Wydawca ebooka: Bernardinum Wydawca audiobooka: Heraclon International Sp. z o.o. Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 273 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 8 godz. 0 min Lektor: Roch Siemianowski

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 8 godz. 0 min Lektor: Roch Siemianowski

Opis ebooka Zabawka Boga - Tadeusz Biedzki

Powieść sensacyjno-historyczna oparta na faktach. Znakomicie zarysowane czasy I wieku n.e., pierwszych wspólnot chrześcijan oraz krucjat w Ziemi Świętej na przełomie XII i XIII wieku. Świetnie pokazana Jerozolima, dwór Saladyna w Damaszku, świat templariuszy, zakony we Francji, średniowieczna Etiopia oraz – co niezwykle ciekawe – dokładnie te same miejsca dziś. Trzyma w napięciu od pierwszej strony do rewelacyjnego finału. Recenzenci porównują klimat powieści do dzieła Umberto Eco „Imię róży” i bestsellera Dana Browna – „Kod Leonarda da Vinci”. Lektura obowiązkowa.

Tadeusz Biedzki – przedsiębiorca, podróżnik i pisarz. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych dziennikarz „Polityki” i „Przeglądu Tygodniowego”. Po upadku komunizmu redaktor naczelny „Trybuny Śląskiej” (1991-2000). Właściciel kilku firm. Od dwudziestu lat podróżuje z żoną po świecie, zaglądając tam, gdzie nie docierają zwyczajni turyści. Fascynuje go egzotyka, „Trzeci Świat” oraz historia. Niezwykłe i niebezpieczne przygody opisuje w książkach i reportażach. Jego wydany w ubiegłym roku „Sen pod baobabem” uznano za „Podróżniczą książkę 2012 roku”

Opinie o ebooku Zabawka Boga - Tadeusz Biedzki

Fragment ebooka Zabawka Boga - Tadeusz Biedzki

© Co­py­ri­ght by Ta­de­usz Biedz­ki, 2013

Au­tor ser­decz­nie dzię­ku­je Pani Agniesz­ce Kli­mek

za po­moc me­ry­to­rycz­ną i re­dak­cyj­ną

Re­dak­cja i ko­rek­ta

Ja­ni­na Ma­łas

Fo­to­gra­fie

Wan­da Biedz­ka, Krzysz­tof Ma­nia, Bo­gu­sław Pa­siecz­ny, An­to­ni My­śli­bor­ski

Zdję­cie na okład­ce

Bo­gu­sław Pa­siecz­ny

Ilu­stra­cje

Jo­lan­ta Do­ma­chow­ska

Opra­co­wa­nie gra­ficz­ne i tech­nicz­ne

Mi­chał Mie­rze­jew­ski

Wy­daw­nic­two „Ber­nar­di­num” Sp. z o.o.

ul. Bi­sku­pa Do­mi­ni­ka 11, 83-130 Pel­plin

tel. 58 536 17 57 • fax 58 536 17 26

ber­nar­di­num@ber­nar­di­num.com.pl

www.ber­nar­di­num.com.pl

ISBN 978-83-7823-262-9

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Moim sy­nom,

Prze­mko­wi i Bart­ko­wi

Główne postaci

Al­fe­usz

– przed­się­bior­ca z Je­ro­zo­li­my, wnuk Je­fra­ima

An­drzej

– za­kon­nik, przy­ja­ciel Au­to­ra z mło­do­ści

Fru­men­cjusz

– za­kon­nik z Etio­pii

Jan

– św. Jan Apo­stoł (Ewan­ge­li­sta)

Je­fra­im

– przed­się­bior­ca z Efe­zu i Je­ro­zo­li­my, przy­bra­ny syn Jana

Je­szua

– Je­zus z Na­za­re­tu

La­li­be­la

– król Etio­pii

Lu­cjusz

– bo­ga­ty przed­się­bior­ca i ku­piec z Efe­zu

Mi­riam

– Mat­ka Je­zu­sa

Raj­mund

– tem­pla­riusz i cy­sters z Pro­wan­sji

Wan­da

– żona Au­to­ra

Rozdział IRogoźnik k. Katowic, kwiecień 2010 r.

WŚRÓD prze­sy­łek wy­ję­tych ze skrzyn­ki pocz­to­wej bura ko­per­ta od razu rzu­ca­ła się w oczy: była duża, po­mię­ta i bar­dzo brud­na. Na­zwi­sko i ad­res na­pi­sa­no ołów­kiem. Spoj­rza­łem na zna­czek. List zo­stał wy­sła­ny z Etio­pii. Wy­da­ło mi się to dziw­ne, bo nie zna­łem tam ni­ko­go. Co praw­da, przed kil­ku laty wę­dro­wa­li­śmy z Wan­dą i gru­pą przy­ja­ciół przez Etio­pię, ale nie na­wią­za­li­śmy bliż­szych zna­jo­mo­ści.

Na od­wro­cie, w le­wym gór­nym rogu ko­per­ty, nadaw­ca na­pi­sał tyl­ko jed­no sło­wo: An­drzej.

We­wnątrz było kil­ka­na­ście po­żół­kłych kar­tek za­pi­sa­nych rów­nież ołów­kiem, drob­nym, ale wy­raź­nym pi­smem. Z każ­dym prze­czy­ta­nym zda­niem moje zdu­mie­nie ro­sło, ale wie­dzia­łem już, kto na­pi­sał ten list.

– Nie­sa­mo­wi­te! – wy­rwa­ło mi się po prze­czy­ta­niu ostat­nich zdań. – Nie­sa­mo­wi­te!

– Prze­czy­taj, pro­szę – po­da­łem list Wan­dzie.

– Może póź­niej – za­opo­no­wa­ła.

– Nie, czy­taj na­tych­miast! Pro­szę!

Kie­dy skoń­czy­ła, spoj­rza­ła na mnie zdzi­wio­nym wzro­kiem.

– To nie może być praw­da – po­wie­dzia­ła. – Ta­kie hi­sto­rie zda­rza­ją się tyl­ko w baj­kach.

Jesz­cze raz obej­rza­łem list i do­pie­ro te­raz do­strze­głem datę: paź­dzier­nik 2008 roku. To dziw­ne, An­drzej na­pi­sał go pół­to­ra roku temu. Dla­cze­go do­tarł tak póź­no?

– Może do­pie­ro te­raz go wy­słał? – pod­su­nę­ła Wan­da. – Albo prze­ka­zał ko­muś, kto za­po­mniał o nim i nie­daw­no od­na­lazł?

Dwa dni póź­niej zde­cy­do­wa­li­śmy, że wy­jeż­dża­my do klasz­to­ru św. Ka­ta­rzy­ny na Sy­na­ju.

Przed wy­jaz­dem na­le­ża­ło prze­ana­li­zo­wać każ­de zda­nie li­stu. Na­wet po­je­dyn­cze sło­wo mo­gło mieć zna­cze­nie.

List skła­dał się z dwóch czę­ści. W pierw­szej An­drzej opi­sy­wał swo­je losy, któ­re nada­wa­ły­by się na sce­na­riusz nie­złe­go fil­mu. Ale na­praw­dę fa­scy­nu­ją­ca była część dru­ga.

An­drzej był moim ko­le­gą z uczel­ni. Stu­dio­wa­li­śmy wspól­nie tyl­ko przez rok, ale za­przy­jaź­ni­li­śmy się i jesz­cze przez wie­le lat ko­re­spon­do­wa­li­śmy. Zwró­ci­łem na nie­go uwa­gę na wy­kła­dach i ćwi­cze­niach z fi­lo­zo­fii. Py­tał, dys­ku­to­wał, sta­wiał wła­sne tezy i nie ule­ga­ło wąt­pli­wo­ści, że fi­lo­zo­fia, a jesz­cze bar­dziej mi­sty­ka, fa­scy­no­wa­ły go. Ostat­ni raz spo­tka­li­śmy się we wrze­śniu 1974 roku na ka­to­wic­kiej uli­cy. Po­wie­dział mi wte­dy, że prze­no­si się na Ka­to­lic­ki Uni­wer­sy­tet Lu­bel­ski. Zmie­nił tam kie­ru­nek stu­diów i ukoń­czył psy­cho­lo­gię. Po­tem pra­co­wał jako wy­cho­waw­ca w do­mach dziec­ka i po­rad­niach dla al­ko­ho­li­ków. Po kil­ku la­tach wy­je­chał do Związ­ku So­wiec­kie­go. Tam za­fa­scy­no­wa­ło go pra­wo­sła­wie, na któ­re wkrót­ce prze­szedł. Ale taki ak­tyw­ny mi­styk, wier­ny wy­znaw­ca Chry­stu­sa i na do­da­tek Po­lak, nie pa­so­wał so­wiec­kim wła­dzom. Na­ka­za­li mu wy­je­chać. Jed­nak za­miast wró­cić do Pol­ski, uciekł do Tur­cji. Stam­tąd prze­do­stał się do Gre­cji i po dłu­gich sta­ra­niach wstą­pił do Es­fig­me­nu, jed­ne­go z klasz­to­rów na słyn­nym pół­wy­spie Świę­ta Góra, zwa­nym też Athos od naj­wyż­sze­go szczy­tu. Tam za­jął się stu­dio­wa­niem sta­rych ksiąg i rę­ko­pi­sów, co­raz głę­biej do­świad­cza­jąc mi­stycz­nej wię­zi z Bo­giem.

List An­drze­ja

Klasz­tor Es­fig­me­nu na pół­wy­spie Athos w Gre­cji

Mni­si, miesz­kań­cy zbu­do­wa­ne­go w je­de­na­stym stu­le­ciu klasz­to­ru, od 1972 roku po­zo­sta­wa­li w kon­flik­cie z Pa­triar­cha­tem Kon­stan­ty­no­po­la. Tym zde­cy­do­wa­nym tra­dy­cjo­na­li­stom nie po­do­ba­ły się pró­by uno­wo­cze­śnia­nia Cer­kwi i ro­sną­ca po­pu­lar­ność ru­chu eku­me­nicz­ne­go. An­drzej sta­nął po stro­nie bra­ci; jego mi­stycz­na du­sza też wo­la­ła bo­ga­te w du­cho­we i ta­jem­ni­cze tre­ści ob­rzę­dy. Na­pi­sał mi wte­dy, że im bar­dziej Ko­ściół się uno­wo­cze­śnia, tym bar­dziej od­cho­dzi od swych źró­deł. Szyb­ko zy­skał sym­pa­tię bra­ci, któ­rzy do­strze­gli w nim uczo­ne­go, my­śli­cie­la i chro­ni­li go przed bie­żą­cy­mi kon­flik­ta­mi. A buj­na wy­obraź­nia An­drze­ja co­raz bar­dziej zbli­ża­ła go do mi­sty­cy­zmu cza­sów Chry­stu­sa. Wresz­cie, by zna­leźć się bli­żej miejsc Je­zu­so­wych, po­sta­no­wił prze­nieść się do klasz­to­ru św. Ka­ta­rzy­ny na Sy­na­ju. Nie było to trud­ne. Klasz­tor na­le­ży do pra­wo­sław­nych Gre­ków i więk­szość tam­tej­szych mni­chów wy­wo­dzi się z góry Athos. Taka pro­tek­cja po­zwo­li­ła mu szyb­ko uzy­skać przy­ję­cie. We wrze­śniu 1995 roku opu­ścił czter­dzie­stu trzech bra­ci z Es­fig­me­nu i po­je­chał do Egip­tu.

Zna­lazł się w jed­nym z naj­waż­niej­szych dla wie­lu re­li­gii miejsc – u stóp góry Sy­naj, na­zy­wa­nej też Górą Moj­że­sza, gdzie Bóg, jak gło­si Sta­ry Te­sta­ment, prze­ka­zał Moj­że­szo­wi dzie­sięć przy­ka­zań w po­sta­ci ka­mien­nych ta­blic, któ­re póź­niej zło­żo­no w skrzy­ni, na­zwa­nej Arką Przy­mie­rza.

Za fur­tą klasz­to­ru Świę­tej Ka­ta­rzy­ny An­drzej od­na­lazł spo­kój i sku­pie­nie. Całe dnie spę­dzał w bi­blio­te­ce, gdzie stu­dio­wał sta­ro­dru­ki i ma­nu­skryp­ty. Był w do­brym miej­scu, w naj­star­szym czyn­nym klasz­to­rze chrze­ści­jań­skim na świe­cie. Czy­tał, my­ślał, ana­li­zo­wał, i z każ­dym dniem ro­sło w nim prze­ko­na­nie, że współ­cze­sny Ko­ściół od­cho­dzi zbyt da­le­ko od Chry­stu­sa, że wpro­wa­dza­ne przez so­bo­ry zmia­ny od­da­la­ją go od sed­na Chry­stu­so­wej na­uki. Chrze­ści­jań­stwo współ­cze­sne nie jest chrze­ści­jań­stwem Je­zu­sa – stwier­dzał w li­ście.

Trzy lata póź­niej, wcze­sną wio­sną 1998 roku, zmie­rza­li­śmy z Wan­dą z Góry Moj­że­sza w kie­run­ku klasz­to­ru. Po noc­nej wę­drów­ce do­tar­li­śmy na szczyt w pro­mie­niach wscho­dzą­ce­go słoń­ca. Po­tem scho­dzi­li­śmy po 3750 ka­mien­nych stop­niach, wy­ku­tych przed wie­ka­mi przez pew­ne­go mni­cha, jako za­dość­uczy­nie­nie za po­peł­nio­ną zbrod­nię.

Wo­kół roz­ta­czał się wi­dok skal­nych zbo­czy nie­mal zu­peł­nie po­zba­wio­nych ro­ślin­no­ści. W dole u ich stóp po­ja­wił się klasz­tor. Wy­glą­dał im­po­nu­ją­co. Po go­dzi­nie wcho­dzi­li­śmy przez bocz­ną furt­kę. Tak jak kie­dyś uczy­nił to An­drzej, po­de­szli­śmy do krze­wu go­re­ją­ce­go1, po­tem do stud­ni Moj­że­sza, po­ło­żo­nej po pra­wej stro­nie fur­ty. Na koń­cu wstą­pi­li­śmy do ba­zy­li­ki. Do gło­wy mi nie przy­szło, że któ­ryś z mo­dlą­cych się za­kon­ni­ków to mój ko­le­ga ze stu­diów. Ale może An­drzej sie­dział wte­dy nad sta­rą księ­gą w bi­blio­te­ce? Szko­da, że nie spo­tka­li­śmy się wów­czas. Być może dziś by­ło­by ła­twiej roz­szy­fro­wać za­gad­kę, któ­rą nam prze­ka­zał?

An­drzej spę­dził w klasz­to­rze św. Ka­ta­rzy­ny nie­speł­na dzie­sięć lat. W mar­cu 2005 roku za­rzu­cił si­za­lo­wy wo­rek na ra­mię i opu­ścił mo­na­styr. Krót­ki czas spę­dził w ja­kimś kop­tyj­skim ko­ście­le, a po­tem wy­ru­szył do Etio­pii. Po pię­ciu mie­sią­cach był w La­li­be­li, nie­zwy­kłym ośrod­ku chrze­ści­jań­stwa w pół­noc­nej Etio­pii. Pi­sze w li­ście: Do­pie­ro tu­taj zo­ba­czy­łem praw­dzi­wych wy­znaw­ców Chry­stu­sa. Je­śli chcesz zo­ba­czyć, jak mo­dlił się Je­zus, jak mo­dli­li się jego ucznio­wie i pierw­si wy­znaw­cy, mu­sisz przy­je­chać do

Etio­pii, do La­li­be­li. Tu­taj zna­la­złem to, cze­go szu­ka­łem całe ży­cie. Tu­taj już po­zo­sta­nę.

Tymi sło­wa­mi za­koń­czył pierw­szą część li­stu.

Dru­ga część brzmia­ła na­stę­pu­ją­co: A te­raz pra­gnę prze­ka­zać Ci ta­jem­ni­cę, któ­ra gnę­bi mnie od dwóch lat. Je­śli za­głę­bisz się w nią i roz­wią­żesz za­gad­kę, być może od­naj­dziesz skarb. Był­by to skarb o nie­wy­obra­żal­nej war­to­ści, za­rów­no dla Cie­bie, jak i ca­łej ludz­ko­ści. Stał­by się sen­sa­cją re­li­gij­ną, hi­sto­rycz­ną i na­uko­wą na ska­lę świa­to­wą. Czy­taj uważ­nie.

Po­nad dwa lata temu spo­tka­łem w La­li­be­li ojca Fru­men­cju­sza. Prze­kro­czył już sie­dem­dzie­siąt­kę, a lu­dzie ży­ją­cy w tu­tej­szych wa­run­kach to w tym wie­ku star­cy. Znał kil­ka­na­ście ję­zy­ków, w tym ła­ci­nę. Miał fe­no­me­nal­ną pa­mięć. Kie­dy raz coś prze­czy­tał, po­tra­fił to po­wtó­rzyć sło­wo w sło­wo. Z nie­wia­ry­god­ną ła­two­ścią uczył się ję­zy­ków ob­cych. Po pół roku cał­kiem do­brze mó­wił po pol­sku. Za­przy­jaź­ni­li­śmy się. Opo­wie­dział mi hi­sto­rię, któ­ra przy­da­rzy­ła mu się w mło­do­ści. Otóż w wie­ku trzy­dzie­stu lat zna­lazł się we Fran­cji, gdzie prze­by­wał w cy­ster­skich klasz­to­rach, mię­dzy in­ny­mi w opac­twie Sèna­nque. Stu­dio­wał sta­ro­dru­ki i któ­re­goś dnia w księ­dze z koń­ca XII wie­ku, po­świę­co­nej rol­nic­twu i upra­wie ziół, zna­lazł ła­ciń­ski rę­ko­pis. Był on dzie­łem nie­ja­kie­go Raj­mun­da, tem­pla­riu­sza i cy­ster­sa, i po­cho­dził z 1223 roku. Ów Raj­mund pi­sał, że przed wie­lu laty, gdy prze­by­wał w Je­ro­zo­li­mie, po­znał mło­de­go kró­la La­li­be­lę z Etio­pii. Król, wy­gna­ny przez bra­ta z kra­ju, pró­bo­wał po­zy­skać so­jusz­ni­ków, któ­rzy po­mo­gli­by mu w wal­ce z bra­tem – stąd jego kon­tak­ty z tem­pla­riu­sza­mi. Szyb­ko za­przy­jaź­nił się z Raj­mun­dem, któ­ry naj­pierw dłu­go prze­by­wał w Da­masz­ku, ale czę­sto po­dró­żo­wał do Je­ro­zo­li­my, gdzie w koń­cu za­miesz­kał na sta­łe w są­siedz­twie mło­de­go kró­la. Pod­czas po­rząd­ko­wa­nia sta­re­go domu, w któ­rym miesz­kał król, zna­leź­li małą, drew­nia­ną skrzyn­kę. W środ­ku znaj­do­wał się pe­wien przed­miot oraz rę­ko­pis po­cho­dzą­cy z koń­ca I wie­ku. Jego au­tor, nie­ja­ki Al­fe­usz, opi­sy­wał, jak wszedł w po­sia­da­nie owe­go skar­bu. Król La­li­be­la i tem­pla­riusz Raj­mund usta­li­li, że przez ja­kiś czas za­cho­wa­ją od­kry­cie w ta­jem­ni­cy. Wie­le lat póź­niej Raj­mund spi­sał po ła­ci­nie hi­sto­rię od­na­le­zie­nia skrzyn­ki oraz swo­je losy. Pi­smo wło­żył do skrzyn­ki, w któ­rej był już list Al­fe­usza, a tę ukrył w bez­piecz­nym miej­scu. Po­tem wszyst­ko opi­sał raz jesz­cze i ten dru­gi opis wło­żył do księ­gi o rol­nic­twie i zio­łach. Wła­śnie w niej, po po­nad sied­miu wie­kach, w po­ło­wie lat sześć­dzie­sią­tych ubie­głe­go stu­le­cia, od­na­lazł go Fru­men­cjusz.

Ani mój kiep­ski stan zdro­wia, ani moż­li­wo­ści fi­nan­so­we – wła­ści­wie żyję bez pie­nię­dzy, nie są mi zresz­tą po­trzeb­ne – nie po­zwa­la­ją na drą­że­nie tej ta­jem­ni­cy. Wy­da­je mi się jed­nak, że Ty mógł­byś pod­jąć taką pró­bę. Są­dzę, że masz szan­sę na od­na­le­zie­nie skrzyn­ki i jej nie­zwy­kłej za­war­to­ści. Tym bar­dziej, że Fru­men­cjusz po­wie­dział mi wię­cej, niż tu na­pi­sa­łem. Wiem, jaki przed­miot jest w skrzyn­ce i za­pew­niam Cię, że to skarb o nie­wy­obra­żal­nej war­to­ści.

Bez­cen­ne są też pi­sma Al­fe­usza i Raj­mun­da. Wresz­cie, co naj­waż­niej­sze, znam «klucz» do szy­fru, któ­re­go od­gad­nię­cie może za­pro­wa­dzić do miej­sca ukry­cia skrzyn­ki. Raj­mund, jak to mie­li w zwy­cza­ju tem­pla­riu­sze, nie wska­zał wprost, gdzie ją scho­wał, ale po­zo­sta­wił ów «klucz», któ­ry może do­pro­wa­dzić w to miej­sce. Nie prze­ka­zu­ję Ci jed­nak tych in­for­ma­cji, bo nie wiem, czy po­dej­miesz się za­da­nia. Mu­szę mieć do­wód, że się zde­cy­do­wa­łeś. Bę­dzie nim wy­jazd do klasz­to­ru św. Ka­ta­rzy­ny na Sy­na­ju. Jesz­cze przed śmier­cią Fru­men­cju­sza za­pi­sa­łem każ­dy szcze­gół, któ­ry mi prze­ka­zał. Więk­szość Ci tu opi­sa­łem, ale dwie naj­waż­niej­sze in­for­ma­cje zo­sta­wi­łem w za­la­ko­wa­nej ko­per­cie bra­tu Mak­sy­mo­wi z klasz­to­ru św. Ka­ta­rzy­ny, któ­ry od­wie­dził mnie w ubie­głym roku w Etio­pii. Wrę­czy­łem mu tak­że ka­wa­łek urwa­nej kar­tecz­ki z moim pod­pi­sem i po­wie­dzia­łem, że ma wy­dać ko­per­tę oso­bie, któ­ra do­star­czy dru­gą, pa­su­ją­cą część kart­ki z za­pi­sa­ną dys­po­zy­cją dla nie­go i moim pod­pi­sem. Tę dru­gą część kart­ki znaj­dziesz w tej ko­per­cie. Je­śli po­dej­miesz wy­zwa­nie, nie pró­buj dro­gi na skró­ty, bo za­pro­wa­dzi Cię na ma­now­ce. Wie­rzę, że stać Cię na roz­szy­fro­wa­nie ta­jem­ni­cy i od­na­le­zie­nie skrzyn­ki, je­śli ona jesz­cze ist­nie­je. I pro­szę – nie szu­kaj mnie, szu­kaj tej skrzy­necz­ki. To za­pew­ne mój ostat­ni list do Cie­bie. Praw­do­po­dob­nie nig­dy się już nie zo­ba­czy­my. Wspo­mi­nam mile na­sze noc­ne roz­mo­wy. By­łeś moim je­dy­nym przy­ja­cie­lem «z tego świa­ta». Niech Cię Bóg pro­wa­dzi. An­drzej.

Ko­lej­ny raz prze­czy­ta­łem list. By­łem co­raz bar­dziej pod­eks­cy­to­wa­ny. Go­rącz­ko­wo szu­ka­łem w ko­per­cie kar­tecz­ki dla bra­ta Mak­sy­ma. Nie było jej nig­dzie. Może gdzieś się pod­kle­iła? Wresz­cie zna­la­złem – mia­ła ko­lor ko­per­ty i wsu­nę­ła się w sam jej róg. Dla­te­go tak trud­no było ją za­uwa­żyć. A może An­drzej wło­żył ją tam ce­lo­wo? Na krzy­wo urwa­nym ka­wał­ku pa­pie­ru były ja­kieś frag­men­ty zdań po grec­ku i pod­pis An­drze­ja. Po prze­tłu­ma­cze­niu brzmia­ły: „Bra­cie Mak­sy­mie… zde­po­no­wa­na… dru­giej czę­ści…”.

Ko­lej­na za­gad­ka An­drze­ja, któ­rej nie moż­na roz­wią­zać bez frag­men­tu kart­ki, od­da­ne­go w ręce ta­jem­ni­cze­go bra­ta Mak­sy­ma.

Rozdział IIKlasztor św. Katarzyny, Synaj, maj 2010 r.

ASFALT skoń­czył się i te­raz te­re­no­wa to­yo­ta pod­ska­ku­je na wy­bo­jach szu­tro­wej dro­gi. Wo­kół skal­ne wzgó­rza Bia­łej Do­li­ny, pu­styn­ne pia­chy i ska­ły. Pra­wie żad­nej ro­ślin­no­ści, tyl­ko żół­te, czer­wo­na­we i bia­łe ska­ły oraz pia­sek. Ta­kie jest wnę­trze Sy­na­ju.

Wy­ru­szy­li­śmy z Szarm-el-Sze­ik wcze­snym ran­kiem, by przed po­łu­dniem do­trzeć do klasz­to­ru, bo póź­niej tu­ry­stów nie wpusz­cza­ją. Ah­med, nasz kie­row­ca, twier­dzi, że do­je­dzie­my za dwie i pół go­dzi­ny. Do­cho­dzi dzie­sią­ta.

– Już pra­wie je­ste­śmy – mówi – za dzie­sięć mi­nut bę­dzie­my na miej­scu. Uwa­żaj­cie przy zwie­dza­niu. Nie za­pusz­czaj­cie się poza uczęsz­cza­ne szla­ki. W tych oko­li­cach po­zo­sta­ło wie­le min z cza­sów woj­ny z Izra­elem.

Klasz­tor po­ło­żo­ny na wy­so­ko­ści 1570 me­trów, wśród ska­li­stych gór, ma dłu­gą hi­sto­rię. Jego po­cząt­ki się­ga­ją IV wie­ku po Chry­stu­sie. Ale miej­sce, gdzie po­wstał, było świad­kiem nie­zwy­kłych wy­da­rzeń dużo wcze­śniej. Bi­blia wspo­mi­na, że obok, na gó­rze Sy­naj, zwa­nej dziś Górą Moj­że­sza, Bóg wrę­czył Moj­że­szo­wi dwie ka­mien­ne ta­bli­ce z dzie­się­cior­giem przy­ka­zań, a tu, gdzie dziś stoi klasz­tor, Moj­żesz po raz pierw­szy zo­ba­czył Boga, któ­ry ob­ja­wił mu się pod po­sta­cią krze­wu go­re­ją­ce­go i na­ka­zał wy­pro­wa­dzić lud izra­el­ski z Egip­tu. Pa­miąt­ką po tym spo­tka­niu jest ów krzew go­re­ją­cy. W 337 roku bi­zan­tyj­ska ce­sa­rzo­wa He­le­na po­le­ci­ła wznieść tu­taj ka­pli­cę, a dwie­ście lat póź­niej ce­sarz Ju­sty­nian zde­cy­do­wał o bu­do­wie ba­zy­li­ki i osa­dze­niu przy niej stu osiem­dzie­się­ciu straż­ni­ków – po­łu­dnio­wych Sło­wian i Gre­ków. Chro­ni­li to miej­sce, ma­jąc za­bez­pie­cze­nie w po­sta­ci wy­so­kich na pięt­na­ście i gru­bych na dwa – trzy me­try mu­rów, któ­re osta­ły się do dziś. Na po­cząt­ku XI wie­ku, na gó­rze po­ło­żo­nej nie­opo­dal, nie­co na po­łu­dnie, nie­mal na­prze­ciw Góry Moj­że­sza, od­na­le­zio­no ko­bie­ce szcząt­ki. Przy­pi­sa­no je świę­tej Ka­ta­rzy­nie Alek­san­dryj­skiej, któ­ra w li­sto­pa­dzie 311 roku jako osiem­na­sto­lat­ka po­nio­sła mę­czeń­ską śmierć. Była to in­te­li­gent­na i pięk­na cór­ka kró­la Alek­san­drii, któ­ra wda­ła się w kon­flikt z ce­sa­rzem Mak­sy­mi­lia­nem, wład­cą wschod­niej czę­ści im­pe­rium rzym­skie­go. Po ścię­ciu, jak gło­szą po­da­nia, anio­ło­wie prze­nie­śli jej cia­ło na naj­wyż­szą górę Sy­na­ju, zwa­ną dziś Górą Świę­tej Ka­ta­rzy­ny. W XI wie­ku kil­ku mni­chów z klasz­to­ru mia­ło sen, że jej szcząt­ki spo­czy­wa­ją na gó­rze. Po­szli tam, od­na­leź­li je, znie­śli do klasz­to­ru i zło­ży­li w zło­tej trum­nie, gdzie spo­czy­wa­ją do dziś. Klasz­tor na­zwa­no jej imie­niem.

– To miej­sce jest gę­ste od mi­to­lo­gii – mówi Wan­da. – I jak­by tego było mało, jesz­cze my chce­my tu od­na­leźć ja­kąś ta­jem­ni­cę. Je­stem cie­ka­wa, czy na coś na­tra­fi­my. I jak po­trak­tu­je nas brat Mak­sym.

– Są­dzę, że wyda list An­drze­ja – mó­wię.

– A je­śli nie ze­chce? – za­sta­na­wia się Wan­da.

– Dla­cze­go? Prze­cież mamy kar­tecz­kę od An­drze­ja.

– Mi­nę­ło kil­ka lat. W tym cza­sie wie­le mo­gło się zda­rzyć.

Koń­czy­my roz­mo­wę, bo na ho­ry­zon­cie po­ja­wia się klasz­tor. Z od­da­li wy­glą­da jak wa­row­nia. Ta­kie samo wra­że­nie zro­bił na nas przed dwu­na­stu laty, gdy scho­dzi­li­śmy ran­kiem z Góry Moj­że­sza.

Tą samą, co przed laty, fur­tą przy wie­ży Kle­be­ra wcho­dzi­my za mury. Spo­ty­ka­my wie­lu tu­ry­stów, któ­rzy ran­kiem ze­szli z Góry św. Ka­ta­rzy­ny i Góry Moj­że­sza. Pstry­ka­ją zdję­cia. Nig­dzie nie wi­dać mni­chów. W ba­zy­li­ce tak­że tyl­ko tu­ry­ści. Za iko­no­sta­sem znaj­du­je się Ka­pli­ca Krze­wu Go­re­ją­ce­go. Tu­ry­stom wstęp za­bro­nio­ny, wejść moż­na tyl­ko po uzy­ska­niu ze­zwo­le­nia. Może tam ktoś nas za­trzy­ma? I rze­czy­wi­ście, mło­dziut­ki za­kon­nik za­stę­pu­je nam dro­gę.

– Tu­taj wstęp za­ka­za­ny – mówi.

– Szu­ka­my bra­ta Mak­sy­ma.

– Kogo? – pyta zdzi­wio­ny.

– Bra­ta Mak­sy­ma – wy­raź­nie wy­po­wia­dam imię.

– Ta­kie­go bra­ta nie ma w klasz­to­rze – mówi mnich.

Czyż­by An­drzej mnie okła­mał? A może list po­dyk­to­wa­ła mu cho­ra wy­obraź­nia? Albo za­żar­to­wał ze mnie? Nie, to nie­moż­li­we. An­drzej za­wsze był po­waż­nym czło­wie­kiem.

– Trzy lata temu był – stwier­dzam pew­nym gło­sem.

Klasz­tor św. Ka­ta­rzy­ny na Sy­na­ju

– Je­stem tu od nie­daw­na. Pro­szę za­cze­kać, za­py­tam któ­re­goś ze star­szych bra­ci.

Po chwi­li wra­ca z bro­da­tym, si­wie­ją­cym za­kon­ni­kiem. – Oj­ciec Ste­fa­nos może pań­stwu po­móc – mówi i wy­co­fu­je się w głąb.

– Dla­cze­go szu­ka­cie bra­ta Mak­sy­ma? Kim je­ste­ście? – pyta Ste­fa­nos.

Co mu od­po­wie­dzieć? Ra­czej nie po­win­ni­śmy zdra­dzać wszyst­kie­go. Nie wia­do­mo, co sta­ło się z Mak­sy­mem ani jak oce­nia­ją tu An­drze­ja. Je­śli po­wie­my wszyst­ko, może to za­szko­dzić na­szej mi­sji. Ale kła­mać też nie po­win­ni­śmy, bo bez li­stu An­drze­ja po­zo­sta­wio­ne­go Mak­sy­mo­wi nic nie zdzia­ła­my.

– Mamy dla nie­go prze­sył­kę – mó­wię ostroż­nie.

– Jaką prze­sył­kę?

– Jest tu­taj – wyj­mu­ję ko­per­tę, do któ­rej wło­ży­li­śmy kar­tecz­kę An­drze­ja.

Ste­fa­nos się­ga po ko­per­tę. Co­fam rękę.

– Prze­sył­ka jest dla bra­ta Mak­sy­ma. Mamy mu ją wrę­czyć oso­bi­ście.

Ste­fa­nos za­sta­na­wia się chwi­lę.

– Brat Mak­sym nie żyje – mówi po­wo­li. – Zmarł pół roku temu.

W gło­wie kłę­bią się gwał­tow­ne my­śli. Co się sta­ło z li­stem An­drze­ja? Czy ktoś go ma? Może za­gi­nął? A je­śli nie, to w czy­ich jest rę­kach? Ste­fa­nos do­strze­ga chy­ba moją roz­ter­kę i go­ni­twę my­śli.

– Od kogo jest ta prze­sył­ka? – pyta.

– Od przy­ja­cie­la – mówi Wan­da.

– Brat Mak­sym miał przy­ja­ciół tyl­ko w klasz­to­rze – stwier­dza su­cho Ste­fa­nos.

– Prze­sył­ka jest od przy­ja­cie­la z klasz­to­ru – mó­wię – od bra­ta An­drze­ja, Po­la­ka.

Ste­fa­nos sta­je jak wry­ty, pa­trzy na nas uważ­nie, na­bie­ra po­wie­trza w płu­ca i pyta: – Zna­cie An­drze­ja?

– To mój przy­ja­ciel ze stu­diów – mó­wię.

– Chodź­cie ze mną – mówi, bie­rze nas pod ra­mio­na i pro­wa­dzi w głąb klasz­to­ru.

Sie­dzi­my w nie­wiel­kim po­miesz­cze­niu o ka­mien­nych ścia­nach, na środ­ku stoi po­czer­nia­ły ze sta­ro­ści drew­nia­ny stół i kil­ka krze­seł. Ste­fa­nos, sie­dzą­cy na­prze­ciw, uważ­nie słu­cha opo­wia­da­nia o mo­jej mło­dzień­czej przy­jaź­ni z An­drze­jem. Chy­ba nie do koń­ca nam ufa. Po­sta­na­wiam za­ry­zy­ko­wać i wyj­mu­ję list od An­drze­ja. Prze­cież nie po­zna jego tre­ści, nie zna pol­skie­go, ale może zna pi­smo i pod­pis An­drze­ja. Spo­glą­da na list i pyta: – Co ci na­pi­sał?

– Wspo­mi­na prze­szłość i pro­si mnie o za­ła­twie­nie pew­nej spra­wy.

– Ja­kiej spra­wy? – Ste­fa­nos spra­wia te­raz wra­że­nie śled­cze­go.

– Nie wiem. Tego wła­śnie do­wiem się z li­stu, któ­ry zo­sta­wił u Mak­sy­ma.

– Ro­zu­miem – za­kon­nik wresz­cie za­czy­na trak­to­wać nas po­waż­niej. – I dla­te­go przy­je­cha­li­ście tu­taj. Wszyst­ko, co po­sia­dał brat Mak­sym, zo­sta­ło w klasz­to­rze. List tak­że, ale jest w dys­po­zy­cji ar­cy­bi­sku­pa, na­sze­go prze­ora. Obec­nie prze­ora nie ma tu­taj, więk­szość cza­su spę­dza w Ka­irze lub w Li­ba­nie. Ak­tu­al­nie prze­by­wa w Ka­irze. Skon­tak­tu­ję się z nim. A te­raz za­pra­szam na po­si­łek. Po­tem, je­śli ze­chce­cie, po­ka­żę wam klasz­tor, to zna­czy miej­sca nie­do­stęp­ne dla tu­ry­stów.

Po­si­łek jest skrom­ny: grec­ka pita, kozi ser, po­mi­do­ry, oliw­ki, na de­ser cia­sto. Po­tem Ste­fa­nos pro­wa­dzi nas przez klasz­tor. Wi­dać, że nie jest sze­re­go­wym mni­chem, za­kon­ni­cy od­no­szą się do nie­go z sza­cun­kiem. Idzie­my do Ka­pli­cy Krze­wu Go­re­ją­ce­go, gdzie kil­ka go­dzin wcze­śniej dro­gę za­stą­pił nam mło­dy mnich. Trze­ba zdjąć buty, bo mni­si uwa­ża­ją to miej­sce za naj­święt­sze na Zie­mi. Po wyj­ściu z ba­zy­li­ki zwie­dza­my po­ło­żo­ny tuż obok śre­dnio­wiecz­ny re­fek­tarz, któ­ry kie­dyś był salą mo­dlitw. Na środ­ku ja­dal­ni stoi osiem­na­sto­wiecz­ny stół przy­wie­zio­ny z grec­kiej wy­spy Kor­fu. Ste­fa­nos wska­zu­je su­fit, na któ­rym nie­zna­ny szes­na­sto­wiecz­ny ar­ty­sta na­ma­lo­wał Sąd Osta­tecz­ny. Od­wie­dza­my bi­blio­te­kę, w któ­rej zgro­ma­dzo­no po­nad czte­ry i pół ty­sią­ca ksiąg w ję­zy­ku grec­kim, sy­ryj­skim i sta­ro­egip­skim. Tyl­ko Bi­blio­te­ka Wa­ty­kań­ska może się po­szczy­cić więk­szą ko­lek­cją ma­nu­skryp­tów i li­te­ra­tu­ry re­li­gij­nej. Wy­cho­dzi­my poza mury klasz­to­ru, gdzie znaj­du­ją się dwa roz­le­głe ogro­dy, pen­sjo­nat dla tu­ry­stów oraz ka­pli­ca św. Try­fo­na, zwa­na Do­mem Cza­szek.

– Tu­taj spo­czy­wa­ją ko­ści na­szych bra­ci – wy­ja­śnia Ste­fa­nos, wska­zu­jąc na uło­żo­ne za dru­cia­ną siat­ką szcząt­ki.

Są do­kład­nie po­se­gre­go­wa­ne, osob­no czasz­ki, osob­no ko­ści rąk, nóg i inne. Z tyłu ma­leń­ki cmen­tarz, gdzie mie­ści się za­le­d­wie kil­ka gro­bów. Dla­te­go, gdy któ­ryś z bra­ci umie­ra, prze­no­si się szcząt­ki z naj­star­sze­go gro­bu wła­śnie do tej ka­pli­cy, by przy­go­to­wać miej­sce dla zmar­łe­go.

– Pew­ne­go dnia spo­czną tu­taj ko­ści każ­de­go z nas – mówi Ste­fa­nos.

– Czy tu­taj są szcząt­ki bra­ta Mak­sy­ma? – pyta nie­śmia­ło Wan­da.

– Mak­sym leży na cmen­ta­rzu. Jego pora jesz­cze nie na­de­szła.

Wra­ca­my za mury klasz­tor­ne. Ste­fa­nos zo­sta­wia nas pod opie­ką bra­ta Gre­go­rio­sa w Ga­le­rii Ikon, gdzie ze­bra­no po­nad dwa ty­sią­ce dzieł. Te, któ­re są wy­sta­wio­ne, pre­zen­tu­ją się wspa­nia­le. Po­cho­dzą ze wszyst­kich nie­mal re­gio­nów pra­wo­sław­ne­go świa­ta. Moż­na po­dzi­wiać je go­dzi­na­mi. W koń­cu Gre­go­rios wy­pro­wa­dza nas z ga­le­rii i pro­po­nu­je od­po­czy­nek na mur­ku obok wej­ścia.

– Po­cze­kaj­cie, pro­szę, na ojca Ste­fa­no­sa – mówi i od­cho­dzi.

Ste­fa­nos po­ja­wia się po dzie­się­ciu mi­nu­tach.

– Roz­ma­wia­łem z ar­cy­bi­sku­pem – oznaj­mia. – Ju­tro wy­dam wam list bra­ta An­drze­ja. Ar­cy­bi­skup pro­si też, by prze­ka­zać mu, je­śli oczy­wi­ście ze­chce­cie, co An­drzej na­pi­sał. Je­śli przyj­mie­cie na­szą go­ści­nę, za­pro­wa­dzę was do kwa­te­ry.

Plan za­bu­do­wań klasz­to­ru św. Ka­ta­rzy­ny

Po­ko­ik przy­le­ga do klasz­tor­ne­go muru. Jest nie­wiel­ki i skrom­nie urzą­dzo­ny. Dwa po­je­dyn­cze łóż­ka, mały sto­lik i krze­sło.

– Wi­dzi­my się ju­tro o siód­mej rano, po śnia­da­niu, przed wej­ściem do bi­blio­te­ki – że­gna się Ste­fa­nos.

Kie­dy o świ­cie trzy­dzie­ści trzy razy biją dzwo­ny klasz­tor­nej dzwon­ni­cy, co sym­bo­li­zu­je lata prze­ży­te przez Chry­stu­sa na zie­mi, je­ste­śmy już na no­gach. Na­pię­cie wy­wo­ła­ne na­dzie­ją, że wkrót­ce po­zna­my treść li­stu, nie po­zwo­li­ło nam dłu­żej spać. Śni­ły mi się ru­iny zam­ków, ja­ski­nie i góry, do któ­rych do­cie­ra­łem w po­szu­ki­wa­niu ja­kie­goś skar­bu. Kie­dy mia­łem go już na wy­cią­gnię­cie ręki – obu­dzi­łem się i nie za­sną­łem wię­cej.

Te­raz sie­dzi­my w bi­blio­te­ce na­prze­ciw Ste­fa­no­sa, któ­ry trzy­ma w ręce dużą, brą­zo­wą ko­per­tę. To z pew­no­ścią list An­drze­ja.

– Czy masz dru­gą część kart­ki? – pyta.

Wrę­czam mu skra­wek prze­sła­ny przez An­drze­ja. Przy­kła­da do nie­go swo­ją część, wy­ję­tą z bia­łej ko­per­ty. Pa­su­ją ide­al­nie. Czy­ta.

– Wszyst­ko się zga­dza – mówi. – Ko­per­ta na­le­ży do cie­bie – wy­cią­ga rękę i po­da­je mi ją.

– Jaka jest treść kart­ki? – pyta Wan­da.

– „Bra­cie Mak­sy­mie – Ste­fa­nos tłu­ma­czy z gre­ki – przy­ja­cie­lu dro­gi, zde­po­no­wa­ną ko­per­tę od­daj wła­ści­cie­lo­wi dru­giej czę­ści kart­ki. Do­pa­suj ka­wał­ki. An­drzej”.

– Czy mo­że­my za­brać kart­kę? – pyta Wan­da.

– Przy­kro mi, ale mu­szę prze­ka­zać ją ar­cy­bi­sku­po­wi – mówi Ste­fa­nos. – A te­raz pew­nie ze­chce­cie prze­czy­tać list. Nie będę wam prze­szka­dzał. Pa­mię­taj­cie, pro­szę, o proś­bie prze­ora.

Zo­sta­je­my sami. Choć nie­zu­peł­nie, bo kil­ka sto­li­ków da­lej ja­kiś mnich po­chy­la się nad sta­rą księ­gą. Może ją czy­ta, a może ma inne za­da­nia? Spo­glą­dam na ko­per­tę. Wy­glą­da na nie­na­ru­szo­ną. Jest za­la­ko­wa­na, a za­miast pie­czę­ci jak­by od­cisk pal­ca i nie­wy­raź­na, chy­ba zro­bio­na za­ostrzo­nym pa­ty­kiem, li­te­ra A, czy­li skrót od An­drzej. Wszyst­ko wska­zu­je na to, że nikt, poza nim, nie zna ta­jem­ni­cy, któ­rą za­wie­ra. Za chwi­lę ją po­zna­my. Wyj­mu­ję scy­zo­ryk i roz­ci­nam ko­per­tę. We­wnątrz – tyl­ko dwie, ta­kie same jak w pierw­szym li­ście, po­żół­kłe kart­ki, za­pi­sa­ne pi­smem An­drze­ja.

Trzy go­dzi­ny póź­niej że­gna­my się z oj­cem Ste­fa­no­sem.

– Czy mogę za­py­tać w imie­niu ar­cy­bi­sku­pa, co na­pi­sał brat An­drzej?

– Stwier­dził, że już nig­dy nie wró­ci do Pol­ski i pro­sił, by za­ła­twić za­le­głą spra­wę ro­dzin­ną – kła­mię, pa­trząc mu pro­sto w oczy.

– Ale dla­cze­go nie na­pi­sał wprost do Pol­ski? Prze­cież miał ad­res do cie­bie.

– Nie wiem, może nie miał moż­li­wo­ści wy­sła­nia li­stu z Etio­pii.

Te ar­gu­men­ty nie prze­ko­nu­ją Ste­fa­no­sa. Nie ule­ga wąt­pli­wo­ści, że nam nie wie­rzy. Chy­ba dla­te­go na po­że­gna­nie stwier­dza: – Brat An­drzej to wy­bit­ny in­te­lek­tu­ali­sta, czło­wiek ogrom­nej wie­dzy i wiel­kiej wia­ry. Co­kol­wiek ci zle­cił, o co­kol­wiek pro­sił, nie za­wiedź go. A je­śli spo­tka­cie się, po­wiedz mu, że cze­ka­my tu na nie­go i przyj­mie­my go z po­wro­tem z otwar­ty­mi ra­mio­na­mi.

Rozdział IIIRogoźnik, maj–czerwiec 2010 r.

SAMO­LOT za chwi­lę wy­lą­du­je w Ka­to­wi­cach, a my je­ste­śmy co­raz bar­dziej pod­eks­cy­to­wa­ni, zszo­ko­wa­ni i jed­no­cze­śnie po­iry­to­wa­ni.

Eks­cy­tu­ją­ca jest wia­do­mość na te­mat przed­mio­tu ukry­te­go w skrzyn­ce. Od chwi­li prze­czy­ta­nia pierw­sze­go li­stu An­drze­ja za­sta­na­wia­li­śmy się, co to może być. Fan­ta­zjo­wa­li­śmy, że może nie­zna­na ewan­ge­lia, kto wie, czy nie naj­star­sza z ist­nie­ją­cych? Jak­że sen­sa­cyj­ne by­ło­by to od­kry­cie! Dla­cze­go jed­nak Raj­mund miał­by ukryć ją przed brać­mi z za­ko­nu i przed Ko­ścio­łem? Czy za­wie­ra­ła ja­kieś nie­wy­god­ne tre­ści? Ale prze­cież rę­ko­pis to nie przed­miot, więc Wan­da za­ło­ży­ła, że to ja­kaś re­li­kwia. Epo­ka, w któ­rej żył Raj­mund, ko­cha­ła się w „świę­tych przed­mio­tach”, nie­rzad­ko były to po pro­stu ludz­kie szcząt­ki.

Te spe­ku­la­cje oka­za­ły się ba­nal­ne w zde­rze­niu z wia­do­mo­ścią za­war­tą w li­ście ode­bra­nym w klasz­to­rze św. Ka­ta­rzy­ny. An­drzej pi­sał: Je­że­li czy­tasz ten list, to zna­czy, że spo­tka­łeś się z bra­tem Mak­sy­mem i zde­cy­do­wa­łeś pod­jąć po­szu­ki­wa­nia. Jak wspo­mi­na­łem w po­przed­nim li­ście, znaj­dziesz tu klucz do roz­wią­za­nia za­gad­ki. Naj­pierw mu­szę Cię jed­nak po­in­for­mo­wać, cze­go szu­kasz. W skrzyn­ce jest drew­nia­ny osio­łek. Na­le­żał on do Je­zu­sa, a wy­stru­gał go dla nie­go świę­ty Jó­zef, o czym in­for­mu­je Al­fe­usz w swo­im rę­ko­pi­sie. Te­raz ro­zu­miesz wagę za­da­nia, któ­re­go się pod­ją­łeś: szu­kasz dzie­cię­cej za­baw­ki na­sze­go Boga…

Wia­do­mość jest szo­ku­ją­ca. Choć mi­nę­ły trzy dni, wciąż nie po­tra­fi­my otrzą­snąć się z wra­że­nia.

Tym bar­dziej iry­tu­je, że o miej­scu ukry­cia skrzyn­ki wie­my nie­wie­le wię­cej niż przed wy­jaz­dem. Prze­czy­ta­li­śmy list wie­lo­krot­nie. Na dwóch stro­nach An­drzej na­pi­sał za­le­d­wie kil­ka­na­ście zdań. Koń­cząc, stwier­dził: Jak wspo­mi­na­łem w po­przed­nim li­ście, znaj­dziesz tu klucz do roz­wią­za­nia za­gad­ki. Zo­sta­wił go tem­pla­riusz Raj­mund pod po­sta­cią wier­sza. Je­śli uważ­nie prze­ana­li­zu­jesz wiersz, od­czy­tasz jego ukry­ty sens oraz do­my­ślisz się, gdzie po­je­chać, co zo­ba­czyć i uczy­nisz to – po­wi­nie­neś od­na­leźć ten skarb. Wiem, że Cię na to stać. Po­wo­dze­nia.

Wiersz jest po ła­ci­nie. Tem­pla­riusz Raj­mund na­pi­sał go w 1223 roku, a za­tem sto­sun­ko­wo mło­dą ła­ci­ną. An­drzej mógł go prze­tłu­ma­czyć, bo ła­ci­nę znał per­fek­cyj­nie. Nie uczy­nił tego, bo jak stwier­dził, to jest wiersz i wy­ma­ga nie tyl­ko pre­cy­zyj­ne­go tłu­ma­cze­nia ze wzglę­du na to, że każ­de sło­wo jest waż­ne, co mógł­bym uczy­nić, ale tak­że umy­słu po­ety, któ­ry pol­skie­mu tłu­ma­cze­niu nada na­strój i me­lo­dy­kę od­po­wia­da­ją­cą śre­dnio­wiecz­ne­mu brzmie­niu, cze­go do­ko­nać nie je­stem w sta­nie.

Po dwóch ty­go­dniach od po­wro­tu z Sy­na­ju nadal sto­imy w miej­scu. Ża­den z ła­cin­ni­ków, któ­rych pro­si­łem o tłu­ma­cze­nie, nie pod­jął się za­da­nia. Wte­dy przy­po­mi­nam so­bie księ­dza Wik­to­ra. To zna­jo­my z mło­do­ści, ka­płan ży­ją­cy nie­co na ubo­czu, w ma­łej pa­ra­fii, zna­ko­mi­ty ła­cin­nik, czę­sto stu­diu­ją­cy sta­ro­dru­ki, hi­sto­ryk z wy­kształ­ce­nia, mu­zyk z po­wo­ła­nia i po­eta pi­szą­cy tek­sty do swo­ich kom­po­zy­cji.

Czy­ta już trze­ci raz wiersz i prze­czą­co kiwa gło­wą.

– To bar­dzo trud­ny tekst do tłu­ma­cze­nia, bo na­pi­sa­ny ła­ci­ną, któ­ra za­wie­ra wie­le dziw­nych na­le­cia­ło­ści – mówi. – Nie wszyst­ko ro­zu­miem, są tu sło­wa o nie­zna­nych mi rdze­niach, może grec­kich, a może arab­skich. Nie wiem, czy dam radę. Ale je­śli mam spró­bo­wać, po­trze­ba mi cza­su. Mu­szę tro­chę po­stu­dio­wać. Na do­da­tek to jest wiersz, a ty chcesz, by i po pol­sku miał po­etyc­kie brzmie­nie. Spró­bu­ję, ale uzbrój się w cier­pli­wość. To po­trwa. I nie wiem, czy się uda.

Od­zy­wa się po mie­sią­cu: – Przy­jeż­dżaj, prze­tłu­ma­czy­łem, ale to dziw­na po­ezja. Bar­dziej ja­kieś za­szy­fro­wa­ne za­da­nie niż wiersz. W co ty się wpa­ko­wa­łeś?

Sie­dzi­my w nie­wiel­kim po­ko­iku. Ksiądz Wik­tor wy­cią­ga kie­lisz­ki i roz­le­wa ko­niak.

– Wiesz – śmie­je się – za tę ro­bo­tę na­le­ży mi się nie ta jed­na bu­tel­ka, któ­rą przy­wio­złeś, lecz cała skrzyn­ka! Prze­tłu­ma­czy­łem wiersz, spró­bo­wa­łem nadać mu pol­ską ryt­mi­kę, ale nie­wie­le z tego ro­zu­miem. Może ty zro­zu­miesz wię­cej.

Po­da­je mi kart­kę, a z dru­giej czy­ta na głos:

Po­jedź tam, gdzie mat­ka była,

kie­dy z Ja­nem ucho­dzi­ła.

W Je­ro­zo­li­mie roz­pocz­nij,

od­wiedź po­tem miejsc aż sześć,

a w Efe­zie już od­pocz­nij.

Zo­bacz to, co zo­ba­czy­li,

zo­bacz, co wi­dzia­łem ja,

a to, co się nie zmie­ni­ło,

roz­wią­za­nie wnet ci da.

Uła­twisz so­bie za­da­nie,

gdy wy­ko­nasz to dzia­ła­nie:

1–4, 2–7, 3–1, 4–2,

5–2, 6–6, 7–5, 8–7.

Tu skoń­czo­na męka two­ja

i w prze­szło­ści męka moja.

Wy­jedź tedy w dal­szą dro­gę,

w miej­scach obu po­staw nogę.

W pierw­szym – cuda tam zo­ba­czysz,

w dru­gim, wie­rzę – cel wy­pa­trzysz.

Gdy go po­znasz, to nie zwle­kaj,

szyb­ko w miej­sce to ucie­kaj.

Wej­dziesz w górę tam po skó­rze,

skrę­cisz w pra­wo, tuż przy mu­rze.

W głę­bi stoi skrzy­nia sta­ra,

nie myśl wca­le, że to mara.

W jed­nej skrzy­ni skrzyn­ka dru­ga,

a w niej trze­cia, nie­zbyt dłu­ga.

Tu skoń­czo­na two­ja dro­ga,

boś od­na­lazł rzecz od Boga.

– Zna­ko­mi­ta ro­bo­ta, Wik­to­rze! – wo­łam. – Bar­dzo mi po­mo­głeś. Na­le­ży ci się cię­ża­rów­ka naj­lep­sze­go ko­nia­ku.

– Tyl­ko nie wpa­kuj się w ja­kąś he­re­zję – mówi pod­czas po­że­gna­nia. – Że­bym nie mu­siał cię po­tem spo­wia­dać. Bo daję nie­ła­twe po­ku­ty – śmie­je się, pro­wa­dząc mnie do drzwi.

Po kil­ku­krot­nym prze­czy­ta­niu wier­sza po­cząt­ko­wa eu­fo­ria ustę­pu­je miej­sca wąt­pli­wo­ściom. Tem­pla­riusz nie po­wie­dział nic wprost, wska­zał je­dy­nie dro­gę, jaką trze­ba po­dą­żać, by od­kryć miej­sce ukry­cia skrzyn­ki. A wiersz sam w so­bie sta­no­wi szyfr nie­ła­twy do zła­ma­nia.

– Wie­my – mówi Wan­da – że mu­si­my od­być po­dróż z Je­ro­zo­li­my do Efe­zu, na co tem­pla­riusz wska­zu­je w pierw­szej zwrot­ce, pi­sząc: W Je­ro­zo­li­mie roz­pocz­nij, od­wiedź po­tem miejsc aż sześć, a w Efe­zie już od­pocz­nij. Ale spo­śród ośmiu miejsc na tej tra­sie zna­my tyl­ko dwa. Jak usta­lić sześć po­zo­sta­łych?

– Po­win­ni­śmy po­dą­żać dro­gą, jaką prze­był apo­stoł Jan z Ma­rią – po­now­nie ana­li­zu­ję treść pierw­szej zwrot­ki.

– To oczy­wi­ste – Wan­da kła­dzie przed sobą Bi­blię – ale nie wia­do­mo, jaką szli tra­są. Nie jest na­wet pew­ne, że Ma­ria to­wa­rzy­szy­ła Ja­no­wi. Prze­czy­ta­łam wszyst­kie ewan­ge­lie i Dzie­je Apo­stol­skie. Nie ma w nich sło­wa o po­dró­ży z Ma­rią. Z in­nych źró­deł też nic pew­ne­go nie do­wie­my się o jej lo­sach. Nie wie­my na­wet, czy praw­dą jest, że zmar­ła w Efe­zie. Jej sym­bo­licz­ny grób wi­dzie­li­śmy prze­cież w Je­ro­zo­li­mie. Nie­któ­rzy au­to­rzy twier­dzą, że nig­dy nie opu­ści­ła Je­ro­zo­li­my. To prze­cież praw­do­po­dob­ne psy­cho­lo­gicz­nie – jej je­dy­ny syn umarł w tym mie­ście.

– Ale jej losy – upie­ram się – nie mają tu zna­cze­nia. Tem­pla­riusz każe nam od­być po­dróż z Je­ro­zo­li­my do Efe­zu. Mu­si­my to zro­bić i zo­ba­czyć wszyst­kie miej­sca, w któ­rych mo­gli być. Może po­tem uda się z nich wy­se­gre­go­wać sześć miej­so­wo­ści, o któ­rych my­ślał.

W po­ko­ju bi­blio­tecz­nym przy­by­wa ksią­żek hi­sto­rycz­nych. Zaj­mu­ją biur­ko, stół i po­ło­wę pod­ło­gi. Szu­ka­my miej­sco­wo­ści i cha­rak­te­ry­stycz­nych miejsc na tra­sie od Je­ro­zo­li­my do Efe­zu w I i w XII wie­ku. To oczy­wi­sty wnio­sek wy­pły­wa­ją­cy z dru­giej zwrot­ki wier­sza: Zo­bacz to, co zo­ba­czy­li, zo­bacz, co wi­dzia­łem ja. Tyle, że te miej­sca dziś mogą już nie ist­nieć. Naj­więk­szą za­gad­kę sta­no­wi jed­nak zwrot­ka trze­cia. Co ozna­cza­ją wy­mie­nio­ne w niej cy­fry? Jaką kry­ją ta­jem­ni­cę?

– Wiem, wiem! – woła Wan­da któ­re­goś wie­czo­ra z kuch­ni, gdzie przy­go­to­wu­je ko­la­cję. – To prze­cież pro­ste! – sia­da przy mnie i bie­rze do ręki kart­kę z wier­szem. – Raj­mund pi­sze w czwar­tej zwrot­ce: Wy­jedź tedy w dal­szą dro­gę, w obu miej­scach po­staw nogę. W ja­kich miej­scach? Moim zda­niem wła­śnie na­zwy tych dwóch miejsc za­szy­fro­wał cy­fra­mi. Żeby je od­kryć, na­le­ży cy­fry za­stą­pić li­te­ra­mi.

Cy­fry za­stą­pić li­te­ra­mi? Może ma ra­cję. Ma ana­li­tycz­ny umysł, lubi ślę­czeć nad krzy­żów­ka­mi i su­do­ku. Je­śli jest tak, jak przy­pusz­cza, je­śli roz­wią­że­my tę za­gad­kę, to dal­szy ciąg szy­fru nie bę­dzie trud­ny do roz­gry­zie­nia. Tem­pla­riusz pi­sze bo­wiem: W pierw­szym – cuda tam zo­ba­czysz, w dru­gim, wie­rzę – cel wy­pa­trzysz. Trze­ba za­tem roz­szy­fro­wać te dwa miej­sca, po­je­chać tam i w pierw­szym od­na­leźć owe cuda, a w dru­gim – cel, któ­rym jest za­pew­ne miej­sce ukry­cia skrzyn­ki. Wte­dy od­na­le­zie­nie jej nie po­win­no być trud­ne, bo w ostat­nich dwóch zwrot­kach Raj­mund pre­cy­zyj­nie opi­su­je dro­gę do skryt­ki.

Po­zo­sta­je pro­blem cyfr. Ja­ki­mi li­te­ra­mi je za­stą­pić? We­dług ja­kie­go sche­ma­tu? Żad­na sen­sow­na myśl nie przy­cho­dzi mi do gło­wy, choć za­gad­ka prze­śla­du­je mnie ca­ły­mi dnia­mi. Od­kry­cie przy­cho­dzi któ­rejś nocy. Śni mi się strasz­li­wy kosz­mar: bie­gnę przez ja­kieś sta­ro­żyt­ne mia­sta, ści­ga­ny przez rzym­skich żoł­nie­rzy po­lu­ją­cych na chrze­ści­jan, a przede mną po­dą­ża­ją róż­ne cy­fry. W pierw­szym mie­ście bie­gną przede mną je­dyn­ki, w dru­gim dwój­ki i tak da­lej. W pią­tym mie­ście bie­gną przede mną piąt­ki, i wte­dy ce­sar­ski żoł­nierz do­ga­nia mnie, wi­dzę ką­tem oka, jak za­ma­chu­je się mie­czem, by ściąć mi gło­wę i… bu­dzę się z krzy­kiem. Jest pią­ta nad ra­nem. Szklan­ka zim­nej wody po­wo­li usu­wa w nie­byt strasz­ny sen, gdy na­gle coś przy­cho­dzi mi na myśl.

– Wan­da! – chwy­tam lek­ko jej ra­mię.

– Daj po­spać, jesz­cze wcze­śnie – pro­si.

– Chy­ba zła­ma­łem szyfr Raj­mun­da – mó­wię.

– Co?! – zry­wa się na rów­ne nogi.

Idzie­my do bi­blio­te­ki i się­ga­my po kart­kę z wier­szem.

– Pierw­sze cy­fry każ­dej pary – mó­wię – to po pro­stu na­zwy miej­sco­wo­ści. Je­dyn­ka to Je­ro­zo­li­ma, na­stęp­ne ozna­cza­ją ko­lej­ne mia­sta na tra­sie Jana i Ma­rii. Jest ich osiem, tak jak Raj­mund pi­sał w pierw­szej zwrot­ce! Ósem­ka to Efez. Ko­lej­ne cy­fry, te przed prze­cin­kiem, mogą wska­zy­wać ja­kieś szcze­gól­ne miej­sce w tych mia­stach.

Prze­pi­su­ję na kart­ce se­kwen­cje cyfr:

1–4, 2–7, 3–1, 4–2

5–2, 6–6, 7–5, 8–7

– Wy­glą­da na to, że masz ra­cję – Wan­da wpa­tru­je się w kart­kę. – Czy­li je­dyn­ka to Je­ro­zo­li­ma, dwój­ka na­stęp­ne mia­sto na tra­sie, trój­ka ko­lej­ne itd. A te­raz za­łóż­my, że cha­rak­te­ry­stycz­ne miej­sce w Je­ro­zo­li­mie to na przy­kład Gol­go­ta, wte­dy czwór­ka mo­gła­by ozna­czać czwar­tą li­te­rę w tym sło­wie, czy­li „g”… – ury­wa i za­my­śla się.

Po chwi­li kon­ty­nu­uje: – Klu­czem do od­gad­nię­cia nazw tych dwóch miast, o któ­rych Raj­mund pi­sze: W pierw­szym – cuda tam zo­ba­czysz, w dru­gim, wie­rzę – cel wy­pa­trzysz, by­ła­by za­tem dru­ga cy­fra każ­dej pary, czy­li 4, 7, 1 i 2 z trze­cie­go wer­su oraz 2, 6, 5 i 7 z czwar­te­go wer­su trze­ciej zwrot­ki. Z od­po­wied­nich li­ter, wsta­wio­nych w miej­sce tych cyfr, po­wsta­ły­by na­zwy dwóch miejsc, gdzie na­le­ży „po­sta­wić nogę”. Obie są czte­ro­li­te­ro­we. Wiesz, to jest chy­ba do­bry trop.

Je­śli fak­tycz­nie mój sen był pro­ro­czy – choć ra­czej była to re­ak­cja mó­zgu na wie­lo­dnio­we, ob­se­syj­ne my­śle­nie nad ta­jem­ni­czym sze­re­giem liczb – to bar­dzo waż­ne bę­dzie wy­ty­po­wa­nie tych sze­ściu nie­zna­nych miast i cha­rak­te­ry­stycz­nych w nich miejsc. Każ­da po­mył­ka zmie­ni brzmie­nie słów i za­wie­dzie nas na ma­now­ce. Jesz­cze raz trze­ba więc prze­czy­tać wszyst­ko co do­stęp­ne o miej­scach i miej­sco­wo­ściach na szla­ku Je­ro­zo­li­ma – Efez w cza­sach po śmier­ci Je­zu­sa oraz na prze­ło­mie XII i XIII wie­ku. Przy­pusz­czal­nie wte­dy Raj­mund zmie­rzał do Je­ro­zo­li­my przez Efez, by uczest­ni­czyć w trze­ciej kru­cja­cie. Albo też, po la­tach, już w XIII wie­ku, wra­cał stam­tąd tą dro­gą, na co mo­gły­by wska­zy­wać jego da­to­wa­ne na 1223 rok wspo­mnie­nia.

Po trzech ty­go­dniach ślę­cze­nia nad książ­ka­mi i sta­ry­mi ma­pa­mi, prze­glą­da­nia opra­co­wań na­uko­wych w bi­blio­te­kach i szpe­ra­nia w In­ter­ne­cie wy­kre­śli­li­śmy hi­po­te­tycz­ną tra­sę po­dró­ży Jana i Ma­rii oraz Raj­mun­da. Nie mo­gli iść do­kład­nie tą samą tra­są. Jan z Ma­rią szli za­pew­ne przez mia­sta, gdzie już wte­dy byli wy­znaw­cy Chry­stu­sa, u któ­rych mo­gli się za­trzy­mać. Do­tar­li naj­praw­do­po­dob­niej, na przy­kład, do Ka­pa­do­cji i in­nych miejsc, gdzie Raj­mund być nie mógł, bo po­dą­żał z krzy­żow­ca­mi i mało praw­do­po­dob­ne, by od nich odłą­czył. Nie­któ­re miej­sco­wo­ści, któ­re być może od­wie­dzi­li Jan z Ma­rią, nie ist­nia­ły już w XII wie­ku. Inne, w któ­rych mógł być Raj­mund, po­wsta­ły set­ki lat po śmier­ci Je­zu­sa. W ten spo­sób uda­ło się nam skró­cić li­stę miejsc do dzie­się­ciu. Dwa zna­li­śmy na pew­no, dwa mu­sie­li­śmy wy­eli­mi­no­wać. Uzna­li­śmy, że tego wy­bo­ru do­ko­na­my po prze­by­ciu tra­sy Je­ro­zo­li­ma – Efez.

Póź­nym po­po­łu­dniem ostat­nie­go dnia czerw­ca, wy­cho­dząc z biu­ra po­dró­ży, dzwo­nię do Wan­dy: – Ku­pi­łem bi­le­ty. Za ty­dzień le­ci­my do Zie­mi Świę­tej.

Rozdział IV