Zabij mnie, tato - Stefan Darda - ebook
Opis

Rok 2015, centralna Polska. Trzynastoletnia Wiktoria wraz z dwiema młodszymi siostrami wraca ze szkoły. Dwieście metrów od domu spotyka znajomych, dziewczynki idą dalej same, lecz nie docierają do celu. Niedługo potem przyjaciel zrozpaczonej rodziny, emerytowany policjant, korzystając z nieformalnych informacji, dowiaduje się, że zwolniony z więzienia psychopatyczny zabójca zniknął i nie wiadomo, gdzie przebywa. Ani „ustawa o bestiach”, ani dyskretna obserwacja policji nie okazały się skuteczne. Kolejne zdarzenia świadczą o tym, że te dwie sprawy mogą się ze sobą łączyć. Tymczasem nękana wyrzutami sumienia nastolatka jest bliska obłędu. Jej rodzice obawiają się, że może targnąć się na własne życie, a działania organów państwowych okazują się całkowicie nieskuteczne.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 527

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redakcja

Anna Seweryn-Sakiewicz

Ilustracja na okładce

Dariusz Kocurek

Redakcja techniczna, skład, łamanie i opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Urszula Bańcerek

Wydanie I, Chorzów2015

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500Chorzów, Aleja Harcerska3c

tel.32-348-31-33,32-348-31-35

fax32-348-31-25

[email protected]

www.videograf.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

01-942Warszawa, ul. Kabaretowa21

tel.22-663-98-13, fax22-663-98-12

[email protected]

www.dictum.pl

© Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów2015

Tekst © Stefan Darda

ISBN 978-83-7835-463-5

Nie wyobrażaliśmy sobie życia poza Polską.

Wróciliśmy ze stuprocentowym przekonaniem,

że tylko tutaj będziemy naprawdę szczęśliwi.

Kamil Szykowiak

Mieć w rękach sznurki

sterujące losami dziesiątków milionów ludzi

i nie umieć myśleć w perspektywie dalszej niż parę lat?

Przecież normalnemu człowiekowi to się w pale nie mieści.

Marian Majka

PRELUDIUM

12 marca 2015 (czwartek)

— Zauważyłeś, że każdy dom pachnie inaczej?

Spoglądam na zegarek.

Nie dlatego, że interesuje mnie, która jest godzina. Bardziej chodzi o próbę ukrycia własnego zmieszania czy może — tak, to chyba bardziej precyzyjne — niepokoju i troski. Mimowolnie spostrzegam, że po raz ostatni wymieniliśmy zdawkowo kilka słów ponad dziesięć minut temu. Podnoszę głowę dopiero wtedy, gdy jestem pewien, że moja twarz nie wyraża żadnych emocji.

Przygląda mi się uważnie, właściwie świdruje mnie wzrokiem. Wytrzymuję jego spojrzenie, ale nie odpowiadam w obawie, że moja reakcja będzie niewłaściwa.

Od poniedziałku jego rysy wyraźnie się wyostrzyły, co jeszcze bardziej podkreślają lekko zapadnięte policzki i kilkudniowy zarost. Okrągła i szczera twarz dorosłego dziecka poszarzała, stała się podejrzliwa, a wesołe wcześniej oczy jakby zapadły się w głąb czaszki, zmieniając go nie do poznania. Patrzę w nie teraz i widzę ból zmieszany ze strachem. Są zmęczone, mocno przekrwione z niewyspania, ale wciąż bystre.

O co mu, do cholery, może chodzić?

Siedzimy w przestronnym salonie powiększonym jeszcze o niewielki aneks kuchenny. Jest późne popołudnie, przez firanki sączy się złotawy blask słońca, które właśnie zaczyna chylić się ku zachodowi. Z zewnątrz docierają hałasy marcowego dnia — szum przejeżdżających samochodów, wesoły ptasi świergot i głośne, sprawiające wrażenie beztroskich, rozmowy przechodniów. Dzięki przyjemnym pastelowym barwom ścian, jasnobrązowej tonacji mebli oraz zestawowi wypoczynkowemu obitemu skórą w kolorze écru salon powinien być równie pogodny, jak dzień, do którego śmierci pozostało jeszcze co najmniej ładnych kilkadziesiąt minut.

Powinien być, ale nie jest.

Znajdujemy się w dusznej kapsule niepewności i obaw, w której śpiew ptaków wydaje się nadmiernie wesoły, a rozmowy przechodniów jakby niestosownie beztroskie.

Nagle do tych przeciskających się przez zamknięte okno odgłosów dołącza dziecięcy śmiech. Trudno określić, czy dziewczynki, czy małego chłopca. Po chwili wtóruje mu drugi, głośniejszy, bardziej perlisty. Przez ułamek sekundy doświadczam czegoś w rodzaju déjà vu. To przez ten śmiech z zewnątrz, podobny do tego z przedwczoraj, i fakt, że wtedy, po południu, siedzieliśmy dokładnie na tych samych miejscach, co dziś. Zachowanie Kamila teraz jest jednak zupełnie inne, więc wrażenie przeżywania tej samej chwili gaśnie równie nagle, jak się pojawiło.

Wtedy poderwał się na równe nogi i natychmiast znalazł przy oknie. Dziś tylko lekko prostuje plecy, zaczyna nasłuchiwać i odruchowo spogląda w stronę zasłoniętych firanek. Zaraz potem jego wzrok znów spoczywa na mojej twarzy. W tej chwili Kamil sprawia wrażenie, że nie wie, kim jestem, skąd i po co się tu wziąłem. Mam nadzieję, że zanim mnie rozpozna, zdąży zapomnieć o swoim dziwacznym pytaniu.

— Nie zauważyłeś, panie Zdzichu? — pyta. — Tak mówią i chyba to jest prawda. Przynajmniej tak mi się wydaje. Wiesz, ludzie i ich zapachy, kosmetyki, meble, farby na ścianach, wszystko. I tak się zastanawiam właśnie, czy…

Przenosi spojrzenie na jakieś miejsce gdzieś poza moimi plecami, usytuowane o wiele dalej niż ograniczająca przestrzeń pokoju ściana, i przez moment milczy. Później znów patrzy w moje oczy, lecz tym razem spoza wilgotnej zasłony łez.

— Tak się właśnie zastanawiam, czy tutaj też będzie pachniało inaczej, jeśli one nie wrócą.

Kamil

I.

Pamiętam dokładnie chwilę, kiedy zobaczyłem go po raz pierwszy, w tamto ponure piątkowe popołudnie. Był trzydziesty września dwa tysiące jedenastego roku, a ja siedziałem przy dużym oknie pizzerii Isabella e Camillo.

Na zewnątrz nie działo się nic ciekawego, co było zresztą zupełnie naturalne. W niewielkich powiatowych miastach rzadko kiedy dzieje się coś, na czym warto przez dłużej niż kilka sekund zawiesić oko. Zwłaszcza jeśli spieszące gdzieś co tchu dziewczyny opatulone są w ciepłe ubrania i skryte pod parasolkami przed wczesnojesiennym deszczem, niesionym porywami nieprzyjemnego wiatru.

Byłem w tym lokalu po raz pierwszy i stanowił on o niebo ciekawszy obiekt do obserwacji niż wszystko to, co działo się na dworze. Czekałem cierpliwie na pizzę i sączyłem drugie piwo, podziwiając wnętrze. Czego w nim nie było! Na przeciwległej ścianie, drewnianej od podłogi aż po sufit — dwa góralskie kapelusze wiszące pomiędzy zasuszonymi rozgwiazdami, a pod nimi sporej wielkości kilim z nieforemnymi dzikami i jeleniem na rykowisku, przypominającym konia, któremu ktoś dla hecy domalował rogi. W kącie po prawej stała migająca wszelkimi barwami tęczy maszyna do gier, a obok niej, na parapecie, dwa radia lampowe, zapewne jeszcze z lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Nad moją głową wisiało ogromne poroże jelenia, które zauważyłem dopiero wtedy, gdy również za sobą zacząłem szukać czegoś ciekawego. Nie zawiodłem się więc, zwłaszcza że obok rogów wisiały dwie skrzyżowane ciupagi i olejny obraz przedstawiający nagą, choć wstydliwie zakrywającą się prześcieradłem i zupełnie bez talentu namalowaną kobietę.

Zdążyłem jeszcze omieść wzrokiem toporne drewniane, pokryte grubą warstwą lakieru stoły wraz z pasującymi do nich krzesłami, gdy właśnie brzdąknął dzwoneczek zamontowany przy drzwiach i do knajpy wkroczył mniej więcej trzydziesto-, może trzydziestopięcioletni mężczyzna. Drzwi musiał otworzyć sobie barkiem, ponieważ obie ręce miał zajęte hurtowymi ilościami keczupu i na pierwszy rzut oka nieciekawie wyglądającymi, zapakowanymi próżniowo wędlinami. Zmierzając do baru, spojrzał w moją stronę i przywitał zdawkowym: „Dzień dobry”. Odpowiedziałem tym samym, zastanawiając się jednocześnie, jak bardzo głupio wyglądam z wiszącym tuż nade mną wielkim porożem, ale uspokoiłem się, gdy wyjrzałem przez okno. Na ulicy, dokładnie przed wejściem do pizzerii, stał biały citroen berlingo z włączonymi światłami awaryjnymi, opatrzony logiem Isabella e Camillo. Zapewne taki rogaty klient nie był dla pracownika lokalu czymś niezwykłym, jednak dla własnego komfortu postanowiłem nigdy więcej nie siadać w tym miejscu.

„O ile w ogóle będzie jeszcze jakiś następny raz” — pomyślałem.

Piwo było dobrze schłodzone i świeże, ale byłem pełen obaw odnośnie do pizzy, na którą czekałem. Przyniesione przez tego faceta produkty prezentowały się naprawdę bardzo nieatrakcyjnie.

Położył wszystko, co niósł, na kontuarze, obok sporej wielkości srebrnego ruskiego samowara, a następnie pchnął kowbojskie drzwi i zniknął w kuchennej części knajpy, z której już od dłuższego czasu dochodził całkiem smakowity, przyprawiający mnie o lekki ślinotok zapach.

Spodziewałem się, że nie przyjdzie mi już długo czekać i faktycznie, po jakichś trzech minutach dostawca znów pojawił się w polu mojego widzenia, tym razem niosąc przed sobą spory talerz z dymiącą pizzą. Postawił ją przede mną i wtedy mogłem się bliżej przyjrzeć człowiekowi, który teraz dla odmiany wcielił się w rolę kelnera. Miał ociekające wodą, lekko przerzedzone ciemnoblond włosy i okrągłą, pucułowatą twarz lekko otyłego, liczącego na pewno ponad metr osiemdziesiąt dzieciaka, ozdobioną ufnym, przyjacielskim uśmiechem. Szare oczy również się do mnie śmiały.

— Pan, zdaje się, pierwszy raz u nas? — zapytał.

— Owszem. I nie mogę się nadziwić wystrojowi wnętrza. Mam nadzieję, że smak pizzy będzie równie spektakularny — pozwoliłem sobie na zawoalowany żart, ciekaw, czy zostanie on w jakiś sposób pociągnięty przez mojego nowego znajomego.

Wyszczerzył zęby, więc chciałem dodać jakąś złośliwą uwagę, ale nie zdążyłem, bo z kuchni dobiegło:

— Kamil, zamówienie!

Rozłożył dłonie w geście bezradności świadczącym o tym, że chętnie by sobie jeszcze ze mną pogawędził, ale obowiązki wzywają, a następnie życzył mi smacznego i prawie biegiem pognał po dwa pudełka, które jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pojawiły się na kontuarze, zastępując przyniesione przed chwilą hurtowe zakupy.

Obserwując, jak odjeżdża, zastanawiałem się, czy przypadkiem nie jest właścicielem lub współwłaścicielem tego przybytku, na co wskazywałby drugi człon nazwy, dumnie wymalowany na drzwiach białego auta. No i ta wszechstronność, której trudno byłoby się spodziewać po zwykłym pracowniku… Wzruszyłem ramionami, będąc pewnym, że za jakiś czas z pewnością moje wątpliwości w tej kwestii zostaną rozstrzygnięte, po czym zabrałem się za jedzenie.

Pierwsze obiekcje związane z pizzerią Isabella e Camillo zostały rozwiane niemal natychmiast. Nie przypuszczałem, że w tym obskurnym przybytku uda mi się dostać tak wyśmienitą pizzę.

II.

Mamaj często mawia, że Ryków to dziura w dupie świata. Zwykle mu wtedy odpowiadam, że wcale niekoniecznie, choć, obiektywnie rzecz biorąc, faktycznie nie sposób się czymkolwiek w tym miasteczku zachwycić. Trudno się spodziewać, żeby licząca niecałe dwadzieścia tysięcy mieszkańców aglomeracja jakoś nadzwyczajnie tętniła życiem, ale jeśli ktoś jednak ma co do tego chociażby resztki złudzeń, to ledwie kwadrans spędzony w centrum Rykowa pozwoli mu się ich z powodzeniem pozbyć. Jest tu trochę jak w polskim filmie — nic się nie dzieje, nuda i dłużyzny. Dialogi pomiędzy mieszkańcami też przeważnie są niedobre. Inżynier Mamoń i sierżant sztabowy Mamaj z pewnością mogliby znaleźć wspólny język, gdyby los skrzyżował kiedyś ich drogi.

— Niekoniecznie? — odpowiada zazwyczaj z niedowierzaniem i kręci tą swoją wielką głową, która Bóg wie jakim cudem trzyma się na długiej, przeraźliwie cienkiej szyi.

— To dlaczego stąd nie wyjedziesz, skoro tak ci źle? — pytam.

— Wrosłem tutaj — mówi stanowczo i aby potwierdzić swoje słowa, przytakuje skinieniem łepetyny tak energicznie, że aż siwiejąca grzywka opada mu na wysokie czoło. — Zresztą, wiesz, Elżbieta pewno nie znalazłaby gdzie indziej roboty, no i dzieci nie chciałyby…

Przez niecałe trzy i pół roku znajomości odbyliśmy podobną rozmowę wielokrotnie. Prawie za każdym razem Mamaj zawieszał się po wspomnieniu o dzieciach, jakby właśnie ich zdanie było argumentem koronnym i kończącym wszelkie dywagacje odnośnie do ewentualnej przeprowadzki w inne — lepsze i bardziej interesujące — miejsce. I prawie za każdym razem po rytualnej chwili milczenia odzywałem się, pytając:

— W takim razie po co narzekać, skoro nie zamierzasz nic z tym zrobić? Widocznie nie jest ci aż tak źle, skoro nie próbujesz się stąd wyrwać.

— Może i tak… — kwitował takim tonem, jak gdyby właśnie ktoś przed sekundą doradzał mu, że powinien się udać z wizytą do ginekologa.

Często łapię się na nadmiernej skłonności do pouczania i dawania tak zwanych dobrych rad innym, zwłaszcza tym, których lubię i na których przynajmniej trochę mi zależy. Co ciekawe, nie potrafię się przed tym powstrzymać, ale zawsze gryzę się w język dokładnie wtedy, gdy już jest za późno, gdy właśnie przed sekundą błysnąłem jakąś swoją złotą myślą. Wielokrotnie więc doradzałem Mamajowi rozważenie przeprowadzki i tyle samo razy chwilę potem się za to na siebie wściekałem.

Łatwo doradzać wywrócenie życia o sto osiemdziesiąt stopni, gdy się ma czterdzieści parę lat i jest się samotnym, niezależnym facetem bez zobowiązań. Z drugiej strony, w takiej sytuacji warto być przynajmniej na tyle rozsądnym, żeby zdawać sobie sprawę, do kogo się coś takiego mówi. To, że ja zdecydowałem się na taki krok, nie znaczy, że wszystkim byłoby równie łatwo.

Kiedy po raz pierwszy jadłem pizzę w dziwacznej knajpie o jeszcze dziwniejszej nazwie, nie znałem jeszcze Mamaja, ale dużo myślałem o tym, gdzie i po co się znalazłem. Byłem pewien, że takiego właśnie zapyziałego miasteczka mi potrzeba. Trochę już mu się zdążyłem przyjrzeć przez ten miesiąc, od kiedy udało mi się znaleźć robotę w miejscowej fabryce okien (określając początek zatrudnienia na początek października) i jego brzydota wydawała mi się wręcz porażająco piękna. Niewielki rynek, w ładne dni pełen wygrzewających się w słońcu emerytów, dziurawe drogi, po których miejscowi szpanerzy nie mogli pędzić z wyciem podrasowanych silników, świeże powietrze przesycone wonią otaczających Ryków sosnowych lasów. Do tego dochodził brak znajomych, z którymi nie wypada się nie spotykać od czasu do czasu, i śmiesznie niski koszt mieszkania, którego metr wyceniano mniej więcej o połowę taniej niż w Mieście Wojewódzkim, więc po sprzedaniu starego mogłem sobie pozwolić na bardziej przestronne cztery kąty, a i tak zostało jeszcze sporo na bankowym rachunku.

Kończąc pizzę, która była tak duża, że ledwie udało mi się ją w siebie wcisnąć, solennie przyrzekłem w duchu, że będę robił wszystko, by prowadzić tutaj życie samotnika i odludka, że będę stronił od ludzi, ich problemów, dzieci, kłopotów ze zdrowiem, kochanek, teściowych i czort wie czego jeszcze. Chciałem po prostu spokojnego i nudnego życia, dokładnie takiego samego jak miejscowość, do której przeprowadziłem się kilka dni temu.

Plan był doskonały, więc postanowiłem go oblać kolejnym i ostatnim już tego popołudnia kuflem piwa. Nazajutrz czekał mnie pierwszy dzień w nowej pracy i nie wypadało pojawić się na kacu, bo prywatny właściciel nigdy nie jest tak wyrozumiały, jak państwowy pracodawca.

Właśnie w tej chwili do knajpy ponownie wszedł mężczyzna, którego widziałem już wcześniej. Spostrzegł, że mój talerz jest pusty, więc podszedł, by go zabrać.

— I jak, proszę pana, smakowała pizza? — zapytał.

— Muszę przyznać, że dawno nie jadłem tak dobrej.

— Cieszę się. Recepturę zdobyłem we Włoszech, gdy pojechałem tam po maturze, żeby trochę zarobić i przed studiami liznąć prawdziwego życia. Do woja mnie nie chcieli, więc pomyślałem, że może przynajmniej do kuchni się nadam. — Patrzył na mnie pogodnymi oczyma z tym swoim rozbrajającym uśmiechem. Być może z Włoch przywiózł nie tylko przepis na ciasto, ale też tak otwarty, nieskrępowany sposób bycia, chociaż bardziej skłaniałem się do opinii, że po prostu taki się już urodził. — Ale z włoskiej pizzy właściwie zostało tylko ciasto, bo Polacy jednak wolą inaczej podane składniki, prawda?

— Nie mam pojęcia, nigdy nie byłem we Włoszech — odparłem zgodnie z prawdą.

Powinienem być wtedy nieprzystępny i nieprzyjemny, wszak nie dalej niż kilka minut wcześniej sobie to obiecywałem. Ale nie potrafiłem.

Mój rozmówca wziął talerz, a następnie wskazał na pusty kufel.

— Może jeszcze jedno?

Dziś sobie myślę, że zrobiłem wielki błąd, nie odmawiając. Gdybym podziękował, zapłacił i wyszedł, wszystko byłoby przecież inaczej. Być może nie doszłoby do tego, że kilka lat później będziemy siedzieć w jego mieszkaniu i zastanawiać się, czy „tutaj będzie pachniało inaczej, jeśli one nie wrócą”, bo przecież każde nasze spotkanie miało wpływ na dalsze losy jego i jego najbliższej rodziny.

III.

Sam nalał mi piwo do czystego kufla i przyniósł do stolika.

— Skoro pizza da się zjeść, to może zajrzy pan do nas jeszcze kiedyś? — spytał. — Chyba że jest pan w Rykowie tylko przejazdem… — Zawiesił głos.

Uśmiechnąłem się do niego i pociągnąłem łyk. Nie bardzo miałem ochotę spowiadać się z moich planów, ale też musiałem się liczyć z tym, że w tym miasteczku zbyt długo nie uda mi się być anonimowym.

— Jeśli jest pan przejazdem, to zapraszam, kiedy znów się pan pojawi w okolicy — zakończył i zrobił krok do tyłu, dając w ten sposób sygnał, że nie zamierza mi już zawracać głowy.

— Nie, nie jestem przejazdem, panie Kamilu. Tak ma pan na imię, prawda?

Odpowiedział skinieniem głowy, a ja ciągnąłem:

— Od kilku dni jestem nowym mieszkańcem tego uroczego miasteczka i zamierzam się tu zatrzymać przynajmniej przez parę lat. Wcześniej nie było okazji wpaść do… — Spojrzałem przez okno na stojący w deszczu samochód. — …Isabella e Camillo, ponieważ miałem sporo na głowie w związku z kupnem mieszkania i przeprowadzką, ale teraz z pewnością będę zaglądał od czasu do czasu.

— To świetna wiadomość — rzekł, wciąż nie przestając się uśmiechać. — Niedawno zaczęliśmy i każdy nowy klient jest na wagę złota. — Znów zbliżył się do stolika i wyciągnął do mnie rękę. — Nazywam się Kamil Szykowiak, współwłaściciel lokalu, a jednocześnie barman, kierowca, sprzątacz, zaopatrzeniowiec i kelner w jednym.

— Zdzisław Mokryna — również się przedstawiłem i uścisnąłem jego dłoń. — Usatysfakcjonowany klient.

— Cieszę się i mam nadzieję, że takim pan już pozostanie.

— Ja również.

W tej chwili do pizzerii weszła para nastolatków i skierowała się do stolika usytuowanego obok wiekowych radioodbiorników. Szykowiak nie zwracał na nich uwagi, tylko przyglądał mi się jak jakiemuś rzadkiemu okazowi w muzeum.

— A wie pan…? — zagaił po chwili. — Wszyscy stąd wyjeżdżają, zostają prawie sami emeryci, renciści i zatrudnieni na państwowych albo samorządowych etatach. Tak się właśnie zastanawiam, czy do tej pory zdarzyło mi się poznać kogoś, kto się tutaj sprowadził i zamieszkał na stałe…

— Pan, zdaje się, nie należy do żadnej z wymienionych grup?

— Fakt, jest jeszcze handel i usługi, ale od kiedy otworzyli to centrum handlowe przy wylotówce, to wszystko zaczyna powoli padać na łeb. Czasem ma się wrażenie, że Ryków to miasto trup, a ci, którzy jeszcze się tu pałętają, są jak robaki, żywiące się resztkami padliny.

Roześmiałem się.

— Zaczynam się cieszyć, że nie spotkałem pana przed przeprowadzką, bo jeszcze bym zmienił zdanie.

Zreflektował się i palnął otwartą ręką w czoło.

— Faktycznie, nie ma co, potrafię umilić czas i tchnąć w nowego klienta nieco optymizmu na powitanie.

Zaraz potem przeprosił mnie i poszedł odebrać zamówienie od dwójki dzieciaków. Obserwowałem go bacznie, zastanawiając się, czy uprzejmość, którą mi okazywał, była efektem wyrachowania związanego z chęcią zdobycia nowego stałego bywalca, ale już po chwili wiedziałem, że nie. Rozmawiał z nastolatkami jak ze swoimi rówieśnikami, żartował i śmiał się razem z nimi w sposób zupełnie naturalny. Coś mi mówiło, że jeśli tego nie zmieni, to nawet na takim nieboszczyku, jakim miał być rzekomo Ryków, uda mu się ukręcić niezły interes. Dobra kuchnia, przyjemna obsługa i sympatyczne wnętrze potrafią zdziałać cuda. Dwa pierwsze elementy prezentowały się nienagannie, gorzej z trzecim, ale skoro biznes funkcjonował od niedawna, to istniała szansa, że lokal urządzał poprzedni właściciel, a Szykowiak nie zdążył jeszcze zmienić wystroju pizzerii.

* * *

Obserwując mojego nowego znajomego przy pracy, trochę zastanawiałem się nad swoją najbliższą przyszłością, a trochę nad tym, co zostawiłem za sobą. Nie obawiałem się nadchodzącego czasu, bardziej byłem go ciekaw. Trzy miesiące wcześniej stałem się emerytem, zajęć mi od wtedy nie brakowało, ale nie potrafiłem sobie wyobrazić, że już teraz zaniecham zupełnie jakiejkolwiek pracy. Było na to za wcześnie, a poza tym, gdyby okazało się, że nowe zatrudnienie nie będzie mnie satysfakcjonowało, to przecież drzwi do skromnego, ale w miarę wygodnego życia w każdej chwili mogły stanąć przede mną otworem.

Kilku kolegów z byłej roboty zdecydowało się na odejście mniej więcej w moim wieku i potem, zwykle po upływie kilku miesięcy, próbowali dostać jakąś fuchę, choćby i na pół etatu. Nie tylko ze względu na wymagania finansowe ich rodzin, ale, zdaje się, że przede wszystkim nie potrafili odnaleźć się wśród czterech ścian własnych mieszkań, które nagle zaczynały być niebezpiecznie duszne.

Czy wyobrażałem sobie wtedy, że resztę życia spędzę w Rykowie? Chyba nie, ale też, o ile dobrze pamiętam, w tych pierwszych dniach zapoznawania się z moim nowym miejscem na ziemi w ogóle nie starałem się planować czegoś w dalszej perspektywie. Było dobrze, jak było i życzyłem sobie, aby ten stan się nie zmieniał tak długo, jak tylko będzie to możliwe.

* * *

Rozprawiłem się z ostatnim, jak sądziłem, tego dnia piwem i podszedłem do kontuaru, żeby zapłacić. Szykowiak akurat zniknął gdzieś na zapleczu, więc o rachunek poprosiłem szczupłą, niebrzydką brunetkę średniego wzrostu, która przyjmowała moje pierwsze zamówienie.

— Mąż mówił, że właśnie przeprowadził się pan do Rykowa — zagadnęła, nabijając na kasę fiskalną i spoglądając na mnie z zainteresowaniem.

— Skoro pan Kamil jest pani mężem, to pani ma zapewne na imię Izabella?

— Prawie pan zgadł, tyle że mam w imieniu tylko jedno „el”. On uparł się na dwa, żeby było bardziej po włosku. — Komicznie zmarszczyła brwi i pokręciła głową z udawaną irytacją, a potem podała mi paragon. — Ta nazwa pasuje do Rykowa jak wół do karety, prawda?

— Wszystko słyszałem! — dobiegło z części kuchennej. — Panie Zdzichu, niech pan jej powie, że ta nazwa wcale nie jest taka zła!

— Pani Izabelo, ta nazwa wcale nie jest taka zła — powiedziałem, dbając, żeby w moim głosie zabrzmiało możliwie najmniej entuzjazmu.

Z kuchni dobiegł wesoły rechot, a zaraz potem w prowadzących do niej drzwiach pojawił się mój nowy znajomy. Podszedł do żony, objął ją lewym ramieniem, czule pocałował w czoło, po czym zwrócił się w moją stronę i rzekł:

— Najgorsze jest to, że była między mną i Izą taka umowa: jedno wybiera nazwę knajpy, a drugie decyduje o wystroju wnętrza. Poszedłem na to, bo byłem pewien, że małżonka nie zechce zmienić tu nawet najdrobniejszego szczegółu. No i niech pan sobie wyobrazi, panie Zdzichu, że ona zamierza przeprowadzić tu absolutną rewolucję, wszystko powyrzucać, nawet ściany z drewna odrzeć — lamentował, markując oburzenie i żywo gestykulując wolną ręką. — Może pan, jako, jak sądzę, obiektywny i zapewne znający się na rzeczy światowy człowiek, będzie potrafił ją przekonać?

Pomimo rozbawienia całą sytuacją, wynikającą również z moich wcześniejszych spostrzeżeń w kwestii urządzenia lokalu, popatrzyłem na niego z całkowitą powagą i po chwili dramatycznego milczenia odparłem:

— Przykro mi, panie Kamilu, ale nawet gdybym chciał wykazać się teraz męską solidarnością, to dla pańskiego dobra nie mogę tego zrobić. Pańska żona ma w sprawie remontu całkowitą rację.

Ona klasnęła z zadowoleniem, a on przewrócił dramatycznie oczyma i z niedowierzaniem pokręcił głową, nie próbując już teraz hamować uśmiechu.

— Ustaliliście to, zanim przyszedłem, prawda? — spytał. — Człowiek nawet na moment nie może opuścić stanowiska pracy, bo gdy wróci, to od razu odkryje, że spiskują za jego plecami.

Wyjąłem portfel i wyjąłem z niego pieniądze, a następnie położyłem je obok paragonu.

— Szczerze i z ręką na sercu mogę stwierdzić: kiedyś nam pan jeszcze za te spiski podziękuje.

Zadzwonił telefon. Kobieta wyswobodziła się z objęć męża i podniosła słuchawkę, a ja raz jeszcze stwierdziłem, że pizza była doskonała, po czym pożegnałem się z nimi skinieniem głowy i ruszyłem w stronę wieszaka, na którym czekała na mnie polarowa bluza. Ledwie zdążyłem ją założyć, a tuż obok ponownie wyrósł Szykowiak.

— Przepraszam, mam do pana jeszcze pytanie… — zaczął. — Mógłby mi pan powiedzieć, gdzie pan mieszka?

Po momencie zaskoczenia spojrzałem na niego wzrokiem wyraźnie sugerującym, że są granice, których nie powinien przekraczać, nawet pomimo przyjaznej atmosfery, jaka towarzyszyła naszym wcześniejszym rozmowom. W lot pojął niezręczność swojego pytania, bo natychmiast z zakłopotaniem dodał:

— Pada coraz bardziej, a pan, jak widzę, nie ma nic od deszczu, więc pomyślałem, że chętnie podwiozę. Mam właśnie zamówienie, za kilkanaście minut będę je dostarczał do klienta, więc przy okazji mógłby się pan ze mną zabrać.

Tym razem mnie zrobiło się łyso. Spojrzałem za okno, za którym świat tonął w strugach ulewnego deszczu.

— Bardzo to miłe z pana strony — powiedziałem. — Z przyjemnością bym skorzystał, gdyby jechał pan gdzieś w stronę Osiedla Solidarności.

Jego twarz pojaśniała.

— Świetnie, to prawie po drodze. Może w takim razie jeszcze piwo, zanim pizza będzie gotowa? Tym razem na koszt firmy Isabella e Camillo.

Z ociąganiem wyraziłem zgodę na małe, sprzeciwiając się jednocześnie temu, by było gratis.

— Skoro ma pan ochotę tylko na małe, to tym chętniej firma je zasponsoruje — w ten sposób uciął ze śmiechem moje protesty i poszedł za bar, by napełnić szklankę.

IV.

— Wybrał pan chyba najbardziej atrakcyjne osiedle w naszej mieścinie — powiedział, gdy zatrzasnęliśmy za sobą drzwi jego firmowego auta. — Ładne, przestronne mieszkania, niedawno wybudowane bloki z dala od większej drogi… Cicho tam jest, prawda?

— Tak, wprawdzie dzieci trochę hałasują popołudniami na placu zabaw, ale da się wytrzymać.

— To kawałek od centrum, ale za to las pod nosem i powietrze jak balsam — ciągnął, jakby w ogóle nie usłyszał, że się odezwałem. — Nie miałby pan nic przeciw temu, bym najpierw dostarczył pizzę? Klienci lubią, gdy przyjeżdża gorąca.

— Absolutnie nic.

Wycieraczki z trudem nadążały z usuwaniem deszczu z przedniej szyby. Musiałbym być niespełna rozumu, gdyby w tej sytuacji robiło mi różnicę kilka minut zwłoki. Byłem naprawdę wdzięczny Szykowiakowi, że pomyślał o podwiezieniu mnie do domu.

— Do dzieci można się przyzwyczaić, nie tylko do tych hałasujących na podwórku — jak gdyby nigdy nic nawiązał do tego, co powiedziałem wcześniej. — Kiedyś sądziłem, że to niemożliwe, wnerwiała mnie gówniarzeria, jak nie wiem co… Wszystko się zmieniło, gdy urodziła mi się pierwsza córa. Jakoś wtedy człowiek inaczej zaczął patrzeć na maluchy. Pan pewnie nie ma dzieci, panie Zdzichu?

Potwierdziłem jego przypuszczenie dopiero po chwili milczenia. Dziwnie się czułem, gdy dopiero co poznany facet zadawał mi osobiste pytania, ale z drugiej strony nie potrafiłem mieć mu tego za złe. Po części ze względu na jego bezpośredni sposób bycia, a po części dlatego, że w pewien sposób było to ujmujące. Być może przez dziesięciolecia spędzone w dużym mieście odzwyczaiłem się od naturalnych, nieskrępowanych rozmów, które mogą prowadzić ze sobą nawet prawie obcy sobie ludzie.

Pizzeria Isabella e Camillo położona jest jakieś pięćdziesiąt metrów od rykowskiego ryneczku, przy ulicy Parkowej, prowadzącej do niego od południowego wschodu. Jechaliśmy nią do samego końca, po czym skręciliśmy pod skosem w lewo, w stronę Osiedla Solidarności, by zaraz potem odbić ku północy, zagłębiając się w długą na jakieś dwa kilometry ulicę Łokietka. Widoczne w oddali bloki, w tym mój, zostawiając po prawej.

— To zabawne, jak człowiekowi zmieniają się priorytety i punkt widzenia — odezwał się ponownie Szykowiak. — Wspomniałem panu wcześniej, że wyjechałem po ogólniaku do Włoch. To było w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym szóstym roku. Miałem tam zostać najwyżej przez dwa, może trzy miesiące, ale wróciłem dopiero po czterech latach. Dokładnie rzecz ujmując, wróciliśmy, bo w dziewięćdziesiątym siódmym dołączyła do mnie Iza. Jesteśmy ze sobą, od kiedy ona zaczęła naukę w liceum. Ja byłem klasę wyżej, wpadła mi w oko i już w październiku ze sobą chodziliśmy. No i chodzimy aż do teraz, da pan wiarę? — Spojrzał w moją stronę i się roześmiał.

— Dam — odparłem, starając się, by moja odpowiedź zabrzmiała jak najbardziej pogodnie.

Uwierzenie w taki związek przyszło mi bez najmniejszego problemu. Sam w takim kiedyś byłem przez wiele lat.

— Przyjechała do mnie, do Neapolu, zaraz po maturze. Ja od roku już wydeptywałem ścieżki w jednej z tamtejszych knajp, zaczynając od zmywaka, poprzez kelnerowanie, na pomocy kucharskiej kończąc. Jak na rok niezła kariera, no nie? Chyba właściciel mnie polubił. Zresztą starałem się za dwóch, więc nawet jakby nie darzył mnie sympatią, to nie za bardzo miałby się do czego przyczepić. Przez kilka miesięcy Iza nie mogła znaleźć żadnej pracy, ale wreszcie szczęśliwie zwolnił się etat kelnerki, więc szef dał jej szansę. Kokosów nie zarabialiśmy, ale to i tak było o niebo więcej niż w Polsce, tym bardziej że z czasem właściciel miał do nas coraz więcej zaufania. Pod koniec to nawet pełniłem funkcję w podobie kierownika lokalu. Nie na papierze, ale w portfelu dało się to wyraźnie odczuć.

Szykowiak zatrzymał samochód na prawym poboczu, obok eleganckiego, prawdopodobnie niedawno postawionego bliźniaka.

— Poczeka pan chwilę? Zaraz jestem z powrotem.

— No jasne, że poczekam. Zdaje się, że teraz mam do siebie dalej niż z pańskiej pizzerii — powiedziałem z udawanym wyrzutem.

— Gdybym był złośliwy, to odparłbym, że do tej pory nie byłby pan nawet w połowie drogi, ale z pewnością już przemoknięty do suchej nitki. — Mrugnął do mnie. — Ale nie jestem, więc zmykam i za minutę jedziemy dalej.

— Mogłem wziąć taksówkę albo pojechać miejskim autobusem.

— Też prawda — odparł, cicho zarechotał, zabrał pizzę z tylnego siedzenia i już go nie było.

Taksówek w Rykowie jest dokładnie tyle samo, co miejskich autobusów, więc tak naprawdę w przypadku konieczności powrotu w deszczu człowiek może liczyć jedynie na własne nogi i porządną parasolkę lub nieprzemakalne ubranie. O ile, rzecz jasna, nie zainspirował go wcześniej tańczący w deszczu Gene Kelly.

Rozejrzałem się po wnętrzu samochodu. Już w trakcie jazdy, gdy jednym uchem słuchałem Szykowiaka, zwróciłem uwagę na to, że zawieszenie niebezpiecznie skrzeczy i stuka, a kierownica drży przy prędkości większej niż czterdzieści kilometrów na godzinę. Ten konkretny egzemplarz citroena berlingo miał, jak na moje oko, jakieś dziesięć lat. Widać było, że nie jest to zbyt zadbane auto. Na podłodze za przednimi siedzeniami walały się jakieś papierki po cukierkach i gumach do żucia, a tapicerka była mocno sfatygowana i niezbyt czysta. Trzy siedzenia w tylnym rzędzie mogły zostać wyjęte w razie potrzeby powiększenia pakowności, a jednocześnie można było na nich dość komfortowo przewozić pasażerów, którym przesuwne drzwi ułatwiały wsiadanie i wysiadanie. Gdybym miał pięcioosobową rodzinę i firmę, a jednocześnie nie stać byłoby mnie na dwa samochody, to pewnie rozważyłbym zakup czegoś podobnego.

Drzwi po stronie kierowcy otworzyły się.

— Widzę, że ogląda pan moją bestię? — zapytał Szykowiak, moszcząc się za kierownicą. — Szału nie ma, duży przebieg i dziewięć lat dość ostrej eksploatacji, no ale wszystko, co mieliśmy, niedawno władowaliśmy w zakup lokalu i mieszkania, więc i poszaleć nie bardzo było można.

— Ważne, że w miarę wygodne i jeździ.

— Mam nadzieję, że do pana jakoś się doturlamy — rzekł, przekręcając kluczyk w stacyjce i włączając lewy kierunkowskaz.

— Co do tego nie mam wątpliwości, ale mam za to wyrzuty sumienia, że pana fatygowałem. Osiedle Solidarności nie było raczej po drodze.

Zawrócił, a później machnął lekceważąco ręką.

— Żaden problem. Poza tym skąd miał pan to wiedzieć?

— Fakt. No i co? Nie lepiej było zostać?

Spojrzał na mnie zdziwiony.

— Ale gdzie?

— Mówił pan wcześniej o Włoszech, że wszystko się układało, lepsze zarobki, praca chyba w miarę pewna dla was obojga…

— Ach, tak, rzeczywiście. — Przez moment zastanawiał się nad odpowiedzią. — Wie pan, niby to racja, ale to jednak obca ziemia. Zawsze bylibyśmy tam tymi z zewnątrz, napływowymi, imigrantami, czy jak to jeszcze inaczej można nazwać. Nigdy nie bylibyśmy u siebie, tęskniliśmy. Pieniądze to przecież nie wszystko. Nie wyobrażaliśmy sobie życia poza Polską. Wróciliśmy ze stuprocentowym przekonaniem, że tylko tutaj będziemy naprawdę szczęśliwi. No i jak na razie, odpukać w niemalowane, tak faktycznie jest.

Skręciliśmy w lewo, ku mojemu osiedlu.

— We Włoszech żyliśmy bardzo skromnie — ciągnął. — Odkładaliśmy każdego lira, którego tylko mogliśmy zaoszczędzić… Wtedy jeszcze we Włoszech zarabiało się w lirach — uściślił, na wszelki wypadek. — Wszystko po to, żeby po powrocie tu jako tako się urządzić, założyć biznes, najchętniej właśnie pizzerię. To, na czym oboje najlepiej się znaliśmy, było prowadzenie lokalu gastronomicznego.

Zatrzymał citroena na parkingu przed moim blokiem, pozostawiając uruchomiony silnik.

— Ależ pana chyba zanudziłem tą moją gadaniną, prawda? — zapytał.

— A wie pan, panie Kamilu, że nawet nie. Bardzo interesująco pan opowiada. Jednego nie rozumiem… Mówił pan, że wróciliście po czterech latach od pana wyjazdu, czyli w roku dwutysięcznym, a we wcześniejszej rozmowie na temat wystroju wspomniał pan, że Isabella e Camillo działa od niedawna.

— Tak, rzeczywiście, otworzyliśmy z początkiem września. — Spojrzał na mnie, a na jego twarzy ponownie zagościł uśmiech. — A więc i my, i pan równocześnie zaczynamy w pewien sposób nowe życie.

— Na to wygląda, panie Kamilu.

— Więc mam nadzieję, że i panu się wszystko dobrze poukłada, czego serdecznie życzę. — Wyciągnął dłoń i przybiliśmy piątkę.

— Dziękuję — odrzekłem.

— Faktycznie, wróciliśmy już dość dawno, zaraz po wakacjach jedenaście lat temu, dwa lata przed wyprodukowaniem tego naszego grata — zauważył, nie kryjąc w głosie zaskoczenia własnym odkryciem, i uderzył w kierownicę otwartymi dłońmi. — No ale to wszystko nie było takie proste. Harowaliśmy we Włoszech, cały czas obiecując sobie, że po powrocie jakąś niewielką część zarobionej kwoty przeznaczymy na podróż po Europie. Na pewno pana nie nudzę?

— Bynajmniej — powiedziałem, całkowicie zgodnie z prawdą. Przyjemnie było słuchać kogoś, komu się ułożyło w życiu.

Kiwnął głową i wyłączył silnik.

— No i tak też się stało. Wyjechaliśmy dwa razy — najpierw jesienią w dwutysięcznym, a później wczesną wiosną dwa tysiące pierwszego. Miesiąc w Hiszpanii, potem miesiąc we Francji. Zamierzaliśmy zobaczyć trochę świata przed założeniem rodziny i próbą ułożenia życia na nowo. Te dwa wyjazdy były fantastyczne. Był pan może kiedyś w Hiszpanii?

Pokręciłem przecząco głową, a potem, zapewne uprzedzając jego pytanie, powiedziałem:

— We Francji też nie.

Spojrzał na mnie z ukosa, chyba z lekkim niedowierzaniem, ale nie pokusił się o jakikolwiek komentarz. Zamiast tego kontynuował swoją opowieść:

— W czerwcu dwa tysiące pierwszego roku wzięliśmy ślub. Już wtedy rozglądaliśmy się za lokalem, w którym moglibyśmy umiejscowić naszą pizzerię, ale znalezienie czegoś odpowiedniego na naszą kieszeń nie było proste. Nawet w niewielkim i dość tanim mieście. Wiadomo, że jeśli chodzi o knajpę, najważniejsza jest lokalizacja. Udało mi się znaleźć pracę w lokalnej hurtowni spożywczej, żeby były pieniądze na bieżące wydatki. No a potem, dziewiątego marca dwa tysiące drugiego roku, urodziła nam się pierwsza córka, więc trzeba było pozmieniać plany. Iza nie wyobrażała sobie wychowywania dziecka bez poświęcania mu możliwie największej ilości czasu, więc ja pracowałem, a ona zajmowała się Wiktorią. Oboje uznaliśmy, że takie rozwiązanie będzie dla nas wszystkich najlepsze…

W tym momencie zadzwoniła jego komórka. Spojrzał na wyświetlacz.

— Przepraszam, to żona — powiedział i odebrał, by chwilę później poinformować mnie, że w pizzerii zostało złożone kolejne zamówienie z dostawą do domu.

— Dziękuję za podwiezienie — rzekłem, otwierając drzwi.

— Nie ma sprawy, panie Zdzichu. Chyba dobrze się stało, że muszę jechać. Czasem tak mam, że jak zacznę gadać, to się zapominam i plotę jak nakręcony.

— Sam pana ciągnąłem za język, więc ewentualne pretensje mogę mieć tylko do siebie. A tak serio, to bardzo mi było miło pana poznać. Do zobaczenia.

Ponieważ deszcz wciąż mocno padał, nie czekałem, aż Szykowiak odjedzie, tylko lekkim truchtem pobiegłem do swojej klatki.

Wspinając się po schodach, z niedowierzaniem pokręciłem głową. Nie lubię swojego imienia, a już wręcz alergicznie reaguję, gdy ktoś zwraca się do mnie per Zdzichu. Mój nowy znajomy z upodobaniem i kilkakrotnie nazwał mnie „panem Zdzichem”, a ja wcześniej zupełnie nie zwróciłem na to uwagi. Wtedy pomyślałem sobie, że następnym razem nie omieszkam poprosić go delikatnie, by mówił do mnie jakoś inaczej, na przykład „panie Zdzisławie” albo „panie Zdziszku”.

Do dziś nie udało mi się go do tego przekonać, zresztą tak po prawdzie, to nigdy tego nawet nie próbowałem. Choć nazajutrz przeszliśmy na ty, ja i tak na zawsze już zostałem dla niego „panem Zdzichem”.

V.

Sobota była dniem, w którym w miejscu mojego nowego zatrudnienia pracowało się w zależności od liczby aktualnych zamówień i planowanych terminów ich realizacji, dlatego podejrzewałem, że pierwszego października nie będzie zbyt wielkiego ruchu w żadnej z trzech hal produkcyjnych. Kalendarz mówił mi jasno: w firmie związanej z budowlanką nie może to być przesadnie gorący okres, dlatego tym bardziej zdziwiłem się, gdy na pierwszej zmianie stawiła się pełna obsada dwóch budynków. Przeszło mi przez myśl, że powinienem zweryfikować opinię o moim nowym pracodawcy i przyjąć do wiadomości, że nawet w takim mieście jak Ryków coś może funkcjonować ze sporym rozmachem.

Z ostatnich formalności zostało mi jeszcze kilka podpisów w kadrach. Szefowa tego akurat działu miała soboty wolne, ale już wcześniej ustaliliśmy, że jeśli odpowiednie cyrografy złożę kilka dni później, to ani firma, ani tym bardziej świat nie ulegną z tego powodu nagłej destrukcji.

* * *

Już w trakcie pierwszej rozmowy prezes ostrzegł mnie, że stanowisko, o które się ubiegam, jest samodzielne i z reguły na zmianie będę sam. Trudno mi było sobie wyobrazić lepszą wiadomość po tych wszystkich latach spędzonych w zdecydowanie zbyt zaludnionym i gwarnym „Mordorze”, czyli budynku komendy policji w Mieście Wojewódzkim. Zależny tylko od siebie, niemający nad sobą Głównego, wiecznie ujadającego i domagającego się kolejnych, z każdym miesiącem bardziej satysfakcjonujących, ale jednocześnie stale absurdalnie udziwnianych tabelek ze statystykami, które potrzebne są jedynie do tego, żeby nie wziął tego naszego pierdolnika na widelec.

— Będzie pan przeważnie pracował sam, panie Zdzisławie. Nie przeszkadza to panu?

— Nie, panie prezesie. Wydaje mi się, że powinienem dać sobie radę.

Lustrował mnie bystrym spojrzeniem jasnoniebieskich oczu — człowiek, który mimo że zatrudnia ponad setkę osób, to niczego nie pozostawia przypadkowi. Właściciel, prezes, a jeśli trzeba to także sprzedawca albo szef rekrutacji, przy którym uczestnicząca w rozmowie kadrowa jest jedynie mało widocznym cieniem. Moja odpowiedź była powściągliwa — nie chciałem zbyt mocno eksponować radości, ponieważ mogłoby się to wydać zbyt podejrzane — ale i szczera.

Zdążyłem się wcześniej tego i owego dowiedzieć o moim nowym szefie. W ciągu kilkunastu lat rozwinął firmę od niewielkiego zakładu produkcyjnego do jednej z najbardziej liczących się polskich fabryk branży okiennej. Nie było dla niego rzeczy niemożliwych, a w dodatku niezwykle rzadko zdarzało mu się niedotrzymanie terminu, dlatego klienci tak bardzo cenili sobie współpracę z niemłodym już wprawdzie, lecz bardzo rzutkim biznesmenem. Krążyły też słuchy, że jest bardzo wymagający wobec swoich pracowników, ale w razie potrzeby potrafi zachować się w stosunku do nich bardziej niż przyzwoicie.

Pokiwał z zadowoleniem głową.

— Mam nadzieję, że spodoba się panu u nas. Wygląda pan na porządnego człowieka, panie Mokryna. — Miał miły, ciepły głos, w którym nie usłyszałem nawet nuty fałszu.

— Dziękuję.

— A tak już trochę bardziej prywatnie, jeśli można i o ile to nie tajemnica…

Podniosłem brwi z lekko udawanym zainteresowaniem, choć w zasadzie spodziewałem się treści kolejnego pytania.

— Miał pan dobrą pracę, chyba nieźle płatną, i postanowił pan z niej zrezygnować… — Tu zawiesił głos, nie decydując się na domknięcie klamry.

— Tak, to prawda, ale… wie pan, jak to jest. Ponad czterdzieści lat na karku, całe życie w dużym mieście, więc postanowiłem poszukać spokojniejszego miejsca.

Wiedział, że ściemniam. Czytałem w jego oczach jak w otwartej księdze.

— Mam emeryturę, trochę sobie do niej mogę dorobić, żeby odłożyć coś więcej na starość — ciągnąłem, ale on wciąż mi nie wierzył.

Przez moment regulowałem oddech. Nie chciałem powiedzieć nic więcej, miałem nadzieję, że mu to wystarczy, ale gdybym tak skończył, nasza rozmowa nie miałaby takiego zakończenia, jak powinna. Siedząc w jego gabinecie, w ciągu tych paru chwil zrozumiałem, że to, co o nim mówili, jest prawdą. Potrafi prześwietlić człowieka na wylot i gdy coś jest nie tak, zauważy to niemal natychmiast.

— Jestem już zmęczony — powiedziałem wreszcie, spuszczając wzrok. — Proszę mnie źle nie zrozumieć, nie chodzi o to, że nie chcę już pracować, bo chcę… Chcę, potrafię i dam sobie radę. Tylko że po tych wszystkich latach w policji…

— Rozumiem — przerwał mi w najmniej spodziewanym momencie. Łagodnie, ale dość zdecydowanie. — Myślę, że mniej więcej wiem, co mi pan chce powiedzieć. I tyle mi wystarczy.

* * *

Za pierwszym razem (jak się później okazało — za drugim również) nie pracowałem jednak sam. O szóstej rano w drzwiach zakładu powitał mnie barczysty, wyprostowany jak struna mężczyzna, na pierwszy rzut oka o kilka lat młodszy ode mnie. Miał kwadratową szczękę i ciągnącą się od niej przez prawy policzek aż do skroni szramę. Przedstawił się jako Janusz Przywara, a mechaniczny sposób, w jaki to zrobił, sugerował przeszłość w jakiejś umundurowanej formacji.

Przez niemal godzinę, która pozostała do rozpoczęcia zmiany przez pozostałych pracowników fabryki, o jego przeszłości dowiedziałem się tylko tyle, że to były wojskowy z dwiema zagranicznymi misjami na koncie. O moją przeszłość nie pytał, ale sądziłem, że na miejscu będzie odwdzięczyć się równie ogólnikowymi informacjami. Później zajęliśmy się już tylko przeszkoleniem, podczas którego starałem się być możliwie najbardziej pojętnym uczniem.

Same konkrety, żadnego pieprzenia. Monitoring, zasady funkcjonowania przepustek w zakładzie, systemy alarmowe, zabezpieczenia hal, bramy głównej i samego biurowca.

Myślę, że mógłbym się zakolegować z Przywarą, bo nadawaliśmy mniej więcej na tych samych falach, ale miałem wrażenie, że obaj nie tego potrzebujemy. Wyglądał na takiego, który podobnie jak ja szuka w tej robocie spokoju. Zapewne też wiele razy sparzył się na zawodowych relacjach i nie miał zamiaru znów pakować się do tej samej rzeki. Pasował mi ten układ.

Różniło nas głównie to, że na serdecznym palcu jego prawej dłoni lśniła obrączka. Kiedyś często zastanawiałem się, jak bym się czuł z takim świecidełkiem. Był nawet czas, że chciałem się o tym przekonać, ale życie potoczyło się tak, że do tej pory nie było mi to dane.

* * *

Skończyliśmy naszą dwunastogodzinną zmianę dokładnie o osiemnastej, zostawiając zakład pod pieczą zmiennika, po czym ruszyliśmy w milczeniu do naszych samochodów zaparkowanych na dużym, teraz już prawie pustym parkingu. Uścisnęliśmy sobie ręce bez słowa i jak na komendę, w jednej sekundzie, otworzyliśmy centralne zamki aut. Wydawało mi się, że Janusz podobnie jak ja zwrócił na to uwagę, miałem nawet wrażenie, że przez jego twarz przebiegł cień uśmiechu, ale odwrócił głowę, starając się to ukryć. Stworzyło się trudno uchwytne pole do bardziej luźnej uwagi, ale żaden z nas nie miał ochoty z niego skorzystać. Przywara odjechał pierwszy, a mijając moją corollę, nawet nie spojrzał w jej kierunku.

Pomyślałem, że to był dobry dzień i że wszystko układa się zgodnie z planem, po czym ruszyłem śladem mojego nowego kolegi z pracy w stronę parkingowego wyjazdu.

„Z pracy i tylko z pracy” — przeszło mi przez myśl i wtedy szeroko uśmiechnąłem się sam do siebie.

VI.

W szparze pomiędzy framugą a drzwiami mojego mieszkania tkwiła złożona w pół żółta kartka. Wejście do klatki zabezpieczone było domofonem, więc początkowo sądziłem, że to mój sąsiad z naprzeciwka, z którym w trakcie przeprowadzki wymieniłem wymagane w takich sytuacjach uprzejmości, ma do mnie jakąś sprawę. Okazało się jednak inaczej.

„Panie Zdzichu, proszę o telefon na poniższy numer, K.S.”.

Jeśli miałbym jakiekolwiek wątpliwości, kto kryje się pod inicjałami, bez wątpienia rozwiałaby je forma, w jakiej się do mnie zwrócono.

Wszedłem do środka, zastanawiając się, czego on może ode mnie chcieć. Znów odezwał się we mnie swoisty mechanizm obronny, który miał za zadanie ostrzegać przed nadmiernym spoufalaniem się z miejscowymi, ale zaraz potem przypomniałem sobie sytuację z poprzedniego dnia, gdy również dał on o sobie znać, a zaraz potem okazał się fałszywym alarmem. Nie znałem Szykowiaka zbyt dobrze, ale raczej nie mogłem się po nim spodziewać, że fatygował się do mnie z byle powodu.

Wyjąłem z kieszeni komórkę i wybrałem podany numer.

— Tak, słucham?

— Dzień dobry, panie Kamilu, Mokryna z tej strony. Zostawił pan kartkę w moich drzwiach, więc…

— O, dobrze, że pan dzwoni, już miałem znów do pana jechać. Sprzątałem dziś trochę w aucie, bo wybieramy się jutro z Izką i dzieciakami do warszawskiego zoo, i znalazłem pański portfel. Leżał pod siedzeniem pasażera, więc pewnie musiał się panu wczoraj wysunąć.

Odruchowo klepnąłem się w zewnętrzną kieszeń, natychmiast przypominając sobie, że poprzedniego dnia nosiłem polarową bluzę, którą po powrocie powiesiłem do przeschnięcia na oparciu krzesła w kuchni i tam już została.

— Będzie pan teraz w domu? — ciągnął. — Mógłbym wpaść i go podrzucić.

— Panie Kamilu, po pierwsze, dziękuję, że się pan fatygował już wcześniej. No i że pan go znalazł…

— Przypadek. Rzadko sprzątam auto, zresztą chyba pan to wczoraj zauważył — skończył ze śmiechem.

— Nie zwracam uwagi na pierdoły, ale faktycznie, zauważyłem, że z tyłu miał pan mały rozgardiasz. Jakbym nie był wścibski i się nie wiercił, to pewnie portfel do dziś tkwiłby bezpiecznie w mojej kieszeni.

— Co racja, to racja, proszę się poprawić następnym razem, a teraz niech mi pan powie, czy jest pan w domu, bo Iza do mnie macha, więc pewnie zaraz będę jechał z zamówieniem.

— Panie Kamilu, dopiero przed chwilą wróciłem z pracy i nie zamierzałem się już nigdzie ruszać, ale jestem głodny jak wilk, w dodatku, jak się okazało, bez grosza przy duszy, więc z chęcią wpadłbym do was sprawdzić, czy od wczoraj jakość pizzy się nie pogorszyła.

— Mogę przywieźć jakąś dobrą, to żaden problem.

— Dziękuję, ale chętnie się przewietrzę, a i spacer dobrze mi zrobi. Poza tym chcę jeszcze nacieszyć oczy tym niesamowitym wystrojem. Tym bardziej że jego dni są już przecież policzone.

— Chyba że tak. W takim razie zapraszam. O której pan będzie? Mamy trochę ludzi, więc na wszelki wypadek zarezerwuję dla pana stolik.

— Pewnie gdzieś tak za godzinę. Mam tylko prośbę, żeby to było inne miejsce niż wczoraj, bo peszyły mnie trochę te rogi nad głową.

Roześmiał się i powiedział, że nie ma sprawy, a potem, jakby po chwili wahania, dodał:

— Chociaż dziwię się, bo było panu z nimi bardzo do twarzy.

Pewnie przez ten krótki moment zastanawiał się, czy żart przypadkiem nie przekroczy granicy dobrego smaku.

— W takim razie niech będzie to samo miejsce — powiedziałem. — W moim wieku każdą okazję do usłyszenia komplementu trzeba brać w ciemno.

Skończyliśmy rozmowę w świetnych nastrojach.

* * *

Faktycznie byłem bardzo głodny, ale stwierdziłem, że przed wyjściem wypadałoby się odświeżyć po dwunastu godzinach w pracy. Wskoczyłem więc pod prysznic i się ogoliłem. Czekając, aż wyschną mi włosy, włączyłem komputer, rzuciłem okiem na bieżące wydarzenia, a później nieopatrznie sprawdziłem skrzynkę mejlową.

Wśród tradycyjnej lawiny spamu przez ostatnie trzy dni trafiły się też dwie napisane do mnie wiadomości. Na pierwszą odpisałem natychmiast. Andrzej Gierczak, który przejął moje obowiązki w wydziale kontroli, ostatnio odzywał się do mnie coraz rzadziej, ale jeszcze od czasu do czasu się to zdarzało. Miał krótszy ode mnie staż w policji, a w dodatku nigdy dotąd nie miał styczności ze szperaniem we własnych brudach. Przenieśli go z dnia na dzień i nagle z dobrego, lubianego przez wielu kolegi musiał przedzierzgnąć się w psa tropiącego i wyjaśniającego nieprawidłowości w policyjnych szeregach. Szczerze mu współczułem, tym bardziej że był to jeden z porządniejszych ludzi, z jakimi przyszło mi pracować. Robiłem więc, co mogłem, żeby jakoś odnalazł się w nowej sytuacji. Jeśli tylko potrafiłem, wskazywałem sposób zastosowania poszczególnych procedur, miejsca, gdzie na półkach i w archiwum można odszukać analogiczne do obecnych sprawy, a także próbowałem pomóc zastosować stare i rozgryźć nowe wytyczne w zakresie koniecznych zestawień oraz statystyk.

Prośba dotyczyła tego ostatniego zagadnienia. Skończył się właśnie pierwszy kwartał Andrzeja na nowym stanowisku, żądano więc od niego odpowiednich, w moim przekonaniu nikomu do niczego niepotrzebnych, tabelarycznych wykazów przeprowadzonych w ostatnich trzech miesiącach postępowań wyjaśniających, wraz z odniesieniem ich do analogicznych danych za rok ubiegły. Uporałem się z tym mniej więcej w dwadzieścia minut. Kwestia była stosunkowo prosta, a dodatkowo zdawałem sobie sprawę, że odpowiedź ode mnie uspokoi Andrzeja i dzięki temu będzie miał trochę mniej nerwowe zakończenie weekendu. Jak zwykle, w luźniejszej końcówce wiadomości ani słowem nie wspomniał o sprawie Pieniążka (za co, jak zwykle, byłem mu wdzięczny), tylko trochę poplotkował na tematy bieżące. Jakby bardziej z obowiązku, dlatego że tak wypada, niż ze świadomości tego, że w ogóle mnie to cokolwiek obchodzi. Najważniejsza wieść gminna niosła, że „podobno Stary ma polecieć na jesieni”. Nie obchodziło mnie to. Tym bardziej że Stary, czyli komendant wojewódzki, „miał polecieć” już wcześniej wiele razy i plotka przez ostatnich kilka lat zmieniała się tylko w kwestii rozpoczynającej się aktualnie pory roku.

Druga wiadomość była od Beaty. W sumie nic ważnego — z pozoru kilka zdań od starej dobrej koleżanki. Siedziałem jednak dość długo, gapiąc się na tekst, jakby to był mejl od kogoś z zaświatów. Najpierw pomyślałem, że odpiszę natychmiast, i nawet wklepałem kilkanaście pierwszych słów. Zaraz potem wszystko wykasowałem i usunąłem wersję roboczą wiadomości, żeby mnie na drugi raz nie kusiło. Zapomniałem o głodzie i o tym, że w pizzerii Isabella e Camillo czeka na mnie zarezerwowany stolik.

Odchylając się do tyłu, przeczesałem palcami włosy, odkrywając mimowolnie, że zdążyły już całkiem wyschnąć, i spojrzałem na zegarek w prawym dolnym rogu komputera. Dochodziło w pół do dziewiątej. Nie wiedziałem, jak postąpić z wiadomością od Beaty, ale przecież decyzja nie musiała zostać podjęta tu i teraz. Wyłączyłem więc komputer i zacząłem szykować się do wyjścia.

* * *

Gdy dotarłem do Isabella e Camillo był już kwadrans po dwudziestej pierwszej.

Szykowiak nie przesadzał, twierdząc, że tego dnia w pizzerii panuje spory ruch. Hałaśliwi goście, wśród których przeważała młodzież, okupowali zdecydowaną większość miejsc, a stolik zajmowany przeze mnie poprzedniego dnia otoczony był wianuszkiem zajadających się pizzą małolatów. Nie mogłem mieć pretensji do właściciela, że nie przytrzymał dla mnie rezerwacji, skoro spóźniłem się ponad godzinę.

Stałem w drzwiach, zastanawiając się, czy wyjść na zewnątrz i poczekać, aż się trochę przeludni, czy może poprosić o zwrot portfela, a następnie kupić coś do zjedzenia w jakimś spożywczaku, gdy poczułem, że ktoś kładzie dłoń na moim ramieniu. Odwróciłem się i zobaczyłem Szykowiaka, stojącego tuż za progiem.

— Zapraszam do środka, miejsce czeka — powiedział, wskazując zaciszny stolik w prawym rogu pomieszczenia, na którym ustawiono tabliczkę z napisem „Rezerwacja”. — Właśnie zaliczyłem ostatni kurs z pizzą.

— Dziękuję i przepraszam, że przyszedłem później — odparłem, robiąc krok do przodu i wpuszczając łaskawie właściciela do jego lokalu. — A skąd pan może wiedzieć, że to był ostatni kurs?

— Lokal jest czynny do dwudziestej drugiej, ale zamówienia na pizzę przyjmujemy tylko do dziewiątej.

— Wygląda więc na to, że się spóźniłem…

— Dla pana zrobimy wyjątek, panie Zdzichu — odparł z uśmiechem. — Zaraz podam kartę, żeby mógł pan wybrać coś dla siebie.

— A mogę zdać się na pański gust?

— Ostrzegam, że może to być coś ostrego.

— Żaden problem. Lubię pikantne dania.

— Rozmiar taki jak wczoraj?

Przez chwilę zastanawiałem się nad tą kuszącą propozycją. Kiszki grały mi marsza, ale biorąc pod uwagę porę, uznałem, że lepiej nie szarżować.

— Jest trochę późno, więc może jednak małą — powiedziałem, a później, lawirując pomiędzy pozajmowanymi krzesłami, pożeglowałem w stronę kwadratowego stolika, przy którym zamiast czterech, stały tylko dwa krzesła; brakujące zostały podprowadzone przez siedzącą po sąsiedzku i cisnącą się obok siebie młodzież.

Ledwie zdążyłem zająć miejsce, gdy przede mną jak spod ziemi wyrósł Szykowiak z kuflem złocistego piwa.

— Nawet nie pytałem, czy pan sobie życzy — rzekł — ale pizza będzie naprawdę ostra, więc to na pewno się przyda.

Odchodząc, dodał jeszcze, wskazując na wolne krzesło:

— Zarezerwowałem też miejsce dla siebie, o ile nie będzie pan miał nic przeciw mojemu towarzystwu.

— Bynajmniej. Będzie mi naprawdę miło — odparłem.

— W takim razie bardzo się cieszę. Trochę tu ogarnę i jak pizza będzie gotowa, przyjdę panu poprzeszkadzać.

Pociągając pierwszy łyk z kufla, przypomniałem sobie moje plany, snute nie dalej jak poprzedniego dnia nad resztkami pizzy. Miałem tu prowadzić życie odludka stroniącego od towarzystwa, a wystarczyła nieco ponad doba, by okazało się, że tak naprawdę chyba zupełnie czego innego mi potrzeba.

Przez ostatnie siedem lat żyłem wśród ludzi, ale byłem samotny, choć wcale nie miałem ochoty przyznać tego przed samym sobą, bo przecież miałem wielu znajomych, a ludzie chętnie spędzali ze mną popołudnia i wieczory. Kobiety czasem również noce. Tak było od ośmiu lat.

Kiedy w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym dziewiątym roku moi rodzice zginęli w wypadku samochodowym (parę dni po moich trzydziestych urodzinach), wszystko się zmieniło. Dobrze, że w tamtym czasie była przy mnie Beata, ale i to się skończyło cztery lata później. Od wtedy, kiedy odeszła, od Wigilii Bożego Narodzenia dwa tysiące trzeciego roku, dawałem sobie nieźle radę, tkwiąc w iluzorycznych stosunkach koleżeńskich, zawodowych, sąsiedzkich, bazarkowych i jakich tam jeszcze.

Ale tak naprawdę, nie miałem nikogo.

Czasem przeklinałem los, a czasem moich świętej pamięci starych, że nie mam rodzeństwa, które, choćby i nawet najbardziej podłe, stanowiłoby jakąś namiastkę bliskości, tworzyłoby złudzenie, że jest ktoś na świecie oprócz mnie. Niechbym nawet nie oglądał tego kogoś albo nawet latami nie zamienił z nim słowa przez telefon, to byłoby nieważne, w przeciwieństwie do świadomości, że jestem na świecie sam jak palec.

Tak, czasem przeklinałem za to los i moich starych, a zaraz potem rugałem się w myślach, będąc pewnym, że rodzeństwo i tak by nic nie zmieniło. Rodzeństwo to przecież tylko więzy krwi i tak naprawdę przeważnie poza miłością do rodziców, wspólnym dzieciństwem i zbieżnym DNA nic cię z twoim bratem czy siostrą nie łączy. To nie jest mało, ale też nie na tyle dużo, by zagwarantować, że nie będziesz samotny, gdy ci się wszystko spierdoli w życiu.

Niektórzy uciekają w alkohol, a niektórzy w samotność. Ja należałem do tych drugich. I pewnie tak by zostało, pewnie dotrwałbym w Mieście Wojewódzkim do bardziej godziwej emerytury, nie zważając na wszystko i udając niesamotność przed samym sobą (a może nawet sobie jej nie uświadamiając?), gdyby nie sprawa Pieniążka. Zniosłem brak rodziców, przeżyłem — choć z trudem — odejście kobiety, bez której nie wyobrażałem sobie świata, ale sprawa Pieniążka mnie przerosła, a uświadomiłem to sobie w jednej sekundzie, w knajpie Isabella e Camillo w Rykowie — najpierw pociągając łyk, a później zlizując gęstą pianę z górnej wargi.

Do tej pory sądziłem, że to był mój wybór, ale nie — to była zwyczajna rejterada. Nie uciekałem do Rykowa od ludzi, a od postępowania w sprawie młodego policjanta drogówki, na którego mnie poszczuto i który nie wytrzymał presji; zanim zdążył oddać odznakę i broń służbową, pociągnął za spust w kiblu „Mordoru”, odstrzeliwując sobie spory kawałek potylicy.

Niedługo później okazało się, że dowody, które mi podsunięto, zostały od początku do końca wyssane z brudnego palca gościa pracującego u nas na uchu, którego brata Pieniążek swego czasu zatrzymał za przekroczenie prędkości. W trakcie kontroli okazało się, że auto jest trefne, a młody gliniarz (w przeciwieństwie do starszego kolegi, z którym pełnił służbę) — całkowicie niechętny do współpracy z kontrolowanym kierowcą. Brat informatora trafił pod celę na trzy miesiące, ponieważ postępowanie wykazało jego związki z międzynarodowym gangiem trudniącym się kradzieżą samochodów w Europie Zachodniej, a później przerzucającym je za wschodnią granicę Polski.

Zaraz potem do komendy wpłynęła skarga na Pieniążka za nieprawidłowości w innej sprawie. Chodziło o rzekomą pokaźną łapówkę, fałszowanie kwitów, a nawet o formułowanie podczas służby gróźb karalnych. Na początku nikt nie traktował tego poważnie, ale kiedy pojawiali się kolejni świadkowie potwierdzający niekorzystną dla Pieniążka wersję, to musieliśmy się całej sprawie przyjrzeć bliżej, tym bardziej że zaczęła przy niej węszyć prokuratura okręgowa. W pewnym momencie doszło nawet do tego, że zapadła decyzja o zawieszeniu policjanta w czynnościach służbowych. Decyzja, o której Pieniążek dowiedział się nieoficjalnie i której — wkładając sobie lufę do ust, a następnie pociągając za spust — nie pozwolił wejść w życie.

Dwa dni po pogrzebie młodego gliny zjawiła się u nas żona informatora. Być może ruszyło ją sumienie, ale niewykluczone — i na mój nos bardziej prawdopodobne — że chodziło o odegranie się na ślubnym, ponieważ proces fabrykowania dowodów przeciw policjantowi opisywała do protokołu, usiłując bezskutecznie ukryć pod okularami przeciwsłonecznymi wielki granatowoczarny siniak okalający jej prawe oko. Ruszyło dochodzenie w sprawie formułowania fałszywych oskarżeń, podejrzani jeden po drugim przyznawali się do winy, a sierżant Łukasz Pieniążek, na zawsze już dwudziestodziewięcioletni, został pośmiertnie oczyszczony z zarzutów i awansowany o jeden stopień, co raczej nie miało już wtedy dla niego jakiegoś specjalnego znaczenia.

Uciekłem więc z „Mordoru” i z Miasta Wojewódzkiego. Wydawało mi się, że chcę uciec do dobrej samotności (złej, w której tkwiłem przecież dotąd, nawet sobie nie uświadamiałem), wydawało mi się, że chcę spokoju, a tak naprawdę chciałem uciec od Pieniążka i jego sprawy, nie chciałem, żeby ktokolwiek jeszcze kiedykolwiek spojrzał na mnie przez jej pryzmat.

Mamaj często mawia (chociaż wtedy, pierwszego października, jeszcze tego nie wiedziałem, bo mieliśmy się poznać dopiero w listopadzie), że Ryków to dziura w dupie świata. A ja pojawiłem się tu, bo chciałem być w niej samotnym, smutnym palcem i chciałem się tutaj jak w gównie nurzać we wspomnieniach traumatycznych zdarzeń z przeszłości.

Pierwszy łyk piwa ledwie zaczynał chłodzić przełyk, gdy zrozumiałem, że przecież wcale nie muszę tkwić w tym, co było. Uświadomiłem sobie, że szedłem do Isabella e Camillo z nadzieją na spotkanie, a może nawet na dłuższą rozmowę z Szykowiakiem. Znów chciałem spojrzeć w te jego pełne uśmiechu i optymizmu szare oczy, posłuchać, jak przekomarzają się z żoną, chłonąć beztroską atmosferę gwarnej knajpki w sobotni wieczór.

Jak się okazało, czasem do zmiany spojrzenia na świat nie potrzeba wiele. Czasem wystarczy, że ktoś zapyta, czy nie masz nic przeciw temu, aby się do ciebie przysiadł, a ty odpowiesz, że „Bynajmniej” i że „Będzie mi naprawdę miło”.

I zrobisz to prawdziwie, wypowiesz te słowa z przekonaniem, o które jeszcze wczoraj rano sam siebie byś nawet nie podejrzewał.

* * *

Gdy Szykowiak przyniósł moją pizzę i usiadł naprzeciwko, było za dwadzieścia dziesiąta.

Większość stolików do tej pory zdążyła się zwolnić, o ile dobrze dostrzegłem, w pizzerii od mojego przyjścia nie pojawił się żaden nowy klient. W międzyczasie właściciel dwukrotnie spokojnie, lecz stanowczo uspokajał zbyt głośno zachowującą się grupkę zajmującą stolik, przy którym siedziałem poprzedniego dnia. Raz zrobił to także wobec dwóch lekko podchmielonych starszych jegomości, zdecydowanie zbyt żarliwie dyskutujących na temat mających się odbyć w następną niedzielę wyborów parlamentarnych. Atmosfera w pizzerii była miła, gościom towarzyszył gwar, ale dzięki reakcjom Szykowiaka na tyle niedokuczliwy, że bez trudu można było posłuchać muzyki wydobywającej się z czterech rozmieszczonych wysoko w rogach sali głośników.

Jeszcze zanim wziąłem sztućce do rąk, zaproponowałem, żebyśmy przeszli na „ty”. Kiedy tylko moja propozycja została z wyraźnym zadowoleniem przyjęta, nie omieszkałem podzielić się z Kamilem spostrzeżeniami odnośnie do jego dbałości o atmosferę w knajpce. Przytaknął mi skinieniem głowy, a później powiedział:

— Wiesz, panie Zdzichu, tak to już jest w tej branży, że od razu na początku należy ustalić panujące w lokalu zasady, a potem dbać o ich przestrzeganie przez gości. Staramy się z Izą, żeby wszystko było jak należy, bo jeślibyśmy odpuścili choć odrobinę, to później sytuacja byłaby nie do opanowania. No i skoro sam zauważyłeś, że jakoś nam to wychodzi, to znaczy, że jesteśmy na dobrej drodze do celu. Jeszcze z miesiąc i nikomu nie przyjdzie do głowy, że w Camillo mógłby się wydzierać albo zostawać dłużej niż do dwudziestej drugiej.

— W Camillo?

Uśmiechnął się i rozłożył bezradnie ręce.

— Na robieniu pizzy to się może i znam, panie Zdzichu, ale na marketingu to raczej ani w ząb. Mówiłem wczoraj, że to ja wybrałem nazwę „Isabella e Camillo”, chciałem, żeby było światowo, trochę po włosku, a tymczasem okazuje się, że to był niewypał. W całym Rykowie nie znajdziesz nawet jednej osoby mówiącej o tym przybytku tak, jak sobie wymarzyłem. Wszyscy upraszczają, niektórzy nawet twierdzą — o zgrozo! — że chodzą coś zjeść „do Kamila”.

Przeżuwałem jego