Zabłądziłam - Agnieszka Olejnik - ebook
Opis

NOWY GŁOS W PROZIE POLSKIEJ

To współczesna powieść obyczajowa, przy której wzruszą się córki, matki i babcie.

Wciągająca jak filmowa historia, przejmująco napisana, psychologicznie przekonująca opowieść o szesnastoletniej  Majce, o jej wchodzeniu w dorosłość, o dojrzewaniu i dorastaniu do  miłości, także fizycznej; o lękach i  niepewności, o radzeniu sobie z demonami przeszłości  i niełatwą „dorosłą” teraźniejszością, o odpowiedzialności, popełnianiu błędów i ich mozolnym naprawianiu. O wielkiej pozytywnej sile i energii, jakie drzemią w młodości, o tym, że „nie ma takiego dołka, z którego nie można by się wygrzebać” – i że trzeba uwierzyć w siebie i w drugiego człowieka, bo tylko to pozwala poskładać rozpadający się świat.

Bohaterką  i narratorką powieści jest  szesnastoletnia  Maja, która boryka się z koszmarnymi wspomnieniami. Jako dwunastolatka znalazła swoją starszą  siostrę po udanej próbie samobójczej – Kaja została zgwałcona na dyskotece.

Matka Mai pogrążona jest od tamtej pory w głębokiej depresji, słaby psychicznie ojciec  ucieka  w pracę, Maja zamyka się w sobie, odsuwa się od rówieśników. Jedyną odskocznią stają się dla niej treningi koszykówki. I fascynacja licealistą Alkiem. Okazuje się, że chłopak  ma podobne jak ona doświadczenia – jako czternastolatek stracił brata.  Maja i Alek  zakochują  się w sobie, uczą  wzajemnego  zaufania,  powoli dorastają do miłości fizycznej.  Muszą nauczyć się też tęsknoty, kiedy rozeszły się ich drogi. Czy uda im się spotkać, czy rozłąka nie zniszczy ich miłości, co może przywrócić równowagę w ich traumatycznych losach?

OD CZASÓW TERAKOWSKIEJ NIE BYŁO TAK MOCNEJ I PRAWDZIWEJ KSIĄŻKI O MŁODZIEŻY I JEJ ŚWIECIE, JEJ LĘKACH I TĘSKNOTACH. 

Agnieszka Olejnik - polonistka, anglistka, pedagog. Pochodzi z rodziny „lotniczej”, jednak sama poprzestała na szybownictwie. Zakochana w Tatrach i jaskiniach Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Prywatnie jest mamą trzech synów. Hoduje wyżły weimarskie – i właśnie psy (obok literatury i podróży) są największą jej pasją.

Pierwsza książka – Awantura w bajkach powstała dla jej kilkuletniego synka. Wysłała ją na konkurs Fundacji ABC XXI Cała Polska czyta dzieciom w roku 2007 i otrzymała wyróżnienie. Następnie ukazała się Ava i Tim dla dzieci i młodzieży, wydana przez NovaeRes. Gdy najstarszy syn przeżywał pierwsze miłości, powstała powieść Zabłądziłam.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 308

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


© Copyright by Agnieszka Olejnik © Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2014 PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Urszula Gireń ILUSTRACJE: © iStock REDAKTOR PROWADZĄCY: Katarzyna Krzyżan-Perek REDAKCJA: Paulina Orłowska KOREKTA: Anna Rudnicka, Dorota Trzcinka, Małgorzata WójcikWydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl e-mail: [email protected] fax: (+48-12) 430 00 96 tel.: (+48-12) 619 27 70 ISBN: 978-83-08-05626-4 Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Rozdział

PIERWSZY

Na suficie i ścianie tańczą jasne motyle. To tylko ulotna chwila, odblaski światła od lusterek przejeżdżającego ulicą samochodu. Ścigam je wzrokiem. Zaraz znikną. Leżę na dywanie, pod głową mam poduszkę z bluzy od dresu. Za chwilę pobiegnę na przystanek, chcę zdążyć na trening. Jeszcze tylko kilka sekund. Zamykam oczy i wyobrażam sobie, że wszystko jest inaczej — kiedy wrócę do domu, na stole będzie stał kubek z parującą herbatą, ktoś się do mnie uśmiechnie i powie: „Dobrze, że już jesteś”.

Przyjmuję piłkę i już po kilku sekundach odrzucam ją Kaśce. Błyskawicznie robi krok, potem drugi, po czym piłka ląduje w koszu. Podbiega do mnie, uderza otwartą dłonią w moją dłoń. Po chwili dołączają pozostałe dziewczyny. Nieważne, która z nas podała, która zdobyła punkty. Jesteśmy zespołem.

Czasem mam wrażenie, że dom, szkoła i cała ta codzienność to rodzaj snu albo hibernacji. Że tak naprawdę budzę się tylko wtedy, gdy gram. Pewnie to głupie, ale to jedyne momenty, kiedy czuję się coś warta i wiem, po co to wszystko, po co jest codzienne wstawanie, wysiłek, pokonywanie oporu powietrza. Po co? Żeby wygrać. Ale gdyby ktoś mnie zapytał, dlaczego chcę wygrać, nie umiałabym odpowiedzieć. Na szczęście nikt nie pyta.

Po meczu biorę szybki prysznic. Od niedawna mamy w szatniach prysznice, choć zwykle nie ma ciepłej wody. Nie przeszkadza mi to, przywykłam. Odkąd Kaja nie żyje, w domu też rzadko jest ciepła woda. Rzadko jest cokolwiek ciepłego.

Z trudem wciągam na mokre jeszcze ciało bieliznę, dżinsy i koszulkę. Nie lubię tego, wolałabym wyschnąć i dopiero wtedy się ubrać. Ale spieszę się, chcę go zobaczyć. Chłopaka z jasnymi włosami i brązowymi oczyma, z dołkami w policzkach, Alka. Ma takie rzadkie imię. Aleksander. Nikt jednak nie mówi Olek, tylko Alek. To dobrze. Wolę właśnie tak.

Pojawił się na początku gimnazjum, ale nie we wrześniu, nieco później. Początkowo nie zwracałam na niego uwagi. Oczywiście słyszałam, że do równoległej klasy doszedł jakiś chłopak, że nie jest wysoki, a mimo to dobrze gra w kosza. Nic poza tym. Chyba przychodził na treningi już jesienią, ale nie jestem w stanie powiedzieć, kiedy zjawił się po raz pierwszy. Nie był ważny. Zresztą nic wtedy nie było ważne.

Tak naprawdę zobaczyłam go dopiero tuż przed Wigilią. To był ostatni dzień przed feriami, lekcje były skrócone. Wszyscy spieszyli do swoich ciepłych, czułych rodzin. Tylko ja błąkałam się jeszcze po szkolnym korytarzu. Zajrzałam do biblioteki, żeby wypożyczyć coś na święta, potem poszłam do świetlicy. Nie chciało mi się iść do domu. Wtedy go zobaczyłam. Niewysoki blondyn, włosy do ramion, niedbale rozpuszczone, ale może właśnie dzięki temu wyglądał nonszalancko, jak jakiś amerykański aktor. Brązowe oczy. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że gdy się uśmiechnie, będzie miał te dołeczki. Bo się nie uśmiechał. Stał w drzwiach świetlicy, opierał się o framugę. Pomyślałam, że — tak samo jak ja — ten chłopak nie chce wracać do domu.

Oczywiście nic nie zrobiłam, nie zagadnęłam go, przeszłam obok, jakby nie istniał. Bo wtedy naprawdę dla mnie nie istniał. Nie wiem nawet, czy mnie zauważył. Życzyłam pani Jadzi wesołych świąt, tak jak robią to wszyscy. Potem wyszłam, zapinając w pośpiechu kurtkę, ponieważ wiał wiatr i padał paskudny deszcz, całkiem nieświąteczny. Włosy zaczęły mi się skręcać w sprężynki, jak zawsze od wilgoci, i myślałam, że to dobrze, że jestem sama w tramwaju i nikt nie widzi, jak kretyńsko wyglądam z takimi lokami. Ale tak naprawdę wcale nie było dobrze. Nic nie było dobrze i dlatego zanim weszłam do domu, przez jakiś czas beczałam bezgłośnie z czołem opartym o drzwi. Nauczyłam się tak płakać. Bez dźwięków, bez łez, tylko klatka piersiowa mi podryguje, jakbym się zakrztusiła. Umiałam tak płakać nawet w szkole. Nikt nigdy nie zauważał. Teraz już rzadko płaczę.

Tamten rok nie był ani lepszy, ani gorszy od dwóch poprzednich. Tyle że zmieniła się szkoła i ludzie mnie nie znali. To było dobre. Nie pytali, czy jest już lepiej, czy się pozbierałam. Nie patrzyli ze współczuciem, które strasznie mnie wkurza, bo nie pozwala zapomnieć, choćbym się nie wiem jak starała. Nie pozwala na beztroski śmiech, na wygłupy — zaraz ktoś spojrzy z politowaniem i dopada cię poczucie winy, że się odważyłaś śmiać. Nie żebym miała ochotę się wygłupiać. Ale też nie chcę, aby komukolwiek było mnie żal. Mnie samej nie jest żal. Jeśli czuję cokolwiek, to tylko gniew.

Potrzebowałam nowego środowiska i dlatego wybrałam gimnazjum na drugim końcu miasta. Nie przeszkadzają mi długie dojazdy tramwajem — i tak staram się jak najmniej przebywać w domu. Nawet lepiej, że zamiast pętać się po ulicach i marznąć, siedzę sobie w ciepłym wagonie, wpatrzona w witryny sklepów migające za oknem.

Cała pierwsza klasa minęła mi na chowaniu się przed ludźmi. Bardzo się bałam, że zostanę rozpoznana, że do tej samej szkoły poszedł ktoś z mojej dawnej podstawówki. Najwyraźniej jednak nikt tu nie trafił, ponieważ pozostałam anonimowa. Nawet nie jestem pewna, czy niektórzy z mojej klasy wiedzą, jak mam na imię. Rozmawiam jedynie z dziewczynami z drużyny, ale z nimi też w sumie niewiele. O czym tu mówić? Lubię jednak słuchać ich trajkotania po meczu, zwłaszcza kiedy wygramy. Gdy przegramy, też gadają, ale to akurat puszczam mimo uszu, wyłączam się — za dużo wylewa się z nich agresji. Patrzę tylko na ich twarze, jak wykrzywiają im się usta, oczy otwierają się szerzej, a na policzkach wykwitają rumieńce. Wtedy zazwyczaj odwracam wzrok, bo to kojarzy mi się z krwią.

*

Oczywiście czasem muszę się odezwać. Nauczycielom odpowiadam na pytania — jeśli znam odpowiedź. W podstawówce byłam wzorową uczennicą — teraz odkrywam, że oceny nie są do niczego potrzebne. Czasy, kiedy ktoś mnie chwalił za piątkę czy szóstkę, przeszły do historii. Nikt mnie też nie karci za jedynki. Jednak od jedynek wolę się trzymać z daleka. Pamiętam, że Kaja miała ich sporo tuż przed tym, jak stało się to, o czym chciałabym nie pamiętać. Dlatego unikam jedynek. Unikam wszystkiego, co kojarzy mi się z Kają. Nie biorę kąpieli w wannie. Nie patrzę na kolor czerwony. Nie dostaję jedynek. Nie piję alkoholu, nie chodzę na imprezy, nie mam przyjaciół, nie tańczę, nie noszę opiętych bluzek z dekoltem ani butów na obcasie. Nie palę papierosów ani nie próbuję trawki, chociaż niektórzy zachwycają się, że po niej woda miała smak truskawek, a krzesłom uginały się nogi.

Jestem podobna do Kai. Z tego powodu unikam też lustra. Jednak kiedy już muszę w nie spojrzeć, widzę twarz mojej siostry w nieco młodszym wydaniu. Nie lubię tego, że mam włosy jak Kaja, całe w ciemnych lokach. Prostuję je więc uparcie prostownicą, którą kupiłam sobie za pieniądze ukradzione mamie z szuflady. I tak nie zauważyła. Zresztą, po co jej pieniądze?

Takie jak Kajka mam też kości policzkowe — lekko wystające. Nie podobają mi się, ale wiem, że niektóre moje koleżanki specjalnie malują sobie policzki, aby uzyskać taki efekt. Zwisa mi to. Ja się nie maluję. Tak naprawdę jedyna rzecz, którą lubię w swojej twarzy, to oczy — pewnie dlatego, że są inne, niż miała moja siostra. Jej oczy były okrągłe i chłodne, błękitne jak niebo. Moje są trochę skośne. I bardzo ciemne, też niebieskie, ale bardziej jak morze w czasie sztormu. Tak mówiła mama, kiedy byłyśmy z Kajką małe i przychodziłyśmy do niej, żeby uczesała nasze nieznośne loki. Lubiła nas wtedy porównywać, a może raczej znajdować różnice: „Kaja jest duża, a Maja malutka. Kaja ma oczka jak orzeszki, a Maja — jak migdały. Kaja — jak letnie niebo, a Maja — jak sztormowe morze”. Ale tych różnic było niewiele, ponieważ naprawdę byłyśmy do siebie bardzo podobne. Niestety.

Wreszcie widzę go, jak wychodzi z szatni. Strzepuje włosy, jeszcze wilgotne. Oczywiście nie zawracał sobie głowy czesaniem. Podobnie jak ja, nie dba o wygląd. Tylko że w przeciwieństwie do mnie wygląda świetnie. Chłopakowi wystarczą dżinsy, trampki i fajna koszulka. Dziewczyna, aby zwracać na siebie uwagę, potrzebuje dużo więcej. A ja tego nie mam. Nie maluję paznokci ani rzęs, nie noszę biżuterii. Jestem zwyczajna, nijaka, przezroczysta. Chcę taka być.

Alek jest fajny. Ma niesamowitą sylwetkę — wszystko w nim jest takie, jakie być powinno. Jakby ktoś wyciął z żurnala męskiego modela, ale nie jakiegoś kulturystę, lecz zgrabnego, harmonijnie zbudowanego faceta, i tylko zapomniał go dostatecznie powiększyć. Jest ode mnie niższy o jakieś pięć centymetrów. Nie przeszkadza mi to. Mam nadzieję, że jemu też by nie przeszkadzało, gdyby… No właśnie, gdyby co? Przecież on nawet nie wie, że ja istnieję.

Przechodzi obok mnie i wtedy jak zwykle odwracam wzrok. Bezmyślnie gapię się na czubki moich butów. Nie mam odwagi spojrzeć mu w oczy, gdy mnie mija. W ten sposób nigdy się nie dowiem, czy mnie w ogóle zauważył. Udaję, że czekam na Kaśkę. No, właściwie naprawdę na nią czekam. Ale równie dobrze mogłabym nie czekać. Ani mnie, ani jej nie zależy na tym, żeby iść razem na przystanek. To tylko kwestia przyzwyczajenia. Kiedyś po treningach wychodziłam sama, teraz — odkąd w moim świecie zamieszkał Alek, czyli od ponad dwóch lat — czekam na korytarzu na koleżankę.

Tym razem mam szczęście — Kaśka przebiera się wyjątkowo szybko i gdy wychodzimy z budynku, Alek jest jeszcze na parkingu przed szkołą. Odpina rower. Niecodzienny widok, ponieważ rzadko przyjeżdża rowerem. Podnosi głowę i przez chwilę, zanim zdążę odwrócić wzrok, patrzymy sobie w oczy. Czuję, że się rumienię, bo z jego strony to nie jest takie zwykłe, przelotne spojrzenie. Jest natarczywe, mocne, zadziorne. Bez dwóch zdań — cokolwiek oznaczał jego wzrok, jedno jest pewne, ten chłopak wie, że istnieję. Zauważył mnie, ale to jeszcze nie oznacza, że mam się z czego cieszyć. Jego spojrzenie było zaczepne, kpiące. Dziwne.

O tym, że ma na imię Alek, dowiedziałam się tuż po imprezie sylwestrowej, na której oczywiście nie byłam, bo przecież nie chodzę na imprezy, a już zwłaszcza na takie, o których wiem, że będą ostro zakrapiane. Za to Kaśka zalicza wszystkie bez wyjątku, dlatego przeważnie mam informacje z pierwszej ręki. Wtedy akurat impreza była u Pegaza, czyli Mateusza. Został Pegazem, bo po pierwsze jest wielki jak koń, a po drugie jest niesamowicie skoczny — bez wysiłku zawisa na koszu i wygląda tak, jakby fruwał. Z tego powodu oczywiście świetnie gra, a co za tym idzie — dziewczyny wprost za nim szaleją. Mnie się kompletnie nie podoba i może dlatego czuję się w jego towarzystwie zupełnie swobodnie. Na początku na treningach trochę się do mnie przystawiał, ale szybko zrozumiał, że nic z tego nie będzie. Wydaje mi się, że z tego pierwszego okresu naszej znajomości pozostała mu jakaś opiekuńczość w stosunku do mnie. W każdym razie, gdy zapraszał wszystkich na tę swoją sylwestrową balangę, otoczył mnie ramieniem jak brat i powiedział:

— Pewnie i tak nie przyjdziesz, ale jakby co, to jesteś zaproszona. Wiesz o tym, prawda?

Skinęłam tylko głową. Mówiąc szczerze, chętnie bym wtedy poszła, Alek jeszcze dla mnie nie istniał, w ogóle o nim nie myślałam, nie o niego więc chodziło, wyłącznie o to, że całą noc nie byłoby mnie w domu. Tylko ten widok coraz bardziej pijanych dziewczyn i chłopaków w tym wieku, w którym była Kaja, gdy to się stało — nie, tego nie dałabym rady udźwignąć. Dlatego nie poszłam na tę imprezę i znam jej przebieg z relacji Kaśki. Opowiedziała mi, jak Alek pojawił się tuż przed północą zupełnie trzeźwy i jak błyskawicznie zalał się w sztok, jak hałaśliwie i natrętnie podrywał dziewczyny, z których jedna była całkiem chętna — ale wtedy on ni stąd, ni zowąd zdezerterował, poszedł na balkon i stamtąd narzygał na sąsiadów z dołu, którzy właśnie podziwiali fajerwerki.

Pegaz, który od początku miał do Alka wyraźną słabość, przeprosił sąsiadów, posprzątał po nim, a potem zamknął go w łazience, rozebrał do gaci i tak długo polewał wodą, aż tamten stanął na nogi. Przez resztę imprezy gadali w kuchni, Pegaz wlewał w niego gorącą herbatę i tylko słuchał, a z tego, co Alek mu wtedy powiedział i co potem Pegaz wyklepał innym, wstawiona Kaśka zdołała zapamiętać tylko jedno: Alek został przeniesiony do naszego gimnazjum za karę. Zrobił coś strasznego i stanął przed sądem, ale ze względu na okoliczności i jego stan psychiczny nie poniósł żadnej innej kary.

Cała ta opowieść powinna była wzbudzić we mnie obrzydzenie do tego nowego (dla mnie ciągle jeszcze był nowym, obcym), ale słowa „okoliczności” i „stan psychiczny” znajomo zabrzęczały mi w głowie i pewnie dlatego po następnym treningu zaczekałam na Pegaza, żeby go wypytać o Alka.

To była połowa pierwszej klasy. Zastanawiałam się, jak bardzo musiał nabroić ten mały blondynek, że zaraz na początku nauki w nowej szkole został z niej karnie przeniesiony do innej. I jakie musiały być „okoliczności”, które sprawiły, że nie dostał surowszej kary? Nie mogły to być ekscesy podobne do tych z imprezy sylwestrowej. Za spożywanie alkoholu i narzyganie na sąsiadów nie staje się przecież przed sądem. W każdym razie nie w wieku czternastu lat.

Pegaz nie powiedział mi zbyt wiele o tym, co zrobił Alek. Wiem tylko, że chodziło o pobicie z poważnym skutkiem. Wdał się w bójkę, nie wiem o co, z kim i gdzie. Nie to było ważne i nie to sprawiło, że brązowe oczy Alka już nigdy nie dały mi spokoju. Tak naprawdę istotne było tylko to, co usłyszałam później. Że sąd dla nieletnich, czy jak to się tam nazywa, po wnikliwych badaniach psychologicznych uwzględnił szczególne okoliczności i stan psychiczny Alka. Niewiele wcześniej jego starszy brat powiesił się we własnym pokoju. A ten pokój dzielił z Alkiem, który tego dnia pojechał na jakieś zawody sportowe, został więc zwolniony z lekcji i wrócił wcześniej niż zwykle. Pewnie dlatego jego bratu jeszcze drgały nogi. A może to były jakieś pośmiertne skurcze? Wisiał na belce stropowej, tam u nich w domu podobno są takie fajne belki pod sufitem.

Tyle wyciągnęłam od Pegaza. On sam pewnie niewiele więcej usłyszał od Alka. Zanim obaj wytrzeźwieli tamtej sylwestrowej nocy, dowiedział się jeszcze tylko o liście pożegnalnym, który ojciec Alka znalazł w szufladzie biurka, po czym zabrał, a po przeczytaniu podarł na kawałki i spuścił w muszli klozetowej. Alek darł się jak szalony, bo to był list do niego, znaleźli go w ich wspólnym biurku, więc musiał być do niego, ale ojciec był jak robot — bez słowa, bez emocji, bez jakiegokolwiek ciepłego gestu po prostu odsunął młodszego syna i wyrzucił do kibla ostatnie słowa, jakie zostawił dla Alka starszy brat.

Nie mam pojęcia, co było dalej. Jak zareagował na to wszystko Alek? Jak funkcjonował, jak radził sobie w szkole — i czy w ogóle chodził do szkoły? Czy rozmawiał z ludźmi, czy może podobnie jak ja zagłębił się w ciszę? Co się działo z jego ojcem? Zapytałam Pegaza o matkę, czy matka nie mogła uratować tego listu, bo jakoś to zabolało mnie najbardziej; wyobraziłam sobie, że Kaja zostawia taki list dla mnie i ktoś mi go odbiera — więc spytałam o matkę, ale odparł, że matka Alka od dawna nie żyje, on jej nawet nie pamięta, była tylko ciotka, która pomagała opiekować się dzieciakami, tak więc po tym wszystkim Alek został z psem i ojcem, który nie bardzo umiał sobie poradzić z życiem i w rezultacie wyjechał do pracy do Holandii. Teraz Alek jest właściwie sam. Teoretycznie pozostaje pod opieką ciotki, ale w praktyce mieszka samotnie — w tym samym pokoju, w którym na belce stropowej, na psiej smyczy, powiesił się jego brat. Nie chce mieszkać nigdzie indziej.

Chyba to rozumiem. Wybrał inną metodę, ale jest w nim ta sama wściekłość, która napędza i mnie. Ja unikam wszystkiego, co ma związek z Kają, uciekam, odwracam się — ale to nie jest tchórzostwo. Nie robię tego ze strachu, lecz ze złości. To jest moja forma buntu. Alek działa inaczej. Stawia czoło temu wszystkiemu, buntuje się w inny sposób — agresywnie, hałaśliwie. Upijanie się, wymiotowanie z balkonu, wdawanie się w bójki, nonszalancki uśmieszek, podrywanie łatwych dziewczyn, mieszkanie w pokoju, w którym wciąż panuje atmosfera śmierci — to przecież to samo, co moje uciekanie w milczenie, odwracanie wzroku od ludzi, podkreślanie inności i niedopasowania. To nasza niezgoda na taki świat.

W tamtej właśnie chwili, gdy milczeliśmy z Pegazem, idąc pod wiatr i marznąc — ponieważ tramwaj długo nie przyjeżdżał i postanowiliśmy przejść się pieszo do ronda — wtedy właśnie poczułam, że Alek powinien być mój. Nikt inny nigdy mnie nie zrozumie i ja nigdy nikogo nie zrozumiem tak jak jego. Łączy nas wspólny los; coś, co stało się naszym udziałem i co naznaczyło nas na zawsze, i nic nigdy tego nie zmieni.

Dopiero później, znacznie później, zauważyłam jego dołki w policzkach i równe białe zęby, ale także to, że milknie czasem bez powodu albo zatrzymuje się podczas meczu, jakby wpatrzony w siebie. Zobaczyłam, że jest porywczy, łatwo wpada we wściekłość, obraża się, wychodzi, trzaskając drzwiami. Nie powinno mi się to podobać, tak samo jak to, że jest hałaśliwy, rozgadany, każdą imprezę kończy pijany i holowany przez Pegaza do pustego domu, gdzie na pewno wyje opuszczony pies. A jednak nie ma to dla mnie znaczenia. Pokochałam go. I kocham nadal, choć ta głupia miłość boli.

Kaśka wsiada do tramwaju, macha do mnie, a ja żałuję, że na nią zaczekałam. Gdybym tego nie zrobiła, nie byłoby tego ostrego, zadziornego spojrzenia znad roweru. Nie byłoby teraz myślenia, co ono oznaczało. Dlaczego patrzył tak zaczepnie? Czy patrzy tak zawsze, również wtedy, gdy tego nie widzę, skupiona na czubkach własnych butów? Tak naprawdę był to pierwszy raz, gdy nasze spojrzenia się spotkały, gdy odważyłam się nie odwrócić wzroku albo może raczej — nie zdążyłam go odwrócić. Czy on zawsze spogląda na mnie z taką niechęcią? Przecież mnie, do cholery, wcale nie zna!

Postanawiam się dowiedzieć, czy ktoś mu o mnie nie naopowiadał jakichś bzdur. Jest na to tylko jeden sposób. Zapytać. To nic, że nigdy dotąd nie rozmawialiśmy. Nie jestem nieśmiała. Jestem milcząca, a to zupełnie co innego. Po prostu z nim pogadam. W przyszłym tygodniu cały nasz szkolny klub sportowy jedzie na biwak. Ma to być impreza pożegnalna, tuż przed wakacjami. Będziemy spać pod namiotami, całe dni mamy spędzać nad jeziorem, a wieczory przy ognisku. Oczywiście zapisałam się tylko dlatego, że jedzie Alek. Widziałam jego nazwisko na liście w notesie trenera.

Do domu docieram później niż zwykle. Pewnie w zamyśleniu łaziłam po osiedlu i wyobrażałam sobie rozmowę z Alkiem — nie wiem, wyłączyłam się i teraz ze zdziwieniem uświadamiam sobie, że mój powrót z treningu trwał ponad godzinę. Gdy wchodzę do domu, w telewizji kończą się właśnie „Wiadomości”. Nikt nie zwraca na mnie uwagi. Zdziwiłabym się, gdyby było inaczej. Tata pracuje przy komputerze, coś wpisuje w tabelki i przekłada z szuflady do pudełka jakieś faktury. Mama siedzi w fotelu, wpatrzona w ekran telewizora. Nie dostrzega nawet, że zaczyna się prognoza pogody. Zresztą, po co jej prognoza? Kiedyś, gdy Kaja żyła, mama uwielbiała jeździć na działkę. Prognoza pogody była wtedy newsem dnia. Teraz jest równie nieistotna jak poziom wody w Nilu czy kurs jena. Cały świat przestał mieć znaczenie dla mojej mamy. Również ja.

*

Leżąc w łóżku, mam przed oczyma to jego spojrzenie. Kpiące, może krytyczne. Przecież nic nie zrobiłam. Nie ma żadnego powodu, dla którego miałby mnie nie lubić. Nigdy z nikim o nim nie rozmawiam, nie licząc oczywiście tamtej rozmowy z Pegazem — ale to było dwa lata temu. Nikt, nawet Kaśka, nie wie, ile dla mnie znaczą te brązowe oczy i dołki w policzkach.

W końcu udaje mi się zasnąć. Śni mi się wanna. Jestem w łazience i boję się podejść, bo wiem, co zobaczę. Odwracam się więc, unikam patrzenia w tamtą stronę. Zamiast tego patrzę w lustro. Nagle moja twarz staje się twarzą mojej siostry. Oczy mi jaśnieją, policzki szczupleją, staję się Kają. Chcę krzyczeć, otwieram usta, a wtedy wylewa się z nich krew. Bardzo, bardzo dużo gęstej krwi.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki