Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 296

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 8 godz. 10 min Lektor: Paulina Raczyło

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Czas: 8 godz. 10 min Lektor: Paulina Raczyło

Opis ebooka Za wszystkie błędy - Irene Cao

Autorka powieści erotycznych Widzę cię, Słyszę cię i Pragnę cię powraca z nową zmysłową historią Linda to trzydziestotrzyletnia dekoratorka wnętrz ze sporym bagażem romansowych doświadczeń. Doskonale wie, że jej wady – pożądliwość, gniew, lenistwo i łakomstwo – są jej siłą. A kiedy czegoś pragnie, musi to zdobyć i nie prosi o pozwolenie. Wielu już próbowało ją zmienić, naprawić liczne niedoskonałości, ale jak dotąd nikomu się to nie udało. Jedyną osobą, która naprawdę ją rozumie, jest jej przyjaciel Alessandro, fotoreporter. Gdyby miał ją sfotografować, zrobiłby zdjęcie nieco poruszone i piękne i zatytułował je „Siedem grzechów głównych”. Być może właśnie w naturze Lindy leży przyczyna, dla której nie odnalazła jeszcze miłości. Czy zmieni się to za sprawą Tommasa Belli, chłodnego i opanowanego mężczyzny, który zleca jej urządzenie jego willi? „Ta historia powstała, by czytelnik mógł marzyć. Od pierwszej strony otrzymuje więc to, czego szukał: prostą narrację, miłość, piękną scenerię, nieco erotyki, przygodę i oczywiście szczęśliwe zakończenie”. Corriere del Veneto „Po międzynarodowym sukcesie trylogii Irene Cao, autorka powraca z nową erotyczną powieścią, by przypomnieć nam, że daremna jest walka z pożądaniem”. Messaggero Veneto

Opinie o ebooku Za wszystkie błędy - Irene Cao

Fragment ebooka Za wszystkie błędy - Irene Cao

Tytuł oryginału:

PER TUTTI GLI SBAGLI

Copyright © 2014-2016 Rizzoli Libri S.p.A. / Rizzoli, Milan

Copyright © 2017 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2017 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Dariusz Sikora

Redakcja: Magdalena Stec

Korekta: Emilia Grzeszczak, Edyta Malinowska-Klimiuk

ISBN: 978-83-8110-066-3

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2017

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Carlowi,

mojemu ojcu

1

Biegnie już od dziesięciu minut.

Pierwszy kilometr, po ziemi i żwirze, praktycznie połknęła. Zawsze, gdy coś robi, daje z siebie wszystko. Dobiega teraz do asfaltu, który błyszczy w porannym słońcu.

Miasteczko jest jeszcze daleko. Wzdłuż drogi ciągną się rzędy winorośli, przedzielone gdzieniegdzie czereśnią lub wiekowym drzewem oliwnym. To magiczne miejsce. Z góry roztacza się doskonały widok na świat poniżej: czasem bardzo odległy, a czasem tak bliski, że niemal napawa strachem. Jednak Lindzie Ottaviani ta niezwykła perspektywa nie wydaje się groźna, lecz pełna uroku.

Poranny jogging jest dla niej jak narkotyk. Robi to codziennie, słońce czy deszcz, nawet kiedy pada śnieg. Biegnie pewnie przed siebie, w podkoszulku i szortach, w jaskraworóżowych butach do biegania i zielonych ray-banach, przysłaniających oczy o tym samym kolorze. W uszach ma słuchawki od przymocowanego na nadgarstku iPoda. Zawsze trzyma się bowiem reguły: nie ma biegania bez muzyki. Od czasu do czasu zbliża odtwarzacz do ust i za pomocą komendy głosowej przełącza playlistę z Depeche Mode na Lanę Del Rey. Przed wyjściem związała świeżo rozjaśnione włosy w wysoki kucyk i przeplotła je dwa razy gumką, spod której wymknęło się kilka niepokornych kosmyków. Nie ma na to rady, jej włosy są takie jak ona: chaos, którego nie warto ukrywać pod maską uporządkowania. Są nieposkromione, podobnie jak jej myśli.

Rozluźnia ramiona, opuszcza swobodnie ręce i przygotowuje się do zwiększenia tempa. Biegnie już teraz od pół godziny, ale w płucach ma wciąż dość powietrza. Nie zatrzymując się, pociąga łyk wody mineralnej z małego bidonu, który ma za paskiem, i zaczyna zbiegać w kierunku Rugolo. To rozrzucona wśród wzgórz w okolicy Treviso garstka kolorowych domów, z kościołem i czerwoną wieżą, na której zegar właśnie wybija godzinę dziewiątą tego majowego dnia. W miasteczku pozostały ślady działalności artysty Štěpána Zavřela, który na fasadach kilku budynków namalował wspaniałe murale. Linda, z zawodu dekoratorka wnętrz, nieustannie poszukująca inspiracji, kocha to miejsce, ten mały, tchnący starodawnym urokiem skrawek raju, położony między dwoma światami. Spogląda w górę, w kierunku szczytu Pizzoc – stożka spłaszczonego jak gdyby ciężką stopą jakiegoś boga – a potem patrzy w dół, w stronę równiny, i z góry obserwuje Veneto, bogate w miasta i przemysł, dobre wino i luksusowe wille. Gdyby zapytać ją, do którego z tych dwóch światów chciałaby należeć, roześmiałaby się tylko: wszędzie jest jej dobrze, a każda sprzeczność to dla niej nieodparte wyzwanie.

Zaczyna się pocić: to znak, że biegnie we właściwym tempie. Strużka potu sunie w dół jej pleców, kilka kropli ze skroni spływa po bursztynowej skórze szyi aż do zagłębienia między piersiami. Biegnie szybko, ale jeszcze nie z maksymalną prędkością. Mija rozwidlenie dróg z wykutą z olbrzymiego bloku skalnego dziwaczną rzeźbą kamiennej Madonny, pokrytą różańcami i sercami wotywnymi. Już niedaleko do Błękitnego Domu: czas na finalny sprint. Po niemal godzinie biegu Linda jest jedną wiązką mięśni, w nogach ma czystą energię. Nie myśli już o niczym, istnieje tylko droga. Droga i instynkt.

Rzutem na taśmę pokonuje ostatnie sto metrów. Serce jej wali, głowa jest leciutka, płuca eksplodują, ciało niemal się poddaje.

Stop.

Wdech, wydech. Wszystko zwalnia. Faza ochłonięcia jest najlepsza. Serce się otwiera, umysł opróżnia. Tak, w tej chwili Linda czuje się wolna.

Teraz maszeruje. Pociąga trzy łyki wody i przełącza iPod na radio Deejay. Wita ją nosowy głos Linusa, jednego z prezenterów: „Pycha, chciwość, pożądliwość, zazdrość, łakomstwo, gniew, gnuśność – który grzech główny jest wam najbliższy? Inaczej mówiąc, jakimi grzesznikami jesteście? Piszcie, czekamy na wasze SMS-y…”.

Po czym puszcza 7 Deadly Sins Simple Minds. Linda wybucha śmiechem, kręcąc głową, a na jej twarzy maluje się wyraz rozbawienia. „Idiotyczny sondaż”, mówi do siebie. A przecież jej samej bliskich jest chyba wszystkie siedem.

W każdym razie ten kawałek jest świetny, myśli, i wydłuża krok.

2

Błękitny Dom dzieli na pół starą winnicę Vill’Alta. To tu, w domu dziadków ze strony ojca, mieszka Linda. Odnowiła go sama, dbając niemal obsesyjnie o każdy najmniejszy szczegół wystroju. To nie jest po prostu dom – to sanktuarium. Tak jak wytatuowana skóra, nosi w sobie pewną historię zapisaną w materiałach, z których powstał. Błękitne ściany, purpurowe ościeżnice, kosze z plecionej słomy w altanie, beczki w piwnicy, jasne kamienie ułożone rzędem wzdłuż ścieżki w ogrodzie… a poza tym brak furtek i ta naturalna cisza, która wypełnia serce. W narożniku fasady od ponad stu lat zegar słoneczny odmierza godziny, rzucając delikatny czarny cień. Linda pociągnęła zatarte przez czas kontury jego tarczy błyszczącą czerwienią. Teraz już prawie go nie zauważa, jak to często bywa z rzeczami lub osobami, które towarzyszą nam od zawsze.

Gdy dociera do tarasu, odpina pasek z pustym bidonem i zostawia go na progu. Rozluźnia mięśnie, wydychając powietrze, i w chłodzie pergoli przy wejściu zaczyna się rozciągać. Nie przestrzega jakiejś ustalonej sekwencji, wykonuje ćwiczenia w przypadkowej kolejności. Po kilku minutach chwyta trzykilogramowe ciężarki, po jednym do każdej ręki, i robi cztery serie przysiadów. To najlepsze ćwiczenie na uda i pośladki, jak powtarzał zawsze Davide, jej osobisty trener. Ten sam, z którym poprzedniego wieczoru Linda uprawiała seks. Facet z kategorii „jedna noc i koniec… no, najwyżej dwie”.

Davide Costę poznała na siłowni, do której chodziła zimą. Potem, w marcu, na dworze zrobiło się ładnie (czy istnieje lepsze remedium na biurowe napięcie niż jogging na świeżym powietrzu?), a Linda doszła do wniosku, że ćwiczenia na maszynach nie dają jej takiej satysfakcji jak ruch w plenerze. Zrezygnowała więc z siłowni i pożegnała się z pięknym instruktorem. Aż do wczorajszego wieczoru, kiedy jej przyjaciółka Valentina zdołała wyciągnąć ją do klubu New Wave na koncert Rebel Roots, grającej reggae rock grupy, o której Linda wcześniej nawet nie słyszała. Po wejściu do lokalu i przebrnięciu przez chmurę dymu i półmrok głównej sali znalazły dwa miejsca na kanapie z boku, bardzo blisko sceny. A później, gdy rozbłysły światła i zespół zaczął grać, pojawił się on. No tak, tego perkusistę Linda już gdzieś widziała. Wystarczyła jej chwila, żeby skojarzyć: Davide, mierzące metr dziewięćdziesiąt greckie bóstwo, ale w zupełnie nowych szatach. Z nagim torsem, bosy, w szarawarach, uderzający dłońmi w skórę bębnów, z mięśniami klatki piersiowej tańczącymi w rytm muzyki, był tak seksowny, że aż zapierał dech. Kiedy wycierał ramieniem pot z czoła albo schylał się po leżącą na ziemi butelkę… tak, to było niemal wcielenie doskonałości.

Gdy zespół skończył grać, Linda stanęła przy barze i zaczęła szukać spojrzenia Davide. Kuszący dekolt jej sukienki z turkusowego dżerseju okazał się bardzo pomocny…

– Byłeś świetny – pospieszyła z komplementem, zbliżając się do niego swoim naturalnym, miękkim i zmysłowym, kocim krokiem.

– Tak sądzisz? – zapytał.

– Absolutnie tak. Masz niesamowitą energię!

– Dziękuję.

Mówiąc to, posągowe bóstwo uśmiechnęło się. Załatwione, pomyślała Linda. Jeśli tylko zechcę, jest mój.

– Nie wiedziałam, że jesteś też muzykiem – odpowiedziała uśmiechem, pieszcząc go spojrzeniem, które obiecywało wszystko.

– Tak naprawdę – zaczął wyjaśniać Davide – jestem przede wszystkim muzykiem, a dopiero potem trenerem. Przez dziesięć lat studiowałem instrumenty perkusyjne w konserwatorium. Praca na część etatu w siłowni po prostu pozwala mi się utrzymać. Sposób jak każdy inny, by móc pielęgnować swoje prawdziwe marzenie.

– Ciekawe. – Linda ułożyła swe pełne wargi w wyraz szczerego zainteresowania.

– Masz ochotę na piwo? – zapytał.

Rzuciła odpowiedź jak z podręcznika uwodzicielki:

– Takiej propozycji nie wypada odrzucić. – I mrugnęła do niego.

Sekretne życie Davide rozbudziło jej zainteresowanie: ten chłopak pociągał ją coraz bardziej… tak, teraz warto zastosować techniki uwodzenia, w których jest mistrzynią.

– Wszystko w porządku? – zapytała po chwili, widząc, że Davide nie przestaje przebierać nogami, tak jakby podłoga się kleiła.

– Rozwaliłem podeszwy stóp na tej drewnianej scenie – wyjaśnił. – Musiałem sobie wbić jakąś drzazgę. Boli jak…

– Jeśli chcesz, mogę ci ją wyciągnąć – powiedziała Linda niewinnym tonem.

– W takim razie warto było się tak urządzić – wymruczał.

Niedługo potem znaleźli się razem w golfie należącym do Davide. Przejechali kilka kilometrów po wzgórzach, aż w końcu nie byli w stanie dłużej się powstrzymać. Zwolnili, wjechali w mniejszą dróżkę i zatrzymali się na środku pustej łąki. I w samochodzie ugasili pragnienie, którego nie sposób już było opanować, pożądanie, któremu można było jedynie ulec.

Właściwie druga noc nie jest wcale wykluczona, myśli teraz Linda, ściskając w dłoniach ciężarki. Chłopak zna się na rzeczy, musiała to przyznać. Niektóre obrazy, niczym klatki filmu, natychmiast zaczynają przesuwać się w jej myślach: jego usta zatrzymujące się na jej piersiach, muskularne dłonie perkusisty zaciskające się na jej zroszonej potem skórze, jego język poruszający się w niemal plemiennym rytmie po jej mokrej waginie.

Wyciąga ręce do przodu, ugina kolana i – stojąc mocno na ziemi – napina pośladki, ze wzrokiem utkwionym w nieokreślonym punkcie murku naprzeciwko. I dopiero w tym momencie zauważa: ponad nagimi cegłami wystaje kawałek papieru.

Szybkim, niedbałym gestem odrzuca ciężarki i biegnie do skrzynki pocztowej. Przez szczelinę na dnie wyciąga widokówkę przedstawiającą Hanoi.

Na jej ustach pojawia się mimowolny uśmiech. Wie, kto jest nadawcą, nie musi nawet odwracać pocztówki. A kiedy wreszcie to robi, nieco zamaszysty charakter pisma potwierdza to, co już wiedziała:

Wracam niedługo.

Całuję

Ale

Linda wzdycha głęboko, niemal teatralnie, i uśmiecha się znowu.

– Wracam niedługo? I kto mu uwierzy? – myśli na głos. Wznosi oczy ku niebu. – Kto wie, może tym razem w końcu zobaczę tego głupola…

Głupol, o którym mowa, to Alessandro Degan, najlepszy przyjaciel Lindy. Albo przynajmniej był nim dawno temu. Dorastali obok siebie, w podobnych warunkach, na tych niedostępnych wzgórzach, które ukształtowały na zawsze ich osobowości i ich, jakże dziś różne, życia. Chodzili razem do liceum, a potem, kilka lat po maturze, stracili się z oczu: on postanowił gonić swoje marzenie i zostać fotoreporterem. Dlatego wyjechał. Jednak przyjaźń przetrwała rozstanie, bo Alessandro zdołał dotrzymać obietnicy, którą Linda wymusiła na nim przed jego odjazdem: miał wysyłać jej pocztówkę z każdego kraju, w którym się znajdzie. Za każdym razem. Mijały lata, a Linda dostała ich naprawdę dużo, z najbardziej odległych i niesamowitych zakątków świata, od Katmandu po Ułan Bator, od Samarkandy po Juneau.

Można powiedzieć, że Alessandro żyje w podróży. Poluje na historie, które opowiada za pomocą obrazów. A nikt nie opowiada ich tak jak on: jego zdjęcia przemawiają wprost do duszy, oddają głębię emocji i prostotę gestów. Właśnie dlatego jego reportaże często trafiają do prestiżowych czasopism, jak „Times” czy „National Geographic”. Rzadko wraca do Veneto, ma swoją bazę w Londynie, gdzie mieści się jedna z najważniejszych agencji fotograficznych, dla których pracuje. Ostatni raz był tutaj pięć, może sześć lat temu. Ale Linda straciła już rachubę. Wydaje jej się, że to było w poprzednim życiu. Myśl o tym, że niedługo mogłaby go zobaczyć, wywołuje w niej jednak niemal dziecięcą ekscytację. Zmienił się? Postarzał? Uzna, że ona się zmieniła?

Linda popycha nogą drzwi frontowe i wchodzi do domu, a przed oczami wciąż jeszcze ma całe piękno świata, który pozostał na zewnątrz. Potem przyczepia pocztówkę obok ostatniej, która przyszła z Singapuru kilka miesięcy temu. Kiedy wprowadziła się do Błękitnego Domu, wymyśliła, że przeznaczy jedną ścianę w salonie na pocztówki Alessandra, które tak naprawdę są wydrukami jego zdjęć. Z długiego miedzianego kabla zrobiła na ścianie coś w rodzaju spirali i za każdym razem, gdy dostaje nowe zdjęcie, przypina je tam drewnianym spinaczem. W sumie, za pomocą twórczości Alessandra, stworzyła własne dzieło sztuki, rodzaj kolorowej, stale rozbudowywanej instalacji.

Odchodzi kilka kroków i spogląda z pewnej odległości: bardzo jej się podoba, zdjęcie doskonale pasuje właśnie w tym miejscu. Zdejmuje buty i rzuca ubrania na stojący przed hebanowym biurkiem fotel w stylu vintage. Obok znajduje się stary czarny piecyk żeliwny, który latem służy za miejsce składowania książek i czasopism o modzie i designie. Oto duch Błękitnego Domu, na zewnątrz i w środku przepełniony natchnieniem Lindy i jej artystycznym spojrzeniem na świat.

Wszystko jest idealne, a ona, całkiem naga, może wreszcie po schodach z czerwonego kamienia wejść na górę i wślizgnąć się do łazienki.

Wziąwszy prysznic, wciera starannie francuski krem nawilżający na bazie żeń-szenia syberyjskiego i przejeżdża pod pachami dezodorantem w kulce. Dokonuje szybkiej inspekcji okolic pachwin i stwierdza, że musi później umówić się na wizytę u kosmetyczki. Zakłada czarne majtki i biustonosz, potem rozczesuje sięgające do ramion, falujące włosy w kolorze popielatego blondu i za pomocą drewnianej spinki o szerokich zębach upina je na bok. W tej fryzurze w mniejszym stopniu przypomina dziewczynkę niż wtedy, gdy wiąże włosy z tyłu. Trzydziestotrzylatka o nieodpartym uroku, wyglądająca na przynajmniej pięć lat mniej.

Ostatnie spojrzenie w lustro, z przodu i z profilu. Linda unosi brwi, lekko rozchyla pełne usta, wypróbowuje dwa albo trzy standardowe uśmiechy, którym nie sposób się oprzeć – wciąż są zabójczo skuteczne. Jest gotowa.

Sięga po Opium, swoje ulubione perfumy, ale flakonik wyślizguje jej się z rąk i upada na ziemię.

– Cholera, nieee! – krzyczy, łapiąc się za głowę. – Co za burdel!

Właśnie zaczyna rzucać wściekłe przekleństwa na wszystko i wszystkich, kiedy rozdzwania się jej komórka. Podnosi ją z półeczki pod lustrem.

– O matko, Bosi! Zawraca dupę od samego rana – parska, bierze głęboki wdech i niechętnie odbiera.

– Musisz natychmiast przyjechać do biura – rzuca bez przywitania architekt Gianluigi Bosi.

– A to czemu? – pyta Linda, nie ukrywając irytacji. Z pewnością nie jest to właściwy ton na rozmowę telefoniczną z szefem.

– Porozmawiamy o tym, jak tu przyjedziesz.

Linda podnosi odłamek flakonika i ze zdenerwowaniem wrzuca go do kosza pod zlewem.

– Nie mów, że ci idioci Grimani zmienili zdanie w sprawie akcesoriów do łazienki.

– Jeśli się pospieszysz i zaraz przyjedziesz do biura, podyskutujemy o tym tutaj – ucina Bosi, jednocześnie przeglądając zdjęcia w galerii iPada. – Wszyscy czekają na ciebie.

– Okej, zrozumiałam.

– Co zrozumiałaś? – Bosi wybiera zdjęcie Ivanki, swojej najnowszej dziewczyny, w bikini i ustawia je jako tło, uśmiechając się z zadowoleniem. – No, rusz się. Muszę natychmiast z tobą porozmawiać.

– Dobrze, zaraz tam będę, nie ma się co denerwować!

Linda kończy rozmowę i pędzi do pokoju się ubrać.

Otwiera szafę wbudowaną w ścianę, przesuwa dłonią po rzędzie sukienek w całej gamie kolorów i krojów. Wybiera jedną, do kolan, coś między codzienną a elegancką. Potem chwyta dwie pary pasujących do niej sandałów na obcasie, a na nogi wkłada espadryle. Na szyi zawiesza wielki etniczny wisiorek, wybrany przypadkowo z koszyka z biżuterią. Ostatni raz przegląda się w lustrze.

– Hmm… Chyba trochę gryzie się z sukienką – zastanawia się na głos, patrząc na swoje odbicie.

Rzeczywiście, zwisający aż do piersi ognistoczerwony medalion z koralu nie komponuje się zbyt dobrze z pastelowoniebieską sukienką.

– A co tam, kogo to… – parska, po czym odwraca się od lustra i wychodzi.

Otwiera bagażnik czerwonej alfy romeo spider rocznik ’79, model Duetto, wrzuca do środka buty, dwa katalogi z wyposażeniem łazienkowym i wzornik płytek z serii „szkło z Murano”.

Odkrywa dach i siada za kierownicą.

Robi długi wdech: powietrze pachnie oleandrami i różami. Zakłada aviatory – ray-banów używa tylko do biegania i w czasie wypadów nad morze – i obejmuje palcami kierownicę. Jeszcze jeden wdech, tym razem głębszy. Przekręca kluczyk, ale silnik nie chce odpalić. Czasem wycina jej taki numer… Faktem jest, że choć Linda troszczy się o tę perełkę najlepiej, jak może, jej ukochane cztery kółka mają już swoje lata.

– No, ruszaj! – Linda klepie deskę rozdzielczą, przekręca jeszcze raz kluczyk i samochód zapala. Wrzuca jedynkę i wciska zdecydowanie pedał gazu.

Tam w dole jest równina.

Tam w dole czeka nowy dzień.

I Linda jest pewna, że będzie się działo.

3. Pycha

Ach, witaj, Lindo! Pewnie nie dosłyszałaś, kiedy mówiłem, że masz przyjechać natychmiast. – Bosi odkłada na biurko okulary w jaskrawoniebieskich oprawkach, opiera się plecami w obrotowym fotelu i przesuwa dłonią po swoich gęstych szpakowatych włosach.

– Był okropny korek – kłamie Linda, wchodząc pewnym krokiem do biura. Pochyla się, żeby poprawić pasek przywiezionych w bagażniku alfy romeo zielonych sandałów na obcasie dwunastce. – Samą via Cavour jechałam piętnaście minut, cała była zapchana samochodami…

– Wiesz, że poranki w Conegliano zawsze tak wyglądają – zauważa z gorzkim uśmiechem Bosi, wychylając się do przodu, żeby na nią zerknąć. – Nie próbuj się usprawiedliwiać.

Zwraca uwagę na krzykliwy naszyjnik Lindy, na jej dyskretny, lecz zmysłowy dekolt, i robi bezradną minę. Ona czuje na sobie jego wzrok, ale udaje, że niczego nie zauważa.

– Tak naprawdę wcale się nie usprawiedliwiałam – odpowiada Linda stanowczym tonem osoby, która nikomu nie musi się tłumaczyć. Przystaje na chwilę na środku pokoju i prostuje plecy. Stara się oddychać przeponą, jakby chciała zebrać całą energię, którą ma w sobie. To odległe wspomnienie lekcji pilatesu, na który chodziła wieki temu. W biurze Linda potrzebuje nieskończonych zasobów energii i z czasem musiała znaleźć sposób, by nie pozwolić jej z siebie wyssać… a prawidłowy oddech to najlepszy punkt wyjścia.

Do pracowni w Conegliano trafiła po studiach na architekturze wnętrz w prestiżowym Instytucie Architektury w Wenecji. Zajęcia z Luxury Interior Design, bijące rekordy popularności wśród studentów pierwszego roku, prowadził tam architekt Gianluigi Bosi. Kiedy na jego biurko trafił jeden z odjechanych projektów Lindy, Bosi od razu zrozumiał, że dziewczyna ma w sobie to coś. Uderzyła go jej naturalna skłonność do przekraczania granic oraz – gdy już sprawdził to w praktyce – szczególna umiejętność reagowania na najbardziej niesprzyjające okoliczności. I tak, kilka miesięcy później, zanim jeszcze ukończyła studia, Linda została przyjęta do pracy w jego pracowni.

– No więc co takiego pilnego musiałeś mi powiedzieć? – pyta Linda trochę bezczelnie, robiąc sobie miejsce między dwoma fotelami z masywnego drewna, stojącymi naprzeciwko biurka. Zawsze zwracała się do swego szefa per ty i żadne z nich już nie pamięta, czy to on zaproponował to na początku ich relacji zawodowej, czy też ona od razu odrzuciła klasyczny model komunikacji między podwładnym a przełożonym.

Bosi mówi jednym tchem:

– Zmieniłem projekt dla Grimanich tak, jak sobie tego życzyli. Myślę, że masz prawo wiedzieć.

– Co?! – wybucha Linda, ciskając na ziemię torbę z katalogami.

– Od tygodni żądają prysznica horyzontalnego zamiast wanny. Nie chcieli ustąpić. Co miałem zrobić?

– Jeszcze pytasz? Może powiedzieć im prawdę? Wyjaśnić, że to totalny bezsens? – Między ciemnymi, doskonale nakreślonymi brwiami Lindy rysuje się zmarszczka.

Bosi rozkłada ręce. Rozsądek każe mu pogodzić się z tą sytuacją.

– Pamiętaj, że klient ma zawsze rację. To zasada numer jeden.

– Co ty powiesz? To po co do nas przyszli? Sami mogli sobie urządzić to poddasze! – Jej głos podnosi się nagle o kilka tonów. Przestaje nad sobą panować.

Bosi nie wie, co odpowiedzieć. Siedzi sztywno i tylko kręci głową… Potem w niezręcznej próbie rozładowania napięcia zaczyna wodzić palcami po ekranie iPada. Fotka Ivanki w bikini natychmiast daje mu zastrzyk energii.

Linda obserwuje go, wykrzywiając usta.

– Zobaczyli jakiś głupawy prysznic horyzontalny w jakimś głupawym czasopiśmie i pomyśleli sobie: nasi znajomi zdechną z zazdrości, jak to zobaczą! To wszystko, co w całej swojej mądrości byli w stanie wymyślić. Ale my… my jesteśmy profesjonalistami i mamy obowiązek powiedzieć im, że prysznic horyzontalny to absolutna bzdura, która na dodatek nie pasuje do ich łazienki! – ciągnie podniesionym głosem. Już się nie hamuje. Tu chodzi o zasady. A w tych sprawach Linda nie ustępuje.

– To nie jest dokładnie tak. – Bosi stara się być dyplomatyczny. – Spełniamy życzenia naszych klientów i za to bierzemy pieniądze.

W tym momencie w kieszeni jego marynarki rozlega się dzwonek telefonu. Bosi zakłada okulary, spogląda na wyświetlacz, a na jego ustach pojawia się lekki uśmieszek. Odpowiada niemal szeptem:

– Ivy, darling, teraz nie mogę. Zadzwonię do ciebie za chwilę. – Wygląda jednak na to, że Ivy nie odpuszcza, i Bosi zaczyna mówić jeszcze ciszej, przesuwając swój obrotowy fotel w beznadziejnym poszukiwaniu prywatności. – Tak, tak, powiedziałem, że cię tam zabiorę… ale nie w ten weekend. – Chrząka. – Kochanie, porozmawiamy później. Buziak. Pa, pa, pa.

Linda przeszywa go wzrokiem, opiera się obiema rękami o jego biurko i podejmuje temat dokładnie w tym miejscu, w którym jej przerwano. Bosi nie ma szans na ucieczkę, nie przed Lindą.

– Nie ma tam miejsca na dwie platformy prysznicowe – krzyczy mu prosto w twarz, artykułując każdą sylabę. – Sześć dysz natryskowych, nie wiem, jak to sobie wyobrażasz… Gdzie ja tam wstawię ujścia? – Gromi go spojrzeniem. – Zobaczysz, od tej wilgoci zapleśnieje im cała łazienka!

– To już będzie ich problem – ucina stanowczo jej szef.

Linda uderza pięścią w biurko, aż Bosi, który zupełnie nie jest w stanie nad nią zapanować, lekko podskakuje. Kobieta nie zdaje sobie sprawy, że już od jakiegoś czasu zza szklanej ściany para nieprzeniknionych niebieskoszarych oczu obserwuje ją ze zdumieniem, ale i zaciekawieniem.

Właśnie w tym momencie Linda grozi Bosiemu palcem i wrzeszczy:

– Prawdziwym problemem, szefie, jest nie ten prysznic, tylko fakt, że zupełnie mnie pominąłeś! – Bosi, przyparty do muru, wznosi oczy ku niebu. Już wie, jak to się skończy. – Rozwalasz mój projekt i nie masz nawet na tyle przyzwoitości, żeby spytać mnie o zdanie!

Bosi patrzy na nią, wstrzymując oddech – Linda ma rację, dyskusje są zbędne. Jednocześnie kątem oka spogląda w stronę sali obok, gdzie siedzi on, najważniejszy klient. Ten o szaroniebieskich oczach. To szansa jedyna w swoim rodzaju, honorarium z bardzo dużą liczbą zer. Nie można pozwolić sobie na utratę takiego klienta. Co sobie pomyśli o profesjonalizmie jego współpracowników? Bosi przeklina teraz dzień, w którym kazał wstawić między poszczególnymi pomieszczeniami ściany ze szkła. Na szczęście, do Tommasa Bellego i jego partnerki Nadine Hariri, prawdziwych kur znoszących złote jaja, wdzięczą się właśnie Ludovico Fassina i Alice Vanzella, architekci z najdłuższym stażem w pracowni. Już oni potrafią się zająć klientem multimilionerem! Pewnie, nie są mistrzami kreatywności, jak jego genialna uczennica, ale do zadań PR-owych nadają się znacznie lepiej.

– To kwestia zasad – zaczyna znowu Linda. Co do tego Bosi nie ma żadnych wątpliwości. – Jestem dobra w tym, co robię, i ty o tym wiesz. Wkładam w to całe serce. Dlatego, kiedy dokonuję jakiegoś wyboru, oczekuję, że tak będzie i koniec. A przede wszystkim, że ty będziesz po mojej stronie!

Bosi próbuje złagodzić ton.

– Uspokój się, Lindo – udaje mu się wydukać, po czym wskazuje podbródkiem biuro obok. – Robisz przedstawienie przed klientami. Bardzo ważnymi klientami.

Na jego czole pojawiają się liczne poziome zmarszczki. Tyle zmarnowanego botoksu, myśli Linda i z trudem udaje jej się powstrzymać złośliwy uśmieszek. Odwraca się w stronę szklanej ściany i trafia na nie, wielkie szaroniebieskie oczy. Na chwilę zapomina o swoim gniewie, o tym, gdzie jest, o tym, że ma szefa tchórza: te oczy ją usidlają, nie może oderwać wzroku, myśleć o niczym innym. Potem widzi jego. Ma czterdzieści lat lub nieco więcej, jest chłodny, nieskazitelny, w eleganckim blezerze w kolorze morskim. Ani jednego zagięcia, każdy element ubioru perfekcyjnie dopracowany.

– Jakimi klientami? Mówisz o tej parze, która chce urządzić willę Grippo-Belfi? – pyta Linda, gdy już trochę ochłonęła. W jej głosie, teraz znacznie cichszym, przebija nutka ciekawości.

Bosi wykorzystuje chwilowy spadek napięcia – nie wiadomo, jak długo to potrwa – i zaraz odpowiada:

– Właśnie. Andreucci z Bassano del Grappa zajmował się pracami konserwatorskimi przy fasadzie budynku, a potem był tak miły i polecił im nas. – Na jego twarzy pojawia się wyraz triumfu. – Musimy traktować ich dobrze. Po królewsku.

Linda spogląda jeszcze raz na dwie postaci po drugiej stronie szklanej ściany.

On to Tommaso Belli, czterdziestoczterolatek o lodowatym spojrzeniu i magnetycznym uroku. Jest dyplomatą i niedawno wrócił do Veneto – gdzie urodził się i dorastał – po dwuletniej misji przy włoskiej ambasadzie w Abu Zabi. Ona, Nadine Hariri, to jego partnerka, kobieta o wrodzonej klasie i elegancji, czterdziestodwulatka sprawiająca wrażenie dziesięć lat młodszej. Jedna z tych, które nawet zaraz po przebudzeniu wyglądają jak z okładki magazynu modowego. Pochodzi z Libanu i należy do jednej z najbardziej wpływowych politycznie rodzin w Bejrucie, ale wychowała się w Paryżu, uczęszczała do francuskich szkół i mówi w pięciu językach, w tym po włosku. Tommaso poznał Nadine podczas misji na Bliskim Wschodzie. Są ze sobą od siedmiu lat. Oboje bogaci, wykształceni i wyrafinowani – para doskonała, denerwująco doskonała. Niedawno kupili willę w stylu palladiańskim w okolicy Montello i zwrócili się do pracowni Bosiego z zadaniem jej urządzenia. Do tej pory nie sposób ich było zadowolić. Z tysiąca projektów, które zaprezentowali im Ludovico i Alice, nie spodobał im się żaden. Ten zbyt klasyczny, tamten zbyt ekstrawagancki…

Z jakiegoś powodu Linda czuje dziwne przyciąganie do tych dwojga. Przygląda im się jeszcze przez chwilę. Potem jej myśli wracają do tego przeklętego prysznica horyzontalnego.

– Więc co robimy z tymi imbecylami Grimanimi? – Wykrzywia usta i dodaje: – Mam nadzieję, że okażesz trochę przyzwoitości i pozwolisz mi z nimi porozmawiać. Tylko ja mogę ich przekonać.

– Nie, Lindo, to już postanowione – ucina Bosi, prostując się w fotelu. Mruży oczy i przygląda się jej. – Jesteś dobra i masz wielki talent. Ale jesteś tego aż za bardzo świadoma: twoim problemem jest pycha – wyrokuje z miną coacha z programu telewizyjnego. – Wierz mi, to niedobra cecha, powinnaś na nią uważać.

Linda ma ochotę się uśmiechnąć. Nie byłby to uśmiech rozbawienia, znalazłby się w nim raczej cień sarkazmu. Ta historia z grzechami ją prześladuje. Najpierw Linus w radiu, teraz swoje dorzuca też Bosi. O co im chodzi od samego rana? Może to zbieg okoliczności, sama nie wie, a może ktoś próbuje jej coś powiedzieć… Kręci głową, żeby przegonić tę myśl, wraca do rzeczywistości i znów wybucha gniewem:

– Tak, jasne. Ale jeśli moim grzechem jest pycha, to twoim jest brak jaj.

Cisza.

– Hola, Lindo, bądź grzeczna i schowaj swoją dumę, dobrze? – Bosi nagle się obudził. Jest w stanie znieść wszystko, tylko nie obelgi. – Jestem twoim szefem, pamiętaj o tym czasem i miej trochę szacunku.

– No właśnie, i dlatego powinieneś zachowywać się jak szef, zamiast płaszczyć się przed takimi idiotami jak Grimani! – odpowiada Linda, po czym odwraca się i lekko kołysząc się na obcasach, szybkim krokiem rusza do wyjścia, z groźnym spojrzeniem wbitym w podłogę. Przez to nie zauważa jego, wychodzącego właśnie z biura obok, i wpada wprost na plecy Tommasa.

– Proszę trochę uważać, dobrze? – mruczy przez zaciśnięte zęby, niemal nie podnosząc wzroku.

– Proszę wybaczyć – mówi mężczyzna, wygładzając swój blezer i poprawiając kołnierzyk białej koszuli.

Linda idzie dalej, nie odwracając się nawet, a Tommaso podnosi z ziemi kartkę.

– Proszę pani… – Stara się zwrócić jej uwagę.

Linda spogląda na niego.

– Mówi pan do mnie?

– Tak, upuściła to pani. – Tommaso macha kartką.

– Aha… Może ją pan wyrzucić. – Obraca się i nie podziękowawszy mu nawet spojrzeniem, zmierza do wyjścia. – Projekt łazienki Grimanich – mruczy. – Niech się pieprzą, kurwa.

Po półgodzinie ostrej jazdy spiderem po wzgórzach Marchii Treviso Linda dociera w końcu do Serravalle. Tu mieszka wujek Giorgio, jeden z niewielu punktów odniesienia w jej życiu. Właśnie u niego szuka azylu, kiedy ma już dość wszystkich i musi oderwać się od codzienności.

Giorgio jest bratem ojca Lindy. Ma pięćdziesiąt pięć lat i nosi ten bagaż z godną pozazdroszczenia, pełną słońca energią.

Jest rzemieślnikiem-oryginałem, swego rodzaju alchemikiem drewna, sam lubi nazywać siebie „żonglerem, któremu piłeczka czasem upada na ziemię”. Przełamuje schematy wciąż żywej w regionie tradycyjnej sztuki meblarskiej i projektuje, a potem wytwarza swoje niezwykłe prototypy. Ma przy tym obsesję na punkcie jakości materiałów i wyszukanych rozwiązań estetycznych. Linda uwielbia jego styl i powierzyła mu wykonanie niektórych elementów wyposażenia Błękitnego Domu.

– Dzień dobry, wujku! Otworzysz mi? – krzyczy do domofonu.

– Skarbie… – odpowiada, zaskoczony i zarazem uradowany widokiem ukochanej bratanicy. Zamek starej furtki ze świerkowego drewna otwiera się z trzaskiem.

Linda, która zdążyła już zastąpić sandały na obcasie espadrylami, zostawia za sobą cały zewnętrzny świat i przechodzi przez dziedziniec, który prowadzi do siedziby wujka – dziwacznego domu, przywodzącego na myśl artystowską twierdzę. Przypomina trochę starodawny warsztat, trochę domek myśliwski w nowoczesnej aranżacji, a trochę podupadłą rezydencję szlachecką w stylu empire. Wszystko razem tworzy specjalne miejsce o wielu duszach, doskonale pasujące do osobowości jej niezwykłego właściciela.

– Już jesteś, skarbie? Spodziewałem się ciebie wieczorem… – Giorgio staje na progu, ubrany w kraciaste bermudy, wymiętą koszulę i sandały jerozolimskie. Za pomocą szmatki namoczonej w rozpuszczalniku czyści ubrudzone klejem ręce.

– Wiem, wujku – szepcze Linda, obejmując go mocno i całując w oba policzki. – Pokłóciłam się z tym idiotą Bosim i nie miałam ochoty siedzieć dłużej w pracy.

Giorgio wzdycha głęboko, a na jego ustach pojawia się uśmiech, który Linda dobrze zna.

– A o co się pokłóciliście?

– O nic takiego, o głupoty. – Wzrusza ramionami. – Wiesz, że nie lubię, kiedy w pracy ktoś podważa moje zdanie – dodaje z emfazą, patrząc wujkowi prosto w oczy.

On kiwa głową.

– Powiedziałbym, że nie tylko w pracy – upomina Lindę, żartobliwie ciągnąc ją za policzek. Tak naprawdę uwielbia osoby, które mówią, co myślą, a za żywiołowym charakterem bratanicy wprost przepada. – Wejdź, pokażę ci twoją nową biblioteczkę. Została mi jeszcze ostatnia część, już prawie skończyłem.

– Jak to dobrze, wujku, że jest jeszcze na tym świecie ktoś, kto robi rzeczy, które mi się podobają! – wzdycha Linda. Zmiana nastroju przychodzi jej równie lekko, jak zmiana butów.

Wnętrze domu wita ją intensywnym zapachem wosku pszczelego, któremu towarzyszy woń starych przedmiotów, skrzypiących drewnianych podłóg, ścian pokrytych grafikami, obrazami i napisami, futryn z elementami mozaik… Każde pomieszczenie wypełnia kolekcja intrygujących przedmiotów. Giorgio od lat chodzi po sklepach ze starociami, odwiedza pchle targi i strony internetowe, gdzie wynajduje meble w stylu vintage, bibeloty i dzieła sztuki, którymi urządza swoją siedzibę. Obrazy i brązowe statuetki sąsiadują ze stosami czasopism, starymi kilimami, zabytkowymi zegarami, słojami aptekarskimi z początku XX wieku, kandelabrami i kryształowymi żyrandolami. We wszystkim można odnaleźć jakąś cząstkę jego, Giorgia Ottavianiego. W każdym zakątku tego świata coś się dzieje. Tak jak w jego głowie.

Duże, zwieńczone łukiem okno wpuszcza do pracowni snop światła. Ściany pomieszczenia są z nagiej cegły, a z sufitu zwisa egzotyczna lampa z mosiężnego drutu i ceramiki. Wszędzie leżą rozmaite przybory, na kutym parawanie zawieszonych jest kilka drewnianych form służących do robienia prototypów, a na blacie obok rozsypane są kołki rozporowe w najróżniejszych rozmiarach.

– Oto ona – mówi Giorgio, wskazując oparty o ścianę segment biblioteczki.

Linda podchodzi do niego i z delikatnością, z jaką dotyka się jedwabnej sukni, głaszcze jedną z powierzchni.

– Wujku, jest wspaniała! Kawał dobrej roboty…

Odczuwa fizyczną przyjemność, dotykając tego kawałka drewna, ma ochotę go powąchać, ale jej wzrok zaraz pada na leżącą na podłodze szufladę, ułożoną na kawałku nylonowej tkaniny.

– Boże! – wykrzykuje w podnieceniu, pochylając się nad nią.

– Nie dotykaj, świeżo malowana…

Linda, niemal na klęczkach, odwraca się do Giorgia i patrzy na niego z uwielbieniem.

– To jest właśnie ten kolor – mówi ze szczerą wdzięcznością.

– Nie granatowy, ale też nie czysto błękitny. – Giorgio mruga porozumiewawczo.

– Ale skąd wiedziałeś? Nie mówiłam ci tego… – Linda wstaje i kładzie mu rękę na ramieniu. – To cudowne, że rozumiemy się bez słów, wujku. Czytasz mi w myślach!

– Nie widziałaś jeszcze najlepszego. – Giorgio podchodzi do blatu i ostrożnie wyciąga z pudełka okrągły uchwyt z bielutkiego marmuru karraryjskiego.

Twarz Lindy się rozpromienia.

– To do szuflady?

Giorgio kiwa głową.

– Już wystarczy, bo zaraz się rozpłaczę. – Ale zamiast tego śmieje się jak mała dziewczynka.

– Chodź, napijemy się czerwonego wina – zaprasza Giorgio. – Za pół godziny szuflada będzie sucha… Będziesz mogła wziąć wszystko do domu.

– Dziękuję, wujku! – Oczy Lindy błyszczą. Jej dzień wreszcie zaczął układać się dobrze. – Nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła.

Rusza za nim, myśląc sobie, że jest najszczęśliwszą bratanicą na świecie, w końcu dzieli z Giorgiem praktycznie wszystkie jego pasje.

Przenoszą się do kuchni. Za blat stołu służy przekrój pnia tysiącletniego dębu. Giorgio nalewa do dwóch kieliszków cabernet franc, sięga po dojrzały ser Caprino o aromacie orzechów i winorośli Traminer, a potem kroi kilka kromek chleba domowego wypieku.

– Spróbuj – mówi, wyciągając w stronę Lindy nóż do sera.

Ona oczywiście nie odmawia. Jest ciekawa, smaki uwielbia tak samo, jak kocha kolory i kształty.

– Mmm… pyszny.

– Przyniósł mi go Fausto – oznajmia Giorgio.

Gdy wypowiada to imię, błyszczą mu oczy.

– Który Fausto? Twój przyjaciel pianista? – Linda odkrawa sobie jeszcze jeden kawałek.

– Tak – odpowiada, uśmiechając się szeroko. – À propos, jesteśmy zaproszeni na jego koncert kameralny w Fenice.

– Wow, nieźle… – Linda unosi brwi i nadgryza kromkę chleba.

– To znaczy, zaprosił mnie – uściśla Giorgio – ale chciałbym, żebyś poszła ze mną.

– A kiedy?

– Dwudziestego piątego lipca, jest jeszcze dużo czasu… Ale mówię ci z wyprzedzeniem, wiem, że masz zawsze tysiąc spraw na głowie.

– Więc – zaczyna delikatnie Linda, wiedząc, że wujek jest zawsze bardzo dyskretny, gdy mówi o swoich sprawach sercowych – z nim to coś poważniejszego…

– Nie wiem. – Przypływ zawstydzenia sprawia, że przez chwilę łamie mu się głos. – Ale zależy mi na nim.

– Dobrze – mówi z westchnieniem Linda. – Chyba powinnam się zbierać…

– Już uciekasz?

– Tak, głupio mi to mówić, ale wzywa mnie poczucie obowiązku. Może uda mi się popracować w domu.

Giorgio wygląda przez okno i patrzy na spidera.

– Zapakuję ci te rzeczy do samochodu. Traktujesz go dobrze?

Czerwone duetto rocznik ’79 należało wcześniej do niego. Niegdyś obwoził nim okoliczne dziewczyny. Dopiero później przyznał się przed samym sobą, a potem przed innymi, że ma odmienne upodobania i to nie kobiety budzą jego zainteresowanie.

– Pewnie… Masz wątpliwości? Obchodzę się z nim jak z dziełem sztuki. Kazałam nawet zwiększyć moc silnika!

– Mógłbym się założyć. – Giorgio wznosi wzrok ku niebu. – A więc na próżno cię proszę, żebyś jeździła wolno…

Linda chowa głowę w ramiona, jakby w geście przeprosin, po czym uśmiecha się, mrugając porozumiewawczo.

Jej ambitne plany znikają bez śladu, zanim dociera do domu. Nie ma już najmniejszej ochoty robić niczego związanego z pracą (zwłaszcza po tym, jak potraktował ją Bosi). Jest w stanie myśleć tylko o swojej biblioteczce. Z niemal dziecięcą radością wyładowuje ze spidera wszystkie części i zanosi je do salonu. Nie może się już doczekać: niedługo zobaczy ostateczny rezultat!

Zabiera się do pracy. W pierwszej kolejności wsuwa błękitną szufladę w puste miejsce centralnego segmentu.

– Doskonale.

Następnie bierze półkę i wchodzi na krzesło – jej metr sześćdziesiąt wzrostu może być zaletą w łóżku, ale nie przy tego rodzaju przedsięwzięciach – po czym mocuje ją na kołkach.

– Cu-dow-nie! – wykrzykuje.

Schodzi z krzesła i podziwia efekt. Najpierw z bliska, później cofa się o kilka kroków, aż w końcu kładzie się na pikowanej, skórzanej kanapie. Przygląda się biblioteczce z wyrazem zadowolenia, w uniesieniu rozchylając wargi.

– Dokładnie tak, jak chciałam.

Mówi szeptem, niemal jakby przeżywała orgazm.

Zaraz potem przychodzi jej do głowy, że przynajmniej w przypadku mebli wszystko do siebie pasuje i daje oczekiwany rezultat. Szkoda, że w życiu nie zawsze tak jest…

4

Migający zegar elektroniczny na skrzyżowaniu wskazuje osiemnastą trzydzieści siedem. Linda siedzi za kierownicą swojego spidera. Wiatr rozwiewa jej włosy. Mimo wieczornego chłodu, który chwilami daje się we znaki, jedzie z otwartym dachem.