgorzacie śniadanie. Chyba, kurwa, naprawdę się zakochał. Podał jajecznicę, gotowaną kiełbasę, no i płatki na mleku dla Małgorzaty.

Jakoś jej nie smakowały.

– Potrzebuję czegoś kwaśnego – skrzywiła się.

– A co ty, w ciąży jesteś? – zapytał Jacek.

– Wypluj te słowa. – Uśmiechnęła się od ucha do ucha. – Piliśmy trzy dni, alkohol wypłukał sole mineralne...

– Naprawdę? – Wydawał się zaniepokojony. – Tabletki bierzesz, prawda?

– Borę, biorę – burknęła. I sięgnęła po jajecznicę. Chryste Panie, jak te góry potrafią człowieka uczynić głodnym!

A potem Jacek znosił z pokoju ich bagaże, a ona siedziała w progu. Gospodarz przyjechał po klucze. Usiadł koło niej i patrzyli na niebieskie niebo. I na modrzewie na śniegu. Wcale nie łyse, żółte. Przymroziło im igiełki, ale drzewa wciąż broniły się przed zimowym snem. Buki już dały za wygraną, ale modrzewie walczyły. Na kopułach Zielonej Kopy i Wysokiego Kamienia tworzyły jasnożółte liszaje w bezmiarze szarej zieleni świerków. Gdzieś wysoko w bezkresie nieba samolot wypluwał z siebie biały warkocz gazów.

– Nie rozwiewa się. – Krzysiek chronił oczy dłonią od niskiego słońca. – Jeśli się nie rozwiewa, to znaczy, że wiatru gdzieś tam w górze nie ma. Znaczy, że pogoda jest murowana.

– Będziemy mieli dobrą drogę w słońcu. – Dziewczyna się uśmiechnęła.

– Ale uważać trzeba. Jedziecie na wschód, więc słońce za plecami, ale ci, co jadą z naprzeciwka, będą oślepieni.

– Jacek jest dobrym kierowcą – powiedziała. – Bardzo dobrym.

I nagle przypomniał się jej zakrwawiony człowiek, którego minął na drodze przed kilkoma dniami.

– No jak? – Jacek trzasnął zamaszyście drzwiami. – Gotowa?

W rękach taszczył ich wielkie torby, przez ramię przewiesił oba laptopy.

– Widzę, że wracamy do rzeczywistości. – Spojrzała na jego wyprasowaną białą koszulę. Nie miała pojęcia, jak to robił, że zawsze był taki wyprasowany.

– Pięknie, prawda? – Rozejrzał się zadowolony. Zawsze, kiedykolwiek tylko ze sobą spali, budził się zadowolony. Jak dzieciak.

Pożegnała się szybko. Nie pozwoliła sobie na myśl, że może lepiej z takim facetem jak Krzysiek patrzeć w gwiazdy nawet na tym końcu świata, niż chodzić do łóżka z dyrektorem kreatywnym. Są myśli, których nie powinna dopuszczać do głosu dziewczyna po trzydziestce.

Zjechali z Polany w pełnym słońcu, ale kiedy tylko wjechali pomiędzy drzewa, wpadli w cień zimny i siny. Drzewa były zmrożone jesiennym szronem.

„Jakby ktoś zamroził czas” – pomyślała.

Jechali wolno. Bardzo wolno, bo Jacek szukał RMF-u. Ale radio milczało.

– Kurde, co za koniec świata! – zdenerwował się. – Nie lubię prowadzić bez muzyki!

– Patrz! – Chwyciła go za ramię.

Podniósł wzrok i odruchowo wyhamował. Za szybą stały w dwóch szeregach wysokie świerki całe srebrne od szronu. Droga biegła pośród drzew prosto w górę, jak strzelił. Ale nie było widać, jak daleko się ciągnie, bo sto metrów przed nimi na drodze stała mgła. Niebiesko-biała. I, jak mogłaby przysiąc Małgorzata, pulsująca. Nie, nie... to tylko złudzenie.

– O, ja pierdzielę! – Jacek wcisnął gaz i samochód potoczył się w górę. Pięćdziesiąt metrów, jeszcze trzydzieści. Zatrzymał się tuż przed niebiesko-białą ścianą. – Widzisz to? – Czarnecki zaśmiał się nerwowo. – Jakby ucięta nożem, nie? – Otworzył drzwi i zwolnił pas bezpieczeństwa.

– Nie wychodź – powiedziała cicho Małgorzata.

– Co mówisz?

– Nie wychodź, proszę.

– Chyba się nie boisz?

– Nie boję się, ale nie chcę wychodzić.

– E tam! – Dyrektor kreatywny trzasnął drzwiami.

Zrobił te cztery kroki szybko i zdecydowanie. Mgła była gęsta. Tak gęsta, że wzrok niknął w niej natychmiast. Nie było widać nawet pobliskich drzew.

– Kurde. – Spojrzał na bok. Drzewa stały w mrocznym cieniu wyraźne i pewne. Jakby narysowane grubą kreską w jakimś komiksie.

Ściana mgły stała na drodze niczym mur.

– Nie wierzę. – Roześmiał się. Wyciągnął rękę i włożył w biały całun. Zniknęła. Poruszył palcami. Czuł, jak się ruszają, ale widział nie dalej niż do nadgarstka. – Chodź tu, chodź zobacz to – zawołał. – Ręka mi znika.

– Nie wyjdę – krzyknęła Małgorzata.

Jej głos w samochodzie zabrzmiał niewiarygodnie głośno.

– Chyba się nie boisz czarownicy – zaśmiał się. I zrobił krok do przodu.

– Jacek! – krzyknęła.

Za późno.

Zobaczyła tylko, jak zniknął. Nagle i niespodziewanie.

– Jacek, ty świrze! – Szarpnęła drzwiczki. Z pasem nie poszło jej tak łatwo, jakby samochód nie chciał jej puścić. Palce nie potrafiły wcisnąć tej pieprzonej blokady. Uwolniła się, przebiegła wokół auta i wskoczyła za kierownicę.

Ruszyła wolno.

„Żebym tylko go nie najechała w tej mgle” – poprosiła w duchu samą siebie.

Nie była dobrym kierowcą. Prawo jazdy zdała za pierwszym razem i nawet jej się to podobało, ale nie miała wielu okazji, żeby prowadzić. Nie miała swojego auta, a w pajero, Jackowej dumie, zajmowała miejsce po prawej stronie. Czasami myślała nawet, że obiecał to żonie. „Żadna dziwka nie będzie prowadziła naszego samochodu!” – mogła sobie łatwo wyobrazić, jak Ewka robi mu awanturę. Kobiety w pewnym wieku mogą wybaczyć mężowi zdradę, ale nie pozwolą sobie na to, żeby ktokolwiek robił porządek w ich torebkach. Albo samochodach. Zresztą może źle ją oceniała... Drgnęła, kiedy mgła zamknęła się jak ocean wokół auta. Włączyła wycieraczki, ale na nic się zdały. Wciąż miała przed oczami białą pustkę. Samochód toczył się wolno, ale i tak czuła wstrząsy. Jakby już nie jechała po drodze.

– Przecież nie skręcałam nigdzie – powiedziała do siebie. – Nie skręcałam!

Rzucało nią jednak tak, jakby jechała po kamieniach. Albo może po korzeniach, nie umiała rozpoznać.

– Boże, Boże – poprosiła.

Za późno. Pajero przechyliło się nagle w przód i w lewo.

Krzyknęła. Przerzuciła na wsteczny. Wcisnęła gaz lekko, bardzo lekko. Samochód powoli zsuwał się przed siebie. Nacisnęła gaz do oporu. Wskaźnik obrotomierza skoczył gwałtownie. Auto szarpnęło jak ranne zwierzę. Silnik wył. Ale samochód powoli, bardzo powoli osuwał się w przód. Otworzyła drzwi, wciąż wciskając z całej siły gaz. Pożałowała, że nie przestawiła fotela, zanim ruszyła, może wtedy mogłaby docisnąć go jeszcze bardziej. Nagle poczuła wilgoć. Spojrzała pod nogi. Woda sączyła się do środka. Czarna. Lepka. Zimna.

– Au! – krzyknęła Małgorzata. I wtedy to poczuła. Woda śmierdziała. Śmierdziała starym, gnijącym bagnem. – Jezu! Przecież nie było tu bagna! Przecież bym pamiętała.

„Muszę uciekać” – zrozumiała dopiero wtedy, gdy woda sięgnęła jej lewego kolana.

Wyciągnęła rękę po klamkę, złapała ją, bo drzwi nie były otwarte na oścież. Szarpnęła. Ale bagno nie chciało oddać swojej zdobyczy. W każdym razie nie bez walki.

– Glurp. – Usłyszała.

I jeszcze raz. Silnik się dławił. Pajero przechyliło się w lewo. Zaparła się o kierownicę i spróbowała oprzeć na czymś lewą nogę. Ale woda zdążyła już ją pochwycić.

Łzy popłynęły Małgorzacie po twarzy, ale nie chciała się poddawać, szarpnęła jeszcze raz i drugi.

Nic.

Zaczęła wyciągać nogę powoli. Gdyby nie but, pewnie udałoby się od razu. Czarne kozaczki car shoe Prady. Osiemset złotych za parę. Zamek od stopy do połowy łydki. Trzeba je wciągać jak buty do konnej jazdy. Pieprzona Prada! Napięła wszystkie mięśnie.

Udało się. Woda zabrała but, ale stopa była wolna. Zaparła ją o ramę drzwi, wyprostowała i rozciągnięta jak struna dosięgła klamki z prawej strony.

Klamka puściła, ale ciężkie drzwi nie chciały się otworzyć. Pajero przechylało się coraz bardziej w lewo.

– No, nie odemknę – zapłakała. – Nie odemknę, Chryste.

Wtedy to zobaczyła. Przycisk elektrycznego otwierania szyby.

„Przecież silnik zalany” – pomyślała, ale wyciągnęła rękę jeszcze raz. Nacisnęła. Szyba otworzyła się szybko i gładko. Zobaczyła nad sobą błękit nieba. Mgła musiała ustąpić. Chwyciła ramę okna obiema rękami, zaparła się o kierownicę i wyczołgała. W ostatniej chwili, bo samochód właśnie się poddał i zaczął powoli lewą stroną pogrążać w topieli. Spróbowała stanąć, ale kiedy tylko odrobinę wyprostowała nogi, o mało nie zsunęła się na powrót w czeluść kabiny mitsubishi. Kucnęła i trzymała się rękami krawędzi otworu bocznej szyby. Mgły wokół nie było. I nie było lasu. Pod nią bagno, ale tuż obok, dosłownie o metr, wiła się ścieżka pośród traw białych od szronu. I na tej ścieżce ciągnął się równy szereg śladów. Poczuła, że należą do Jacka.

Łzy płynęły ciurkiem, ale nie wpadła w histerię. Była z siebie nawet dumna. Będzie, jeżeli skoczy. Zwinęła się jak sprężyna i odbiła z całej siły.

* * *

Stara siedziała w progu i trzymała w dłoniach końce mgły. Mgła nie była już szeroką rzeką. Nie była nawet strumieniem. Była już tylko nicią. Długą i wciąż mocną, ale już tylko nicią. I nie musiała być niczym innym. Przecież wykonała swoje zadanie. Kobieta czuła, że w sieci, którą uplotła, coś się szamoce. Coś dużego. Nie ptak. I nie jeleń. Człowiek. Przecież uplotła sieć na człowieka.

Westchnęła na myśl o tym, co musi teraz zrobić. Wiedziała, że nie można inaczej. Że traci siły. W przyrodzie było przecież tak, właśnie tak: zając pożera liście, kot pożera zająca, pies chwyta kota, wilki zaduszą psa. Ona była wilkiem. Może już ostatnim? Jej towarzyszki nie dały rady. Zadrżało im serce. Z miłości albo z lęku. Albo roztrwoniły swoją siłę, żeby zdobyć bogactwo. Albo władzę. Ale ona, przedwieczna, umiała być cierpliwa. Nie lubiła tego, co musi. Ale niewiasta musi czasem zrobić to, czego nie lubi. Niekiedy nawet ukryć się gdzieś poza czasem. Jej własny czas minął już dawno temu. Całe wieki temu schodziła do wsi w dolinach popatrzeć na mężów w stali, na kolorowe targowiska, na taniec i na śpiew. Wtedy sama chciała tańczyć. Całować. Pokochać.

– Ech. – Wzruszyła ramionami i zaczęła zwijać niteczkę mgły jak kłębek wełny. Wciąż był tak samo mały, ale przecież ciągnęła. Ciągnęła najmocniej, jak umiała. Szeptała słowa, których użyć można tylko wtedy, kiedy naprawdę można ich użyć. Nie lubiła tych słów. Ale tak to już jest w świecie ludzi. Nie wszyscy mają tak samo dobrze. Albo tak samo źle. Nie była pewna, czy teraz ona ma dobrze, czy raczej nie. Nie była przecież potworem. Musiała tylko robić swoje.

Plotła słowo za słowem. Nici, które trzymała w ręku, stawały się coraz twardsze. Coraz bardziej obce. Czuła, że słabnie. Łatwo jest złowić ptaka. Człowiek to co innego. Człowiek potrafi być silny. Potrafi zagłuszyć słowa. Ale tylko taki, który ma w sobie wiarę. Jeśli ma jej dość, umknie. Ale tylko dlatego, że była słaba. Miała do siebie żal, że czekała tak długo. Może zbyt długo.

– Wilczyca nie może płakać nad koźlęciem – powiadała jej babka, Ta Która Odeszła Pośród Gromu. Babka była mądra. Mówiła, że nadejdzie dzień, kiedy serce Plotącej Mgłę nie będzie miało dość sił, żeby zadać ból. A wtedy trzeba odejść. Może rację miały te, które odeszły, żeby spotkać miłość? Mieć prawdziwe dziecko zamiast wieczności. Wieczność jest trudna w pojedynkę.

Nić stała się twarda niczym drut.

– Gut – szepnęła. – Już blisko.

Wtedy go zobaczyła. Na końcu jej nici Jacek Czarnecki w śnieżnobiałej koszuli i odprasowanych spodniach, ubłoconych i mokrych, szedł jak we śnie.

– Tfu, urok sobaczyj. – Splunęła.

Mężczyzna nie był jej potrzebny. Coś poszło nie tak. Może dlatego, że była już słaba. Zbyt słaba na taki czar. Nawinęła nić do końca i kiedy stanął przed nią, podniosła się ciężko z progu i odrzuciła przepocone włosy.

Był od niej wyższy. Gruby. Dobrze odżywiony. Nadawałby się na biskupa. Przysunęła nos do jego piersi, a potem podniosła wyżej, ku szyi i wciągnęła powietrze. Mężczyzna ani drgnął. Plotąca nasyciła swój czar wywarem z bielunia, więc wydawało mu się, że jest szczęśliwy. Powąchała go uważniej. Z bliska. Z takiego bliska, że włoski na jej brodzie dotknęły jego skóry. Zadrżała. Dotykanie mężczyzny zawsze wywoływało u niej taki dreszcz.

Ale nie to było ważne. Poczuła od niego silną woń ciężarnej kobiety.

– Ej, to dlatego słowo cię tu wywiodło – westchnęła. – Niewiastą wieje od ciebie.

Pojęła, że musi wypleść mgłę od nowa. Nie mogła wyssać mężczyzny. Kim by się wówczas stała?

Sięgnęła za pazuchę i wyjęła kościany nóż, który podarowała jej babka. Miał dziwny, zaokrąglony kształt, nie nadawał się do cięcia, bo przecież stworzono go tylko po to, żeby wchodził w ciało i zostawiał jedną półokrągłą ranę. Z tych, które nie są bardzo bolesne, ale pozwalają, żeby krew wypłynęła szybko. Jak z ptaka.

– Nu, z toboj szto? – Popatrzyła mu w oczy bez gniewu.

Nie reagował.

Czar trzymał go mocno. Nie była aż tak słaba.

– Sidij – powiedziała.

A on usiadł. Nie bez trudu, bo brzuch nie pomaga, jeśli masz usiąść wprost na ziemi.

– Gut – pochwaliła go.

I przyjrzała się jedwabnej koszuli. Nie widziała jeszcze nigdy materii tak lśniącej i miękkiej. Nie żeby go dotknęła, ale przecież widziała, że to niezwykła rzecz. Przez moment pomyślała, że dobrze byłoby go rozebrać, ale natychmiast zganiła się w duchu. Nie może się wystawić na pokuszenie.

Podeszła bliżej i zamierzała wbić nóż w pierś Czarneckiego. Nawet nie drgnął, kiedy na koszuli pojawiła się czerwona plamka. Niewielka, bo zdążyła tylko przeciąć naskórek, kiedy zobaczyła na skraju polany właśnie ją.

Małgorzata szła po śladach swego mężczyzny.

– Gut! – ucieszyła się wiedźma. Więc jednak czar przywołał ich oboje.

– Halo! – Dobiegł ją głos dziewczyny. – Jacku!

Wiedźma nie miała już czasu do stracenia. Pchnęła nóż głębiej i powiedziała kilka szybkich słów. Krew trysnęła, sznur puścił, mężczyzna przewrócił się na ziemię i powoli w nią wsiąkał. Topniał jak śnieg.

– Jacku! – Dziewczyna biegła.

Stara obejrzała się w jej kierunku i zobaczyła, że dziewczyna jest ładna. Ma jeden but. Złożyła ręce jak do modlitwy i ugniotła ze sznura nowy czar. Słaby. Ale wystarczy. Przecież nie musi przeciągać jej przez próg czasów. Wystarczy ją po prostu spętać.

– Leć! – Wyrzuciła dłonie przed siebie.

Małgorzata zatrzymała się w pół kroku. Nie mogła uwierzyć, że Jacek znika na jej oczach.

„To bagno” – pomyślała. „Ta chata stoi na bagnie”.

– Jacku! – krzyknęła.

Usłyszał, rozwarł ramiona, jakby chciał się oprzeć pochłaniającej go topieli, zobaczyła, jak unosi głowę, ale...

Nagle zniknął.

– Och! – jęknęła.

Rozejrzała się wokół. Szron. I mgła. Mgła pełzła po ziemi niczym żmija – zygzakiem, wybierając pomiędzy kępami pomarzniętych traw najniżej położone miejsca. Zatrzymała się u stóp Małgorzaty. A potem uniosła się na kilkanaście centymetrów. Zupełnie jakby to była nie mgła, ale głowa żmii.

Dziewczyna była tak zaskoczona, że na moment zapomniała o Jacku. Nie. Nie zaskoczona. Zafascynowana. Jakby to była naprawdę kobra. Kobra, która potrafi sprawić, że nie umiesz oderwać od niej wzroku.

Nachyliła się, żeby popatrzeć z bliska.

Koniuszek mgły przekrzywił główkę na bok. Dziewczyna przyklęknęła na lewe kolano. Wyciągnęła dłoń, żeby dotknąć stworzenia, tak jakby chciała je pogłaskać. Mgła cofnęła się lekko, a potem skoczyła do gardła.

Małgorzata szarpnęła się jak spłoszony ptak. Ale już było za późno. Sznur mgły zacisnął się na grdyce z ogromną siłą. Upadła na ręce. Straciła oddech. Ale tylko na moment. Przecież jest z Warszawy, potrafi walczyć. Podniosła się z czworaków na klęczki i spróbowała wcisnąć palce pomiędzy skórę na szyi i biały całun. Nie dało rady! Wtedy stara szarpnęła. Z taką siłą, że dziewczyna upadła.

– Pójdź! – zaskrzeczała wiedźma.

Małgorzata poczuła, że coś ją ciągnie. Nieubłaganie i nieodparcie.

Zaparła się kolanami o ziemię, odgięła kręgosłup do tyłu i spróbowała pochwycić strużkę mgły obiema rękami, żeby choć trochę poluźnić nacisk. Ręce przeszły przez biały sznur, nie napotykając żadnego oporu. Stara szarpnęła, a dziewczyna nawet nie zdołała pomyśleć, co się dzieje, kiedy upadła na twarz.

„Chryste” – pomyślała. I zrozumiała, że jest za późno. Za późno, żeby się modlić. Czuła, jak zadzierzgnięta wokół szyi nić, której nie mogła uchwycić, choć ją widziała, ciągnie ją powoli i nieustępliwie w stronę chaty. Z całej siły uczepiła się dłońmi ziemi przed sobą. Poczuła, jak zamarznięta trawa rozcina naskórek. Ale nie poddawała się. Zaparła się jeszcze bardziej i przylgnęła do ziemi najmocniej, jak mogła.

– Szur, szur. – Stara przyciągała ją rytmicznie.

„Jezu!” – zawołała w duchu dziewczyna. „Nie mam siły!”

Zobaczyła, jak za jej nagimi dłońmi na szronie malują się czerwone plamy krwi. I straciła przytomność.

Stara poczuła, że teraz idzie już lżej.

– Gut – szepnęła. – Gut, gut, ptasino.

Przysiadła w progu i spokojnie zwinęła biały kłębek do samego końca. Kiedy dziewczyna była już tuż-tuż, wiedźma trzepnęła lekko dłonią, w której trzymała koniec nici, a ta opadła lekko jak piórko z szyi leżącej. Stara podniosła kłębek na wysokość oczu i dmuchnęła w niego czule, a mgła rozpłynęła się w powietrzu rześkim i ostrym.

– O! deń krasiw dziś. – Uśmiechnęła się do łąki i do odległych sinych gór. – Mocno krasiw.

Podniosła oczy ku niebu. Słońce patrzyło na nią bez sympatii. Ale i bez nienawiści. Patrzyło z pogodną akceptacją, z jaką matka patrzy na swoje dziecko, kiedy ono odkrywa, jak łatwo można zdeptać ślimaka. Albo turkucia podjadka.

– Pójdź, krasiwa moja. – Stara poczłapała w kierunku leżącej, a kiedy się nad nią pochyliła, jej sztywne, brudne szare włosy opadły wokół twarzy jak akacjowe strąki. Odgarnęła je niecierpliwie i chwyciła Małgorzatę za rękę. Poczuła puls dziewczyny. Oszalały i miałki. Jakby strużka wody płynęła po kamieniach.

– Ha... – mruknęła i swoim rogowym nożem zrobiła małą dziurkę.

Dziewczyna drgnęła. Otworzyła oczy akurat wtedy, kiedy czarownica otworzyła swoją żyłę.

– Jezu… – Szarpnęła się, ale nie dokończyła zdania, bo stara wpakowała jej swoją rozciętą żyłę prosto w usta.

– Pij! – warknęła.

Małgorzata poczuła słodki posmak cuchnącej posoki. Zwymiotowała. Stara chwyciła ją za gardło. Wbiła paznokcie w skórę i uniosła dziewczynę do góry. Na kolana. Była zadziwiająco silna. Ale teraz już nie musiała oszczędzać mocy. Była o krok.

– Pij! – Przesunęła paznokciami drugiej ręki po wytrzeszczonych ślepiach dziewczyny tak szybko, że dziewczyna ledwo zdołała zamknąć oczy.

Piekący ból przeszył Małgorzatę. Poczuła ciepło krwi na policzkach.

– Pij!

Teraz była posłuszna. Zaczęła ssać. Nerwowo. Jak głodne szczenię. Po chwili nie czuła już odrazy. Czuła spokój. I ciszę.

Stara uniosła do ust jej rozcięte przedramię i wessała się w nie jak pijawka. I trwały tak tyle czasu, ile trzeba, żeby ich krew zmieszała się ze sobą. I z krwią dziecka, które poruszyło się w dziewczynie pierwszy raz.

Zdziwiła się, ale nie przelękła. Z każdym łykiem krwi wiedźmy spływał na nią spokój i pewność, że tak jak jest, jest dobrze.

Kiedy skończyły, siedziały obok siebie na zmrożonej trawie i patrzyły, jak zrywa się wiatr. I jak zaczyna kołysać twardymi źdźbłami. I jak zamarznięte kropelki rosy uderzają o siebie cichutko. Ding-dong... ding-dong...

– Słyszysz? – szepnęła stara.

– Tak. – Małgorzata się uśmiechnęła i zafascynowana patrzyła, jak rozcięcie na jej przegubie zabliźnia się i wygładza. Jakby nigdy nie miała w sobie żadnej rany.

– Moja krew. – Stara skinęła głową. – Moja krew i twoja młodość. Moja mądrość i twoja wiedza. Moja dusza i twoja dusza.

– Będzie bardzo bolało? – Dziewczyna czuła, że to dopiero początek.

– Nie. Nie bardzo. – Stara pogłaskała ją po policzku. – Masz w sobie czędo... dziecko znaczy. Zresztą lepiej, żebyśmy były piękną niż bestią, prawda?

Małgorzata milczała.

– Piękną. Więc mnie będzie bolało bardziej. – Wiedźma uderzyła rękami o kolana. – Chodźmy.

Podniosły się i weszły do chaty.

– Dawno nie sprzątałaś. – Dziewczyna rozejrzała się po kątach. Pajęczyny, zioła, klatka z ptakami, słoje z nieprzejrzystego szkła, w których czaiło się coś mrocznego, księgi w skórzanych oprawach. Niewiele ich, ale grube. Podeszła do półki ze słojami. Podniosła jeden i przekrzywiła tak, żeby ciemny płyn odsłonił zawartość. W środku siedziało dziecko. Miało może kilka dni, kiedy tam trafiło.

– Silny czar – powiedziała stara miękko. – Kiedyś ponimiesz.

– Chcesz mojego dziecka. – Dziewczyna położyła rękę na brzuchu.

– Nie. – Stara pokręciła głową. – Twoje czędo, niewiasta będzie następną Plotącą. Świętą Dziewicą. Strażniczką Mgły i Panią Ognia. Moja wnucka.

– Jak to?

– Nie rozumiesz, córko?

– Córko?

– Tak... Nie ma innej rady. Dziewicą trzeba być, żeby panować nad mgłą. I nad ogniem. I nad wiedzą.

Małgorzata rozejrzała się jeszcze raz. Popatrzyła na kocioł. Stygł już. Jeszcze tylko odrobina białej mgły kręciła się wolno na samym dnie. Włożyła tam rękę i owinęła ją sobie wokół palca. Tak... poczuła jej drżenie. Mgła żyła. A dziewczyna czuła, że jeśli każe jej iść, mgła pójdzie.

– Jak to może być?

– Moja krew, twoja krew. – Stara się uśmiechnęła. – Już czas.

Usiadły na drewnianej ławie jedna naprzeciw drugiej.

Stara wyciągnęła gdzieś spod swoich spódnic flaszę z niebieskiego kryształu.

– Amethystos. – Pokazała dziewczynie. – Naczynie duszy. Wypijesz. I zrozumiesz. A potem wszystkiego nauczysz małą. – Wyciągnęła rękę i dotknęła brzucha Małgorzaty, a dziecię poruszyło się po raz drugi.

Sięgnęła po swój nóż z rogu.

Wbiła go w pierś i zakręciła trzy razy. Patrzyła w oczy swojej córki, kiedy jej dusza spływała rogowym nacięciem wprost do butli. Kropla po kropli. Czternaście kropel czarnych jak noc. Kiedy spadła ostatnia, stara osunęła się na ziemię jak wyschnięty snop.

Małgorzata wyjęła butlę z jej dłoni.

Przechyliła do ust. Ale nic się nie stało.

– Aaa! – Pogrzebała w myślach i znalazła odpowiednie słowa. Wyszeptała je szybko, nerwowo. Przytknęła butlę do ust. Czternaście kropel rozpłynęło się w jej ustach. W jej żyłach. W jej trzewiach. W jej sercu i mózgu.

Ptaki trzepotały jak oszalałe pięć dni i pięć nocy. Nie bały się już czarów. Bały się, że pomrą z głodu. Słońce wstawało i zapadało. Truchło starej rozpadało się w pył, gwiazdy wirowały, a Małgorzata spała, jakby już miała nie żyć. Widziała łąkę przed domem. Jak zarasta lasem. Jak ludzie przychodzą i odchodzą, jak karczują las, jak budują domy i huty. Poznała to miejsce. Widziała we śnie to, co było, i to, co będzie. Jak się rodzą góry i jak się rozpadają światy. A kiedy dotarła do krawędzi snu, zrozumiała, że musi zawrócić. Że dalej może iść tylko dziewica. Że jej zadaniem jest karmić ptaki i uczyć dziecko liter, których nie rozumie. Światów, których nie widziała. Wiedziała, że dusza czarownicy mieszka teraz w małej. W Maleńkiej. We wnuczce. W duszy nienarodzonej, tej, która będzie wyplatać mgłę.

– Moja krew i twoja krew. – Otworzyła oczy. – Moja mądrość i twoja wiedza. Moja dusza i twoja dusza.

Poczuła się głodna. Głodna jak wilk. W końcu kobieta w ciąży ma swoje prawa. Pomyślała o Jacku. Biedny głupek. I pomyślała o pajero. Przecież upleść czar, który go odnajdzie i wydobędzie, nie jest chyba wielkim problemem.

– Ha! – Pokiwała głową. – Ale jak go zatankować? Jak sprowadzić kanisterek ropy z dwudziestego pierwszego stulecia?

– Sójka. Użyj sójki. – Usłyszała w głowie głos starej. I głosy innych starych. Wszystkich Plotących Mgłę dziewic, jakie żyły przed nią na tej izerskiej polanie. Czternaście wiedźm. Po jednej kropli za każdą duszę.

– Muszę tu posprzątać – westchnęła. I pomyślała, czy jeśli ściągnie sobie telewizor, to da się odbierać Mam talent. Wiedźmy w jej głowie milczały. Sięgnęła pod łóżko i wyciągnęła kuszę. Czas upolować coś na obiad.

* * *

Dyrektor kreatywny Jacek Czarnecki przebudził się we mgle szarej jak oczy wilka. Leżał tuż obok drogi w mokrej ziemi. Mrok zapadał szybki i cichy.

– Kurwa jego mać – zaklął. – Co oni dają do picia w tych Izerach?

Głowa bolała go jak na wielkim kacu. Pamiętał jakieś obrazy. Miał już kiedyś tak po jakimś dopalaczu, który wymieszał z kokainą. Zapiekło go w piersi. Sięgnął ręką. Lepkie.

– Co za gówno?! – Usiadł i popatrzył na swoją dłoń. – Krew!

Wtedy sobie przypomniał.

Zerwał się na równe nogi i zaczął biec jak szalony. Żeby uciec przed tym, co działo się w jego głowie. Buty, stworzone do tego, żeby chodzić po warszawskich salonach, ale nie do tego, żeby biegać nocą po lesie, przemokły niemal od razu. Brakowało mu tchu, ale biegł, bo to, przed czym uciekał, przerażało go jak najgorszy sen.

Mgła rzedła i gdzieś za krzakami zamajaczyły światła. Usłyszał pomruk silnika.

– O, ja pierdzielę. – Przystanął i oparł się dłonią o pień drzewa. – O, ja pierdzielę.

Wiedział, że jeszcze parę kroków i będzie uratowany. Będzie między ludźmi.

Zebrał siły. Kiedy rozgarniał gałęzie, któraś rozcięła mu policzek, ale nawet nie czuł bólu. Dopadł asfaltu. Gdzieś z lewej zobaczył kolorowy neon. Zaczął biec w tamtą stronę. Mgła rzedła. Czuł ulgę.

– Bombaj – przeczytał. – Bombaj!

Zrobił jeszcze krok, kiedy nagle omiotły go światła, a on pomimo tych świateł zobaczył siebie. Siedział za kierownicą pajero i kręcił tak, żeby ominąć...

– Stój! – wrzasnął do siebie, ale tamci w samochodzie nie usłyszeli. Nie mogli usłyszeć w tym pisku opon. Pajero wyrzuciło z rury kłąb dymu i zniknęło w mroku. Jacek obrócił się akurat w tej chwili, kiedy ciężarówka wypadła zza zakrętu.

„Kurwa mać” – pomyślał i rozdarła go na strzępy. ■

PAULINA ŚWIST

Paulina Świst – pseudonim literacki pisarki urodzonej w 1986 roku w Gliwicach. Z wykształcenia prawnik, prowadzi kancelarię adwokacką we Wrocławiu. Pełniła i pełni funkcję obrońcy w wielu postępowaniach sądowych: od spraw drobnych kradzieży, aż po procesy zorganizowanej przestępczości. Dla dobra klientów oraz własnego bezpieczeństwa musi ukrywać się pod pseudonimem. Wszystkie jej książki osiągnęły status bestsellerów (Prokurator, Komisarz, Podejrzany, Karuzela).

Dzień zaczął się wybornie. Najpierw złamałam obcas w ulubionych kozakach, potem dostałam zdjęcie z fotoradaru, następnie pokłóciłam się z matką, a wisienką albo – jak mówił Tomasz Hajto – truskawką na torcie okazał się telefon od mojego klienta, że muszę się u niego pilnie stawić. Jeszcze rok temu zabiłabym śmiechem każdego dzwoniącego do mnie w Wigilię z takim żądaniem, ale Mariusz Przytuła, pseudonim „Szary”, nie miał poczucia humoru. To po pierwsze. Po drugie przez ostatni rok postawiłam sobie za cel zaharować się na śmierć i przyjmowałam absolutnie wszystkie sprawy. W tym takich chorych pojebów jak Szary, bo nie miałam jakichkolwiek złudzeń – był psychopatą. A z nimi się po prostu nie dyskutowało. Dlatego też zaledwie pół godziny po tym telefonie stawiłam się „u niego”, czyli przed ogromną, metalową bramą aresztu śledczego przy ulicy Wrocławskiej w Bytomiu. Nacisnęłam domofon.

– Słucham. – Usłyszałam burkliwy głos.

– Obrońca Mariusza Przytuły. Na widzenie. – Starałam się brzmieć sympatycznie.

– Dziś?

– No tak. – Zatarłam zmarznięte ręce.