Opis

Oscar Balfour, jeden z najbogatszych ludzi w Anglii, ma osiem córek. Mogłoby się wydawać, że niczego im nie brak, jednak pozory mylą.

Zoe

Okazuje się, że biologicznym ojcem Zoe jest dawny kochanek matki, a nie Oscar Balfour. Celebrytka i jedna ze spadkobierczyń fortuny Balfourów czuje się wyobcowana i nieszczęśliwa. Oscar wysyła ją do Nowego Jorku, by zmieniła otoczenie i nabrała dystansu…

Emily

Córki Oscara dowiadują się, że mają przyrodnią siostrę. Najmłodsza, Emily, nie może pogodzić się z dwulicowością ojca i ucieka z domu. Ledwie wiąże koniec z końcem, pracuje w klubie nocnym, a ukochanego baletu uczy w ośrodku społecznym. Kiedy znajomy ojca proponuje jej posadę nauczycielki tańca, Emily zgadza się z radością. Nie wie, że nic nie dzieje się przypadkiem…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 281

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Kate Hewitt, India Grey

Za jakie grzechy

Kate Hewitt

Zoe

Tłumaczenie:

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Max Monroe wpatrywał się w kwiaty wiśni za oknem kliniki na Park Avenue. Świeżo rozkwitłe pączki przypominały różowawe purchaweczki, ale kiedy zamrugał, zlały się nagle w falującą masę. A może tylko to sobie wyobraził? – zastanowił się.

Odwrócił się do lekarza, który uśmiechnął się ze współczuciem.

– A więc? Jak długo to potrwa? Pół roku? Rok? – zapytał.

– Trudno powiedzieć. – Lekarz zerknął w dokumentację pacjenta, w kilku suchych, klinicznych określeniach opisującą dramat utraty wzroku.

– Choroba Stargardta jest nieprzewidywalna. Często bywa zdiagnozowana już w dzieciństwie, w pana wypadku stało się to później. Być może ma pan przed sobą miesiące nieostrego widzenia, stopniową utratę widzenia centralnego, a nawet chwilowe przerwy w widzeniu… – Zamilkł wymownie.

– Albo? – zapytał Max.

– Albo w ciągu kilku tygodniu straci pan wzrok całkowicie.

– Tygodni… – powtórzył Max z pozoru obojętnie i przeniósł wzrok na obsypane kwieciem drzewa.

Zatem bardzo prawdopodobne, że nie zobaczy już, jak bladoróżowe płatki brązowieją i opadają, pomyślał.

– Max?

Gest dłoni był wymowniejszy niż słowa. Max nie chciał słuchać, jak przykro jest lekarzowi i jak bardzo on nie zasługuje na taki wyrok. To nie służyło niczemu.

– Pański przypadek jest szczególny. Uraz głowy wskutek wypadku mógł spowodować nasilenie objawów. Wiele osób z tym schorzeniem funkcjonuje zupełnie sprawnie… choć to poważne wyzwanie…

Max parsknął śmiechem.

Utrata wzroku to nie wyzwanie. To perspektywa wiecznej ciemności. Już kiedyś doznał tego uczucia, ale wolał nie zagłębiać się we wspomnieniach.

– Mógłbym pana skontaktować z grupą wsparcia… Proszę…

– Nie. – Max nie przyjął podanej broszury, tylko spojrzał lekarzowi w oczy kątem oka, bo w ten sposób widział najlepiej.

Mruganie niczego nie zmieniało. Świat tracił ostrość, kontury rozmywały się i ciemniały jak na starych fotografiach. Max już zaczynał sobie zdawać sprawę z nieuchronności tego, co go czekało. Zastanowił się, czy po utarcie wzroku wspomnienia realnych barw zblakną, staną się rozmyte i odległe, coraz trudniejsze do przywołania, a z czasem coraz bardziej nieokreślone? Jak można żyć w całkowitej ciemności? Już kiedyś doznał czegoś podobnego i był pewien, że nie potrafi znów stawić temu czoła. Niestety, nie miał wyboru.

– Nie potrzebuję grupy wsparcia – powiedział. – Dam sobie radę. Ale dziękuję panu.

Wstał z wysiłkiem. Bolała go głowa. Doznał wrażenia, że traci grunt pod nogami, zachwiał się i próbował złapać róg biurka. Nie trafił, wyciągnięta dłoń przecięła powietrze i Max zaklął głośno.

– Max…

– Już w porządku. – Wyprostował plecy i wysoko podniósł głowę, ukazując długą, cienką bliznę, biegnącą od wewnętrznego końca prawej brwi, wzdłuż nosa aż do wyokrąglenia wargi. – Dziękuję – powtórzył i opuścił gabinet, ostrożnie odmierzając kroki.

Za oknem pojedynczy, jedwabisty płatek niefrasobliwie wirował w powietrzu.

Zoe Balfour podała swój połyskliwy, jedwabny szal szatniarce i musnęła dłonią artystycznie potargane włosy. Przez chwilę stała w gwarnym wejściu do galerii Soho, czekając, aż jej pojawienie się przyciągnie wystarczająco dużo uwagi. Wciąż łaknęła zainteresowania i pochlebstw, chociaż zaledwie trzy tygodnie wcześniej w prasie ukazały się doniesienia o jej nieprawym pochodzeniu, a świat, do którego należała sercem i duszą, wydał zbiorowe, zdumione sapnięcie. Sama Zoe natomiast doznała obezwładniającego poczucia utraty tożsamości.

Odetchnęła głęboko i weszła do galerii. Od razu sięgnęła po kieliszek szampana i upiła duży łyk. Przepadała za cierpkim smakiem na języku i lekkim szumem w głowie. Zarejestrowała wzmożone zainteresowanie swoją osobą, ale trudno byłoby rozstrzygnąć, czy przyczyną była jej uroda, czy demaskatorskie artykuły prasowe.

Upiła jeszcze łyk w nadziei, że alkohol poprawi jej nastrój, bo miała szczery zamiar zapomnieć o problemach i świetnie się bawić. Odkąd prasa nagłośniła jej wstydliwą przeszłość, miała wrażenie, że stoi na krawędzi przepaści. Przed trzema dniami przyleciała z Anglii do Nowego Jorku z zamiarem odnalezienia swojego biologicznego ojca, który tu właśnie mieszkał.

Dopiero tego popołudnia zebrała się na odwagę, by stanąć przed lśniącym wieżowcem na Pięćdziesiątej Siódmej ulicy i czekać na mężczyznę, z którym chciała pomówić. Spacerowała. Wypiła trzy kawy. W końcu zaczęła ogryzać paznokcie. Kiedy po dwóch godzinach wciąż się jeszcze nie pojawił, zrezygnowała i wróciła do apartamentu Balfourów na Park Avenue.

Przez dwadzieścia sześć lat żyła w przekonaniu, że jest jedną z dziewcząt Balfour, członkiem jednej z najstarszych i najzamożniejszych rodzin w Anglii. Potem dowiedziała się z pierwszych stron brukowców, że w jej żyłach nie ma ani kropli ich szlachetnej krwi.

Była nikim. Zwykłą przybłędą.

– Zoe!

Karen Buongornimo, organizatorka uroczystości, smukła i bardzo elegancka w małej czarnej, przycisnęła do jej twarzy upudrowany policzek.

– Wspaniale wyglądasz! Gotowa zabłysnąć?

– Jasne. Jak wiesz, jestem w tym najlepsza.

– Zgadzam się w zupełności.

Zoe zmusiła się do uśmiechu.

– Kiedy pomyślę o tym, co mnie czeka… – kontynuowała Karen. – Będę musiała podziękować naszym sponsorom, przede wszystkim Maksowi Monroe. – Przewróciła oczami, a Zoe usiłowała sprawiać wrażenie, że zna to nazwisko. – Najlepsza partia w mieście, ale co z tego.

Zoe upiła łyk szampana. Choć usiłowała sobie wmówić, że świetnie się bawi, wcale tak nie było.

– Zawsze jest okropnie nadąsany i nieprzystępny, ale za to bardzo seksowny… ta blizna jeszcze dodaje mu uroku, nie sądzisz?

– Nie przyglądałam mu się…

– Trudno go nie zauważyć. – Karen wzruszyła ramionami. – Wciąż ma niezadowoloną minę. Miesiąc temu uległ wypadkowi, który zmienił go nie do poznania. – Odstawiła pusty kieliszek i ucałowała powietrze obok policzków Zoe.

– Muszę wracać do moich obowiązków. – Obciągnęła sukienkę, odsłaniając rowek między piersiami.

Zoe uśmiechnęła się blado i, popijając szampana, obserwowała przyjaciółkę, żeglującą przez tłum. Zwykle to ona bywała gwiazdą takich imprez, ale dziś zupełnie nie miała ochoty na pogawędki czy flirty. Wciąż stały jej przed oczami upokarzające nagłówki w brukowcach: „Nieślubny skandal w rodzinie Balfourów! Błękitna krew okazuje się nie taka błękitna!”.

Nigdy nie zdoła zapomnieć tych słów. Że też węszący dziennikarz musiał podsłuchać sprzeczkę jej sióstr na dorocznym balu dobroczynnym Balfourów! Siostry dowiedziały się o wszystkim z zapomnianego dziennika jej matki. Dlaczego musiały go znaleźć? – wciąż zadawała sobie to pytanie, choć nic już nie mogło tego zmienić.

Pozostało jej tylko ignorować wstyd i ból. Przyjmowała więc zaproszenia, chodziła na przyjęcia i spotykała się z przyjaciółmi, udając, że nic jej to wszystko nie obchodzi. Przez dwa tygodnie, dzień po dniu, wracała do domu o świcie i przesypiała całe dnie.

Oscar Balfour początkowo tylko się temu przyglądał, w końcu jednak poprosił ją na rozmowę do swojego gabinetu, urządzonego w polerowanym mahoniu i miękkiej skórze, w którym niemal zawsze unosił się zapach dobrego fajkowego tytoniu. Od dzieciństwa uwielbiała to miejsce, tak męskie, przepełnione wspomnieniami niedzielnych wieczorów, kiedy skulona w wielkim skórzanym fotelu ojca, zagłębiała się w jego starych atlasach i encyklopediach, marząc o dalekich podróżach, egzotycznych miejscach i zwierzętach. Nigdy nie była wzorową uczennicą, ale kochała wynajdywać w tamtych starych księgach ciekawostki, którymi potem zaskakiwała rodzinę i znajomych.

Tego wieczoru jednak nawet na nie nie spojrzała, tylko stała przy drzwiach, obojętna, wciąż czując skutki wypitego wczorajszego wieczoru alkoholu.

– Zoe. – Ojciec patrzył na nią ze współczuciem, ale miała wrażenie, że są sobie zupełnie obcy. – Nie możesz dłużej tak się zachowywać… Musisz z tym skończyć.

Z trudem przełknęła przez zaciśnięte gardło i wzruszyła ramionami.

– Nie wiem, o czym mówisz…

– Zoe – powtórzył bardziej stanowczo, a jej przypomniał się dzień, kiedy będąc ośmiolatką, pomalowała się kosmetykami macochy. Zużyła większość szminki i cieni do powiek za jednym zamachem. – Przez ostatnie dwa tygodnie spędziłaś poza domem wszystkie noce, Bóg jeden wie z kim i jak…

– Mam dwadzieścia sześć lat – wtrąciła nadąsana – i mogę postępować, jak mi się podoba…

– Nie w moim domu i nie za moje pieniądze. – Mówił spokojnie, ale ostrość w jego spojrzeniu kazała jej spuścić wzrok. – Rozumiem, że jesteś przygnębiona tą całą historią, ale…

– Nie o to chodzi. – Popatrzyła na niego wyzywająco, jak krnąbrne dziecko. – Chodzi o prawdę.

Oscar milczał przez dłuższą chwilę.

– Och, Zoe – powiedział ze smutkiem. – Naprawdę myślisz, że to ma jakiekolwiek znaczenie?

– Oczywiście – odparła ostrym tonem. – Przynajmniej dla mnie.

– Cóż, mogę cię tylko zapewnić, że dla mnie nie ma żadnego. A jeżeli koniecznie chcesz wiedzieć, podejrzewałem to jeszcze przed twoim urodzeniem…

– Jak to? – Aż drgnęła z wrażenia. – Wiedziałeś?

– Podejrzewałem – odparł ze spokojem. – Twoja matka i ja… no cóż, od jakiegoś czasu nie byliśmy już razem szczęśliwi…

– I nic mi nie powiedziałeś? – Potrząsnęła głową, przełykając łzy.

– Dlaczego miałbym ci mówić? – spytał łagodnie. – Jesteś i zawsze byłaś moim ukochanym dzieckiem.

Nie potrafiła wyrazić słowami kłębiących się w jej wnętrzu emocji, czuła jednak, że Oscar nie miał racji. Czuła w głębi serca, że nie należy do rodziny.

– Wiem, że to dla ciebie trudne. W krótkim czasie straciłaś macochę i dowiedziałaś się, że masz jeszcze jedną siostrę… – powiedział łagodnym, współczującym tonem.

– Przecież z Mią nie łączą mnie więzy krwi.

Wspomnienie Mii zabolało. W ciągu kilku minionych tygodni to właśnie ona odkryła, że, jeszcze przed ślubem z Lilian, Oscar miał krótkotrwały romans, który zaowocował narodzinami córki. W ten sposób wyszło na jaw, że w żyłach Zoe nie płynie błękitna krew Balfourów.

– Nie chodzi o więzy krwi – rzucił ostrzej, niż się spodziewała. – Może popełniłem błąd, utrzymując cię w nieświadomości, ale wiesz doskonale, że bardzo cię kocham.

Odwróciła głowę, próbując powstrzymać łzy.

– Ale nie należę do rodziny.

Oscar milczał na tyle długo, że poczuła się lekceważona.

– Rozumiem – powiedział w końcu, a w jego głosie brzmiało rozczarowanie. – W gruncie rzeczy chodzi ci o nazwisko i opinie znajomych. Obawiasz się ich ocen?

Zarumieniła się po korzonki włosów i pospiesznie odwróciła plecami.

– A jeżeli tak? To nie twoje zdjęcia pojawiły się na pierwszych stronach brukowców.

– Owszem, niestety i moje, i twoich sióstr – westchnął. – Moje błędy ujawniono przed całym światem i mogę się tylko starać trzymać głowę wysoko. Mam nadzieję, że ciebie też na to stać.

Nie odpowiedziała.

Dorastając, zawsze czuła się inna, jakby obca w swoim środowisku. Bella i Oliwia były bliźniaczkami i łączyła je nierozerwalna więź. I tylko ona jedna zupełnie nie pamiętała matki, bo Aleksandra zmarła przy porodzie. Emily miała kochaną przez wszystkich Lilian; Kat, Sophie i Annie miały swoją matkę, także uwielbianą przez wszystkie dziewczęta, Tilly.

Tylko Zoe żadnej z matek nie mogła nazwać swoją.

Teraz zrozumiała, dlaczego wtedy czuła się taka inna. Po prostu nigdy nie należała do rodziny.

– Chciałbym, żebyś pojechała do Nowego Jorku. – Oscar wyciągnął z szuflady skórzany portfel, w którym był bilet lotniczy pierwszej klasy. – Możesz zostać w naszym tamtejszym apartamencie, jak długo będziesz chciała.

Wzięła portfel i pogładziła miękką skórę.

– Dlaczego?

Oscar westchnął i potarł zmęczone oczy.

– Przeczytałem dziennik twojej matki i chyba trafnie domyśliłem się, kto jest twoim biologicznym ojcem.

– Wiesz, kto to jest?

Wskazał portfel.

– Szczegóły znajdziesz w środku. Mieszka w Nowym Jorku i zapewne zdołasz go odnaleźć. – Uśmiechnął się smutno. – Jesteś silniejsza, niż ci się wydaje, Zoe.

Jakoś wcale nie czuła się silna. Nie umiała się nawet zdobyć, by odnaleźć tamtego mężczyznę. Nie miała odwagi zagadnąć kogokolwiek na tym przyjęciu i z każdym dniem coraz mocniej odczuwała żałość.

Max spoglądał na tłum okupujący galerię, ale widział jedynie mnóstwo jasnych, nieokreślonych kształtów. Czy jego wzrok pogorszył się w ciągu ostatnich godzin, czy to tylko reakcja na stres? – zastanowił się.

Upił łyk szampana i rozejrzał się po ścianach galerii, na których wisiały płótna współczesnych artystów. Szczegóły na szczęście były dla niego niedostrzegalne.

Przyszedł tu tylko z obowiązku, bo to jego firma, Monroe Consulting, była głównym sponsorem tej wystawy. Nie miał pojęcia, dlaczego wydali ćwierć miliona dolarów na wystawienie czegoś tak paskudnego, ale skoro ktoś z rady nadzorczej podjął taką decyzję, podpisał się pod nią, bo w sumie niewiele go to obchodziło.

– Max. – Dwie kobiece dłonie zacisnęły się na jego ręku, nozdrza podrażnił przesłodzony i duszący zapach perfum. – Miło, że przyszedłeś. – Zniżyła głos do szeptu. – Tym bardziej, że… – Przerwała, ale Max nie zamierzał jej niczego ułatwiać.

Nie widział dokładnie jej rysów, ale dusząca woń perfum i charakterystyczny szept odsłoniły tożsamość kobiety. Letitia Stephens, jedna z najbardziej znanych nowojorskich bywalczyń, starzejąca się, wybitnie złośliwa i notoryczna plotkara.

Uniósł brew, błyskając zębami w uśmiechu.

– Tym bardziej, że co, Letitio?

Nastąpiła chwila milczenia.

– Och, Max. – To zabrzmiało niemal jak wymówka, ale Monroe uśmiechnął się tylko i czekał. -Wszyscy tak bardzo martwiliśmy się o ciebie…

Chwila lepszego nastroju prysła jak bańka mydlana. Wciąż bronił się przed wspomnieniami o wypadku… Tak bardzo starał się o tym nie myśleć.

– Niepotrzebnie – odparł, prostując się.

To była wyraźna odprawa i Letitia Stephens okazała się na tyle rozsądna, by ją zaakceptować.

Szczęśliwie nie dostrzegł morderczego spojrzenia, jakim go obdarzyła, ani zabójczo przesłodzonego uśmiechu.

Pozostawiony sam sobie dopił szampana i zaczął myśleć o wyjściu. Nie było jeszcze dziewiątej, a organizatorka imprezy, atrakcyjna Karen Buongornimo o sztucznie wybielonym uśmiechu, który nawet on dostrzegł, właśnie zamierzała przemówić i zapewne złożyć mu oficjalne podziękowania. Postanowił, że ostatni raz uczestniczy w podobnym cyrku. Nawigowanie pośród morza zamazanych twarzy i ciał sprawiało mu coraz więcej trudności i nie zamierzał dłużej tego ciągnąć.

Zoe torowała sobie drogę przez tłum, unikając znajomych twarzy. Usłyszała, jak Karen prosi zebranych o uwagę i wygłasza płomienne przemówienie o konieczności wspierania młodych artystów i chlubnym udziale Monroe Consulting w tej chwalebnej misji. Monroe Consulting… to zapewne firma Maksa Monroe, tego słynnego ponuraka. Zoe poczuła lekkie zaciekawienie i dopiła swojego szampana. Ta noc nie nadawała się na refleksje czy wspomnienia. Dobra zabawa powinna jej pozwolić o wszystkim zapomnieć.

– A teraz, jestem przekonana, pan Monroe zechce powiedzieć kilka słów…

W sali zapadła krępująca cisza, a wszystkie głowy odwróciły się w stronę mężczyzny w rogu.

Zoe wyciągnęła szyję i stanęła na palcach, ale tłum był zbyt gęsty, a kolumny zasłaniały widok, więc nie zdołała go zobaczyć.

W końcu, kiedy cisza zdawała się nieznośna, Karen sprawiała wrażenie zarówno poirytowanej, jak i zakłopotanej, a ludzie zaczęli chrząkać znacząco, mężczyzna odezwał się niskim, suchym tonem.

– Tylko dwa słowa – powiedział. – Na zdrowie.

Znów zapadła cisza, a potem ktoś zawołał:

– Brawo! Brawo!

Wokoło rozległ się śmiech i napięcie zelżało.

– Na zdrowie! – powiedziała Zoe głośno, sięgając po następny kieliszek.

Choć rozpoznawała większość osób, znała tylko kilkoro i była z tego zadowolona. Dziś nie chciała rozpamiętywać przeszłości. Dziś chciała się tylko dobrze bawić.

– Topimy swoje smutki, co, kochanie?

Zoe zamarła. Znała ten głos i nienawidziła go. Odwróciła się wolno i stanęła twarzą w twarz z Holly Mabberly, jej koszmarem ze szkoły z internatem. Choć większość ich wspólnych znajomych sądziła, że się przyjaźnią. Publicznie całowały powietrze obok swoich policzków, gawędziły, wybuchały perlistym śmiechem i przynosiły sobie nawzajem drinki. Pewnego wieczoru Holly pożyczyła jej nawet swój najładniejszy ciuszek i Zoe do dziś nie była pewna, czy jej go wtedy oddała.

Pomimo to nie nazwałaby Holly przyjaciółką. Wciąż pamiętała, jak na czwartym roku w Westfields ich koleżankę ze szkoły złapano na kradzieży szminki z perfumerii w miasteczku i wydalono ze szkoły. Holly uśmiechnęła się wtedy zimno.

– Co za ulga – powiedziała cicho do siebie.

Ten zimny uśmiech zmroził ją do szpiku kości, a bezduszna uwaga zraniła do głębi. Zapewne wyczuła w Holly osobę, która chętnie widzi bliźniego pognębionego i upokorzonego. A teraz ona sama mogła zostać jej ofiarą, pomyślała Zoe.

Wysączyła swojego drinka do ostatniej kropelki i odstawiła kieliszek.

– Co masz na myśli, Holly? – spytała słodko. – Dawno się tak nie bawiłam.

Kąciki ust Holly opadły lekko w dół w geście udawanego współczucia. Ścisnęła nagie ramię Zoe, wbijając długie paznokcie w delikatną skórę.

– Przede mną nie musisz udawać. Dobrze wiem, jak się czujesz… zawstydzona, zagubiona.

Stwierdzenie było zaskakująco wnikliwe i trafne. Zoe tak się właśnie czuła. Zagubiona, opanowana wrażeniem, że ziemia osuwa jej się spod nóg. Przed oczy wypłynęła jej złośliwie uśmiechnięta twarz pseudoprzyjaciółki.

– Zagubiona? Strasznie to melodramatyczne. Czułam się tak, kiedy wracałyśmy na piechotę z regat Oxford – Cambridge, pamiętasz? – Roześmiała się perliście. – Cztery bite godziny z Putney Bridge do Mayfair. Ależ byłyśmy pijane!

– Kochanie. – Holly mocniej ścisnęła ramię Zoe, a paznokcie głębiej wbiły się w ciało.

Zoe przygryzła policzek od wewnątrz, żeby się nie skrzywić.

– Przy mnie nie musisz udawać. – Holly zniżyła głos do szeptu. – Czy było aż tak strasznie, że musiałaś przyjechać tutaj, do Nowego Jorku? Uciec od tych wszystkich plotek, szeptów i spojrzeń? – Wyraz fałszywego współczucia na jej twarzy przyprawił Zoe o dreszcz.

– Czuję się świetnie – powiedziała obojętnym tonem.

Od ukazania się informacji w prasie upłynęły trzy tygodnie, ale dopiero Holly odważyła się tak otwarcie zabrać głos na ten temat. Na tym świecie nie brakowało ludzi podobnych Holly, okazujących pogardę pod przykrywką współczucia. Zoe strząsnęła jej dłoń z ramienia i uśmiechnęła się lodowato.

– Przykro mi, że cię rozczarowałam. Zapewne wolałabyś mnie widzieć w strugach łez. Nic z tego, moja droga.

Holly tylko potrząsnęła głową.

– Kochanie, naprawdę nie powinnaś odgrywać się na mnie – odparła Holly z udawanym współczuciem w głosie i poklepała ją po policzku. – Mogę sobie tylko wyobrazić, jak ogromnie jest to dla ciebie trudne… Spojrzeć w oczy ludziom w Anglii, prawda? Przynajmniej tym, którzy się liczą. – Cmoknęła językiem i głos zabrzmiał mocniej. – To bardzo, bardzo smutne.

Zoe nie była w stanie powstrzymać łez. Zdawała sobie sprawę, że uwagi Holly miały wbić jej szpilę, ale ta świadomość w niczym nie pomagała. Wcale nie czuła się tak silna, jak sądził o niej Oscar.

– Och, Zoe – zaszeptała Holly, wyciągając do niej rękę, ale Zoe cofnęła się.

– Zostaw mnie, Holly, po prostu zostaw mnie samą. – Ostatnie słowa utonęły w szlochu, dopełniając miary upokorzenia.

Odwróciła się na pięcie i sięgnęła po szampana. Upije się, zrobi wszystko, co pozwoli jej zapomnieć o tej koszmarnej chwili i jej całym, okropnym, sfałszowanym życiu.

Na wpół ukryta za kolumną, lustrowała wzrokiem tłum, świadoma ukradkowych spojrzeń i cichych komentarzy. Czy wszyscy ją obserwowali, czy tylko to sobie wyobraziła? Czy będzie to wyglądało na ucieczkę, jeżeli teraz wyjdzie?

Utkwiła spojrzenie w mężczyźnie opartym nonszalancko o kolumnę w rogu sali. Był bardzo przystojny, z ciemnymi, krótko przystrzyżonymi włosami i oliwkową cerą. Spoglądał w dal, najwyraźniej znudzony imprezą. Oto ktoś, kto na pewno nie będzie próbował jej zranić, o ile w ogóle zechce z nią rozmawiać. Jak na razie, jeszcze jej nie zauważył.

Poprawiła uczesanie i z uśmiechem ruszyła w stronę jedynego mężczyzny w tym towarzystwie, który kompletnie nie był zainteresowany Zoe Balfour… Może więc zaciekawi go zwykła Zoe, pomyślała.

ROZDZIAŁ DRUGI

Nie widział jej, ale wyczuł nagłą zmianę w atmosferze i instynktownie zacisnął palce na kieliszku.

– Dobry wieczór. – Usłyszał słowa wypowiedziane miłym głosem z wyraźnie brytyjskim akcentem. – Odnoszę wrażenie, że jest pan znudzony imprezą.

– Nawet bardzo – odparł szorstko.

Odwrócił głowę, żeby na nią spojrzeć. Burza złocistych włosów, gładki, blady policzek, błysk zielonych oczu. Pachniała delikatnie wodą różaną i niespodzianie ogarnęła go fala pożądania.

– Och, to straszne. – Zaśmiała się z dziewczęcym urokiem. – Czy następny drink mógłby temu zaradzić?

– Już było ich zbyt wiele – odparł równie szorstko jak poprzednio.

Przeciąganie tego flirtu nie miało sensu. Gdyby tylko wiedziała…

– Cóż, mnie to nie dotyczy.

Uniosła ramię i natychmiast pojawił się kelner. Sięgnęła po kieliszek, odwróciła się do niego i upiła łyk.

– Skoro jest aż tak źle, dlaczego pan tu w ogóle przyszedł?

– Ponieważ to moja firma wydała ćwierć miliona dolarów na wystawienie tych koszmarów.

Zaskoczona zawahała się, ale po chwili wybuchnęła serdecznym śmiechem. Pogorszenie wzroku spowodowało uwrażliwienie innych zmysłów. Delikatny zapach róż pochodził zapewne z perfum, a może mydła? Dolatywał go z każdym jej ruchem, ledwie wyczuwalny, a jednocześnie sugestywny.

– Och, oczywiście – powiedziała ze śmiechem. – Pan Gradowa Chmura.

– Pierwsze słyszę – odparł cierpko.

Po raz pierwszy od tygodni zaczynał się dobrze bawić, a przynajmniej był tego bliski.

– No cóż, raczej nie wygląda pan na duszę towarzystwa.

Lekko wzruszyła ramionami, a Max miał wrażenie, że słyszy ocieranie się jedwabiu o jej nieskazitelną skórę. I chociaż widział już tylko właściwie zamazane kształty, jego ciało przeczuwało coś więcej i każda jego cząstka pulsowała tęsknotą.

Już tak dawno nie był z kobietą. Od wypadku doświadczał tylko dotyku chłodnych rąk lekarzy i teraz zapragnął, by to się zmieniło. Chciał znów przeżyć bliskość drugiej osoby, poczuć zapach i dotyk jej skóry. I pragnął jeszcze czegoś – być z kimś bardziej niż blisko, wypełnić pustkę, pozbyć się uczucia osamotnienia.

Nawet gdyby to miała być tylko jedna noc. Nawet gdyby jego towarzyszką miała się okazać płytka, bogata trzpiotka, jaką zapewne była ta dziewczyna.

Dobrze znał ten rodzaj kobiet, pięknych i pewnych siebie, zdolnych zaczepić nieznajomego i przymówić się o drinka. Zawsze go pociągały.

– Akurat dzisiaj nie czuję takiej potrzeby – wyjaśnił.

Zoe upiła szampana.

– A ja lubię się bawić – odparła lekko.

– I dobrze się pani bawi?

Roześmiała się wystudiowanie.

– Nie. Nudzę się tak samo jak pan, tylko lepiej to ukrywam.

– Właśnie. Dlatego „pan gradowa chmura”. – Uniósł pytająco brew. – A co to właściwie miało oznaczać?

– Moja przyjaciółka, Karen, która zorganizowała dzisiejszy wieczór, powiedziała, że poznam pana po minie ponurej jak chmura gradowa. I, oczywiście… – przerwała nagle, a Max zmrużył oczy, jak gdyby naprawdę mógł ją widzieć.

– I? – zapytał miękko.

– Po bliźnie.

Uniosła dłoń i przez chwilę sądził, że go dotknie. Nie poruszył się, ale jej dłoń, blada i smukła, zawisła na chwilę w powietrzu, zanim opadła z powrotem do jej boku. Odniósł wrażenie, że wszystko się nagle zmieniło. Przekomarzanie, dotychczas na krawędzi flirtu, stało się zbyt intymne. Nie chciał jej współczucia, ale pragnął jej dotyku.

– Miał pan wypadek?

– Tak – uciął szorstko.

Bardzo niewiele osób umiało z nim teraz szczerze rozmawiać. Na ogół ludzie starali się mówić dokładnie to, co sądzili, że chciał usłyszeć.

Lekarze przynajmniej nie kłamali.

– Przykro mi – powiedziała Zoe i czuł, że naprawdę tak myśli.

Łatwiej byłoby, gdyby rzeczywiście okazała się płytką lalunią. Szukał towarzyszki do łóżka, a nie empatii i zrozumienia.

Przez chwilę oboje milczeli. Max odszedłby, ale bał się, że wpadnie na kolumnę, kelnera czy cokolwiek. Zresztą, czy tego właśnie chciał? Ta dziewczyna była piękną, beztroską trzpiotką. Mógłby z nią przeżyć miłą przygodę…

– Rozumiem – powiedział, zniżając głos do zmysłowego pomruku, a jego nozdrza znów podrażnił zapach wody różanej – że jest pani znudzona przyjęciem tak samo jak ja. – Podtekst pytania nie pozostawiał cienia wątpliwości.

– Owszem – odpowiedziała miękko po chwili.

– W takim razie – zaproponował, odstawiając pusty kieliszek – może wyjdziemy?

Zoe obserwowała Maksa, poruszającego się ostrożnie odmierzanymi krokami. Po krótkiej chwili zawahania ruszyła za nim.

Nie miała zwyczaju wychodzić z imprez z nieznajomymi przystojniakami. Przygody na jedną noc nie były w jej stylu. Owszem, lubiła tańce i flirty, ale do domu wolała wracać sama.

Przeczuwała, że tym razem jednak tak nie będzie. Wyczuwała w Maksie Monroe to samo co w sobie… Bolesne pęknięcie. Czuła, że pociągają się wzajemnie i nie zamierzała z tym walczyć.

Odebrała w szatni swoje zwiewne okrycie, a Max wyjął telefon i wypowiedział do niego kilka słów.

– Mój samochód zaraz tu będzie.

Dopiero teraz zaczęło do niej docierać, co zamierza zrobić. Czy to aby na pewno był dobry pomysł? – zastanowiła się.

– Jeżeli ma pani wątpliwości… – powiedział, jakby wyczuwając jej nastrój.

– Cokolwiek pan myśli, to nie jest moje normalne zachowanie.

Uniósł brew w udawanym zdumieniu. Najwyraźniej już ją osądził.

– W takim razie, jakie jest pani normalne zachowanie? Kim pani jest? – spytał po chwili milczenia.

No cóż. Tym właśnie próbowała nie zawracać sobie głowy w ciągu ostatnich trzech tygodni. Stała przed nim, nie znajdując odpowiedzi.

– Proszę chociaż zdradzić swoje imię.

– Zoe.

– Po prostu Zoe?

– Tak. Po prostu Zoe.

Podjechała limuzyna i ruszyli ku otwartym przez szofera drzwiom.

Powietrze było balsamiczne, a ciemność niemal namacalna.

– Rozmyśliłaś się? – Max pochylił się do jej ucha, a jego oddech, przesycony zapachem mięty i szampana, połaskotał jej policzek.

Uśmiechnęła się, on odpowiedział tym samym i napięcie zelżało.

– Jesteś piękną kobietą, Zoe. – Leniwym gestem odgarnął jej z ramienia pasmo włosów, chłodnymi palcami muskając nagą skórę. – Zapewne każdy z dzisiejszych gości chciałby być w tej chwili na moim miejscu.

– Zapewne – zgodziła się lekko.

Serce waliło jej mocno i nagle uświadomiła sobie, że nie może się już doczekać tego, co ma nastąpić. Lekkie muśnięcie jeszcze nigdy nie doprowadziło jej do podobnego stanu.

Wsiedli do limuzyny, w której panował mrok rozpraszany jedynie światłami mijających taksówek.

Usadowiła się wygodnie i oddała rozmyślaniom. Czy naprawdę wsiadła do samochodu z nieznajomym mężczyzną?

– Dokąd jedziemy?

Chociaż Max siedział obok, zapatrzony w ciemność za oknem wydał się jej bardzo daleki.

– Mieszkam w TriBeCa[1].

Nie rozmawiali więcej, pozwalając się otoczyć ciszy, przepełnionej niewypowiedzianymi myślami i oczekiwaniami.

W końcu limuzyna stanęła i oboje wysiedli. Stali na kamienistej ścieżce przed czymś przypominającym opuszczony magazyn na nadbrzeżu. Max przez chwilę wyglądał, jakby nie wiedział, dokąd iść albo bał się poruszyć.

– Max? – spytała łagodnie.

– Tędy – odparł i długimi, zdecydowanymi krokami podążył ścieżką w stronę budynku.

Kiedy podeszli bliżej, zobaczyła, że budynek został gruntownie przebudowany. To, co wcześniej sprawiało wrażenie wybitych okien, okazało się namalowane. Frontowe drzwi, wykonane z grubego, barwionego szkła miały chromowane klamki. Max wszedł do środka, Zoe podążyła za nim do foyer z polerowaną podłogą z czarnego marmuru i dalej do windy. Max przebiegł palcami po przyciskach i wcisnął najwyższy z literkami PH.

Apartament Balfourów na Park Avenue także mieścił się w penthousie.

Z windy wchodziło się bezpośrednio do mieszkania. Wrażenie było oszałamiające. Z każdej strony okna sięgały od podłogi do sufitu, rzeka Hudson wydawała się być na wyciągnięcie ręki, a w oddali lśniły oświetlone mosty na Manhattanie.

Po stronie przeciwnej zobaczyła iglicę wieńczącą Empire State Building, a za nim las wieżowców sięgający po horyzont.

Obróciła się wolno, smakując niezwykłe widoki i w końcu spojrzała na Maksa, który zdjął marynarkę i właśnie rozluźniał krawat, nie zwracając najmniejszej uwagi na to, co wzbudziło jej podziw.

– Przepiękne. – Nie kryła entuzjazmu. – Szczęściarz z ciebie.

– Chyba tak – odparł zaskakująco beznamiętnym tonem.

Zapalił lampy, których światło zalało pokój ciepłym blaskiem. Zoe rozglądała się po surowo urządzonym wnętrzu. Była to luksusowa kawalerka samotnika, ze skórzanymi sofami i niewygodnymi, chromowanymi krzesłami, stolikiem do kawy pokrytym czasopismami i kuchnią sprawiającą wrażenie nieużywanej.

Dopiero teraz zauważyła w pozornie jednolitej szklanej tafli drzwi. Wystarczyło przekręcić małą, chromowaną gałkę, by wyjść na szeroki taras.

Max stanął tuż za nią i bardzo powoli uniósł ręce. Zoe zastygła w bezruchu, a kiedy w końcu oparł je na jej nagich ramionach żadne z nich nie odezwało się ani słowem.

Dłonie powędrowały w dół, jak gdyby chciały się zapoznać z krajobrazem jej ciała. Odwrócił ją i przyciągnął bliżej, splatając jej palce ze swoimi. W ciepłym oświetleniu jego oczy wydawały się ciemne i niezgłębione, a twarz surowa. Przyciśnięta plecami do szklanej tafli czuła ciepło jego ciała. Serce Maksa biło nieśpiesznym, miarowym rytmem i zrobiło jej się słabo. Nigdy wcześniej nie zdarzyło jej się zareagować na mężczyznę w ten sposób. A przecież on jeszcze jej nawet nie pocałował.

Wyczuwała jednak, że zamierza to zrobić. Chciała tego, choć jednocześnie ledwo mogła uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę. Że rzeczywiście go spotkała i znalazła się tutaj. Próbowała powiedzieć coś, co przełamałoby napięcie, ale nie zdążyła, bo zamknął jej usta pocałunkiem. W tej samej chwili smutek ostatnich tygodni ulotnił się. Odwzajemniła pieszczotę. Przeżycie zaskoczyło ją i przeraziło jednocześnie swoją intensywnością. Wygięła się w tył i spojrzała mu w oczy.

– Czy my się gdzieś spieszymy? – spytała drżąco.

Wsunął jej palce we włosy i zaczął masować skórę głowy.

– Po co marnować czas? – mruknął, ale nie zaprotestował, kiedy wysunęła się z jego ramion. – Chcesz porozmawiać? – spytał z uśmieszkiem.

Zoe opadła na chromowane krzesło.

– Na to liczyłam.

Zaproponował jej drinka, a kiedy odmówiła, podszedł do barku i oszczędnym, precyzyjnym ruchem nalał sobie sporą porcję whisky.

– A więc – bardziej stwierdził, niż zapytał – przyjechałaś z Anglii.

– Tak.

– W odwiedziny czy na stałe?

– W odwiedziny. Tak sądzę.

– Brak konkretnych planów?

Uśmiechnęła się promiennie.

– Robienie planów nie leży w moim charakterze. – A ty?

– Co ja?

– Jesteś biznesmenem. Ale czym się konkretnie zajmujesz?

– Interesami.

Przewróciła oczami.

– Cóż za konkretna odpowiedź.

– Inwestuję, gram na giełdzie. – Wzruszył ramionami. – Zarabiam pieniądze.

– Rozumiem. To bardzo ciekawe… A skąd masz tę bliznę? – Pytanie wypsnęło jej się niezamierzenie. Było za późno, kiedy uświadomiła sobie, że może w ten sposób obudzić przykre wspomnienia.

– Rozbiłem się moim samolotem – wyjaśnił na pozór beznamiętnie, ale wyczuwała buzujące w nim emocje. – Tak czasem bywa.

– Leciałeś sam?

– Tak. – Mówił obojętnie, a jego twarz nie wyrażała żadnych uczuć.

Przez chwilę szukała odpowiednich słów.

– Szczęście, że żyjesz – powiedziała w końcu i wydało jej się to najbardziej bezsensowną z możliwych odpowiedzi.

– Och, tak – zgodził się ponuro. – Szczęściarz ze mnie.

Chciała jeszcze coś powiedzieć, ale nie dał jej czasu. Podszedł szybko i, ku jej zdumieniu, opadł na kolana, tak że ich głowy znalazły się na jednym poziomie. Przez dłuższą chwilę wpatrywali się w siebie bez słowa. Czuła, jak budzi się w niej namiętność.

Max nie odrywał od niej wzroku, jakby czekał na jej ruch. Instynktownie wyciągnęła dłoń i czubkiem palca musnęła jego bliznę, zaskakująco gładką, niemal jedwabistą. Nie miała pojęcia, dlaczego to zrobiła. Przymknął oczy i poddał się jej dotykowi. Posłuszna instynktowi, pochyliła się i pocałowała zranione miejsce, wdychając upajającą mieszankę zapachów mięty i piżma.

Max drgnął, otworzył oczy i popatrzył na nią z nieskrywanym pożądaniem. Teraz on objął jej twarz obiema dłońmi i przyciągnął bliżej, szykując się do pocałunku. Kiedy to w końcu zrobił, zaskoczyła ją delikatność pieszczoty.

Nie miała pojęcia, jak długo tak trwali, ale słodycz tej chwili miała pozostać w niej na zawsze. W końcu jednak Max uniósł ją w ramionach, przytulił i zaniósł do sypialni.

Podobnie jak w salonie, także i tutaj okna sięgały od podłogi do sufitu. Światło z zewnątrz przenikające przez przymknięte żaluzje zalewało pomieszczenie delikatną poświatą. Max posadził ją na wielkim łożu obleczonym w ciemnoniebieską satynową pościel. Patrzył na nią poważnie. Zoe czekała.

Powolnym gestem odgarnął jej z policzka nieposłuszny kosmyk, a potem obrysował palcami kolejno kontur jej brwi i nosa. Wtedy opuścił dłoń i zaczął rozpinać koszulę.

Zoe nie była w stanie oderwać wzroku od jego nagiego ciała. Zafascynowana pomogła mu się rozebrać.

Żadne z nich nie odezwało się ani słowem, jakby bojąc się zepsuć magiczny nastrój. Jedynym dźwiękiem był szelest rozpinanych i opadających na podłogę ubrań. W końcu, nadzy, legli w satynowej pościeli i przez dłuższą chwilę przypatrywali się sobie nawzajem. Zoe bardzo chciała coś powiedzieć, ale słowa uwięzły jej w gardle. Pragnęła wyznać Maksowi, że czuje z nim wyjątkową więź. W końcu ich dotychczasowe życie legło w gruzach i nie wiedzieli, czy uda się im je odbudować.

Nic jednak nie powiedziała. Kiedy Max znów ją pocałował, zamrugała, żeby powstrzymać niespodziewane łzy. Poddała się słodkiemu zapomnieniu, pozwalając, by słowa, myśli i lęki odpłynęły daleko, przynajmniej na najbliższe godziny…

Max leżał na plecach, a Zoe spała, wtulona w zagłębienie jego ramienia. Kosmyk jej włosów łachotał go w nos. Odetchnął głęboko, wdychając znajomy już zapach wody różanej i uśmiechnął się szeroko i po raz pierwszy od tak dawna prawdziwie. Nie pamiętał, kiedy czuł się równie dobrze.

Od wypadku, który zniszczył jego świat, czuł się czegoś boleśnie pozbawiony i desperacko za tym tęsknił. Teraz miał wrażenie, że to odzyskał i znów może żyć pełnią życia. Słyszał oddech śpiącej Zoe i czuł słodki ciężar jej głowy na ramieniu. On sam nie miał zamiaru spać.

Ostrożnie wysunął się spod niej i usiadł na brzegu łóżka. Ich skłębione ubrania leżały na podłodze i przez dłuższą chwilę poszukiwał bokserek. Wciągnął je w końcu i przeszedł sześć kroków dzielących go od drzwi na taras. Powietrze na zewnątrz było chłodne i wilgotne. Dziesięć kroków do barierki. Zanotował w pamięci, by zlecić usunięcie z tarasu wszystkich mebli, których i tak prawie nie używał.

Przypomniał sobie komentarz Zoe, zachwyconej widokiem. Taki z niego szczęściarz, że utracił ten i podobne widoki na długo przed tym, zanim zdołał się nimi nacieszyć. To, co się z nim działo, mniej przypominało życie, a bardziej powolne umieranie.

Chociaż to, co przeżył z Zoe, wcale nie przypominało umierania. To było życie w najczystszej, najbardziej ekscytującej formie. Nigdy wcześniej nie doświadczył tak pełnego zespolenia, choć przecież nie stronił od kobiet.

A może tylko próbował uwznioślić coś bardzo zwyczajnego, próbując nadać tej nocy większe znaczenie, bo wiedział, że nie będzie kolejnej? Nie mógł w nieskończoność ukrywać swojej postępującej ślepoty. To była kwestia miesięcy, jeżeli nie tygodni. Już teraz z trudem rozpoznawał poszczególne budynki pośród zamglonego pejzażu Manhattanu.

Co stanie się potem? – pomyślał z niepokojem. Jak będzie wyglądała jego przyszłość? Dopóki widział światło, był w stanie zachować jasność umysłu.

Odwrócił się od widoku, którego tak naprawdę nie mógł wyraźnie zobaczyć. Pozwoli Zoe spać do rana, ale w końcu będzie musiała odejść. Przeciąganie rozstania byłoby bezcelowe. Zresztą zapewne nawet by tego nie chciała. Oboje wiedzieli, że to tylko przygoda na jedną noc.

Przeszedł dziesięć kroków do drzwi i jeszcze sześć do łóżka. Przy świetle z zewnątrz widział złocisty krąg jej włosów na poduszce i blade ramię na atramentowo niebieskiej pościeli.

Jeżeli słusznie ją ocenił, takie noce musiały być dla niej codziennością. Dlaczego więc myśl o tym, że wkrótce odejdzie, była dla niego tak bardzo bolesna?

Delikatnie wsunął się obok niej i drgnął, kiedy muskając palcami jej policzek, natrafił na wilgoć. Łza? Dlaczego miałaby płakać?

Musiał ją odesłać. Uwierzyć, że mogłaby stać się dla niego kimś więcej, byłoby niebezpieczne i bezcelowe. Dla nich obojga nie ma wspólnej przyszłości.

Odsunął się trochę, próbując nie dotykać kusząco ciepłego ciała, i leżał spokojnie, w oczekiwaniu na sen. Pragnął go i nienawidził jednocześnie, bo choć dawał ukojenie i zapomnienie, przynosił też ciemność i koszmary.

ROZDZIAŁ TRZECI

Zoe obudziły promienie wschodzącego słońca. Leżała, rozkoszując się ich ciepłem. Dopiero po dłuższej chwili uświadomiła sobie, gdzie jest. Czuła się szczęśliwa, serce i umysł miała spokojne.

Ta noc była cudowna.

Otworzyła oczy. Słoneczny blask wlewał się do wnętrza przez szklane tafle i oświetlał cały pokój.

Szczelnie owinęła się prześcieradłem, wstała i przeszła nad swoim zmiętym ubraniem. Przez chwilę chciała je włożyć, ale nie umiała się na to zdobyć. Miała wrażenie, że to zredukowałoby tę noc do czegoś niskiego, tymczasowego, podczas gdy ona oceniała ją zupełnie inaczej.

Poprzedniego wieczoru pragnęła znaleźć w ramionach Maksa zapomnienie, tymczasem czuła się wolna i szczęśliwa.

Cicho uchyliła drzwi do salonu, ale Maksa tam nie było. Zajrzała do kuchni i dwóch innych sypialni, gabinetu, biblioteki i jadalni. Czyżby wyszedł?

Stała pośrodku biblioteki, otoczona półkami wypełnionymi tomami w skórzanych oprawach. W jednym rogu tkwiło masywne mahoniowe biurko. W powietrzu unosił się zapach skóry i fajkowego tytoniu, co przywołało wspomnienie domu i ojca.

Dopiero teraz zauważyła, że taras otaczał cały apartament, a Max był po drugiej stronie. Ruszyła ku niemu, ciągnąc za sobą prześcieradło. Otworzyła drzwi, prowadzące na zewnątrz.

– Tu jesteś… Dzień dobry.

Siedział przy stoliku z kutego żelaza, trzymając w obu dłoniach gruby, ceramiczny kubek z kawą. Sprawiał wrażenie zagubionego w myślach i spojrzał na nią dopiero, gdy stanęła tuż obok.

– Tu jestem – odrzekł beznamiętnie.

– Zaparzyłeś kawę! – ucieszyła się. – Marzę o kubku…

– Stoi tu od kilku godzin i jest zupełnie zimna. – Jego ton był przerażająco obojętny.

– Och. – Rozczarowana, mocniej owinęła się prześcieradłem. – Może zaparzę świeżą. Czy pożyczyłbyś mi jakąś koszulę? – Odrzuciła włosy na plecy, starając się wyglądać na pewniejszą siebie.

– To chyba nie najlepszy pomysł.

Kurczowo zacisnęła palce na materiale, ale śliska satyna wysuwała się z jej uchwytu. Max patrzył na nią z tak chłodną obojętnością, że zaschło jej w gardle, a pod powiekami zapiekły łzy.

– Dlaczego? – spytała z wymuszonym uśmiechem. – Zabrakło ci kawy?

– Nie. Po prostu uważam, że powinnaś już iść.

Poczuła się, jakby ją spoliczkował. Otworzyła usta, ale nie umiała się zdobyć na ciętą ripostę.

– Nie powiem, żebyś grzeszył gościnnością – wykrztusiła w końcu przez ściśnięte gardło.

– Nie grzeszę – powiedział chłodnym tonem.

– Czy ta noc nic dla ciebie nie znaczyła? – spytała niepotrzebnie, krzywiąc się na samo brzmienie tych słów.

Przecież chyba nie mógłby okazać tego wyraźniej. Nie było sensu domagać się wyjaśnień.

– Nie – powtórzył. – I nie sądzę, by znaczyła cokolwiek dla ciebie.

Z przykrości zagryzła wargi, ale duma kazała jej uśmiechnąć się chłodno.

– Nawet jeżeli tak jest, nie zasłużyłam, byś tak mnie traktował.

– Przykro mi. – Jego ton wcale na to nie wskazywał.

– No cóż. – Mocniej zacisnęła prześcieradło. – Może powinieneś uprzedzać przyszłe kochanki o swoich nietypowych porannych obyczajach – powiedziała, usiłując powstrzymać drżenie głosu.

– Już prawie dziewiąta – rzucił znudzonym tonem. – Ale pomyślę o tym.

– Łajdak – syknęła.

Wolała to, niż się rozpłakać.

Max odwrócił się i po raz pierwszy tego dnia spojrzał jej w oczy.

– Wiedziałaś, na co się decydujesz – powiedział zimno. – Mieliśmy spędzić ze sobą jedną noc. Już po wszystkim. Ja muszę się zabrać do pracy, a ty powinnaś już iść.

Wróciła do sypialni i ubrała się pospiesznie, a potem dźgnęła wściekle guzik windy. Cały czas czuła na plecach wzrok Maksa, chociaż odkąd kazał jej wyjść, nie spojrzała na niego ani razu.

Weszła do kabiny i odwróciła się na pięcie.

– Idź do… – słowa uwięzły jej w krtani na widok Maksa, który stał przy drzwiach na taras, z zamkniętymi oczami przyciskając do twarzy prześcieradło, którym była owinięta.

Z cała pewnością jej nie widział i zanim zdążyła zareagować, kabina ruszyła w dół.

Prześcieradło pachniało słabo wodą różaną. Max wchłaniał tę woń i próbował odtworzyć w pamięci twarz Zoe i kształty jej ciała.

Wkrótce te upajające przeżycia staną się wyblakłym wspomnieniem.

Westchnął. Upuścił prześcieradło i zaklął. To już skończone. Nigdy więcej nie zobaczy Zoe. Dlatego właśnie zachował się tak bezwzględnie. Co prawda nigdy nie spędził z kobietą więcej niż kilka dni czy tygodni, ale zawsze traktował swoje partnerki z dużo większym szacunkiem, niż okazał Zoe.

Tym razem nie miał wyboru. Rozstanie nie mogło pozostawiać cienia wątpliwości. Musiało być ostateczne.

Ostrożnymi krokami skierował się do gabinetu. Przynajmniej miał swoją pracę. Jeszcze. A co, kiedy i to zostanie mu odebrane? Jak mógłby doradzać czy inwestować, jeśli nie będzie w stanie przeczytać gazety czy spojrzeć na ekran komputera? Już teraz zaczynał mieć z tym trudności....

Wobec tej perspektywy czuł się kompletnie bezsilny. Nie mógł znieść bezradności, ale też nie chciał, by ktokolwiek oglądał go w takim stanie.

Dlatego odesłał Zoe.

Przypomniał sobie, jak go nazwała. Tak, on był łajdakiem, a ona rozrywkową dziewczyną. Z pewnością oboje bardzo szybko o sobie zapomną. Ze swej strony życzył sobie, by stało się to jak najprędzej.

Idź do diabła, dodała jeszcze. Uśmiechnął się ponuro.

Zoe wróciła do apartamentu Balfourów taksówką, ledwie świadoma otaczającej ją rzeczywistości. Jej ciało i umysł były obolałe i czuła się kompletnie wyczerpana.

Próbowała nie pozwolić rozhulać się wspomnieniom. Poranne słońce znikło pod chmurami i pogoda doskonale pasowała do jej nastroju.

Dlaczego wyszła z Maksem poprzedniego wieczoru? Lubiła przyjęcia, ale zawsze była wybredna, jeśli chodzi o towarzystwo, i nie zwykła wskakiwać do łóżka byle komu.

Ta noc jednak była inna. Max był inny. A może tylko jej się tak wydawało. Skrzywiła się na wspomnienie fali optymizmu, jaka ją ogarnęła po przebudzeniu w powodzi słonecznego blasku. Uwierzyła w nowy początek, a tymczasem nic się nie zmieniło. Max Monroe był łajdakiem, który ją bezwzględnie wykorzystał.

Weszła do pustego i ciemnego apartamentu, rzucając klucze na marmurowy stolik przy drzwiach. Oscar Balfour zatrudniał gospodynię, ale tylko w ciągu tygodnia. Zoe była z tego zadowolona, bo dziś nie zniosłaby niczyjej obecności. Zrzuciła ubranie i przygotowała sobie gorącą kąpiel. Siedziała w wodzie dopóki jej palce nie zaczęły przypominać suszonych śliwek, a woda nie wystygła. Dopiero wtedy niechętnie się wytarła, włożyła znoszoną, szarą piżamę i skuliła się pod kołdrą.

Wokoło było cicho, ciemno i pusto. Zoe nigdy nie czuła się bardziej samotna. Zawieszona w wielkiej pustce niepewności i bezradności. W jednej chwili rozpłakała się gwałtownie. Łzy, które powstrzymywała całymi tygodniami, ściekały jej po twarzy, a szlochanie rozsadzało płuca.

Czuła się żałośnie słaba. Utrata nazwiska była równoznaczna z utratą tożsamości, a to było bardzo upokarzające. Przez chwilę sądziła, że Max mógłby jej być pomocny, że przy nim byłaby w stanie znów się odnaleźć.

Do tej pory zajmowało ją wyłącznie kupowanie strojów i wybór rozrywek. Wracała do apartamentu tylko, by się przespać i przebrać, uparcie ignorując milczącą dezaprobatę gospodyni.

Znów zajmie się tym samym i nie będzie rozmyślać o Maksie.

Rzuciła się znowu w wir spotkań. Z każdym kolejnym przyjęciem docierało do niej coraz wyraźniej, że nie może w ten sposób przeżyć życia. Powinna dorosnąć, nawet jeżeli nie potrafiła sobie tego wyobrazić.

Trzy tygodnie po nocy spędzonej z Maksem zadzwonił do niej Oscar. Może nawet nie odebrałaby, bo wcale nie miała ochoty z nim rozmawiać, ale telefon zadzwonił, kiedy spała, i odruchowo sięgnęła po słuchawkę.

– Zoe? – Ostry ton jego głosu sprawił, że usiadła.

– Tato? – Cmoknięciem przesłała mu całusa i usłyszała w słuchawce westchnienie ulgi.

– Nie odzywasz się, więc chciałem wiedzieć, czy u ciebie wszystko w porządku. Czy cię obudziłem?

– Tak, spałam.

– Jest pierwsza po południu.

– Wczoraj późno wróciłam.

Chwila nerwowego milczenia zdradziła jego niezadowolenie.

– Rozumiem, że nawet nie próbowałaś odnaleźć swojego ojca?

– On nie jest moim ojcem.

– Doprawdy… – Ton Oscara złagodniał. – Wiesz, o kim mówię i…

– Nawet jeszcze nie wiem, czy chcę go odnaleźć – ucięła. – Nie interesował się mną przez tyle lat…

– Wątpię, czy wiedział o twoim istnieniu.

– Myślisz, że mama mu nie powiedziała?

Kim właściwie była jej mama? Wiedziała tylko, że zmarła przy jej urodzeniu.

– Wątpię – powtórzył Oscar. – A nawet gdyby, jego sytuacja była wystarczająco trudna. W końcu była już wtedy moją żoną…

– Wiem – odparła z rozdrażnieniem. – Ale nie wiem, czy chcę go odnaleźć.

– W takim razie powinnaś wrócić do domu.

Do domu… Kiedyś czuła, że to naprawdę jej dom, urządzony ze smakiem, otoczony wspaniałym ogrodem. Dom o niezaprzeczalnej godności i bogatej tradycji. Gdyby tylko potrafiła żywić do niego te same uczucia…

– Zoe? – odezwał się znów Oscar, a ona potrząsnęła głową, chociaż nie mógł jej widzieć.

– Nie mogę.

Nie potrafiłaby znieść współczucia i ciekawości tabloidów, które bez wątpienia wróciłyby do jej historii, oraz niby-przyjaciół, którzy odwrócili się od niej na pierwszy sygnał skandalu. Nie mogła tam wrócić, chociaż jakaś jej cząstka ogromnie tęskniła za domowym ciepłem i bezpieczeństwem.

– Skoro nie możesz wrócić – powiedział Oscar z uśmiechem w głosie – ruszaj do przodu. Po to tam jesteś, a nie tylko po to, żeby wydawać moje pieniądze.

Chociaż ciepłe brzmienie głosu pozbawiło te słowa ostrości, i tak zarumieniła się w poczuciu winy.

– Dobrze – odparła w końcu niechętnie i Oscar odetchnął z ulgą.

– Kocham cię, Zoe.

Łzy napłynęły jej do oczu. Myślała, że wypłakała już wszystkie, tymczasem wciąż tam były, gotowe wypłynąć. Mrugała przez chwilę, z całych sił próbując je powstrzymać.

– Ja też cię kocham – odpowiedziała.

Kiedy odłożyła słuchawkę, wygrzebała się z łóżka, przeszła przez ciche pokoje i usiadła na tarasie, podciągając kolana pod brodę.

Dzień był przepiękny, bladobłękitne niebo, drzewa w Central Parku żywo zielone. Nawet w mieście pachniało świeżością.

Musiała zrobić to, po co przyjechała do Nowego Jorku. Musiała odnaleźć biologicznego ojca.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Jeszcze raz objęła wzrokiem lśniący wieżowiec, najwyższą i najbardziej imponującą budowlę na Pięćdziesiątej Siódmej ulicy. Mosiężna tabliczka na frontowych drzwiach, strzeżonych przez odźwiernego w granatowej liberii ze złotymi szamerunkami, mieściła tylko dwa słowa: Anderson Finance.

Thomas Anderson, założyciel i dyrektor generalny firmy, był mężczyzną, z którym przyszła się spotkać. Stremowana, wzięła głęboki oddech i weszła śmiało do holu, pozdrawiając odźwiernego władczym skinieniem głowy i stukając obcasami po czarnej marmurowej posadzce.

– W czym mogę pani pomóc? – zwróciła się do niej mocno umalowana recepcjonistka o zaczesanych do góry włosach.

Zoe, która była już w połowie drogi do rzędu lśniących wind, stanęła i obdarzyła ją radosnym uśmiechem.

– Przyszłam na spotkanie z panem Thomasem Andersonem.

Kobieta nawet nie mrugnęła.

– Jest pani umówiona?

Zoe roześmiała się perliście.

– Nie. To ma być niespodzianka. – Zatrzepotała powiekami, co wywołało wyraz niesmaku na twarzy recepcjonistki.

– Pan Anderson nie lubi niespodzianek. – Uwadze towarzyszył lodowaty uśmiech. – I przez cały poranek jest zajęty kolejnymi spotkaniami…

– Więc proszę do niego zadzwonić – przerwała jej Zoe.

Uśmiechnęła się słodko, chociaż wewnątrz dygotała.

– I powiedzieć mu… – Wzięła głęboki oddech. – Że chce się z nim zobaczyć Zoe Balfour. – Odetchnęła raz jeszcze. – Córka Alexandry Balfour.

Kobieta zasznurowała wargi i sięgnęła po słuchawkę telefonu. Zoe nie mogła słyszeć, co powiedziała. Serce biło jej mocno. Potrzebowała całej siły woli, by stać pewnie z chłodnym uśmieszkiem na twarzy.

Kobieta odłożyła słuchawkę i spojrzała na nią krzywo.

– Pan Anderson spotka się z panią. Dwudzieste szóste piętro.

Zoe odpowiedziała uśmiechem i pomaszerowała do windy, a stukot jej obcasów rozlegał się echem w holu. Z łomoczącym sercem wcisnęła przycisk.

Cichy dźwięk oznajmił przybycie do celu. Drzwi windy otworzyły się wprost na rozległą recepcję, nieskończone metry miękkiego, kremowego dywanu, zastawioną skórzanymi sofami, o ścianach obwieszonych nowoczesnym malarstwem. Zoe popatrzyła na barwne plamy i przypomniała sobie słowa Maksa: „Moja firma wydała ćwierć miliona dolarów na wystawienie tych koszmarów”.

Wspomnienie wywołało uśmiech. Teraz jednak Max Monroe należał do przeszłości i powinna o nim zapomnieć.

Czarno ubrana asystentka wstała zza lśniącego biurka i podeszła do niej.

– Zoe Balfour?

– Tak.

– Pan Anderson spotka się z panią, obawiam się jednak, że ma tylko kilka minut. Przez cały poranek…

– …jest zajęty kolejnymi spotkaniami – wtrąciła Zoe. – Już to słyszałam.

Asystentka rzuciła jej zdziwione spojrzenie i Zoe uświadomiła sobie, że zachowała się niegrzecznie i spróbowała uśmiechem zatuszować niemiłe wrażenie. Po chwili została zaproszona do do dużego, elegancko urządzonego gabinetu. Na końcu bezkresnego, puszystego dywanu czekał za biurkiem mężczyzna, odwrócony plecami do wejścia. Spoglądał przez sięgające od podłogi do sufitu okno na tętniącą życiem ulicę poniżej i rozciągające się po horyzont wieżowce.

Zoe rozpoznała go ze zdjęcia, które wycięła z „New York Timesa”. Grzywa szpakowatych włosów, szerokie ramiona – nie musiała nawet widzieć jego twarzy, żeby wiedzieć, że to on. Jej biologiczny ojciec.

Odwrócił się i spojrzała w oczy tak intensywnie zielone jak jej własne. Zawsze inna od swoich niebieskookich sióstr, nareszcie wiedziała, skąd się wzięła barwa jej oczu.

– Panna Balfour? W czym mogę pomóc?

Nie wiedział, dlaczego tu przyszła, czy tylko dobrze udawał? – zastanowiła się Zoe.

– Przypuszczam, że dobrze znał pan moją matkę, Alexandrę Balfour?

Przez krótką chwilę znać po nim było wielkie zmieszanie.

– Nie… Tak… Dawno temu. Któregoś lata załatwiałem interesy w Londynie i zapewne spotkaliśmy się wtedy. – Uniósł brwi. – Proszę mi wybaczyć, sądziłem, że przyszła pani w sprawie jakiejś kampanii dobroczynnej. Mam wiele takich próśb…

– Powód mojej wizyty jest inny – powiedziała oficjalnie. – Mam wrażenie, że doskonale zdaje pan sobie z tego sprawę.

Naprawdę tak sądziła.

– Skoro jest pan finansistą – kontynuowała chłodno – umie pan liczyć. W czerwcu mija dwadzieścia siedem lat, odkąd poznał pan moją matkę. – Przerwała, obserwując go uważnie. – Ja urodziłam się dwudziestego szóstego kwietnia.

Pełna napięcia cisza trwała stanowczo zbyt długo. Thomas Anderson odpowiedział lodowatym spojrzeniem.

– Obawiam się, panno Balfour, że nie wiem, o czym pani mówi.

Zoe patrzyła na niego, usiłując nie poddać się rozczarowaniu. Trudno byłoby oczekiwać, że zaakceptuje bez sprzeciwu fakt posiadania dorosłej córki, otworzy ramiona i przyjmie ją do rodziny. Nie chciałaby zresztą tego.

Zacisnęła dłonie tak mocno, że aż zabolało i dumnie uniosła podbródek.

– Nie wiem, jak dużo z tego dotarło do tutejszej prasy, ale miesiąc temu na balu dobroczynnym Balfourów w Londynie wybuchł skandal. – Przerwała, ale on wciąż obserwował ją beznamiętnie. – Tabloidy wyciągnęły historię dotyczącą romansu mojej matki, Alexandry Balfour, sprzed dwudziestu siedmiu lat, owocem którego były narodziny córki.

– Obawiam się, panno Balfour, że nie czytuję tego rodzaju historii.

– To oczywiste. Skoro je pan tworzy…

Jad w jej słowach zaszokował oboje, ale Zoe nie widziała powodu, by przepraszać.

– Matka opisała ten epizod w swoim dzienniku. Zgodnie z tym opisem jest pan moim ojcem.

Otóż to. Słowa padły. Nie była to cała prawda, bo Alexandra nie wymieniła jego nazwiska, ale ilu zielonookich, amerykańskich biznesmenów zaproszono tamtego lata do rezydencji Balfourów?

Przez ułamek sekundy miała wrażenie, że Thomas Anderson potwierdzi, coś wyjaśni, usprawiedliwi… A przede wszystkim zaakceptuje. Ale przez jego twarz jedynie przemknął cień żalu, a potem znów odwrócił się do okna.

– Przykro mi, panno Balfour – powiedział ze spokojem – ale nie mam pojęcia, o czym pani mówi.

– Chce pan powiedzieć, że nie miał pan romansu z moją matką? – zapytała z niedowierzaniem.

– Znałem pani matkę tylko towarzysko i trwało to bardzo krótko – odpowiedział po krótkim zawahaniu.

– Miałaby fałszować swój pamiętnik?

– Przykro mi – powtórzył raz jeszcze niskim głosem, wciąż odwrócony do niej plecami.

– Dlaczego panu przykro? – spytała Zoe. – Bo nie potrafi się pan przyznać, że jest moim ojcem? Mogłabym zażądać badania DNA.

– To doprowadziłoby do sprawy w sądzie – odparł ostro. – A chyba żadne z nas nie chciałoby się tam znaleźć.

Jeszcze większy skandal, jeszcze większy wstyd, pomyślała Zoe.

– Dlaczego po prostu nie powiesz prawdy? – szepnęła.

Łzy wciąż kłuły ją pod powiekami i musiała powstrzymywać je mruganiem.

– Mamy takie same oczy – dodała urywanym głosem. – Nikt w mojej rodzinie takich nie ma.

Kiedy się do niej odwrócił, na jego twarzy nie było już śladu współczucia czy zrozumienia. Zdecydowanym gestem wcisnął jakiś guzik w telefonie.

– Mój strażnik, Hans, odprowadzi panią do wyjścia. Uważam naszą rozmowę za zakończoną – oznajmił beznamiętnie. – Ostrzegam, że jeżeli dojdzie do rozprzestrzenienia tych insynuacji, nie zawaham się wytoczyć sprawy o oszczerstwo.

Zoe nie wierzyła własnym uszom.

– Grozisz mi?

– Jedynie ostrzegam.

Potrząsnęła głową i jej wzrok padł na dużą srebrną ramkę, ustawioną na biurku. Odwróciła ją do siebie, żeby zobaczyć zdjęcie. To była fotografia rodzinna. Siwa kobieta około pięćdziesiątki uczesana w stylowy kok, dwóch chłopców i dziewczyna mniej więcej w jej wieku. Chłopcy byli młodsi, mniej więcej nastoletni.

Patrzyła na swoje przyrodnie rodzeństwo, którego nigdy nie pozna. Nie należała ani do nich, ani do Balfourów. Była sama.

Drzwi za jej plecami otworzyły się i silna dłoń ujęła ją pod łokieć.

– Proszę pozwolić, bym panią odprowadził – powiedział strażnik tonem grzecznym, ale nie znoszącym sprzeciwu.

Strząsnęła z siebie jego rękę.

– Proszę mnie nie dotykać.

Zwróciła się do Thomasa Andersona, który usiłował na nią nie patrzeć.

– Możesz zaprzeczać – powiedziała powoli – ale oboje znamy prawdę. – Hans znów ujął ją za ramię. – Oboje wiemy. Nigdy o tym nie zapomnę!

Ostatnie słowo utonęło w szlochu, a ona jeszcze raz strząsnęła rękę strażnika i ruszyła do drzwi.

Nie zauważyła zdumionego spojrzenia asystentki ani kilku biznesmenów, którzy wchodzili do windy. Bez słowa minęła recepcjonistkę i portiera, który otworzył przed nią drzwi.

Zagłębiona we własnym bólu, widziała tylko wyraz ostatecznego odrzucenia na twarzy ojca. To była jej najgłębsza obawa, najgorsza zmora, która właśnie stała się faktem.

Nagle zakręciło jej się w głowie, a w ustach poczuła gorycz. Wzięła głęboki oddech, próbując wrócić do równowagi, ale żołądek podszedł jej do gardła. Zgięła się w pół, a czoło zrosił zimny pot.

Z torebki dobiegł ją dźwięk telefonu. Ogarnięta irracjonalną nadzieją, szybko sięgnęła po aparat.

Karen.

– Zoe! Chciałam się upewnić, że wychodzisz z nami dziś wieczorem. W Village otwierają nowy klub…

Zoe oparła się o ścianę budynku i zamknęła oczy. Pociła się, w ustach miała metaliczny posmak. Ledwo mogła zrozumieć sens słów koleżanki.

– Masz dziwny głos. – Karen wahała się pomiędzy niecierpliwością a niepokojem. – Na pewno dobrze się czujesz?

Zoe oparła głowę o ceglaną ścianę budynku. Przez chwilę zapragnęła przyznać, jak się naprawdę czuje, ale Karen nie była osobą, która chciałaby słuchać podobnych wynurzeń. Zresztą Zoe w ogóle nie miała prawdziwych przyjaciół.

– Więc przyjdziesz wieczorem?

Potwierdziła, z trudem opanowując słabość.