Za późno. Nowela. - Michał Bałucki - ebook

Za późno. Nowela. ebook

Michał Bałucki

0,0
4,20 zł

lub
Opis

Smutna opowieść o świecie, który już dawno przeminął i o ludziach, którzy z pozoru tak różniący się od nas, w rzeczywistości byli tacy sami… Opowieść chwyta za serce, opowieść wzrusza… a oto jej fragment: „U państwa Alfredów zapowiedziany był wielki wieczór. Okolica, pełna szlacheckich dworów, półpańskich pretensjonalnych pałacyków, obiecywała liczny zjazd; we dworze więc państwa Alfredów był ruch niemały, który jednak odbywał się z taktem i porządkiem, co przemawiało bardzo za zamożnością domu i dobrym jego zarządem. Wieczór się zbliżał, oświecono rzęsiście salony i długie strugi złotego światła padły drżące w ciemny ogród na murawę i jaśminy. Pani Alfredowa kończyła toaletę. Bogaty, ale mimo to skromny ubiór podnosił wdzięk posągowych jej kształtów, a ciężkie, ciemne ubranie na głowie, spięte łyskającymi brylantami, cudnie kłóciło się ze splotami jej jasnych włosów. Pani Alfredowa należała do tych kobiet, które nie tylko lubią, ale i umieją się ubrać; a była w chwili, kiedy ją poznajemy, w zenicie swej piękności, jak róże przed okwitem; miała lat 38. Kończąc toaletę, zmrużyła wielkie, szafirowe oczy i przez długie, czarne rzęsy przedarło się ciekawe spojrzenie do zwierciadła; zwierciadło musiało jej powiedzieć że piękna, bo lekki uśmiech zadowolenia przeleciał po dumnym, białym czole. Wstała i zadzwoniła. Wszedł lokaj…”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 39

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Michał Bałucki

 

Za późno 

 

NOWELA 

 

Armoryka

Sandomierz

 

 

Projekt okładki: Juliusz Susak

 

Tekst wg edycji z roku 1921. 

Zachowano oryginalną pisownię.

 

© Wydawnictwo Armoryka

 

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

 

ISBN 978-83-7639-189-2 

 

 

 

Za późno

U państwa Alfredów zapowiedziany był wielki wieczór.

Okolica, pełna szlacheckich dworów, półpańskich pretensjonalnych pałacyków, obiecywała liczny zjazd; we dworze więc państwa Alfredów był ruch niemały, który jednak odbywał się z taktem i porządkiem, co przemawiało bardzo za zamożnością domu i dobrym jego zarządem.

Wieczór się zbliżał, oświecono rzęsiście salony i długie strugi złotego światła padły drżące w ciemny ogród na murawę i jaśminy.

Pani Alfredowa kończyła toaletę. Bogaty, ale mimo to skromny ubiór podnosił wdzięk posągowych jej kształtów, a ciężkie, ciemne ubranie na głowie, spięte łyskającemi brylantami, cudnie kłóciło się ze splotami jej jasnych włosów. Pani Alfredowa należała do tych kobiet, które nie tylko lubią, ale i umieją się ubrać; a była w chwili, kiedy ją poznajemy, w zenicie swej piękności, jak róże przed okwitem; miała lat 38. Kończąc toaletę, zmrużyła wielkie, szafirowe oczy i przez długie, czarne rzęsy przedarło się ciekawe spojrzenie do zwierciadła; zwierciadło musiało jej powiedzieć że piękna, bo lekki uśmiech zadowolenia przeleciał po dumnem, białem czole. Wstała i zadzwoniła. Wszedł lokaj.

– Czy już wszystko gotowe?

– Już, jaśnie pani!

– Zapalić lampy u bramy – lokaja odchodzącego wstrzymała zapytaniem:

– Gdzie pan?

Jeszcze zakłopotany lokaj nie wiedział co odpowiedzieć, gdy drugiemi drzwiami wszedł pan Alfred. Był smutny, blady i cierpki. Pani Alfredowej nie w smak był ten humor męża – spochmurniała.

– Odejdź! – rzekła do lokaja, potem odwróciła się do męża.

– Cóż ty nieubrany?

– I nie będę się wcale ubierał, nasz Adaś bardzo zasłabł.

– Kiedy?

– Wczoraj jeszcze podobno – rzekł Alfred i twarz miał bardziej cierpką.

Wy matki, którym miejsce przy kołysce dziecięcia klęcznikiem ciągłym się staje, które radością witacie każdą myśl budzącą się na twarzy dziecinny, każde słówko, co niewyraźnie drobne usta wyszczebioczą – wy nie rozumiecie może, jak mogła matka nie wiedzieć, że jej dziecię słabe, i to jeszcze od wczoraj słabe.

A przecież salony znają takie matki bez potępienia ich, bo dobry ton trzyma zawsze za parawanem serce i dzieci.

Pani Alfredowa nie chciała być śmieszną, więc mamkom, piastunkom, a potem bonie oddawała pod zupełny zarząd dzieci, a sama czuwała nad niemi o tyle, że w chwilach wolnych od wizyt zaglądała do nich, lub je do swego gabineciku przyprowadzać kazała.

– Słabe biedactwo, a mnie nikt nie mówił o tem – rzekła pani Alfredowa.

– A mnie powiedziano ledwie wróciłem z jarmarku.

– To trzeba będzie posłać po doktora.

– Już posłałem – rzekł Alfred i zbliżył się do żony.

Wziął jej rękę i patrząc czule w oczy, prosił:

– Konstancjo! zrób to dla mnie i dla twego dziecka i odwołaj bal dzisiejszy.

– Ależ śmiesznym jesteś mój kochamy – i ruszyła białemi ramionami – któż widział wracać gości z drogi?

Alfred wyjął zegarek.

– Ledwie za godzinę się zjadą, jeszcze czas wysłać posłańców z przeproszeniem, ja proszę!

– A ja proszę, żebyś się ubrał i o Adasia był spokojnym.

Zadzwoniła i odwracając się do garderobiany:

– Czy panna już ubrana? – spytała.

– Już prawie.

– Jak się ubierze, niech mi się sprezentuje, idź.

Alfredowi krew uderzyła na twarz. Ten spokój matki wśród choroby dziecka, ten chłód żony przed prośbą męża rozwściekliły go; ale choć wzruszenie burzyło mu piersi, głos ułożył z cichą, słodką prośbą:

– Konstancjo! mnie ten bal nie na rękę – ja sam trochę niezdrów, głowa mnie boli.

– To przejdzie, mój kochany, każ sobie podać musujących proszków – rzekła Konstancja równie czule.

– Czy ciebie tak mało obchodzą nasze dzieci, że dla nich trudno ci się wyrzec zabawy?

– Ależ dla balu dziecko nie umrze – słabość dziecinna przejdzie, a przytem doktór będzie przy niem.

– Ale matki nie będzie – rzekł Alfred i pocałował jej rękę – Konstancjo, zrób to dla mnie.

Ręce mu drżały bardzo. Konstancja odwróciła się od niego i wzrok jej padł w zwierciadło, żal jej było toalety, w której była tak piękną i zwróciła się do męża z uśmiechem.

– Nie nudź mnie już, mój drogi! balu nie odłożymy, bo to śmieszne, więc idź się ubierać.

Alfred wybuchnął.

– Balu nie będzie, ja nie chcę, wszystko podrę na tobie!

Konstancja cofnęła się i spojrzała na męża imponująco, ale dumny wzrok nie uspokoił rozjątrzonego Alfreda, skoczył ku niej i chwycił ją za suknię.

– Cóż to – sceny? – i zadzwoniła silnie, gwałtownie.

Weszła służąca.

– Poprawisz mi ubranie na głowie – a do męża rzekła z wymuszonym uśmiechem: – mój kochany, zostaw nas na chwilę.

Alfred wyszedł wzruszony, gwałtowny.

Panna służąca spojrzała domyślnie, ale wnet oczy nakryła powiekami, spotkawszy się w lustrze z poważnym, badawczym wzrokiem pani Konstancji. Pani Konstancja była spokojna, jeno wargi trochę jej pobladły, i drgały.

Drzwi się cicho otwarły i do gabinetu matki weszła nieśmiało Zosia w różowej sukience.

Zosia