Za zieloną bramą - Piotr Wielgosz - ebook
Opis

Elli maszerowała nieśpiesznie, delektując się niespotykaną w tej części miasta ciszą i niesamowitą aurą przesyconą zapachem niedawno padającego deszczu. Ciepłe promienie jesiennego słońca igrały na jej twarzy złocistymi plamami. Postanowiła skręcić w wąską uliczkę i uświadomiła sobie, że mimo iż zna stare miasto, tędy idzie po raz pierwszy. Nie docierały tu ożywcze promienie słońca, a chłód i półmrok wzbudzały niepokój. Przyśpieszyła kroku, chcąc niezwłocznie wydostać się z tego ponurego miejsca. Na końcu uliczki ujrzała bladozieloną, odrapaną i pordzewiałą bramę. Coraz gęstsze od wilgoci powietrze ponaglało ją do przekroczenia jej progu, a puste okna zimnych kamienic wołały: „Wejdź wreszcie, nie wahaj się, zaspokój ciekawość”. Nie mogła oprzeć się pokusie i któregoś dnia, wiedziona ogromną siłą, wreszcie odważyła się pchnąć ciężkie wrota i zniknąć we wnętrzu kamienicy.

Tamten dzień na zawsze przeklął jej życie. Prześladujące ją i jej bliskich potężne i podstępne demony coraz mocniej zaciskały na nich swoje macki, wnikając w ciało i ogarniając umysł… równocześnie wypełniając go nieznaną dotąd mocą.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 323

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


CZĘŚĆ 1

1

Ciemnoszare chmury ustępowały powoli i nad miastem skąpanym w jeszcze przed chwilą rzęsiście padającym deszczu pojawiły się z początku nieśmiałe, ale coraz odważniej przebijające się promienie słońca. Kilka gołębi kąpało się w stojącej na wybrukowanej ulicy wodzie, rozchlapując ją skrzydłami i wydziobując z błękitnego nieba ziarna pszenicy, które ktoś rozsypał, zanim zaczęło padać. Kilka innych, o stalowoszarych zakończonych niebieskimi plamami piórach, przeleciało tuż nad głowami stojącej na przystanku tramwajowym pary. Jak gdyby przywołane jakimś niesłyszalnym dla człowieka krzykiem, wzniosły się gwałtownie wysoko ponad skąpane w popołudniowym słońcu ociekające deszczem kamienice i zniknęły za pokrytym niebieskawym nalotem patyny dachem.

Rynny tej kamienicy jeszcze kilkanaście minut temu nie mogły pomieścić potoków zalewającej ich ulewy, a ich smocze głowy rzygały strumieniami deszczówki, tworząc na ulicy miejski potok brudnej i zmąconej wody, która szybkim i wirującym na bruku strumieniem spływała w dół ulicy. Teraz jednak ulica była cicha. Szum deszczu i plusk wody zamilkły, co powodowało wrażenie niesamowitej ciszy. Tylko czerwony tramwaj rozkołysany na starych, pewnie jeszcze przedwojennych, szynach zakłócał ją jeszcze, opuszczając niczym głośno mruczący smok tę baśniową krainę i zatrzymując się tylko na chwilę, aby połknąć zmokniętą kobietę i czule obejmującego ją mężczyznę.

Elli nie śpieszyła się. Urzekła ją magia tej chwili, więc pomyślała, że skoro i tak jest już spóźniona, odwoła dzisiejsze spotkanie z Markiem. Miała spotkać się z nim w sprawie wystawy swoich prac, którą za jego namową zatytułowała „Dwie dusze w dwóch światach”. Mieli ustalić dokładny termin, godzinę i miejsce. Szła powoli, omijając większe kałuże, czerpiąc ogromną przyjemność z przeskakiwania mniejszych i starając się zapomnieć o wystawie, Marku i ich związku. Przyszło jej nawet na myśl, że skoro ulica jest pusta i nie ma żadnych świadków jej dziecięcej zabawy, mogłaby ściągnąć buty i przejść przez większe kałuże boso, ale nie zdobyła się na to.

Ciepłe promienie jesiennego słońca rzucały poprzez szkielet drzewa ogołoconego przez porę roku i wiatr złote plamy na kobietę idącą z naprzeciwka. Powoli stąpająca po ogromnych kałużach postać wyglądała, jakby unosiła się delikatnie nad błękitnym brukiem. Elli widziała już oczyma wyobraźni swój nowy obraz: błękitne niebo i błękitny bruk ulicy, a pomiędzy nimi rozświetlona słońcem szara postać. Przymknęła oczy i poczuła na twarzy ciepło złota, którym obsypana była cala ulica. Trwała tak chwilę, idąc powoli z przymkniętymi oczami i wdychając zapach wilgotnej ulicy, chłonąc ciepło popołudnia i rozkoszując się niespotykaną w tej części miasta ciszą. Gdy po chwili otworzyła oczy, znajdowała się na ulicy zupełnie sama, towarzyszyły jej jedynie ptaki, które, trzepocząc szybko skrzydłami, krążyły ponad zabytkowymi kamienicami. Ulica jakby zamarła, wyglądała jak fotografia, jak obraz bez bohatera.

Skręcając w wąską uliczkę, nie pomyślała, że mimo iż zna stare miasto doskonale, tędy idzie po raz pierwszy. Uczucie ciepła i spokoju, jakiemu oddawała się z taką rozkoszą przez ostatnie chwile, zniknęło. Zastąpiły je chłód i półmrok, które panowały w zaułku. Nie docierały tu ożywcze promienie słońca i tym samym chłodne i wilgotne jeszcze ściany kamienic powodowały u dziewczyny odczucie zimna i niepokoju, które potęgował widok prawie stykających się dachów po obu stronach uliczki. Niemal nieprawdopodobne, że po przejściu kilku kroków z ogrzanej słońcem ulicy trafiła w miejsce całkiem odmienne, wydawałoby się nierealne.

Przyśpieszyła kroku. Rozchlapując wodę, ciągle spływającą leniwym już nurtem w dół uliczki, szła coraz prędzej, chcąc wydostać się z tego ponurego miejsca. Na końcu uliczki promienie słońca tworzyły jak gdyby linię mety, do której starała się dotrzeć najszybciej, jak tylko mogła. Z dziurawych rynien skapywały resztki burzy i wtapiały się głośno w mokry bruk, a w kilku miejscach strużki wody staczały się szybko po popękanych ścianach szarych kamienic, żłobiąc je jeszcze głębiej i wlewając się do środka poprzez rozchylone przez wiatr okna. Wcześniej nie zwróciła na to uwagi, ale ulica była niezamieszkana. Domy zniszczone i poobdzierane z tynku, okna jedne uchylone, inne z kolei szczelnie zamknięte, jakby w strachu przed wdzierającą się szarością i wilgocią. Na linii mety, namalowanej przez promienie słońca, pojawiła się szarobrązowa postać, która po chwili wahania ruszyła powolnym, jakby posuwistym krokiem w dół uliczki, stukając o bruk laską bądź kijem, na którym się opierała.

Idąc w jej stronę, dziewczyna poczuła niepokój, który z każdym krokiem stawał się coraz trudniejszy do opanowania. To miejsce i ta powoli zbliżająca się postać, wciąż skapujące resztki deszczu i klaustrofobiczne wrażenie zacieśniającej się z każdym jej krokiem uliczki wywoływały coraz większy strach.

Postać zatrzymała się, gwałtownie uderzając o chodnik kijem i prawie przewracając się na śliskim bruku. Teraz była już znacznie bliżej. Jej brązowy habit był mocno zniszczony i brudny. Ciężkie przemoknięte sukno wydawało się spływać gęstymi strumieniami po wychudzonej sylwetce. Głowa, osłonięta głębokim kapturem, dotąd pochylona, podniosła się powoli i Elli poczuła na sobie spojrzenie.

„Boże, Boże, pozwól mi wrócić do domu” – pomyślała i poczuła, że nogi odmawiają jej posłuszeństwa, a ciało oblewa fala gorąca. Zatrzymała się. Przymknęła oczy i choć dawno tego nie robiła, zaczęła się cicho modlić. Mimo że bała się spojrzeć przed siebie, jej oczy, jak przyciągnięte magnesem, wiedzione jakąś niezwykłą siłą, znalazły wtopioną w bruk postać, której twarz zasłonięta cieniem kaptura jak gdyby czekała na jej wzrok. Spadające z kaptura i rękawów habitu krople wody upodabniały ją do tej ulicy, była jej częścią, uzupełnieniem. Postać zwróciła się w stronę bramy, przy której zatrzymała się, wyciągnęła przed siebie rękę trzymającą kij i pochyliła go kilkakrotnie. Wyglądało to, jakby zapukała w bramę albo raczej jakby wskazała ją Elli. Bladozielona, odrapana i pordzewiała ciężka od deszczu stalowa brama, pchnięta chudą dłonią, otworzyła się z głuchym trzaskiem i postać zniknęła, zanurzając się w ścianie kamienicy.

Dziewczyna otworzyła oczy i zdumiona ujrzała przed sobą ratującą się przed upadkiem postać. A więc ta ostatnia, jakże przerażająca, chwila była tylko wytworem jej wyobraźni. Szurające po śliskim chodniku sandały i odgłos kija, to przesuwającego się, to znów stukającego o bruk, przywodziły na myśl osobę niewidomą, która nieśpiesznie i ostrożnie szuka bezpiecznej drogi. Elli przemogła strach i ruszyła przed siebie. Teraz żałowała, że weszła w ten zaułek, ale do wylotu uliczki było już tak blisko, tak blisko do plamy słońca zalewającej chodnik powyżej postaci zbliżającej się, pochylonej i jak gdyby zajętej przypatrywaniem się swojemu odbiciu w mokrym zwierciadle ulicy. Była już na tyle blisko, że dostrzegła blade, koszmarnie chude, a jednak gładkie dłonie i wynurzające się spod zaciągniętego na twarz, ociekającego wciąż kaptura kosmyki brązowo-siwych długich pozlepianych włosów. Poczuła jednocześnie dziwny, trochę znajomy zapach. Zapach starości i… nie mogła sobie przypomnieć… tak, znała ten zapach. Wiele razy, gdy babcia zabierała ją jako małą dziewczynkę do kościoła, czuła go tam i nigdzie indziej; nie wiedziała, czy był to zapach świątyni, palących się świec czy też starych drewnianych ławek, w których tak bardzo lubiła się chować, a może wszystkiego po trochu. Tym razem był to zapach zbliżającej się postaci, która była już nieomal na wyciagnięcie ręki. Chrapliwy ciężki oddech wydostający się spod kaptura, przetykany odgłosem uderzających o ziemię resztek ulewy, i nagły trzepot skrzydeł ptaków, które w tej chwili jakby spłoszone czymś przeleciały tuż nad głowami tych dwojga, spotęgował przerażenie dziewczyny. Znieruchomiała na chwilę, oblała ją nieprzyjemna fala gorąca, jak podmuch rozgrzanego do czerwoności pieca, który pali od wewnątrz i wylewa swoją zawartość na całe ciało. Zapach kościoła stał się jeszcze bardziej intensywny, wręcz nieznośny.

Ktoś, kto obserwowałby z daleka to zdarzenie, miałby wrażenie, że patrzy na dwie osoby z różnych epok i różnych światów. Tak bardzo odmienne i zarazem tak bardzo podobne do siebie, obie skąpane w półmroku uliczki i poruszające się równie wolno ku sobie.

Płomienie ogarniające wystraszoną dziewczynę ustąpiły nagle pod ciężarem lodowatego zimna i poczuła, że dławi się własnym sercem. Postać mijała ją, gdy Elli poczuła, a może zobaczyła kątem oka, choć ze wszystkich sił starała się nie patrzeć w jej stronę, że głowa przykryta kapturem podnosi się powoli i zwraca w jej stronę. Czuła na sobie tak silne, przenikliwe i magnetyczne spojrzenie, że niczym osaczone zwierzę, mimo że skazane na porażkę rzucające się w desperacji na znacznie silniejszego przeciwnika, odwróciła głowę w stronę postaci.

Rynny kamienic wypłakały już prawie cały pochłonięty przez siebie deszcz, a rzadko spadające krople zatrzymały się i nienaturalną siłą zawisły w powietrzu przesiąkniętym wilgocią i tym charakterystycznym zapachem. W jednym z okien do tej pory lekko powiewająca, brudna i potargana firanka przyjęła nienaturalnie skręconą pozę i tak zastygła, jak zamrożona w obiektywie aparatu fotograficznego. Czas zatrzymał się.

Zdarza się niekiedy, że człowiek przygląda się czemuś długo, spogląda na coś albo na kogoś co dzień lub każdego dnia wpatruje się w zawieszony w swoim domu na ścianie obraz, ale nie dostrzega wielu szczegółów. Po głębszym zastanowieniu się zapewne byłby w stanie przywołać z pamięci niektóre z nich, lecz wiele mu umyka. Elli w czasie tej sekundy, przez którą jej spojrzenie utknęło na postaci, zapamiętałaby najmniejszy z nich. Uliczka była w tym miejscu tak wąska, że postać była bliżej niż na wyciągniecie ręki. Dziewczyna prawym barkiem prawie dotykała nadgryzionego zębem czasu tynku, by zrobić jej jak najwięcej miejsca. Spojrzała na wychyloną spod kaptura twarz.

W swojej wyobraźni, gdy zmierzała w stronę postaci odzianej w podobny do klasztornego strój, początkowo widziała zakapturzoną głowę mnicha skupionego na modlitwie bądź zakonnicę uśmiechającą się do siebie, potem postać stawała się coraz bardziej mroczna i niepokojąca, mogła być starą kobietą o szpetnej twarzy, wiedźmą rzucającą przekleństwa mijanym przechodniom, wreszcie kobietą lub mężczyzną o trupim oddechu i pustych oczodołach, który swoimi szponiastymi dłońmi uchwyci ją za poły płaszcza, by wyrzucić z krwawiących ust potok plugawych słów wypowiedzianych w starożytnym, nieużywanym od tysięcy lat języku. Pomyliła się.

Spod wilgotnego jeszcze kaptura wychylała się w jej stronę twarz zupełnie gładka, pozbawiona jakichkolwiek zmarszczek. Nie uśmiechała się ani nie wydawała się obrzydliwa czy szpetna, nie patrzyła na dziewczynę wwiercającym się w głowę wzrokiem i nie rzucała w jej stronę żadnych słów.

Krople deszczu zawieszone w pół drogi w powietrzu nagle spadły, jak strząśnięte niewidzialną dłonią, brudnoszara firanka schowała się w oknie, nie chcąc być świadkiem tego, co ujrzała dziewczyna, bezruch nasiąkniętego wilgocią powietrza ustąpił pod naporem powiewu chłodnego wiatru. Elli szybko odwróciła wzrok, łzy napłynęły do jej błękitnych oczu tak gwałtownie, że nie sposób było ich powstrzymać. Potok słonych kropel zalewał jej policzki i wdzierał się do uchylonych ust, z których przez ściśnięte przerażeniem gardło nie był w stanie wydobyć się nawet jęk płaczu. Czuła, a może słyszała, że postać oddala się swoim powolnym, mokrym krokiem, ale mimo to chciała biec, aby jak najprędzej wyjść z zaułka. Poczuła jednak wielki ciężar przytrzymujący jej stopy. Ogromnym wysiłkiem zdołała go przemóc i jak gdyby przytrzymywana jeszcze siłą, z jaką bagno chce wciągnąć w swe głębiny uwięzionego i szamocącego się nieszczęśnika, powoli, nie oglądając się za siebie, nie patrząc nawet na boki, ruszyła przed siebie. Minęła odrapaną, pokrytą resztkami bladozielonej farby, osadzoną w granitowej ramie bramę o starodawnych zdobieniach, która, ociekając resztkami deszczu, wołała do swego ciemnego wnętrza. Dziewczyna kątem oka dostrzegła niedomknięte ciężkie, niemal pancerne skrzydło bramy, zza którego wylewał się na ulicę gęsty mrok, chcąc schwycić ją i porwać. Fala mroźnego powietrza owinęła się wokół niej. Elli brnęła jednak z rozpaczą przed siebie z zamkniętymi oczami. Ołowiane buty, które ledwie mogła przesuwać po bruku, stawały się z każdym krokiem coraz lżejsze, aż udało się jej dotrzeć do rozświetlonej słońcem ulicy. Cisza przerywana odgłosem spadających z dachu kropel ustąpiła zgiełkowi miejskiej ulicy, rozmowom przechodniów i hałasowi mijających ją samochodów. Stała chwilę jak zaklęta, chłonąc ciepło opadającego na jej ramiona i głowę słońca i chciwie wdychając pachnące wyschniętymi liśćmi październikowe powietrze. Ciągle jeszcze rozdygotana wewnątrz, uspokajała się powoli, lecz widok twarzy, jaki cały czas miała przed oczami, powodował, że łzy nadal zalewały jej oczy.

„To nieprawdopodobne, niemożliwe, nieludzkie – kołatało jej się po głowie. – Może to tylko sen, może za chwilę się obudzę i pozostanie mi w głowie tylko wspomnienie sennego koszmaru – łudziła się nadzieją. – Takich ludzi nie ma!”.

Bała się odwrócić, aby spojrzeć na tę przerażającą uliczkę, ale jakaś nieodparta siła rozkazała jej to zrobić. Być może Elli tak długo stała na ulicy, a może postać tak szybko się oddaliła. Uliczka była pusta.

2

Tomek siedział w swoim ulubionym miejscu. Barwne plamy rozświetlające jego twarz przesuwały się, drgały i chwilami, zmieniając kolor, przebiegały przez nią, by zginąć w ciemności pokoju. Siedział spokojny i wpatrzony, zahipnotyzowany kolorami, ruchem postaci i przedmiotów, nie dostrzegając wcale tego, co dzieje się poza ekranem. Tylko jego dłoń co chwilę, niczym dłoń marionetki, mechanicznie wędrowała do plastikowej miski wypełnionej, do niedawna po brzegi, tłustymi chipsami, by zanieść je tą samą drogą w nienapełnione nigdy czeluści. Tak jak usta łykały chciwie, tak też chłodne oczy Tomka pożerały kolejne obrazy serwowane przez odbiornik. Nie wiedział o tym, ale jego dusza była przegnita ciągłym natłokiem emocji i informacji, tym bezsensownym i bezowocnym patrzeniem w ekran telewizora, upajaniem się zbrodnią i współczuciem dla pokrzywdzonych, nieprzerwanym potokiem słów i gestów.

Są ludzie twierdzący, że duszy nie ma, ale są też tacy, którzy uważają, że nie może nie być Boga i nie może nie być duszy, że duszę ma każdy człowiek. Lecz zarówno jedni, jak i drudzy nigdy jej nie widzieli. Są jeszcze jasnowidze, wróżki, czarownicy i szamani, którzy mawiają, że duszę człowieka można zobaczyć.

Gdyby ktoś z nich przyjrzał się siedzącej w pokoju postaci, być może dostrzegłby resztki gnijącej duszy, kapiącej, ale wciąż podtrzymywanej przez cztery nogi fotela, rozściełającej się pod nim plamą, w której odbijają się obrazy z telewizora.

Siadał w tym miejscu, gdy tylko miał czas, gdy tylko mógł, i patrzył, ciągle patrzył. Chłonął podane na złoconej tacy historyjki, nie zastanawiając się nad tym, czy mają sens czy nie, czy są prawdziwe czy zmyślone. Posiadł dzięki temu sporą wiedzę i czasem coś przykuwało jego uwagę na dłużej, a wtedy kciuk jego prawej ręki zatrzymywał się w swojej rytualnej pogoni za następnym kanałem i mózg Tomka zapisywał przekazane przez wzrok i słuch informacje.

Tego wieczoru jego kciuk zastygł nad wytartą strzałką przycisku na wytłuszczonym pilocie na dłużej niż zwykle. Zatrzymała się też jego ręka, jak gdyby lalkarz nią sterujący zapatrzył się na coś, co go bardzo zainteresowało, zupełnie zapominając o dopominających się dalszej części przedstawienia widzach. Zastygły w bezruchu jego usta, a drobinki chipsów, których nie zdążył jeszcze połknąć, spłynęły wraz z cienką nitką śliny na bluzę z napisem „Revolution”. Może nie była to rewolucja, ale to, co właśnie usłyszał, bardzo go zainteresowało, by po chwili zaintrygować do tego stopnia, że postanowił zrobić coś, co mu się prawie nie zdarzało, albo też nie zrobić czegoś, co robił stale. Nie zmienił kanału.

3

Tym razem sklepienie było jeszcze bardziej szare niż poprzednio, gdy tędy przechodziła. Białe kłębiaste obłoki, które do niedawna z lekkością po nim przepływały, zastąpione teraz przez ciężkie ołowiane chmury, zdawały się odległym wspomnieniem. Przesłoniwszy słońce i błękit nieba swymi wypełnionymi wodą sakwami, popędzane porywistym wiatrem, stalowoszare chmurzyska zabrały ze sobą resztki słonecznej mgiełki, w której pławiły się kamieniczki. Powietrze pachniało deszczem. Przesiąknięte zapachem grubych kropli, które lada chwila mogły z wysokości rzucić się na miasto, stawało się coraz cięższe i odbierało miasto przeganianym z ulic przechodniom..

Gdyby dziewczyna, stojąc przed bramą, zastanowiła się, w jaki sposób się tu znalazła, którędy przyszła, i przede wszystkim, co ją do tego przyjścia skłoniło, najprawdopodobniej nie byłaby w stanie odpowiedzieć sobie na te pytania. Nie pamiętała tego. Mimo tego, że spotkanie z tą przerażającą postacią nie pozwalało jej zasnąć przez wiele nocy, i mimo tego, że postanowiła nie zbliżać się nawet do tego miejsca, to jednak coś ją tu przywiodło. Ale nie odczuwała teraz strachu ani niepokoju, a tylko ciekawość. Coraz gęstsze od wilgoci powietrze ponaglało ją do przekroczenia kamiennego progu bramy, a spoglądające na nią puste okna zimnych kamienic wołały: „Wejdź wreszcie, nie wahaj się, zaspokój swoją ciekawość”. W brudnych szybach odbijało się niebo zasnute chmurami w kolorze szarych odrapanych kamienic, nie pozostawiające złudzeń co do tego, że za chwilę zacznie się ulewa. Rozejrzawszy się, zbliżyła się do bramy i – delikatnie nacisnąwszy drżącą dłonią kiedyś wspaniałą, zdobioną mosiężnymi płaskorzeźbami klamkę – pchnęła ją. Lekkość, z jaką otworzyły się wrota, by wypuścić zamknięty za nimi mrok, zaskoczyła dziewczynę, bo spodziewała się, że stara, zniszczona i odrapana brama otworzy się ze skrzypieniem i oporem, jakiego nabyła przez lata nieużywania. Nie zawahała się jednak i postanowiła opuścić ulicę.

Deszczowy półmrok panujący na ulicy ułatwił wzrokowi dziewczyny przyzwyczajenie się do ciemności po drugiej stronie bramy. Nie odczuła tego, czego doznaje wzrok osoby wchodzącej w ciemność z rozświetlonej słońcem ulicy. Niczym kot w ciemności dostrzegła po lewej stronie uchylone drzwi, zza których dobiegały niezrozumiałe głosy, i mimo że naprzeciw niej wyrastał naprawdę dziwny widok, nie zainteresował jej i dziewczyna skierowała swoje kroki w stronę drzwi. Gdy zbliżyła się do nich, niezrozumiały gwar przycichł, jakby ktoś, do tej chwili rozmawiający i śmiejący się głośno, usłyszawszy jej kroki, ściszył głos i zaczął chichotać za drzwiami. Dziewczyna zdecydowanym ruchem pchnęła drzwi, które przez chwilę stawiały opór, aż wreszcie ustąpiły, spychając stojący za nimi, porzucony przez kogoś mebel w ciemność schodów prowadzących, jak się mogło wydawać, do piwnicy. Dziwne odgłosy przetoczyły się po kamiennych schodach wraz ze zrzuconą drewnianą skrzynią, by zniknąć w ciemności i zgasnąć niczym ucięte, roztrzaskując się o coś.

Skierowała się na lewo i zaczęła powoli wchodzić po wijących się schodach. Pięknie rzeźbiona drewniana balustrada, odarta teraz z bogatych zdobień, trzymała ją za dłoń, prowadząc po wykonanych z kamienia schodach. Częściowo pozrywane i poodklejane ze ścian tapety, poruszane co chwila gwałtownymi lodowatymi podmuchami przedostającego się tu wiatru, niczym stado uwięzionych w sidłach ptaków próbujących zerwać się do lotu, by po chwili rezygnacji ponowić swoją próbę, trzepotały skrzydłami wyblakłych płacht. Pomimo mroku i starości oblepiających klatkę schodową dziewczyna nie odczuwała nawet odrobiny lęku. Szła powolnym, hipnotycznym krokiem, wśród stada ptaków. Minęła zawieszony na grubym łańcuchu ciężki niewzruszony powiewami wiatru żyrandol. Zbliżała się do celu.

Zdawało się jej, że była już tu kiedyś, że szła tymi schodami i zna ten dom. Nie mogła sobie jednak przypomnieć, co wcześniej mogłaby tu robić, tak jak nie wiedziała, jaka siła pokonała jej strach i przywiodła ją do tego mrocznego miejsca, którego zapach, zapach kurzu, starych książek i czegoś jeszcze, czego w tej chwili nie mogła określić, wydawał się jej dziwnie znajomy.

Schody skończyły się i oczom dziewczyny ukazał się krótki, ale szeroki korytarz, a raczej hall, z dwoma drzwiami po obu stronach i ogromnym oknem naprzeciw niej. Było tu nieco jaśniej niż na schodach, gdyż przez okno, mimo że właśnie zaczynało kropić i niebo było prawie czarne, wpadało światło dnia. Brudne i popękane szyby, atakowane z coraz większą gwałtownością przez rozbijające się o nie grube krople, zmiękczały nieco ciemność pomieszczenia. Drżały teraz pod uderzeniami deszczu chcącego wedrzeć się do środka, broniąc zaciekle dostępu do tego miejsca i płacząc spływającymi po nich gęstymi łzami ze złości, bólu i strachu. Deszcz bębnił w szyby coraz potężniej, poddając się w końcu i spływając już nie łzami, ale cienką taflą wody, zniekształcającą widok na podwórze. Dziewczyna spojrzała na bladoszare rozmakające szyby i zapomniała na chwilę, że znajduje się w opuszczonym starym domu. Teraz dopiero uświadomiła sobie, że bramę tej kamienicy wskazała jej przerażająca postać spotkana niedawno na ulicy. Poczuła na ciele dreszcz chłodu, który niczym dzwon wybudzał ją z lunatycznego odrętwienia i który zdawał się musnąć jej ramię opuszkami swych lodowatych cienkich palców. Usłyszała swoje imię. Wyraźnie usłyszała swoje imię. Szept dochodził zza jej pleców, więc odwróciła się gwałtownie, uprzedzając swym ruchem lodowe pazury wbijające się prawie w jej szyję i ramiona, by pochwycić jej ciało i porwać w mrok, uwięzić ją w nim i nigdy nie wypuścić.

Schody były puste. Znów usłyszała bardzo cichy, dochodzący jakby spoza ścian, przywołujący ją szept, sprawiający, że dotychczasowe odrętwienie zaczęło ustępować pod przytłaczającym ciężarem strachu. Znała ten głos, lecz nie była w stanie przypomnieć sobie teraz, do kogo należał. Znała go doskonale. Znów poczuła lodowaty powiew i nagle, niczym podcięta, straciła równowagę i upadła na drewnianą posadzkę, a ułożone w symetryczne wzory klepki zawirowały dookoła jej głowy, by zatrzymać się gwałtownie. Dziewczyna wstała szybko i teraz poczuła drżenie całego domu, który jakby owładnięty spazmami starał się strzasnąć z siebie deszcz padający z coraz większą siłą, uderzający coraz mocniej i głośniej o dach i ściany. Wzywający ją szept stawał się coraz głośniejszy i zagłuszał już łoskot trzęsącego się domu i huk rozbijających się o niego potoków deszczu. Ogarnięta paniką wbiegła w pierwsze drzwi i zamknęła je za sobą. Chciała przytrzymać je z całych sił, aby drżenie domu nie wdarło się za nią do tego pomieszczenia, ale nie musiała tego robić, gdyż cały zgiełk ucichł w chwili, gdy trzasnęła drzwiami.

Dziewczyna, oparłszy się czołem o drzwi, rozpłakała się. Strach i poczucie bezsilności wyciekały słonymi kroplami z jej pięknych oczu i rozpryskiwały się o podłogę. Chciała uciec z tego domu, ale mimo ścielącej się wokół ciszy bała się wyjść z pokoju, aby zbiec ze schodów, pokonać zielone wrota i wejść w opadającą na ulicę z łoskotem gęstą chmurę, a potem opuścić to miejsce na zawsze, aby nigdy już do niego nie wrócić. „Być może da się uciec stąd inną drogą” – pomyślała po chwili i ocierając wierzchem dłoni zapłakaną twarz, odwróciła się w stronę pomieszczenia. Nie zobaczyła jednak regałów wypełnionych starymi książkami, na których kurz słał się grubą kołdrą, ani też tkanego w misterne wzory dywanu, który rozłożywszy się na podłodze, zakrywał ją prawie całą. Nie zwróciła też uwagi na okno naprzeciw drzwi ani na zabytkowy kasetonowy sufit, wykonany z jakiegoś szlachetnego drewna i zawieszony dużo wyżej, niż można się było spodziewać, spoglądający w dół swymi zdobnymi oczodołami. Obracając się, poczuła zapach. Na środku pokoju, zwrócone w stronę okna, stało krzesło. Na nim, odziana w ciemny habit, siedziała przygarbiona postać. Dziewczyna zamarła w bezruchu. Fala gorąca, jaka ją teraz oblała, powoli zmieniła się w dotyk dłoni chwytających mocno jej ramiona.

– Elli, Elli – usłyszała ponownie zza drzwi. Nie był to już szept, ale jak gdyby wołanie z daleka.

Postać siedząca na krześle, lekko prostując się, poruszyła nieznacznie ramionami, jakby obudzona głosami usłyszanymi przez dziewczynę. Westchnęła ciężko, niczym zmęczony długą drogą wędrowiec, który dotarłszy do celu podróży, bez sił siada na kamieniu, i wyraźnym chropowatym głosem powiedziała:

– Nareszcie jesteś. Czekaliśmy na ciebie.

4

– Elli, Elli, obudź się, Elli! – Ktoś mocno chwycił dziewczynę za ramiona i potrząsnął nią gwałtownie.

Postać nagle zniknęła, pozostawiając po sobie specyficzny zapach staroci i kościoła, który Elli czuła, dopóki nie otrząsnęła się ze snu. Za każdym razem było podobnie – wybudzała się ze snu gwałtownie, pod wpływem jakiegoś hałasu bądź, tak jak ostatnio, ktoś ją budził. I za każdym razem, śniąc, miała wrażenie, że przeżywa to naprawdę. Była przerażona, bo postać ze snu, identyczna z tą spotkaną niezapomnianego popołudnia, prześladowała ją coraz częściej. Tym razem jednak jeszcze do niej przemówiła.

– Elli. Wszystko w porządku? – Znajomy głos wybudził ją całkiem. – Martwiłem się o ciebie. Okropnie krzyczałaś – dodał, pochylając się nad spoconą głową dziewczyny. – Mała. Odezwij się. – Nieco zaniepokojony głos, który teraz rozpoznała, należał do Tomka.

– Jestem – szepnęła, przysuwając usta do ucha przyjaciela.

Tomek, spoglądając na nią dziwnie, odsunął nieco głowę, jakby czymś zaniepokojony, i kręcąc nią lekko na boki, jak człowiek, który czemuś nie dowierza, z bladym uśmiechem na twarzy powiedział:

– Mam nadzieję, że jesteś, ale wyglądasz na trochę nieobecną.

– Wszystko dobrze – powiedziała łamiącym się głosem i rozpłakała się.

Tomek usiadł obok i przytulił głowę przyjaciółki do swojej piersi, obejmując Elli delikatnie szczupłymi ramionami. Chciał ją uspokoić, ale wiedział, że nie uda mu się to. Za każdym razem, gdy szeptał jej słowa pocieszenia, potęgowały one jeszcze bardziej płacz Elli. Trwał tak więc z wtuloną w siebie dziewczyną, która po chwili uspokoiła się, podniosła pomazaną łzami twarz i spojrzawszy na niego błagalnym wzrokiem, wyszeptała niczym dziecko proszące rodzica o nową zabawkę coś, czego zrazu nie dosłyszał i nie zrozumiał. Po kilku sekundach milczenia, gdy dziewczyna jakby oczekiwała na odpowiedź, dźwięk jej cichego głosu dotarł do niego i Tomek, skinąwszy powoli głową, cicho odpowiedział:

– Zgoda, jutro spróbuję z nią porozmawiać, ale nic nie obiecuję.

Bardzo chciał pomóc Elli, ale zdawał sobie sprawę, że jego ciotka jest osobą dziwną, i nie mógł być pewien, czy zechce ich w ogóle wysłuchać.

– Wiesz, jaka ona jest. Opowiadałem ci. Nic nie mogę zagwarantować – rzucił szybko w stronę dziewczyny.

– Będę ci wdzięczna, jeśli chociaż spróbujesz.

– Spróbuję. Na pewno. Obiecuję.

– Dziękuję ci. Jesteś kochany. – Zbliżyła się do Tomka i musnęła go w policzek swoimi małymi ustami, które teraz zdawały się lekko uśmiechać.

Popołudniowe słońce wpełzało śmiało do pokoju i przechodząc przez poruszaną wiatrem firankę, kładło się żółtymi plamami na ścianie, tworząc jednobarwny drgający witraż. Tomek, wpatrzony w wyświetlane roślinne motywy, czekał, aż Elli zacznie opowiadać. Wiedział, że zacznie i że nie będzie musiał jej do tego namawiać.

– Dzisiaj do mnie mówiła – powiedziała szybko Elli – to było okropne, jak gdyby… na mnie czekała.

Oczy dziewczyny zrobiły się wilgotne i dreszcz przebiegł przez jej ciało.

– W dodatku powiedziała, że na mnie czekają. Rozumiesz? Jakby było ich więcej. Boże – westchnęła, pochylając głowę. – Nie wiem, co robić. Ona mnie prześladuje.

– Który to już raz? – spytał Tomek.

– Nie wiem. Nie wiem. Naprawdę nie wiem już – jęknęła i na rzęsach jej zamkniętych oczu znów pojawiły się łzy.

– Muszę ci coś powiedzieć – powoli zaczął chłopak – właśnie oglądałem ciekawy…

– Przestań! – wykrzyknęła przez łzy, podnosząc się z łóżka. – Ty ciągle tylko coś oglądasz.

– Ale posłuchaj mnie. Wysłuchaj mnie do końca. To może być ważne. Proszę – odparł.

– No i co ty tam w tej swojej ukochanej telewizji zobaczyłeś? – z nieoczekiwaną złością i szyderstwem odpowiedziała Elli. – Może dalszy ciąg mojego popieprzonego snu? A może to, że do końca życia będę śniła to samo każdej nocy, zawsze, gdy tylko zamknę oczy, gdy będę chciała się zdrzemnąć.

– Elli! – Podszedł do niej, chwycił ją za ramiona tak mocno, że przeraził się, iż może ją skrzywdzić, i potrzasnął jej ciałem z siłą, jakiej nie spodziewał się po sobie. – Chcę ci pomóc!

Napięte jak sprężyna ciało stało się wiotkie i miękkie. Elli spokojnym głosem powiedziała:

– Przepraszam, przez te dziwne sny tracę panowanie nad sobą.

Dziewczyna usiadła na łóżku, a jej twarz okryta żółtopomarańczowym witrażem zdawała się być już całkiem spokojna. Ciepły wiatr, wprawiający wyświetlane przez słońce kwiaty w ruch, głaskał delikatnie jej włosy, i osuszając resztki łez, uspokajał ją. W skromnie urządzonym pokoju poza łóżkiem i szafą stało jeszcze nieduże biurko, a przy nim stare drewniane pomalowane na niebiesko krzesło, które zaskrzypiało ponuro pod ciężarem siadającego na nim Tomka. Na jednej ze ścian wisiał namalowany przez Elli obraz przedstawiający zimowy pejzaż, na którym okryte grubymi śnieżnymi czapami gałęzie drzew, ugięte pod ciężarem białego puchu, zdawały się być jak olbrzym z ledwością kroczący przez zimowe pustkowie obwieszony sakwami, po brzegi wypchanymi zdobytym łupem. Tomek, spojrzawszy po raz pierwszy na obraz, dostrzegł jeszcze między drzewami postać utrudzonego wędrowca przedzierającego się przez śnieg, ale Elli powiedziała mu, że to tylko gałęzie i cienie. Przechyliwszy nieco głowę, spoglądał na obraz, i jak zawsze widząc nieobecną postać, zaczął opowiadać:

– Więc… gdy spałaś, oglądałem program o religii starożytnego Babilonu. Nie chcę ci opowiadać całego programu, bo nie w tym sęk, ale była tam wzmianka o Lilitu, która była demonem nawiedzającym mężczyzn we śnie. Ooo… Aż dreszcz mi przeszedł po plecach – dodał, spoglądając na wpatrującą się w niego z zaciekawieniem dziewczynę.

– Mów dalej – szepnęła smutno.

– Tak, tak. Więc…

Do oczu napłynęły mu łzy, i nie mogąc ich powstrzymać, głośno przełknął ślinę. Ponownie zimny dreszcz wstrząsnął jego ciałem.

– Lilitu współżyła z tymi mężczyznami w czasie ich snu i płodziła demony zwane Alu i Gallu. – Szklącymi oczami popatrzył na pytającą twarz Elli.

– Myślisz, że nawiedzają mnie demony?

Łamiący się głos dziewczyny zabrzmiał w pokoju jak zwiastun płaczu, więc Tomek, pochylając się do przodu, schwycił jej dłoń i delikatnie pogłaskał. Spojrzał na nią. Zawsze bardzo mu się podobała, ale teraz jej twarz, pokryta popołudniowym słońcem, taka smutna i taka piękna zarazem, była dla niego uosobieniem doskonałej urody, wzorem niemożliwym do poprawienia.

– Alu to był pierwotnie demon bez płci, który w późniejszym czasie przybrał cechy kobiety, pół człowiek, pół diabeł przemierzający nocą ulice, a potem skradający się do sypialni, by przerażać ludzi we śnie. – Popatrzył na dziewczynę, potem na obraz i kontynuował: – Pojawił się również w religii żydowskiej pod nazwą Ailo. Gallu natomiast była demonem kradnącym i zabijającym dzieci.

Wypowiedział to szeptem, aby nie przerazić dziewczyny, lecz jego słowa, wiszące przez chwilę w ciszy skąpanego w pomarańczowym ciepłym świetle pokoju, uderzyły w nią z całą mocą.

– Po co miałyby mnie nawiedzać takie demony? – łamiącym się, pełnym strachu głosem szepnęła dziewczyna.

Tomek lekko wzruszył ramionami, przeniósł wzrok ze śnieżnej krainy na skąpaną w pomarańczowym blasku twarz i spojrzawszy we wpatrzone w niego oczy, powiedział:

– W mitologii czy też religii babilońskiej istnieli magowie, którzy za pomocą zaklęć potrafili odpędzić te demony.

Elli skryła twarz w dłoniach i nie odpowiedziała.

5

Weszli do dużego, jasnego pokoju, którego pastelowe ściany odbijały wpadające wesoło do środka promienie porannego słońca. Naprzeciw drzwi stała starodawna ciężka komoda, stanowiąca poza żyrandolem i niewielkim dywanem tkanym w niespotykane kolorowe wzory jedyny mebel w pomieszczeniu. Wydało się jej dziwne, że nie było tam choćby fotela czy krzesła, na którym można by usiąść, ale jej zdziwienie zniknęło, gdy kobieta zapraszającym gestem wskazała na dywan. Więc mieli usiąść na podłodze. Nie miało dla Elli najmniejszego znaczenia, że Irena, bo tak przedstawiła się kobieta, a właściwie to chyba Irina, poprosiła, aby usiadła na dywanie. Wschodnie rysy twarzy i śpiewny akcent kobiety zaskoczyły ją nieco i, sama nie wiedziała dlaczego, zmniejszyły zaufanie do jej umiejętności. Dziewczyna wyobrażała sobie długowłosą kobietę w staromodnym ubraniu, która zaprosi ich wieczorem do okrągłego stolika, wpatrzy się w płomień stojącej na nim zapalonej świecy, przymknie spokojnie oczy i zacznie wypowiadać słowa modlitw, które odegnają te straszne dręczące ją sny. Tymczasem zostali zaproszeni w godzinach, jak to określiła Irina, przedpołudniowych, przez kobietę wyglądającą raczej na sprzedawczynię ze straganu z warzywami, która dla wygody ubiera się w welurowy powyciągany dres i zdecydowanie przedkłada złoto zębów ponad ich bielą.

Tomek, który zaaranżował to spotkanie, musiał dyskretnie popchnąć dziewczynę w głąb przedpokoju po tym, jak jego ciotka otworzyła im drzwi, gdyż Elli po prostu zatkało na jej widok.

Teraz jednak dziewczyna posłusznie usiadła na dywanie. Kobieta schyliła się i wyciągnęła z najniższej półki komody dywanik podobny do tego, na którym siedziała Elli, wręczyła go Tomkowi i poprosiła swoim donośnym, lecz bardzo spokojnym i emanującym niespotykanym ciepłem głosem, aby dokładnie zasłonił nim okno, wieszając na gwoździach wbitych w ścianę po jego obu stronach. Chłopak, wykonawszy polecenie, wyszedł bez słowa, nawet nie patrząc na zaskoczoną dziewczynę, i zamknął za sobą drzwi. Całkowita ciemność spowiła pokój. Elli siedziała jak zaklęta, gdyż nie spodziewała się, że zostanie sam na sam z ciotką Tomka, jednak mimo ciemności i ciszy ogarniających pomieszczenie czuła się bezpiecznie. Po chwili dał się słyszeć wpierw szept, a potem odgłos mruczenia, jakby modlitwy przetykanej śpiewanymi pod nosem ponurymi melodiami, który ustał nagle przykryty ogromnym ciężarem ciszy. Przerwał ją trzask zapalanej zapałki, w blasku której ukazało się, jakże inne teraz, oblicze Iriny. Kobieta miała na głowie barwną przepaskę, rzadko utkaną postrzępionymi piórami, z której na jej twarz zwisały zawieszone na cienkich łańcuszkach rzeźbione ozdoby w kształcie płatków.

Roztańczone cienie kołyszących się wisiorków, oświetlone ciepłym światłem zapalonej świeczki, biegały jak opętane po skupionej twarzy kobiety w takt hipnotycznych ruchów jej głowy. Powieki, lekko zaciśnięte, poruszane przez rozbiegane oczy, zdawały się oplątywać szamoczącą się zwierzynę, która spłoszona czymś i jednocześnie będąca w potrzasku stara się wydostać z pułapki. Wąskie usta kobiety wyrzucające z gardła niezrozumiałe słowa to zaciskały się, to szeroko otwierały, a podobne były do gejzera wypluwającego gorące masy błota.

Siedząca dotąd naprzeciw Elli szamanka wstała powoli, i rozłożywszy szeroko ręce, odchyliła się do tyłu tak mocno, że dziewczynie zdawało się, iż upadnie. Ona jednak podtrzymywana tajemną siłą trwała tak, kołysząc się przy tym w rytm wystukiwanych na małym bębenku dźwięków, a na ścianie kładł się jej tańczący swój szamański taniec cień. Ponad nim dziewczyna dostrzegła mniejsze, trzepoczące wokół głowy szamanki, będące niczym gromada motyli zwabionych zapachem apetycznego kwiatu, które bojąc się z jakichś powodów osiąść na nim, krążyły, nie chcąc stracić go z oczu. Nie była w stanie sobie wyobrazić, co mogło rzucać te cienie.

Poczuła, jak całe ciało zaczęło jej drętwieć, począwszy od końców palców, poprzez nogi i ręce, aż do piersi i brzucha. Setki mrówek rozpierzchło się po jej skórze, by po chwili zacząć ją kąsać. Ból, który poczuła, był nie do zniesienia, ale nie wydała z siebie najmniejszego dźwięku świadczącego o cierpieniu. Jedynie konwulsyjne ruchy jej ciała mogłyby świadkowi tego misterium uzmysłowić, jak ogromny był ból. Jej ciało poddane mu podniosło się z podłogi, by po chwili stać się lustrzanym odbiciem wygiętego w pałąk ciała szamanki, i wtedy ból zniknął. Nagle i całkiem. Trwały tak naprzeciw siebie, oświetlane nikłym promieniem palącej się świeczki stojącej między nimi, odchylone od siebie, z rękami rozłożonymi na boki, coraz słabiej poruszające się w rytm uderzeń bębenka, którego dźwięki dochodzące jakby spomiędzy nich milkły, by w końcu ucichnąć całkiem, zawstydzone ogarniającą wszystko ciszą.

Dobrze znany dziewczynie zapach powoli wypełniał pomieszczenie, na którego ścianach, pomimo bezruchu, w jakim zastygły kobiety, poruszały się cienie. Najpierw delikatnie i prawie niezauważalnie, a potem coraz szybciej – sprawiające wrażenie wyrywających się komuś z potężnego uścisku, gwałtowne i chaotyczne w swoim zwariowanym ruchu, niczym upojone narkotycznym zapachem nektaru z kwiatu, wokół którego dotąd krążyły. W szalonym tańcu łączyły się ze sobą w jeden większy i rozpadały, jakby nie mogąc odpowiednio się dopasować, by po chwili znów połączyć się w całość i znów rozlecieć na mniejsze fragmenty. Zapach towarzyszący temu niezwykłemu przedstawieniu stawał się coraz bardziej intensywny i gdy na ścianie pojawił się wreszcie jeden cień, poruszany delikatnie światłem świeczki niczym unoszący się na wodzie liść, dziewczyna wiedziała, że demon nadszedł.

6

Irina bała się tego spotkania. Miała w swoim życiu do czynienia z rozmaitymi mniejszymi bądź większymi duchami chorób i śmierci, ale nigdy z tak potężnym jak ten, którego miała dziś sprowadzić. Wiedziała, że przyjdzie dzień, w którym go spotka. Przepowiedział to jej ojciec, wielki szaman Jakutów, który dziewięć razy wzniósł się do niebios i który stąpał po wodzie, ten, który przemienił się w robaka, aby przedostać się do podziemnej krainy, gdzie żyją istoty podobne do ludzi, i wrócił stamtąd po siedmiu dniach. On też wybawił kobietę z niewoli u ludzi z głową kruka, żyjących ponad chmurami. Nie bała się jednak o siebie, ale o przyjaciółkę Tomka. Doświadczona wieloma spotkaniami z demonami, zdawała sobie sprawę, że jeśli pojawiają się i gnębią kogoś, to niełatwo je będzie odpędzić.

Gdy dziewczyna weszła do jej mieszkania, Irina poczuła dziwny zapach, zapewne dochodzący z klatki schodowej. Była już gotowa. Całą noc, aż do tej chwili, wyśpiewywała starodawne pieśni szamanów swego kraju, prosiła ich duchy o wsparcie i przywoływała swoje duchy pomocnicze. Teraz, gdy życie dziewczyny było w jej rękach, drżała całym swym ciałem. Kiedy Tomek posłusznie zasłonił okna i opuścił pokój, trzęsącymi się dłońmi włożyła na siebie starodawny strój, zapaliła świecę i zapadła w trans. Zostawiła swoje zawieszone pomiędzy światami ciało, i szybując ponad piaskami pustyni rozgrzanej ognistymi podmuchami palącego słońca, trafiła wreszcie w miejsce, w którym stała ogromna budowla, zwieńczona rozłożystą kopułą, podpartą czterema potężnymi jak wieże kolumnami. Weszła pomiędzy kolumny i skierowała się w stronę ognia, palącego się pomarańczowym płomieniem. I mimo że nie było tam ścian, wokół szamanki pojawiły się gromady cieni, jakby tańczących w rytm poruszających się języków ognia. Teatr cieni rozgrywający się wokół zadowoliłby najbardziej krwiożercze i lubieżne gusta, by po chwili zgasnąć niczym stado hien rozpędzone przez rozjuszonego lwa i pojawić się ponownie, już jako jeden ogromny cień.

– Jam jest Gallu. Ta, która zagraża każdemu domowi. – Ochrypły głos wypełnił głowę szamanki. – Jestem z siedmiu, które żywią się ziemią i nie znają litości.

Wszystko dookoła zadrżało, jak pod wpływem wibrującego po uderzeniu gongu. Wygięte ciało szamanki zadrżało również, nie mogąc się oprzeć mocy ogarniającej pomieszczenie.

– Ja twoja pani. Niech krew jak deszcz obmyje mnie i niech nigdy nie przestanę jej pić.

– Czego chcesz? – z ogromnym wysiłkiem wycedziła przez zęby Irina.

Cień kładący się na ścianie poruszył się gwałtownie.

– Ja twój bóg. Ty przyjdź do mnie i błagaj o łaskę! – z jazgotem wykrzyknął demon.

– Czego chcesz? – starała się wykrzyknąć szamanka, lecz głos, stłumiony jak płomień pod naporem nadchodzącej nawałnicy, uwiązł jej w gardle.

– Moją matką przepiękna Lilitu. Przez was, ludzi, teraz potwór. Białe jej oblicze i twarz jej jako lwia – ogłuszającym głosem wypluł z siebie demon. – Toczy krew i ślinę, ryczy jak lew i wyje niczym szakal. Straszliwa jest i dzika, wściekła i przerażająca, brutalna, drapieżna i zła, i złośliwa jest.

Zanim ucichło echo tych przerażających zdań, odbijające się od ścian pokoju, szamanka usłyszała kilka nieznanych sobie starożytnych plugawych słów, których dźwięk napawał obrzydzeniem i strachem, po czym demon zawył ponownie:

– Gdziekolwiek jest, gdziekolwiek się pojawia, ona przynosi zło i zniszczenie.

Nieziemski rechot przemienił się w cichy śmiech, podobny do śmiechu rozbawionego niemowlęcia, by po chwili ustąpić już tylko powolnemu dyszeniu, w rytm którego poruszał się cień. Nastała cisza przerywana świszczącym oddechem.

– Czego chcesz? – ponownie spytała szamanka, a jej głos wydawał się śmiesznie delikatny w porównaniu ze wstrętnym jazgotem demona.

– Dziewczyna jest nasza – zacharczał głos. – Nie chcesz jej ochronić! – krzyczał coraz głośniej.

– Na siłę moich przodków, obronię ją! – wykrzyknęła szamanka. – I nie powstrzymasz mnie przed tym.

Na te słowa ciało dziewczyny wygięło się jeszcze bardziej do tyłu, jak ciało wysportowanej gimnastyczki zdającej się nie mieć kręgosłupa, i po chwili, niczym wygięta niewidzialnymi palcami sprężyna, wyprostowało się gwałtownie i zastygło na chwilę w bezruchu. Dziewczyna otworzyła oczy i unosząc się nisko nad podłogą, wyciągnęła ręce w stronę szamanki w geście powitania.

– Powitaj mnie, proszę, w nowym ciele – zabrzmiał dźwięczny głos dziewczyny. – Cóż teraz mi uczynisz? Teraz, gdy zawładnęłam tym marnym ludzkim ochłapem. – Dziewczyna zaśmiała się miło, spoglądając wesoło na Irinę.

– Wynoś się – powiedziała powoli szamanka.

– Niiigdy! – zawyła dziewczyna, która zbliżając się powoli i rozrywając ubranie, zaczęła ranić paznokciami swoje piersi.

Szybkie ruchy jej rąk pozostawiały za sobą krwiste szramy na bladej skórze, a świdrujący wzrok cały czas utkwiony w szamance przygwoździł ją do ściany. Ta jednak, znalazłszy nieco siły, zwinęła dłonie, ustawiła je jedna za drugą i dmuchnęła przez nie mocno w stronę demona, niczym Indianin wydmuchujący zatrutą strzałę, co spowodowało, że ciało dziewczyny zatrzymało się. Wtedy szamanka wzięła przez nos głęboki wdech, zgromadziła w ustach plwocinę i wyrzuciła ją z siebie prosto w twarz opętanej dziewczyny. Elli osunęła się na podłogę i krwawiąc z poharatanych piersi, oddychała ciężko. Szamanka uklękła szybko obok dziewczyny, wyciągnęła z pochwy przywieszonej do tkanego paska zakrzywiony nóż o błękitnostalowym ostrzu i nacięła wewnętrzną część swojej dłoni, by po uprzednim przechyleniu świeczki i wylaniu rozpuszczonej parafiny ściekającymi kroplami krwi wypełnić miejsce po niej. Płomień świeczki ogrzał ją i po pokoju rozniósł się nieprzyjemny zapach, którym szamanka okadziła leżące bezwładnie ciało dziewczyny, nucąc smętnie jednostajną melodię. Wydostawała się ona z jej ust jakby z wysiłkiem wyciskana przez zaciśnięte zęby, przypominając mantrę, której coraz głośniejsze brzmienie miało odpędzić złe duchy. Ciało dziewczyny jednak leżało bez ruchu, a jej pierś coraz słabiej i wolniej podnosiła się i opadała. W sobie tylko znanym języku szamanka wyszeptała szybko kilka słów, i zamknąwszy oczy, przeniosła się do krainy, której nie mógł ujrzeć zwyczajny śmiertelnik. Mimo że jej ciało wciąż tkwiło w pokoju, umysł powędrował w miejsce, które odwiedzali tylko zmarli, duchy i bogowie. Spojrzała ponad rozciągającymi się na horyzoncie drzewami tam, gdzie słońce stykało się z ich wierzchołkami, a po chwili pędziła w jego stronę, niesiona porywistym wiatrem.