Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 345 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 8 godz. 27 min Lektor: Anna Gajewska

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 8 godz. 27 min Lektor: Anna Gajewska

Opis ebooka Za kogo ty się uważasz? - Alice Munro

Nagroda Governor General's Award

Rose pochodzi z biedniejszej części Ontario. Mieszka z ojcem i macochą Flo w domu na tyłach należącego do rodziny sklepu meblowego. Jako dziecko z niechęcią i strachem obserwuje życie mieszkańców swojego miasta. Potem ucieka, by zacząć studia w Toronto, wyjść za mąż i podjąć pracę zawodową. I przez cały czas próbuje odpowiedzieć na zawarte w tytule książki pytanie, które w dzieciństwie usłyszała od macochy. Dziesięć powiązanych ze sobą opowiadań, z których każde tworzy samodzielną, kunsztownie zbudowaną całość, składa się na poruszającą i przenikliwą opowieść o dojrzewaniu.

 

Pisarka pozostawia [bohaterów] w poczekalni, bez ostatecznych rozstrzygnięć. Tajemnica się nie rozwiązuje, psikusów się nie wybacza, miłość nie wybucha na nowo, a ci, którzy dali się nabrać, nie udają, że nic się nie stało. Samo życie czy literatura?

Juliusz Kurkiewicz, „Zeszyty Literackie"

 

Kameralna, a zarazem społeczna, wyrafinowana w swej prostocie, wieloznaczna, inteligentna proza.

Eliza Szybowicz, dwutygodnik.com

 

Munro posiada niezwykły dar przemieniania rzeczy pozornie pozbawionych wartości - „anegdotycznych" - w literaturę; [...] jej opowieści o domowych tragikomediach mają niezwykłą głębię.

Joyce Carol Oates

 

Jeśli pisarzy można podzielić na bezlitosnych i uprzejmych, Munro sytuuje się poza tym podziałem. Potrafi współczuć, ale nie popada w sentymentalizm. Przypomina, że nie ma prostych rozwiązań. Istnieje szczęście i rozpacz, a pomiędzy - cała gama uczuć; ogląd świata opierający się na tylko jednym z nich jest fragmentaryczny i niepełny.

Michael Cunningham

 

Jedną z wielu rzeczy, które Munro robi tak dobrze, to zderzanie ludzkich oczekiwań z tym, jak faktycznie układa się życie. Szukamy oparcia w stałych punktach dnia. Słońce znów wzejdzie, pan Brown znów otworzy sklep i będzie sprzedawał mleko. A w opowiadaniach Munro bohater wchodzi do mieszkania i odkrywa, że ktoś został zamordowany.

Margaret Atwood

 

Jej pisarstwo opiera się na przyjemności opowiadania. [...] Munro mówi wprost do ciebie i do mnie, tu i teraz.

Jonathan Franzen

Opinie o ebooku Za kogo ty się uważasz? - Alice Munro

Fragment ebooka Za kogo ty się uważasz? - Alice Munro

Ali­ce Mun­ro

ZA KOGO TY SIĘ UWA­ŻASZ?

Prze­ło­ży­ła Elż­bie­ta Zy­cho­wicz

Wy­da­no z po­mo­cą fi­nan­so­wą

We ack­now­led­ge the sup­port of the Ca­na­da Co­un­cil for the Arts, which last year in­ve­sted $154 mil­lion to bring the arts to Ca­na­dians thro­ugho­ut the co­un­try.

Nous re­mer­cions le Con­se­il des arts du Ca­na­da de son so­utien. L’an der­nier, le Con­se­il a in­ve­sti 154 mil­lions de dol­lars pour met­tre de l’art dans la vie des Ca­na­dien­nes et des Ca­na­diens de tout le pays.

Ty­tuł ory­gi­na­łu: Who Do You Think You Are?

Co­py­ri­ght © Ali­ce Mun­ro 1978

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two W.A.B., 2012

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Wy­daw­nic­two W.A.B., 2012

Wy­da­nie I

War­sza­wa 2012

Dla G.Fn.

Królewskie lanie

Kró­lew­skie la­nie. Taka była obiet­ni­ca Flo. Do­sta­niesz kró­lew­skie la­nie.

Sło­wo „kró­lew­skie” za­wi­sa­ło na ję­zy­ku Flo, na­bie­ra­ło do­sto­jeń­stwa. Rose od­czu­wa­ła po­trze­bę wy­obra­ża­nia so­bie róż­nych sy­tu­acji, tro­pie­nia nie­do­rzecz­no­ści, sil­niej­szą niż po­trze­ba trzy­ma­nia się z dala od kło­po­tów, i za­miast wziąć so­bie tę groź­bę do ser­ca, za­sta­na­wia­ła się, jak wy­glą­da kró­lew­skie la­nie. Wy­obra­ża­ła so­bie ale­ję wy­sa­dza­ną drze­wa­mi, tłum ofi­cjal­nych wi­dzów, bia­łe ko­nie i czar­nych nie­wol­ni­ków. Ktoś klę­czał, krew jak czer­wo­na fla­ga. Wy­da­rze­nie ty­leż okrut­ne, co wspa­nia­łe. W re­al­nym ży­ciu było po­zba­wio­ne owej god­no­ści i tyl­ko Flo pró­bo­wa­ła nadać mu szla­chet­ną aurę wyż­szej ko­niecz­no­ści i żalu. Ale na to, co się dzia­ło mię­dzy Rose a oj­cem, nie dało się pa­trzeć.

Oj­ciec był mi­strzem kró­lew­skie­go la­nia. To, któ­re do­sta­wa­ła od Flo, nig­dy mu nie do­rów­ny­wa­ło. Były to je­dy­nie szyb­kie trzep­nię­cia i klap­sy, któ­re ma­co­cha wy­mie­rza­ła, ma­jąc gło­wę za­ję­tą czymś in­nym. Zejdź mi z dro­gi, ma­wia­ła. Pil­nuj swo­ich spraw. Prze­stań ro­bić miny.

Miesz­ka­li we czwór­kę na za­ple­czu skle­pu w Han­rat­ty, w On­ta­rio: Rose, jej oj­ciec, Flo i młod­szy, przy­rod­ni brat Rose, Brian. Wła­ści­wie sklep był czę­ścią domu, któ­ry ku­pi­li po ślu­bie ro­dzi­ce Rose i w któ­rym za­ło­ży­li mały warsz­tat zaj­mu­ją­cy się na­pra­wą me­bli i ta­pi­cer­stwem. Rose po­win­na była odzie­dzi­czyć po oboj­gu zręcz­ne pal­ce, wy­czu­cie ma­te­ria­łu i do­bre oko do wy­bo­ru naj­lep­sze­go spo­so­bu re­pe­ra­cji, lecz tak się nie sta­ło. Była nie­zdar­na, a gdy coś się po­tłu­kło, nie mo­gła się do­cze­kać, by wszyst­ko jak naj­prę­dzej po­sprzą­tać i wy­rzu­cić.

Jej mat­ka od daw­na już nie żyła. Pew­ne­go po­po­łu­dnia po­wie­dzia­ła do ojca Rose:

– Czu­ję się ja­koś dziw­nie, nie bar­dzo po­tra­fię to opi­sać. Zu­peł­nie jak­bym mia­ła w pier­si ugo­to­wa­ne na twar­do jaj­ko, z któ­re­go nie zdję­to sko­rup­ki.

Umar­ła przed za­pad­nię­ciem zmro­ku z po­wo­du za­to­ru płuc­ne­go. Rose była wte­dy nie­mow­lę­ciem, więc oczy­wi­ście nie mo­gła ni­cze­go pa­mię­tać. Usły­sza­ła całą hi­sto­rię od Flo, któ­ra z ko­lei sły­sza­ła ją za­pew­ne od ojca Rose. Flo po­ja­wi­ła się wkrót­ce po­tem, za­ję­ła się ma­lut­ką Rose, po­ślu­bi­ła jej ojca i otwo­rzy­ła skle­pik spo­żyw­czy w po­ko­ju od uli­cy. Rose, któ­ra zna­ła dom tyl­ko w obec­nej po­sta­ci, ze skle­pem, i Flo jako mat­kę, wy­obra­ża­ła so­bie tych szes­na­ście mie­się­cy, któ­re spę­dzi­li tu­taj ro­dzi­ce, jak na spo­koj­ny, znacz­nie mil­szy i bar­dziej uro­czy­sty czas, prze­ży­ty na­wet w pew­nym do­stat­ku. Nie zo­sta­ło jej po mat­ce nic poza kil­ko­ma kie­lisz­ka­mi do ja­jek z de­li­kat­nym wzor­kiem w ptasz­ki i pędy wi­no­ro­śli, jak gdy­by na­ma­lo­wa­nym de­li­kat­ną kre­ską czer­wo­nym atra­men­tem, któ­ry to wzo­rek za­czy­nał się już co­raz bar­dziej za­cie­rać. Żad­nych ksią­żek, ubrań ani zdjęć. Oj­ciec mu­siał po­zbyć się wszyst­kie­go, a może zro­bi­ła to Flo. Je­dy­na opo­wieść Flo o mat­ce Rose, ta o jej śmier­ci, była dziw­nie oględ­na, mimo że Flo lu­bi­ła do­kład­ne re­la­cje o umie­ra­niu – co lu­dzie wte­dy mó­wi­li, jak pro­te­sto­wa­li, pró­bo­wa­li wstać z łóż­ka albo prze­kli­na­li, cza­sa­mi się śmia­li (nie­któ­rzy tak wła­śnie się za­cho­wy­wa­li). Kie­dy jed­nak opo­wia­da­ła, jak mat­ka Rose wspo­mnia­ła o ugo­to­wa­nym na twar­do jaj­ku w pier­si, w jej ustach to po­rów­na­nie brzmia­ło nie­zbyt mą­drze, jak gdy­by jej po­przed­nicz­ka fak­tycz­nie była oso­bą, któ­ra my­śla­ła, że moż­na po­łknąć jaj­ko w ca­ło­ści.

Oj­ciec miał za skle­pem szo­pę, w któ­rej pra­co­wał nad na­pra­wą i re­no­wa­cją me­bli. Wy­pla­tał sie­dze­nia i opar­cia krze­seł, re­pe­ro­wał wy­ro­by z wi­kli­ny, wy­peł­niał pęk­nię­cia, wsta­wiał z po­wro­tem nogi, a wszyst­ko to w spo­sób god­ny po­dzi­wu, zręcz­nie i ta­nio. To była jego duma – za­ska­ki­wać lu­dzi tak mi­ster­ną ro­bo­tą, tak umiar­ko­wa­ny­mi, wręcz śmiesz­ny­mi ce­na­mi. W cza­sach Wiel­kie­go Kry­zy­su lu­dzi być może nie było stać na to, by pła­cić wię­cej, ale on po­stę­po­wał tak samo pod­czas woj­ny, a na­stęp­nie w la­tach do­bro­by­tu po woj­nie, aż do sa­mej śmier­ci. Nig­dy nie roz­ma­wiał z Flo o tym, ile ko­muś po­li­czył czy ile mu się jesz­cze na­le­ży. Po śmier­ci męża Flo we­szła do szo­py i po­zdej­mo­wa­ła z du­żych, groź­nie wy­glą­da­ją­cych ha­ków, któ­re słu­ży­ły mu za kar­to­te­kę, roz­ma­ite skraw­ki pa­pie­ru i po­dar­te ko­per­ty. Zna­la­zła wśród nich wie­le kar­te­lusz­ków, któ­re nie były ra­chun­ka­mi ani po­kwi­to­wa­nia­mi, lecz luź­ny­mi no­tat­ka­mi o po­go­dzie, za­pi­ska­mi do­ty­czą­cy­mi ogro­du, spraw, któ­re po­ru­szy­ły go na tyle, że po­sta­no­wił je utrwa­lić na pa­pie­rze.

Ja­dłem mło­de ziem­nia­ki 25 czerw­ca. Re­kord.

Czar­ny Dzień w 1880 roku, nic nad­przy­ro­dzo­ne­go.

Chmu­ry po­pio­łu z po­ża­rów la­sów.

16 sierp­nia 1938 roku. Gwał­tow­na bu­rza.

Pio­run ude­rzył w ko­ściół pre­zbi­te­riań­ski

w gmi­nie Tur­ber­ry. Wola Bo­ska?

Spa­rzy­łem tru­skaw­ki, by usu­nąć kwas.

Wszyst­kie rze­czy są żywe. Spi­no­za.

Flo my­śla­ła, że Spi­no­za to pew­nie ja­kieś nowe wa­rzy­wo, któ­re jej mąż za­mie­rzał ho­do­wać, w ro­dza­ju bro­ku­łu czy ba­kła­ża­na. Czę­sto eks­pe­ry­men­to­wał. Po­ka­za­ła kar­tecz­kę Rose i spy­ta­ła ją, czy wie, co to ta­kie­go Spi­no­za. Rose wie­dzia­ła, a przy­najm­niej mia­ła po­ję­cie – była wte­dy na­sto­lat­ką – lecz od­par­ła, że nie wie. Osią­gnę­ła wiek, gdy wy­da­wa­ło się jej, że nie znie­sie żad­nych wię­cej wia­do­mo­ści o ojcu albo o Flo. Od­py­cha­ła od sie­bie wszel­kie od­kry­cia z za­kło­po­ta­niem i lę­kiem.

W szo­pie znaj­do­wał się piec i mnó­stwo pół­ek z su­ro­we­go drew­na, za­peł­nio­nych pusz­ka­mi far­by i po­li­tu­ry, bez­barw­ne­go la­kie­ru i ter­pen­ty­ny, sło­ików, w któ­rych mo­czy­ły się pędz­le. Sta­ło tam rów­nież kil­ka ciem­nych, lep­kich bu­te­lek sy­ro­pu prze­ciw­kasz­lo­we­go. Dla­cze­go czło­wiek, któ­re­go drę­czył upo­rczy­wy ka­szel i któ­ry na­wą­chał się gazu pod­czas woj­ny (za cza­sów naj­wcze­śniej­sze­go dzie­ciń­stwa Rose na­zy­wa­nej nie pierw­szą, lecz ostat­nią), spę­dzał całe dni, wdy­cha­jąc opa­ry far­by i ter­pen­ty­ny? Wte­dy ta­kich py­tań nie za­da­wa­no tak czę­sto jak obec­nie. Na ław­ce przed skle­pem Flo sia­dy­wa­ło paru star­szych męż­czyzn z po­bli­skich do­mów. Plot­ko­wa­li, od cza­su do cza­su przy­sy­pia­jąc w słoń­cu, nie­któ­rzy z nich rów­nież bez prze­rwy ka­sła­li. Fak­tem jest, że po­wo­li i nie­po­strze­że­nie umie­ra­li na scho­rze­nie na­zy­wa­ne bez szcze­gól­ne­go po­czu­cia krzyw­dy „cho­ro­bą od­lew­ni­ków”. Przez całe swo­je ży­cie pra­co­wa­li w od­lew­ni w mia­stecz­ku, a te­raz sie­dzie­li bez ru­chu, z po­żół­kły­mi, wy­mi­ze­ro­wa­ny­mi twa­rza­mi, kasz­ląc, chi­cho­cząc, bez­sen­sow­nie wy­mie­nia­jąc spro­śne uwa­gi na te­mat prze­cho­dzą­cych ko­biet lub mło­dych dziew­czyn na ro­we­rze.

Z szo­py do­bie­gał nie tyl­ko ka­szel, lecz rów­nież mę­ski głos, nie­ustan­ne mam­ro­ta­nie, peł­ne wy­rzu­tu lub po­krze­pia­ją­ce, zwy­kle nie da­wa­ło się roz­róż­nić słów. Wol­niej­sze, gdy oj­ciec miał do wy­ko­na­nia ja­kąś szcze­gól­nie trud­ną pra­cę, co­raz szyb­sze, gdy pra­ca nie wy­ma­ga­ła spe­cjal­ne­go wy­sił­ku, jak na przy­kład szli­fo­wa­nie pa­pie­rem ścier­nym czy ma­lo­wa­nie. Mo­men­ta­mi prze­bi­ja­ły się po­je­dyn­cze sło­wa, wy­raź­ne i bez­sen­sow­ne, za­wi­sa­jąc w po­wie­trzu. Gdy so­bie uprzy­tam­niał, że mu się wy­rwa­ły, szyb­ko po­kry­wał je kasz­lem, po czym za­pa­da­ła czuj­na, nie­zwy­kła ci­sza.

– Ma­ka­ron, pep­pe­ro­ni, Bot­ti­cel­li, fa­so­la...

Co to mo­gło zna­czyć? Rose po­wta­rza­ła so­bie te sło­wa, ale nie mo­gła go za­py­tać. Czło­wiek, któ­ry je wy­po­wia­dał, nie był tą samą oso­bą co jej oj­ciec, cho­ciaż zda­wa­li się zaj­mo­wać tę samą prze­strzeń. By­ło­by w ab­so­lut­nie złym to­nie za­uwa­żyć ko­goś, kogo nie po­win­no tam być; wprost nie­wy­ba­czal­ne. Krę­ci­ła się więc w po­bli­żu i słu­cha­ła.

Pew­ne­go razu sły­sza­ła, jak mówi: „To­ną­ce w chmu­rach wie­że”.

– To­ną­ce w chmu­rach wie­że, wspa­nia­łe pa­ła­ce.

Rose mia­ła wra­że­nie, jak gdy­by czy­jaś dłoń klep­nę­ła ją po pier­si, nie po to, by spra­wić jej ból, lecz by ją za­sko­czyć, po­zba­wić na chwi­lę tchu. Wte­dy mu­sia­ła ucie­kać stam­tąd jak naj­da­lej. Wie­dzia­ła, że dość już usły­sza­ła, a poza tym, gdy­by tak ją przy­ła­pał? To by­ło­by strasz­ne.

Po­dob­nie mia­ła się spra­wa z od­gło­sa­mi do­bie­ga­ją­cy­mi z ła­zien­ki. Flo odło­ży­ła tro­chę pie­nię­dzy i po­sta­no­wi­ła urzą­dzić w domu ła­zien­kę, ale nig­dzie nie było na nią miej­sca, poza je­dy­nym ką­tem w kuch­ni. Drzwi się nie do­my­ka­ły, ścia­ny były z pły­ty pil­śnio­wej. W re­zul­ta­cie ci, któ­rzy coś ro­bi­li w kuch­ni, roz­ma­wia­li czy je­dli, sły­sze­li na­wet sze­lest od­dzie­ra­ne­go ka­wał­ka pa­pie­ru to­a­le­to­we­go lub szu­ra­nie po­ślad­ków po de­sce se­de­so­wej. Wszy­scy zna­li na­wza­jem swo­je od­gło­sy, nie tyl­ko w naj­bar­dziej wy­bu­cho­wych mo­men­tach, lecz na­wet in­tym­ne wes­tchnie­nia, po­mru­ki, skar­gi i prze­mo­wy. A że wszy­scy byli ogrom­nie pru­de­ryj­ni, uda­wa­li, że nic nie sły­szą albo nie słu­cha­ją, i nie ro­bi­li żad­nych uwag. Nie łą­czy­li wy­cho­dzą­cej z ła­zien­ki oso­by z kimś wy­da­ją­cym tam­te dźwię­ki.

Miesz­ka­li w ubo­giej dziel­ni­cy mia­sta. Było Han­rat­ty i West Han­rat­ty, prze­dzie­lo­ne rze­ką. Oni mie­li dom w West Han­rat­ty. Spo­łecz­ność Han­rat­ty była bar­dzo zróż­ni­co­wa­na, po­cząw­szy od le­ka­rzy róż­nych spe­cjal­no­ści i praw­ni­ków, a skoń­czyw­szy na od­lew­ni­kach, ro­bot­ni­kach i wo­za­kach, po­wo­żą­cych plat­for­ma­mi trans­por­to­wy­mi. W West Han­rat­ty ta roz­pię­tość była dużo mniej­sza – od ro­bot­ni­ków i od­lew­ni­ków do du­żych utra­cju­szow­skich ro­dzin se­zo­no­wych prze­myt­ni­ków al­ko­ho­lu, pro­sty­tu­tek i nie­udol­nych zło­dziei. W po­ję­ciu Rose jej ro­dzi­na sta­ła okra­kiem nad rze­ką i nie na­le­ża­ła ani tu, ani tu, ale nie była to praw­da. Ich sklep znaj­do­wał się jed­nak na te­re­nie West Han­rat­ty, na sa­mym koń­cu głów­nej uli­cy. Na­prze­ciw­ko była kuź­nia, za­bi­ta de­ska­mi od po­cząt­ku woj­ny, oraz dom, w któ­rym kie­dyś mie­ścił się inny sklep. Z fron­to­wej wy­sta­wy do tej pory nie zdję­to szyl­du „Sa­la­da Tea”. Po­zo­stał wy­łącz­nie jako dum­na i in­te­re­su­ją­ca de­ko­ra­cja, w środ­ku bo­wiem nie sprze­da­wa­no już her­ba­ty Sa­la­da. Był tam rów­nież ka­wa­łek chod­ni­ka, zbyt po­pę­ka­ny i po­chy­ły, żeby dało się po nim jeź­dzić na wrot­kach. Mimo to Rose ma­rzy­ła o wrot­kach i czę­sto wy­obra­ża­ła so­bie, jak śmi­ga na nich w spód­nicz­ce w szkoc­ką kra­tę, zwin­na i mod­na. Na uli­cy sta­ła je­dy­na la­tar­nia, bla­sza­ny kwiat; tu­taj udo­god­nie­nia się koń­czy­ły, da­lej były już tyl­ko grzą­skie grun­to­we dro­gi, po­dwór­ka przy­po­mi­na­ją­ce śmiet­ni­ska i dziw­nie wy­glą­da­ją­ce domy. Ów dziw­ny wy­gląd po­wo­do­wa­ły pró­by za­bez­pie­cze­nia ich przed cał­ko­wi­tym po­pad­nię­ciem w ru­inę. Przy nie­któ­rych nikt się o to nie sta­rał. Te były sza­re, zbu­twia­łe i po­chy­lo­ne, wto­pio­ne w kra­jo­braz pe­łen do­łów po­ro­śnię­tych krza­ka­mi, sta­wów z kum­ka­ją­cy­mi ża­ba­mi wśród szu­wa­rów i po­krzyw. Jed­nak­że więk­szość da­chów była za­ła­ta­na papą, kil­ko­ma no­wy­mi gon­ta­mi, ar­ku­sza­mi bla­chy, wy­kle­pa­ny­mi ru­ra­mi od pie­ców, a na­wet tek­tu­rą. Tak było oczy­wi­ście w cza­sach przed woj­ną, cza­sach, któ­re póź­niej ob­ro­sły le­gen­dą ogrom­nej bie­dy i z któ­rych Rose za­pa­mię­ta­ła przede wszyst­kim to, co było ni­sko – wiel­kie mro­wi­ska, drew­nia­ne scho­dy i ten za­mglo­ny, nie­pew­ny, ale cie­ka­wy świat.

Na po­cząt­ku mię­dzy Flo a Rose przez dłuż­szy czas pa­no­wał po­kój. Cha­rak­ter Rose roz­wi­jał się jak kol­cza­sty ana­nas, lecz po­wo­li i skry­cie su­ro­wa duma i scep­ty­cyzm na­kła­da­ły się na sie­bie, two­rząc coś za­ska­ku­ją­ce­go na­wet dla niej sa­mej. Za­nim osią­gnę­ła wiek szkol­ny, gdy Brian był jesz­cze nie­mow­lę­ciem w wóz­ku, Rose spę­dza­ła czas w skle­pie z nim i ma­co­chą – Flo sie­dzia­ła na wy­so­kim stoł­ku za ladą, Brian spał przy oknie, a ona klę­cza­ła lub le­ża­ła na skrzy­pią­cej pod­ło­dze, ry­su­jąc coś kred­ka­mi na ka­wał­kach pa­pie­ru pa­ko­we­go, zbyt po­dar­tych lub zbyt nie­re­gu­lar­ne­go kształ­tu, by moż­na było ich użyć zgod­nie z prze­zna­cze­niem.

Za­ku­py w ich skle­pie ro­bi­li głów­nie lu­dzie, któ­rzy miesz­ka­li w po­bli­skich do­mach. Za­glą­da­li tu rów­nież rol­ni­cy, po dro­dze z mia­stecz­ka do domu, oraz cza­sa­mi miesz­kań­cy Han­rat­ty, któ­rzy prze­cho­dzi­li przez most. Zda­rza­li się i tacy, któ­rzy za­wsze krę­ci­li się po głów­nej uli­cy, wcho­dzi­li do skle­pów i wy­cho­dzi­li z nich, jak gdy­by mie­li obo­wią­zek za­wsze być na wi­do­ku i uwa­ża­li, że po­win­ni być wszę­dzie mile wi­dzia­ni. Na przy­kład Bec­ky Tyde.

Bec­ky Tyde wdra­pa­ła się na ladę Flo i zro­bi­ła so­bie miej­sce obok otwar­tej pusz­ki kru­chych cia­ste­czek z mar­mo­la­do­wym na­dzie­niem.

– Smacz­ne są? – spy­ta­ła, bez­czel­nie czę­stu­jąc się jed­nym. – Kie­dy dasz nam pra­cę, Flo?

– Mo­żesz się za­trud­nić u rzeź­ni­ka – nie­win­nie od­rze­kła ma­co­cha Rose. – U swo­je­go bra­ta.

– U Ro­ber­ty? – prych­nę­ła Bec­ky z te­atral­ną po­gar­dą. – My­ślisz, że pra­co­wa­ła­bym u nie­go? – Jej brat, któ­ry był wła­ści­cie­lem skle­pu mię­sne­go, miał na imię Ro­bert, lecz na­zy­wa­no go czę­sto Ro­ber­tą, po­nie­waż był ner­wo­wy i ła­god­ny jak ba­ra­nek. Bec­ky Tyde wy­buch­nę­ła śmie­chem, do­no­śnym i ogłu­sza­ją­cym, przy­po­mi­na­ją­cym war­kot sil­ni­ka.

Była kar­li­cą o du­żej gło­wie, grom­kim gło­sie i ru­chach ja­kiejś bez­pł­cio­wej isto­ty. Na tej gło­wie tkwił czer­wo­ny ak­sa­mit­ny szkoc­ki be­ret z pom­po­nem. Z po­wo­du krę­czu kar­ku twarz mia­ła od­wró­co­ną w bok, za­wsze pa­trzy­ła w górę lub z uko­sa. No­si­ła małe ele­ganc­kie pan­to­fel­ki na wy­so­kich ob­ca­sach, jak praw­dzi­wa dama. Rose wpa­try­wa­ła się w te bu­ci­ki, bo­jąc się ca­łej resz­ty, jej śmie­chu i wy­krę­co­nej szyi. Wie­dzia­ła od Flo, że w dzie­ciń­stwie Bec­ky Tyde za­cho­ro­wa­ła na po­lio i to z tego po­wo­du cier­pia­ła na kręcz kar­ku i nie uro­sła. Trud­no było uwie­rzyć, że po­czą­tek jej ży­cia wy­glą­dał zu­peł­nie in­a­czej, że kie­dyś była zu­peł­nie nor­mal­na. Flo twier­dzi­ła, że Bec­ky nie jest stuk­nię­ta, ma tyle samo ro­zu­mu co inni, ale wie, że wszyst­ko ucho­dzi jej na su­cho.

– Wiesz, że miesz­ka­łam tu nie­da­le­ko? – spy­ta­ła Bec­ky, za­uwa­ża­jąc Rose. – Hej, jak masz na imię? Praw­da, że tu­taj miesz­ka­łam, Flo?

– Je­śli tak, to jesz­cze przede mną – od­par­ła Flo, jak gdy­by nic jej o tym nie było wia­do­mo.

– To było, za­nim jesz­cze ta dziel­ni­ca pod­upa­dła. Prze­pra­szam za moje sło­wa. Mój oj­ciec zbu­do­wał dom i rzeź­nię, mie­li­śmy też sad o po­wierzch­ni ćwierć hek­ta­ra.

– Do­praw­dy? – spy­ta­ła Flo nie­mi­łym to­nem, peł­nym fał­szy­wej ła­god­no­ści, a na­wet po­ko­ry. – Dla­cze­go więc się wy­pro­wa­dzi­li­ście?

– Mó­wi­łam ci już, że dziel­ni­ca ze­szła na psy – od­rze­kła Bec­ky. Wło­ży­ła do ust całe cia­stecz­ko, po­licz­ki wy­dę­ły się jej jak u żaby. Wię­cej się nie ode­zwa­ła.

Ale Flo i tak wie­dzia­ła swo­je, po­dob­nie jak wszy­scy inni. Każ­dy znał dom z czer­wo­nej ce­gły z we­ran­dą i sad, a ra­czej to, co z nie­go zo­sta­ło, kom­plet­ny śmiet­nik – wa­la­ły się tam fo­te­le sa­mo­cho­do­we, pral­ki, sprę­ży­ny łó­żek i inne ru­pie­cie. Mimo tego, co się w nim zda­rzy­ło, dom nig­dy nie wy­glą­dał zło­wiesz­czo, tak bar­dzo był zruj­no­wa­ny i za­nie­dba­ny.

Je­śli wie­rzyć sło­wom Flo, sta­ry oj­ciec Bec­ky był zu­peł­nie in­nym ty­pem rzeź­ni­ka niż jej brat. An­glik o wy­bu­cho­wym cha­rak­te­rze. Nie był też ga­da­tli­wy jak jego cór­ka ani otwar­ty. Du­si­grosz, ro­dzin­ny ty­ran. Nie po­zwo­lił Bec­ky wró­cić po cho­ro­bie do szko­ły. Rzad­ko wy­cho­dzi­ła z domu, nig­dy nie prze­kra­cza­ła gra­ni­cy po­dwór­ka. Oj­ciec nie chciał, żeby są­sie­dzi mie­li sa­tys­fak­cję z po­wo­du czy­je­goś nie­szczę­ścia. Tak ze­zna­ła Bec­ky na pro­ce­sie. W tym cza­sie jej mat­ka już nie żyła, a sio­stry po­wy­cho­dzi­ły za mąż. W domu zo­sta­li tyl­ko Bec­ky i Ro­bert. Lu­dzie za­trzy­my­wa­li Ro­ber­ta na uli­cy i py­ta­li:

– Co sły­chać u two­jej sio­stry, Ro­bert? Czy czu­je się już le­piej?

– Tak.

– Zaj­mu­je się do­mem? Szy­ku­je ci ko­la­cję?

– Tak.

– Czy wasz oj­ciec do­brze ją trak­tu­je?

Fama gło­si­ła, że oj­ciec ich bije, że bił wszyst­kie swo­je dzie­ci i żonę, a te­raz Bec­ky ob­ry­wa jesz­cze moc­niej z po­wo­du swej ułom­no­ści. Nie­któ­rzy uwa­ża­li, że to wła­śnie oj­ciec do­pro­wa­dził ją do tego sta­nu (nie wie­dzie­li zbyt wie­le o cho­ro­bie He­ine­go i Me­di­na). Do krą­żą­cych plo­tek wciąż do­da­wa­no nowe pi­kant­ne szcze­gó­ły. Te­raz po­wo­dem trzy­ma­nia Bec­ky w ukry­ciu była jej rze­ko­ma cią­ża, a oj­cem dziec­ka po­dob­no miał być jej oj­ciec. Po­tem lu­dzie ga­da­li, że dziec­ko się uro­dzi­ło i po­zby­to się go.

– Jak to?

– No, uśmier­co­no je – wy­ja­śni­ła Flo. – Mó­wio­no: idź do Tyde’a po ko­tle­ty ja­gnię­ce, będą de­li­kat­ne i kru­che! We­dle wszel­kie­go praw­do­po­do­bień­stwa były to sen­sa­cje wy­ssa­ne z pal­ca – do­da­ła z wy­raź­nym ża­lem.

Rose od­wró­ci­ła wzrok od sta­rej po­dar­tej mar­ki­zy, któ­rą szar­pał wiatr, prze­ni­ka­jąc przez roz­dar­cie, za­sko­czo­na to­nem żalu, prze­stro­gi w gło­sie Flo. Opo­wia­da­jąc tę hi­sto­rię – a nie była to je­dy­na ani na­wet naj­bar­dziej dra­stycz­na, jaką zna­ła – skło­ni­ła gło­wę, przy­bie­ra­jąc ła­god­ną, za­my­ślo­ną, ku­szą­cą, ostrze­gaw­czą minę.

– Nie po­win­nam w ogó­le ci o tym opo­wia­dać.

Po czym mó­wi­ła da­lej.

Trzej mło­dzień­cy, któ­rzy wa­łę­sa­li się bez celu wo­kół staj­ni, ze­bra­li się – a może zo­sta­li ze­bra­ni przez bar­dziej wpły­wo­wych i sza­cow­nych męż­czyzn w mia­stecz­ku – i w in­te­re­sie spo­łecz­nej mo­ral­no­ści przy­go­to­wa­li się, by spu­ścić la­nie sta­re­mu Tyde’owi. Usmo­li­li so­bie twa­rze. Każ­dy z nich do­stał bat i kwar­tę whi­sky dla ku­ra­żu. Byli to: Jel­ly Smith, sta­jen­ny i pi­jak, Bob Tem­ple, ba­se­bal­li­sta i si­łacz, oraz Hat1 Net­tle­ton, daw­ny woź­ni­ca plat­for­my kon­nej. Jego prze­zwi­sko wzię­ło się od me­lo­ni­ka, któ­ry no­sił, ty­leż z próż­no­ści, co dla ko­micz­ne­go efek­tu. (Wła­ści­wie nadal pra­co­wał jako wo­zak; za­cho­wał prze­zwi­sko, choć nie no­sił już me­lo­ni­ka, i czę­sto wi­dy­wa­no go – nie­mal tak czę­sto jak Bec­ky Tyde – gdy wo­ził wor­ki wę­gla, z usmo­lo­ną twa­rzą i rę­ka­mi. To po­win­no przy­po­mi­nać jego hi­sto­rię, ale tak się nie dzia­ło. Te­raź­niej­szość i prze­szłość, ciem­na, me­lo­dra­ma­tycz­na prze­szłość w opo­wia­da­niach Flo, były ab­so­lut­nie od­ręb­ne, przy­najm­niej dla Rose. Współ­cze­śni lu­dzie nie pa­so­wa­li do prze­szło­ści. Sama Bec­ky, mia­stecz­ko­we dzi­wa­dło i ulu­bie­ni­ca wszyst­kich, nie­szko­dli­wa i zło­śli­wa, zu­peł­nie nie pa­so­wa­ła do opi­su uwię­zio­nej ka­le­kiej cór­ki rzeź­ni­ka, bia­łe­go cie­nia w oknie: nie­me­go, po­bi­te­go, brze­mien­ne­go. Po­dob­nie było z do­mem, któ­ry w ogó­le nie przy­po­mi­nał tego z opo­wie­ści Flo.)

Mło­dzień­cy, któ­rzy mie­li wy­mie­rzyć chło­stę, póź­nym wie­czo­rem, gdy już wszy­scy po­ło­ży­li się spać, zja­wi­li się przed do­mem Tyde’a. Mie­li ze sobą broń, ale wy­strze­la­li całą amu­ni­cję na po­dwór­ku. Wrzesz­cze­li na rzeź­ni­ka i wa­li­li w drzwi, wresz­cie wdar­li się do środ­ka. Tyde po­my­ślał, że cho­dzi im o pie­nią­dze, za­wi­nął więc w chu­s­tecz­kę kil­ka bank­no­tów i po­słał na dół Bec­ky, być może spo­dzie­wa­jąc się, że męż­czyź­ni się wzru­szą lub prze­stra­szą na wi­dok ma­łej dziew­czyn­ki z krę­czem kar­ku, kar­licz­ki. Ale to ich nie za­do­wo­li­ło. We­szli na górę i wy­cią­gnę­li rzeź­ni­ka spod łóż­ka, w ko­szu­li noc­nej, po czym wy­wle­kli go na dwór i po­sta­wi­li na śnie­gu. Było zim­no, tem­pe­ra­tu­ra spa­dła czte­ry stop­nie po­ni­żej zera, fakt od­no­to­wa­ny póź­niej w są­dzie. Za­mie­rza­li prze­pro­wa­dzić fik­cyj­ny pro­ces, ale nie pa­mię­ta­li, jak się to robi, za­czę­li więc go bić i tłu­kli, do­pó­ki nie upadł. Ka­to­wa­li go da­lej, krzy­cząc: „Mię­so od rzeź­ni­ka!”, do­pó­ki jego ko­szu­la noc­na i śnieg, na któ­rym le­żał, nie za­bar­wi­ły się na czer­wo­no. Jego syn Ro­bert ze­znał w są­dzie, że nie był świad­kiem po­bi­cia, jed­nak­że Bec­ky po­wie­dzia­ła, że Ro­bert naj­pierw się przy­glą­dał, ale po­tem uciekł i gdzieś się ukrył. Ona sama pa­trzy­ła przez cały czas. Wi­dzia­ła, jak męż­czyź­ni w koń­cu ode­szli, jak oj­ciec brnął przez śnieg, zo­sta­wia­jąc na nim śla­dy krwi, jak gra­mo­lił się po stop­niach we­ran­dy. Nie wy­szła na dwór, żeby mu po­móc, ani nie przy­trzy­ma­ła drzwi, żeby go wpu­ścić do środ­ka. Gdy za­py­ta­no ją w są­dzie, dla­cze­go tak po­stą­pi­ła, od­par­ła, że mia­ła na so­bie tyl­ko noc­ną ko­szu­lę i nie otwo­rzy­ła drzwi, po­nie­waż nie chcia­ła wy­zię­bić domu.

Wy­glą­da­ło na to, że sta­ry Tyde od­zy­skał siły. Ka­zał Ro­ber­to­wi za­prząc ko­nia, a Bec­ky na­grzać wody. Umył się, ubrał, wziął wszyst­kie pie­nią­dze i bez sło­wa wy­ja­śnie­nia wsiadł do sań i po­je­chał do Bel­gra­ve, gdzie zo­sta­wił ko­nia na mro­zie i wy­ru­szył ran­nym po­cią­giem do To­ron­to. W po­cią­gu za­cho­wy­wał się dziw­nie, ję­czał i prze­kli­nał, jak­by był pi­ja­ny. Na­za­jutrz za­trzy­ma­no go na uli­cach To­ron­to, nie­przy­tom­ne­go wsku­tek wy­so­kiej go­rącz­ki, i za­bra­no do szpi­ta­la, gdzie zmarł. Wciąż miał przy so­bie pie­nią­dze. Jako przy­czy­nę śmier­ci po­da­no za­pa­le­nie płuc.

Ale wła­dze coś po­dej­rze­wa­ły, opo­wia­da­ła Flo, i spra­wa tra­fi­ła do sądu. Trzej spraw­cy do­sta­li dłu­gie wy­ro­ki wię­zie­nia. Far­sa, par­sk­nę­ła Flo. Nie mi­nął rok, a wszy­scy byli na wol­no­ści, uła­ska­wio­no ich, na wszyst­kich cze­ka­ła pra­ca. A dla­cze­go? A dla­te­go, że było w to za­mie­sza­nych zbyt wie­lu waż­nia­ków. I naj­wy­raź­niej ani Bec­ky, ani Ro­ber­to­wi nie za­le­ża­ło na tym, by spra­wie­dli­wo­ści sta­ło się za­dość. Sta­li się za­moż­ny­mi ludź­mi. Ku­pi­li dom w Han­rat­ty. Ro­bert za­jął się skle­pem, a Bec­ky po dłu­gim okre­sie ży­cia w od­osob­nie­niu za­czę­ła się po­ka­zy­wać i udzie­lać to­wa­rzy­sko.

To było wszyst­ko. Flo sta­now­czo za­koń­czy­ła swo­ją opo­wieść, jak gdy­by ją znu­dzi­ła. Może dla­te­go, że sta­wia­ła wszyst­kich w złym świe­tle.

– Tak to było – po­wie­dzia­ła.

Flo mu­sia­ła być wte­dy tuż po trzy­dzie­st­ce. Mło­da ko­bie­ta, a ubie­ra­ła się, jak­by mia­ła pięć­dzie­siąt, sześć­dzie­siąt czy na­wet sie­dem­dzie­siąt lat: no­si­ła luź­ne suk­nie z dru­ko­wa­ne­go per­ka­lu oraz far­tu­chy z karcz­kiem, rów­nież per­ka­lo­we, któ­re zdej­mo­wa­ła, gdy prze­cho­dzi­ła z kuch­ni do skle­pu. W tam­tych cza­sach tak wy­glą­dał zwy­kły strój nie­za­moż­nych, choć nie cał­kiem ubo­gich ko­biet; w pew­nym sen­sie był to ce­lo­wy, po­gar­dli­wy wy­bór. Flo gar­dzi­ła spodnia­mi, gar­dzi­ła stro­ja­mi lu­dzi sta­ra­ją­cych się na­dą­żać za modą, gar­dzi­ła szmin­ką i trwa­łą on­du­la­cją. Czar­ne wło­sy mia­ła pro­sto ob­cię­te w taki spo­sób, by móc je za­kła­dać za uszy. Była wy­so­ka, lecz drob­nej ko­ści, mia­ła szczu­płe nad­garst­ki i wą­skie ra­mio­na, małą gło­wę i bla­dą, pie­go­wa­tą, ru­chli­wą, mał­pią twarz. Gdy­by uwa­ża­ła, że jest to war­te za­cho­du i gdy­by mia­ła środ­ki fi­nan­so­we, mo­gła­by pod­kre­ślić swo­ją chmur­ną bla­dą uro­dę, swo­ją wiot­kość, i by­ła­by na­wet w pe­wien spo­sób ład­na; Rose uświa­do­mi­ła to so­bie póź­niej. Ale mu­sia­ła­by stać się zu­peł­nie inną oso­bą, mu­sia­ła­by prze­stać stro­ić miny do sie­bie i do in­nych.

Naj­wcze­śniej­szym wspo­mnie­niem Rose zwią­za­nym z Flo była nie­zwy­kła mięk­kość i jed­no­cze­śnie nie­zwy­kła twar­dość. Mięk­kie wło­sy, dłu­ga twarz, mięk­kie bla­de po­licz­ki, nie­mal nie­wi­docz­ny me­szek nad gór­ną war­gą i przy uszach. Ster­czą­ce twar­de ko­la­na, pła­skie pier­si.

Kie­dy Flo śpie­wa­ła: „Ach, brzę­cze­nie psz­czół w ko­no­piach, szum źró­deł­ka z le­mo­nia­dą...”, Rose roz­my­śla­ła o ży­ciu ma­co­chy, za­nim ta jesz­cze po­ślu­bi­ła jej ojca, gdy pra­co­wa­ła jako kel­ner­ka w ba­rze ka­wo­wym, jeź­dzi­ła z przy­ja­ciół­ka­mi, Ma­vis i Ire­ne, na Cen­tre Is­land, była za­cze­pia­na przez męż­czyzn w ciem­nych ulicz­kach i wie­dzia­ła, jak dzia­ła­ją au­to­ma­ty te­le­fo­nicz­ne i win­dy. Gdy żu­jąc gumę, od­po­wia­da­ła ostro na py­ta­nia, Rose sły­sza­ła w jej gło­sie ostrze­że­nie przed nie­bez­pie­czeń­stwa­mi ży­cia w wiel­kim mie­ście.

A gdy śpie­wa­ła:

Wte­dy po­wo­li, po­wo­li wsta­ła,

Po­de­szła doń nie­śpiesz­nie

I rze­kła le­d­wie kil­ka słów:

Za­iste, ty ko­nasz, mło­dzień­cze!

Rose my­śla­ła o ży­ciu, ja­kie Flo pro­wa­dzi­ła wcze­śniej, owia­nym le­gen­dą i bo­ga­tym, gdzie mie­sza­ły się róż­ne rze­czy: bal­la­da Bar­ba­ra Al­len, oj­ciec Bec­ky Tyde i wszel­kie smut­ki i akty prze­mo­cy.

Kró­lew­skie la­nie. Od cze­go się za­czę­ło?

Chy­ba od pew­nej wio­sen­nej so­bo­ty. Li­ście jesz­cze się nie roz­wi­nę­ły na drze­wach i krze­wach, ale drzwi były wszę­dzie po­otwie­ra­ne, by wpu­ścić pro­mie­nie słoń­ca. Wro­ny. Rowy wy­peł­nio­ne rwą­cą wodą. Opty­mi­stycz­na po­go­da. Czę­sto w so­bo­ty Flo po­wie­rza­ła sklep Rose – było to ja­kiś czas temu, dziew­czyn­ka mia­ła wte­dy dzie­więć, dzie­sięć, je­de­na­ście, dwa­na­ście lat – a sama wy­bie­ra­ła się do Han­rat­ty (na­zy­wa­li to cho­dze­niem „na mia­sto”), żeby zro­bić za­ku­py, spo­tkać się ze zna­jo­my­mi i po­słu­chać, co mają do po­wie­dze­nia. Wśród tych osób znaj­do­wa­ła się pani me­ce­nas Da­vies, pani an­gli­kań­ski pro­boszcz Hen­ley-Smith oraz pani we­te­ry­narz McKay. Po po­wro­cie do domu pa­ro­dio­wa­ła je przy ko­la­cji: ich gór­no­lot­ny spo­sób wy­ra­ża­nia się, ich nie­po­ha­mo­wa­ną ga­da­tli­wość. Przed­sta­wia­ła te ko­bie­ty jako po­two­ry – głu­pie, pre­ten­sjo­nal­ne i za­du­fa­ne w so­bie.

Po zro­bie­niu za­ku­pów wstę­po­wa­ła na de­ser lo­do­wy do baru ka­wo­we­go w ho­te­lu Qu­een’s. Rose i Brian za­wsze chcie­li ko­niecz­nie wie­dzieć, ja­kie to były lody, i byli roz­cza­ro­wa­ni, je­śli tyl­ko ana­na­so­we lub kar­me­lo­we. Cie­szy­li się, kie­dy ja­dła kar­me­lo­wo-cze­ko­la­do­we z orze­cha­mi lub wa­ni­lio­wo-cze­ko­la­do­we. Na­stęp­nie wy­pa­la­ła pa­pie­ro­sa. Za­wsze no­si­ła przy so­bie kil­ka go­to­wych skrę­tów, tak że nie mu­sia­ła ich zwi­jać w miej­scu pu­blicz­nym. Pa­le­nie było je­dy­nym jej na­wy­kiem, któ­ry na­zwa­ła­by po­pi­sy­wa­niem się przed in­ny­mi. Był to na­łóg, któ­ry po­zo­stał jej z cza­sów, kie­dy pra­co­wa­ła w To­ron­to. Wie­dzia­ła, że pro­si się w ten spo­sób o kło­po­ty. Pew­ne­go razu pod­szedł do niej w ho­te­lu Qu­een’s ka­to­lic­ki ksiądz i pstryk­nął jej przed no­sem za­pal­nicz­ką, za­nim zdą­ży­ła wy­jąć za­pał­ki. Po­dzię­ko­wa­ła mu, lecz nie na­wią­za­ła roz­mo­wy w oba­wie, żeby nie pró­bo­wał jej na­wró­cić.

Kie­dy in­dziej, w dro­dze do domu, do­strze­gła na koń­cu mo­stu od stro­ny mia­sta chło­pa­ka w nie­bie­skiej kurt­ce, naj­wy­raź­niej ga­pią­ce­go się w nurt rze­ki. Miał ja­kieś osiem­na­ście, dzie­więt­na­ście lat. Nie zna­ła go. Wy­chu­dzo­ny, cher­la­wy, od razu zo­rien­to­wa­ła się, że coś z nim jest nie tak. Czyż­by za­mie­rzał sko­czyć? Gdy się do nie­go zbli­ży­ła, od­wró­cił się, roz­chy­la­jąc poły kurt­ki, miał też roz­pię­te spodnie. Mu­siał nie­źle mar­z­nąć tego zim­ne­go dnia, gdy Flo szczel­nie otu­la­ła szy­ję pod­nie­sio­nym koł­nie­rzem płasz­cza.

Kie­dy zo­ba­czy­ła, co trzy­ma w ręku, pierw­szą rze­czą, jaka jej przy­szła na myśl, było: co też on robi tu­taj z bo­loń­ską kieł­ba­są?

I po­wie­dzia­ła to na głos, nie w for­mie żar­tu, ale za­da­jąc py­ta­nie. Utrzy­my­wa­ła, że gar­dzi spro­śny­mi żar­ta­mi. Czę­sto wy­cho­dzi­ła przed sklep i krzy­cza­ła na sie­dzą­cych tam star­szych męż­czyzn:

– Je­śli nie chce­cie, że­bym was stąd po­go­ni­ła, le­piej się nie wy­ra­żaj­cie!

A więc jest so­bo­ta. Z ja­kie­goś po­wo­du Flo nie wy­bie­ra się „na mia­sto”, lecz po­sta­na­wia zo­stać w domu i wy­szo­ro­wać pod­ło­gę w kuch­ni. Nie­wy­klu­czo­ne, że to wła­śnie wpra­wia ją w zły hu­mor. Ale mo­gła być już wcze­śniej w złym na­stro­ju, po­nie­waż lu­dzie nie pła­ci­li ra­chun­ków, a może za­wi­ni­ły bu­dzą­ce się wio­sną uczu­cia. Za­tar­gi z Rose już się roz­po­czę­ły i od­tąd cią­gnę­ły się nie­usta­ją­co, ni­czym sen, któ­ry wciąż po­wra­ca, wkra­da się w inne sny, wci­ska się drzwia­mi i okna­mi, iry­tu­ją­co mgli­sty, lud­ny, zna­jo­my i ulot­ny. We trój­kę wy­no­szą z kuch­ni wszyst­kie krze­sła, żeby przy­go­to­wać ją do szo­ro­wa­nia. Mu­szą za­brać stam­tąd tro­chę za­pa­sów prze­zna­czo­nych dla skle­pu, kil­ka kar­to­nów roz­ma­itych kon­serw, sło­ików sy­ro­pu klo­no­we­go, pu­szek naf­ty, bu­te­lek octu. Prze­no­szą je do dre­wut­ni. Brian, wów­czas pię­cio- lub sze­ścio­let­ni, po­ma­ga no­sić pusz­ki.

– Tak – mówi Flo, za­czy­na­jąc od punk­tu, w któ­rym prze­rwa­ła. – I uczy­cie tych świństw Bria­na.

– Ja­kich świństw?

– Nie uda­waj, że nie wiesz.

Z kuch­ni do dre­wut­ni jest za­le­d­wie je­den sto­pień, ka­wa­łek dy­wa­nu na nim tak wy­tar­ty, że Rose nie pa­mię­ta na­wet, jaki miał wzór. Brian od­ry­wa go nie­chcą­cy, cią­gnąc pusz­kę.

– Dwaj van­co­uver­czy­cy – ci­cho szep­cze dziew­czyn­ka.

Flo jest z po­wro­tem w kuch­ni. Brian wo­dzi wzro­kiem od mat­ki do sio­stry i Rose śpiew­nie po­wta­rza nie­co gło­śniej:

– Dwaj van­co­uver­czy­cy...

– ...sma­żą się w smar­kach! – koń­czy Brian, dłu­żej nie po­tra­fiąc się opa­no­wać.

– Dwa ki­szo­ne dup­ki...

– ...wi­szą za jaj­ka!

To jest wła­śnie to. Świń­stwo.

Dwaj van­co­uver­czy­cy sma­żą się w smar­kach!

Dwa ki­szo­ne dup­ki wi­szą za jaj­ka!

Rose zna ten wier­szyk od lat, na­uczy­ła się go, gdy po raz pierw­szy po­szła do szko­ły. Po po­wro­cie do domu spy­ta­ła Flo, co to jest van­co­uver­czyk.

– To miesz­ka­niec wiel­kie­go mia­sta. Da­le­ko stąd.

– I co poza tym?

Flo spy­ta­ła, o co jej cho­dzi. Rose wy­ja­śni­ła, że o to sma­że­nie, zbli­ża­jąc się do nie­bez­piecz­nej chwi­li, roz­kosz­nej chwi­li, kie­dy bę­dzie mu­sia­ła za­de­kla­mo­wać ca­łość.

– Dwaj van­co­uver­czy­cy sma­żą się w smar­kach! Dwa ki­szo­ne dup­ki wi­szą za jaj­ka!

– Za­raz obe­rwiesz! – krzyk­nę­ła Flo z wście­kło­ścią, któ­rą ła­two było prze­wi­dzieć. – Po­wiedz to jesz­cze raz, a ci przy­ło­żę.

Rose nie po­tra­fi­ła się po­wstrzy­mać. Mru­cza­ła pod no­sem, wy­ma­wia­jąc gło­śniej nie­win­ne sło­wa i ści­sza­jąc głos przy in­nych. Nie tyl­ko sło­wa „smar­ki” i „dup­ki” spra­wia­ły jej fraj­dę, choć oczy­wi­ście one rów­nież. Naj­bar­dziej jed­nak de­lek­to­wa­ła się ki­sze­niem i wie­sza­niem ta­jem­ni­czych van­co­uver­czy­ków. Wy­obra­ża­ła ich so­bie jako coś w ro­dza­ju ośmior­nic skwier­czą­cych na pa­tel­ni. Po­plą­ta­nie z po­mie­sza­niem; prze­błysk sza­leń­stwa.

Póź­niej zno­wu przy­po­mi­na­ła so­bie wier­szyk i uczy­ła go Bria­na, żeby spraw­dzić, czy wy­wo­ła taki sam efekt. Rzecz ja­sna, wy­wo­ły­wał.

– Sły­sza­łam! – mówi Flo. – Wszyst­ko sły­sza­łam! I ostrze­gam was!

Brian nie lek­ce­wa­ży groź­by. Wy­bie­ga z dre­wut­ni, żeby się ba­wić; on może ro­bić, co mu się żyw­nie po­do­ba. Fakt, że jest chłop­cem, po­zwa­la mu po­ma­gać lub nie, an­ga­żo­wać się lub nie. Uni­ka do­mo­wych kłót­ni. One zresz­tą go nie po­trze­bu­ją, z wy­jąt­kiem sy­tu­acji, kie­dy go wy­ko­rzy­stu­ją jed­na prze­ciw­ko dru­giej; pra­wie nie za­uwa­ża­ją, że wy­szedł. Dzia­ła­ją so­bie wza­jem­nie na ner­wy, ale nie po­tra­fią z tym skoń­czyć. Gdy wy­da­je się, że się pod­da­ły, tak na­praw­dę cze­ka­ją, zbie­ra­jąc siły.

Flo wy­cią­ga szczot­kę do szo­ro­wa­nia, wia­dro, szma­tę oraz pod­kład­kę pod ko­la­na, brud­ną czer­wo­ną gu­mo­wą pod­kład­kę, i za­bie­ra się do pra­cy. Rose sie­dzi na ku­chen­nym sto­le, je­dy­nym wol­nym miej­scu do sie­dze­nia, dyn­da­jąc no­ga­mi. Czu­je chłód ce­ra­ty, po­nie­waż ma na so­bie szor­ty, cia­sne, spło­wia­łe ubie­gło­rocz­ne szor­ty, któ­re zna­la­zła w wor­ku, gdzie prze­cho­wy­wa­ne są let­nie ubra­nia. Po zi­mie czuć je tro­chę stę­chli­zną.

Flo peł­za na czwo­ra­kach po pod­ło­dze, szo­ru­jąc ją szczot­ką, wy­cie­ra­jąc ścier­ką. Nogi ma dłu­gie, bia­łe i mu­sku­lar­ne, wszę­dzie po­zna­czo­ne nie­bie­ski­mi ży­ła­mi, jak gdy­by ktoś na­ma­lo­wał na nich rze­ki ko­pio­wym ołów­kiem. Nie­zwy­kła ener­gia i gwał­tow­na od­ra­za znaj­du­ją wy­raz w szu­ra­niu szczot­ką i szma­tą po li­no­leum.

Co mają so­bie do po­wie­dze­nia? To wła­ści­wie nie­waż­ne. Flo za­rzu­ca Rose, że jest prze­mą­drza­ła, nie­grzecz­na, nie­po­rząd­na i za­ro­zu­mia­ła. Że chęt­nie pra­cu­je u in­nych, że ce­chu­je ją kom­plet­ny brak wdzięcz­no­ści. Pod­kre­śla nie­win­ność Bria­na i ze­psu­cie Rose. „Och, niech ci się nie wy­da­je, że je­steś kimś nad­zwy­czaj­nym”, mówi Flo, i chwi­lę póź­niej: „Za kogo ty się uwa­żasz?”. Rose za­prze­cza i pro­te­stu­je z taką ja­do­wi­tą ra­cjo­nal­no­ścią i ła­god­no­ścią, te­atral­nie ma­ni­fe­stu­jąc bez­tro­skę, że Flo wy­cho­dzi z sie­bie i z więk­szą niż zwy­kle po­gar­dą i przy­tom­no­ścią umy­słu sama sta­je się nie­sły­cha­nie te­atral­na, kie­dy wy­po­mi­na Rose, że po­świę­ci­ła dla niej ży­cie. Spo­tka­ła jej ojca obar­czo­ne­go ma­leń­kim dziec­kiem i po­my­śla­ła: „Co też ten męż­czy­zna ma po­cząć?”. Po­ślu­bi­ła go więc i oto jest tu­taj, na ko­la­nach.

W tym mo­men­cie brzę­czy dzwo­nek, oznaj­mia­jąc wej­ście klien­ta do skle­pu. Po­nie­waż kłót­nia jest w toku, Flo nie po­zwa­la Rose pójść tam i ob­słu­żyć go. Wsta­je sama, zrzu­ca z ję­kiem far­tuch – lecz nie jest to jęk do­pusz­cza­ją­cy Rose do wspól­ne­go dzie­le­nia iry­ta­cji – i prze­cho­dzi do skle­pu. Rose sły­szy, jak ma­co­cha mówi swo­im nor­mal­nym gło­sem:

– W samą porę!

Wra­ca, wią­że far­tuch i jest go­to­wa zno­wu pod­jąć wą­tek.

– Nig­dy nie przej­mu­jesz się ni­kim poza sobą! Nig­dy nie ob­cho­dzi cię to, co ro­bię!

– A ja nig­dy cię o nic nie pro­si­łam. Wo­la­ła­bym, że­byś nic nie ro­bi­ła. By­ło­by mi znacz­nie le­piej.

Rose mówi to z uśmie­chem, pa­trząc Flo pro­sto w oczy. Ma­co­cha, któ­ra nie uklę­kła jesz­cze z po­wro­tem, do­strze­ga ten uśmiech, ła­pie szma­tę prze­wie­szo­ną przez wia­dro i ci­ska nią w dziew­czyn­kę. Mie­rzy chy­ba w twarz, ale szma­ta opa­da na nogę Rose na wy­so­ko­ści kost­ki. Rose pod­no­si sto­pę i ma­cha nią non­sza­lanc­ko.

– Do­bra – mówi Flo. – Tym ra­zem prze­cią­gnę­łaś stru­nę.

Rose ob­ser­wu­je ma­co­chę idą­cą w stro­nę dre­wut­ni, sły­szy, jak stą­pa cięż­ko po pod­ło­dze i za­trzy­mu­je się przy wyj­ściu, gdzie jesz­cze nie za­mon­to­wa­no drzwi siat­ko­wych, a do­dat­ko­we drzwi, za­bez­pie­cza­ją­ce przed wi­chu­rą, są otwar­te i pod­par­te ce­głą. Woła ojca Rose ostrze­gaw­czym, sta­now­czym to­nem, jak gdy­by wbrew swej woli przy­go­to­wy­wa­ła go na złe wia­do­mo­ści. On za­raz do­wie się, o co cho­dzi.

Ku­chen­na pod­ło­ga jest po­kry­ta sze­ścio­ma róż­ny­mi wzo­ra­mi li­no­leum. To dzie­ło Flo, któ­ra na­ku­po­wa­ła za gro­sze resz­tek i po­my­sło­wo przy­cię­ła je i do­pa­so­wa­ła, wy­kań­cza­jąc pa­ska­mi i pi­nez­ka­mi. Rose sie­dzi na sto­le, wpa­tru­jąc się w pod­ło­gę, w tę sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cą kom­po­zy­cję pro­sto­ką­tów, trój­ką­tów i in­nych kształ­tów, któ­rych na­zwy usi­łu­je so­bie przy­po­mnieć. Sły­szy, że Flo wra­ca przez dre­wut­nię po skrzy­pią­cych de­skach uło­żo­nych na brud­nej pod­ło­dze. Ona też ma­ru­dzi, cze­ka. Nie mogą dłu­żej cią­gnąć tego same.

Rose sły­szy kro­ki ojca. Sztyw­nie­je, dreszcz prze­bie­ga jej po no­gach, czu­je, jak dy­go­czą na ce­ra­to­wym ob­ru­sie. Od­wo­ła­ny od ja­kie­goś spo­koj­ne­go, ab­sor­bu­ją­ce­go za­ję­cia, od słów kłę­bią­cych mu się w gło­wie, od­wo­ła­ny od sa­me­go sie­bie, oj­ciec musi coś po­wie­dzieć. Pyta:

– Tak? Co się sta­ło?

Te­raz sły­chać zu­peł­nie inny głos Flo. Wzbo­ga­co­ny, zra­nio­ny, po­kor­ny, sfa­bry­ko­wa­ny na po­cze­ka­niu. Przy­kro jej, że ode­rwa­ła go od pra­cy.

Nig­dy by tego nie uczy­ni­ła, gdy­by Rose nie do­pro­wa­dzi­ła jej do sza­łu. Czym? Swo­im py­sko­wa­niem, bez­czel­no­ścią i okrop­nym ję­zy­kiem. To, co Rose po­wie­dzia­ła Flo, jest ta­kie strasz­ne, że gdy­by ode­zwa­ła się w ten spo­sób do swo­jej ro­dzo­nej mat­ki, oj­ciec sprał­by ją na kwa­śne jabł­ko.

Rose pró­bu­je wtrą­cić, że to nie­praw­da.

Co nie jest praw­dą?

Oj­ciec pod­no­si dłoń, nie pa­trząc na nią, i mówi:

– Ci­cho bądź!

Za­prze­cza­jąc, Rose chce wy­ja­śnić, że nie za­czę­ła tej sprzecz­ki, że tyl­ko od­po­wia­da­ła, pro­wo­ko­wa­na przez Flo, któ­ra te­raz kła­mie jak z nut, prze­krę­ca­jąc wszyst­ko tak, jak jej wy­god­nie. Nie wspo­mi­na o tym, że co­kol­wiek Flo zro­bi­ła lub po­wie­dzia­ła, co­kol­wiek ona, Rose, zro­bi­ła lub po­wie­dzia­ła, tak na­praw­dę nie ma zna­cze­nia. Li­czy się sama wal­ka i nie da się jej prze­rwać, nig­dy nie da się jej prze­rwać, z wy­jąt­kiem tej chwi­li, do któ­rej te­raz do­pro­wa­dzi­ła.

Ko­la­na Flo są brud­ne, mimo że uży­wa­ła pod­kład­ki. Szma­ta, któ­rą zmy­wa­ła pod­ło­gę, wciąż zwi­sa ze sto­py Rose.

Oj­ciec wy­cie­ra ręce, słu­cha­jąc Flo. Nie śpie­szy się. Po­trze­bu­je dużo cza­su, by wczuć się w sy­tu­ację, z góry zmę­czo­ny, bli­ski od­rzu­ce­nia roli, do któ­rej za­gra­nia zo­stał zmu­szo­ny. Nie pa­trzy na Rose, ale ile­kroć sły­szy, że dziew­czyn­ka pró­bu­je coś mó­wić lub się po­ru­sza, pod­no­si do góry dłoń.

– Bez wąt­pie­nia nie po­trze­bu­je­my tu­taj ga­piów – oznaj­mia Flo i idzie za­mknąć drzwi skle­pu. Umiesz­cza na wy­sta­wie skle­po­wej ta­blicz­kę „Za­raz wra­cam”, któ­rą z wiel­ką fan­ta­zją wy­ko­na­ła dla niej Rose, za­okrą­gla­jąc i cie­niu­jąc li­te­ry czar­ną i czer­wo­ną kred­ką. Po­tem wra­ca i za­my­ka drzwi do skle­pu, drzwi pro­wa­dzą­ce na scho­dy i na koń­cu drzwi do dre­wut­ni.

Jej buty zo­sta­wia­ją śla­dy na czy­stej mo­krej czę­ści pod­ło­gi.

– Och, nie wiem – mówi gło­sem po­zba­wio­nym te­raz gwał­tow­nych emo­cji. – Po pro­stu nie wiem, co mam z nią zro­bić. – Idąc za spoj­rze­niem Rose, spusz­cza wzrok i spo­strze­ga swo­je brud­ne ko­la­na. Wy­cie­ra je ze zło­ścią go­ły­mi rę­ka­mi, roz­ma­zu­jąc brud.

– Ona mnie po­ni­ża – mówi, pro­stu­jąc się. To jest wła­śnie to, wy­ja­śnie­nie. – Po­ni­ża mnie – po­wta­rza z sa­tys­fak­cją. – Nie oka­zu­je mi sza­cun­ku.

– Wca­le nie!

– Siedź ci­cho! – sztor­cu­je ją oj­ciec.

– Gdy­bym nie za­wo­ła­ła ojca, nadal sie­dzia­ła­byś tam z tym swo­im uśmiesz­kiem na twa­rzy! Jak mia­ła­bym in­a­czej so­bie z tobą po­ra­dzić?

Rose wy­czu­wa u ojca pew­ne obiek­cje co do re­to­ry­ki Flo, lek­kie za­kło­po­ta­nie i nie­chęć, i po­peł­nia błąd. Po­win­na zda­wać so­bie spra­wę, że go po­peł­nia, my­śląc, że może na to li­czyć. Ta świa­do­mość, jak rów­nież fakt, że on wie, iż ona wie, ni­cze­go nie uła­twia. Oj­ciec za­czy­na się roz­krę­cać. Spo­glą­da na nią. Po­cząt­ko­wo to spoj­rze­nie jest zim­ne i wy­zy­wa­ją­ce. In­for­mu­je Rose o wy­ro­ku, jaki na nią wy­dał, o jej bez­na­dziej­nym po­ło­że­niu. Na­stęp­nie sta­je się kla­row­ne, za­czy­na na­bie­rać in­ne­go wy­ra­zu, tak jak bu­dzą­ca się wio­sna wy­bu­cha z całą siłą, gdy uprząt­nie się su­che li­ście. To nie­na­wiść i za­do­wo­le­nie. Rose do­strze­ga te uczu­cia i zna je. Czy to gniew, czy po­win­na zo­ba­czyć w jego oczach wzbie­ra­ją­cy gniew? Nie. To z pew­no­ścią nie­na­wiść. Z pew­no­ścią za­do­wo­le­nie. Jego twarz ła­god­nie­je, zmie­nia się, młod­nie­je. Oj­ciec pod­no­si do góry dłoń, tym ra­zem, by uci­szyć Flo.

– Do­brze – mówi, co ma ozna­czać: dość tego, ab­so­lut­nie dość, tę część mamy za sobą, moż­na przejść do dal­sze­go dzia­ła­nia. Za­czy­na od­pi­nać pas.

Flo i tak prze­sta­ła. Po­dob­nie jak Rose, trud­no jej uwie­rzyć w to, że na­praw­dę sta­nie się to, co wie­dzia­ła, że musi się stać, że nad­cho­dzi czas, kie­dy nie moż­na się już wy­co­fać.

– Och, nie wiem, nie bądź dla niej zbyt su­ro­wy. – Krą­ży ner­wo­wo po kuch­ni, jak gdy­by przy­szedł jej do gło­wy po­mysł uto­ro­wa­nia so­bie dro­gi uciecz­ki. – Och, nie mu­sisz prze­cież bić jej pa­sem. Mu­sisz użyć pasa?

Oj­ciec nie od­po­wia­da, nie­śpiesz­nie zdej­mu­jąc pas. Uj­mu­je go w od­po­wied­nim miej­scu. „No do­bra”. Pod­cho­dzi do Rose i spy­cha ją ze sto­łu. Jego twarz, po­dob­nie jak głos, są bez wy­ra­zu. Przy­po­mi­na kiep­skie­go ak­to­ra gra­ją­ce­go w gro­te­sce. Jak gdy­by mu­siał de­lek­to­wać się czymś że­nu­ją­cym i okrop­nym i trwać przy tym. To nie zna­czy, że uda­je, iż gra i nie mówi se­rio. On gra i mówi se­rio. Rose o tym wie, zna go do­brze.

Kie­dyś za­sta­na­wia­ła się nad mor­der­stwa­mi i mor­der­ca­mi. Czy ta­kiej rze­czy nie do­ko­nu­je się czę­ścio­wo dla efek­tu, by udo­wod­nić jed­no­oso­bo­wej wi­dow­ni – któ­ra nie bę­dzie mo­gła ni­ko­go po­wia­do­mić, lecz wy­łącz­nie za­re­je­stro­wać fakt – że coś ta­kie­go może się zda­rzyć, że nie ist­nie­je nic, co nie może się wy­da­rzyć, że uspra­wie­dli­wio­ny jest na­wet naj­bar­dziej prze­ra­ża­ją­cy wy­bryk, że moż­na zna­leźć uczu­cia, któ­re do tego pa­su­ją?

Rose pró­bu­je zno­wu wpa­try­wać się w ku­chen­ną pod­ło­gę, po­my­sło­wą i krze­pią­cą geo­me­trycz­ną kom­po­zy­cję, żeby tyl­ko nie pa­trzeć na ojca lub jego pas. Jak coś ta­kie­go może się dziać w obec­no­ści ta­kich co­dzien­nych świad­ków – li­no­leum, ka­len­da­rza z mły­nem, rzecz­ką i je­sien­ny­mi drze­wa­mi, sta­rych, usłuż­nych garn­ków i pa­tel­ni?

„Wy­cią­gnij rękę!”.

Ci świad­ko­wie jej nie po­mo­gą, ża­den z nich nie może jej ura­to­wać. Te przed­mio­ty sta­ją się obo­jęt­ne, bez­u­ży­tecz­ne, na­wet nie­przy­ja­zne. Garn­ki po­tra­fią oka­zać nie­na­wiść, wzo­ry na li­no­leum ły­pią na cie­bie, zdra­da jest dru­gim ob­li­czem co­dzien­no­ści.

Przy pierw­szym, a może dru­gim bo­le­snym ra­zie Rose się cofa. Nie po­go­dzi się z tym. Okrą­ża kuch­nię, pró­bu­je do­stać się do drzwi. Oj­ciec za­stę­pu­je jej dro­gę. W dziew­czyn­ce nie ma ani odro­bi­ny od­wa­gi, sto­icy­zmu. Ucie­ka, krzy­czy, bła­ga. Oj­ciec bie­gnie za nią, wa­ląc ją pa­sem, gdy tyl­ko mu się uda, w koń­cu po­rzu­ca go i uży­wa rąk. Ude­rza ją w ucho z jed­nej stro­ny, po­tem z dru­giej. Gło­wa jej od­ska­ku­je, w uszach brzę­czy. Te­raz oj­ciec wy­mie­rza jej cios pię­ścią w twarz. Ci­ska nią o ścia­nę i po­licz­ku­je z ca­łej siły. Po­trzą­sa dziew­czyn­ką i znów ci­ska nią o ścia­nę, ko­pie po no­gach. Rose woła coś bez ładu i skła­du, jak osza­la­ła, krzy­czy. „Już nie będę! Och, bła­gam, prze­bacz mi!”.

Flo tak­że wrzesz­czy. „Prze­stań, prze­stań!”.

Jesz­cze nie. Oj­ciec oba­la Rose na pod­ło­gę, a może ona sama się na nią rzu­ca. Znów ko­pie ją po no­gach. Rose nic już nie mówi, tyl­ko wy­da­je z sie­bie nie­ar­ty­ku­ło­wa­ne dźwię­ki. Flo wy­krzy­ku­je: „Och, a je­śli lu­dzie ją usły­szą?”. Z ust Rose wy­ry­wa się ostat­ni okrzyk po­ni­że­nia i obro­ny, wy­glą­da bo­wiem na to, że musi ode­grać swo­ją rolę z taką samą ja­skra­wo­ścią i prze­sa­dą jak jej oj­ciec. Gra ofia­rę z bra­kiem umia­ru, któ­ry wy­wo­łu­je i być może ma wy­wo­łać koń­co­wą, peł­ną obrzy­dze­nia po­gar­dę ojca.

Mo­gło­by się wy­da­wać, że da­dzą z sie­bie wszyst­ko, po­su­ną się do osta­tecz­no­ści.

Nie­zu­peł­nie. Ojcu nig­dy nie uda­ło się po­waż­nie zra­nić Rose, cho­ciaż zda­rza się oczy­wi­ście, że dziew­czyn­ka mo­dli się, by to zro­bił. Ude­rza ją otwar­tą dło­nią, za­cho­wu­je pew­ną po­wścią­gli­wość w ko­pa­niu.

Te­raz prze­ry­wa eg­ze­ku­cję, nie mo­gąc zła­pać tchu. Po­zwa­la po­dejść Flo, pod­no­si Rose z pod­ło­gi i po­py­cha ją w stro­nę ma­co­chy z prych­nię­ciem obrzy­dze­nia. Flo ła­pie ją, otwie­ra drzwi na scho­dy i po­py­cha na górę.

– Idź te­raz do swo­je­go po­ko­ju! Bie­giem!

Rose wcho­dzi po scho­dach, po­ty­ka się, po­tem spe­cjal­nie po­ty­ka się jesz­cze raz i upa­da na stop­nie. Nie bęb­ni w drzwi, po­nie­waż ta­kie za­cho­wa­nie mo­gło­by go spro­wo­ko­wać do przyj­ścia za nią, a ona już i tak jest sła­ba. Kła­dzie się na łóż­ku. Sły­szy przez prze­wód ko­mi­no­wy, jak Flo po­cią­ga no­sem i gło­śno pro­te­stu­je, jak oj­ciec od­po­wia­da ze zło­ścią, że po­win­na się za­mknąć, bo sko­ro nie chcia­ła kary dla Rose, nie po­win­na była do niej za­chę­cać. Flo bro­ni się, że nig­dy nie za­chę­ca­ła do ta­kie­go la­nia.