Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 173

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Za kulisami zła -

To nieprawda, że śledztwo zawsze kończy się wraz z sądowym wyrokiem. Często, gdy wymiar sprawiedliwości zamyka sprawę, do akcji wkraczają dziennikarze. Bo wiele przestępstw skrywa tajemnice, których nie udało się rozwikłać prokuratorom i sędziom; bo niektóre wyroki pozostają w sprzeczności nie tylko z poczuciem sprawiedliwości, ale także z wiedzą, do jakiej organom ścigania nie udało się dotrzeć. Bo są ludzie, których niesłusznie naznaczono piętnem zbrodniarzy, i są zbrodnarze, którzy pozostają bezkarni. – Wciąż nie wiadomo, czy to Marchwicki był „wampirem z Zagłębia” – Kobiety szaleją za brutalnymi przestępcami – Mafiozi potrafią się nawrócić – Kuklinski mordował, nie czując żadnych skrupułów – Najemnicy wracają na front

Opinie o ebooku Za kulisami zła -

Fragment ebooka Za kulisami zła -

Co­py­ri­ght for the Po­lish edi­tion © 2012 G+J

Gru­ner + Jahr Pol­ska Sp. z o.o. & Co. Spół­ka Ko­man­dy­to­wa.

G+J Gru­ner + Jahr Pol­ska Sp. z o.o. & Co. Spół­ka Ko­man­dy­to­wa.

02-674 War­sza­wa, ul. Ma­ry­nar­ska 15

Dział han­dlo­wy:

tel. (48 22) 360 38 38

fax (48 22) 360 38 49

Sprze­daż wy­sył­ko­wa:

Dział Ob­słu­gi Klien­ta, tel. (48 22) 360 37 77

Ko­rek­ta: Ma­ria Ta­lar

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: Mi­chał Ja­nic­ki

Ilu­stra­cja na I stro­nie okład­ki: Ro­ber­to A. San­chez/ Pho­to­gra­pher's Cho­ice/Get­ty Ima­ges/Flash Press Me­dia

Re­dak­cja tech­nicz­na: Ma­riusz Te­ler

Pro­jekt i skład: IT WORKS, War­sza­wa

Re­dak­tor pro­wa­dzą­cy: Ar­tur Gór­ski

ISBN:978-83-7778-235-4

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Re­pro­du­ko­wa­nie, ko­pio­wa­nie w urzą­dze­niach prze­twa­rza­nia da­nych, od­twa­rza­nie, w ja­kiej­kol­wiek for­mie oraz wy­ko­rzy­sty­wa­nie w wy­stą­pie­niach pu­blicz­nych tyl­ko za wy­łącz­nym ze­zwo­le­niem wła­ści­cie­la praw au­tor­skich.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o. o.

Świę­tość teżma swo­ją cenę.Prze­waż­nie wy­so­ką

W pol­skich ko­ścio­łach wciąż jest co kraść. Dla prze­stęp­ców ku­szą­ce są zwłasz­cza re­li­kwia­rze.

Adam Wę­głow­ski

W lu­bel­skiej ba­zy­li­ce oj­ców Do­mi­ni­ka­nów od 600 lat prze­cho­wy­wa­no re­li­kwię nad re­li­kwia­mi – ka­wał­ki z krzy­ża Chry­stu­sa. Pod wzglę­dem wiel­ko­ści frag­men­ty te były trze­cie na świe­cie. Tra­fi­ły do Lu­bli­na praw­do­po­dob­nie z Rusi Ki­jow­skiej. Za­pew­nio­no im god­ną opra­wę: srebr­no-zło­te re­li­kwia­rze o wy­so­ko­ści ok. 100 i ok. 70 cm. Bez­cen­ne skar­by były ozdo­bą ba­zy­li­ki aż do 1991 roku, kie­dy w nocy z 8 na 9 lu­te­go zo­sta­ły skra­dzio­ne. Ra­bu­sie do dziś nie zo­sta­li schwy­ta­ni.

Lu­bel­ska kra­dzież to wierz­cho­łek góry lo­do­wej. Z pol­skich ko­ścio­łów giną za­byt­ki, w tym re­li­kwia­rze. Dla­cze­go to wła­śnie one są szcze­gól­nie atrak­cyj­ne dla zło­dziei? Po pierw­sze, ze wzglę­du na wy­jąt­ko­wą war­tość hi­sto­rycz­ną, kul­tu­ro­wą i du­cho­wą. Po dru­gie, z po­wo­du bo­ga­te­go wy­koń­cze­nia, któ­re moż­na sprze­dać z wiel­kim zy­skiem. – Przy kra­dzie­żach z obiek­tów sa­kral­nych do­mi­nu­ją przed­mio­ty in­te­re­su­ją­ce dla zło­dziei ze wzglę­du na kru­szec, z któ­re­go są zro­bio­ne. Re­li­kwia­rze mają opra­wę z me­ta­li szla­chet­nych, naj­czę­ściej ze sre­bra. To czę­sto mi­ster­na ro­bo­ta o du­żej kla­sie ar­ty­stycz­nej – mówi ma­ga­zy­no­wi „Śled­czy” Pio­trO­grodz­ki, dy­rek­tor Ośrod­ka Ochro­ny Zbio­rów Pu­blicz­nych przy Mi­ni­ster­stwie Kul­tu­ry i Dzie­dzic­twa Na­ro­do­we­go. Jak do­da­je, w wie­lu przy­pad­kach za­byt­ki zo­sta­ją znisz­czo­ne, jak np. re­li­kwiarz św. Woj­cie­cha skra­dzio­ny z gnieź­nień­skiej ka­te­dry ćwierć wie­ku temu.

20 mar­ca 1986 roku o go­dzi­nie 7.40 do ko­men­dy MO (zwa­nej wów­czas Miej­skim Urzę­dem Spraw We­wnętrz­nych) w Gnieź­nie za­dzwo­nił pro­boszcz pa­ra­fii ar­chi­ka­te­dral­nej. Po­in­for­mo­wał, że ktoś zra­bo­wał z ka­te­dry srebr­ne ozdo­by z za­byt­ko­we­go sar­ko­fa­gu św. Woj­cie­cha: po­stać świę­te­go, orły i anio­ły. W tym wy­pad­ku zło­dzie­jom nie cho­dzi­ło o sam XVII-wiecz­ny re­li­kwiarz, ale o kru­szec. Po cham­sku, ło­ma­mi i brzesz­czo­ta­mi wy­rwa­li i wy­cię­li ozdo­by, de­wa­stu­jąc ca­łość. Śledz­two zna­la­zło się w im­pa­sie, po­mo­gło do­pie­ro wy­zna­czo­ne kil­ka­set ty­się­cy zło­tych na­gro­dy. Mi­li­cjan­ci do­sta­li cynk i 26 mar­ca od­na­leź­li frag­men­ty zra­bo­wa­nych przed­mio­tów w Gdań­sku, w ga­ra­żu wy­naj­mo­wa­nym przez bra­ci bliź­nia­ków Mar­ka i Krzysz­to­fa M. oraz Wal­de­ma­ra B. Od­ci­ski z obu­wia z domu bra­ci M. opo­wia­da­ły śla­dom zna­le­zio­nym w ka­te­drze. Na jed­nym z od­zy­ska­nych brzesz­czo­tów od­kry­to od­cisk pal­ca Mar­ka M., a śla­dy po sre­brze wy­kry­to też na ubra­niach za­trzy­ma­nych.

Wszyst­kim po­sta­wio­no za­rzut kra­dzie­ży z wła­ma­niem na sumę 53 mln 740 ty­się­cy zło­tych. Na pod­sta­wie ze­znań Krzysz­to­fa M. aresz­to­wa­no po­my­sło­daw­cę na­pa­du – Pio­tra N. Od­po­wie­dzial­ni za kra­dzież do­sta­li po 12-15 lat wię­zie­nia.

Styg­ma­ty ra­bu­sia

Spra­wa mia­ła smut­ny epi­log. W po­sta­ci… se­rii na­pa­dów na 27 ko­ścio­łów na te­re­nie wo­je­wództw lu­bu­skie­go, wiel­ko­pol­skie­go i dol­no­ślą­skie­go, któ­rych do­ko­na­no od li­sto­pa­da 2004 roku do kwiet­nia 2006 roku. 14 lip­ca 2006 lu­bu­scy i dol­no­ślą­scy po­li­cjan­ci wraz z funk­cjo­na­riu­sza­mi Cen­tral­ne­go Biu­ra Śled­cze­go za­trzy­ma­li trzy po­dej­rza­ne oso­by. Wśród nich był Piotr N., ska­za­ny wcze­śniej za kra­dzież ozdób z re­li­kwia­rza św. Woj­cie­cha! Jak się oka­za­ło, zło­dziej opu­ścił za­kład kar­ny w roku 2001 i szyb­ko wró­cił do daw­ne­go pro­ce­de­ru. Do­wo­dy jego prze­stępstw były nie­zbi­te, po­li­cjan­ci od­zy­ska­li po­nad 100 za­byt­ków. Pod­czas śledz­twa wy­szło na jaw, że głów­nym od­bior­cą zra­bo­wa­nych dzieł był Mas­si­mi­lia­no P., Włoch miesz­ka­ją­cy w Niem­czech. Dzię­ki współ­pra­cy z nie­miec­ką po­li­cją od­zy­ska­no ko­lej­ne za­byt­ki o sa­mej war­to­ści ma­te­rial­nej prze­kra­cza­ją­cej mi­lion zło­tych.

Kto wie, czy Piotr N. jesz­cze kie­dyś nie ude­rzy? Kra­dzie­że z ko­ścio­łów we­szły mu w krew. – Piotr N. już w 1978 roku przy­je­chał z dwo­ma ko­le­ga­mi z Gdań­ska w oko­li­ce Sie­dlec, tam ob­ra­bo­wa­li ko­ściół, a po­tem kra­dzio­ną sy­ren­ką uda­li się na Ma­zu­ry. Na te­re­nie Woj­no­wa, gdzie znaj­du­ją się słyn­ne obiek­ty pra­wo­sław­ne i sta­ro­wier­ców, do­ko­na­li za­bo­ru ikon. Zo­sta­ły one od­zy­ska­ne na Jar­mar­ku Do­mi­ni­kań­skim, gdy mia­ły już tra­fić do Skan­dy­na­wii – mówi „Śled­cze­mu” Mi­ro­sław Kar­po­wicz, szef Kra­jo­we­go Ze­spo­łu do Wal­ki z Prze­stęp­czo­ścią prze­ciw­ko Dzie­dzic­twu Na­ro­do­we­mu. Do­da­je też: – Nie chciał­bym ni­ko­go styg­ma­ty­zo­wać na całe ży­cie i przy­po­mi­nać, że za świę­to­kradz­two ka­ra­no kie­dyś pa­le­niem na sto­sie. Jed­nak wie­lo­let­nia prak­ty­ka kry­mi­na­li­stycz­na wska­zu­je, że po­wrót do prze­stęp­stwa wśród wła­my­wa­czy i zło­dziei tej ka­te­go­rii jest zja­wi­skiem nie­mal po­wszech­nym. Po­twier­dza­ją to smut­ne kon­sta­ta­cje kon­fe­ren­cji mię­dzy­na­ro­do­wych: wy­so­kość kar nie od­stra­sza spraw­ców, a wię­zie­nia ich nie wy­cho­wu­ją.

Na szczę­ście je­śli prze­stęp­cy nie my­ślą o prze­to­pie­niu dzie­ła, wciąż ist­nie­ją szan­se na jego od­zy­ska­nie. – Może mi­nąć na­wet kil­ka­dzie­siąt lat, ale w koń­cu ta­kie rze­czy wy­pły­wa­ją. Oso­by, któ­re wie­dzą, że dany przed­miot po­cho­dzi z prze­stęp­stwa, umie­ra­ją, a obiekt tra­fia do lu­dzi, któ­rzy nie mają po­ję­cia o kra­dzie­ży. Pró­bu­ją sprze­dać spa­dek, ujaw­nia­ją się, a wte­dy wkra­cza­my my – wy­ja­śnia Piotr Ogrodz­ki z OOZP.

ZĄB ŚWIĘ­TE­GO ZA DO­LA­RA

Re­li­kwie po­tra­fią być na­praw­dę ta­nie. I to w le­gal­nym ob­ro­cie. Ale tyl­ko te dru­go­rzęd­ne. Z ba­dań ma­ga­zy­nu „For­bes” wy­ni­ka, że w No­wym Jor­ku ząb świę­te­go moż­na na­być już za 300 do­la­rów, a rze­ko­mą drza­zgę z Krzy­ża Świę­te­go (tak matą, że prak­tycz­nie nie­wi­docz­ną) za oko­to ty­siąc. An­ty­kwa­riat A.R. Bro­omer Ltd. na Man­hat­ta­nie ofe­ru­je też czasz­ki świę­tych już po 4500 do­la­rów za sztu­kę.

Cena ro­śnie wraz z ran­gą re­li­kwii, jej hi­sto­rią i opra­wą.

W 2007 roku dom au­kcyj­ny Chri­stie's sprze­dał ma­leń­ki re­li­kwiarz w kształ­cie krzy­ża, za­wie­ra­ją­cy kość świę­te­go w wo­sku, za 31 ty­się­cy do­la­rów. Zaś inny, mi­ster­nie wy­ko­na­ny, z ka­mie­niem z Góry Ta­bor aż za 430 ty­się­cy!

Py­ta­ni przez nas pol­scy an­ty­kwa­riu­sze i przed­sta­wi­cie­le do­mów au­kcyj­nych nie sko­men­to­wa­li fak­tu czar­no­ryn­ko­we­go ob­ro­tu skra­dzio­ny­mi re­li­kwia­mi. Nie chcie­li bo­wiem być w ża­den spo­sób ko­ja­rze­ni z ta­kim pro­ce­de­rem. Wie­lu z nich z po­wo­dów re­li­gij­nych i wi­ze­run­ko­wych w ogó­le nie han­dlu­je re­li­kwia­mi. Na­wet po­cho­dzą­cy­mi z pew­ne­go, le­gal­ne­go źró­dła. Ano­ni­mo­wo przy­zna­ją jed­nak, że np. skra­dzio­ny duży re­li­kwiarz z Lu­bli­na mógł­by być wart dla ko­lek­cjo­ne­rów na­wet kil­ka mi­lio­nów zło­tych.

Ośro­dek, któ­rym kie­ru­je, śle­dzi ry­nek i pro­wa­dzi dzia­łal­ność pre­wen­cyj­no-do­rad­czą. Wszyst­kie mu­zea mają obo­wią­zek uzgad­niać z OOZP do­ku­men­ta­cję do­ty­czą­cą po­pra­wy sta­nu bez­pie­czeń­stwa. Po­zo­sta­łe in­sty­tu­cje, np. za­byt­ko­we bu­dyn­ki sa­kral­ne, mogą ko­rzy­stać z nie­od­płat­ne­go do­radz­twa. Ośro­dek szko­li mu­ze­al­ni­ków, bi­blio­te­ka­rzy, księ­ży. Śle­dzi też in­for­ma­cje o za­byt­kach po­ja­wia­ją­cych się w ob­ro­cie, a w po­dej­rza­nych przy­pad­kach za­wia­da­mia po­li­cję. Ma jesz­cze jed­ną broń: kra­jo­wy re­jestr za­byt­ków skra­dzio­nych i wy­wie­zio­nych za gra­ni­cę nie­zgod­nie z pra­wem. Li­czy on obec­nie ok. 10 ty­się­cy obiek­tów, a na jego po­cząt­ku znaj­du­ją się m.in. re­li­kwie z Lu­bli­na.

Pio­trO­grodz­ki pod­kre­śla, że do­bra do­ku­men­ta­cja to wiel­ki atut. – Na stro­nie www.skra­dzio­ne­za­byt­ki.pl mamy kra­jo­wy re­jestr zra­bo­wa­nych za­byt­ków – mówi. – W pol­skim sys­te­mie praw­nym uda­ło się stwo­rzyć ogól­no­do­stęp­ną bazę da­nych (za gra­ni­cą po­dob­ną ma In­ter­pol), pro­wa­dzo­ną przez Mi­ni­ster­stwo Kul­tu­ry i Sztu­ki. Nikt w Pol­sce nie może się już tłu­ma­czyć, że coś na­był i nie miał gdzie spraw­dzić, czy za­kup nie po­cho­dzi z prze­stęp­stwa. Nie może za­sła­niać się za­sie­dze­niem wła­sno­ści rze­czy ru­cho­mej w do­brej wie­rze.

Jak dłu­go trze­ba cze­kać, by skra­dzio­ny za­by­tek „wy­pły­nął”? Cza­sa­mi na­wet kil­ka­dzie­siąt lat.

Kwe­stia cza­su

W 1990 roku na ryn­ku ame­ry­kań­skim po­ja­wił się ewan­ge­liarz św. Sa­mu­ela, po­nad­ty­siąc­let­ni ła­ciń­ski ma­nu­skrypt w pysz­nej opra­wie, in­kru­sto­wa­nej szla­chet­ny­mi ka­mie­nia­mi. Ku­pi­li go Niem­cy, roz­po­zna­jąc w nim dzie­ło skra­dzio­ne z ich kra­ju pod­czas wo­jen­nej za­wie­ru­chy. Po­cho­dzi­ło z bo­ga­te­go skarb­ca w Kwe­dlin­bur­gu, któ­ry prze­nie­sio­no do ko­pal­ni w oba­wie przed alianc­ki­mi na­lo­ta­mi, a po­tem po­wie­rzo­no opie­ce ame­ry­kań­skich żoł­nie­rzy. W efek­cie tej „opie­ki” kil­ka­na­ście za­byt­ków prze­pa­dło.

Po nit­ce do kłęb­ka, do­cho­dze­nie z lat 90. do­pro­wa­dzi­ło do sprze­daw­ców ewan­ge­lia­rza. Byli nimi Jane i Jack Me­ador, ro­dzeń­stwo nie­ży­ją­ce­go już żoł­nie­rza US Army Joe Me­ado­ra, miesz­ka­ją­ce w Tek­sa­sie. Ich brat fak­tycz­nie słu­żył pod­czas II woj­ny w Kwe­dlin­bur­gu. W jego sej­fie spo­czy­wa­ły ko­lej­ne skar­by: kil­ka re­li­kwia­rzy ze szla­chet­nych krusz­ców, XVI-wiecz­na księ­ga w cen­nej opra­wie i śre­dnio­wiecz­ny grze­bień z ko­ści sło­nio­wej. Po kil­ku­let­nich prze­py­chan­kach praw­nych Niem­cy do­szli do po­ro­zu­mie­nia z ro­dzi­ną sza­brow­ni­ka i od­zy­ska­li wart gru­be mi­lio­ny skarb. Poza kil­ko­ma dro­bia­zga­mi, któ­re Joe Me­ador praw­do­po­dob­nie dał swo­im ko­chan­kom. Ale może i one kie­dyś się od­naj­dą?

Tego, że od­zy­ska­nie cen­ne­go dzie­ła na­wet po dłuż­szym cza­sie jest moż­li­we, do­wo­dzi tak­że pol­ski przy­pa­dek z Zu­ze­li. W sierp­niu 2005 roku pe­wien war­szaw­ski dom au­kcyj­ny za­ofe­ro­wał ba­ro­ko­wy re­li­kwiarz w kształ­cie krzy­ża oł­ta­rzo­we­go (pa­cy­fi­kał). Wy­ko­na­ny ze sre­bra i zło­ta, za­wie­rał re­li­kwie św. An­drze­ja. Po­cho­dził z XVII wie­ku, a cena była oka­zyj­na – 38 ty­się­cy zło­tych. Oka­za­ło się, że pra­wie 30 lat wcze­śniej zo­stał skra­dzio­ny z ko­ścio­ła w Zu­ze­li, ro­dzin­nej miej­sco­wo­ści pry­ma­sa Ste­fa­na Wy­szyń­skie­go. Sprze­da­ją­cy twier­dził, że otrzy­mał go w pre­zen­cie od umie­ra­ją­ce­go dziad­ka.

– Je­den z pra­cow­ni­ków mu­zeum w Kra­ko­wie za­wia­do­mił nas, że na ryn­ku po­ja­wił się re­li­kwiarz, któ­ry w la­tach 60. znaj­do­wał się w ko­ście­le w Zu­ze­li. W ka­ta­lo­gu skra­dzio­nych za­byt­ków re­li­kwia­rza nie było, a miej­sco­wy ksiądz nie­wie­le pa­mię­tał. Za­wia­do­mi­li­śmy po­li­cję, a ta zna­la­zła zgło­sze­nie o kra­dzie­ży w ar­chi­wal­nych re­je­strach – od­sła­nia ku­li­sy spra­wy Pio­trO­grodz­ki. Wy­ni­ka z nich, że bra­ko­wa­ło do­wo­dów po­twier­dza­ją­cych, iż za­by­tek zo­stał skra­dzio­ny. Na szczę­ście w tym wy­pad­ku po­li­cja nie za­wio­dła. – In­spek­tor Mi­ro­sław Kar­po­wicz usta­lił, że w la­tach 50. i 60. dzie­ci przy­stę­pu­ją­ce do pierw­szej ko­mu­nii fo­to­gra­fo­wa­ły się przy tym pa­cy­fi­ka­le. Dzię­ki tym zdję­ciom uda­ło się do­wieść, że cho­dzi o ten sam przed­miot, co wy­sta­wio­ny na au­kcji. Osta­tecz­nie zo­stał od­zy­ska­ny, mimo że nowy wła­ści­ciel się pro­ce­so­wał – mówi Ogrodz­ki.

– Wy­cho­dzi­my z za­ło­że­nia, że na­wet przedaw­nie­nie ści­ga­nia spraw­cy kra­dzie­ży (ostat­nio wy­dłu­żo­ne z 10 do 15 lat) nie prze­no­si na nie­go wła­sno­ści. In­a­czej był­by to triumf ra­bu­siów i pa­se­rów – mówi Mi­ro­sław Kar­po­wicz.

Ma­fij­ne ko­nek­sje

Kra­dzie­że sa­kral­nych dzieł sztu­ki, w tym re­li­kwia­rzy, mogą łą­czyć się z dzia­łal­no­ścią ma­fii. – Na­wet je­śli prze­stęp­stwa do­ko­nu­ją po­spo­li­ci zło­dzie­je, wej­ście na ry­nek ze skra­dzio­nym do­brem przej­mu­ją cza­sem zor­ga­ni­zo­wa­ne gru­py prze­stęp­cze. Zda­rza się, że ta­kie gru­py, pa­ra­ją­ce się han­dlem nar­ko­ty­ka­mi i bro­nią, przy oka­zji zaj­mu­ją się też ob­ro­tem za­byt­ka­mi – opo­wia­da Kar­po­wicz.

Za­byt­ki są ła­ko­mym ką­skiem zwłasz­cza dla prze­stęp­ców ma­ją­cych mię­dzy­na­ro­do­we po­wią­za­nia. – Przy­najm­niej za gra­ni­cą trak­tu­je się je jako za­bez­pie­cze­nie trans­ak­cji w han­dlu bro­nią oraz nar­ko­ty­ka­mi. W tych roz­li­cze­niach ich wy­ce­na czar­no­ryn­ko­wa się­ga 10 pro­cent rze­czy­wi­stej war­to­ści – wy­ja­śnia Piotr Ogrodz­ki z OOZP.

Nic więc dziw­ne­go, że na­sze za­byt­ki od­naj­du­je­my cza­sem w ob­cych rę­kach. W 1994 roku na wy­sta­wie w Je­le­niej Gó­rze skra­dzio­no za­byt­ko­we fi­gur­ki lwów, prze­cho­wy­wa­ne zwy­kle w sej­fie Świą­ty­ni Wang w Kar­pa­czu. Spraw­ców kra­dzie­ży nie za­trzy­ma­no, ale po­sta­wio­no za­rzu­ty nie­miec­kie­mu pa­se­ro­wi – ad­wo­ka­to­wi, któ­ry za­brał je swo­im klien­tom. I to nie byle ja­kim: ro­syj­skim prze­stęp­com, ska­za­nym za udział w zor­ga­ni­zo­wa­nej gru­pie prze­stęp­czej o cha­rak­te­rze zbroj­nym.

Mapa za­gro­żeń

– W 2010 roku mie­li­śmy tyl­ko kil­ka udo­ku­men­to­wa­nych przy­pad­ków kra­dzie­ży za­byt­ków sa­kral­nych w ska­li ca­łe­go kra­ju. Kie­dy po­wsta­wa­li­śmy 20 lat temu, kra­dzie­ży w obiek­tach sa­kral­nych było 1500 rocz­nie i spo­rą ich część sta­no­wi­ły za­byt­ki – opo­wia­da Pio­trO­grodz­ki. – Ktoś oczy­wi­ście może po­wie­dzieć, że zbio­ry zo­sta­ły już tak prze­trze­bio­ne, iż nie ma co kraść. Ale tak nie jest. Je­śli cho­dzi o te­ren Ma­ło­pol­ski, to za­wsze na­le­żał on do naj­bar­dziej za­gro­żo­nych w Pol­sce. Ze wzglę­du na to, że z punk­tu wi­dze­nia prze­stęp­ców jest tam co pe­ne­tro­wać – ko­men­tu­je Kar­po­wicz.

Oczy­wi­ście, pla­ga kra­dzie­ży re­li­kwii do­ty­czy ca­łe­go świa­ta. Tyl­ko w ostat­nich kil­ku mie­sią­cach zra­bo­wa­no m.in. w Mo­skwie iko­nę-re­li­kwiarz św. Ser­giu­sza, a w Ma­dry­cie do­mnie­ma­ne reszt­ki krzy­ża Chry­stu­sa.

Czy za­byt­ki te od­naj­dą się, czy też prze­pad­ną gdzieś na czar­nym ryn­ku? I czy Lu­blin od­zy­ska swo­je re­li­kwie Krzy­ża Świę­te­go? Po­li­cjan­ci nie tra­cą na­dziei, że je od­naj­dą. Prę­dzej czy póź­niej, na Wscho­dzie bądź na Za­cho­dzie.

Adam Wen­tow­ski

Dzien­ni­karz „Fo­cu­sa Hi­sto­ria”, pu­bli­ko­wał m.in. w „Ty­go­dni­ku Po­wszech­nym”, „Zwier­cia­dle” oraz „Me­tro­po­lu” Spe­cja­li­zu­je się w nie­roz­wią­za­nych za­gad­kach hi­sto­rii i pol­skich wąt­kach w kul­tu­rze ma­so­wej.

Zew krwi ka­me­le­ona,czy­li se­ryj­ni za­bój­cyznad Wi­sły

Jesz­cze kil­ka lat temu po­li­cja za­pew­nia­ła, że pro­blem se­ryj­nych mor­der­ców u nas nie ist­nie­je. Dziś, choć ofi­cjal­nie nadal ich nie ma, funk­cjo­na­riu­sze są w tej kwe­stii o wie­le bar­dziej ostroż­ni.

Ra­fał Za­lew­ski

Okre­śle­nia „se­ryj­ny” na­le­ży uży­wać z roz­wa­gą. Nie wol­no nim sza­fo­wać, jak czę­sto ro­bią to me­dia. Cza­sem na po­zór oczy­wi­ste i ła­twe do sko­ja­rze­nia fak­ty oka­zu­ją się znacz­nie bar­dziej skom­pli­ko­wa­ne… i o wie­le mniej sen­sa­cyj­ne – mówi Ma­riusz So­ko­łow­ski z Ko­men­dy Głów­nej Po­li­cji.

– Jesz­cze rok temu dzien­ni­ka­rze twier­dzi­li, że w Zie­lo­nej Gó­rze gra­su­je se­ryj­ny gwał­ci­ciel – nie­uchwyt­ny i wy­jąt­ko­wo bru­tal­ny. Na­zy­wa­no go na­wet „lu­bu­skim wam­pi­rem”. Dziś wie­my, że wie­le z opi­sy­wa­nych wów­czas zda­rzeń nig­dy nie mia­ło miej­sca. Z ca­łej tej se­ryj­no­ści wła­ści­wie też nic nie zo­sta­ło.

A jed­nak se­ryj­ni za­bój­cy nie są tyl­ko wy­my­słem hol­ly­wo­odz­kich sce­na­rzy­stów i żąd­nych krwi dzien­ni­ka­rzy. To lu­dzie z krwi i ko­ści. W do­dat­ku ci, któ­rych naj­mniej by­śmy o to po­dej­rze­wa­li. Są wo­kół nas.

W naj­bliż­szym oto­cze­niu se­ryj­ni mor­der­cy czę­sto funk­cjo­nu­ją jako „uczci­wi, po­rząd­ni” lu­dzie. – Mają ro­dzi­ny – za­pew­nia prof. Boh­dan Wa­si­lew­ski, psy­chia­tra. – Są przy­kład­ny­mi mę­ża­mi, wy­cho­wu­ją dzie­ci. Emo­cje kłę­bią się w ich wnę­trzu w spo­sób zu­peł­nie nie­zau­wa­żal­ny dla in­nych. Aż do chwi­li, w któ­rej sami po­zwo­lą im zna­leźć uj­ście – na miej­scu zbrod­ni. Czę­sto bar­dzo od­da­lo­nym od miej­sca, w któ­rym pro­wa­dzą nor­mal­ne ży­cie.

Samo mor­der­stwo to ry­tu­ał, któ­ry prze­bie­ga nie­mal za­wsze w taki sam spo­sób. Je­śli śled­czy nie do­strze­że tego spo­so­bu, nie ma szans, aby za­po­biec ko­lej­nym śmier­ciom. To wła­śnie mo­dus ope­ran­di – sche­mat dzia­ła­nia spraw­cy po­zwa­la stwier­dzić, że sta­je­my do wy­ści­gu z se­ryj­nym za­bój­cą. Aby to zro­bić, trze­ba jed­nak umie­jęt­nie ko­ja­rzyć fak­ty. I uwie­rzyć, że tacy za­bój­cy na­praw­dę ist­nie­ją.

Na­śla­dow­cy Ka­ro­la Kota

Naj­słyn­niej­si pol­scy se­ryj­ni mor­der­cy dzia­ła­li jesz­cze w cza­sach ko­mu­ni­stycz­nych. Na­zwi­ska ta­kie jak Zdzi­sław Mar­chwic­ki, Ka­rol Kot i Bog­dan Ar­nold zna­ne są każ­de­mu, kto choć tro­chę in­te­re­su­je się te­ma­ty­ką kry­mi­nal­ną. O ile w przy­pad­ku tego pierw­sze­go kwe­stia winy lub nie­win­no­ści po la­tach bu­dzi kon­tro­wer­sje, to hi­sto­rie po­zo­sta­łych do dziś przy­pra­wia­ją o dresz­cze. Wszy­scy trzej zo­sta­li ska­za­ni na karę śmier­ci. Wy­ro­ki wy­ko­na­no, a spo­łe­czeń­stwo ode­tchnę­ło z ulgą. Tym sa­mym roz­dział do­ty­czą­cy se­ryj­nych za­bój­ców zo­stał w pol­skiej kry­mi­na­li­sty­ce raz na za­wsze za­mknię­ty. Są jed­nak spra­wy, któ­re aż krzy­czą, żeby go po­now­nie otwo­rzyć.

We wrze­śniu 1993 roku w cen­trum Za­ko­pa­ne­go zna­le­zio­no zwło­ki mło­dej ko­bie­ty. Była w szó­stym mie­sią­cu cią­ży. Przed śmier­cią zgwał­co­no ją przy uży­ciu kija oraz bu­tel­ki. Po­nad­to ofia­rę bito i tor­tu­ro­wa­no. – To było wy­jąt­ko­wo ma­ka­brycz­ne zna­le­zi­sko – mówi bio­rą­cy udział w śledz­twie po­li­cjant. – Cia­ło mia­ło kil­ka­na­ście ran – w róż­nych miej­scach, za­da­nych róż­ny­mi na­rzę­dzia­mi. Naj­po­waż­niej­sze znaj­do­wa­ły się na klat­ce pier­sio­wej. Ale nas naj­bar­dziej za­in­te­re­so­wa­ła rana pod­udzia. Był tam wy­rwa­ny ka­wa­łek cia­ła. Tak, jak­by ktoś wbił jej coś w nogę, a póź­niej po­cią­gnął w dół. By­li­śmy zdez­o­rien­to­wa­ni, bo nie za bar­dzo wie­dzie­li­śmy, czym ta­kie ob­ra­że­nia moż­na by za­dać. Kie­dy skon­sul­to­wa­li­śmy się z bie­gły­mi, oka­za­ło się, że był to hak.

Na­stęp­ne­go dnia po za­bój­stwie w Za­ko­pa­nem miał miej­sce ko­lej­ny atak. W po­bli­żu dwor­ca znów na­pad­nię­ta zo­sta­ła mło­da ko­bie­ta. Spraw­ca użył haka, za­wie­szo­ne­go na łań­cu­chu dłu­go­ści jed­ne­go me­tra. Tym ra­zem ofie­rze uda­ło się uciec. Nig­dy jed­nak nie zgło­si­ła się na po­li­cję. W cią­gu ko­lej­nych ty­go­dni wy­da­rzy­ły się trzy iden­tycz­ne na­pa­dy. Wszyst­kie w re­jo­nie Rów­ni Kru­po­wej – w ści­słym cen­trum mia­sta. W Za­ko­pa­nem za­pa­no­wa­ła psy­cho­za stra­chu. Wśród miesz­kań­ców bły­ska­wicz­nie ro­ze­szła się plot­ka, że w oko­li­cy gra­su­je se­ryj­ny za­bój­ca. – Przy prze­stęp­stwie po­peł­nio­nym na tle sek­su­al­nym za­wsze trze­ba li­czyć się z tym, że to po­czą­tek se­rii. Po­wód jest pro­sty – seks, tak jak od­ży­wia­nie się, jest czyn­no­ścią, któ­rą czło­wiek po­wta­rza – mówi ko­lej­ny śled­czy i do­da­je: – Tu­taj w kla­sycz­ny spo­sób mie­li­śmy do czy­nie­nia z po­lo­wa­niem. Pod­cho­dził do ja­kiejś ko­bie­ty, wy­cią­gał z rę­ka­wa kurt­ki łań­cuch i ata­ko­wał ją ha­kiem. Gdy­by miał do­świad­cze­nie, od tego mo­men­tu kon­tro­lo­wał­by już całą sy­tu­ację. Na szczę­ście do­pie­ro za­czy­nał. Dzię­ki temu po­zo­sta­łym dziew­czy­nom uda­ło się prze­żyć.

Lo­kal­ne me­dia nada­ły sza­leń­co­wi pseu­do­nim „Ha­ko­wy”. Ale po nie­uda­nych pró­bach za­bójstw jego ata­ki z dnia na dzień nie­ocze­ki­wa­nie usta­ły. Przez 11 lat spra­wa za­bój­cy owia­na była ta­jem­ni­cą. Aż do paź­dzier­ni­ka 2004 roku, kie­dy to na po­li­cję zgło­si­ła się jego żona. „Ha­ko­wym” oka­zał się Piotr S. – sza­no­wa­ny i lu­bia­ny po­wszech­nie miesz­ka­niec Kru­pó­wek. Mąż, oj­ciec, żar­li­wie prak­ty­ku­ją­cy ka­to­lik. Gdy­by nie zwie­rzył się swo­jej ro­dzi­nie, do dziś po­zo­sta­wał­by na wol­no­ści.

Skó­rza­ny płaszcz z Wi­sły

7 stycz­nia 1999 roku w Kra­ko­wie, w tur­bi­nę pły­ną­cej po Wi­śle bar­ki wkrę­cił się ma­ka­brycz­ny pa­ku­nek. Był to frag­ment ludz­kiej skó­ry. Po­zba­wio­ny tkan­ki tłusz­czo­wej i ide­al­nie wy­pre­pa­ro­wa­ny. Kształ­tem przy­po­mi­nał płaszcz lub dam­skie body. Zu­peł­nie jak­by mor­der­ca za­kła­dał go na sie­bie, jed­no­cząc się w ten spo­sób z ofia­rą. Ty­dzień póź­niej w po­bli­żu po­ło­żo­nej nie­opo­dal elek­trow­ni wod­nej od­na­le­zio­no ludz­ką nogę oraz skraw­ki ko­bie­ce­go ubra­nia. Ba­da­nia DNA po­twier­dzi­ły, że to szcząt­ki tej sa­mej oso­by. Po kil­ku ty­go­dniach śledz­twa uda­ło się usta­lić, że ofia­ra to 23-let­nia Ka­ta­rzy­na Z. – stu­dent­ka re­li­gio­znaw­stwa na Uni­wer­sy­te­cie Ja­giel­loń­skim. Na tym jed­nak usta­le­nia śled­czych w za­sa­dzie się koń­czą.

Spo­sób, w jaki dzia­łał spraw­ca, wy­raź­nie su­ge­ru­je, że mamy do czy­nie­nia z mor­der­cą se­ryj­nym. Ta­kim, któ­ry za­bi­ja na chłod­no. Do­kład­nie ob­my­śla­jąc i pla­nu­jąc wszyst­kie swo­je po­czy­na­nia. Świad­czy o tym cho­ciaż­by fakt nie­zwy­kle pre­cy­zyj­ne­go, fa­cho­we­go wręcz ze­rwa­nia skó­ry ze zwłok. Opa­no­wa­nie i umie­jęt­no­ści, ja­ki­mi się wy­ka­zał, wpra­wi­ły w osłu­pie­nie na­wet po­pro­szo­nych o po­moc w śledz­twie ame­ry­kań­skich eks­per­tów. Zu­peł­nie jak­by opraw­ca ro­bił to po raz set­ny.

Pro­blem w tym, że mimo upły­wu lat pol­ska po­li­cja nig­dy wię­cej nie spo­tka­ła się z ni­czym po­dob­nym. Żad­nych ko­lej­nych skór. Nie ozna­cza to jed­nak, że ta­kich nie ma. Rów­nie do­brze mor­der­ca mógł wpaść na po­mysł ukry­wa­nia ich bar­dziej sku­tecz­nie. Nie­wy­klu­czo­ne, że sam nie­cier­pli­wie cze­ka te­raz na ich od­na­le­zie­nie. – To moż­li­we – mówi prof. Ho­łyst.

– Może go to na­pa­wać py­chą, nie­mal ra­do­ścią. Czu­je, że jest kimś. Że się wy­bił. Za­słu­gu­je na wiel­kie uzna­nie, bo do­ko­nał cze­goś, co aż tak bul­wer­su­je opi­nię pu­blicz­ną.

Se­ryj­ni mor­der­cy po­tra­fią być jak ka­me­le­ony. Umie­ją wto­pić się w tłum i mie­sią­ca­mi cze­kać na od­po­wied­ni mo­ment do ata­ku. Aby zmy­lić po­ścig, w po­szu­ki­wa­niu ofiar czę­sto za­pusz­cza­ją się w re­jo­ny bar­dzo od­le­głe od miejsc, w któ­rych żyją na co dzień.

W ten spo­sób znaj­du­ją się poza kon­tek­stem. Zbrod­nia gubi mo­tyw, a po­li­cja sta­je przed po­waż­nym pro­ble­mem.

17 czerw­ca 1994 roku wę­dru­ją­cy po le­sie w po­bli­żu Gdań­ska grzy­biarz za­uwa­żył dry­fu­ją­cy w za­la­nym wodą żwi­ro­wi­sku ju­to­wy wo­rek. Wy­sta­wa­ła z nie­go ludz­ka noga. We­zwa­na na miej­sce po­li­cja stwier­dzi­ła, że w środ­ku znaj­du­ją się zwło­ki 18-let­niej Ju­sty­ny W. Dziew­czy­na za­gi­nę­ła trzy dni wcze­śniej. Je­den ze świad­ków wi­dział ją, jak ła­pa­ła oka­zję – 35 km od miej­sca, w któ­rym przy­szło jej zgi­nąć. Dziew­czy­nę zwią­za­no, a póź­niej bru­tal­nie zgwał­co­no. Na ko­niec mor­der­ca udu­sił ją i po­rzu­cił jej zwło­ki. Ten sam sche­mat po­wtó­rzył się nie­ca­ły rok póź­niej.

Sie­dem­na­sto­let­nia Ewa M. mia­ła do przej­ścia za­le­d­wie oko­ło 500 me­trów. Szła do szko­ły. Ale ją rów­nież za­uwa­żo­no wsia­da­ją­cą do nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­ne­go do dziś auta. Po­dob­nie jak po­przed­nicz­ka znik­nę­ła oko­ło go­dzi­ny 10. W bia­ły dzień, w po­bli­żu ru­chli­wej tra­sy. Mimo to mor­der­cy uda­ło się po­zo­stać nie­zau­wa­żo­nym. Cia­ło Ewy od­na­le­zio­no po kil­ku­na­stu mie­sią­cach na dzi­kim wy­sy­pi­sku śmie­ci, w od­da­lo­nym od za­bu­do­wań le­sie. Dziew­czy­na była iden­tycz­nie udu­szo­na i skrę­po­wa­na. Po­dob­nie jak w pierw­szym przy­pad­ku za­bój­ca ob­lekł jej zwło­ki w ju­to­wy wo­rek.

– Mó­wie­nie o se­ryj­nym mor­der­cy jako spraw­cy tych za­bójstw, by­ło­by zbyt po­chop­ne – za­strze­ga Jan Ko­ściuk z Ko­men­dy Wo­je­wódz­kiej Po­li­cji w Gdań­sku. – Fak­tem jest, że oby­dwa za­bój­stwa łą­czy wie­le szcze­gó­łów, wie­le jed­nak rów­nież je róż­ni. Nie mogę o nich mó­wić ze wzglę­du na do­bro śledz­twa. Wciąż moż­li­wych jest jed­nak wie­le hi­po­tez. Rów­nież i ta, że oby­dwie zbrod­nie to dzie­ło zu­peł­nie nie­zwią­za­nych ze sobą osób.

Rze­czy­wi­ście – do­pó­ki trwa śledz­two, w spra­wie teo­re­tycz­nie zda­rzyć może się wszyst­ko. W prak­ty­ce, praw­do­po­do­bień­stwo wy­stą­pie­nia dwóch przy­pad­ko­wych, tak zbli­żo­nych do sie­bie za­bójstw jest jed­nak wła­ści­wie bli­skie zera.

Czas dzia­ła na ich ko­rzyść

Jed­nym z naj­więk­szych utrud­nień w chwy­ta­niu se­ryj­nych mor­der­ców jest upływ cza­su po­mię­dzy po­szcze­gól­ny­mi udo­ku­men­to­wa­ny­mi przez po­li­cję za­bój­stwa­mi. W przy­pad­ku kra­kow­skiej skó­ry i gdań­skie­go du­si­cie­la od zbrod­ni mi­nę­ło już kil­ka­na­ście lat. Spra­wy te są wpraw­dzie nie­ustan­nie ana­li­zo­wa­ne przez spe­cjal­ne gru­py śled­cze, tzw. Ar­chi­wa X, ale je­że­li ja­kimś cu­dem nie wpad­ną one na trop ko­lej­nych ciał, szan­se na wy­ja­śnie­nie mor­derstw z każ­dym ro­kiem co­raz bar­dziej ma­le­ją. Moż­na też za­ło­żyć, że je­śli spraw­ca żyje, prę­dzej czy póź­niej ude­rzy zno­wu.

Se­ryj­ny za­bój­ca może po­zo­sta­wać w uśpie­niu na­wet przez dwie de­ka­dy. W tym cza­sie za­kła­da ma­skę. Żyje i za­cho­wu­je się jak cał­ko­wi­cie zwy­czaj­ny czło­wiek. Nie­jed­no­krot­nie zmie­nia miej­sca za­miesz­ka­nia, umy­ka­jąc tro­pią­cym go śled­czym. Wie­lu fan­ta­zju­je o dniu, w któ­rym na­stęp­ny mord sta­nie się fak­tem. Ob­my­śla szcze­gó­ły – tak, aby w de­cy­du­ją­cej chwi­li nie po­peł­nić żad­ne­go błę­du. – Kie­dy przy­stę­pu­ją do ko­lej­ne­go mor­du, mają już w gło­wie jego kon­kret­ny ob­raz. Wie­dzą, cze­go chcą i jak to osią­gnąć – twier­dzi dr Jan Go­łę­biow­ski, były po­li­cyj­ny psy­cho­log i do­świad­czo­ny pro­fi­ler.

Bar­dzo moż­li­we, że wła­śnie z taką sy­tu­acją ze­tknę­li się sto­łecz­ni po­li­cjan­ci kil­ka lat temu.

2 sierp­nia 2006 roku dwój­ka ba­wią­cych się w Par­ku Bród­now­skim dzie­ci do­ko­na­ła ma­ka­brycz­ne­go od­kry­cia. W po­bli­skich za­ro­ślach znaj­do­wa­ły się na­gie zwło­ki ko­bie­ty. Cia­ło było już w sta­nie roz­kła­du. Mimo to dało się z nie­go od­czy­tać wie­le na te­mat spraw­cy. – Oka­za­ło się, że mamy do czy­nie­nia z ko­bie­tą w wie­ku od 40 do 60 lat. Była przy­wią­za­na do drze­wa. Mor­der­ca wręcz ją wo­kół nie­go owi­nął – wspo­mi­na pro­wa­dzą­cy do­cho­dze­nie funk­cjo­na­riusz.

– Wi­dać było, że pa­no­wał nad nią dłuż­szy czas. Bił na róż­ne wy­ra­fi­no­wa­ne spo­so­by. Praw­do­po­dob­nie świet­nie się ba­wił, słu­cha­jąc, jak bła­ga o li­tość. Na ko­niec roz­szar­pał jej na­rzą­dy rod­ne ja­kimś ostrym na­rzę­dziem – czymś na kształt szpi­kul­ca – i po­zo­sta­wił, żeby się wy­krwa­wi­ła. Moż­li­we, że pa­trzył, jak umie­ra­ła.

SE­RYJ­NY TO…

We­dług ty­po­lo­gii FBI mor­der­ca se­ryj­ny to ten, któ­ry w okre­ślo­nych od­stę­pach cza­su do­ko­nał co naj­mniej trzech za­bójstw. W swo­jej dzia­łal­no­ści po­słu­gu­je się pew­ną me­to­do­lo­gią – stwo­rzo­nym przez sie­bie sys­te­mem, obej­mu­ją­cym za­rów­no wy­bór ofia­ry, jak i mniej lub bar­dziej zło­żo­ny pro­ces póź­niej­szej zbrod­ni.

Za­bi­ja dla przy­jem­no­ści – by za­spo­ko­ić po­pęd. Póź­niej, jak gdy­by nig­dy nic, wra­ca do nor­mal­ne­go ży­cia. – Nie moż­na jed­no­znacz­nie stwier­dzić, kim są te oso­by. Re­pre­zen­tu­ją bo­wiem róż­ne śro­do­wi­ska i róż­ne oso­bo­wo­ści – mówi kry­mi­no­log prof. Bru­non Ho­łyst.

– Łą­czy ich to, że bar­dzo szyb­ko mor­do­wa­nie sta­je się dla nich nie­zbęd­ne do ży­cia. De­lek­tu­ją się nim. Nie­jed­no­krot­nie prze­cią­ga­ją je w cza­sie i po­wo­du­ją nie­wy­obra­żal­ne wręcz cier­pie­nia ofiar.

Ofia­rą oka­za­ła się ko­czu­ją­ca na Dwor­cu Cen­tral­nym bez­dom­na. Nie było żad­nych świad­ków – nikt nie po­tra­fił po­wie­dzieć, z kim i dla­cze­go zna­la­zła się na miej­scu zbrod­ni. Kie­dy śled­czy roz­po­czę­li ana­li­zę, oka­za­ło się, że do po­dob­nych mor­derstw do­cho­dzi­ło w par­ku już wcze­śniej. W 2000 roku zna­le­zio­na zo­sta­ła tam inna bez­dom­na. Wszyst­ko wy­glą­da­ło nie­mal