Za głosem serca - Joanne MacGregor - ebook
lub
Opis

Nowoczesny romans zainspirowany Małą Syrenką, jedną z najpiękniejszych literackich historii miłosnych!

Jak wiele możesz poświęcić dla miłości? Czy jest warta tego, aby odebrać głos swojemu własnemu „ja”?

Chce uwolnić się od przeszłości. Chce znaleźć dla siebie nowe miejsce. Co jednak, gdy czarujący świat filmowy zamiast krainą marzeń okazuje się pułapką?

Kiedy osiemnastoletnia Romy Morgan ratuje życie hollywoodzkiemu gwiazdorowi Loganowi Rushowi, dostaje pracę jako jego osobista asystentka i z dnia na dzień znajduje się w środku ekscytującego świata filmu. Spełnia się sen Romy – między nią a Loganem zaczyna więcej niż iskrzyć. Wtedy jednak Romy odkrywa, że plan filmowy to świat iluzji i niedotrzymanych obietnic. Traci pewność, komu naprawdę może zaufać. Kiedy odkrywa mroczną tajemnicę Logana musi dokonać wyboru między miłością a zemstą.

Zanurz się już dziś w tej niesamowitej historii, idealnej dla fanów Kasie West, Jenny Han, Stephanie Perkins, Abbi Glines, Morgan Matson i Julie Buxbaum.

__

O autorce

Joanne MacGregor – znana w Stanach pisarka książek dla młodzieży, którą fanki pokochały za zabawny styl i poruszanie tematów, które inni pomijali. "Jej Wysokość P." stała się wielkim hitem, który przyciągnął do siebie wiele pokoleń czytelników. Autorka kreuje bohaterów, których można łatwo pokochać i utożsamiać się z nimi, nawet jeżeli nie ma się 180 cm wzrostu! Ta książka to polski debiut pisarki, którą pokochano w Stanach!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 381

Popularność


Więc cóż mi pozostanie – szepnęła Syrena – jeśli mi głos zabierzesz? – Zostanie ci twarz piękna, ruchy pełne wdzięku i oczy, które przemawiać umieją. To dosyć. No, cóż? Straciłaś odwagę? Daj mi język, utnę ci go na zapłatę i zaraz zrobię napój.

– Hans Christian AndersenMała Syrenka tłum. Cecylia Niewiadomska

Wszystkim dziewczętom, które skutecznie uciszono, a także tym, które mają odwagę głośno mówić.

Książka ta nie jest oparta na faktach. Wszystkie zawarte w niej nazwiska, postacie, miejsca oraz wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki, a jakiekolwiek podobieństwo do prawdziwych osób, żywych bądź martwych, do przedsiębiorstw, wydarzeń oraz miejsc jest czysto przypadkowe.

1. Łowy

Myślę, że prawdziwą sztuką w życiu jest ustalenie, czego się naprawdę chce, a potem robienie wszystkiego, aby to osiągnąć. Jeśli chodzi o mnie, najbardziej pragnę Bestii.

Dlatego jestem teraz tutaj, na desce surfingowej, wznosząc się i opadając na łagodnych oceanicznych falach chłodnych wód False Bay, tuż przy południowym krańcu Afryki. Rozglądam się, wypatrując rekinów. Surfowanie o zachodzie słońca, gdy wielkie żarłacze białe wybierają się na kolację, to niezbyt mądra rzecz – lecz przecież i ja teraz poluję.

Moja ofiara znajduje się na luksusowym jachcie, stojącym na kotwicy bezpośrednio przede mną – widzę jego sylwetkę na tle rozległego koralowego rumieńca październikowego nieba. To najwyższej klasy model, rozwijający ogromną prędkość, długi na co najmniej dwadzieścia metrów, o dwóch pokładach. Do rufy przywiązane są skuter wodny oraz ponton. Na maszcie w tylnej części łodzi wiszą dwie niewielkie flagi – południowoafrykańska i amerykańska – powiewając bezładnie na lekkiej bryzie.

Za dwadzieścia minut zapadnie ciemność. Słońce zachodzi nad lądem, za poszarpanym łańcuchem górskim Półwyspu Przylądkowego, spowijając cieniem miasteczko Simon’s Town leżące na zboczu. Tutaj, na oceanie, ostatnie promienie letniego słońca przebijają się przez otwór w chmurach, dzięki czemu jacht jest skąpany w różano-złotym świetle. Gdy mrużę oczy i ustawiam głowę pod odpowiednim kątem, przerwa między obłokami przybiera kształt serca. To zapewne dobry omen dla kogoś, kto pragnie uczucia ukochanej osoby.

Przed zapadnięciem zmroku nie ośmielam się bardziej zbliżyć – ostatnią rzeczą, jakiej mi trzeba, to być zauważoną przez ochroniarzy Bestii. A fakt, że jestem osiemnastoletnią dziewczyną, jeszcze zwiększyłby ich podejrzliwość. Czarny skafander do nurkowania, który pozwala mi się unosić w mrocznej plątaninie wodorostów bliżej brzegu, zapewnia doskonały kamuflaż, a także minimum ochrony przed drapieżnikami głębin, które być może krążą teraz wokół mnie, choć i ja przecież poluję – poluję na niego.

Niebo poddaje się, gaśnie jego ostatni blask, obłoki stają się czarne jak węgle na tle pogłębiającego się zalewu indygo; z nieskończonego mroku wyłania się pierwsza gwiazda. Na jachcie włączają światła. Wokół relingów pokładowych pojawia się naszyjnik kolorowych jak klejnoty latarenek, które kołyszą się łagodnie, podczas gdy na dziobie kwartet smyczkowy podejmuje tak dobrze mi znany temat z filmu. Dźwięki muzyki oraz głośne śmiechy pulsują odrębnymi falami, niesione przez wodę.

Podpływam bliżej, trzymając się ukrytej w cieniu strony jachtu, tej bliżej zatoki. Gdy jestem już na tyle niedaleko, że słyszę ludzkie głosy i brzęk kieliszków, podciągam się i siadam okrakiem na desce z nogami zanurzonymi w wodzie. Mimo skafandra jest mi zimno. Warto jednak znieść ten dyskomfort, jeśli tylko uda mi się zobaczyć jego.

Wyciągam lornetkę, zdejmuję osłonę okularów i reguluję ostrość. Widzę teraz bardzo wyraźnie muszkę na szyi jakiegoś faceta. Szybko przenoszę wzrok wyżej, na twarz.

To nie on.

Tłumek sławnych i bajecznie bogatych – w smokingach, w lśniących cekinami wydekoltowanych sukniach, migotliwa parada osób obsypanych brylantami, pań o malowanych pazurkach – gromadzi się na obu pokładach jachtu, górnym i dolnym. Podziwiam umiejętność zachowania równowagi u pięknych młodych kobiet, które w butach na wysokich obcasach suną chwiejnym krokiem po niestabilnych deskach podłoża. Myślę, że sama nie potrafiłabym nawet ustać w pozycji pionowej, nie mówiąc już o chodzeniu w takich zabójczych szpilkach, choćby po stałym lądzie.

Wszyscy sprawiają wrażenie ekstatycznie szczęśliwych, gdy tak skubią przekąski albo sączą szampana z wysokich, wąskich kieliszków. Twarze mają ożywione, śmieją się swobodnie – oto połyskliwy, upajający fragment obcego świata. Czego bym nie dała, aby tam być, aby stanowić część tego wszystkiego? Nosić dizajnerską suknię, pachnieć egzotycznymi perfumami, założyć cudowną biżuterię, opowiadać sobie zabawne historyjki, czekając, tak jak oni teraz, tylko na niego.

Łatwo odróżnić aktorów od wszystkich pozostałych. Ich ciała są idealnie opalone i umięśnione, zęby nieskazitelnie białe i równe, włosy nienagannie pofarbowane i ostrzyżone. Lustruję twarze – wiele z nich znam – lecz jego nie mogę znaleźć.

Czyżbym miała złe informacje?

Zeb, mój najlepszy przyjaciel i kolega z ostatniej klasy liceum Table Mountain, to zazwyczaj znakomite źródło prawdziwych plotek. Ale to, co powiedział mi dzisiaj, kiedy rozmawialiśmy przez telefon, zdawało się zbyt piękne, żeby było prawdziwe.

– Wiesz, że wieczorem bogowie i boginie zejdą na ziemię? – zapytał Zeb. – Ale nie będą się zadawać ze zwykłymi śmiertelnikami, Romy, więc nie rób sobie zbytnich nadziei.

– Mów po ludzku, bardzo cię proszę. – Westchnęłam, patrząc wilkiem na stos zeszytów i podręczników wznoszący się na biurku w moim pokoju. Zbliżały się dwa ostatnie egzaminy maturalne – z biologii i chemii – i naprawdę musiałam przysiąść fałdów.

– Przecież sama wiesz, jaka ekipa bawi teraz w naszym mieście. Szastają forsą, filmują naszą fantastyczną górę, nasze skaliste morskie wybrzeże, nasze śmiercionośne stworzenia.

– Zeb! Wyduś to wreszcie. – Nagle zaczęłam słuchać uważniej.

– Cierpliwości, kobieto, już dochodzę do sedna. Słyszałem od Leba, który pracuje w Luxury Charters, że wynajęli jacht: taki masywny, wypasiony, z ostrym dziobem. Dziś wieczorem urządzają na nim imprezę. Dla niego – tej twojej Bestii.

Gwałtownie zaczerpnęłam powietrza i mocniej zacisnęłam palce na telefonie.

– Halo? Romy? Jesteś tam?

– Jestem. – Przełknęłam ślinę. – Sądzisz, że to prawda?

– Ufam swoim źródłom informacji. Lebo mówił, że wyczarterowali rejs o zachodzie słońca, a potem mają rezerwację na wieczór na „prywatną uroczystość”.

To by pasowało. Przecież mieliśmy trzydziesty pierwszy października.

– Są jego urodziny – zauważyłam. – Dziś kończy dwadzieścia lat. Jest Skorpionem.

– Nie wątpię, że się orientujesz.

– Idę tam. Rodzicom powiem, że będę u ciebie. Razem pouczymy się mejozy i mitozy.

– Nie mam pojęcia, co to znaczy, ale brzmi ohydnie.

– Po prostu kryj mnie, gdyby zadzwonili, dobra? Ja muszę się tam dostać.

– Dostać? Jak? Przecież oni mają ochronę, która odgania ludzi. Zamierzasz się ukryć na pokładzie w skrzynce szampana?

– Nie gadaj głupot. Przecież nie mogą wypłynąć zbyt daleko w morze. Jeśli zarzucą kotwicę blisko brzegu, rzucę się wpław…

– A to niby nie jest głupota?

– …albo wezmę deskę surfingową. Czy twoje źródło wie, dokąd oni popłyną?

– Niepotrzebnie ci mówiłem. Udawajmy, że tak się nie stało! Wspomniałem o tym, bo wiedziałem, że cię to zainteresuje. Nie przyszło mi do głowy, że zechcesz go molestować.

– Gdzie to jest? – zażądałam odpowiedzi.

– Z tego nic dobrego nie będzie. Musisz dać sobie spokój z tą obsesją, skupić się na egzaminach.

– Nie zmuszaj mnie, żebym przyszła i wydarła to z ciebie siłą! Gadaj, ale już.

– Ostra z ciebie babka, Romy Morgan. Szczerze mówiąc, czasami mnie przerażasz. Niedaleko od Simon’s Town. Zadowolona? Impreza wśród pingwinów, jak sądzę. – Zaśmiał się szczekliwie. – A to dobre: Bestia w czerni i bieli. Mógłby się podszkolić w tym pingwinim chwiejnym chodzie.

– Dzięki, jestem twoją dłużniczką. Wiesz, o której jest zachód słońca?

– Przecież musisz się uczyć.

– Przyda mi się mała przerwa.

– W takim razie wpadnij do mnie, poleniuchujemy razem. A może wyskoczymy na jakąś imprezę i przebalujemy całą noc?

– No, jakby moje życie towarzyskie było takie bujne.

– Daruj to sobie, koleżanko. Poczujesz się jeszcze gorzej, gdy nie będziesz mogła dostać tego, czego chcesz.

– Ale ja chcę tylko popatrzeć, zobaczyć, jak żyje tamta część ludzkości.

– Phi! A co oni mają takiego, czego my nie mamy? To znaczy oprócz sławy, fortuny i talentu w genach? – uściślił Zeb.

– Mają prawdziwe życie – odparłam. – W przeciwieństwie do nas oni świetnie się bawią, wiodą żywot pełen ekscytacji, podróży i magii. I są wolni!

Przede wszystkim wolni.

– Naprawdę tak myślisz?

– Naprawdę.

– No cóż, w takim razie rób, co musisz, ale nie daj się aresztować za stalking albo wtargnięcie. I nie strać kompletnie głowy, serca zresztą też. Ani kawałka ciała na rzecz rekinów – dodał zapobiegliwie.

Łatwo powiedzieć, myślę sobie teraz, kołysząc się na otwartym oceanie, okrążając jacht i czekając, aż ukaże się on.

Ktoś trzykrotnie stuka w kieliszek, muzycy szybko kończą grać swoją melodię.

– Panie i panowie. – Silny kobiecy głos wznosi się ponad tumult.

Celuję lornetką w mówczynię, która stoi obok baru na górnym pokładzie. Jest starsza, wysoka, imponująca w powłóczystej czarnej sukni. Podejrzewam, że nie jest aktorką – ma za długi nos i zbyt mocno zarysowane szczęki jak na hollywoodzkie wyobrażenia o kobiecej urodzie – ale z aury władczości i pewności siebie, jaką emanuje, wnoszę, że to ktoś ważny. Gdy kobieta odwraca głowę, by spojrzeć do tyłu, zauważam wyraźne pasmo siwizny mknące przez czerń włosów nad prawą skronią.

– Panie i panowie – powtarza, przebijając się przez cichnące rozmowy. – Przedstawiam wam Bestię!

Oświadczenie to spotyka się z głośnym chórem radosnych okrzyków i braw; muzycy zaczynają grać temat z filmu Bestia. Maksymalnie wyciągając szyję i napinając się cała, aby nie stracić z oczu wysokiej postaci, która właśnie pojawiła się na pokładzie, przeklinam gromadzących się wokół niej ludzi, pozdrawiających, klepiących po plecach, zasłaniających mi widok. Nagle tłumek się rozstępuje, a on wychodzi do przodu. I mówi:

– Proszę zwracać się do mnie Logan.

2. Słońce, księżyc i gwiazdy

Logan Rush stoi na górnym pokładzie jachtu z głową pod zwisającą nisko czerwoną latarenką. Na jego ustach igra drwiący uśmiech.

Dookoła skupiają się podekscytowani imprezowicze – niczym mało istotne planety krążące wokół oślepiająco jasnego słońca – śpiewając Happy Birthday i składając życzenia. Nad ich głowami wybucha seria głośnych, trzaskających i świszczących dźwięków – wszystkie oczy kierują się na rubinowe rozbłyski rac, szmaragdowe spirale i kaskady świateł barwy topazu, które rozjaśniają nocne niebo. Ja jednak cały czas trzymam lornetkę wycelowaną w gwiazdę poniżej.

Logan Rush – gitarzysta basowy grający w nikomu nieznanym zespole w szemranym klubie nocnym w centrum Atlanty – został odkryty pewnego sobotniego wieczoru przed czterema laty. Poszukiwano wówczas nastoletniego aktora do roli Bestii w filmowej adaptacji międzynarodowego książkowego bestsellera. Pozostałą część obsady, w tym Britney Vaux w głównej roli kobiecej, wybrano już wcześniej. Scenariusz był gotowy, znaleziono również odpowiednie lokalizacje i plany zdjęciowe. W castingach, które odbywały się w całym kraju, wzięły udział tysiące pełnych nadziei młodych przystojniaków – cała akcja miała na celu zarówno odkrycie nowych talentów, jak i zrobienie filmowi reklamy, a mimo to wciąż nie natrafiono na aktora do roli tytułowej, który przeniósłby uwielbianą postać z kart książki na srebrny ekran.

Wtedy nagle ktoś zauważył Logana i przyprowadził go na przesłuchanie.

„Natychmiast zaiskrzyło!” – zagruchała Britney Vaux na Facebooku, Twitterze oraz w programie telewizyjnym E! News.

„On naprawdę jest Bestią” – entuzjazmowała się Mary E.E. Stephen, autorka bestsellerowej trylogii.

„Bogu niech będą dzięki” – odetchnęli z ulgą producenci i finansiści z Los Angeles.

Ale fani książki mieli odmienne zdanie.

„Nie ma mowy! – wrzeszczeli. – Logan Rush? Kto to w ogóle jest? Nie tak wyobrażaliśmy sobie bohatera. Przecież on nie jest nawet przystojny!”

Pewna nastolatka z Ketchum w stanie Idaho, jedna z bardziej zacietrzewionych przeciwniczek Logana, zaczęła prowadzić blog – NoRush.com – a także opublikowała petycję wzywającą do odrzucenia Logana Rusha i zorganizowania nowego castingu do głównej roli w filmie. Zdobyła pod nią dziesiątki tysięcy podpisów, lecz wtedy studio filmowe wpadło na sprytny pomysł upublicznienia kilku fotek reklamowych Logana – opalonego na brąz, z potarganymi włosami i pałającymi oczyma. Fani natychmiast zmienili zdanie i treść okrzyków.

„Ojej! Ależ on przystojny, idealny, homerycki! Właśnie tak wyobrażaliśmy sobie tego bohatera, takiego zawsze chcieliśmy. No i jest taaaki piękny!” Kapryśność opinii.

Żeby było jasne – mnie się podobał od samego początku. Moje czternastoletnie serce od razu się na nim poznało, od pierwszego wejrzenia. I pozostało niezmienne – nadal jestem członkinią siedmiu portali dla fanów oraz czterech serwisów informacyjnych poświęconych jego osobie.

W trylogii zatytułowanej Bestia bohater – nastoletni chłopak o imieniu i nazwisku Chase Falconer – lekceważy świat przyrody, uważa go za coś podporządkowanego i oczywistego, jest jednym z tych, którzy go eksploatują i zatruwają. Aż do dnia, gdy popełnia błąd i obraża pewnego szamana, potomka linii czarowników sięgającej czasów Inków.

„Aby się nauczyć szacunku, musisz poznać, czym jest współczucie” – oznajmia chłopcu ów tajemniczy znachor. „Aby się nauczyć współczucia, musisz wyrobić w sobie zdolność empatii. W tym celu rozkazuję ci wejść w położenie innych istot”.

Po czym obrzędową tykwą lekko uderza młodzieńca w głowę i odtąd Chase zostaje skazany na wędrówkę przez świat natury jako zmiennokształtny, przybiera postaci zagrożonych dzikich gatunków walczących z kłusownikami, myśliwymi, żądnymi ziemi przemysłowcami i innymi owładniętymi chęcią posiadania ludźmi. Spotyka na swej drodze piękną aktywistkę, Fern Lightly, która ratuje go z zastawionych sideł. W ten sposób rozpoczyna się ich międzygatunkowa historia miłosna.

Brzmi to wszystko dziwnie, ale jest genialne! A Logan odgrywa rolę Chase’a Falconera tak, jakby się do niej urodził. O rany! Już się nie mogę doczekać kolejnej części filmu.

W ekranizacji pierwszej książki z serii, pod tytułem Bestia: Słońce, która rozgrywa się w Indiach, Logan wciela się w pasiastego tygrysa o ostrych kłach i hipnotyzujących oczach. W części drugiej, Bestia: Księżyc, przemienia się w sztyletozębnego wilka z lesistych i śnieżnych gór Alaski. A teraz wreszcie ląduje w moim zakątku świata – w południowoafrykańskim Kapsztadzie, gdzie filmowana jest ostatnia część trylogii, Bestia: Gwiazdy. Tym razem bohater staje się wielkim żarłaczem ludojadem, który pod oświetloną gwiazdami powierzchnią południowego oceanu stawia czoło zmorze połowów haczykowych oraz mordowaniu rekinów dla ich płetw.

Prawie nie wierzę, że on tu naprawdę jest, że uczestniczy w imprezie tuż przede mną – niecałe dwadzieścia metrów stąd. A jakby milion mil – tak bardzo jest poza moim zasięgiem.

Od przechodzącego kelnera bierze kieliszek szampana, wypija go jednym haustem, sięga po kolejny. Britney Vaux podchodzi bliżej, rozmawia z nim, żywo gestykulując rękami w powietrzu i potrząsając swymi jasnymi włosami. Jest ubrana w połyskliwą czerwoną suknię z opadającym dekoltem i wcięciem na plecach tak głębokim, że pewnie widać rowek między pośladkami. Gdybym była na pokładzie, chyba nie oparłabym się pokusie wrzucenia tam paru orzeszków ziemnych. Ale oczywiście nie jestem.

Do tych dwojga dołącza wysoka kobieta z pasemkiem na włosach – ta, która przemawiała wcześniej – a także kilku innych aktorów występujących z Loganem, którzy mówią coś do niego z przejęciem. I nieustannie go dotykają – ściskają za ramię, może aby podkreślić swoje racje, klepią po plecach, potrząsają dłonią albo obejmują go, jakby pozowali do wspólnej fotografii. Britney Vaux zdejmuje Loganowi pyłek z klapy marynarki, a następnie przytula się do niego, żeby zrobić selfie swoim telefonem.

Być może tylko mi się wydaje, ale on chyba czuje się niezręcznie. Jego stopy ciągle poruszają się w jakimś dziwacznym tańcu. Od czasu do czasu robi krok do tyłu, jakby chciał się uwolnić od osób w swoim bezpośrednim otoczeniu. Czasem udaje, że się odwraca, aby pozdrowić kogoś innego lub wziąć następny kieliszek bąbelków. Ale oni idą za nim, zajmują przestrzeń zwolnioną przez jego wycofujące się stopy, zawsze zwróceni do przodu – bliżej, coraz bliżej – i tak za każdym razem, ilekroć uda mu się uzyskać nieco miejsca. „Ludzie, dajcie chłopakowi trochę spokoju, przestrzeni na oddech!”

Nie słyszę, co Logan mówi, ale wiosłuję teraz wokół jachtu, obserwując jego dwutakt: w przód i w tył. Woda oceanu migocze srebrzystym światłem półksiężyca i gwiazd nade mną, a także barwnymi refleksami zwisających latarenek. Cienie na wznoszących się i opadających falach płatają mi figle, przyjmując kształty zmarszczek na wodzie oraz płetw grzbietowych, a gdy pod moją deską czuję wielkie parcie, na chwilę ogarnia mnie panika. Uspokajam się, kiedy prąd odchodzi i znika pod jachtem. To tylko przypływ – żaden rekin nie byłby w stanie zakołysać w ten sposób łodzią.

Niektórzy imprezowicze piszczą, tracąc równowagę na niestabilnym jachcie. Logan pada do tyłu na wpuszczoną w burtę, zasłaną poduszkami ławkę, a potem znika z mojego pola widzenia. Powinnam zawrócić ku wybrzeżu – nie ma sensu tu zostawać i marznąć, skoro i tak go nie zobaczę. Poza tym jestem na wodzie ponad godzinę, ramiona mam już mocno zmęczone wiosłowaniem i trzymaniem lornetki, przez którą obserwuję coraz bardziej rozkrzyczany tłumek.

Postanawiam dać sobie jeszcze dziesięć minut. Jeśli moja ofiara się nie ukaże, zrezygnuję. Co za cudowny, magiczny wieczór. Tak odległy od mojego zwyczajnego, nudnego życia w moim małym, nudnym świecie, jak to tylko możliwe. Wzdycham. Jutro czeka mnie powrót do książek i do nauki.

Z głową pełną odgłosów i obrazów nocy po raz ostatni okrążam jacht, licząc, że uda mi się zobaczyć Logana, nim wrócę do domu.

A potem widzę coś, co zmienia wszystko.

3. Poza horyzont

Logan Rush ucieka z jachtu.

Niemal wszyscy imprezowicze są stłoczeni na jasno oświetlonym górnym pokładzie, uwagę mają skupioną na Britney Vaux, która leży rozciągnięta na barowej ladzie, oferując kieliszki tequili wprost ze swojego ciała. Tłumek przyjmuje to każdorazowym rykiem aprobaty. Tylko Logan znajduje się na dolnym pokładzie, na ciemnej i cichej rufie, skąd krótka stalowa drabinka prowadzi do pontonu oraz skutera wodnego kołyszących się poniżej.

Chłopak przerzuca jedną długą nogę przez burtę, znajduje szczebel i opiera na nim stopę, a potem przesuwa resztę ciała. Gdy uderza się głową – mocno, sądząc po dźwięku – o wystający z rufy maszt flagowy, słychać głośny jęk plastiku oraz stłumione przekleństwo. Instynktownie otwieram ramiona, jakbym chciała go złapać, ponieważ dynda teraz z drabinki, trzymając się relingu tylko jedną ręką, a jego stopy szamoczą się w poszukiwaniu szczebli.

Szybko podpływam bliżej. Za chwilę Logan zwolni chwyt i spadnie w chłodne wody Atlantyku. On jednak nadal przylega do jachtu w dziwacznej pozycji: plecami do drabinki, z obcasami wbitymi w jej środkowy szczebel. Jedną dłonią zakrywa sobie usta, a głowę wygina do góry, jak gdyby chciał sprawdzić, czy ktoś patrzy stamtąd na niego. Wygląda na to, że uwaga gości nadal jest skupiona na Britney, sądząc po radosnych okrzykach, które wznoszą się ponad głośną muzyką na górnym pokładzie.

– Ciii. – Jestem już na tyle blisko Logana, że słyszę, jak mówi do siebie. – Ci-ci-ci!

Przykłada jeden palec do ust i nagle sprawia wrażenie, że o czymś sobie przypomniał. Wkłada rękę do kieszeni marynarki, do której jakimś cudem udało mu się wcześniej wetknąć butelkę szampana. Niezdolny jej stamtąd wyszarpnąć, unosi połę marynarki i wlewa sobie trochę płynu do gardła. Głowę ma odchyloną do tyłu, kołysze się i przez parę sekund wydaje się, że znów straci równowagę. Lecz nagle schodzi uważnymi, nieśpiesznymi krokami po pozostałych stopniach drabinki, aż do ostatniego. Mocno mruga, jak gdyby chciał odzyskać ostrość widzenia, a następnie wpatruje się w ponton unoszony przez wodę tuż przed nim. Kilkukrotnie kręci głową: musiało go to zaboleć, ponieważ znów ściska czoło i jęczy, i dopiero potem się odwraca ku skuterowi wodnemu.

Skinąwszy zdecydowanie głową, wskakuje na maszynę, niczym pijany osioł gramoli się w stronę manetek, a następnie opada ciężko na siedzenie, twarzą w kierunku tylnej części skutera. Przez chwilę na jego obliczu maluje się wyraz głębokiego zdumienia.

– Hej! – protestuje głośno. Natychmiast robi wielkie oczy, a palec wskazujący przykłada z powrotem do ust. – Ci-ci-ciii!

Śmieję się, ale on mnie nie słyszy, ponieważ patrzy przez ramię w górę, na jacht.

– Tu jesteście – wykrzykuje, zauważywszy za sobą manetki i tablicę rozdzielczą skutera.

Gdy usilnie stara się skoordynować ruchy swych kończyn tak, aby się obrócić na siedzeniu, ja podpływam w jego stronę, trochę z boku, bo chcę zobaczyć jego twarz. Wygląda na bardzo zadowolonego z siebie – do chwili, kiedy dłonią dotyka stacyjki i maca w poszukiwaniu kluczyka, który powinien tam być, lecz go nie ma. Klepie po całej desce rozdzielczej, po bokach i siedzeniu skutera, a potem sprawdza swoje kieszenie – w których ponownie odkrywa szampana i pociesza się kolejnym łykiem.

– Nie ma ich! – mówi z rozpaczą, opadając na siedzenie. Jednak na widok pontonu jego oblicze znów się rozjaśnia i natychmiast przerzuca obie nogi na jedną stronę skutera.

Aha.

Kiedy wstaje, maszyna przechyla się na bok, zrzucając pasażera głową w dół wprost na ponton; jego ręce i nogi zanurzają się z pluskiem w wodzie.

Klnąc i uciszając samego siebie, Logan wciąga się na dmuchaną jednostkę pływającą, po czym opada na jedną z ławeczek. Kilka następnych minut zajmuje mu zdejmowanie obuwia, wyżymanie mokrych skarpetek i skrupulatne wciskanie ich do wnętrza butów – przez cały ten czas bełkocze coś pod nosem, bez związku. Obserwuję go uważnie, wtem moja fascynacja zmienia się w lęk, bo nagle Logan odwiązuje linę łączącą ponton z jachtem i zaczyna od niego odpływać, niesiony siłą bezwładu.

Nie wiem, co robić. On jest przecież zbyt pijany, żeby sterować pontonem – na litość boską, nadal przyciska buty ze skarpetkami do piersi! Czy powinnam zaalarmować ludzi na jachcie? Tych samych, od których on tak bardzo pragnie uciec, tych, którzy skandują teraz słowa: „Zdejmuj to! Zdejmuj to!”.

A może podpłynąć bliżej i zaoferować Loganowi pomoc? W końcu umiem się obchodzić z tego typu jednostkami pływającymi. Udaję, że rozważam różne możliwości, chociaż konsekwentnie zmniejszam dzielącą nas odległość.

– Kukuryku! – pieje Logan ze swojej niestałej grzędy.

Pochyla się i ciągnie za linkę rozrusznika. Zaburtowy silnik ożywa z warkotem, a ponton wystrzela do przodu, przewracając pasażera na plecy.

– Do diaska! – Tym razem to ja przeklinam.

Najwyraźniej ostatnia osoba, która korzystała z pontonu (co za idiota), zostawiła silnik na biegu i teraz łódeczka pruje prosto na otwarte morze, unosząc ze sobą Logana Rusha, który leży na jej dnie. Unosi powoli – dzięki Bogu, że chłopak nie znalazł jeszcze przepustnicy – jednak nie mam szans jej dogonić, nie potrafię tak szybko wiosłować.

Już mam się zwrócić o pomoc do ludzi na jachcie, gdy nagle zauważam głowę Logana wystającą ponad burtę pontonu. Najwyraźniej pełznie na czworakach w kierunku silnika.

– Wyłącznik awaryjny! – drę się. – Pociągnij za awaryjny!

Lecz on albo mnie nie słyszy, albo nie rozumie, o co mi chodzi, ponieważ zamiast się zatrzymać, ponton zaczyna się kręcić w kółko, w coraz ciaśniejszych kręgach, wyrzucając w górę fontanny wody i napierając na własny kilwater. Zdaje się, że Logan przesunął ster.

Staję na desce surfingowej, krzyczę i macham rękami, żeby zwrócić jego uwagę. Logan w pontonie również unosi się chwiejnie na nogi.

– Nie! Siadaj! – wrzeszczę.

Balansuje przez kilka sekund, a potem – gdy w ponton uderza większa fala – przechyla się w bok, wypada przez burtę w tylnej części jednostki i znika w czarnej wodzie.

Zamieram z przerażenia, stoję i gapię się na wciąż wirujący ponton. Szukam jakiegoś śladu Logana, spodziewając się, że jego głowa za chwilę wyskoczy z morza. Widzę jednak tylko wzburzoną powierzchnię i zmarszczki na wodzie rozchodzące się wokół łódki. Zrywam z kostki u nogi opaskę na rzepy, która łączy mnie z deską surfingową, i wskakuję do zimnej toni. Od pontonu dzieli mnie około piętnastu metrów – panika działa niczym ostroga, więc szybko pokonuję tę odległość. Płynąc, staram się unosić wzrok i w zalegających ciemnościach dostrzegam wreszcie błysk bieli. To twarz Logana. Zbliżywszy się, zauważam, że jedną rękę ma zaplątaną w boczne olinowanie pontonu, który wlecze go za sobą, zataczając koła.

Ostrożnie wykonuję kilka ostatnich zamachów ramion, uważając na śrubę silnika. Jednym mocnym ruchem wciągam się na pokład, dopadam do motoru i wrzucam bieg jałowy. Ponton zwalnia, stabilizuje się, w końcu dryfuje po lekko wzburzonej wodzie.

Zerkam za burtę – prosto w zaskoczone oblicze Logana Rusha.

– Och – mówi, krztusząc się. – Siemka.

– Hm, cześć. – Tylko tyle potrafię wymyślić w tym najbardziej niesamowitym, najbardziej odjechanym momencie swojego życia.

– Co mi się stało?

– Wypadłeś z pontonu. Musimy cię wciągnąć z powrotem.

– Utknąłem tu – stwierdza, spoglądając na prawą rękę, która nadal jest uwięziona w linach.

– Pozwól.

Połowa mojego mózgu jest skoncentrowana na uwalnianiu jego dłoni, drugą zalewa szalona świadomość, że przecież ja dotykam teraz Logana Rusha. Przez krótką chwilę trzymamy się za ręce – czy coś w tym rodzaju.

– Tak lepiej – mówi, z ulgą pocierając nadgarstek.

– Nie za bardzo, raczej nie – mruczę, ponieważ przestał być już zaplątany w linki i znów zaczyna tonąć.

4. Zgubione buty

Rzucam się ku znikającej postaci Logana i udaje mi się capnąć go za włosy – nie tak fantazjowałam o dotykaniu tej gęstej, wspaniałej czupryny – po czym wyciągam go z powrotem na powierzchnię.

– Aua – stęka, po czym czka i patrzy na mnie wzrokiem rannego zwierzęcia. – To boli. Nie noszę peruki, wiesz?

– Przepraszam – mówię, umieszczając jego dłoń na burcie pontonu. Potem zaciskam mu palce na uchwycie liny. – Ale zacząłeś się topić. Nawet nie próbowałeś płynąć.

– No nie – odpowiada, marszcząc czoło. – To rekin.

– Gdzie? – Lustruję ocean w poszukiwaniu ciemnego półksiężyca płetwy grzbietowej.

– Nie tutaj. Na zielonym ekranie, po obróbce obrazu. To rekin pływa za mnie. Nie ja – ciągnie Logan tonem kogoś czyniącego smutne wyznanie.

– Chcesz powiedzieć, że ty nie umiesz pływać?

– Yhm.

– Nawet trochę?

– Hm. – Kiwa głową z boku na bok, jakby się zastanawiał, czy to pytanie nie jest podchwytliwe. – Może faktycznie trochę… Chociaż nie za bardzo – oznajmia, a potem dodaje: – To znaczy wcale.

– Więc wybrałeś się na ląd, choć nie umiesz ani pływać, ani sterować pontonem?

– Wielu rzeczy nie umiem. – Znowu czka. – Przepraszam.

– Wciągnijmy cię na pokład.

Wysuwam rękę, a on ją łapie. Próbuję nie stracić koncentracji na samą myśl, że trzymam teraz lodowatą dłoń Logana Rusha. Ciągnę z całych sił, szarpnięciem sprowadzam go do pontonu. Siadam okrakiem na ławeczce tuż obok zaburtowego silnika, podczas gdy chłopak leży u moich stóp – bosy, z przekrzywioną muszką. Dyszy i drży.

Po chwili odlepia włosy z oczu i rozgląda się za swoimi butami i skarpetkami.

– A, tu jesteście! – woła, łapiąc je szybkim ruchem i układając równo jeden obok drugiego na wypełnionej powietrzem burcie pontonu. Oczywiście po to, by móc je łatwiej podziwiać.

– To są moje buty i skarpety – oznajmia z dumą.

– Bardzo ładne – odpowiadam, a on się uśmiecha.

O rany, to jest dopiero uśmiech!

– Hm… – Chwilę trwa, zanim biorę się w garść. – Słuchaj, musimy cię dostarczyć z powrotem na to przyjęcie.

W tej chwili na jachcie wybuchają głośne okrzyki radości i brawa.

– Nie! – Buntowniczo kręci głową, a potem jęczy. – Zraniłaś mnie w głowę, kiedy tak ciągnęłaś za moje włosy.

– To nie ja zraniłam cię w głowę. Sam to zrobiłeś. Walnąłeś nią w maszt flagowy, kiedy schodziłeś po drabinie. – Wskazuję na jacht.

– Naprawdę?

– Naprawdę. Swoją drogą, co chciałeś osiągnąć?

Zastanawia się przez kilka sekund, a potem odpowiada:

– Uciec!

– Uciec?

– I nie wracać – dorzuca, ostrożnie kiwając głową. – Słuchaj, dlaczego wszystko się wznosi i opada?

– Ponieważ siedzimy w pontonie pośrodku gniewnego oceanu.

– No tak. Okej. Mimo to moglibyśmy się napić. Mam tu gdzieś flaszeczkę.

Ciągnie i szarpie za butelkę wklinowaną w kieszeń marynarki, aż wreszcie ją uwalnia, podnosi do ust, po czym nagle przypomina sobie o dobrych manierach i proponuje mi łyk.

– Nie, dzięki. – I choć czuję ból, że odmawiam przyłożenia swoich ust tam, gdzie przed chwilą znajdowały się jego wargi, domyślam się, że w butelce jest teraz więcej słonej morskiej wody niż szampana. – Sądzę, że ty też nie powinieneś tego pić.

Machnięciem ręki zbywa moje ostrzeżenie i przykłada szyjkę do ust. Chwilę potem dławi się i kaszle.

– Smakuje ohydnie! Okropnie. Dolałaś coś?

– Nie, sam dolałeś! Wpadłeś do oceanu, a morska woda… – zaczynam, ale chyba nie ma sensu tego wyjaśniać.

Logan Rush, pożeracz nastoletnich serc, jedyny w swoim rodzaju bohater filmów akcji, jest naprawdę mocno wstawiony.

– Nie mogę pić tego czegoś. – Odstawia butelkę, parska zniesmaczony, a potem spogląda na mnie z nadzieją. – Słuchaj, nie masz przypadkiem jakiegoś drinka?

– Ja nie, ale ci na jachcie mają ich mnóstwo. Zabrać cię tam?

– Nie. – Krzyżuje ramiona na piersi. – Nie pójdę. I mnie nie zmusisz.

– Ale oni będą się martwić. Być może zawiadomią NSRI*, żeby cię szukali.

– Co to jest en-es-er-i?

– Morska służba ratunkowa. Wracajmy, okej? – Kładę rękę na rumplu.

– Nie. Przecież dopiero co zwiałem! Powiedziałem im, że boli mnie głowa i muszę trochę odpocząć w kajucie. Zostawiłem liścik: „Robię sobie przerwę, do zobaczenia w Kapsztadzie!”. Jestem bardzo odpowiedzialny.

– Ale…

– Jeśli spróbujesz odstawić mnie z powrotem do tych piranii, to rzucę się w morze!

– No dobra, możemy tu siedzieć całą noc.

– A czemu nie? Fajnie jest być razem z piękną damą, jeśli wolno mi tak powiedzieć. Fajnie i przytulnie.

Przed chwilą Logan Rush nazwał mnie piękną. Mam ochotę zapiszczeć z radości, ale zmuszam się do zachowania czysto biznesowego tonu.

– Przytulnie? Wcale nie. Jest zimno i mokro. Nie możemy tu zostać. – Nagłe olśnienie. – Wiesz, gdzie moglibyśmy załatwić więcej szampana?

– Ale tego dobrego? Nie słonego?

– No, tego dobrego. Najlepszego.

– Gdzie?

– Tam. – Wskazuję na wybrzeże, na odległe światła portu Simon’s Town tworzące jasny promień.

– Lecimy!

– Dobra.

Delikatnie napierając na przepustnicę, wrzucam bieg i steruję pontonem w kierunku swojej deski surfingowej. Wrzucam ją na pokład, a następnie mocno klinuję pod jedną z ławeczek.

– Ale najpierw coś mi obiecaj: jeśli aresztują mnie za porwanie, wyciągniesz mnie z więzienia – mówię.

– To nie jest żadne porwanie – odpowiada, wyraźnie urażony. – Nigdzie cię nie zabieram. Ty tylko kierujesz tą łódką.

– No przecież jasne.

Zawracam w stronę małego portu, zwiększam prędkość. Dwa delikatne pluśnięcia sygnalizują, że buty Logana odmówiły podróży na stały ląd, zachowuję jednak milczenie. On chyba okropnie lubił te buty, ale nie ma mowy, żebym szukała ich teraz po ciemku.

Droga do portu w Simon’s Town będzie krótka – ponton ma potężny silnik, poza tym nie jesteśmy aż tak daleko. Przez większą część naszej szarży na pełnym gazie i w podskokach mój pasażer siedzi naprzeciwko mnie, uśmiechając się i nucąc pod nosem coś w rodzaju Do wioseł, do wioseł, młodzi przyjaciele. Kiedy trafiamy na szczególnie wysoką falę, Logan spada z ławeczki, ale udaje mu się pozostać na pokładzie.

– Gdzie są moje buty? – krzyczy ponad rykiem silnika, z osłupieniem przyglądając się swoim gołym stopom.

Wskazuję na hałasujący motor, potem na swoje uszy i kręcę głową, udając utratę słuchu.

Chłodny wiatr owiewa mi twarz. Czuję się, jakbym była na haju z powodu pędu łodzi i dreszczyku, który wywołuje we mnie obecność Logana. Ciemna woda srebrzy się w świetle gwiazd, fosforyzuje. Powinno być romantycznie – bądź co bądź jestem tu sama z prawdopodobnie najprzystojniejszym i najbardziej pożądanym facetem w hollywoodzkiej galaktyce gwiazd – lecz Logan Rush nie zachowuje się jak główny amant w melodramacie.

Co chwila narzeka, jak to mu zimno w stopy, by po chwili rozpoczynać nowe polowanie na swoje buty – obmacuje podłogę pontonu, zagląda pod moją deskę surfingową. Nagle składa się w pół, nurkuje pod siedzenia i wyciąga stamtąd czarną paczkę, z której wyjmuje nieprzemakalny biały płaszcz – jeden z tych przeznaczonych dla pasażerów łodzi ratunkowych. Gdy go rozkłada, wiatr wyrywa mu skafander z rąk – przedmiot odlatuje w tył z głośnym trzepotem, prosto w noc, niby olbrzymi, upiorny nietoperz.

Natychmiast redukuję przepustnicę i zawracam ponton. Buty pewnie zatoną w głębinach oceanu, gdzie ulegną powolnemu rozkładowi, z wyjątkiem podeszew, ale plastik to już zupełnie inna sprawa.

Zauważam płaszcz przeciwdeszczowy, który się unosi na bledszych fałdach ciemnej wody.

– Złap go, dobrze? – rzucam do Logana, gdy podpływamy bliżej. – Tylko znowu nie wypadnij.

– Po co ratujemy ten… to coś? – pyta, wciągając ociekającą masę na pokład.

– Ratujemy ryby, żółwie i ptaki morskie, a nie to coś.

Logan marszczy czoło, wyraźnie zaskoczony.

– Zwierzęta morskie zjadają plastik. Omyłkowo biorą go za meduzy. A potem się dławią albo zatykają sobie przewód pokarmowy i umierają – wyjaśniam. – Ocean nie potrzebuje kolejnych plastikowych śmieci.

– No nie. – Logan powoli kiwa głową. – A wiesz, czego ja potrzebuję?

– Niech zgadnę. Więcej szampana?

– Tak! – Powraca jego szeroki uśmiech. – A także butów.

Podpływamy bliżej brzegu; w jasnym świetle portowych latarni widzę coś, co każe mi uznać, że nasze lądowanie nie będzie ani proste, ani nierzucające się w oczy.

– Lepiej włóż ten płaszcz przeciwdeszczowy. To znaczy spróbuj znaleźć jakiś suchy – polecam Loganowi.

– Po co?

– Bo jest ci zimno. Poza tym pewnie wolisz pozostać nierozpoznany.

Logan rzuca okiem w stronę brzegu, a jego spojrzenie zatrzymuje się na tłumku dziewcząt i kobiet, hałaśliwym nawet z tej odległości. Wszystkie gromadzą się na głównym nabrzeżu wychodzącym w kierunku małego portu od strony restauracji nad linią brzegową. Najwyraźniej nie jestem jedyną fanką, która dowiedziała się o dzisiejszej imprezie. Pewnie cały wieczór wymieniały się tweetami, puszczały sobie informacje z hashtagiem #RushTo, dzieliły wieściami w grupach na WhatsAppie, ściągały inne fanki z całego Półwyspu Przylądkowego.

Na twarzy Logana maluje się przerażenie.

– Domyślam się, że chciałbyś uniknąć tej czeredki? – sprawdzam.

Kiwa głową.

– No dobra. Znajdź inny płaszcz, włóż go i naciągnij kaptur tak, żeby zasłonić twarz. Spróbuję dobić do brzegu z drugiej strony.

Posłusznie sięga pod siedzenie, wyciąga kolejny czarny pakunek, a potem nakłada łopoczący materiał na głowę. Zwalniam prędkość pontonu i steruję z dala od nabrzeża i betonowej pochylni okrętowej, na tyły pomostów mariny, przy których cumują dziesiątki jachtów i łodzi motorowych.

Na samym końcu przystani niewielka łacha piasku tworzy naturalny przesmyk między wybujałymi krzakami a małymi drzewami. Tubylcy znają to miejsce i często wypływają stąd kajakami, ale dzisiaj wszędzie panują ciemność i cisza. Grupki dziewcząt prawdopodobnie nie mają pojęcia o jego istnieniu. Poza tym zaraz powyżej zaparkowałam swój samochód, dlatego zatoczka idealnie nadaje się do szybkiej ucieczki.

– Trzymaj się mocno – mówię i po raz ostatni dodaję gazu.

* NSRI – National Sea Rescue Institute (przyp. red.).

5. Ścigani

Wyłączam zaburtowy silnik, a potem przerzucam go do środka pontonu, po czym wpadamy na maleńką plażę i zatrzymujemy się z szarpnięciem. Wspólnie wyciągamy dmuchaną jednostkę pływającą tak daleko na piasek, jak to możliwe, następnie przywiązujemy ją do pnia jednego z karłowatych drzewek rosnących na brzegu.

– Patrz, pingwiny!

Logan kuca przy samej ziemi, wskazując na dwa afrykańskie pingwiny gnieżdżące się w dziurze pod niskim krzewem. Jeden z ptaków – bardziej ciekawski albo bardziej skłonny do obrony swojego terytorium niż jego towarzysz – robi krok do przodu i groźnie potrząsa łbem w naszą stronę.

Uwielbiam te sięgające ludzkich kolan zwierzaki, które mieszkają w całym Simon’s Town, niekiedy nawet w prywatnych przydomowych ogrodach. Mają białe pióra na piersiach, ostre czarne dzioby oraz oczy w białych obwódkach, co czyni je najwytworniejszymi z morskich stworzeń. Bardzo je cenię, więc rozumiem fascynację Logana, który pierwszy raz widzi te ptaki z bliska. Kiedy wyciąga rękę, aby poklepać pingwina, szybko za nią chwytam, ponieważ nie są to domowe zwierzątka.

– Nie dotykaj! Są ładne, ale dzikie. I potrafią dziobnąć do krwi.

Jak na zawołanie, ptak zaczyna trzepotać skrzydłami, naciąga podgardle, otwiera szeroko dziób i wydaje serię głośnych, porykujących zawołań. Zaskoczony Logan opada na tyłek.

Śmieje się – tak samo cudownie, jak się uśmiecha.

– To przypomina ryk osła! – stwierdza.

– Dlatego czasami te ptaki określa się mianem pingwinów oślich. Chodźmy, tędy. – Szarpię go w stronę niewielkiego pagórka za linią krzewów, świadoma, że cały czas szukam pretekstu, by dotknąć jego dłoni.

– A moje buty?

– O co ci chodzi z tymi przeklętymi butami? Daj sobie spokój! Nie ma ich i nie będzie. Przestały istnieć.

Prowadzę nas do miejsca, w którym zaparkowałam samochód. Logan wlecze się za mną, sycząc z bólu za każdym razem, gdy nastąpi na ostry kamień albo jakąś gałązkę. Musi być naprawdę bardzo dobrym aktorem, ponieważ w prawdziwym życiu – z tego, co już wiem – absolutnie nie przypomina typów macho, których odtwarza na ekranie.

Gdy docieramy do mojego autka, umieszczam deskę surfingową na bagażniku dachowym.

– W kufrze jest ręcznik – informuję Logana, rzucając mu kluczyki, po czym dokręcam taśmę zabezpieczającą deskę we właściwej pozycji.

– Jakim kufrze?

Łazi w kółko, wpatruje się intensywnie w ziemię, jakby szukał swojego obuwia. Znowu.

– W bagażniku samochodu – tłumaczę.

– Aha.

Kiedy osusza twarz, sięgam za plecy do zamka błyskawicznego skafandra. Bez wątpienia milion dziewczyn fantazjowało o zdejmowaniu z siebie ciuchów w obecności Logana Rusha, ja jednak czuję się teraz bardziej skrępowana niż podekscytowana. Gdybym miała jakiś wybór co do swojego ewentualnego wyglądu w chwili, gdy się poznamy, wolałabym przypominać choć trochę tamte boginie na jachcie – byłabym elegancko ubrana, moje długie do ramion kasztanowe włosy opadałaby lśniącymi, schludnymi kędziorami, a owalna twarz nosiłaby ślady subtelnego, lecz fachowego makijażu, uwydatniającego usta, o których wiem, że są przyjemnie pełne, a także podkreślającego oczy o sympatycznym odcieniu złotego brązu.

Tymczasem stoję tu sobie w nietwarzowej piance do nurkowania, moje mokre strąki zwisają niczym szczurze ogony, a na rzęsach nie mam nawet jednego maźnięcia mascarą. Przynajmniej światła na parkingu są przyćmione, co pozwala ukryć tragiczne detale mojego wyglądu.

Z bosymi stopami, w mokrym smokingu i w oklapłym płaszczu przeciwdeszczowym Logan też prezentuje się idiotycznie. Idiotycznie i uroczo.

Zaczynam zdzierać z siebie skafander, a on obrzuca mnie czujnym spojrzeniem.

– Hm… – Wyciera włosy ręcznikiem, pozwalając, by jego skraj opadał mu na twarz.

Uświadamiam sobie, że on chyba sądzi, że zamierzam się rozebrać tu do naga! Czytałam o gołych dziewczynach czających się na Logana w męskich toaletach różnych restauracji i hoteli albo unoszących na jego oczach koszulki, żeby pokazać nagi biust, gdy on szedł akurat po czerwonym dywanie. Pewnie myśli teraz, że i ja mam zamiar się rozebrać do rosołu, a potem go przelecieć.

– Nie martw się, pod spodem mam bikini. Widzisz? – uspokajam go, uwolniwszy się od ciasnego czarnego skafandra.

– Widzę.

Pozwala sobie na leniwy, pełen uznania uśmiech. Licząc, że słabe oświetlenie parkingu ukryje rumieniec, którym pałają moje policzki, sięgam do torby w samochodzie po suche ubrania.

– Planujesz zatrzymać sobie ten płaszcz przeciwdeszczowy i w nim tkwić? – pytam, wiążąc włosy w niezdarny kok.

– Och! – Wydaje się zaskoczony faktem, że wciąż ma to coś na sobie.

Gdy po dłuższej walce uwalnia się wreszcie z wilgotnych fałd plastiku, ja stoję już ubrana w naciągnięte na bikini dżinsy i T-shirt.

– „Rekiny, żeby pływać, potrzebują płetw”. – Logan czyta napis na mojej koszulce.

– Powinniśmy już jechać.

– Lubisz rekiny?

– Lubię.

– Ja jestem rekinem. To znaczy w filmie.

– Wiem. Więc trzeba cię teraz zawieźć do hotelu, żebyś jutro mógł dalej grać. – Kucam i zawiązuję adidasy.

– Ty masz buty… – stwierdza żałosnym tonem.

– Dokąd jedziemy?

Półwysep Przylądkowy jest po same brzegi zabudowany luksusowymi hotelami, w których gwiazdy pokroju Logana Rusha chętnie się zatrzymują.

– Nie wiem. Nie mam pojęcia, gdzie one są. Raz są tutaj, a po chwili nie ma ich! Zniknęły.

– Kto? – pytam, kompletnie zdezorientowana.

– Moje buty.

– Och, na miłość krówek karmelkowych! Wsiadaj do wozu – nakazuję, ale on się opiera plecami o karoserię, z jedną nogą podniesioną, najwyraźniej gotowy się kłócić.

– Co z moimi…

Ciszę nocy przerywa wysoki, przeszywający dźwięk – dźwięk nie z tego świata. Włoski na moich ramionach stają dęba. Logan nieruchomieje ze stopą w górze niczym jakiś mistrz kung-fu przymierzający się do wykonania śmiertelnego kopnięcia.

Dźwięk jest coraz głośniejszy. I coraz bliższy.

– Ratunku. – Logan wydaje z siebie delikatny błagalny jęk. Okrągłymi z przerażania oczami wpatruje się w coś nad moim ramieniem.

Odwracam głowę. Przez parking biegnie grupka dziewczyn, prosto w naszą stronę. Ich twarze zniekształca wyraz dzikiej uciechy. Pozbawione słów wrzaski przypominają bojowe okrzyki nacierającej armii oszalałych maruderów. W niecałą minutę Logan zostanie całkowicie wchłonięty.

– Pomóż mi, proszę – skomle. – One rozerwą mnie na kawałki.

– Wskakuj do środka!

Z trzaskiem zamykam bagażnik, obiegam samochód i wsuwam się na fotel kierowcy. Gdy tylko Logan siada obok, włączam centralny zamek. W samą porę. Fala wielbicielek naciera na auto, kłębi się dookoła. Zostajemy wciągnięci w morze wijących się, piszczących fanek.

Przytykają telefony i aparaty fotograficzne do okien, oślepiają mnie błyskami mocnego białego światła. Ktoś próbuje otworzyć drzwi od strony Logana. Po policzkach jakiejś kobiety w średnim wieku spływają łzy, jej twarz jest wciśnięta w szybę. Wokół, także od mojej strony, widzę dziewczyny – no i paru chłopaków – walczących łokciami, by choć przez chwilę móc spojrzeć na NIEGO. Niektórzy trzymają w rękach kartki papieru, zdjęcia i mazaki.

Mimo że Logan zarzucił sobie ręcznik na głowę i niczego nie widzi, kilka fanek podnosi wyżej kartoniki z napisami:

„♥ Cię, Chase!”

„Bądź moją Bestią!”

„Jestem Chase’em i zarazem Rushem”.

„Ugryź mnie – wiem, że to boli!”

Dziewczyna w szortach i kusym różowym topie, z ręcznie wypisanym hasłem na kartonie wspina się na maskę samochodu.

– Hej! – krzyczę, waląc w klakson i grożąc jej palcem.

Ale ona ma wzrok wbity w Logana. Skrada się niczym lamparcica w jego kierunku, po czym przerzuca nogi przed siebie. Na stopie ma zaciśnięte ostre zęby wyglądającej bardzo realistycznie repliki potrzasku na zwierzynę. A przynajmniej zakładam, że jest to replika – i że krew tryskająca z kostki dziewczyny też jest fałszywa. Ciska swoją tekturką w szybę tuż przed Loganem.

Uderzenie sprawia, że podskakuję, a on podnosi wreszcie wzrok. Ręcznik zsuwa mu się z głowy, odsłaniając twarz, a wtedy okrzyki osiągają poziom rozgorączkowanych pisków. Wargi Logana poruszają się, gdy bezgłośnie odczytuje napis na kartonie:

„Chcę mieć z Tobą młode!!!”

Dziewczyna dramatycznym gestem wskazuje na tekturkę, potem na swoją stopę, w końcu na Logana.

On przeklina gwałtownie i zakrywa twarz dłonią.

– Jedźmy, ale już! Proszę! – zwraca się do mnie z błaganiem.

Grzebię w schowku pod tablicą rozdzielczą w poszukiwaniu okularów, niezbędnych mi do prowadzenia auta, po czym je zakładam. Trzęsą mi się ręce. Kolejne sekundy tracę na włożenie kluczyka do stacyjki. Tymczasem fani zaczynają kołysać samochodem w takt skandowania: „Lo-gan, Lo-gan, Lo-gan!”.

Uruchamiam silnik i ruszam do przodu możliwie najwolniej i najostrożniej. Cud, jeśli zdołamy się stąd wyrwać bez rozjechania paru lasek. Dziewczyna na masce rozkłada ramiona, próbując mocniej przytrzymać się wozu. Włączam wycieraczki, żeby strącić tekturkę z szyby, ponownie trąbię i toczę się odrobinę dalej do przodu. Fanki wyczuwają, że zamierzamy stąd uciec i histeryczne piski wzbijają się w niebo rozrywającym uszy crescendo.

Niektóre z nich odklejają się od samochodu, po czym rozbiegają pędem w różnych kierunkach, po całym parkingu, bez wątpienia do własnych pojazdów. Kiedy skręcamy na szosę, dziewczyna zsuwa się wreszcie z maski i ląduje na stosie śmieci leżących na chodniku. Oddalamy się. Zerkam we wsteczne lusterko i widzę, że stoi już na nogach i melodramatycznym, błagalnym gestem wyciąga w stronę Logana łańcuch od swoich wnyków.

– No dobra – mówię, kiedy wjeżdżamy na główną drogę już za Simon’s Town. – Gdzie mieszkasz?

– W hotelu – odpowiada, szeroko ziewając.

– No, tyle to się domyślam. W którym?

Wzrusza ramionami.

– Nie wiem, jak się nazywa. Co wieczór mnie tam przywożą, a rano stamtąd odbierają.

– Wiesz, gdzie się znajduje?

– W Kapsztadzie.

– To nam zawęża zakres poszukiwań. – Do kilkuset obiektów.

Kieruję się na Kapsztad, wybierając mało uczęszczaną trasę, która przecina rezerwat przyrody Cape Point. Zwykle nie korzystam z niej po zmierzchu – serpentyna biegnąca po stromych klifach nad samym oceanem za dnia oferuje spektakularne widoki, nocą jednak bywa zdradliwa, zwłaszcza gdy biegają po niej pawiany.

Liczę, że wybór tej drogi zniechęci fanki, gdyż – jak się można było spodziewać – już ciągnie się za nami długi sznur ścigających nas wozów. Kilka z nich gubimy, mijając ostatnie domy i ośrodki wypoczynkowe zbudowane wzdłuż linii brzegowej, ale siedem czy osiem upartych wielbicielek wciąż siedzi nam na ogonie. Co gorsza, obawiam się, że auto sunące bezpośrednio za nami nie należy do żadnych fanek, ale do paparazzich – chyba że Logan ma wśród swoich zagorzałych wielbicieli także facetów w średnim wieku wyposażonych w drogi sprzęt fotograficzny.

– To wygląda na pościg samochodowy – mówię. – Tylko dość powolny. I nikt nie strzela ani się nie rozbija.

– Jak dotąd – rzuca Logan złowieszczo.

Mości się wygodniej w fotelu, wykorzystując zwinięty ręcznik jako prowizoryczną poduszkę, którą kładzie sobie pod głowę. Znów szeroko ziewa.

– Trzymaj się, nie możesz teraz zasnąć – protestuję, otwierając nieco szybę w oknie od jego strony. Niech owieje go podmuch chłodnego, świeżego nocnego powietrza, przesycony ostrym, cierpkim i ziołowym zapachem górskiej makii, która u nas nosi nazwę fynbos. – Nie wiem, do którego hotelu mam cię zawieźć. Mógłbyś mi go opisać?

– Bardzo ładne pokoje. Duże.

– Duże i ładne? Tylko na tyle konkretów cię stać?

– W łazience jest ogromna kabina prysznicowa plus małe eleganckie butelki szamponu i żelu, wyprodukowane z różnych gatunków wina. Na przykład odżywka chianti albo burgundzki płyn do mycia ciała – odpowiada, niewątpliwie chcąc mi pomóc. – W pokoju jest też świetny minibar… Z brytyjskimi czekoladkami – dodaje miękko i powoli, po czym zamyka oczy. – Jadacie tu brytyjskie słodycze?

Wzdycham, sfrustrowana. Zastanawiam się, czy Logan wciąż jest zalany. Mam nadzieję, że tak, bo w przeciwnym razie byłby po prostu totalnie głupi, a to złamałoby mi serce.

– Logan, ja nie mam pojęcia, jak wyglądają wnętrza luksusowych apartamentów w pięciogwiazdkowym hotelu. Mógłbyś opisać jego otoczenie, lobby czy coś, co miałabym szanse kiedyś widzieć?

Brak odpowiedzi.

– Logan? – Zerknąwszy na niego, stwierdzam, że śpi. No super, po prostu idealnie.

Jadę dalej przez mrok – samochód-przewodnik w procesji pojazdów zmierzających w tym samym kierunku. Tuż obok mnie siedzi jeden z najsławniejszych mężczyzn świata – ze swymi długimi kończynami i potarganymi włosami – i miękko pochrapuje w fotelu dla pasażera.

6. Mistrz kierownicy ucieka

Nie mam pojęcia, dokąd zawieźć swojego śpiącego pasażera. Od chwili, gdy wyjechaliśmy z portu, minęło około pół godziny – imprezujący celebryci chyba już odkryli, że ich honorowy gość zaginął. Mam cholerną nadzieję, że znaleźli też jego liścik i nie zażądali ani oficjalnych poszukiwań, ani przeprowadzenia akcji ratunkowej. Gdy dotrą do wybrzeża, z pewnością usłyszą o całym zamieszaniu z fankami, dowiedzą się również, że Logan Rush został zabrany samochodem przez jakąś młodą kobietę. Czy dojdą do wniosku, że go porwałam?

Żeby zgubić jadące za nami wozy, biorę kolejne zakręty i lawiruję po zupełnie mi nieznanej opuszczonej strefie przemysłowej na przedmieściach Kapsztadu. Jednokierunkowa droga z trzema pasami, nieprzyjemnie oświetlona żółtawym blaskiem latarni, jest prawie pusta. Na skrzyżowaniu kłóci się dwóch bezdomnych pijaczków. Przyspieszam. Gdybym brała udział w quizie i zadano by mi pytanie: „Przez kogo chciałabyś zostać zaczepiona późną nocą na pustej ulicy?”, a następnie podano następujące możliwości: A. Dwóch nawalonych meneli; B. Uzbrojonego napastnika porywającego samochody; C. Grupę rozwścieczonych fanek – wybrałabym D: Nikogo z powyższych.

Muszę znaleźć jakieś bezpieczne miejsce do zaparkowania, zanim Logan się obudzi i będzie na tyle trzeźwy, by dać mi jakąś wskazówkę co do miejsca swojego tymczasowego zamieszkania. Poza tym powinnam się pozbyć tego ogona fanek i paparazzich jeszcze przed dotarciem w bardziej centralne rejony miasta. Rzut okiem w lusterko wsteczne pozwala mi stwierdzić, że do procesji dołączyło parę kolejnych samochodów.

Jedno z ulubionych powiedzonek Zeba brzmi: „Goni się tylko tych, którzy uciekają”.

Czy fani i fotografowie śledzą nas dlatego, że próbujemy zwiać? Jeśli dam im szansę, aby zobaczyli Logana i spokojnie porobili mu zdjęcia, może zachowają się uprzejmie, a potem sobie pójdą i zostawią nas w spokoju?

Taa, jasne. A świniom wyrastają skrzydła i zaczynają latać.

Światło sygnalizacji drogowej przede mną zmienia się na bursztynowe. Będę musiała się zatrzymać. Czy istnieje jakiś sposób, że odmienić całą tę sytuację na swoją korzyść?

Przyspieszam w kierunku świateł, teraz już czerwonych, po czym wykręcam kierownicę tak, aby zaparkować bokiem po drugiej stronie trójpasmówki. Drzwi, przy których siedzę, są teraz skierowane ku nadjeżdżającej świcie. Szarpię do góry dźwignię ręcznego hamulca i wysiadam z samochodu, nie gasząc silnika. Zwracam się twarzą stronę procesji, zamykam drzwi, a następnie unoszę ręce w geście oznaczającym „stać”. Auta się zatrzymują, z okien wyglądają pełne wyczekiwania twarze.

– Chodźcie zobaczyć – wołam głośno, zapraszając ich bliżej skinieniem ręki.

Jeden fotograf oraz dwie fanki wyłażą ze swoich pojazdów.

– Chodźcie, szybko! On śpi w samochodzie. Możecie zrobić parę zdjęć.

Gdy pierwsze osoby mijają nas z wycelowanymi telefonami i aparatami fotograficznymi, pozostali gramolą się jeszcze ze swoich wozów, by po chwili pójść w ślady tamtych. Tak jak liczyłam – uzyskawszy zgodę na najście, tłumek rezygnuje z histerii, cicho podąża na miejsce i staje obok samochodu, zbity w gromadkę. Przewodząca mu dziewczyna zagląda przez okno w moich zamkniętych drzwiach i uprzejmie pyta:

– Możemy? Wolno pstryknąć fotkę?

– Tak, oczywiście. Czy każdy dobrze widzi? Stoicie dostatecznie blisko?

Teraz już wszyscy wysiedli z samochodów, tłoczą się i rozprawiają między sobą, podekscytowani.

– On jest tam, w aucie!

– To naprawdę on!

– Dziewczyna pozwoliła zrobić mu zdjęcia.

– O rany, bateria mi siadła!

Światło sygnalizacji drogowej zmienia się na zielone. Łysy, żujący gumę paparazzo o wąskiej, szczurzej twarzy podchodzi bezpośrednio do mnie.

– Przez metal niezbyt dobrze widać, panienko. Ty też nie jesteś przezroczysta.

– Jasne – odpowiadam z czymś, co mam nadzieję wygląda na rozbrajający uśmiech. – Przepraszam. Pozwoli pan, że otworzę mu drzwi.

Odwracam się w stronę samochodu i błyskawicznie wciskam za kierownicę, zwalniam ręczny hamulec, po czym z piskiem opon odjeżdżam ulicą prostopadłą do skrzyżowania.

– Dawaj, dawaj, dawaj! – krzyczę do autka, wciskając pedał gazu do dechy.

Silnik wyje w głośnym proteście, ale nikt już nie siedzi nam na ogonie. Na razie. Czerwone światło zapewne ich nie powstrzyma, ale przecież muszą wrócić do swoich aut, wsiąść do nich i odpalić silniki. Gdyby udało mi się znaleźć jakąś fajną boczną uliczkę, gdzieś… gdzieś – o tam! Wpadam w ciemną alejkę, która zakręca tak, że staje się niewidoczna z głównej ulicy, a potem znikam w pierwszym otwartym podjeździe, jaki udaje mi się zobaczyć, śmigam obok dyndającej na wyłamanych zawiasach bramy i kryję się dalej, w mroku. Upiorna biel moich reflektorów oświetla wysokie cyprysy rosnące po obu stronach drogi. Po dalszych pięćdziesięciu metrach gaszę silnik, wyłączam światła, osuwam się na swoim fotelu i siedzę nieruchomo, dysząc tak, jakbym właśnie uciekła maniakowi mordującemu za pomocą piły łańcuchowej.

Logan wciąż śpi obok mnie snem umarłego. Moja szalona kaskaderska jazda musiała trochę nim potrząsnąć, ale nie zdołała go obudzić. Wygląda tak spokojnie, że szturcham go w żebra, aby sprawdzić, czy jeszcze żyje; kiedy stęka, a potem czka, uspokajam się. Sycę wzrok widokiem jego twarzy. Bez dwóch zdań przystojniak z tego chłopaka – nawet mimo fioletowego guza widocznego teraz na czole.

To coś niesamowitego, wręcz niemożliwego, ale na żywo jest jeszcze bardziej atrakcyjny niż na ekranie. Mam przed sobą ucieleśnienie wszystkiego, co o nim wiem. A wiem całkiem sporo – większość z tego, czego można się było dowiedzieć.

Logan Rush. Wiek: dwadzieścia lat. Narodowość: Amerykanin. Wzrost: sześć stóp i jeden cal (internetowy konwerter podpowiada mi, że to sto osiemdziesiąt pięć centymetrów). Rozmiar buta: dziesiątka. Kolor włosów: brunet. Kolor oczu: niebieskie.

Portale internetowe nie podają szczegółów na temat odcienia owej barwy oczu – im wystarcza stare, pospolite określenie „niebieskie”. Ale nie mnie. I niech Zeb wytyka mi obsesję, ile tylko sobie chce, jednak w przypadku Logana Rusha uważam, że precyzja i dokładność mają znaczenie. Po przeanalizowaniu jego filmów i zdjęć doszłam do wniosku, że ma oczy koloru głębokiego kobaltu. Na tyle głębokiego, by krył jakieś tajemnice. Na tyle głębokiego, by się w nich zapaść.

Kiedy ostatnio oglądałam obraz zatytułowany Bestia: Słońce, zmuszając Zeba, żeby mi towarzyszył, zatrzymałam odpowiedni kadr i zrobiłam zbliżenie na te właśnie oczy. Zauważyłam wówczas, że niebieskie tęczówki mają ciemniejszą zewnętrzną obwódkę. Wzdychałam i gapiłam się na nie bez końca, odpychając łapy Zeba, które macały w poszukiwaniu pilota.

– On ma bardzo piękne oczy, przyznaj to – nalegałam.

– Pewnie je podrasowują za pomocą CGI.

– Czego?

– Komputerowych efektów specjalnych. A ten jego kaloryfer na brzuchu to też pewnie zasługa CGenhanced.

– Wcale nie.

Przewinęłam film dalej, do miejsca, gdy Logan zdejmuje z siebie koszulę, ponieważ zaraz się zamieni w tygrysa. Analizowałam jego postać.

„Słodkości!” (Nie wiem, czy powiedziałam to na głos, czy nie).

– No, photoshopowane. Na pewno – oświadczył Zeb. – A może to bodypainting.

– Udajesz cynika? – rzuciłam. – Po prostu nie chcesz przyznać, że dla ciebie też jest sexy.

– Wcale nie.

– Wcale tak.

– Wolę tego drugiego, blondyna z dołeczkami w policzkach. Czy on będzie w następnej scenie? – spytał Zeb. Złapał pilota i po chwili patrzyliśmy na jasnowłosego drania, filmowy czarny charakter.

– Kocham Logana Rusha – oświadczałam za każdym razem, gdy oglądałam któryś z jego filmów. I mówiłam serio.

– Wcale go nie kochasz. Przecież nawet go nie znasz! – sprzeciwiał się Zeb.

– Znam – upierałam się. – Wiem, że ma młodszą siostrę, która mieszka z ich matką w Atlancie w stanie Georgia w USA. I że kiedy Logan miał siedem lat, jego ojciec zginął w wypadku samochodowym. Rodzina została bez grosza. Biedaczek. Jego pierwszą rolą była rola Piotrusia Pana w szkolnym przedstawieniu w szóstej klasie.

Tę historię w stylu „od pucybuta do milionera” znałam tak dobrze, jak tylko można ją było znać. Orientowałam się nawet, że w dzieciństwie, jako delikatny ośmiolatek, Logan ściągnął na siebie maszynę do szycia i odtąd miał wykrzywiony palec u prawej nogi. (A gdzie się wtedy podziewała jego matka? Zaniedbywała go? Przecież malec mógł zginąć!).

– Wiesz, że to, co udostępnia mediom dział prasowy, to nie to samo, co prawda o danym aktorze. Niewykluczone, że facet jest gejem. Pewnie jest.

– To by nie zmieniło moich uczuć do niego – stwierdziłam. – Dla twojej informacji: on i ja mamy ze sobą wiele wspólnego.

Zeb zaśmiał się głośno.

– Na przykład co? Ty masz dopiero osiemnaście lat, a on? Ile? Dwadzieścia pięć?

– Nie skończył jeszcze dwudziestu! Dzielą nas niecałe dwa lata. Drobnostka.

– Ale twoi rodzice żyją. Ty mieszkasz w Afryce Południowej, a on w Stanach Zjednoczonych, poza tym jest jeszcze taki drobny fakcik, że facet jest międzynarodową gwiazdą filmową, a ty Panną Nikt, która właśnie kończy liceum! – Zeb obronił się przed popcornem, który w niego rzuciłam. – Moim zdaniem nic was nie łączy.

– To świadczy tylko o tym, jak mało wiesz.

Podobnie jak Logan, ja też mam siostrę. A właściwie cztery siostry. Pasjonuje mnie ekologia – chyba tak samo jak jego, wnioskując z tematyki filmów, w których gra – i obydwoje mamy psa (ja kundla Lobstera, a Logan beagle’a o imieniu Toffee, którego przed czterema laty adoptował jako szczeniaka ze schroniska dla zwierząt). Auuu!

– Kilkanaście kolorowych czasopism przyznało Loganowi tytuł „Najbardziej seksownego żyjącego mężczyzny” – poinformowałam Zeba. – Poza tym zajmuje on pierwsze miejsce w rankingu „Najgorętszych gwiazdorów poniżej 25 lat” magazynu „Movie Newz”, a „Teen Screen” przez trzy lata z rzędu uznawało go za „Najbardziej seksownego łamacza serc”. Nazywają go Księciem Hollywoodu.

– Romy! – wykrzyknął Zeb. – Chętnie przyznam, że ten Rush jest najbardziej seksowną gwiazdą w całej pieprzonej Drodze Mlecznej, tylko przestań o nim gadać! Proszę cię!

Zdawał się bliski wybuchu, dlatego wyluzowałam, darując sobie dalsze publiczne zachwyty na Loganem. Ale w głębi ducha nie zrezygnowałam z marzeń o jego osobie.

Teraz też wydaje mi się, jakbym się ciągle znajdowała w świecie marzeń, gdy tak siedzę tuż obok niego i obserwuję, jak śpi. Przyglądam mu się w słabym świetle, widzę wszystkie jego rysy w 3D. Ma dłonie o długich palcach i zaskakująco szczupłe nadgarstki. Szczęka, ocieniona delikatnym zarostem, jest jeszcze bardziej kwadratowa niż na ekranie, a twarz bardziej pociągła. Opadające ukośnie brwi są tak samo kruczoczarne jak czupryna, którą Logan nosi tylko odrobinkę za długą, a jego rzęsy wydają się nie mieć końca. Szkoda ich marnować na faceta.

Chciałabym podważyć jedną z jego powiek i dokładnie sprawdzić barwę tęczówki. Moje ręce straszliwie pragną dotykać go całego. Delikatnie. Chcę pogładzić ten bujny pukiel, który opada mu na czoło, kiedy przesuwa się lekko w fotelu, pragnę śledzić zarys jego kości policzkowych, naciskać na jego wargi.

Moja dłoń znajduje się już w połowie drogi do twarzy chłopaka, kiedy nagle trzeźwieję. Nieładnie jest głaskać i pieścić kogoś, kto jest praktycznie nieprzytomny. Pamiętam, jak na jachcie usilnie starał się unikać wszelkiego dotykania, nie życzył sobie zawłaszczania jego osobistej przestrzeni. Biedak. Ludzie zapewne stale próbują w jakiś sposób go dorwać – zwykli śmiertelnicy spragnieni dotyku bóstwa. Czytałam o fankach chwytających go za ubranie, a nawet wyszarpujących mu włosy z głowy. Nie, dotykanie go teraz byłoby nie w porządku, bez względu na to, jak silną odczuwam pokusę. A jest ona naprawdę silna.

Wtykam sobie ręce pod pachy i zmuszam się do odwrócenia wzroku. Przekręcam lusterko wsteczne, sprawdzam teren za nami i widzę światła jakiegoś samochodu wolno sunącego drogą, jednak na podjeździe nikt nas nie śledzi. Zakładam, że udało mi się zgubić ogon. Mimo to uważam, że lepiej będzie pozostać tutaj w ukryciu jeszcze przez chwilę. W tym momencie świta mi myśl, że nie mam zielonego pojęcia, gdzie jest to „tutaj”.

Ze swojej przycupniętej pozycji za kierownicą dostrzegam jedynie nisko zwisające, ocienione liśćmi gałęzie drzewa. Unoszę głowę o kilka centymetrów i staram się zobaczyć coś więcej.

W przyćmionym świetle zauważam bieluteńkiego anioła w powłóczystych szatach, ze skrzydłami rozpostartymi w moim kierunku.

Prostuję się gwałtownie i wzrokiem omiatam okolicę. Oczy rejestrują cieniste detale: anioł jest przymocowany do masywnej kamiennej plinty, dalej ciągną się rzędy marmurowych nagrobków i kamiennych krzyży, widać źle utrzymaną murawę, różnorakie kwiatowe ozdoby z plastiku, a na trawiastym skrawku tuż obok nas – głęboki prostokątny otwór z kopcem wzruszonej ziemi.

Wjechałam na główny cmentarz miejski.

7. Anioły i demony

Gdy tkwimy na terenie nekropolii, niemal spodziewam się zobaczyć wychodzące z grobu zombie o niewidzących oczach, gnijącym ciele oraz ustach ociekających krwią i ropą. Wiem, że jestem żałosna, ale kiedy próbuję się śmiać z samej siebie, wydaję tylko wymuszony chichot.

Nawet abstrahując już od zombie, cmentarz to chyba niezbyt bezpieczne miejsce, aby uderzyć w kimono, tak jak robi to teraz Logan Rush. Istnieje poważne ryzyko spotkania z wandalami oraz współczesnymi hienami cmentarnymi wyrywającymi mosiężne tabliczki z pomników bądź innych grobowców, żeby je potem sprzedać jako złom, albo zaopatrującymi się w bezpłatne kwiaty dla swoich lasek. Mogliby uznać, że jestem dla nich bardziej atrakcyjnym celem, i skierować na mnie swoją uwagę – plus śrubokręty. Poza tym, gdyby któryś z paparazzich albo fanów zauważył nas z głównej ulicy i zechciał tutaj podjechać, bylibyśmy w pułapce. Czas zatem ruszać w drogę.

Alejka jest wąska, z obu stron ograniczona wysokim ceglanym murem, zdecydowanie przeznaczona do ruchu jednokierunkowego. Z moim szczęściem – gdy tylko spróbuję wycofać wóz – na pewno od razu wpadniemy do jakiegoś świeżo wykopanego grobu. Dlatego uruchamiam silnik i jadę prosto przed siebie, szukając znaku wyjazdu albo placyku do zawracania.

Wszędzie panują smoliste ciemności, nie licząc świateł moich reflektorów. Całe to miejsce przyprawia o gęsią skórkę, niczym cmentarna krypta. Wokół nas tańczą upiorne, zdeformowane cienie. Chciałabym, żeby Logan się obudził – przydałoby mi się towarzystwo. Celowo jadę zbyt szybko przez próg zwalniający, ale mimo trzęsienia i kołysania samochodu, głowa chłopaka opada tylko niżej na jego ramię – to wszystko. Szczerze mówiąc, gdyby ludzie wiedzieli, że żaden z niego twardziel gotowy stawać w obronie filmowej bohaterki…

No cóż, pewnie i tak dalej by go uwielbiali.

Alejka zakręca i tworzy pętlę – chyba zaraz powinna nas doprowadzić do wyjazdu. Reflektory oświetlają wystygły popiół i kawałki drewna w starym palenisku wkomponowanym w pień jakiegoś drzewa. A jeżeli to pozostałości po tak zwanym kręgu zła czcicieli szatana, gromadzących się wokół pentagramu narysowanego krwią na grobie, na którym złożono w ofierze kota? Albo małpę? Albo kocio-małpiego mutanta? Przeszywa mnie dreszcz, a potem zauważam przed sobą bramę. Wyjazd!

Lecz skrzydła bramy są zamknięte grubym łańcuchem i potężną kłódką. Cholera. Trzeba będzie wrócić tą samą drogą, którą tu przyjechaliśmy, niestety. Mrucząc pod nosem, zmieniam biegi i wykonuję manewr zawracania na trzy. Albo właściwie na dwadzieścia trzy, mówiąc precyzyjnie, bo alejka jest bardzo wąska.

Na chwilę odbiegam myślami od stworów, które się skradają, wyskakują znienacka tudzież broczą krwią albo ropą, lecz gdy już lepkimi od potu rękami prowadzę wóz w kierunku pierwszej bramy, mój rozpalony umysł przypomina sobie miejscowe legendy – o niespokojnych duchach niewolników mieszkających kiedyś w mokrych, oślizłych tunelach pod najstarszą częścią miasta, o Tokoloshe, włochatym złym karle, który wychodzi nocą, aby rzucać uroki, zjadać ludziom palce u nóg oraz porywać nieostrożnych. Co za głupoty!

Gdy wreszcie docieramy do bramy, zauważam, że jedno jej skrzydło przesunęło się do wewnątrz – zostało popchnięte? – i tarasuje mi drogę. Żeby stąd wyjechać, muszę wysiąść z samochodu i je otworzyć.

Przez głowę przebiegają mi irytujące obrazy – urywki wszystkich horrorów, które obejrzałam w życiu, makabryczne szczegóły zasłyszanych miejskich legend cmentarnych. Na przykład tej o parze, która pewnego razu całowała się w aucie i nagle usłyszała dziwny hałas. Facet wysiadł, żeby to sprawdzić, a kiedy nie wracał, kobieta wpadła w panikę. Wtedy coś zaczęło kapać na dach samochodu. Ona myślała, że to deszcz, ale tak naprawdę była to krew jej chłopaka, który z poderżniętym gardłem zwisał z konaru drzewa.

Nie mam najmniejszej ochoty wystawiać nóg z pojazdu. Rzucam pełne nadziei spojrzenie na swojego towarzysza.

– Logan? Logan?

Żadnej reakcji. Nierycerski dupek.