Opis

Pisarz Bartek Elbląg właśnie kończy swoją trzecią książkę inspirowaną dawnymi zbrodniami. Ma morderstwo, którego dokonał młodociany Cygan. Zabił w afekcie swoją rodzinę, po czym zwariował i został zamknięty w szpitalu dla umysłowo chorych. Bartkowi jednak cięgle czegoś brakuje w tej opowieści. Dodatkowo po przypadkowym spotkaniu z Koneją, dawnym kumplem, dopadają go wspomnienia związane z byłą dziewczyną.

Pod wpływem wspomnień oraz niespodziewanego spotkania z pewną kobietą zaczyna na nowo prowadzić śledztwo. Wszystko się zmienia, kiedy Bartek podejmuje niejasny trop, a historia prowadzi do przerażających wniosków. Okazuje się, że morderca prawdopodobnie padł ofiarą zmowy, ze względu na swoją odmienność został kozłem ofiarnym, a sama zbrodnia miała charakter rytualny. Wszystko wskazuje na to, że podobny mord może się powtórzyć. W tym samym czasie Elbląg walczy z własnymi demonami z przeszłości, które ciągle go nawiedzają. Pragnie się zakorzenić, zamieszkać ze swoją dziewczyną Alicją, która jest w ciąży, porzucić kawalerskie życie. Cięgle jednak coś go odciąga od normalności, więzi między wspomnieniami a oczekiwaniami.

Zabobon to powieść o kluczeniu w labiryntach własnej pamięci, o kłamstwie, w którym każdy ma swój udział, i o niebezpieczeństwie stojącym za rolą twórcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 423

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wydawca i redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA
Redakcja MICHAŁ OLECH
Korekta MAŁGORZATA KUŚNIERZ, JAN JAROSZUK
Projekt okładki i stron tytułowych ANNA POL
Łamanie | manufaktu-ar.com
Zdjęcia na okładce © POLA PAWROWSKA, ANNA POL
Copyright © by Ahsan R. Hassan 2020 by arrangement with Agencja Literacka Syndykat Autorów Copyright © by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2020
Warszawa 2020 Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-66335-80-6
Wydawnictwo Marginesy Sp. z o.o. ul. Mierosławskiego 11A 01-527 Warszawa tel. 48 22 663 02 75 e-mail:[email protected]
www.marginesy.com.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Jesteśmy u końca naszych słów, które już tu stają się majaczliwe, bredzące i niepoczytalne. A jednak dopiero za ich rubieżą zaczyna się to, co w tej wiośnie jest nieogarnięte i niewypowiedziane. Misterium zmierzchu! Dopiero poza naszymi słowami, gdzie moc naszej magii już nie sięga, szumi ten ciemny, nieobjęty żywioł. Słowo rozkłada się tu na elementy i rozwiązuje, wraca w swą etymologię, wchodzi z powrotem w głąb, w ciemny swój korzeń.

Bruno Schulz, Wiosna

Ślady, po których idę, prowadzą mnie w górę, w stronę szczytu, ale z każdym krokiem czuję, jak ściągają mnie w dół, pod ziemię. Dopasowuję podeszwy do odciśniętych w błocie bieżników obcego. Szedł tędy późnym wieczorem, być może w nocy. Wyżłobienia zamarzły na kość, a wraz z nimi zamarzły grudy ziemi, brudne liście i kałuże, które chrzęszczą pod podeszwą jak deptane szkło. Droga zakręca łukiem obok ściany lasu; w oddali schronisko przytwierdzone do szczytu.

Idę po śladach mimowolnie – moje buty wchodzą w odciski, dopasowują się do tropów obcego, a ja podążam jak lunatyk. Tak jest wygodniej. Na myśl przychodzi mi myśliwy, który ściga ranną, krwawiącą z boku zwierzynę. Ale ja nie tropię zwierzyny, nie planuję jej dobić ani oprawić. Nawet nie wiedziałbym jak. Przypadkowo, krok po kroku, dopasowuję się do chodu innego człowieka, jakbym to ja szedł tą drogą wczoraj po zmierzchu. I dokładnie tak jak ja teraz, ślady odbijają od głównej drogi w stronę zbocza, by po paru metrach zatrzymać się na środku odsłoniętego stoku i tam zamrzeć. Wydeptana ziemia, punkt widokowy na miasto.

Miasto leży u jęzorów gór, stopniowo wyłania się z mgły, smogu i zamarzniętej wilgoci. Jest nieostre, niekonkretne, wygląda jak kiczowaty oniryzm na płótnie. Wyciągam papierosa, zapalam – to dzisiaj drugi, po debiutancie wypalonym do kawy bez cukru tuż po trzeciej w nocy. Używam zapałek, lubię blask płomienia i smród siarki. Jedną dłoń chowam do kieszeni kurtki, a drugiej, jak dziewczynce z zapałkami, pozwalam marznąć na zimnie. Dziewczynka trzyma peta między palcami. Szybko odczuwam nieprzyjemne szczypanie na powierzchni ręki, szczypanie przechodzi w pieczenie, pieczenie w ból. To dobrze. Ból i papieros wyostrzają zmysły, odklejają rzeczywistość od sennego płótna, obdarzają ostrymi krawędziami i, przewrotnie, konkretnymi ramami. Zatem konkrety: jest szósta rano, początek mroźnego listopada, a ja, Bartek Elbląg, stoję na zboczu Dębowca i patrzę na miasto u stóp Beskidów. Bielsko-Biała drzemie jeszcze spokojnym snem, a wraz z nią śpi większość mieszkańców. W przeciwieństwie do nich od pewnego czasu nie potrafię zasnąć, a jak zasnę, to budzę się szybko z wyrzutami sumienia. Nie wiem, co mnie bardziej męczy – przeszłość moja czy tego miasta. Zastanawiam się, paląc papierosa w piekącej dłoni, czy wybudzić je z tego lepkiego snu, jak siebie samego. Czy wykopać widoczne tam, w dole, trupy.

Świat milczy, ani oburzenia, ani owacji – tylko papieros cicho skwierczy. A dziewczynka sinieje.

Dopalam, bo nie jestem ten małpolud Andersen, rzucam niedopałek obok innych niedopałków i chowam dłoń do kieszeni. Niech się grzeje, zasłużyła. Patrzę na miasto, krótko. Odwracam się i idę z powrotem po wczorajszych śladach, po moich własnych śladach, tam, skąd przyszedłem, w dół, skąd nie widać ukrytych pod ziemią umarłych.

1

Stoję w pustym pokoju krakowskiej kamienicy, w miejscu, w którym spędzam ostatnie, prawie okrągłe i nie zawsze pączkowe, syte trzy lata moich rozmaitych żyć. Te wszystkie życia dzisiaj kończę, dokonuję automultieutanazji i wchodzę w nowe życie, jedno, wciskam się w nie jak w przyciasny garnitur, buty rozmiar za małe. Albo w biały kitel z rękawami na plecach, tego jeszcze nie wiem.

Pokój jest wielki, choć, podobnie jak reszta mieszkania, pozostaje skarlałym potomkiem ogromnego przodka, mamuta mieszkalnego, okrutnie pokaleczonego i poćwiartowanego przez właścicieli i deweloperów. Kiedyś moja już prawie ekskawalerka stanowiła część wielkiego domostwa przedwojennego, które zajmowało pół piętra kamienicy i zapewne miało i sypialnię, i salon, i pokój gościnny, i gabinet, i pokój dziecięcy, i spiżarkę, i kuchnię, i jadalnię, i nawet służbówkę. Ja wynajmuję pokój z antresolą plus aneks kuchenny, plus kibel z prysznicem. Czasy przyśpieszają, a przestrzeń życiowa kurczy się odwrotnie proporcjonalnie do rosnącego czynszu.

Idę w stronę okna stodoły z widokiem na dziedziniec, wysłużony parkiet strzela, siadam na parapecie. Pies Pawłowa szczeka, ale nie wyciągam fajku, nie rozsiadam się wygodnie z gorzkim, czarnym fusiastym. Zaraz mam zdać mieszkanie, zaraz przyjdzie pani, pani agent z agencji, wszystko musi być cacy. W umowie deklaruję, że żadnych zwierząt, żadnych papierosów, kobiet też, może w śladowej ilości. Kłamię. Mimo to czuję się jak student, który gorączkowo myśli o swojej kaucji i o tym zadrapaniu na ścianie schowanym za szafą. Raz kozie, trudno. Jestem tu ostatni raz.

Papieros, zapałka, lepiej.

Mieszkanie jest puste, wysprzątane i wyszczotkowane, w stanie niezgodnym ze stanem w dniu przyjęcia: wtedy – monopolowa zieleń na ścianach, teraz – biel, przydymiona gdzieniegdzie konturem szafy, łóżka, brudną dłonią; wtedy – lodówka z czasów radzieckich, której jedwabną aktywność agregatu można mierzyć w skali Richtera, teraz – srebrne cudo bez zadyszki; wtedy – długa lista usterek, teraz – rząd chwalebnych medali. Widzę wszystkie niewidzialne i ledwo widzialne ślady, które zostawiam, widzę je jak w ultrafiolecie i trochę mnie żołądek skręca. To ja, to ja z kiedyś. Już nie wrócę, a nawet jakbym chciał, wszystkie meble, książki i szpargały wywiezione do nowego, domu nowego i mnie nowego.

Zostaje pół papierosa, pół fajku, to drugie pół wypalam za oknem, może się pani agent nie skapnie, że łamię warunki umowy rażąco.

Uchylam okno, za oknem fajku, przed fajku dłoń, przed dłonią łeb lewituje na trzecim piętrze z widokiem na: dziedziniec, drzewo, śmietnik i przeciwległą ścianę kamienicy. Kraków, Stare Miasto, czasy współczesne, stężenie smogu w normie, czyli ciężarne matki i astmatycy, wystrzegajcie się spacerów. Kraków jest taki, jakim go zastaję, przyjeżdżając tu po raz pierwszy – niezmiennie broni pozycji byłej stolicy Polski, niezmiennie puchnie studentami i erazmusami w porach: jesień, zima, wiosna, a po wypróżnieniu przyjezdnych w sezonie letnim przestawia się na dietę złożoną wyłącznie z turystów. Kilka kultowych knajp zmienia się w kultowe skanseny, gdzie kiedyś to bywał albotam można ją było spotkać codziennie, urocze kawiarenki z duszą materializującą się pod postacią dymu tytoniowego wymierają w większości na rzecz odpicowanych we have English menu, księgarnie i antykwariaty dostają zadyszki w maratonie z empikami, matrasami i powszechną smartfonizacją czasu wolnego, życie kulturalne zmienia się w modny wybieg, bohema w bywalców stand-up barów z piwem za cztery złote. Ach! I Biedronka na Rynku. To nie byle jaka, byle nic nieznacząca marka – to brutalna deklaracja. Coś się kończy, a coś nowego, na pożegnanie, dokonuje gwałtu na starym. Słowem, a raczej słowami Grechuty w akompaniamencie Myslovitz: Kraków jeszcze nigdy tak jak dziś nie miał w sobie tak mało, dopowiadam, z Krakowa.

Zostaje ćwierć fajku, patrzę na zegarek, jeszcze mam trochę czasu.

Roztył się niezdrowo, mój dawny przyjaciel, w stronę ruczajów, górek narodowych i innych dzielnic, pokrywa się postludzkim, prawie science fiction z lat osiemdziesiątych, krajobrazem osiedli okropnych, średnioklasowych, z parkingami, supermarketami typu: albo Niemiec, albo Portugalczyk, a w środku, bliżej centrum, wysypują się wągry w postaci szklano-stalowych biurowców dla burżuazji, do których burżuazja dojeżdża samochodami, zatykając arterie miasta. Do tego tyle kopci, gdyby chociaż z filtrem. Wieszczę szybką drogę do zawału.

A tam, ponad Krakowem, Polska, w której jestem zanurzony od dziecka, której coraz bardziej świadomy jestem i jednocześnie nią struty, coraz mniej w niej koloru, coraz więcej czerni i radykalnej bieli, coraz więcej przejaskrawiania tych dwóch antagonistycznych barw w mediach, w internecie, w dyskusjach przy piwie i w tramwaju. Ale nie tylko w tym kraju dwie prędkości, bo i cała Europa w różne wektory rozdarta, już Brytyjczycy kotwicę podnoszą, od portu odpływają na morze, na samotny rejs, odzywa się wyspiarska krew.

Syczę i odrzucam kiepa. Papieros przypala mi końcówki palców, ślinię, zawężam pole widzenia do zaczerwienionych opuszków, a kiedy jest już dobrze, wyciągam smartfona, naciskam guzik, ekran wypełnia się kolorem, w kolorze Alicyjka w ogrodniczkach, pod ogrodniczkami brzuch wydęty, w niej nowe, za nią też nowe: dom i las. Wiadomość, chcę przeczytać, ale ktoś dzwoni.

Dzwoni domofon. Pora zdać przeszłość.

Siedzę, a raczej balansuję z gracją linowego skoczka cyrkowego z jednym półdupkiem na wysokim stołku, z drugim nad przepaścią podłogi, łokcie ułożone na barowej ladzie, obok mnie filiżanka kawy za sześć złotych z bitą, jak się tu mówi, i prince polo w złotku za złoty pięćdziesiąt, kupione u pani za kontuarem, tej samej, która, kiedy pytam o cukier, wskazuje pomarańczową, peerelowską cukiernicę z wystającą łyżeczką, którą wszyscy klienci – wiadomo: amicorum omnia communia – słodzą. Wokół mnie stare, eleganckie zgredy, sześćdziesiąt plus, przez znawców żywych zabytków, jak ten lokal, nazywane besserwisserami, dawną krakowską bohemą, co do kawiarenki przychodzili pooglądać pikasy i podyskutować o polityce i kulturze. Kafejkę na Świętego Jana dwa odkrywam dawno temu, kiedy szukam miejsca, w którym mógłbym schronić się przed deszczem i dziewczyną spod różowego parasola zapraszającą do strip clubu. Wita mnie spojrzenie zdziwionych, oprószonych siwizną bywalców lokalu oraz pytanie pani zza lady: czy chcę czarną, z płynną czy z bitą. Z bitą biorę wtedy i z bitą biorę za każdym razem, kiedy odwiedzam bar kawowy Rio. Kiedyś, wspomina tamtego deszczowego południa pani zza lady, to było pełno studentów, teraz mają swoje miejscówki; kiedyś tu, nade mną na szafce była centralna baza danych, zostawiało się liściki i wiadomości, a ja jak łączniczka-konspirantka przekazywałam wiadomości i liściki nieobecnym znajomym, uśmiecha się do mnie, do nieobecnych znajomych, do wspomnień; kiedyś nawet Andrzej Zaucha śpiewał o nas piosenki, chrząka i nuci: Póty będzie świat, póki w Warszawie staż i póki w Rio podają kawę; ale nie ma już kiedyś, jesteśmy my, geriatria. Proszę, kawa z bitą.

Po tym wydarzeniu, jako jedynemu młodziakowi w domu starców, zdarza mi się wpadać częściej na najlepszą (w poprzednim wieku) kawę w mieście. Uznaję, że dzisiaj jest to dobre miejsce na pożegnanie się nie tylko z Krakowem, ale i z moim starym kumplem, Koneją. Spóźnia się kwadrans i mam szczerą nadzieję, że nie przyjdzie. Koneję lubię, może mniej niż kiedyś, nasze drogi rozchodzą się, odnoszę wrażenie, rozjeżdżają coraz bardziej. Niemniej jest to mój dobry znajomy, parę lat temu nawet przyjaciel. Wyjechać z Krakowa i przynajmniej nie przekazać Konei, że chciałbym się pożegnać, ostatnią wspólną kawę, a w jego przypadku pewnie piwo, wypić, to zwykłe chamstwo. Mam jednak nadzieję, że zapomniał, że wypłukał ze swojej pamięci moje: cześć, Koneja, wyjeżdżam, spotkajmy się ten jeden ostatni raz, z rana w Rio. O moim kumplu przypominam sobie wczoraj wieczorem, przypadkiem w zasadzie, w tym natłoku spraw, podczas przeglądania krakowskich znajomych, byłych krakowskich dziewczyn i kasowania ich numerów. Niepotrzebne mi będą z dala od tego miasta. I oczywiście pojawia się Koneja, zaraz po Katarzynie-Latarzynie. To dzwonię, mam nadzieję, że nie odbierze, odbiera, ale w pubie, jest głośno, to liczę, że zapomni, nie dosłyszy albo zwyczajnie przesadzi, upije się i teraz śpi. Daję mu jeszcze pięć, góra siedem minut.

Za kilka chwil wyjdę stąd, przejdę przez Rynek, minę Mariacki, nad którym odwiecznie drą się jaskółki, zrobię sobie okrążenie wokół Sukiennic, odbiję w stronę placu Szczepańskiego, nazywanego przeze mnie Szczepańskim Wirem, w którym odwiecznie w czwartki, piątki i soboty wieczór można wpaść w cyklon knajpianoalkoholowy, ale ja nie wpadnę, bo jest przed południem, bo nie mam ochoty na alkohol, bo z tego miasta chcę uciec. Od piwka na placu Szczepańskim całkiem niedaleko do piwka na Starowiślnej, a od piwka na Starowiślnej kilka kroków do piwka, do kilku luf na Kazimierzu, a na Kazimierzu to już rzut beretem od mieszkania, w którym wychowywał się morderca, wampir, któremu poświęcam pół roku życia.

Stukanie w okno, odwracam się, to Koneja stuka, pokazuje, że fajku dopala i zaraz wejdzie, uśmiecha się do mnie, a może do kogoś po drugiej stronie słuchawki, a z tym uśmiechem płaszcz mu faluje, płaszcz w pepitkę, elegancki, taki jak artyści noszą, płaszcz rozchełstany, płaszcz z wypływającą plamą tłustą, do tego koszula, szal w kratę, kaszkiet i okrągłe okulary w czarnych oprawach. Dobrze, Koneja, poczekam, mam jeszcze grunt do wypicia.

Wibruje kieszeń, sięgam po telefon, Alicyjka. Nie, nie teraz, teraz nie odbiorę, bo zaraz Koneja wejdzie, a jak wejdzie, to krzyknie: kopę lat, stary dziadzie! a jak zawoła, to usłyszysz, a jak usłyszysz, to niepotrzebne pytania, a jak niepotrzebne pytania, to niepotrzebne propozycje: może byś, misiaczku, zaprosił go do nas, skoro twój dobry kolega, a ja, kochana Alicyjko, Konei w dalszą drogę zabierać nie chcę, niech w Krakowie zostanie, niech rozdział krakowski definitywnie zostanie zamknięty. Odbiorę po spotkaniu, całusy.

Rzut okiem za szybę – dalej rozmawia, drugi papieros idzie w obieg, kieruję wzrok na przypalone opuszki – lepiej, mniej czerwone. Ślinię dla pewności, żeby zakażenie się nie wdało, zaczerwienienie zeszło.

Ślinię, powtarzam tę czynność tak samo, jak kiedy żegnam pazerną babę, agentkę, co wytyka mi i przemalowanie ściany, i wymianę lodówki bez konsultacji, i szereg punktów z listy, a o kaucji to żebym zapomniał. Kaucja ci, głupia babo, w cyce, chcę powiedzieć, ale wzdycham, z niby-zakłopotaniem, bo chcę już mieć to za sobą, już się pożegnać, zejść z plecakiem na plecach i walizką w dłoni na parter i tam, skryty za filarem, piekący palec poślinić. Chowam się, ślinię, skitrany, czuję smród papierosa na ustach i języku, jakbym rurę wydechową lizał, ale czuję też ulgę. Stoję i trzymam w buzi zapamiętale palec, oczy chyba mam zamknięte.

Dzień-dobry-proszę-pana.

Słowa wystrzelone z karabinu, dwa naboje mijają moje uszy. Oszołomiony wyciągam palec, aż cmokam, cmok rozchodzi się na całą klatkę, ale karabinierki już nie ma, tylko kawałek różowej sukienki opiętej na dużym tyłku, tylko mocna łydka zarysowana za szparą drzwi wejściowych, trzask i nic nie pozostaje. Nic, poza zapachem. Zapachu Marysi nie pomyliłbym z niczyim innym, zawsze perfumuje się tak, kiedy idzie na miasto: na zakupy, do knajpy albo kawiarni, poza kamienicę. Na miasto, ale nie kiedy miasto przychodzi do niej. Marysia nie perfumuje się wcale, kiedy przyjmuje klientów. Albo ogranicza ilość wonności do minimum, do zwykłej toalety przed seksem, żeby pachnieć neutralnie, żeby było higienicznie. Wiele razy próbuję wyczuć ją w korytarzach kamienicy między szesnastą a dwudziestą drugą, czyli w porach wizyt, nawet kiedy śmieci idzie wyrzucić jakby nigdy nic, między odwiedzinami klientów, ale mój czuły nos nic nie wyłapuje. Żadnych diora, herrery, kenzo, o guccim nie wspominając, nawet avonu, nawet pani walewskiej, nawet dezodorantu w kulce od Dove. Zwykły zapach kobiecej skóry tuż po prysznicu żelem bezzapachowym antyseptycznym. I słodkawy zapach śmieci, ale to z worka. Wiele razy o tym myślę i wiele razy dochodzę do konkluzji, że Marysia, która pracuje tu, odkąd zamieszkuję w kamienicy, czyli na pewno trzy lata, nie chce łączyć woni perfum z zapachem pracy, że klientów przyjmuje taka, jaka jest, jedynie w swoje kobiece feromony przybrana, albo – jak w chwili tuż przed wuefem – żal jej jest perfum. Bo i tak się spoci. Wydaje mi się, że jej młoda jeszcze skóra bezpośrednio przyjmuje na siebie ich zapachy, a prawie każdy klient przychodzi wypachniony, w korytarzu unosi się aromat, który szczególnie zimą potrafi zakonserwować się przez parę godzin. Czasem wonie mieszają się i przyprawiają moje nozdrza o szaleństwo, o utratę zmysłu powonienia, kiedy taki armani albo boss paruje się z korsarzem z kiosku czy dziadkowym warsem. Mężczyźni wcierają w Marysię swój zapach, swój pot, swój naskórek, a wraz z nimi zostawiają w niej swoje spełnienie, swoje pieniądze, swoje nasienie. I historie. Większość z nich przychodzi, jak to do towarzyskiej dziewczyny, po wszystkim się wygadać. Marysia słucha, a kiedy wychodzą, bo czas spotkania dobiega końca, bo inni w kolejce, to idzie pod prysznic, zmywa zapachy, zmywa mężczyzn z siebie, szykuje się do przyjęcia kolejnego. Ale opowieści z głowy zmyć nie może. Skurwysyny. Tego mogą jej oszczędzić. Ale przecież: wysoka cena za świadczenie usług o wygórowanych cenach.

Kiedy nie przychodzą, kiedy ma czas dla siebie, wychodzi. Perfumuje się obficie diorem, herrerą, kenzo, a czasem guccim i ucieka z mieszkania, którego widocznie nienawidzi, ucieka pośpiesznie, jakby przed ostrzałem, byle jak najszybciej, jak najdalej stąd, słowami z karabinu strzelając do sąsiadów. Ucieka wyperfumowana, żeby swojego zapachu nie czuć, tego zwykłego, którego tak jak siebie musi nienawidzić.

Marysia, tak mi się zdaje na początku, musi też nienawidzić pewnego Typa. Pewien Typ jest łysym byczkiem obleczonym w czarny dres, być może jej alfons, być może tajemniczy klient albo zazdrosny chłopak, na pewno – to nie ulega wątpliwości – jej bokser, Gołota domowy. Zawsze, kiedy przychodzi na raczej krótkie wizyty, zostawia po sobie widoczne pamiątki na twarzy Marysi. Pierze ją regularnie, kiedy przeważnie pranie się pierze, co sobotę. A kiedy wychodzi, to ona biegnie za nim i go przeprasza. Nigdy tego nie zrozumiem, ale, widać, nie każdy może zostać zawodową dziewczyną do towarzystwa. Może takiego towarzystwa potrzebuje właśnie? Towarzystwa, za którym to ona musi się uganiać?

Marysia, jak pozostaje dyskretna ze swoją pracą w kwestii zapachu, tak nie dostarcza mieszkańcom doznań akustycznych. Zachowuje się jak cicha myszka, a mimo to wszyscy wiedzą, że w jednej kamienicy, pod jednym dachem z kurwą mieszkają. Sam dowiaduję się tego od sąsiadki, przypadkiem, pyta mnie, czy jej nowym gaszkiem jestem, a ja że mieszkańcem, i tak się plotka jak kula śniegowa toczy dalej.

Będzie mi tego brakować, myślę, kiedy śledzę wzrokiem, jak Koneja kręci się w płaszczu jak derwisz albo, co bardziej oddaje jego zatroskaną minę, jak w przeręblu gówno.

Będzie mi też brakować starej pani z parteru, która codziennie o tej samej porze, czyli o szóstej rano – czy tydzień pracujący, czy weekend, czy święta, on and on – podchodzi do śmietników na dziedzińcu i przez godzinę wyrzuca plastikowe butelki. Wyciąga jedną po wodzie, odkręca, kładzie na zasranym przez gołębie dziedzińcu i kapciem wyciska powietrze ze środka, gniecie jak największego wroga wełniakiem na pięcie, jak ohydnego karalucha, żeby już skurwysyn zgasł, a po wszystkim wrzuca do kubła, z wrzutką za dziesięć punktów echo stuka do wszystkich szyb, wlatuje przez okna i budzi każdego, kto nie leży głuchy albo martwy. Następnie bierze kolejną butelkę-wroga-robala ohydnego i na barki go, i to samo. Sześćdziesiąt minut. Codziennie. Do tej pory zagadką jest dla mnie, skąd te butelki bierze.

Na mnie już pora, myślę wtedy, z poślinionym odpowiednio palcem, biorę walizkę, wychodzę z kamienicy, mijam jeszcze sąsiadkę, inną, niehałaśliwą, co rano, ale hałasują w tym momencie:

Kurwa, file!

Przemawia do słuchawki, a ja zastanawiam się, czy chodzi o chwilę, czy o filet, a tak w ogóle spod którego numeru jest szanowna pani. Szybko dochodzę do wniosku, że nie warto przypominać sobie, kiedyś pamiętam, ale teraz już mi to niepotrzebne, i tak wszystko rozmyje się w przeszłości, w pamięci, która w zawodach z czasem zawsze zdobywa srebro, więc warto podjąć jedynie wysiłek zapamiętania, otulenia w kokon tych momentów, które naprawdę na to zasługują.

W momencie gdy Koneja wchodzi do baru kawowego Rio i krzyczy: kopę lat, stary dziadzie!, przypominam sobie, o czym myślałem podczas oddalania się od mojej kamienicy, czyli o figurce Matki Boskiej z Dzieciątkiem, któremu co sobotę łeb próbuję urwać i głowę bolejącą – w końcu stabat Mater Dolorosa – bum! odrywam i tabletkę przeciwbólową antykacową, cuda sprawiającą wyciągam. Tego też będzie mi żal, ale Alicyjka każe spalić.

Kopę lat, stary dziadzie!, wykrzykuje Koneja w progu z rękami, a wraz z rękami z płaszczem rozczapierzonym na boki wygląda jak wrona szykująca się do lotu. Wrona w pepitkę. Na stary dziadzie kilku lokalnych bywalców odwraca się w stronę przybysza, mierzy wzrokiem, prycha i wraca do lektury dzisiejszej „Wyborczej”. Niezrażony Koneja podchodzi w moją stronę, męski tul – czuję zapach alkoholu, potu i zwietrzałych już perfum, czyżby przychodził prosto z baru, z nocnej przechadzki? Rzut okiem na twarz, na krótką, czarną brodę, na wiecznie opaloną jak u Gruzina cerę z niezdrowym żółtym odcieniem, na czarne węgielki oczu jak u kruka, na przekrwione białka, na kurze łapki wokół oczu i zmarszczki na czole – teraz mam pewność, że przychodzi prosto z baru, z nocnej po mieście wycieczki. Kwaśny oddech wskazuje na trawiony alkohol z domieszką czegoś na trawienie, stawiam na zestaw „2 for U” z KFC.

Ciebie też, Koneja, dobrze widzieć, ściskam go z lekką rezerwą. Siadaj, proszę, czego się napijesz? Kawy? Czarnej? Z bitą? Z laną?

Lane byłoby idealne, odsznurowuje szal z szyi, ściąga płaszcz, siada ciężko, sapiąc przy tym okropnie, a kiedy siada, widzę, jak pod koszulą cienka, ale rzucająca się w oczy warstwa tłuszczu wypełnia materiał, formuje się pod wpływem grawitacji. Można tu palić?, wkłada papierosa między zęby w kolorze pożółkłej, nieco spękanej kości słoniowej i już chce rozżarzyć, kiedy pani zza lady chrząka.

Myślę o kawie, wezmę ci czarną w takim razie, idę zamówić. I nie pal tu, lokal mi spalisz, klepię go po plecach.

I tak stąd wyjeżdżasz, mówi na obronę z papierosem w zębach, papieros podskakuje, ale widząc wzrok pani i słysząc jej rzuconą w moją stronę uwagę na tyle głośnym szeptem, żeby wszyscy bywalcy baru kawowego Rio usłyszeli, że chyba kolega palić tu nie będzie, chowa fajku z powrotem do paczki z oderwanym daszkiem.

Twoja kawa, piwa nie sprzedają, podsuwam mu i siadam naprzeciwko. On zezuje na filiżankę, na mnie, na filiżankę, już dostrzegam, jak zbiera się o piwko spytać, bo widać, że kac zbliża się powoli, nieuchronnie, jak sapie w środku, ale w końcu macha ręką, mruczy coś w stylu: dzięki, i pochyla się nad kawą, prawie zanurzając czarną brodę w czarnym roztworze. Milczymy, ja zastanawiam się, o co spytać, nieco zakłopotany, nastawiony, że nie przyjdzie, jestem nieprzygotowany, on milczy, siorbie kawę, przerywa nieznośne bzyczenie ciszy: aj! Parzy cholera, odchyla się do tyłu, sprężynowo. Gorąca, nie ma co. Poczekam, aż ostygnie. Patrzy na mnie, uśmiecha się pękniętą kością słoniową i przypominam sobie właśnie, jak wyglądają spotkania z Koneją: zaczyna swój show, swój monolog, in medias res. Nie uwierzysz, Bartek, co mi ostatnio Marlena zrobiła. Namówiła mnie, wyobraź sobie, mój drogi, na trójkąt. Widocznie ma gdzieś, że nie siedzimy w Pięknym Psie albo w dawnym Lokatorze, albo w jeszcze dawniejszym Czułym Barbarzyńcy czy chociażby we współczesnym, oddalonym o kilka kroków Dymie. Zawsze lubi być w centrum jak gwiazdka, jak artysta na bankiecie, chociaż tu ani bankiet, ani odpowiednia publika.

Trójkąt?, przemagam się w sobie. I tak wszyscy słyszeli i słyszą, o czym rozmawiamy, wchodzę w to, ale ostrożnie. Chyba już lepiej milczeć. Dopić kawę numer dwa i wyjść, pojechać po Alicyjkę do Katowic i wieczorem siedzieć przy komputerze, w cieple, kończyć pracę. Po co w ogóle z nim się umawiam? To chyba dobrze, mówię.

Oj nie, Bartusiu, to nie jest dobrze, to wręcz fatalnie! Oburza się i już całym sobą gestykuluje, robi miny i balansuje na wysokim taborecie, chwieje się na boki, ale trzyma równowagę, w barowych stołkach zaprawiony. Ja wiem, co ty sobie myślisz, doskonale rozumiem, że ja i Marlena wzięliśmy sobie dziewoję, dziołszkę piękną, ładną i ostrą! Siorbie kawę. Dalej, cholera, gorąca!

Milczę, daję mu się wygadać, bo po to tu, chyba, przychodzi.

Wiem, wiem, co sobie teraz w głowie koncypujesz, ale daj mi powiedzieć. Ona, to znaczy Marlena, mówi do mnie któregoś wieczoru, kiedy siedzieliśmy w Pijalni, czy ja ją kocham, a ja że tak, chociaż wszyscy uważają, że ja z Marleną dla jej ciała i młodości, a ona ze mną dla mojego talentu. A to miłość jest, to znaczy była. To co powiesz na trójkąt?, wali prosto z mostu, ja że niby trochę zakłopotany, że jak to, czy nie będzie zazdrosna, że tylko ona mi wystarczy, a mentalnie oblizuję się, mentalnym językiem, dwie, wyobraź sobie, dziewczyny, jak węże lśniące nade mną w uścisku erotycznym splątane, a ja w pozycji do nich pod i między. Pyszny, przyznasz, widok, mówi do mnie i siorbie kawę. Nie przyznaję, nie daje mi czasu. Ciągnie dalej: dobrze, mogę się zgodzić, skoro tego chcesz, skoro w ten sposób moją prawdziwą miłość mam udowodnić. Jesteś cudowny, kładzie mi dłoń na udzie, cały w środku się gotuję.

To który?

W pierwszej chwili zatkało mnie jak ciebie. Ale Marlena nie czekała. Omiotła salę wzrokiem, podeszła do pierwszego, coś mu powiedziała, zaczęła kokietować, wpłynęła na flirtu przestwór oceanu, wskazała na mnie, ja siedzę z piwem, czerwony na twarzy, buraczek, oszołomiony, proszę ciebie, słowa nie mogę wymówić. Zastygłem w upokorzeniu, bo jak z innym facetem ja bym mógł? Tfu, tfu, tfu! Nigdy! Ale słowo się rzekło, powiedziałem, no nic, zobaczę, jak się sytuacja potoczy, może jej to z głowy wybiję, ale delikatnie, bo Marlena bardzo żywiołowa jest, sam rozumiesz. Milknie, patrząc przez szybę w dal, na Świętego Jana, na turystów, na Marlenę.

Wybiłeś jej?, pytam taktownie, niezbyt zaciekawiony.

No coś ty! Kwadrans później byliśmy w jej mieszkaniu – a w zasadzie to w pokoju, który wynajmuje ze współlokatorką – jak to studenci, ale jej akurat nie było. To dobrze, jest brzydka jak noc, dodaje na marginesie. Duży pokój, dwie kanapy rozkładane pod dwoma ścianami, na jednej ja siedzę, piję wódkę świeżo wyciągniętą z zamrażarki, złoty kłos czy inny syf, na drugiej oni rozłożeni, rozmawiają, flirt na pełnej, już widzę, jak ten prawie pięćdziesięcioletni tatuś z brzuszkiem krótkie swoje łapki przeciera, jak już Marlenę chce tymi łapkami dotykać, czasem rzuca mi spojrzenie. Jaj nie oddam!, krzyczę w sobie, spocony, w gorączce skitrany na kanapie. Gość mówi, że musi do kibelka – do kibelka! Uwierzysz?! Dobrze, że nie do sraczyka, zasraniec. Wychodzi, ja sam na sam z Marleną, więc doskakuję do niej i mówię: kochanie moje, nie wiem, czy jestem na to gotowy. Wiercę się cały, pocę jeszcze mocniej, nie mogę mówić. Ona gładzi mnie po głowie i odpowiada:

Rozumiem. Ale jeżeli naprawdę mnie kochasz, to chociaż usiądź o tam, na krześle przy biurku. I na nas popatrz.

Za moimi plecami słyszę odgłosy krztuszenia, odwracam się, a to starszy pan się dławi, od kilku minut tkwiąc nad tą samą stroną „Wyborczej”. Koneja ścisza głos: zastanawiam się, gdzie popełniłem błąd. I nie mam na myśli Marleny – ona dla mnie jest jakby martwa. Rozstaliśmy się dwa dni temu, na dobre, zebrałem się w sobie i powiedziałem jej: dość! Ucinam ten toksyczny związek, przegryzam pępowinę, która pompuje we mnie jad. Zachowałem się jak mężczyzna, wypina pierś jak paw, pręży się. Bo takich jak Marlena to w moim życiu było więcej, ale każda poprzednia jakby wersja łagodniejsza, bardziej poukładana, a każda następna to równia coraz bardziej pochyła. Staram się uchwycić większy obraz, rozumiesz mnie? Musisz rozumieć. I pewnie jak ja doszedłeś do tego samego wniosku: zgubiła mnie zwierzęcość. Pogrzebałem się pod stertą tych wszystkich ludzi, których lata temu zwyczajnie przychodziłem studiować, bo do książek się przyda, pamiętasz moje, ba! nasze eksperymenty? Kiwam głową wolno. To wydarza się lata świetlne temu. Kiedy siedzieliśmy w Psie albo Lokatorze, albo Dymie przyczajeni z piwkiem w kącie i po prostu obserwowaliśmy, a potem spostrzeżenia i wnioski zapisywaliśmy w zeszytach, jak ludzie zmieniali się pod wpływem alkoholu w zwierzaczki i w zwierzęta całkiem duże, groźne, zagrożone wyginięciem. To miała być zabawa, ćwiczenie stylu i refleksji nad rzeczywistością. Ciebie to, spryciarzu, szybko znudziło i przerzuciłeś się na zupełnie inne pola obserwacji. Tobie bardziej zapach krwi pasuje, smród strachu, prawdziwe bestie, touché. Zastanawiam się, jaką ty cholerną odporność musisz mieć, przecież jak się z czymś takim sam na sam przebywa, to jak z monstrum w klatce – chwila nieuwagi i rzuci ci się do gardła. Zbywam tę uwagę milczeniem. Przecież w tej całej gadaninie nie chodzi o mnie. Nie wyjawisz sekretu, dobrze. Zachowaj go sobie, samolubie, wsadź sobie... Do kieszeni, o. Zresztą mnie to już w niczym nie pomoże. Może kiedyś, może te dziesięć lat temu, kiedy zaczynałem moją przygodę. Ale nie teraz. Teraz ja, mało odporny, przepadłem jak śliwka w kompost. Za dużo obserwacji zwierzęcości wpłynęło na interakcję, a interakcja mnie pożarła. Stąd moje eksperymenty. Stąd ten trójkąt.

Rozumiem, że nie chcesz tego tematu kontynuować. Zawieszam głos. Zbyt dobrze go znam, chce, pewnie, że chce, chce, jak cholera, wygadać się, wyrzucić to z siebie, to mu pomagam.

Miałem dalej nie mówić, droczy się jak ktoś, kto ściąga na siebie jupitery i ma wyjawić wielki sekret, ale celowo odwleka moment ekspozycji, jak dziewczyna pokazująca podwiązkę, mówiąca: może zdejmę, może nie. Tobie powiem, widzimy się ostatni raz przed długą rozłąką, to może zapomnisz do następnego spotkania. Robi efektowną pauzę. Ręce mu się trzęsą, pewnie brak magnezu, równowagi w życiu i, przede wszystkim, mikroelementów. Alkohol wypłukuje. Siedziałem na krześle obrotowym, a oni, naprzeciwko mnie, na moich oczach. Marlena przekonywała, że jeżeli między nami jest miłość czysta, to taki eksperyment z łatwością przetrwa. A ja patrzyłem, jak gruby tatuś z brzuszkiem i włosami na dupie i na plecach nie tak czysto moją Marlenę posuwa. Ona w łuk wygięta, z zaciśniętymi powiekami przygryzała wargi, jej cycki raz po raz jak dwa wahadła to do przodu, to do tyłu latały, bim, bom, bim, bom. A on ją, sapiąc – widocznie sprinter nieprzyzwyczajony do maratonów – na pieska od tyłu. Nie czułem żadnego podniecenia, nic, kropla po kropli wsączała się we mnie obojętność, kiedy widziałem to owłosione dupsko, te owłosione plecy i Marlenę, wtedy moją Marlenę, którą, wierz mi lub nie, kochałem, która pod tym starym cepem jęczeć zaczynała. Jęczeć! Stuka knykciami w stół, aż się spodki i łyżeczki trzęsą, aż starsi panowie i pani zza lady na nas zezują. Tego było za wiele. Wyszedłem, kontynuuje, upiłem się. I tak na przemian: albo śpię od rana do nocy, albo piję i szlajam się od nocy do rana, od dwóch dni. Wzdycha. A co u ciebie?

Co u mnie? Po takim wyznaniu czuję się znokautowany, nie podejmę rękawicy ciekawych opowieści. Nudy na pudy, odpowiadam.

No tak, nudy na pudy, a co innego?! Oburza się, widać szybko zmienia w głowie ukierunkowanie frustracji. Wyprowadzasz się z Krakowa. Chodzą słuchy na mieście, że w przykładnego obywatela się zmieniasz, że ciepły domek, ciepłe kapcie, ciepła prawie żona, drwi. Chce mnie zdenerwować, chce, żebym i ja, jak on, wytrącił się z równowagi, wykrzyknął: tak! tak, kurwa! Koneja, to wszystko prawda! chodźmy jak za starych, dobrych lat się zniszczyć! Nie wytrącam się z równowagi. To napędza go jak bączka. Co ta Alicja z tobą zrobiła?! No popatrzcie na niego: ogłady nabrał, schludności, odpowiedzialności! Na kawę się umówić, a nie na piwo albo wódkę pożegnalną!... Dobrze, że ci się szczęka bardziej kwadratowa nie zrobiła. A może... Może już tak przywykłeś do prasy, do blichtru medialnego, że na celebrytę się robisz, że wkrótce umówić się z dawnym – tak: z dawnym kumplem – nie będzie możliwe, bo kalendarz masz zapełniony spotkaniami, a na mieście tylko kawa i woda Perrier, bo to dobrze do stylówy, do garnituru, do poszetki, do tajemniczego looku pasuje. Wizerunek jak gorzka czekoladka: niby słodycz, ale z nutą goryczy. Bo wiadomo, kim, czym się zajmujesz. To nie jest bombonierka, oj nie. Nie słodkości, zupełnie odwrotnie. Pewnie kolejne kontrakty na tę gorycz masz popodpisywane, pewnie terminy napięte, pewnie zaraz, z tej passy i stabilizacji będziesz chciał mieć potomka, pewnie...

Koneja, urywam, niemal warknięciem. Udaje mu się. Koneja, ty weź się kulturalnie ode mnie od – w głowie miga cała kulinaria -odów: odchrzań, odpieprz, odpierdol, odczep. Po prostu, Koneja, spierdalaj.

No pięknie, przyklaskuje ucieszony jak dziecko i już studzi: spokojnie, mój drogi, ja tak tylko się z tobą droczę, jak kot z myszką, chciałem wyciągnąć z ciebie cokolwiek, bo jak posąg siedzisz, jak nie ty. A swoją drogą, nachyla się i odsłania promiennie kość słoniową uśmiechu. To ty, wybacz mój język, stąd spierdalasz.

To prawda, wyjeżdżam, przytakuję. Wyjeżdżam z Krakowa, ale co z tego? To miasto jak każde inne wszystkim odmiennie się prezentuje. A mnie już wszystko zaprezentowało, co chciało, mnie – po pół roku pracy z wampirem, sześciu miesiącach, które wiele we mnie psuje, chcę dodać, ale ucinam tę myśl niemądrą – mnie zwyczajnie przejadło się, mi smog krakowski płuca i gardło doszczętnie przepalił, tchawicę zwęglił. Moje życie w Krakowie już od dawna orbituje poza Kraków, gdzie indziej się kręci, a nawet nie gdzie indziej, a wokół innej sfery. Achilpowie, taki lud nomadyczny, zabierali wszędzie ze sobą święty słup. I gdziekolwiek zatrzymywali się, żeby rozbić obozowisko, wbijali go w ziemię, dzięki temu wiedzieli, że są w środku świata, w rzeczywistości, w domu. Dla mnie takim słupem jest praca...

Achilpowie?! Przerywa bezczelnie. Skąd ty to wziąłeś?... Aaa. Już wiem. Już wszystko wiem, wszystko rozumiem. Z jedną kobietą się wiążesz, to myśl o innej wraca. Szczerzy się, a ja nie do końca rozumiem, o co mu chodzi. Jak ząbki?, pyta, jakby tym pytaniem chciał mi zadać cios, nokaut, swoją wyższość przede mną, przed sobą pokazać, a ja dalej nie mam pojęcia, o co mu chodzi, czerwonej rękawicy ukrytej w ciemności nie widzę.

Momentalnie przypominam sobie, zaskakuje film na ząbki aparatu, przewijam i wszystko widzę. Przypominam sobie, bo jak mógłbym zapomnieć, nawet jeżeli chcę przyśpieszyć rozpuszczanie mojej pamięci przez soki trawienne czasu. Zakopuję niektóre wspomnienia w grobie, ale warstwa ziemi okazuje się zbyt płytka, grób też jest płytki. Nachylam się nad świeżo nasypaną glebą – taka pachnie najbardziej intensywnie, niemal natychmiast mogę wyobrazić sobie dżdżownicę, która ją spulchnia wzmożonym wysiłkiem pierścieni. Zbliżam dłoń do powierzchni mogiły, na wysokości twarzy pochowanej. Odgarniam z łatwością, jakby ziemia nie była ziemią, a świeżym puchem, a pod gruntowym puchem twarz, posągowa śpiąca królewna, której imienia nie chcę sobie przypomnieć – celowo też nie stawiam nagrobka, bo nagrobek definitywnie przenosi do krainy umarłych, odgradza tego, kto zanurzony w świecie, w historii i w rzeczywistości rynkowej, od zanurzonego w materii domysłów. Przede mną leży ta, którą celowo w płytkiej mogile bez tabliczki utrzymuję na granicy życia i melancholijnego wspomnienia, którą, również celowo, nazywam po prostu: Dziewczyną. Liczę się z ryzykiem rozmycia, dekonkretyzacji, odchylenia jej bytu w mojej świadomości w stronę zjawy albo anielicy. Albo dziewczyny uosabiające najlepsze cechy wszystkich innych dziewczyn, które mam okazję poznać, smakować, doświadczyć. Ale Dziewczyna nie jest jak inne. Czy raczej – nie była, bo jest już pochowana. A mimo to patrzę na jej skórę, wcale nie siną, a ciepłą; na jej ścięte tuż do wysokości karku platynowoblond włosy oprószone ziemią; na przymknięte, mocno umalowane powieki; na spokojnie, rytmicznie unoszącą się powierzchnię dzięki napędzanej oddechem klatce piersiowej, a co wdech, to grób w górę, to grudki ziemi turlają się jak małe lawiny, a co wydech – wyłania się szyja, przedramię, a na nim tatuaże kolorowe, różnosymboliczne. Nachylam się nad nią, czuję jej oddech na twarzy, zapach pomadki. Patrzę na powieki, one patrzą na mnie, powieki się unoszą, spadam jak Alicja do króliczej nory, do Krainy Czarów.

To jest bez sensu, mówię do niej, stygnąc, odklejając się od prześcieradła, które przywiera do spoconej skóry. Przecież my się w ogóle nie znamy. Ja jestem, ja byłem w związku jeszcze przed chwilą, ale już chyba nie chcę w nim być.

Cicho, kładzie mi palec na ustach, nie patrząc nawet na mnie, a przyglądając się plakatom, które mam w swoim pokoju w kamienicy na ulicy Szlak w Krakowie. Bądź sobie, z kim chcesz, a ja, z kim ja chcę, to nie jest ważne przecież. Przed chwilą postarałeś się, podobało się mi. Widać, że seks to dla ciebie pole do popisu. Powiedz, odwraca się do mnie, rzuca zawadiackie spojrzenie: przeleciałeś tę kurwę z góry?

Jaką znowu kurwę... Masz na myśli Marysię? Nie, skądże, ja ją tylko śledzę czasem, jak śmieci idzie wyrzucić. Po zapachu... To skomplikowane, wybija mnie z rezonansu, choć przed chwilą dobrze nam było razem rezonować. Skąd w ogóle o niej wiesz?

Wszyscy wiedzą, wzrusza ramionami, a na nich nowy tatuaż lśni. Nie pytam, nie teraz. Teraz cofam się tunelem ziemistym, w górę, ponad płytki grób, ponad wspomnienie, z nadzieją, że tu nie wrócę. Wiem, że jest to nadzieja głupca – raz wprawiona w ruch reminiscencja wraca jak pies bity regularnie, ale i regularnie karmiony. Jedynym sposobem pozbycia się go jest okaleczenie. A ja nie jestem stworzony do przemocy.

Koneja, absolutnie nie mam pojęcia, o którą ci idzie, postanawiam rozładować atmosferę. W końcu widzimy się po raz ostatni, niech ma coś z tego spotkania, ze mnie z jego wspomnień. Chcę przenieść uwagę z rozkopywania grobu, z rozdrapywania ran na wspomnienia innej natury, lekkiej jak dmuchawiec. Albo latawiec. A ty wiesz, że wczoraj w telefonie znalazłem numer do Katarzyny?

Jakiej Katarzyny?, aż oblizuje się, widzę w jego oczach lustra, w których odbijam się młodszy, bardziej dziki, bardziej niepoprawny ja, z którym można było porozmawiać o kobietach, o byłych, o aktualnych, czyli o tym, co Koneję najbardziej interesuje. I czemu: Katarzyna? Ostro, sucho, uch. Czuję na języku posmak papieru ściernego. Barteczku kochany, łagodniej: Kasia, Kasieńka, Kasiunia, a jak już chcesz ostro, to: Jekatierina. A nie od razu: Katarzyna.

Katarzyna, brnę w swoje. Katarzyna-Latarzyna, mówi ci to coś?

Aaa, Koneja doznaje nagłego olśnienia. Ta Katarzyna. Fakt, nie zasługuje nawet na Jekatierinę. Ależ ona ci rogów przyprawiła, biedaku!

Nad niejednym kominkiem moja głowa mogłaby zawisnąć, jak łeb jelenia albo łosia. Na swoje usprawiedliwienie mam to, że byłem młody, zakochany...

Zakochany, prycha. Ta, a jedzie mi tu czołg? Jeżeli byłeś zabujany, to w parze tych monstrualnych balonów, tych mieniących się w słońcu dojrzałych czereśni, za którymi pół miasta się oglądało. Ja, dodam, wzrok odwracałem. Bo mnie raziło.

Może nie była to miłość pierwszego sortu, ale czułem przywiązanie, powiem na swoją obronę. Ją natomiast przywiązanie, a nawet żadna grawitacja związkowa nie dotyczyły. Unosiła się na swoich balonach wysoko w niebo i szybowała jak latawiec. Każdy mógł ją mieć, wystarczyło pociągnąć delikatnie za sznureczek.

Za sznureczek, powtarza jak echo Koneja, szybując w chmurach z balonami. Też, młodszy ja, szybuję i też jak Ikar dolatuję zbyt wysoko, zbyt blisko Słońca. Długo nie mogę pozbierać się po odkryciu, że oprócz mnie spotyka się z czterema facetami. Równocześnie. A przed tą fatalną dekonspiracją myślę nawet o pierścionku. Dwa lata razem to kawał czasu.

Nie miałem szczęścia do prostych, poukładanych dziewczyn. Ślicznych bardotek.

A Alic... kasła, jakby w pół słowa zrozumiał, gdzie jest granica, zatrzymuje but na centymetr przed wdepnięciem na minę. A tak, tak, to prawda. Wiesz, zmienia temat, że do tej pory w pewnych miejscach krąży historia o tobie i o tej szczekającej dziewczynie?

W których pewnych miejscach?, pytam i chcę się dowiedzieć: jakim sposobem historia tam trafia?, ale w lot pojmuję, że nic mi nie powie, albo podkoloryzuje, albo w żywe oczy skłamie.

Musisz wybaczyć, stary, któregoś razu, przy piwku, po prostu mi się wymsknęło, przyznaje się bez nacisku. Ale spokojna głowa, zmieniłem imiona i fizjonomie, poza opisem mieszkania i kamienicy. Tak że nikt się nie domyślił. A poza tym wydarzyło się to tak dawno, chyba jeszcze nawet na Szlaku nie mieszkałeś. Nikt cię nie powiąże.

Mieszkałeś, mieszkałeś, poprawiam. W zasadzie to był mój pierwszy tam miesiąc.

Tym lepiej! Zresztą, macha ręką nad pustą filiżanką, plotki mają to do siebie, że lubią metamorfować. Nikt nie wie, jak było naprawdę. Nawet ja! Nikt poza tobą. To może, ścisza głos, może chciałbyś mi opowiedzieć, co? Historia za historię, bi-tu-bi, jak biseksualista biseksualiście.

Ale ja nie jestem biseksualistą.

Nieważne, macha ręką, jakby chciał się opędzić od tego zdania, ukrytego w nim sensu, rzekłbym: bi sensu. Co ci szkodzi? Nie bądź drewniak.

Szkodzi, szkodzi, myślę, patrząc na Koneję, na ten jego wystawiony jęzor, co miele i papla, bo tylko dzięki niemu lubią go, knajpianego gadułę, knajpiane boginie, barmanki. Tylko tymi barwnymi historiami, które w nieskończoność potrafi snuć w płaszczu za barem, byle na jeszcze jedną kreskę, jeszcze jedno piwko albo wiśnióweczkę, kochanie. A ja ci tu potowarzyszę, natrętów odtrącę, sprawię, że nuda zniknie, jak Titanic pod wodą.

Dobrze, wzdycham. Jak już wspomniałem, wszystko wydarzyło się w mieszkaniu, z którego dzisiaj się wyprowadziłem. A zaczęło się od psa imieniem Fifi. Mały, szczekający sierściuch. Opowiadam mu o nim, całą historię, jestem w korytarzu kamienicy. Jestem za każdym razem, kiedy wracam z zakupami ze sklepu, a Fifi rasy jamnik – która to rasa nie zasługuje na miano psa – rzuca się na mnie, na moje łydki, na nogawki, na siatki, szarpie, szarpie tak długo, aż torba plastikowa nieekologiczna z ekologicznym jedzeniem albo nogawka, albo skarpetka na łydce pęka. Szarpie i szczeka, a potem mały tchórzliwy terrorysta chowa się za swoją panią, która każdorazowo krzyczy: Fifi! Wracaj! Wracaj, mówię!, każdorazowo mnie przeprasza: on tak pierwszy raz, proszę wybaczyć, każdorazowo pomagając mi pozbierać zakupy, strzępy nogawek i nerwów. A ja, każdorazowo, kiedy chowam się w bezpiecznych murach mieszkania, kiedy słyszę oddalający się szczek zwycięstwa odbijający się od krętych korytarzy kamienicy, przysięgam sobie solennie: Fifi, wrogu mój, kiedyś cię otruję!

Kiedyś następuje parę dni później, ale nie kiedyś – chwila chwalebna, otrucie potwora, a kiedyś, kiedy wracam późną nocą rozpalony, ona też rozpalona. Wpadamy do mnie, przynęta na: może masz ochotę na wino? Została mi ostatnia butelka porto w mieszkaniu – działa niezawodnie, działa zawsze, kiedy ani ja, ani ona na alkohol patrzeć już nie możemy, kiedy rozum śpi, a budzą się i opętują inkuby i sukuby lubieżne. To my, jak demony, w lubieżny uścisk, w lubieżne: usta-usta, lubieżne: dłoń-pasek, lubieżne: dłoń-majtki, lubieżne: palce-i te wszystkie miejsca na ciele, w które tylko mogą się wśliznąć. A potem to już zapamiętałe dyszenie, niezgrabne – chociaż w ciemności niezgrabność ukryta – ściąganie z siebie ubrań, zakładanie prezerwatywy, podsycanie w wyobraźni podkręconej alkoholem wzajemnej atrakcyjności, że ja w jej oczach: alfa, a ona w moich po prostu: zajebista. Wchodzę w nią, ona jęczy, ale nie jak w filmach porno, a że za mocno, przepraszam, nic się nie stało, mówi, po prostu mnie zerżnij, wgryza się w ramię. To rżnę. Materac trzeszczy, przyjemny chłód pełźnie po plecach, po pośladkach, po łydkach, po jednej skarpetce, której nie zdążam w lubieżnym szale ściągnąć. Myślę o tej skarpetce, chcę ją w międzyczasie paluchem drugiej stopy zrolować, ale dziewczyna zaczyna jęczeć, rytmicznie, z każdym wejściem. Wybijam sobie skarpetkę z głowy, w takiej chwili muszę być mężczyzną. Koncentruję się, rżnę dalej. Podczas rżnięcia, w trakcie mojej zapamiętałej pracy, słyszę jej jęki, ale słyszę coś jeszcze. Łóżko? Czy to skrzypienie łóżka? Też, odpowiadam sobie. Też, bo tam, skąd przyjemny chłód, skąd nocne powietrze wlatuje, tam za uchylonym oknem jest podwórze, a po podwórzu przez okno uchylone jej jęk się odbija, echem rozchodzi, a w tym jęku słychać inny głos. Fifi! Nie mogę się mylić, wszędzie o każdej porze, nawet takiej jak ta, poznałbym mojego wroga. Ona jęczy, on szczeka, wtóruje, wyje. Ona w zapamiętaniu, paznokcie w plecy wbija, krew pocieknie, czuję, ale pracuję dalej, a Fifi coraz głośniej i głośniej, przez plac pod kamienicą dwugłos się rozchodzi, ludzko-zwierzęce, zwierzęco-ludzkie opętańcze jęki. Jest noc, sąsiedzi budzą się, zapalają światła, wychodzą na balkony, staram się skoncentrować, mężczyzną być, nie myśleć o tamtym, a o niej, o zajebistej. Jak na zawołanie przyciąga moją głowę, moje usta do jej, wpycha język, walczy z moim – zamknięci w ślinianej klatce zawodnicy MMA. Ale w głowie tylko Fifi szczeka. W panice wydaje mi się, że nie z zajebistą się całuję, nie ją rżnę, a mojego wroga posuwam. Z Fifim się, kurwa, rucham!

Masz to wino?

Taki jest finał, drogi Koneja. Pyta o butelkę. To wypiliśmy i poszliśmy spać. Takie to pieskie życie. Patrzę na rozbawionego kumpla. To jak, masz swoje bi-tu-bi? Ukontentowany?

Może, może, bawi się łyżeczką od kawy, przerzuca grunt na dnie filiżanki jak grabarz ziemię. Nie wiem, skąd takie cmentarne porównania, po prostu wypływają ze mnie, jak woda bulgocze ze studni artezyjskiej, podobnie jak wspomnienia zakopane też bulgoczą, też powoli na powierzchnię chcą wypłynąć. Tę historię, odpowiada Koneja, to ja jednak znałem, tylko mi detale odświeżyłeś. Za mało, Bartek, za mało. Uracz mnie, proszę, jeszcze jedną, ostatnią opowieścią, zanim się pożegnamy. Wiem, czuję tam w środku pod żebrami, że długo się nie zobaczymy. A ja ciebie chciałbym zapamiętać takim, jakim byłeś naprawdę, wtedy, w tamtych dzikich latach.

Szybko wyczuwa moją irytację.

Nie kwestionuję twojej obecnej egzystencji, rzecz jasna. Wydaje mi się, że zwyczajnie kapciejesz, tatusiowiejesz. A mnie tatusiowie nie interesują. Chcę odgryźć się, że jego może nie, ale Marlenę to prędzej, ale odpuszczam. To jak? Ta ostatnia historia? I zamykamy wrota do przeszłości.

Cisza. Moja, jego, między nami, bo wokół hałas, życie, ruch: przy stoliku pod ścianą ruch przewracania strony „Wyborczej” przez stałego bywalca, za ladą ruch pani, co ignoruje nas, dla której już tłem się stajemy, zlewamy się z meblami i szumem w radiu i na Świętego Jana, zajęta własnymi sprawami. Ale między Koneją i mną nieznośna cisza. Nie znoszę nieznośnych cisz.

Słyszałeś o Malwinie?, pytam z nadzieją, że zamknę tą opowieścią skrzydła wrót do przeszłości, dziewiąte wrota, że mi odpuści, że jeszcze chwilę pitu-pitu, ploty-ploty i będę mógł pojechać dalej, w poszukiwaniu akcji, mięcha.

Malwina, delektuje się tym słowem, mieli je w ustach, na końcu języka, na początku swoich myśli. Ta Malwina, która raz w miesiącu szła na miasto, stawała na rogach różnych ulic, najczęściej na Mazowieckiej, ubrana w płaszcz jak krem i lateks jak atawistyczny seks, która nie chciała pieniędzy za swoje usługi, ale która żądała czegoś innego, a słowo żądanie jest jak najbardziej na miejscu, bo kazała klientowi być posłusznym, uległym i poddanym? Ta Malwina, co można ją było spotkać o pełni księżyca, legendarna sado-maso kurewka, co w pogodę i niepogodę, co jak wyszła, to wystarczył kwadrans, żeby ją wyrwać, rozchodziła się jak ekskluzywny towar rzucony w Lidlu, że tylko szczęściarzom się udawało, a trzeba było mieć mnóstwo szczęścia, bo nigdy nie wiadomo, gdzie tym razem się pojawi?, recytuje jednym tchem jak pacierz. Ta Malwina, co zabierała szczęściarza do apartamentu wysokiej klasy o wysokim standardzie poufności, co wiązała go do łóżka i różne rzeczy z facetem wyprawiała, a siadanie na twarzy, lanie woskiem po klacie albo kazanie haukać jak dog w obroży to była gra wstępna? Ta Malwina, co po wszystkim znikała, jak się pojawiła, i żaden klient nie wiedział, czy była prawdziwa, co tym bardziej podkręcało aurę bachanalistycznego podniecenia wokół niej? Ta Malwina, co ty, cholerny szczęściarzu, miałeś farta dołączyć do orszaku jej kochanków? Wreszcie ta Malwina, co udało ci się ją wytropić w prawdziwym życiu, zaobserwować podczas dwudziestu dziewięciu innych dni w miesiącu, co okazała się nauczycielką w szkole podstawowej w Nowej Hucie, żoną i matką?

Kiwam głową.

Co z nią?

Bo widzisz, Koneja, zaczynam, a wiem, że to, co powiem, złamie mu serce, kręgosłup, pojawi się rysa w oczach, w lustrze, którym na mnie patrzy. Mówię z pełną premedytacją: Ja to wszystko wymyśliłem.

Cisza. Moja, jego, między nami. Ale nie jest to cisza spokojna, ta cisza bulgocze wrzątkiem.

Co kurwa?! Koneja zaburza nie tylko naszą ciszę, ale i ciszę wokół stałego bywalca, wokół pani zza lady, wokół audycji z radia, a nawet na chwilę falą się niesie na Świętego Jana i zatrzymuje w pół kroku przechodnia. Bartek, ty skurwysynu, to była moja najlepsza knajpiana opowieść! Jak to się wyda, będę spalony na mieście... Cholera, łapie się za czoło. Serio? Przez te wszystkie lata mnie wkręcałeś?

Kiwam wolno głową.

Przecież... Przecież ja na nią rok polowałem. Wiesz co, wstaje od stolika, ty to jednak kutasiarz jesteś, wiesz? Chujek. Idę... Odlać się idę!

Idzie sobie. Pokazuję uspokajająco gestem pani zza lady, że panuję nad sytuacją, że jeszcze chwila, że zaraz sobie pójdziemy. Uznaję, że świetnie rozegrałem to z Koneją, mam lekki wyrzut sumienia na myśl, jak bardzo nim moje wyznanie wzburzyło, ale tak będzie lepiej. Dla mnie lepiej – skończy dopytywać, skończy drążyć, dla niego lepiej – nie będzie tak bardzo do mnie, do moich historii i jego ze mną historii tęsknić. Najgorsze jest jednak, dodaję do ostatecznego rozrachunku, że cała historia z Malwiną to prawda, sto procent prawdy w prawdzie.

Patrzę na zegarek. Kwadrans, góra pół godziny, jeszcze tyle mogę posiedzieć. A potem muszę jechać, muszę odebrać Alicyjkę. I muszę, mam przemożne pragnienie, zeskrobać trochę mięcha, czystej akcji z rzeczywistości. Bo tego mi brakuje.

Brakuje. To słowo, cała siła znaczenia, jaką jest naładowane, w niewytłumaczalny sposób szarpie mną na wysokości splotu słonecznego. Ścisk – może to kawa, może melancholia – który uderza jak fala ciepła podczas gorączki. Uderza, szarpie i wciąga pod ziemię, do ziemistej króliczej nory.

Co znaczy twój nowy tatuaż?, pytam Dziewczyny. Siedzimy nad Wisłą, gołymi spodniami na trawie, bez kocyka, bez wiklinowego koszyka, bez piknikowego sztafażu, tylko piwo w puszce i plecak. Za to pogoda piknikowa. Przed nami służący samochodom za most stopień wodny Dąbie. Za nami rowerzyści na ścieżce. Słońce grzeje w plecy, czuję, jak prawie skwierczy skóra na karku.

Co znaczy? A musi coś znaczyć? Rzuca, ton ma zawadiacki, graniczy z wulgarnością. Róża, zwykła róża, jak w Małym Księciu. Lubię róże. Lubię też ból przy tatuowaniu, kiedy igła dziurawi skórę, zostawia tusz, takie przyjemne mrowienie, aż mi ciarki przechodzą po plecach. Uśmiecha się, oczy ma podekscytowane. Szybko gasną. Widzę, że taki dziadzio jak ty nic a nic nie rozumie. Podaj mi piwo, wyciąga dłoń.

Dziadzio!, prycham. Trzydzieści coś na karku to nie dziadzio. Jestem w sile wieku.

Taaa, w sile wieku, kpi. Rano omal zawału nie dostałeś. A teraz daj mi to piwo i mnie nie wkurwiaj. No już, już, migiem. Zwęża usta w dzióbek, mruży oczy: dziadziu.

Sama je sobie weź, ton obrażony, oddalam puszkę na wyciągnięcie ręki. Przewraca oczami, nachyla się, a ja ją drugą ręką łapię, do siebie przysuwam, aż kolorowe legginsy, aż glany, aż zielona koszula wojskowa i platynowoblond podskakują, a z podskokiem jej pisk, jej: Bartek, kutasie!, jej: daj to piwo!, jej: nie urządzaj tu pieprzonego Kiedy Harry poznał Sally z pieprzoną Meg Ryan, jej mocne przywarcie ustami do moich, a mojej dłoni pod krótkimi dżinsami Dziewczyny do jej tyłka, jej wyrwanie mi puszki, odskok i jej triumfalne: moje!

Nim zdążam odgryźć się, warknąć, za plecami głos nieznajomy, nieprzyjemny:

A państwo, widzę, piwo w plenerze piją. Odwracam się, patrzę: czarne buty, pod którymi muszą być czarne spocone skarpety, bo gorąc, i niebieskie nogawki spodni, biegnące w górę, w stronę opiętego krocza – nie chcę wiedzieć, co kryje błękitny materiał, który zakrywa jak szklarnia. Za picie w miejscu publicznym, grzmi głos, głos władzy, która jest wysoko, nie patrzę tam, nie sięgam wzrokiem, słońce mnie razi, oczy mrużę, a jakbym chciał twarz słowa wypowiadającą dostrzec, kark bym wyłamał, będzie sto złotych.

Słyszę chrzęst gniecionej puszki, odwracam się, Dziewczyna szczerzy uśmiech do funkcjonariusza.

Panie oficerze, ale to pan nie wie, że my tę puszkę, jak i inne zbieramy? Oficer milczy, ona szczerzy uśmiech, pożółkła perła. To pan nie wie, że my z ujotu, ja plus pan doktor z Wydziału Ochrony Środowiska debatę prowadzimy, a przy okazji oczyszczaniem ziemi się zajmujemy? Władza wciąż milczy, ocenia, wydaje mi się, że kątem oka dostrzegam pełzającą w dół nogawki kroplę potu, kroplę, która rozlewa się w plamę na materiale; ale grzeje, skóra skwierczy. Pan oficer, kontynuuje Dziewczyna, musi takimi głupotami się zajmować, a nie operacją o kryptonimie „Skóra”? Władza dyga.

Co mi pani próbuje wmówić?, oficer dudni. Poproszę dowód osobisty. Pana doktora również.

Chwilę trwa dyskusja, w końcu wstaję, okazuje się, że od władzy o głowę jestem wyższy, wyciągam banknot, płacę, władza odchodzi. Rozmawiamy, rzucam tematy mało ważne, wątki, po których jak po szczeblach drabiny kierujemy się w stronę ważnego tematu.

Co to jest operacja o kryptonimie „Skóra”?

Ja tu chciałam przed tobą zabłysnąć – w końcu te tematy to twoja bajka – a ty taka gapa. Nie dość, że dziadzio, to z alzheimerem. Ale nic to, chodź do mnie, utulę cię, kroplówkę podam, basen, kiedy będzie trzeba, nakarmię kremem z groszku. Widzi moją minę. No dobrze, dobrze. Ale serio, odwraca głowę, już bez pozorowania, z dziewczęcą ciekawością, porównywalną z ciekawością młodego kociaka. Naprawdę nie wiesz? Ty? Ty, który specjalizujesz się w tych wszystkich okropnych bestiach i potworach? Fiu, fiu. Chyba mam w rękawie asa, zbliża się ustami do moich, patrzy mi w oczy, rzucając spojrzenie spod rzęs, dłoń bezwstydnie zbliża na wysokość mojego zmaltretowanego porannym joggingiem krocza. I zaciska. Ile zapłacisz mi za taką historię? Bo to może być hit.

Mam skromną emeryturę, czuję mocniejszy chwyt. Wszystko wydałem na mandat, dłoń zmienia się w imadło. Dycha wystarczy?

Dycha, powoli zwalnia uścisk. Na początek kąsa mnie w wargę, by zaraz wrócić do pozycji siedzącej, niewinnej, z rękami obejmującymi kolana, jakby nigdy nic. Ze wzrokiem skierowanym na stopień Dąbie wyciąga z kieszeni zmiętą, jak moje krocze, paczkę djarumów, zapala jednego.

To posłuchaj. Słucham. Kilkanaście lat temu, pod koniec lat dziewięćdziesiątych, w styczniu, w mroźny poranek załoga statku „Łoś” natrafiła na dziwne znalezisko, o tam, wskazuje ręką. Coś wkręciło się w śrubę, więc to wyciągnęli. Po odkryciu, że nie mają do czynienia z patykiem ani kawałkiem folii, powiadomili policję. Wyłowionym znaleziskiem okazały się kawałki porąbanego ciała. Znaleziono skórę, zdjętą z niesamowitą wprawą z korpusu dwudziestotrzyletniej Katarzyny. Tak rozpoczęła się jedna z głośniejszych zagadek kryminalnych nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Zaciąga się, wypuszcza dym, a ja w tym dymie widzę wszystko: i załogę, i mroźny poranek, i śrubę, i znalezisko. Podobno FBI było zaangażowane w tę sprawę, kontynuuje, ponoć nawet jasnowidz, ale nie schwytano sprawcy. Sporządzono portret psychologiczny, określono, że zabójcą musiał być rzeźnik, były pracownik oddziału medycyny sądowej czy inny artysta. Schwytano nawet podejrzanego chorego świra – student z Rosji, wyobraź sobie, uciął łeb staremu, zrobił ze skóry kominiarkę i stanął przed swoim dziadkiem, mówiąc trochę jak ze Star Wars: jestem twoim synem. Szybko okazało się, że to jednak nie ten. Ponoć sprawca inspirował się Hannibalem Lecterem z Milczenia owiec Harrisa. I kto mówi, że czytanie jest bezpieczne?, szturcha mnie w bok. A ty co taki zamyślony? Chcesz się tym zająć? Nie odpowiadam. Uśmiecham się tylko, chyba głupkowato, tryby pod czaszką zaczynają pracować. Czuję podniecenie, ale nie fizyczne, a takie, jakiego dawno nie odczuwam. Ale poczekajmy, na to przyjdzie pora.

Palimy?, zmieniam temat.

Ale już wypaliłam djarumka.

Widzę, że nie tylko ja mam kłopoty z pamięcią, babciu, sięgam do kieszeni po długiego, soczystego tłuściocha. Blant, a raczej, biorąc pod uwagę stężenie marihuany w stosunku do tytoniu, Pan Blant. Myślę jednocześnie, że dobrze, że z tym nas władza nie przyłapuje. Dziewczyna unosi brwi, rozdziawia usta, przybierają kształt uśmiechu. A kto miał pomysł, żeby zjarać się dzisiaj, założyć różowe okulary?, sięgam do plecaka po dwie pary oprawek z zarumienionymi szkłami. Walkmana z kasetą Beach Boys na uszy?, sięgam po dwa stare odtwarzacze z jeszcze starszą The Beach Boys: GREATEST HITS razy dwa, a uśmiech Dziewczyny sięga prawie uszu. I w tym odmiennym stanie świadomości zwiedzać Kraków, który nigdy tak jak dziś?

Bartek, cofam, co powiedziałam, mówi, a ja słyszę odgłos cofanej taśmy, przewija ją do początku. To odpalaj, żeby nas ten kurdupel nie zdybał znowu, bo za to dwa latka, a ja już nas nie ochronię jak poprzednio. I ruszajmy na miasto.

Skąd ty to wiesz?, pytam, kiedy idziemy przez Kraków nasycony majem, nasycony barwami, spowolnieniem i przyśpieszeniem czasu, kiedy wydaje się, że idziemy/szliśmy/będziemy iść jednocześnie, a tak naprawdę czekamy, bo te cholerne światła nie chcą się zmienić, ale chyba nie palą się dla nas, a dla samochodów, a nie jesteśmy już w Krakowie, zdaje mi się, że we Wrocławiu albo w Wenecji, taka piękna Wenecja, nigdy jeszcze nie byłem w Wenecji, a pojechałbym, Beach Boys drą się, że get around woowoohoo!!!, pięknie, cudownie, Dziewczyna trzyma mnie za dłoń, śmieje się, kręci jak derwisz, a tak w ogóle to bym coś zjadł.

Ale co wiem?, łapie śmiechawę, mijamy ludzi albo manekiny, idziemy prosto. Manekiny, u Schulza były manekiny, których bał się okrutnie, tak sobie przypominam, rzeczywistość wygląda w ogóle jak ze Sklepów cynamonowych, ciekawe, czy jarał, a tak swoją drogą, jak jesteśmy przy cynamonie, niemal czuję jego zapach jak kawy z kardamonem i cynamonem, i czymś słodkim, na słodkie mam ochotę.

Czekaj, o czym my rozmawialiśmy, próbuję złapać wątek, wytężam umysł, ale ciężko, cholera. Słuchaj, może zapiszę sobie, że mam cię o coś spytać, o coś ważnego, i spytam potem, bo coś czuję, że ta rozmowa nam się nie klei. Masz ochotę na pizzę? Czy burgera? Kiwa głową, idziemy jeść.

Po jedzeniu, po piciu, po spacerze, po pięknym popołudniu, po tym, jak kasetę zapominam zmienić, bo dawno już nie gra, ale ze słuchawkami na uszach przez miasto idziemy, przypominam sobie pytanie. Zbliża się wieczór, wychodzimy z tego kalejdoskopu, więcej kojarzę, wątki sklejam.

Powiedz mi, skąd o tej dziewczynie wiesz? O tej, co kryptonim „Skóra” sprawa się nazywa?

Z internetu.

Z internetu?

A to, że z takiej mieściny, co w niej psy dupami szczekają, pochodzę, to myślisz sobie, że co? Że światłowód do nas nie dotarł? Że jeszcze telegramem mejle wysyłamy, snapy gołębiem? Oj, dziadziu, dziadziu. Dziadziu, czyli