Wydawca: WAB Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 422 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zabójcze ciało - Kate White

 

 

Makabryczna zbrodnia i skomplikowane śledztwo nowojorskiej dziennikarki...

Bestsellerowy tytuł w rankingu „New York Timesa”!

Gdy Bailey Weggins otrzymuje propozycję weekendowego wyjazdu do eleganckiego spa, nie zastanawia się ani chwili. Opuszcza Manhattan i udaje się do pięknej miejscowości w Massachusetts. Jednak dziennikarce nie będzie dane wypocząć – w późny piątkowy wieczór Weggins znajduje w pokoju zabiegowym zwłoki. Z przerażeniem patrzy na ciało zawinięte w srebrną folię, przywodzące na myśl jakąś potworną mumię z kosmosu...

Czyta się jednym tchem. Jeśli lubisz suspens, pokochasz tę powieść.

„Redbook”

Mistrzowskie umiejętności autorki i niepokorny charakterek jej bohaterki docenią wszyscy czytelnicy.

„Publisher Weekly”

Opinie o ebooku Zabójcze ciało - Kate White

Fragment ebooka Zabójcze ciało - Kate White

KATE

WHI­TE

ZA­BÓJ­CZE CIA­ŁO

prze­ło­żył

Ro­man Pa­le­wicz

Ty­tuł ory­gi­na­łu A Body to Die For

Prze­kład Ro­man Pa­le­wicz

Re­dak­cja Ita Tu­ro­wicz

Ko­rek­ta Ew­do­kia Cy­dej­ko, Pau­li­na Mar­te­la

Pro­jekt okład­ki Krzysz­tof Kieł­ba­siń­ski

Skład TYPO

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej Mi­chał Olew­nik / Wy­daw­nic­two W.A.B.

i Mi­chał Na­ko­necz­ny / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

Co­py­ri­ght © by Kate Whi­te. By ar­ran­ge­ment with the au­thor.

All ri­ghts re­se­rved

© Co­py­ri­ght by GWF sp. z o.o., War­sza­wa 2013

ISBN 978-83-7881-049-0

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.

00-372 War­sza­wa, ul. Fok­sal 17

tel. 22 828 98 08, 22 894 60 54

biu­ro@gwfok­sal.pl

Dla mo­ich wspa­nia­łych bra­ci, któ­rych uwiel­biam: Mike’a, Jima, Ric­ka, Chuc­ka i Ste­ve’a

Podziękowania

Dzię­ku­ję wszyst­kim, któ­rzy wspa­nia­ło­myśl­nie po­mo­gli mi w zbie­ra­niu ma­te­ria­łów do tej książ­ki: dok­to­ro­wi Pau­lo­wi Pa­ge­nel­le­mu, sze­fo­wi po­go­to­wia ra­tun­ko­we­go szpi­ta­la w Mil­ton, w sta­nie Mas­sa­chu­setts; Bar­ba­rze But­cher, dy­rek­tor­ce wy­dzia­łu do­cho­dze­nio­we­go w biu­rze głów­ne­go le­ka­rza są­do­we­go w No­wym Jor­ku; Ro­ge­ro­wi Ro­kic­kie­mu, głów­ne­mu in­spek­to­ro­wi po­li­cji hrab­stwa Wes­t­che­ster; San­jay­owi Sin­gho­wi z no­wo­jor­skiej po­li­cji oby­cza­jo­wej; psy­cho­te­ra­peu­cie Mar­ko­wi Ho­wel­lo­wi; by­łej psy­cho­loż­ce kry­mi­nal­nej FBI Can­dan­ce de­Long; Eri­no­wi Scan­lo­no­wi, wspól­ni­ko­wi fir­my De­lo­it­te & To­uche; Ka­thy Bec­kett oraz Mary Ewart.

Spe­cjal­ne po­dzię­ko­wa­nia otrzy­mu­ją rów­nież: moja nie­ustra­szo­na agent­ka San­dra Dijk­stra oraz moja fan­ta­stycz­na re­dak­tor­ka Sara Ann Fre­ed, któ­ra do­star­czy­ła mi tak wie­lu cu­dow­nych wska­zó­wek.

Rozdział 1

Kie­dy wra­cam my­śla­mi do tych wszyst­kich okrop­no­ści, któ­re przy­da­rzy­ły się tam­tej je­sie­ni – mor­derstw, po­nu­re­go od­kry­cia, za­gro­że­nia, w któ­rym się zna­la­złam – uświa­da­miam so­bie, że praw­do­po­dob­nie mo­gła­bym tego wszyst­kie­go unik­nąć, gdy­by moje ży­cie in­tym­ne nie było aż tak bez­na­dziej­ne. Albo ujmę to in­a­czej: gdy­by w ogó­le ist­nia­ło. Pod ko­niec lata pu­ścił mnie w trą­bę fa­cet, na któ­re­go punk­cie mia­łam nie­złe­go fio­ła, a choć moje ser­ce nie bo­la­ło już jak otwar­ta rana, to prze­ży­ty ból prze­ro­dził się w od­stra­sza­ją­cą męż­czyzn cierp­ką zgorzk­nia­łość. Zu­peł­nie jak­by nad moją gło­wą uno­sił się na­pis: „Zbliż się, a do­sta­niesz po py­sku”.

To­też kie­dy otrzy­ma­łam za­pro­sze­nie do dar­mo­we­go spę­dze­nia któ­re­goś z wcze­sno­je­sien­nych week­en­dów w Za­jeź­dzie i Spa Cedr, w War­ren, w sta­nie Mas­sa­chu­setts, skwa­pli­wie sko­rzy­sta­łam z oka­zji. Wierz­cie mi, nie ocze­ki­wa­łam, że spo­tkam tam ko­go­kol­wiek – może z wy­jąt­kiem kil­ku bo­ga­tych pa­niuś w pa­ste­lo­wych dre­sach, z sa­szet­ka­mi przy pa­skach, świę­cie prze­ko­na­nych, że je­śli na­sma­ru­ją so­bie cia­ła ma­słem shea, ich cel­lu­li­tis w cu­dow­ny spo­sób wy­pa­ru­je. Mu­szę też przy­znać, że ge­ne­ral­nie uwa­żam całą tę bran­żę spa za bzdu­rę. Raz da­łam so­bie zro­bić gra­ti­so­wą ma­secz­kę śliw­ko­wo-dy­nio­wą, a kie­dy było po wszyst­kim, mia­łam wra­że­nie, że rów­nie do­brze mo­gła­bym się zna­leźć na bla­cie ku­chen­nym, mię­dzy pie­czo­nym in­dy­kiem a na­dzie­niem z ku­ku­ry­dzia­ne­go chle­ba.

Nie­mniej, prze­pa­dam za do­brym ma­sa­żem i li­czy­łam na to, że kil­ka ta­kich za­bie­gów, w po­łą­cze­niu ze zmia­ną oto­cze­nia, po­pra­wi mi na­strój i po­now­nie wpra­wi moje ser­ce w ruch.

Nie­ste­ty, wkrót­ce po moim przy­by­ciu do za­jaz­du roz­pę­ta­ło się pie­kło.

Do­je­cha­łam do War­ren tuż przed siód­mą, w piąt­ko­wy wie­czór. Pora była roz­sąd­na, ale o całe trzy cho­ler­ne go­dzi­ny póź­niej­sza, niż so­bie za­pla­no­wa­łam. Zbieg oko­licz­no­ści spra­wił, że mój har­mo­no­gram dia­bli wzię­li. Je­stem nie­za­leż­ną dzien­ni­kar­ką, wy­spe­cja­li­zo­wa­ną w hi­sto­riach z ży­cia i spra­wach kry­mi­nal­nych, a wy­wiad z pew­nym psy­cho­lo­giem, któ­ry mia­łam prze­pro­wa­dzić do ar­ty­ku­łu na te­mat ma­so­wej hi­ste­rii, zo­stał prze­su­nię­ty z po­ran­ka na wcze­sne po­po­łu­dnie. Naj­chęt­niej cał­kiem bym z nie­go zre­zy­gno­wa­ła, ale ma­te­riał miał być go­to­wy pod ko­niec na­stęp­ne­go ty­go­dnia, więc czu­łam, że mam nóż na gar­dle. Wy­ru­szy­łam w dro­gę do­pie­ro o trze­ciej trzy­dzie­ści, co nie­omal gwa­ran­to­wa­ło, że na sku­tek go­dzin szczy­tu utknę w ja­kimś kor­ku po­mię­dzy Man­hat­ta­nem i Mas­sa­chu­setts – i tak się też sta­ło. Do­dat­ko­wo za­ła­twił mnie do­ga­sa­ją­cy po­żar sa­mo­cho­du przy zmie­rza­ją­cym na po­łu­dnie pa­sie New York Sta­te Thru­way, przez co lu­dzie po mo­jej stro­nie dro­gi zwal­nia­li prak­tycz­nie do zera, żeby móc się le­piej przyj­rzeć. Moż­na by po­my­śleć, że przed­nia po­ło­wa Ti­ta­ni­ca zo­sta­ła wy­do­by­ta z dna i zło­żo­na przy dro­dze.

Gdy­bym do­tar­ła zgod­nie z pla­nem, za­pew­ne po­wi­ta­ła­by mnie wła­ści­ciel­ka za­jaz­du, Da­niel­le (alias Dan­ny) Hub­ner. To wła­śnie ona fun­do­wa­ła mi ten week­end. Była przy­ja­ciół­ką mo­jej mat­ki z cza­sów col­le­ge’u i od chwi­li otwar­cia swo­je­go za­jaz­du, ja­kieś trzy lub czte­ry lata temu, wciąż za­pra­sza­ła, bym ją od­wie­dzi­ła. Ale ja za­wsze by­łam na­zbyt za­ab­sor­bo­wa­na pra­cą. A może za bar­dzo po­chła­nia­ły mnie ko­lej­ne sta­dia żalu po gwał­tow­nym koń­cu mo­je­go mał­żeń­stwa – cier­pie­nie, do­cho­dze­nie do sie­bie i ma­nia­kal­na chci­ca – choć od roz­wo­du mi­nę­ły już dwa lata. Tej je­sie­ni jed­nak zgorzk­nie­nie tak mi do­ku­czy­ło, że w koń­cu przy­ję­łam za­pro­sze­nie.

Wy­obra­zi­łam so­bie, że wspa­nia­le bę­dzie nie tyl­ko dać się roz­piesz­czać na okrą­gło, ale tak­że spę­dzić spo­ry ka­wa­łek cza­su z Dan­ny, któ­ra tak na­praw­dę była tak­że moją przy­ja­ciół­ką i mia­ła dość nie­kon­wen­cjo­nal­ną oso­bo­wość, ożyw­czo na mnie dzia­ła­ła­ją­cą. Mia­łam wra­że­nie, że moja wi­zy­ta oka­że się do­bro­czyn­na tak­że dla niej. Tuż przed swo­im wy­lo­tem do Aten, skąd mia­ła wy­pły­nąć w rejs wy­ciecz­ko­wy po Mo­rzu Śród­ziem­nym, moja mat­ka za­dzwo­ni­ła, aby po­wie­dzieć, że Dan­ny wy­da­je się ostat­nio tro­chę za­ła­ma­na. Nie wie­dzia­ła, co jest tego przy­czy­ną, ale po­dej­rze­wa­ła, że może cho­dzić o kło­po­ty z Geo­r­ge’em, dru­gim mę­żem Dan­ny, któ­re­go jesz­cze nie po­zna­łam – a za któ­rym moja mat­ka chy­ba zbyt nie prze­pa­da­ła.

Po­nie­waż przy­je­cha­łam tak póź­no, nie zo­ba­czy­łam Dan­ny. We­dług re­cep­cjo­nist­ki, wła­ści­ciel­ka po­je­cha­ła do mia­sta w spra­wach służ­bo­wych, któ­rych nie mo­gła dłu­żej od­kła­dać, ale zo­sta­wi­ła wia­do­mość, że zo­ba­czy się ze mną póź­niej. Ktoś z per­so­ne­lu po­ka­zał mi, gdzie co jest, a na­stęp­nie za­pro­wa­dził do po­ko­ju.

Za­jazd, roz­le­gły bu­dy­nek z sza­lun­kiem z de­sek, wznie­sio­ny za­pew­ne na po­cząt­ku XIX wie­ku, był na­praw­dę ka­pi­tal­ny, wy­glą­dał jesz­cze le­piej niż na zdję­ciach, któ­re wi­dzia­łam. Za­miast ocie­kać mi­lu­sim wiej­skim wdzię­kiem, któ­ry tak czę­sto wi­du­je się w od­re­stau­ro­wa­nych go­spo­dach, pre­zen­to­wał ele­ganc­ki, skrom­ny wy­strój – mnó­stwo od­cie­ni beżu i ko­lo­ru kre­mo­we­go oraz tka­nin w brą­zo­wo-bia­łą kra­tę. No i nie było wi­dać żad­nych ob­ro­to­wych wia­trow­ska­zów ani drew­nia­nych ła­bę­dzi.

My­śla­łam, że z ra­cji spóź­nie­nia stra­ci­łam szan­sę na ja­kie­kol­wiek za­bie­gi tego wie­czo­ru, ale moja prze­wod­nicz­ka wy­ja­śni­ła, że Dan­ny za­re­zer­wo­wa­ła mi ma­saż o ósmej – przed póź­nym obia­dem. Spa, do­stęp­ne tak­że dla miesz­kań­ców oko­li­cy, dzia­ła­ło do dzie­sią­tej.

Mia­łam ja­kieś pięt­na­ście mi­nut na to, żeby ode­tchnąć przed ma­sa­żem. Po­kój oka­zał się w naj­wyż­szym stop­niu cza­ru­ją­cy. Był to wła­ści­wie apar­ta­ment, z czymś w ro­dza­ju nie­wiel­kie­go sa­lo­ni­ku. Tu też moż­na było po­dzi­wiać krat­ki, tym ra­zem czer­wo­no-bia­łe. Do tego tro­chę tka­nin z dzi­wacz­ny­mi na­dru­ka­mi. Wy­pa­ko­wa­łam rze­czy naj­bar­dziej na­ra­żo­ne na po­gnie­ce­nie i po­wie­si­łam je w sza­fie. (Współ­pra­cu­ję z ma­ga­zy­nem „Gloss” i w jed­nym z jego ostat­nich nu­me­rów prze­czy­ta­łam, że aby rze­czy się w po­dró­ży nie mię­ły, na­le­ży za­wi­jać je przed pa­ko­wa­niem w bi­buł­kę, ale już chy­ba prę­dzej za­cznę pra­so­wać swo­je majt­ki, niż mar­no­wać czas na coś ta­kie­go). Po­tem wzię­łam bar­dzo szyb­ki prysz­nic, pusz­cza­jąc mgieł­kę go­rą­cej wody na mię­śnie obo­la­łe po dłu­giej po­dró­ży sa­mo­cho­dem.

Wy­tar­łam się gru­bym ręcz­ni­kiem z egip­skiej ba­weł­ny. Dzię­ki spe­cjal­ne­mu pod­grze­wa­czo­wi był go­rą­cy jak pie­czo­ny ziem­niak. Kie­dy po­le­ro­wa­łam nim swo­je cia­ło, zo­ba­czy­łam na bla­cie w ła­zien­ce mały fa­jan­so­wy sło­iczek. Był po brze­gi wy­peł­nio­ny so­la­mi ką­pie­lo­wy­mi w ko­lo­rze bursz­ty­nu, a ma­leń­ka ety­kiet­ka ob­wiesz­cza­ła, że ta­kie sole moż­na ku­pić w spa. Była to mie­szan­ka za­pa­chów drew­na san­da­ło­we­go i słod­kich po­ma­rań­czy z odro­bi­ną ka­dzi­dła, przy­go­to­wa­na po to, jak in­for­mo­wa­ła da­lej ety­kiet­ka, że­bym mo­gła „po­grą­żyć się w sta­nie peł­ne­go za­chwy­tu i od­zy­skać pier­wot­ną ener­gię”. Boże, wła­śnie tego było mi po­trze­ba. Czy ta kar­tecz­ka su­ge­ro­wa­ła, że mogę uzy­skać jed­no i dru­gie w trak­cie tego sa­me­go week­en­du? Zer­k­nę­łam w lu­stro nad umy­wal­ką. Mam pra­wie metr sie­dem­dzie­siąt, krót­kie blond wło­sy z brą­zo­wa­wym od­cie­niem i nie­bie­skie oczy. Po­dob­no je­stem ład­na, na lek­ko spor­to­wy spo­sób, ale w tym kon­kret­nym mo­men­cie wy­glą­da­łam na znu­żo­ną, a na­wet wy­pa­lo­ną. Mu­sia­ła­bym użyć dia­bel­nie dużo tych soli ką­pie­lo­wych, żeby po­czuć się w peł­ni za­chwy­co­ną i wzmoc­nio­ną.

Ze­szłam na dół, ma­jąc za­le­d­wie kil­ka mi­nut do za­bie­gu. Spa zaj­mo­wa­ło dużą przy­bu­dów­kę do za­jaz­du, przy­le­ga­ją­cą do wschod­nie­go koń­ca bu­dyn­ku. W wy­stro­ju wy­czu­wa­ło się azja­tyc­kie in­spi­ra­cje: be­żo­we ścia­ny, po­sadz­ki z na­tu­ral­ne­go ka­mie­nia, bam­bu­sy w wiel­kich, kre­mo­wych do­ni­cach i ko­ry­ta­rze ob­wie­szo­ne cie­niut­ki­mi, be­żo­wy­mi za­sło­na­mi, wy­dy­ma­ją­cy­mi się na ze­wnątrz przy każ­dym nie­mal ru­chu po­wie­trza. To wnę­trze bar­dzo się róż­ni­ło od za­jaz­du, ale po­nie­waż i tu, i tam za­sto­so­wa­no tak sto­no­wa­ne bar­wy, wszyst­ko do sie­bie pa­so­wa­ło.

Ro­ze­bra­łam się w prze­stron­nej szat­ni, a po­tem cze­ka­łam przez kil­ka mi­nut w tak zwa­nym po­ko­ju wy­po­czyn­ko­wym. W tle roz­brzmie­wa­ła na­tręt­na azja­tyc­ka mu­zy­ka, na ka­mie­niach nie­wiel­kiej fon­tan­ny bul­go­ta­ła woda, a z dwóch mi­go­czą­cych świec roz­cho­dził się za­pach zie­lo­nej her­ba­ty. Pró­bo­wa­łam się od­prę­żyć i de­lek­to­wać tym wszyst­kim, ale było mi tro­chę głu­pio. Czu­łam się, jak­bym na­gle za­błą­dzi­ła na sce­nę fil­mu Przy­cza­jo­ny ty­grys, ukry­ty smok.

Na szczę­ście po paru za­le­d­wie mi­nu­tach za­pro­wa­dzo­no mnie do po­ko­ju za­bie­go­we­go. Z utę­sk­nie­niem cze­ka­łam na roz­po­czę­cie ma­sa­żu, li­cząc, że zdo­ła on roz­luź­nić te moje obo­la­łe mię­śnie. Mar­twi­łam się tyl­ko tym, że od mo­je­go ostat­nie­go fi­zycz­ne­go kon­tak­tu z przed­sta­wi­cie­lem mo­je­go ga­tun­ku upły­nę­ło tak wie­le cza­su, że przy pierw­szym do­tknię­ciu mogę za­cząć kwi­lić jak bied­ne, zbi­te szcze­nię. Nie­ste­ty, w ska­li od jed­ne­go do dzie­się­ciu ma­saż za­słu­gi­wał na nie wię­cej niż sie­dem. Moja „te­ra­peut­ka”, ru­do­wło­sa ko­bie­ta po trzy­dzie­st­ce, była dość wy­kwa­li­fi­ko­wa­na i mia­ła mnó­stwo siły w rę­kach, ale wy­da­wa­ła się ja­kaś nie­obec­na i ni z tego, ni z owe­go prze­ry­wa­ła pra­cę. Pau­zy były na tyle dłu­gie, że za­czę­łam się za­sta­na­wiać, czy na moim tył­ku nie po­ja­wi­ło się coś dziw­ne­go, na co ma­sa­żyst­ka gapi się z prze­ra­że­niem – na przy­kład ogrom­nia­sty czy­rak. Po­czu­łam nie­omal ulgę, kie­dy w koń­cu wró­ci­łam do swo­je­go apar­ta­men­tu i mo­głam za­cząć się by­czyć.

Za­mó­wi­łam do po­ko­ju dwu­pię­tro­wą ka­nap­kę z to­sta i kie­li­szek mer­lo­ta, po czym roz­pa­ko­wa­łam więk­szość po­zo­sta­łych rze­czy z mo­jej tor­by, wty­ka­jąc bie­li­znę i bluz­ki do szu­fla­dy. W daw­nych cza­sach, kie­dy za­czy­na­łam po­dró­żo­wać, za­sta­na­wia­łam się, kto wła­ści­wie uży­wa tych ho­te­lo­wych szu­flad, ale ostat­nio, jako doj­rza­ła trzy­dzie­sto­trzy­let­nia ko­bie­ta, od­kry­łam, że wolę nie prze­wra­cać do góry no­ga­mi tor­by, ile­kroć się ubie­ram.

Mój po­si­łek do­tarł po dwu­dzie­stu mi­nu­tach. By­łam wy­głod­nia­ła, po­chło­nę­łam go więc w mgnie­niu oka. Po­tem, uchy­liw­szy odro­bi­nę okno, ro­ze­bra­łam się i pod­nio­słam róg gru­bej bia­łej koł­dry przy­kry­wa­ją­cej łóż­ko. Nie mo­głam się do­cze­kać lek­tu­ry w po­ście­li z ma­te­ria­łu tak de­li­kat­ne­go, że mu­siał chy­ba mieć wię­cej niż trzy­sta ni­tek na cal.

Kie­dy jed­nak już le­ża­łam po­śród tych je­dwa­bi­stych płó­cien, po­czu­łam, że mój umysł ma ocho­tę po­wę­dro­wać tam, gdzie nie po­wi­nien. In­ny­mi sło­wy, ku­si­ło go ogrom­nie, żeby wdać się w prze­tra­wia­nie mo­ich ostat­nich pro­ble­mów ser­co­wych. Gość na­zy­wał się Jack Her­li­hy i był trzy­dzie­sto­pię­cio­let­nim pro­fe­so­rem psy­cho­lo­gii z Wa­szyng­to­nu. Po­zna­łam go w maju, kie­dy przy­je­chał do No­we­go Jor­ku na let­nie wy­kła­dy. W tym okre­sie Jack przy­wo­dził na myśl po­wiew świe­że­go po­wie­trza, w po­rów­na­niu z więk­szo­ścią fa­ce­tów, z któ­ry­mi się spo­ty­ka­łam. Zna­ko­mi­cie wy­glą­dał, był miły, a przy tym wca­le nie ro­bił wra­że­nia pa­lan­ta, po­tra­fił w za­dzi­wia­ją­cy spo­sób słu­chać (no cóż, w koń­cu był psy­cho­te­ra­peu­tą), a po­nad­to nie wy­czu­wa­ło się w nim osten­ta­cji, jak w nie­któ­rych no­wo­jor­czy­kach z ob­fi­cie wy­po­ma­do­wa­ny­mi wło­sa­mi. Wy­glą­dał na uczci­we­go go­ścia, nie ko­goś ta­kie­go, kto obie­cu­je, że za­dzwo­ni na­za­jutrz, a po­tem nie dzwo­ni ca­ły­mi ty­go­dnia­mi, jak gdy­by mie­rzył czas w ja­kichś in­nych jed­nost­kach. Jack nie lu­bił gie­rek – w każ­dym ra­zie tak są­dzi­łam, do­pó­ki nie za­czął ich upra­wiać.

Ogól­nie bio­rąc, więk­szość mo­ich roz­wa­żań na te­mat Jac­ka po­le­ga­ła na pró­bach od­gad­nię­cia, co wła­ści­wie schrza­ni­łam. Przy­zna­ję, nasz ro­mans roz­wi­jał się po­wo­li, ale jemu to tem­po zda­wa­ło się od­po­wia­dać, a mnie od­po­wia­da­ło z całą pew­no­ścią. By­łam dość stra­chli­wa, od­kąd mój były mąż – ad­wo­kat z za­wo­du i ha­zar­dzi­sta z za­mi­ło­wa­nia – zszedł ze sce­ny. Z Jac­kiem (któ­ry miał na­dzie­ję, że w koń­cu prze­pro­wa­dzi się do No­we­go Jor­ku) spę­dzi­łam kil­ka we­so­łych wie­czo­rów w Vil­la­ge, je­den cu­dow­ny dzień na pla­ży na wy­spie Fire oraz je­den wie­czór w jego miesz­ka­niu. By­li­śmy wte­dy pół­na­dzy i na­sze dło­nie błą­dzi­ły nie­pew­nie tu i tam, ale po­ło­ży­łam temu kres, mó­wiąc, że z pój­ściem na ca­łość wo­la­ła­bym po­cze­kać nie­co dłu­żej.

Po­tem, na po­cząt­ku lip­ca, Jack po­wie­dział, że jego młod­sza sio­stra za­cho­ro­wa­ła na za­pa­le­nie opon mó­zgo­wych i że w każ­dy week­end bę­dzie jeź­dził do domu, do Pit­ts­bur­gha, wspie­rać ro­dzi­nę. Po­nie­waż jego ży­cie mia­ło wy­paść z to­rów nor­mal­no­ści, chciał za­wie­sić na­sze kon­tak­ty na kil­ka ty­go­dni, do cza­su gdy wraz z bli­ski­mi przej­dzie przez naj­gor­sze. Obie­ca­łam, że będę cze­kać, aż jego spra­wy wró­cą do nor­my.

Utrzy­my­wa­li­śmy kon­takt te­le­fo­nicz­ny przez cały li­piec i pierw­szy ty­dzień sierp­nia, a po­tem, na­gle, Jack prze­stał dzwo­nić. Mó­wi­łam so­bie, że mu­szę być cier­pli­wa, że to dla nie­go sy­tu­acja kry­zy­so­wa, lecz gdy mi­nę­ło jesz­cze kil­ka ty­go­dni, a on wciąż się nie od­zy­wał, za­czę­łam pa­ni­ko­wać. Po­nie­waż nie mia­łam po­wo­du są­dzić, by zo­stał ob­ję­ty Fe­de­ral­nym Pro­gra­mem Ochro­ny Świad­ków, na­su­nął mi się wnio­sek, że do­sta­łam kopa w ty­łek.

A po­tem zda­rzy­ło się coś naj­gor­sze­go. Tuż przed świę­tem pra­cy, na po­cząt­ku wrze­śnia, kie­dy krą­ży­łam po Vil­la­ge w po­szu­ki­wa­niu ja­kichś bu­tów na je­sień, zo­ba­czy­łam go w od­da­li z dwie­ma mi­lut­ki­mi dziew­czy­na­mi, wy­glą­da­ją­cy­mi na stu­dent­ki. Był roz­ga­da­ny, ko­kie­te­ryj­ny. Praw­dzi­wy Pan Mam-W-No­sie-Cały-Pie­przo­ny-Świat. Kie­dy na no­gach z waty da­łam nura do ja­kie­goś skle­pu, żeby mnie nie za­uwa­żył, sta­ło się wresz­cie ja­sne, że to k-o-n-i-e-c.

Je­dy­ne py­ta­nie, któ­re nie prze­sta­wa­ło mnie drę­czyć, brzmia­ło dla­cze­go? Czy od po­cząt­ku nie był mną aż tak za­in­te­re­so­wa­ny, a cho­ro­ba sio­stry sta­no­wi­ła je­dy­nie wy­mów­kę, żeby się ode mnie od­da­lić? Czy po­znał ko­goś in­ne­go pod­czas na­szej roz­łą­ki? Czy fakt, że po­pro­si­łam o odło­że­nie sek­su­al­nej czę­ści na­sze­go związ­ku, z wol­na go znie­chę­cił, cho­ciaż wy­da­wa­ło się, że nie ma nic prze­ciw­ko temu?

I wła­śnie w chwi­li, gdy po raz mi­lio­no­wy za­czy­na­łam prze­mie­rzać ten mę­czą­cy ob­szar mo­je­go umy­słu, za­dzwo­nił te­le­fon.

– Ba­iley, tu Dan­ny. Chy­ba cię nie obu­dzi­łam?

Sły­sząc ten głos, od razu przy­wo­ła­łam jej ob­raz przed oczy­ma wy­obraź­ni. Mia­ła sześć­dzie­siąt lat z ma­łym ogon­kiem, była ład­na, albo ra­czej po­wie­dzia­ła­bym, atrak­cyj­na, ze swo­imi si­wie­ją­cy­mi, lek­ko fa­lu­ją­cy­mi wło­sa­mi blond. A przy tym drob­na – za­le­d­wie ja­kieś metr pięć­dzie­siąt – i szczu­plut­ka jak za­pał­ka.

– Nie, nie – od­par­łam. – Leżę so­bie po pro­stu w łóż­ku z książ­ką. Dan­ny, twój za­jazd jest ab­so­lut­nie cu­dow­ny. Od­wa­li­łaś tu ka­wał za­dzi­wia­ją­cej ro­bo­ty.

– Bar­dzo ci dzię­ku­ję, skar­bie. Jak się udał wie­czór?

No cóż, przez ostat­nie dwa­dzie­ścia mi­nut kle­pa­łam się po świe­żo za­bliź­nio­nym uczu­cio­wym si­nia­ku, spraw­dza­jąc, czy nie za­cznę kwi­czeć z bólu – ale po­sta­no­wi­łam oszczę­dzić jej tego pa­skud­ne­go szcze­gó­łu.

– Było nie­sa­mo­wi­cie. Zro­bio­no mi roz­kosz­ny ma­saż, a po­tem zja­dłam lek­ki po­si­łek w swo­im po­ko­ju, albo ra­czej w apar­ta­men­cie god­nym księż­nicz­ki.

– Przy­po­mi­nasz so­bie, kto cię ma­so­wał?

– Ko­bie­ta. Ru­do­wło­sa. Jej imię chy­ba za­czy­na­ło się na P.

– Pi­per. Ma cu­dow­ne ręce, nie są­dzisz?

– Tak, zde­cy­do­wa­nie. – Nie mia­łam za­mia­ru pa­ko­wać Pi­per w ja­kie­kol­wiek kło­po­ty, do­no­sząc, że dziś wie­czo­rem nie wkła­da­ła w pra­cę ca­łe­go ser­ca.

– Przy oka­zji, umó­wi­łam cię na spo­tka­nie z Jo­shem, kie­row­ni­kiem spa, ju­tro na czwar­tą. O ile nadal nie masz nic prze­ciw­ko temu.

Każ­de­go roku pi­szę kil­ka ar­ty­ku­łów po­dróż­ni­czych – to dar­mo­wy spo­sób zwie­dza­nia świa­ta, a przy tym miła od­skocz­nia od mę­czą­cej pi­sa­ni­ny o zbrod­niach. Dan­ny li­czy­ła na to, że kie­dy już za­do­mo­wię się w za­jeź­dzie, to mo­gła­bym pod­rzu­cić jej kil­ka po­my­słów, jak naj­le­piej przed­sta­wić fir­mę wy­daw­com i au­to­rom prze­wod­ni­ków.

– Oczy­wi­ście, że nie – od­po­wie­dzia­łam. – Ale kie­dy zo­ba­czę się z tobą?

– Co po­wiesz na wspól­ne śnia­da­nie ju­tro rano? – od­po­wie­dzia­ła py­ta­niem Dan­ny. – Może być dzie­wią­ta?

– Pew­nie tak, cho­ciaż mogę być jesz­cze odrę­twia­ła po ma­sa­żu.

Za­śmia­ła się nie­fra­so­bli­wie, jak ktoś po­brzę­ku­ją­cy klu­cza­mi.

– Wiesz, co za­wsze po­wta­rzam: za dużo do­bre­go to coś cu­dow­ne­go. Po­cze­kaj tyl­ko na inne za­bie­gi, któ­re dla cie­bie za­pla­no­wa­łam. Ro­bio­no ci już kie­dyś ma­saż go­rą­cy­mi ka­mie­nia­mi?

– Nie, ale je­stem go­to­wa na wszyst­ko, z wy­jąt­kiem płu­ka­nia okręż­ni­cy.

– Och, Ba­iley, za­wsze po­tra­fisz mnie roz­ba­wić – wy­zna­ła z uśmie­chem w gło­sie. – Wiesz, po­ło­żę się już spać, bo nie wiem dla­cze­go, ale gło­wa mi pęka. Przy oka­zji, no­cu­ję dziś tu­taj, w za­jeź­dzie, na wy­pa­dek gdy­byś mnie po­trze­bo­wa­ła.

– Ro­bisz to po to, żeby pa­trzyć na spra­wy z per­spek­ty­wy go­ści?

– Czę­ścio­wo. Lecz poza tym Geo­r­ge wy­je­chał, a ja nie cier­pię być sama. Miesz­ka­my nie­da­le­ko, ale na­sza po­se­sja jest taka od­lud­na. No, to spo­tka­my się w holu, do­brze?

– Do zo­ba­cze­nia. Nie mogę się do­cze­kać.

Mó­wi­łam szcze­rze. Czu­łam ogrom­ną wdzięcz­ność wo­bec Dan­ny. Była dla mnie taka do­bra, kie­dy zmarł mój oj­ciec. Mia­łam wte­dy dwa­na­ście lat, a ona za­bie­ra­ła mnie na naj­prze­róż­niej­sze wy­ciecz­ki i im­pre­zy. W tym cza­sie moja mat­ka sama prze­ży­wa­ła trud­ne chwi­le i nie mo­gła zła­go­dzić mego bólu. Dan­ny mu­sia­ła bar­dzo wcze­śnie wy­czuć moją fa­scy­na­cję ma­ka­brą, bo jed­na z na­szych wy­cie­czek za­pro­wa­dzi­ła nas do Sa­lem, gdzie mia­ły­śmy do­wie­dzieć się cze­goś wię­cej o pro­ce­sach cza­row­nic. Mat­ka była dość prze­ję­ta, kie­dy do­wie­dzia­ła się, gdzie wy­lą­do­wa­ły­śmy tego dnia, ale dla mnie to był ist­ny raj.

W koń­cu moja ro­dzi­na utra­ci­ła kon­takt z Dan­ny, któ­ra prze­pro­wa­dzi­ła się na za­chód, gdzie prze­ży­ła nie­uda­ne mał­żeń­stwo. Jed­nak po po­wro­cie do Mas­sa­chu­setts (z no­wym mę­żem), w celu otwo­rze­nia za­jaz­du, Dan­ny od­no­wi­ła przy­jaźń z mat­ką. A choć do­pie­ro te­raz od­wie­dza­łam za­jazd, kil­ka­krot­nie roz­ma­wia­łam z Dan­ny przez te­le­fon i raz zja­dłam z nią lunch, kie­dy przy­je­cha­ła do No­we­go Jor­ku w spra­wach za­wo­do­wych.

Te­le­fon Dan­ny zdo­łał ode­rwać moje my­śli od Jac­ka i zno­wu się­gnę­łam po książ­kę, któ­rą wzię­łam ze sobą do łóż­ka. Spo­śród wszyst­kich dru­ko­wa­nych rze­czy było to aku­rat dzieł­ko na te­mat wy­stro­ju wnętrz. Od­czu­wa­łam ostat­nio roz­pacz­li­wą po­trze­bę zmian w moim miesz­ka­niu w Gre­en­wich Vil­la­ge. Po roz­wo­dzie wy­rzu­ci­łam wszyst­kie no­wo­cze­sne przed­mio­ty, ku­pio­ne z ini­cja­ty­wy mo­je­go by­łe­go, i wpro­wa­dzi­łam at­mos­fe­rę sty­lu San­ta Fe – za po­mo­cą ścian ko­lo­ru cy­na­mo­no­we­go oraz kil­ku ta­nich ko­szy. Na­gle jed­nak za­czę­ło mnie to nu­dzić i tyl­ko po­głę­bia­ło uczu­cie wy­pa­le­nia. W ze­szłym ty­go­dniu, w re­dak­cji „Gloss”, po­pro­si­łam re­dak­to­ra dzia­łu wnętrz o ja­kieś wska­zów­ki. Opi­sa­łam mu swo­je miesz­ka­nie, po czym zo­ba­czy­łam, jak wzdry­ga się z prze­ra­że­niem. Moż­na by po­my­śleć, że wła­śnie opo­wia­dam o ko­sma­tym dy­wa­nie, zaj­mu­ją­cym u mnie całą ścia­nę.

– San­ta Fe na wschód od Mis­si­si­pi to kom­plet­na bzdu­ra – stwier­dził. – Tu­tej­sze świa­tło zu­peł­nie do tego nie pa­su­je. A poza tym, kto ma ocho­tę oglą­dać ko­lej­ne­go tur­ku­so­we­go ko­jo­ta z apasz­ką na szyi.

Za­su­ge­ro­wał mi, że­bym po­szła w „mi­ni­ma­lizm”, się­gnął po ja­kąś książ­kę ze swo­jej pół­ki i dał mi ją za­miast rady.

Po przej­rze­niu czte­rech czy pię­ciu roz­dzia­łów, któ­re oma­wia­ły wszyst­ko, od war­to­ści bia­łej prze­strze­ni po fa­tal­ny wpływ bi­be­lo­tów na wnę­trza, od­ru­cho­wo zer­k­nę­łam na nad­gar­stek, żeby spraw­dzić, któ­ra jest go­dzi­na. Ale ze­gar­ka tam nie było.

Po­czu­łam le­ciut­ki przy­pływ pa­ni­ki. Był to ze­ga­rek mo­je­go ojca, sta­ry ro­lex z nie­rdzew­nej sta­li. Za­czę­łam go no­sić krót­ko po jego śmier­ci. Go­rącz­ko­wo pró­bo­wa­łam so­bie przy­po­mnieć, gdzie mógł zo­stać. Mia­łam go na ręce pod­czas jaz­dy do Mas­sa­chu­setts, bo pa­mię­ta­łam, że na nie­go zer­ka­łam. Po­nie­waż był wo­dosz­czel­ny, nig­dy go nie zdej­mo­wa­łam, bio­rąc prysz­nic. Ma­saż. Nie zo­sta­wi­łam go chy­ba w szaf­ce, już ra­czej wzię­łam z sobą do po­ko­ju za­bie­go­we­go i po­ło­ży­łam na sto­li­ku w rogu. Wie­dzia­łam, że nie za­snę, póki go nie od­zy­skam.

Wy­bra­łam nu­mer spa, wy­pi­sa­ny na pa­ne­lu te­le­fo­nu. Li­cząc dzwon­ki, wy­chy­li­łam się z łóż­ka i zer­k­nę­łam na cy­fro­wy ze­gar sto­ją­cy na noc­nym sto­li­ku. Była 22.25. Nic dziw­ne­go, że nikt nie od­bie­rał.

Plan B. Mu­sia­łam tam pójść. Może nadal jest tam ktoś, kto sprzą­ta i nie za­wra­ca so­bie gło­wy od­bie­ra­niem te­le­fo­nu.

Od­rzu­ci­łam koł­drę i za­ło­ży­łam te same rze­czy, któ­re mia­łam na so­bie wcze­śniej. Mój po­kój znaj­do­wał się na pierw­szym pię­trze za­jaz­du, nie­da­le­ko od tyl­nych scho­dów, koń­czą­cych się w po­bli­żu bocz­ne­go wej­ścia do spa. Kie­dy szłam śpiesz­nie ko­ry­ta­rzem, ude­rzy­ła mnie gro­bo­wa ci­sza wo­kół – żad­nych stłu­mio­nych roz­mów, żad­ne­go brzę­cze­nia te­le­wi­zo­rów i zde­cy­do­wa­nie żad­ne­go stu­ka­nia za­głów­ków o ścia­ny. Tu­tej­si go­ście naj­wy­raź­niej pre­fe­ro­wa­li inne roz­ryw­ki.

Drzwi do spa były oszklo­ne, mo­głam więc zo­ba­czyć małą re­cep­cję, prze­zna­czo­ną wy­łącz­nie dla go­ści za­jaz­du. W po­miesz­cze­niu było ciem­no, je­śli nie li­czyć pod­świe­tle­nia ga­blo­ty z pro­duk­ta­mi do od­no­wy bio­lo­gicz­nej. Za­pu­ka­łam w drzwi, a po­tem spró­bo­wa­łam je otwo­rzyć. Da­rem­nie. Gdy się jed­nak od­wra­ca­łam, wy­da­ło mi się, że z głę­bi spa do­biegł ja­kiś dźwięk, głu­chy od­głos, któ­re­go nie po­tra­fi­łam roz­po­znać.

Wy­glą­da­ło na to, że ktoś nadal może tam być, ale mu­sia­ła­bym spró­bo­wać do­trzeć do głów­nej re­cep­cji, któ­ra była do­stęp­na tyl­ko z ze­wnątrz. Idąc ko­ry­ta­rzem par­te­ru, zna­la­złam wyj­ście ewa­ku­acyj­ne i wy­szłam nim z bu­dyn­ku. Sta­nę­łam na skra­ju par­kin­gu, ciem­ne­go, z wy­jąt­kiem kil­ku la­tar­ni na obrze­żach i wiel­kiej pla­my księ­ży­co­wej po­świa­ty. Ru­szy­łam wo­kół za­jaz­du w stro­nę głów­ne­go wej­ścia do spa.

Noc była za­ska­ku­ją­co zim­na jak na po­czą­tek paź­dzier­ni­ka. Wcze­śniej cie­plut­ko, po­nad dwa­dzie­ścia stop­ni, ale te­raz tem­pe­ra­tu­ra spa­dła co naj­mniej o dzie­sięć. Moc­ny, zmien­ny wiatr po­trzą­sał ga­łę­zia­mi drzew. Była to jed­na z tych nocy, któ­re do­wo­dzą, że je­śli li­czy­łaś, iż let­nia po­go­da bę­dzie trwać wiecz­nie, toś głup­ta­ska.

Jesz­cze za­nim do­tar­łam do drzwi spa, zo­ba­czy­łam, że tra­cę czas. Po obu stro­nach wej­ścia były tam wą­skie okna. Ciem­ne. Na tym koń­cu par­kin­gu nie wi­dać było żad­nych sa­mo­cho­dów i ani ży­we­go du­cha. Pa­no­wa­ła też zu­peł­na ci­sza, je­śli nie li­czyć wia­tru i sła­be­go od­gło­su aut pę­dzą­cych po da­le­kiej au­to­stra­dzie. Uświa­do­mi­łam so­bie, że sto­ję w tych ciem­no­ściach cał­kiem sama, i na­gle za­czę­łam się de­ner­wo­wać.

Ru­szy­łam szyb­kim truch­tem, po­ko­nu­jąc od­le­głość dzie­lą­cą par­king od wej­ścia do za­jaz­du. Po tej stro­nie sta­ło ze dwa­dzie­ścia wo­zów, naj­wy­raź­niej na­le­żą­cych do go­ści. Drzwi fron­to­we były otwar­te. We­szłam do re­cep­cji, gdzie za kon­tu­arem sie­dzia­ła mło­da dziew­czy­na, ga­piąc się w mo­ni­tor. Po­dob­nie jak moja ma­sa­żyst­ka, mia­ła pło­mien­nie rude wło­sy, za­pię­te z boku małą nie­bie­ską spin­ką. Nie da­jąc jej cza­su na stan­dar­do­we, w czym mi może po­móc, wy­ja­śni­łam sy­tu­ację i spy­ta­łam, czy mo­gła­by otwo­rzyć spa.

– Przy­kro mi, nie mogę tam ni­ko­go wpusz­czać – po­wie­dzia­ła. – Ale oni otwie­ra­ją o siód­mej. Mogę im wsu­nąć pod drzwi kar­tecz­kę z proś­bą, żeby po­szu­ka­li pani ze­gar­ka, gdy tyl­ko wej­dą. Kto pa­nią ob­słu­gi­wał?

– Pi­per.

– Je­stem prze­ko­na­na, że zo­ba­czy­ła ze­ga­rek i gdzieś go odło­ży­ła. Nie ma po­trze­by się mar­twić.

– Za­pew­ne ma pani ra­cję – przy­zna­łam – ale nic na to nie po­ra­dzę. Ten ze­ga­rek ma dla mnie ogrom­ną war­tość sen­ty­men­tal­ną. Kto może mnie tam wpu­ścić?

– No cóż, Da­niel­le by mo­gła, ale…

– Nie chcę jej bu­dzić. Czy jest ktoś inny?

Po­my­śla­ła przez chwi­lę, wzno­sząc nie­bie­skie oczy do su­fi­tu.

– Kie­row­nik ma dzi­siaj wol­ne. Ale chy­ba mo­gła­bym za­dzwo­nić do Pi­per, jest za­stęp­czy­nią kie­row­ni­ka i ma klu­cze.

– No, ale mu­sia­ła­by je­chać tu z po­wro­tem.

– Ależ nie. Ona tu­taj miesz­ka. Na ty­łach jest bu­dy­nek, w któ­rym część per­so­ne­lu ma kwa­te­ry. Nie są­dzę, by mia­ła coś prze­ciw­ko temu, żeby tu przyjść.

Na­ta­lie – ta­kie imię wid­nia­ło na jej pla­kiet­ce – zaj­rza­ła do wy­ka­zu te­le­fo­nów na biur­ku i wy­bra­ła nu­mer. Naj­wy­raź­niej po pię­ciu lub sze­ściu dzwon­kach zgło­si­ła się au­to­ma­tycz­na se­kre­tar­ka, bo Na­ta­lie po­wie­dzia­ła, o co cho­dzi, i po­pro­si­ła Pi­per o te­le­fon.

– Pew­nie po­je­cha­ła do mia­sta na ko­la­cję – po­wie­dzia­ła, od­kła­da­jąc słu­chaw­kę. – Nie są­dzę, żeby dłu­go tam za­ba­wi­ła. Jest jesz­cze dru­ga za­stęp­czy­ni, Anna…

Za­wie­si­ła głos, nie py­ta­jąc, czy ży­czę so­bie, żeby od­na­la­zła tę pa­nią. Li­czy­ła oczy­wi­ście na to, że nie będę dłu­żej na­ci­skać.

– Mogę po­cze­kać na po­wrót Pi­per – oznaj­mi­łam.

Po­wró­ciw­szy do po­ko­ju, na prze­mian czy­ta­łam książ­kę i za­mar­twia­łam się. Wła­śnie zer­k­nę­łam po raz chy­ba czte­rech­set­ny na cy­fro­wy ze­gar – po­ka­zy­wał 11.13 – kie­dy za­dzwo­nił te­le­fon. To była Pi­per.

– Pani Weg­gins? Na­ta­lie po­wie­dzia­ła, że zo­sta­wi­ła pani ze­ga­rek w po­ko­ju za­bie­go­wym.

– Tak. Je­stem pra­wie pew­na, że po­ło­ży­łam go na sto­li­ku w rogu. Nie wi­dzia­ła go pani?

– Nie, ale też nie przy­po­mi­nam so­bie, że­bym tam pa­trzy­ła. – Za­wa­ha­ła się przez mo­ment. – Może po­bie­gnę tam i spraw­dzę. Je­stem na ty­łach za­jaz­du.

W jej to­nie było coś – peł­na re­zy­gna­cji uprzej­mość – co po­wie­dzia­ło mi, że nie robi tego z wro­dzo­nej życz­li­wo­ści, tyl­ko dla­te­go, że per­so­nel za­jaz­du miał przy­ka­za­ne wy­ła­zić ze skó­ry dla go­ści.

– Boże, bar­dzo bym nie chcia­ła ro­bić pani kło­po­tu, ale gdy­by coś się sta­ło z tym ze­gar­kiem, to chy­ba bym umar­ła. Czy mo­że­my spo­tkać się na dole?

– Chęt­nie pod­rzu­cę go pani do po­ko­ju… ale może bę­dzie naj­le­piej, je­śli sama pani po­ka­że, gdzie go do­kład­nie po­ło­ży­ła.

Po­wie­dzia­ła, że spo­tka­my się przy wej­ściu do spa od stro­ny za­jaz­du. Nie zdą­ży­łam się ro­ze­brać, więc do­tar­cie tam za­ję­ło mi nie­ca­łe dwie mi­nu­ty. Przez pięć na­stęp­nych mu­sia­łam cze­kać, aż Pi­per na­dej­dzie ko­ry­ta­rzem od stro­ny głów­ne­go wej­ścia do za­jaz­du. Za­baw­nie było wi­dzieć, jak bar­dzo się zmie­ni­ła po zdję­ciu „uni­for­mu”. Za­miast be­żo­wej ko­szul­ki i wor­ko­wa­tych, be­żo­wych spodni mia­ła na so­bie dżin­sy i zie­lo­ną dżer­se­jo­wą blu­zę z dłu­gi­mi rę­ka­wa­mi oraz głę­bo­kim de­kol­tem ozdo­bio­nym ża­bo­tem. Jej się­ga­ją­ce ra­mion wło­sy, wcze­śniej zwią­za­ne z tyłu, były te­raz roz­pusz­czo­ne i oka­la­ły twarz ni­czym pło­mie­nie.

Przy­wi­ta­ła mnie dość uprzej­mie, ale był to znów ten sam ro­dzaj uprzej­mo­ści, jaki oka­za­ła przez te­le­fon. Mia­ła już w ręku klu­cze. Otwo­rzy­ła drzwi i unio­sła lek­ko klam­kę przy po­pchnię­ciu. Było wi­dać, że zna spe­cy­fi­kę tego za­mknię­cia.

Za­pa­li­ła świa­tło w re­cep­cji, po czym ru­szy­ły­śmy ra­zem ko­ry­ta­rza­mi. W po­wie­trzu nadal uno­sił się za­pach zie­lo­nej her­ba­ty, wraz z czymś jesz­cze. Chy­ba ja­śmi­nem. Poza od­gło­sem na­szych kro­ków nic nie było sły­chać. Czu­łam się dość dziw­nie, prze­by­wa­jąc tu­taj po go­dzi­nach.

Nie po­tra­fi­ła­bym so­bie przy­po­mnieć, w któ­rym po­ko­ju od­by­wał się za­bieg, ale ona zda­wa­ła się nie mieć wąt­pli­wo­ści. Kie­dy do­tar­ły­śmy do jed­ne­go z przejść, Pi­per na­gle za­mar­ła, jak ga­ze­la, któ­ra zwę­szy­ła coś, co może być dra­pież­ni­kiem.

– Co jest? – za­py­ta­łam.

– Świa­tło się pali – od­par­ła stłu­mio­nym gło­sem, wska­zu­jąc pod­bród­kiem hol przed nami. Spoj­rza­łam w tym kie­run­ku i zo­ba­czy­łam smu­gę świa­tła wy­do­by­wa­ją­cą się spod drzwi.

– Czy ktoś tam jest? – spy­ta­łam, rów­nie ci­cho jak ona.

– Nie. Mogę przy­siąc, że zga­si­łam świa­tło i zo­sta­wi­łam drzwi otwar­te. Niech pani po­szu­ka ze­gar­ka, a ja to spraw­dzę.

Za­pa­li­ła mi świa­tło i ru­szy­ła ko­ry­ta­rzem, a ja po­szłam pro­sto w stro­nę sto­li­ka. Po­dzię­ko­wa­łam bez­gło­śnie bo­gom, zo­ba­czyw­szy, że ro­lex leży tam, gdzie go zo­sta­wi­łam. Kie­dy za­pi­na­łam go na nad­garst­ku, usły­sza­łam krzyk.

Z ło­mo­czą­cym ser­cem wy­pa­dłam na ko­ry­tarz. Pi­per sta­ła w drzwiach na jego koń­cu, jak spa­ra­li­żo­wa­na. Po­ło­wą cia­ła była w tym po­ko­ju, a po­ło­wą na ze­wnątrz.

– Co się sta­ło? – wrza­snę­łam.

Od­wró­ci­ła się ku mnie z wy­ra­zem ab­so­lut­ne­go prze­ra­że­nia na twa­rzy, nie­zdol­na wy­krztu­sić ani sło­wa. Po­pę­dzi­łam ko­ry­ta­rzem i prze­ci­ska­jąc się obok niej, wpa­dłam do środ­ka. Był to jesz­cze je­den po­kój za­bie­go­wy, nie­co więk­szy niż ten, w któ­rym Pi­per ma­so­wa­ła mnie. W pierw­szej chwi­li nie wy­glą­da­ło na to, by co­kol­wiek było nie w po­rząd­ku. Ale po­tem opu­ści­łam oczy ku pod­ło­dze.

Na ka­mien­nej po­sadz­ce, w kom­plet­nym bez­ru­chu, le­ża­ły zwło­ki, a w każ­dym ra­zie coś, co we­dług mnie mu­sia­ło być zwło­ka­mi. Każ­dy cal tego cze­goś był owi­nię­ty w ja­kiś srebr­ny pa­pier. Wi­dzia­łam za­ry­sy koń­czyn, tor­su i gło­wy, a na­wet kon­tur nosa wy­sta­ją­ce­go z twa­rzy. To wy­glą­da­ło jak ja­kaś mu­mia. Jak ja­kaś po­twor­na mu­mia z ko­smo­su.

Rozdział 2

Zmar­twia­łam, po­dob­nie jak Pi­per. Czu­łam się tak, jak­bym prze­ży­wa­ła je­den z tych snów, w trak­cie któ­rych są­dzisz, że nie śpisz, i pró­bu­jesz się po­ru­szyć, ale każ­dy cal two­je­go cia­ła, na­wet po­wie­ki, jest spa­ra­li­żo­wa­ny.

– Czy to… klient­ka? – za­py­ta­łam głu­pio, ją­ka­jąc się. Przez uła­mek se­kun­dy na­praw­dę za­sta­na­wia­łam się, czy to moż­li­we, by ktoś zo­stał tak za­pa­ko­wa­ny w ra­mach ja­kie­goś za­bie­gu re­ge­ne­ra­cyj­ne­go i przy­pad­ko­wo zo­sta­wio­ny pod ko­niec dnia. Ale to oczy­wi­ście nie mo­gła być ku­ra­cja. Tak się nie dało od­dy­chać.

– Nie wiem, kto to jest – po­wie­dzia­ła Pi­per schryp­nię­tym gło­sem. – Nie mam po­ję­cia.

Zmu­si­łam się, żeby po­dejść do cia­ła. Po­chy­li­łam się i lek­ko po­ło­ży­łam na nim dłoń. Było cie­pła­we. Jak coś, co wy­ję­to z pie­kar­ni­ka i przy­kry­to alu­mi­nio­wą fo­lią. Po­kle­pa­łam dło­nią więk­szy ob­szar, pró­bu­jąc wy­czuć ruch albo od­dech. Nic nie od­czu­łam. Jed­nak po­nie­waż wy­czu­wa­łam cie­pło, kto­kol­wiek był tam w środ­ku, mógł wciąż żyć.

– Czy jest tu­taj te­le­fon? – wark­nę­łam, od­wra­ca­jąc się do Pi­per.

Była oszo­ło­mio­na, jak­by kop­nął ją w gło­wę koń.

– Nie, tu­taj nie ma – od­par­ła, bez­sen­sow­nie omia­ta­jąc po­kój spoj­rze­niem.

– No do­brze, to bie­gnij do re­cep­cji i za­dzwoń pod 911 – rzu­ci­łam, re­zy­gnu­jąc z ja­kich­kol­wiek grzecz­no­ścio­wych form. Pa­trzy­łam jej przy tym pro­sto w oczy, pró­bu­jąc zmu­sić, żeby się sku­pi­ła. – Mo­żesz to zro­bić?

– Co mam im po­wie­dzieć?

– Żeby przy­sła­li ka­ret­kę. I po­li­cję. Że to spra­wa ży­cia i śmier­ci. Po­tem wróć tu­taj, żeby mi po­móc. I… i przy­nieś no­życz­ki. Po­śpiesz się. Szyb­ko.

Kie­dy wy­szła nie­po­rad­nie z po­ko­ju, przy­klę­kłam obok cia­ła. Są­dząc po jego roz­mia­rach, by­łam pra­wie pew­na, że to ko­bie­ta. Go­rącz­ko­wo prze­su­nę­łam rę­ko­ma po po­wierzch­ni gło­wy, szu­ka­jąc kra­wę­dzi pa­pie­ru. Wie­dzia­łam, że na miej­scu zbrod­ni nie wol­no ni­cze­go do­ty­kać, ale je­że­li ten ktoś jesz­cze żył, mu­sia­łam coś zro­bić. Szyb­ko uświa­do­mi­łam so­bie, że pa­pier zo­stał przy­mo­co­wa­ny sza­rą ta­śmą sa­mo­przy­lep­ną, któ­rej wcze­śniej nie za­uwa­ży­łam w pół­mro­ku. Na­wet przez tę ta­śmę wy­czu­wa­łam za­ry­sy twa­rzy. Kie­dy moja dłoń na­tra­fi­ła na nos i usta, po­czu­łam, że żo­łą­dek prze­wra­ca mi się na lewą stro­nę.

Wzię­łam głę­bo­ki od­dech, zmu­sza­jąc się do za­cho­wa­nia spo­ko­ju, i moje ręce prze­sta­ły drżeć. Po­wo­li i sta­ran­nie, jak gdy­bym od­czy­ty­wa­ła pi­smo Bra­il­le’a, do­ty­ka­łam ta­śmy, szu­ka­jąc jej koń­ca. Zna­la­złam go do­pie­ro wte­dy, gdy unio­słam gło­wę i się­gnę­łam do tyłu. Trzy­ma­jąc gło­wę w gó­rze, za­czę­łam od­kle­jać ta­śmę i zwi­jać ją za­ra­zem. Dźwięk zry­wa­nej ta­śmy przy­po­mi­nał jęk opon, krę­cą­cych się w miej­scu na as­fal­cie. Gdy już usu­nę­łam ca­łość – trzy peł­ne okrą­że­nia – i trzy­ma­łam w ręku po­skle­ja­ny kłąb, mu­sia­łam jesz­cze upo­rać się ze srebr­nym pa­pie­rem. Wy­glą­da­ło na to, że naj­pierw owi­nię­to nim kil­ka­krot­nie gło­wę, a na­stęp­nie za­ję­to się resz­tą cia­ła. Uświa­do­mi­łam so­bie, że od­wi­ja­nie za­bie­rze mi całą wiecz­ność. Może by­ło­by mą­drzej zro­bić dziu­rę w oko­li­cy nosa i ust.

– Prę­dzej, prę­dzej! – za­wo­ła­łam do Pi­per, sły­sząc po­now­nie jej kro­ki w ko­ry­ta­rzu. Kie­dy wpa­dła do po­ko­ju, po­czu­łam przy­pływ ulgi, bo zo­ba­czy­łam, że pa­mię­ta­ła o przy­nie­sie­niu no­ży­czek.

– Kie­dy przy­ja­dą? – za­py­ta­łam z nie­cier­pli­wo­ścią, wy­cią­ga­jąc rękę po no­życz­ki.

– Nie wiem. Chcie­li, że­bym się nie roz­łą­cza­ła, ale nie mo­głam przy­nieść tu ze sobą te­le­fo­nu.

Roz­su­nąw­szy ostrza no­ży­czek, pró­bo­wa­łam wci­snąć jed­no z nich pod brzeg srebr­ne­go pa­pie­ru, ale zro­zu­mia­łam, że w ten spo­sób mogę zra­nić oso­bę po­zo­sta­ją­cą w środ­ku, więc za­czę­łam de­li­kat­nie skro­bać po­wierzch­nię w miej­scu, gdzie po­win­ny być usta. W koń­cu wy­dłu­ba­łam tam otwo­rek, nie­wie­le więk­szy od dziur­ki, któ­rą się robi dłu­go­pi­sem w fo­lii za­kle­ja­ją­cej bu­te­lecz­kę z ta­blet­ka­mi prze­ciw­bó­lo­wy­mi. No, ale to już było coś. Po­tem na prze­mian to wy­ko­ny­wa­łam no­życz­ka­mi małe cię­cia, to od­dzie­ra­łam pa­pier pal­ca­mi. Wresz­cie zo­ba­czy­łam frag­ment ust. Za­czę­łam szyb­ciej prze­bie­rać pal­ca­mi, od­ry­wa­jąc ko­lej­ne ka­wał­ki, aż usta po­ja­wi­ły się nie­omal w ca­ło­ści.

Po­chy­li­łam się i zbli­ży­łam do nich ucho, żeby spraw­dzić, czy jest od­dech. Ni­cze­go nie usły­sza­łam, choć z dru­giej stro­ny moje ser­ce wa­li­ło jak osza­la­łe i trud­no było co­kol­wiek orzec.

Zno­wu rzu­ci­łam się na pa­pier, pró­bu­jąc usu­nąć go z oko­li­cy noz­drzy. Zer­k­nę­łam za sie­bie, na Pi­per. Sta­ła tam z sze­ro­ko otwar­ty­mi usta­mi, pa­trząc na mnie i po­cie­ra­jąc dłoń­mi ra­mio­na.

– Mu­sisz mi po­móc, ro­zu­miesz? – sap­nę­łam. – Cia­ło jest okle­jo­ne ta­śmą. Wi­dzisz? Tu­taj. Schyl się i spró­buj ją od­kle­ić. Je­śli prze­su­niesz po niej pal­ca­mi, od­naj­dziesz ko­niec.

Na twa­rzy Pi­per nadal ma­lo­wa­ło się osłu­pie­nie, jak­by nie sły­sza­ła ani jed­ne­go sło­wa, ale za­nim zdą­ży­łam po­wtó­rzyć po­le­ce­nie, uklę­kła i jęła mu­skać dłoń­mi tors, jak­by spraw­dza­ła ta­lerz, czy nie jest go­rą­cy. Nie mo­głam tra­cić cza­su na po­ka­zy­wa­nie jej, jak ma to ro­bić.

Po­wró­ci­łam do na­ci­na­nia i od­dzie­ra­nia pa­pie­ru. Wkrót­ce uzy­ska­łam wol­ny ka­wa­łek, na tyle duży, że mo­głam go chwy­cić i ciąć resz­tę jak tka­ni­nę. Po chwi­li po­ja­wi­ły się noz­drza, po­tem resz­ta nosa i lewe oko. Było za­mknię­te. Za ple­ca­mi usły­sza­łam jęk Pi­per, ale nie tra­ci­łam cza­su na oglą­da­nie się. Zno­wu zbli­ży­łam ucho do twa­rzy, na­słu­chu­jąc od­de­chu. Nic. Na­bra­łam po­wie­trza i roz­po­czę­łam sztucz­ne od­dy­cha­nie me­to­dą usta-usta. War­gi były chłod­ne jak dżdżow­ni­ce, któ­re wy­szły z zie­mi w desz­czo­wy wie­czór. Mój żo­łą­dek fik­nął ko­zioł­ka, kie­dy uświa­do­mi­łam so­bie, że ona musi być mar­twa. Mimo to nadal pró­bo­wa­łam wtła­czać po­wie­trze w jej usta. Nie było re­ak­cji. Po ja­kichś dwu­dzie­stu od­de­chach pod­da­łam się.

– Nie żyje – po­wie­dzia­łam, zer­ka­jąc na Pi­per. Krę­ci­ło mi się w gło­wie. Ma­sa­żyst­ka przy­cup­nę­ła na pię­tach, z sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi i roz­chy­lo­ny­mi usta­mi.

– O Boże – tyl­ko tyle zdo­ła­ła po­wie­dzieć.

– Wiesz, kto to jest?

– Chy­ba… to chy­ba Anna Cole.

– Pra­cu­je tu­taj? – Przy­po­mnia­łam so­bie, że re­cep­cjo­nist­ka wspo­mnia­ła o kimś, kto miał na imię Anna.

– Tak, jest te­ra­peut­ką.

– Była tu, gdy wy­cho­dzi­łaś wie­czo­rem?

– Tak. Ja wy­szłam po two­im ma­sa­żu, ale Anna i jesz­cze je­den te­ra­peu­ta mie­li za­bie­gi za­pla­no­wa­ne na dzie­wią­tą. Anna mia­ła po­za­my­kać wszyst­ko, kie­dy skoń­czą. Boże, jak ktoś mógł jej to zro­bić?

– Nie wiem, ale mu­si­my stąd wyjść. Po­win­ny­śmy pójść do re­cep­cji i za­cze­kać na po­li­cję.

Pi­per wy­da­wa­ła się zdez­o­rien­to­wa­na, ale ro­bi­ła, co jej ka­za­łam. Cięż­kim kro­kiem wy­szła z po­ko­ju i ru­szy­ła ko­ry­ta­rzem w stro­nę prze­ciw­ną do tej, z któ­rej przy­szły­śmy. Szła do głów­nej re­cep­cji. Ja po­dą­ża­łam tuż za nią, ni­czym bor­der col­lie za sta­dem owiec.

W re­cep­cji pa­li­ły się wszyst­kie świa­tła. Naj­wy­raź­niej Pi­per włą­czy­ła je, dzwo­niąc pod 911.

– Czy tu jest bez­piecz­nie? – za­py­ta­ła ma­sa­żyst­ka zroz­pa­czo­nym szep­tem. Oczy­wi­ście ja też się nad tym za­sta­na­wia­łam. Ten, kto to zro­bił, praw­do­po­dob­nie już uciekł, ale nie mo­głam mieć pew­no­ści. Przez se­kun­dę na­słu­chi­wa­łam, czy z głę­bi spa nie do­bie­gnie ja­kiś dźwięk, ale sły­sza­łam tyl­ko nie­spo­koj­ny od­dech Pi­per.

– My­ślę, że nic nam się nie sta­nie, je­śli po­zo­sta­nie­my tu, w re­cep­cji – po­wie­dzia­łam.

– Boże, ja chy­ba zwy­mio­tu­ję – oświad­czy­ła na­gle Pi­per. Jej twarz była upior­nie bla­da.

Wzię­łam ją za rękę, pod­pro­wa­dzi­łam do jed­ne­go z fo­te­li w ko­lo­rze kha­ki i zmu­si­łam, żeby usia­dła.

– Włóż gło­wę po­mię­dzy ko­la­na i po­zwól jej tak zwi­sać przez mi­nu­tę – po­le­ci­łam.

Kie­dy tam sta­łam, do­ty­ka­jąc lek­ko ręką jej ple­ców, omia­ta­łam oczy­ma po­miesz­cze­nie, ale nie było wi­dać żad­nych oznak wła­ma­nia. Nie prze­sta­wa­łam też nad­sta­wiać uszu, upew­nia­jąc się, czy z głę­bi spa nie do­la­tu­ją ja­kieś dźwię­ki.

Od­dech Pi­per uspo­ko­ił się po chwi­li, więc wresz­cie mo­głam za­dzwo­nić do Dan­ny. Wy­ja­śni­łam re­cep­cjo­ni­st­ce, że cho­dzi o na­gły wy­pa­dek, i po­pro­si­łam, by po­łą­czy­ła mnie z po­ko­jem, w któ­rym no­cu­je wła­ści­ciel­ka. Dan­ny była pół­przy­tom­na. Z całą pew­no­ścią obu­dzi­łam ją z głę­bo­kie­go snu.

– Dan­ny, tu Ba­iley. Prze­pra­szam, że cię bu­dzę w taki spo­sób, ale w spa zda­rzył się wy­pa­dek. – Mó­wi­łam po­wo­li, żeby po­zwo­lić jej się w peł­ni obu­dzić.

– O co cho­dzi? Nic ci nie jest?

– Ze­szłam na dół z Pi­per i zna­la­zły­śmy tu mar­twe cia­ło. Ten ktoś jest cały za­wi­nię­ty w srebr­ny pa­pier.

– My­lar – wtrą­ci­ła Pi­per, uno­sząc gło­wę. – To nie pa­pier, tyl­ko fo­lia my­lar.

Nie zwró­ci­łam na nią uwa­gi.

– O, mój Boże! Kto to jest? – za­wo­ła­ła Dan­ny.

– Nie mamy stu­pro­cen­to­wej pew­no­ści. Pi­per uwa­ża, że to może być Anna Cole.

Wy­ja­śni­łam, że już za­dzwo­ni­ły­śmy na po­li­cję i że je­ste­śmy w głów­nej re­cep­cji spa. Dan­ny od­par­ła, że za­raz przyj­dzie, a ja po­pro­si­łam, by sko­rzy­sta­ła z głów­ne­go wej­ścia.

– Co mó­wi­łaś? – za­py­ta­łam Pi­per po odło­że­niu słu­chaw­ki.

– Po­wie­dzia­łam, że to my­lar. Uży­wa­my tego do za­wi­jań błot­nych. Naj­pierw sma­ru­ją cię tym błoc­kiem, a po­tem za­wi­ja­ją w ka­wa­łek my­la­ru.

– Czy cza­sem za­kła­da się to na twarz? To zna­czy z otwo­ra­mi do od­dy­cha­nia?

– Nie, to by było okrop­ne. Bło­to robi się go­rą­ce i za­czy­na mu­so­wać.

– Czy Anna ro­bi­ła dziś te za­wi­ja­nia? – Wie­dzia­łam, że nie po­win­nam prze­słu­chi­wać Pi­per, to było obo­wiąz­kiem po­li­cji, ale bar­dzo chcia­łam wie­dzieć, co się sta­ło ko­bie­cie, któ­rą bez­sku­tecz­nie usi­ło­wa­łam ura­to­wać.

– Nie. Za­wi­ja­nia za­zwy­czaj wy­ko­nu­ją te dwie Eu­ro­pej­ki. I nie pla­nu­je­my tych za­bie­gów na wie­czór.

– Czy klient­ka Anny była…

W tym mo­men­cie roz­le­gło się pu­ka­nie do drzwi i obie od­wró­ci­ły­śmy się jed­no­cze­śnie. Przez okno zo­ba­czy­ły­śmy Dan­ny. Pi­per ze­rwa­ła się z miej­sca, ale za­nim do­bie­gła do drzwi, Dan­ny je otwo­rzy­ła. Po­dmuch wia­tru wpadł za nią do re­cep­cji.

– Czy uży­łaś swo­je­go klu­cza? – spy­ta­łam po­śpiesz­nie.

– Tak, drzwi były za­mknię­te. Dla­cze­go py­tasz? – zdzi­wi­ła się. Jej krót­kie wło­sy były zmierz­wio­ne po wsta­niu z łóż­ka, jak­by je ktoś roz­czo­chrał. Nadal mia­ła na so­bie pi­ża­mę, ale na­rzu­ci­ła na nią ja­sno­nie­bie­ski, pi­ko­wa­ny płaszcz.

– Za­sta­na­wiam się, jak we­szła tu oso­ba, któ­ra to zro­bi­ła.

– Gdzie ona jest? – za­py­ta­ła Dan­ny z roz­pa­czą w gło­sie. – Gdzie Anna?

Kie­dy to mó­wi­ła, po­czu­łam od niej za­pach drew­na san­da­ło­we­go. Wy­da­ło mi się czymś nie­sto­sow­nym, że po­tra­fi tak ład­nie pach­nieć w ta­kich oko­licz­no­ściach.

– Nie je­stem pew­na, czy to ona, Dan­ny – po­wie­dzia­ła ci­cho Pi­per. – Nie wi­dzia­łam ca­łej twa­rzy.

– Cia­ło leży w jed­nym z ga­bi­ne­tów ma­sa­żu – wy­ja­śni­łam – ale nie mo­żesz tam te­raz pójść. Po­win­ny­śmy za­cze­kać na po­li­cję.

– No to… to po­wiedz mi przy­najm­niej, co się tu­taj dzie­je – za­jąk­nę­ła się Dan­ny. – Co wy dwie ro­bi­cie w spa o tej po­rze? Na li­tość bo­ską, Ba­iley, dla­cze­go ty tu­taj je­steś?

Opo­wie­dzia­łam jej szyb­ko całą hi­sto­rię. Aku­rat gdy koń­czy­łam, przed bu­dy­nek za­je­chał po­li­cyj­ny sa­mo­chód z mi­ga­ją­cy­mi nie­bie­ski­mi świa­tła­mi na da­chu. Wy­sko­czy­ło z nie­go dwo­je po­li­cjan­tów w mun­du­rach. Wbie­gli po scho­dach i otwo­rzy­li drzwi.

Je­den, chło­pak z bu­zią dziec­ka, li­czą­cy nie wię­cej niż dwa­dzie­ścia lat (naj­wy­raź­niej ukoń­czył aka­de­mię po­li­cyj­ną wła­śnie tego ran­ka), wy­trzesz­czał oczy ze zdu­mie­nia, jak gdy­by dys­po­zy­tor ka­zał mu spraw­dzić do­nie­sie­nie o lą­do­wa­niu ko­smi­tów. Jego part­ner­ka była o co naj­mniej dzie­sięć lat star­sza, ład­na, ale w ty­pie twar­dziel­ki. Wło­sy mia­ła we­tknię­te pod czap­kę.

– Co my tu mamy? – za­py­ta­ła zwięź­le.

Dan­ny przed­sta­wi­ła się i prze­ka­za­ła to, co ode mnie usły­sza­ła. Po­tem, kie­dy ci z po­li­cji szli ko­ry­ta­rzem w stro­nę po­miesz­cze­nia ze zwło­ka­mi, ko­bie­ta się­gnę­ła po swój ra­dio­te­le­fon i war­kli­wie za­żą­da­ła wspar­cia. Je­śli to mia­stecz­ko było wy­star­cza­ją­co duże, tu­tej­sza po­li­cja po­win­na mieć de­tek­ty­wów, któ­rzy zaj­mą się tą spra­wą. W prze­ciw­nym ra­zie trze­ba by było cze­kać na po­li­cję sta­no­wą.

Przez kil­ka na­stęp­nych mi­nut trwa­ła cha­otycz­na bie­ga­ni­na. Sa­ni­ta­riu­sze zja­wi­li się dość szyb­ko. Po chwi­li we­szło dwóch go­ści, po któ­rych było wi­dać, że są de­tek­ty­wa­mi po cy­wil­ne­mu. Idąc ko­ry­ta­rzem, na­cią­ga­li la­tek­so­we rę­ka­wicz­ki. Do­my­śla­łam się, że ge­ne­ral­nie naj­bar­dziej eks­cy­tu­ją­cym wy­da­rze­niem, do ja­kie­go do­cho­dzi­ło w War­ren w piąt­ko­wy wie­czór, mo­gła być bi­ja­ty­ka w ba­rze mię­dzy dwo­ma fa­ce­ta­mi z ple­re­za­mi na gło­wach. To mu­sia­ła być dla nich na­praw­dę wiel­ka spra­wa.

Pod­czas ca­łe­go tego za­mie­sza­nia my trzy sie­dzia­ły­śmy po pro­stu za­smu­co­ne w fo­te­lach przy re­cep­cji, a mło­dy po­li­cjant peł­nił rolę na­szej niań­ki. Dan­ny była zdru­zgo­ta­na, Pi­per spra­wia­ła wra­że­nie, że więk­szość krwi wy­pły­nę­ła jej z żył, a ja przez cały czas roz­my­śla­łam tyl­ko o An­nie – o ile to była ona – za­wi­nię­tej w srebr­ny ca­łun w tam­tym po­ko­ju. Czy naj­pierw zo­sta­ła za­bi­ta? Czy też za­wi­nię­to ją żyw­cem, po­zwa­la­jąc, żeby się udu­si­ła?

W ja­kieś dzie­sięć mi­nut póź­niej obaj de­tek­ty­wi wró­ci­li z miej­sca zbrod­ni. Po­pro­si­li nas o po­da­nie na­zwisk i przed­sta­wie­nie krót­kiej re­la­cji z tego wie­czo­ru. Po­wie­dzie­li, że mamy za­cze­kać, aż ktoś bę­dzie mógł nas prze­słu­chać.

Mło­dy gli­niarz otrzy­mał za­da­nie eskor­to­wa­nia nas, a my mia­ły­śmy nie roz­ma­wiać z sobą o tej ca­łej sy­tu­acji. Kie­dy wy­cho­dzi­ły­śmy ze spa, po­li­cjant­ka z pa­tro­lu za­czy­na­ła roz­pi­nać wo­kół fron­tu bu­dyn­ku żół­tą ta­śmę, za­bez­pie­cza­ją­cą miej­sce prze­stęp­stwa.

Wlo­kły­śmy się po­sęp­nie przez par­king. By­ły­śmy już w po­ło­wie dro­gi, gdy prze­je­chał obok nas czar­ny sa­mo­chód. Od­wró­ci­łam się i zo­ba­czy­łam, jak to auto za­trzy­mu­je się gwał­tow­nie z boku ka­ret­ki. Kie­row­ca mu­siał być w śred­nim wie­ku, bo gdy wy­siadł, jego sre­brzy­ście siwe wło­sy za­lśni­ły w świe­tle pa­da­ją­cym ze spa. Za­trzy­mał się na chwi­lę, jak­by chciał za­pa­mię­tać wy­gląd fron­tu bu­dyn­ku.

Pi­per bez­sen­sow­nie szła noga w nogę z po­li­cjan­tem, a Dan­ny i ja truch­ta­ły­śmy za nimi. Trzy­ma­łam ją pod rękę. Uświa­do­mi­łam so­bie, że nie mia­ły­śmy do­tąd oka­zji się przy­wi­tać.

– Och, Ba­iley… – wes­tchnę­ła cięż­ko Dan­ny. – Tak mi przy­kro, że cię to spo­tka­ło.

– Nie martw się o mnie – po­wie­dzia­łam. – Cie­szę się, że mogę tu­taj być i ci po­móc. Mu­sisz mi tyl­ko po­wie­dzieć, co mogę dla cie­bie zro­bić.

Su­che, sze­lesz­czą­ce li­ście mknę­ły ku nam, nie­sio­ne wia­trem przez par­king, ni­czym sta­do spło­szo­nych an­ty­lop. Z tyłu do­la­ty­wa­ły mnie gło­sy po­li­cjan­tów i sa­ni­ta­riu­szy oraz trza­ski ich ra­dio­sta­cji. Te ha­ła­sy mu­sia­ły coś prze­łą­czyć w moim mó­zgu, bo na­gle przy­po­mnia­łam so­bie głu­chy dźwięk, któ­ry usły­sza­łam, kie­dy po raz pierw­szy po­szłam szu­kać ze­gar­ka. Za­sta­na­wia­łam się, czy to mo­gły być od­gło­sy sza­mo­ta­ni­ny, czy może ktoś opu­ścił mar­twą ko­bie­tę na zie­mię, żeby owi­nąć ją pa­pie­rem? A może to ona mio­ta­ła się po pod­ło­dze, pró­bu­jąc się wy­swo­bo­dzić po uciecz­ce za­bój­cy? Ogar­nę­ło mnie na­głe po­czu­cie winy. W tam­tym mo­men­cie po­my­śla­łam so­bie, że ten od­głos mógł ozna­czać ko­goś, kto tam sprzą­tał – ale po­tem od­kry­łam, że spa było pu­ste. Gdy­bym się wte­dy bar­dziej za­nie­po­ko­iła, gdy­bym po­wia­do­mi­ła o tym dźwię­ku re­cep­cję, gdy­bym coś zro­bi­ła, ta ko­bie­ta w ga­bi­ne­cie ma­sa­żu mo­gła­by nadal żyć.

Rozdział 3

Dan­ny otwo­rzy­ła fron­to­we drzwi za­jaz­du klu­czem, któ­ry wy­ję­ła z kie­sze­ni płasz­cza. Gdy tyl­ko we­szły­śmy do środ­ka, Na­ta­lie pod­sko­czy­ła za biur­kiem, aż jej fo­tel od­je­chał w głąb ko­ry­ta­rza, któ­ry mia­ła za ple­ca­mi. Prze­łą­cza­ła moją roz­mo­wę do Dan­ny, praw­do­po­dob­nie wi­dzia­ła prze­jeż­dża­ją­cą ka­ret­kę i wozy po­li­cyj­ne, więc bar­dzo chcia­ła się wresz­cie cze­goś do­wie­dzieć.

– Co jest gra­ne? – wy­rwa­ło jej się.

– Ko­cha­nie, w spa zda­rzył się śmier­tel­ny wy­pa­dek – po­wie­dzia­ła Dan­ny. – Wła­ści­wie nie mamy na­wet pew­no­ści, kto zgi­nął. Jest tu­taj po­li­cja i wszyst­kim się zaj­mu­je. Czy ja­cyś go­ście nie wró­ci­li jesz­cze do za­jaz­du?

– O rany, chy­ba nie. Za­raz spraw­dzę. – Szpe­ra­ła ner­wo­wo na bla­cie, aż zna­la­zła kart­kę wy­glą­da­ją­cą na re­jestr go­ści. – Nie, wszy­scy są na miej­scu – po­wie­dzia­ła, prze­glą­da­jąc li­stę.

– Niech mi to pani le­piej da – po­wie­dział mło­dy gli­niarz, wy­cią­ga­jąc rękę po pa­pier. – De­tek­ty­wi będą chcie­li to zo­ba­czyć.

To było z grub­sza wszyst­ko, co od nie­go usły­sza­łam tej nocy.

Dan­ny za­su­ge­ro­wa­ła, żeby Na­ta­lie do nas do­łą­czy­ła, po czym po­pro­wa­dzi­ła nas za kon­tu­ar, do kil­ku po­miesz­czeń biu­ro­wych. Był tam rów­nież sa­lo­nik z ka­na­pą i ma­łym, okrą­głym sto­łem kon­fe­ren­cyj­nym. Dan­ny po­le­ci­ła Pi­per, żeby spró­bo­wa­ła od­po­cząć na ka­na­pie. Na­ta­lie po­wie­dzia­ła, że bę­dzie z nią sie­dzieć i na­słu­chi­wać, czy na dole nie po­ja­wi­li się ja­cyś go­ście, za­nie­po­ko­je­ni za­mie­sza­niem.

Po­zo­sta­ła część na­szej grup­ki po­szła do ga­bi­ne­tu wła­ści­ciel­ki. Ja usia­dłam w ja­kimś fo­te­li­ku, a Dan­ny oświad­czy­ła, że idzie za­pa­rzyć her­ba­tę do ku­chen­ki po dru­giej stro­nie ko­ry­ta­rza. Mło­dy gli­niarz ulo­ko­wał się przy drzwiach. Naj­wy­raź­niej ka­za­no mu mieć nas na oku i za­dbać o to, że­by­śmy nie roz­ma­wia­ły o tej spra­wie ani nig­dzie nie dzwo­ni­ły.