Wydawca: Czarno na białym Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 153 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Żaba w papilotach - Maria Biłas-Najmrodzka

Dla Marii Biłas-Najmrodzkiej i Elżbiety Narbutt nie ma tematów tabu. Lekko chichotliwie, acz z dużą werwą komentują otaczający je świat i oswajają rzeczywistość. Lektura wzruszająca i prześmieszna zarazem! Najkrótsza recenzja „Żaby w papilotach”: z dobrymi historiami jest jak z jedzeniem — nie mogą się zmarnować! "Żaba w papilotach" jest kontynuacją korespondencji dwóch przyjaciółek. Część pierwsza: "Bigos w papilotach" ukazała się w wersji elektronicznej nakładem wydawnictwa Czarno na białym.

Opinie o ebooku Żaba w papilotach - Maria Biłas-Najmrodzka

Fragment ebooka Żaba w papilotach - Maria Biłas-Najmrodzka

Listy bardzo intymne
Kontynuacja sentymentalnej korespondencji rozpoczętej w książce „Bigos w papilotach” wydanej w wydawnictwie Czarno na białym
Redaktor prowadzący: ANDRZEJ GUMULAK
Redakcja: DONATA CIEŚLIK
Korekta: HALINA OTCETEN
Koncepcja graficzna: DONATA CIEŚLIK
Skład i łamanie: DAWID SZULIK
Zdjęcia na okładce: shutterstock.com
Copyright © by Maria Biłas-Najmrodzka i Elżbieta Narbutt, 2013 Copyright © by Wydawnictwo Czarno na białym, Warszawa 2013
Wydanie pierwsze elektroniczne
Warszawa 2013
ISBN 978-83-936455-6-5
Wydawnictwo Czarno na białym ul. 1 Sierpnia 28/48, 02-134 Warszawa e-mail: redakcja@wydawnictwocnb.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwocnb.pl
Konwersja: eLitera s.c.

Maria Biłas-Najmrodzka(absolwentka filologii polskiej, na zdjęciu po prawej)Elżbieta Narbutt(dziennikarka, z wykształcenia lekarz weterynarii,dziesięć lat temu praktycznie straciła wzrok) napisały pełną ciepła i optymizmu książkę, której treścią jest zwyczajne życie – bez fajerwerków i sensacyjnych doniesień.

KOCHANA MOJA ELŻBIETO,

coraz częściej patrzę na siebie jak na żabę, którą anatomopatolog rozłożył na laboratoryjnym stole, żeby zrobić przegląd jej poszczególnych organów. Tym anatomopatologiem jestem ja. Ja – żaba, obiekt zainteresowania, i ja – anatomopatolog, psycholog, socjolog i antropolog ciekawy żaby i świata, w którym ta żaba się obraca.

Żaba jaka jest, każdy widzi. Największą osobliwością mojej żaby jest wiek – siedemdziesiąt lat, i być może to właśnie wiek skłonił anatomopatologa do położenia żaby na laboratoryjnym stole. Nie bez znaczenia jest płeć. Żaba jest bowiem płci żeńskiej, co również przesądziło o dociekliwości badacza.

Dalsze pytania są dość proste:

Czym się żaba żywi?

W jakim środowisku się obraca?

Czego nie lubi?

Czy do laboratorium wzięto ją z asfaltu, na którym próbowała popełnić samobójstwo, czy z towarzystwa dobrze bawiących się innych żab?

Wyłącznie konsumuje, czy jeszcze przydaje się do czegoś innego?

Usiadła w jednym miejscu, czy jest w drodze?

Jeśli idzie, to czy wie dokąd?

Czy potrafi iść sama, czy jest skazana na towarzystwo?

Ma „za złe”, czy patrzy z wyrozumiałością?

Co oznacza dla niej „płeć przeciwna” i do czego jej używa?

Czy zatrzymana w jednym punkcie drogi potrafi stanąć i budować, czy powie: „Nie! Już zbudowałam”?

Czy ze strachu, że sobie nie poradzi, zgodzi się na wszystko, a może się zbuntuje?

Popatrz, ile pytań, a przecież żaba jaka jest, każdy widzi.

Całuję Cię.

M.

PS Wiem, że kiedyś postanowiłyśmy skończyć z pisaniem do siebie listów. Że niby to takie staroświeckie i że wystarczyłyby SMS-y. Komu wystarczą, to wystarczą; ja lubię to nasze lekko chichotliwe komentowanie świata. Inkaustem i gęsim piórem. Więc może znowu dasz się namówić?

DROGA MARYSIU,

rzeczywiście nie pisałam do Ciebie prawie dwa lata. Okropnie długo i żadne rozmowy telefoniczne nie były w stanie wypełnić tej luki. Z przyjemnością wracam więc do starego sposobu komunikowania się z Tobą, z nadzieją, że mi wybaczysz.

Przez te dwa lata nic specjalnego się nie wydarzyło, jeśli nie liczyć zawału serca i ostatecznego rozstania z resztkami widzenia. Pomyślisz zapewne, że się mizdrzę, ale tak nie jest. Obie te przypadłości nie zaważyły na moim postrzeganiu świata i przyjaciół. Bałam się, że wpadnę w lęki przed samotnym mieszkaniem, że skupię się na oczekiwaniu sensacji sercowych i będę kłębkiem złych emocji. Na szczęście dla mnie i moich bliskich nic takiego się nie stało.

Nie mam już kotki, nie chcę jednak o tym się rozpisywać, bo sprawa jest za świeża. Moja pomocnica domowa – Swieta – wyjechała z mężem do Niemiec. Przykro mi. Z drugiej strony oboje mają tam znacznie lepsze warunki do życia. Jak pamiętasz, i ona, i on są młodymi ukraińskimi lekarzami. Dzwonią i zapraszają do siebie. Może kiedyś się wybiorę.

Jeśli coś się zmieniło, to mój sposób patrzenia na świat. Mam silniejsze niż kiedyś poczucie upływającego zbyt szybko czasu i nie chcę go tracić na głupie walki z rzeczywistością. Nostalgicznie spoglądam w przeszłość, lepiej rozumiem swoich rodziców i dziadków, ale wyzbyłam się napadów belferstwa wobec młodego pokolenia. Chyba że za bardzo zalezie mi za skórę, co zdarza się dość często. Najogólniej mówiąc, złagodniałam i dobrze mi z tym. W ogóle jest mi nie najgorzej na świecie. Widzisz więc, że się zmieniłam, ale nie do końca, pozostając dla przyjaciół tą samą Elżbietą.

Całuję Cię najserdeczniej.

Twoja E.

KOCHANA ELŻBIETO!

Czy zdarzyło Ci się kiedyś widzieć grupę dzieci, która razem uczy się wierszyka? Wielka frajda. W tej samej chwili odbywa się uczenie wiersza, a równocześnie wielka zabawa; chwila ciszy i wybuch hałasu – harmider i znów chwila ciszy – chichot z wiersza i skupienie, żeby się go nauczyć – wspólna recytacja i walka o to, żeby „teraz ja, teraz ja powiem”. Szkoda, że większość nas, dorosłych, tak mało uczyła się wierszy na pamięć, a przecież niektóre są bardzo łatwe:

Kiedy piłka jest w dobrym humorze

To skacze

I skacze

I skacze

I skacze

I skacze

I skacze

I skacze

I skacze

I skacze

I skacze

I przestać nie może

(Ludwik Jerzy Kern)

albo:

Facet z baczkami

I facet z bródką

Wybrali się za morze łódką.

Ale łódka nie miała dna,

Dlatego też ten wierszyk trwa

Tak krótko

(też Kern)

Popatrz, jeszcze nie zdążyłam Ci do końca go przepisać, a już się śmieję!

Nawet teraz, kiedy jesteśmy w wieku – nazwijmy to – nieodwracalnie dojrzałym (a nawet lekko przejrzałym), kiedy mamy z czymś pod górkę i mało co może nas rozbawić – „facet z baczkami i facet z bródką” rozbawią nas na pewno.

Oczywiście w normalnych warunkach nie cytowałabym całych wierszyków, ale sama nie możesz ich, niestety, przeczytać, więc sobie pozwalam. I jeszcze tylko jeden, ten mój ulubiony:

Żółtą drogą, zielonym polem

pewien człowiek szedł z parasolem

i uśmiechał się mimo słoty,

bo parasol był cały złoty,

coś tam śpiewał, bzykał jak mucha,

śmieszne bajki plótł mu do ucha.

I ten deszcz tak padał i padał,

A parasol gadał i gadał,

a ten człowiek mu odpowiadał.

I okropnie byli weseli, choć się wcale nie rozumieli,

bo ten człowiek gadał po polsku,

a parasol po parasolsku.

(Danuta Wawiłow)

W głowie się nie mieści, ile takich cudów kryje się (poza Brzechwą i Tuwimem) w najróżniejszych zbiorach wierszy dla dzieci. Niestety, nie mogę ich zacytować choćby ze względu na długość, ale pewnego dnia przeczytam Ci, ile się da. Dużo w życiu traci ten, kto tego nie docenia.

Całuję Cię.

M.

DROGA MARYSIU,

mam w domu dwa miejsca do rozmyślań – łazienkę, a ściślej wannę, i lewy róg kanapy. Kanapa służy rozmyślaniom o życiu, czyli tworzeniu problemów i budowaniu z nich piętrowych konstrukcji, natomiast wanna – ich rozwiązywaniu. Jestem przekonana, że gdyby nie wanna, zrobiłabym w życiu masę głupot, nie przeżyłabym iluś pięknych chwili, nie wymyśliłabym żadnego sensownego artykułu.

Wczoraj usłyszałam w radiu z ust uczonej pani psycholog, że kto nie ma marzeń, ten już umarł. Oświadczam Ci więc: mnie już nie ma na świecie, a listy do Ciebie pisze mój duch. Umarłam kilka lat temu i dobrze mi z tym.

Ze śmiercią odzyskałam radość życia, polepszyły się moje kontakty z otoczeniem, robię to, na co mam ochotę. I wszystko dlatego, że przestałam marzyć i umarłam. Nawet o tym nie wiedząc.

Zamiast marzeń realizuję swoje zachcianki. Przed wieloma laty pozazdrościłam kuzynce kamiennego zlewu. Długo zbierałam się w sobie i doszłam do wniosku, że przyszła pora na tę inwestycję.

– Teraz albo nigdy! – krzyknęłam do siebie, oczywiście w wannie, i zamówiłam to cudo w kolorze ciemnobrązowym.

Jak zlew, to i nowy blat kuchenny, jak blat, to wypadałoby odnowić szafki. I wtedy odwiedziła mnie bratanica. Popatrzyła na moje wyczyny, zapytała, czy dobrze się czuję i czy nie mam zamiaru umierać. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że mam się doskonale, a ostatnią rzeczą, na którą miałabym ochotę przed śmiercią, byłby zlew dla spadkobierców. Zdziwiła się, więc szybciutko dodałam, że przed przeniesieniem się w zaświaty kupię na jej koszt butelkę szampana i nasączę ciało drogimi perfumami.

Czy zauważyłaś, że zaniedbany dom młodych ludzi świadczy o ich bałaganiarstwie, a takie samo niechlujstwo u starszych o ubóstwie i nieporadności?

Gdy odkryłam tę prawidłowość, nabyłam zmywarkę, powyrzucałam nadpalone ścierki i przestałam udawać, że oczko w pończosze poleciało przed chwilą...

Zrobiłam małą przerwę w pisaniu na kąpiel i przyszła mi do głowy nowa zachcianka: zostań prezydentem RP, a ja będę Twoją damą do towarzystwa. Tylko nie każ mi zamieszkać w Pałacu, bo nie opuszczę swojego nowego zlewu.

Twoja E.

PS Zapomniałam powiedzieć, że kilka dni temu byłam u przyjaciół, gdzie spotkałam znajomego sprzed lat, i coś między nami, jak mówią młodzi, zaiskrzyło. Zaczęliśmy miło rozmawiać o minionych latach i wspólnych znajomych. Niestety, prawie wszyscy są już na drugim brzegu. Ta rozmowa sprawiła mi ogromną przyjemność, bo mało jest już okazji natknięcia się na kogoś, kto znał moich rodziców, pamięta nieistniejące domy czy śmieszne powiedzonka z przeszłości. Wracałam do domu taksówką i zaproponowałam Pawłowi, że go podrzucę do śródmieścia. W efekcie wylądowaliśmy u mnie na herbacie. Sympatycznie.

E.

KOCHANA ELŻBIETO,

zlew zlewem, ale nie uwierzysz, jak było miło przeczytać o tej odzyskanej znajomości. Osobiście uwielbiam takie powroty. Mam w nich absolutne poczucie bezpieczeństwa i pełne zaufanie do sytuacji. Krótko mówiąc: cieszę się z tego pana!

Do głowy by mi jednak nie przyszło, że byle trzydziestokilkustopniowy upał może na Ciebie tak podziałać. Ja prezydentem? Wiem, ktoś musi. Wiem też, Ty nie możesz, bo nie widzisz. Ale żebym zaraz ja? Ja na prezydenta? Chociaż kiedy tak dobrze się zastanowić, może i coś jest w tym pomyśle... No bo w końcu jestem i gospodarna, i robotna, i porządek również potrafię utrzymać, kiedy trzeba. Gorzej z tym ogólnym rozgarnięciem, bo tu by były kłopoty. Wiadomo, że albo się zamyślę, albo zagapię, albo zapatrzę, albo wręcz utonę w zachwycie. Czy prezydent może sobie pozwolić na oczarowania? Albo, co nie daj Boże, na zapatrzenie? A przecież może być jeszcze gorzej. Jak mnie znasz, mogę nagle i nieoczekiwanie dla wszystkich „wsiąść do pociągu byle jakiego...” i znaleźć się w Białymstoku, albo Poznaniu, albo Lublinie, albo w Katowicach, albo... Bóg wie gdzie jeszcze. I do tego stale z tym cielęcym zachwytem na niespecjalnie rozgarniętej twarzy. Nie! Ja na prezydenta? To chyba nie jest dobry pomysł. Chociaż gdyby tak się zastanowić... Bo to jednak kusi. Zwłaszcza kiedy sobie przypomnieć tekst piosenki o tym, jak klawe życie ma cysorz. Prezydent nie może mieć klawego? Czy prezydentowi nic się nie należy ?

Całuję Cię.

Marysia

KOCHANA MOJA ELŻBIETO,

teraz też będzie o marzeniach.

Siedzę na plaży w R. targana silnym wiatrem znad Bałtyku i pierwszy raz się cieszę, że znów utyłam. Żadna wyobraźnia mi nie podpowie, dokąd by mnie zniosło, gdyby nie niezdrowe, wysoce tuczące jedzenie. Siedzę i z zachwytem patrzę, jak sąsiedzi zmagają się z namiastką namiociku. Co ja mówię – namiastką! Ledwie jego graficznym symbolem, kreską łuku, który przy każdym podmuchu jest lepszy od dowolnego latawca. Po raz dziesiąty z maniackim uporem podczepiają go do sześciu śledzi, a do każdego z nich przywiązani są – podaję w kolejności wiekowej – babcia, dziadek, matka, ojciec i dwoje nieletnich dzieci.

Huraganowy wiatr ma to głęboko w nosie, bo co rusz całą tę rodzinę porywa do góry, a potem gdzie bądź porzuca. Nie będę Ci tego opisywała, bo po stokroć lepiej zrobił to Jerome K. Jerome w „Trzech panach w łódce (nie licząc psa)”. Coś musi być jednak w samej idei namiotu czy choćby w jego namiastce, że człowiek wierzy w bezpieczeństwo, które on daje. Namiot jako rodzaj wewnętrznej kotwicy? Póki wiatr nie rzuci mnie w odległy kąt naszego pięknego kraju, opowiem Ci historię wielkiego ludzkiego marzenia. Marzenia o namiocie.

W czasach w naszym kraju dosyć przaśnych Andrzej przywiózł z podróży namiot. Nawet złożony był wielki i ważył pewnie tyle, ile ja teraz. Andrzej popatrzył mi z czułością w oczy i w oczekiwaniu na aprobatę powiedział tylko:

– Wiesz, od dzieciństwa to było moje marzenie.

Dla mnie marzenie jest rzeczą świętą! Zwłaszcza takie od dzieciństwa, zwłaszcza marzenie męża.

Ustaliłam więc, że tymczasowym miejscem pobytu namiotu będzie miejsce za zasłoną. Wprawdzie przy próbie przeniesienia go za zasłonę uświadomiłam sobie, że wykonanie tego manewru w pojedynkę nie jest możliwe, ale czego człowiek nie zrobi w imię uczucia. Jeszcze tylko kilka miesięcy i będziemy spędzali czas pod własnym namiotem. Mówiąc między nami (i po cichu), nie wyobrażałam sobie, jak pokonamy opór tak ciężkiej materii.

Latem z jakichś powodów nie mogliśmy pojechać z namiotem.

Pewnego dnia Andrzej przyniósł nowy namiot. Gospodarka rynkowa otwierała przed nami możliwości.

– Wiesz, tamten był chyba za ciężki – powiedział.

Jasne! Racja! Od dawna miałam podejrzenia, że temu marzeniu możemy nie sprostać.

W następnym roku znowu coś nam przeszkodziło w skorzystaniu z tego pożytecznego turystycznego sprzętu.

Gdzieś pod koniec listopada mąż wparował do domu z wielką paczką i powiedział:

– Teraz, kiedy w sklepach jest wszystko, nie ma żadnego powodu, żebyśmy się gnieździli w dwuosobowym namiocie. Kupiłem sześcioosobowy z dostawką.

Jak zwykle, miał rację. Nie było żadnego powodu...

Wezwałam specjalistę w celu przesunięcia zasłon do głębokości jednej trzeciej pokoju. W naszym trzydziestosześciometrowym mieszkaniu zrobiło się jeszcze ciaśniej niż zwykle, ale marzenie jest najważniejsze.

Kiedy już mieliśmy duży, wygodny namiot, Andrzej zadbał o jego wyposażenie. Staliśmy się posiadaczami sporego turystycznego stolika, sześciu wygodnych krzeseł (kochamy przecież gości) i podstawki pod niezłych rozmiarów kuchnię. Kupił nam parę wędek na ryby (bo łowienie niezwykle uspokaja) i przynależnych im rybackich stołków. Zaczęłam się cieszyć, że w dzieciństwie nie marzył o jachcie. Przyniósł również sprzęt do łowienia pod lodem, ale wówczas przekonałam go do umieszczenia części wyposażenia w bagażniku samochodu.

– Będzie tam zawsze pod ręką – mówiłam z zaangażowaniem.

Latem z jakichś powodów nie wyjechaliśmy pod namiot.

Jesienią uświadomiłam sobie, że całe życie moim marzeniem było jeżdżenie z przyczepą. Do samochodu przytwierdziliśmy więc hak, przyczepę będziemy pożyczali. Andrzej przyznał, że bał się życia pod namiotem, w końcu nie byliśmy już tacy młodzi.

– Co innego przyczepa! Pełny komfort bez rozkładania – cieszył się.

Między nami mówiąc, z nią też nigdy nie wyjechaliśmy, ale hak jest znacznie wygodniejszy w życiu rodzinnym niż namiot.

Najważniejsze jest marzenie.

Kiedy o tym opowiadam, huraganowy wiatr przeniósł o kilka metrów rodzinę walczącą o zrealizowanie swoich marzeń. Pewnie pomyślałaś, że się poddali. Nie, moja droga, nie! Każda z sześciu osób kurczowo trzyma się przydzielonego mu namiotowego śledzia.

Ja ich rozumiem.

Całuje Cię.

Marysia

KOCHANA MARYSIU,

wczoraj wieczorem zadzwonił Paweł, pierwszy raz od naszego spotkania, i polecił koncert na TVP Kultura. Koncert zaczynał się o północy i w pierwszej chwili chciałam z niego zrezygnować, oczywiście nie przyznając się do tego Pawłowi.

Ale co zrobię, jeśli koncert w ostatniej chwili odwołają? – pomyślałam.

Doczekałam więc do północy i spędziłam przed telewizorem ponad trzy godziny. Dziś rano zadzwoniłam z podziękowaniami za cudowny wieczór, a właściwie noc.

Później zrobiło mi się głupio, że poczynam sobie zbyt frywolnie. Trudno. Stało się.

U mnie było trochę atrakcji towarzyskich. Na trzy dni przyjechał mój kochany Maciek z Podola, tego koło Słupska, nie na Ukrainie. W pamięci Maciek zapisał się jako urodziwy wyrostek, czyli z czasów, gdy jeszcze coś widziałam. Nie przyjmuję do wiadomości, że to już trzydziestoletni mężczyzna. Bardzo było nam ze sobą dobrze. Ledwo za Maćkiem zamknęły się drzwi, pojawiła się, również na trzy dni, Halina z Krakowa, koleżanka z czasów licealnych. Ostatni raz widziałyśmy się trzydzieści z górą lat temu. W trakcie jej wizyty przyjechała Sara, osiemnastoletnia córka mojego przyjaciela, lekarza okulisty z Częstochowy. Wbrew oczekiwaniom te wizyty wcale mnie nie zmęczyły. Wycofałam się z roli ambitnej gospodyni i pozwoliłam gościom robić w moim domu to, na co mają ochotę. Wybrałam dobrą drogę. Goście obsługiwali mnie, dopieszczali jak mogli, i utrzymywali wzorowy porządek. Oni czuli się przydatni, a ja – ważna i zadbana.

Wychodzi na to, że niewidzenie ma swoje dobre strony. Dawnymi czasy taki najazd wywołałby we mnie panikę. Zamiast cieszyć się przyjaciółmi, stałabym przy garach, zmywała, zamiatała, szorowała wannę i marzyła o chwili spokoju. Na rozmowy i wspomnienia nie starczyłoby sił.

Polecam Ci ten patent i całuję.

Elżbieta

DROGA MARYSIU,

już teraz mogę Ci opowiedzieć o kotce. Przeżyłyśmy ze sobą piętnaście lat i przyszła pora rozstania na zawsze. Jako przeciwniczka eutanazji obiecałam sobie i mojej kocicy, że pozwolę odejść jej z tego świata w sposób naturalny. I nie dotrzymałam słowa.

Był to najcudowniejszy i najłagodniejszy kot pod słońcem. Czy możesz wyobrazić sobie kocicę, która nigdy nie zasyczała, nie prychnęła i nie zrobiła kociego grzbietu?

Przerażona, miauczała rozpaczliwie i chowała się w czeluściach szuflady pod tapczanem. W tej szufladzie przeżywała chorobę. Czasami wyłaziła i usiłowała do mnie dojść, ale nie zawsze miała dość sił. Wtedy na czworakach próbowałam ją odnaleźć. Pewnie zastanawiasz się, dlaczego jej nie leczyłam? Przyznam, że uczyniłam to z premedytacją.

Choroba przyszła nagle, kotka była w podeszłym wieku, a szacunek dla wspólnie spędzonych lat nie pozwalał na narażanie kosmatej przyjaciółki na stresy. Ładowanie kota do koszyka, noszenie do lekarza, zastrzyki, dializy przysparzają zwierzęciu cierpień bez szansy na oczekiwane rezultaty. Wiem o tym, bo przecież sama jestem lekarzem weterynarii.

I tak przyszła chwila najtrudniejszej decyzji: pozwolić kotce cierpieć lub zakończyć jej życie. To był dla mnie okropny czas. Co godzinę zmieniałam postanowienia. W końcu poprosiłam znajomego lekarza, żeby przyszedł do domu i pomógł jej przejść na drugi brzeg. Jestem przekonana, że postąpiłam słusznie, choć nie umniejsza to żalu.

Przyjaciele są gotowi natychmiast wprowadzić mi do domu nowego kota. Gdybym była młodsza i cokolwiek widziała, pewno bym się zgodziła, ale w mojej sytuacji byłby to szczyt nieroztropności. Młody kot przeżyje mnie i spędzi starość w schronisku. Starego – ja mam szansę przeżyć. A jeśli trafiłby mi się kot z niepohamowaną pasją łowiecką i myślami samobójczymi? Nawet nie zauważyłabym, kiedy wyskoczyłby z piątego piętra. Nie, to już emocje nie dla mnie.

Pewnie myślisz, że jestem bez serca, skoro rozważam „za i przeciw” nowemu zwierzęciu w domu. Może i tak, ale ja mam swoją filozofię: to nie dokładnie ten kot czy tamten pies jest cudowny, ale cały psi i koci ród jest piękny.

Całuję Cię.

Twoja E.

DROGA MARYSIU,

pytasz mnie, jak „Ten Pan”, czyli – jak rozwija się znajomość z Pawłem. Otóż odbyliśmy kilkugodzinny spacer po warszawskich Powązkach. Miałam ogromną tremę, jak – w naturalny sposób – poradzić sobie z własną nieporadnością. Jak wiesz, po ulicach najłatwiej mi iść z kimś pod rękę, a tu trzeba jeszcze z minimalnym wdziękiem wsiąść i wysiąść z tramwaju. Udało się bez zakłóceń. Nikogo nie staranowałam ani sobą, ani laską.

Po cmentarzu chodziłam już o własnych siłach.

Byliśmy na Jego i moich grobach rodzinnych. Przy okazji wyszło na jaw, że nasze matki ukończyły tę samą szkołę imienia Cecylii Plater. Obie drżały ze strachu przed przełożoną, panią Jadwigą Reutt. Takich wspólnych punktów zaczepienia było wiele. Wracając, kupiliśmy coś do zjedzenia u znanego Ci Wietnamczyka i spędziliśmy nad tym jadłem dalsze godziny, tyle że już u mnie w domu.

Za kilka dni będą imieniny Pawła. Mamy zamiar odbyć je wspólnie.

Ale teraz o czymś innym.

Doszłam do wniosku, że my, kobiety, same siebie pakujemy do więzienia. Z jednej strony walczymy o parytety, równouprawnienie, późniejsze emerytury i tym podobne atrybuty naszego człowieczeństwa, a z drugiej... Zgroza!

Co jakiś czas mam takie parcie na szkło, że nie mogę oderwać się nawet od reklam w telewizorze. I co słyszę? Znajome z głosu aktorki przekonują siebie i inne panie, że jedynym źródłem ich dobrego samopoczucia jest służba mężowi, dzieciom i wnukom. Mamusia ma wziąć pożyczkę, aby szybciutko, pod nieobecność córeczki, wymalować jej pokój. Jakby córeczka sama nie mogła za to się wziąć, wysyłając uprzednio matkę do SPA. Zatroskana babcia kupuje z emerytury nie najtańszą buerlecytynę tylko dlatego, aby ćwiczyć pamięć dla ukochanego wnuka, któremu nie chce się zajrzeć do książki. Rekordy głupoty bije inna babcia z kłopotami trawiennymi. Ta przykra dolegliwość uniemożliwia jej chodzenie tam, gdzie wnuki zapragną, i tylko dlatego powinna zażyć stosowną pigułkę, a nie dlatego, żeby wytrzymać do końca na filmie dla dorosłych. Oczywiście bez wnuków, za to z adoratorem u boku.

Baby są głupie, że tak dają się innym babom ogłupiać.

Czy widziałaś, żeby mężczyzna reklamował coś, co w efekcie działa przeciwko niemu? Ja z takim przypadkiem się nie spotkałam. Oni są wspaniali w swych równie wspaniałych samochodach. Kupionych na raty, które będzie spłacała żona, zachęcona stosowną reklamą.

Wiem, podobnie jak ja nigdy nie zapisałaś się do feministek, ale chyba powinnyśmy coś z tym zrobić. Na początek zacznę bojkotować sztuki, w których role sufrażystek grają aktorki namawiające mnie w telewizorze do ubezpieczenia kosztów mojego pogrzebu.

Co o tym sądzisz?

Żeby jednak wlać w nasze głowy nieco optymizmu, opowiem Ci o pewnej mocno już starszej pani. Całe życie w PRL ciężko pracowała zawodowo, wystawała godzinami w kolejkach, a po powrocie do domu cudownie gotowała dla bliższej i dalszej rodziny. Wszyscy sądzili, że kiedy pójdzie na emeryturę, jej wyczyny kulinarne sięgną światowych szczytów. Srodze się przeliczyli! Starsza pani zapisała się na Uniwersytet Trzeciego Wieku, a kochaną rodzinę wysłała do baru mlecznego. I oto chodzi.

Całuję.

E.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
POPRZEDNIA CZĘŚĆ LISTÓWW KSIĄŻCE „BIGOS W PAPILOTACH”