Z przyjemnością poczytam - Praca zbiorowa - ebook
Opis

Reportaż musi być poważny? Porządne dziennikarstwo to tylko trudne tematy? Błąd! Tym ebookiem chcemy sprawić przyjemność i wywołać uśmiech na Twojej twarzy. 25 tekstów o pozytywnych bohaterach, ludziach, którzy robią wspaniałe rzeczy, dobrych zjawiskach, sukcesach i pomysłach. Dobre wiadomości na jesień!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 393

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Z przyjemnością poczytam
25 reportaży „Dużego Formatu” na poprawę nastroju
© Copyright by Agora SA 2016
Wydanie elektroniczne 2016
ISBN: 978-83-268-1898-1 (epub)
ISBN: 978-83-268-1899-8 (mobi)
WYDAWCA
Agora SA
ul. Czerska 8/10
00-732 Warszawa
Konwersja i edycja publikacji
Podarunek Zofii. Polacy z Kazachstanu
IZA MICHALEWICZ

Sprowadziła z Kazachstanu ponad 200 Polaków. Dała im 40 własnych mieszkań

Drzwi do mieszkania we wrocławskiej kamienicy otwiera powoli. Kiedyś była najwyższa w klasie. Ale 89 lat życia pochyliło ją do przodu, zgarbiło. Drepcze w korytarzu między stertami kartonów i mebli.

Przeprasza, że bałagan, ale zbiera wszystko, co wyrzucają sąsiedzi. Może przyda się jej podopiecznym.

Mówi, że wiele razy patrzyła na śmierć: z głodu, chorób, ran, zimna. Może dlatego ma w sobie pogodę ducha i umiejętność dzielenia się z tymi, którzy nic nie mają.

Zofia Teliga-Mertens na własną rękę sprowadziła z Kazachstanu 40 rodzin polskiego pochodzenia. W sumie ponad 200 osób. Zajęło jej to dziesięć lat i kosztowało cały majątek – odszkodowanie za mienie pozostawione przez jej rodziców w Woli Rycerskiej na Wołyniu. 45 hektarów ziemi, 240-metrowy dom i siedem budynków gospodarczych – wszystko wycenione na 1,3 miliona złotych. Państwo zwróciło ponad 600 tysięcy, „płacąc” trzema budynkami mieszkalnymi w zrujnowanych poradzieckich koszarach w Szczytnicy koło Bolesławca.

Zofia osiedle nazwała „Kresówką”.

Za tych, co na Wschodzie

Październik 2015. Zofia pokazuje palcem, gdzie skręcić. Do „Kresówki” zjeżdża się z autostrady A4 30 km za Legnicą. Od 1956 do 1993 roku stacjonowało tu lotnictwo Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej: dwa pułki, dwa bataliony, dywizjon i eskadra. W pobliżu było lotnisko. Wśród sosen stoi 12 bloków. Trzy przypadły Zofii (resztę dostali inni członkowie Stowarzyszenia Kresowian Wierzycieli Skarbu Państwa).

W tym roku Zofia nie była jeszcze na osiedlu. Nie wychodzi z domu, odkąd straciła na ulicy przytomność i trzy dni przeleżała w śpiączce.

Drzwi mieszkania otwiera Luba, od 48 lat żona Jana Szkorupińskiego, matka ich trójki dzieci. – Nasza dobrodziejka! – woła od progu do Zofii.

W mieszkaniu kominek, ciepło, przytulnie. Na ścianach makaty dziergane haftem krzyżykowym ręką Luby. Jan, potomek Polaków wywiezionych do Kazachstanu w 1936 roku z Żytomierszczyzny, tuli Zofię jak dziecko. Ma 70 lat i potężne, spracowane dłonie.

Opowiada, że po I wojnie światowej poza nowymi granicami Polski zostały niemal 2 miliony Polaków. Przeszło 100 tysięcy z radzieckiej Ukrainy Stalin deportował na Syberię i do Kazachstanu.

– Ojciec miał 25 lat, kiedy ich wysiedlono. Mama – 23. Gdy Sowieci przywieźli ich do Kokczetawskiej Obłasti, wbili kołek w pustą ziemię i powiedzieli: tu będzie kołchoz. Rodzice zaczynali od lepianki, jak wszyscy.

Północny Kazachstan to step po horyzont porośnięty pióro trawą. Wygląda jak falujące morze. Zimą minus 30 stopni.

Jan: – Burze śnieżne potrafiły trwać po trzy, cztery dni, tak że do studni trzeba było chodzić po lince. Za pracę ludzie dostawali trochę pszenicy, jabłek, czasem jakiś materiał, żeby coś sobie uszyć. Kobiety szły pieszo 50 kilometrów w jedną stronę, żeby na bazarze sprzedać jajka albo gęsi. Od małego pamiętam, jak rodzice marzyli o Polsce.

40 lat później, w 1976 roku, Jan z bratem decydują się wyjechać do pracy na północ, na Syberię, żeby więcej zarobić. Trafią do Ust-Ilimska nad rzeką Angarą. Tam kończą się drogi, kończy kolej. Przez następne 2 tysiące kilometrów, aż do Morza Arktycznego, rozciąga się dzika tajga. Szaro, beton i las. Ale w samym Ust-Ilimsku jest linia tramwajowa, 100 tys. mieszkańców, potężna zapora na rzece, elektrownia wodna. Jeszcze zimniej niż w Kazachstanie, rzeka zamarza na pięć miesięcy.

Jan: – Miałem wykształcenie mechaniczne, więc pracowałem w bazie samochodowej. 800 ciężarówek, warunki straszne, trudno samochód odpalić. Przy niskich temperaturach w pracy nie da się stać ani siedzieć. Trzeba „tańczyć”. Przepracowałem tam 24 lata. Brat, który pracował ze mną, nie wytrzymał. Umarł na serce.

Na stół w „Kresówce” wjeżdżają pielmieni, rosół i pół litra koniaku własnej roboty. Jan rozlewa każdemu po kielichu, bo „życie musi być pełne”: – To za zdorowie tych Polaków, co tam jeszcze na Wschodzie zostali. Niech wrócą do Polski.

Rondelek

Miesiąc po wybuchu wojny Zosia kończy 13 lat. Mieszka z rodzicami w Woli Rycerskiej koło Krzemieńca. Wola jest osadą powstałą po rozparcelowanym majątku carskiego generała Bobrykowa. Ojciec Zofii Stefan Teliga, działacz Stronnictwa Ludowego, oficer Legionów, uczestnik wojny 1920 roku, dosłużył się stopnia kapitana i Virtuti Militari. Majątek dostał od marszałka Piłsudskiego za waleczność.

Żyją z ziemi. Sadzą zboże, tytoń na machorkę, buraki, rzepak, hodują krowy i świnie.

Zofia: – Byliśmy średnio zamożni. Z dala od dużego miasta ogromnych ilości owoców, warzyw, mleka, drobiu nie było komu sprzedać. Wiele się marnowało. Tato był społecznikiem, bardzo dużo pomagał ludziom, co pewnie odziedziczyłam w genach. Ale już na początku wojny aresztowało go NKWD i posadziło w Krzemieńcu. Obsługa więzienna przynosiła grypsy. I kiedyś ojciec napisał, żeby mu przygotować ciepłe rzeczy: rękawice, skarpety, swetry, bo spodziewał się, że pojedzie w głąb Rosji. Ale nie przyszło mu do głowy, że my też pojedziemy.

Matka Zofii ignoruje ostrzeżenia o wywózkach. Ale w lutym 1940 roku przychodzą żołnierze: brudni, obszarpani, z karabinami na sznurkach. „Zbierajcie się, przesiedlamy was na inny teren, gdzie będziecie bezpieczniejsi”. Obie z córką wiążą dobytek w koce i prześcieradła.

– Załadowałyśmy całe sanie – Zofia zapamiętała, że wszystko przebiegało sprawnie. – Ale na stacji wagony były już tak zapełnione, że ledwie nas tam wciśnięto. Zabrałyśmy ze sobą tylko pościel, dokumenty i parę drobiazgów. Reszty potem już nie znalazłyśmy. Dlatego przez lata brakowało nam wielu rzeczy. Nie było naczyń ani obuwia – tylko to, co na nogach. Mama wlazła w oficerki ojca, ja w kozaki. Ci, którym udało się zabrać trochę naczyń, dali nam nieduży aluminiowy rondelek. Ten rondelek wędrował z nami przez lata jak najcenniejszy skarb. Przywiozłyśmy go nawet do Wrocławia. Gdzieś tu leży.

Na jednym z postojów bydlęcy wagon otwiera się i enkawudziści wpychają trzech mężczyzn. Wśród nich jest ojciec Zofii. Radość nieprawdopodobna, bo przecież mężczyźni znikali bezpowrotnie.

Podróż trwa dwa miesiące. Pociąg przepuszcza transporty wojskowe i staje w różnych miejscach. Ludzie wychodzą wtedy rozprostować kości. Ale gdy pewnego razu transport niespodziewanie rusza, wiele osób zostaje na uzbeckiej ziemi. Między innymi ojciec Zofii. Jego twarz Zofia zobaczy już tylko na zdjęciach.

– Nas wywieziono do Kazachstanu, bo w Uzbekistanie już było za dużo Polaków. Wiem, że ojciec próbował potem przebić się do armii Andersa. Po jakimś czasie dostałyśmy wiadomość, że leży w uzbeckim szpitalu. Napisałyśmy do niego list. Wrócił: adresat nieznany. Szpital potem poinformował mamę, że tato umarł na tyfus.

Matka rozchorowała się z rozpaczy i Zofii wydawało się, że już z tego nie wyjdzie. Bolało ją całe ciało. Nie mogła się ruszać, jeść ani pić. Córka wpatrywała się w matkę całymi dniami z nadzieją, że nie zostanie sama na stepie. Aż pewnego dnia matka wstała.

Zofia: – Bo w Rosji albo żyjesz, albo umierasz. Nie ma miejsca na cierpienie. Miałam 15 lat. Mieszkałyśmy w Kozmołdaku, w lepiance zrobionej z mułu, słomy i bydlęcych odchodów, tak zwanego kiziaku. Było zimno i głód taki, że nawet nie miesiączkowałam. Jako pierwsza zachorowałam na czerwonkę. Zaraziłam mamę i do szpitala trafiłyśmy już obie. Wiadomo było, że nie mamy żadnych szans. Przed śmiercią postanowiłyśmy zjeść jeszcze cokolwiek! Któraś z nas powlokła się na targ i przyniosła kawałeczek tłustej baraniny. Niedogotowany, ale zjadłyśmy, pewne, że następnego dnia już nas nie będzie. Ale krwawa biegunka ustała!

Mama Zofii została potem kierowniczką domu dziecka dla polskich sierot w Turkiestanie, mieście w południowym Kazachstanie. – Szłyśmy tam 40 kilometrów piechotą przez góry. W deszczu. Mokre spodnie zamarzały na nogach. Kazachstan był dla mnie lekcją przeżycia. Gdy potem stanęłam razem z sierotami na komisji, która oceniała rozwój fizyczny dzieci, orzeczenie brzmiało: nadaje się „i w szachciory, i w matriosy” (i na górnika, i na marynarza). Z chudzielca zrobiłam się kawał baby.

W 1943 roku powstaje w Moskwie Związek Patriotów Polskich. Mama Zofii zostaje w Turkiestanie przewodniczącą Międzyrejonowego Zarządu ZPP. Odpowiada na setki listów. Najtrudniejsze są pytania o los aresztowanych oficerów. „Los nieznany” – odpisuje rodzinom. Sowiecka propaganda utrzymywała, że polscy oficerowie zostali zamordowani przez Niemców. Dlatego matka z córką zbierają wśród Polaków pieniądze na zakup „czołgu mścicieli Katynia” dla polskiego wojska.

Matka często w skwarze, z gorączką (bardzo chorowała na malarię) chodzi po kołchozach i spisuje mieszkających w nich Polaków. Jesienią 1945 roku lista jest gotowa. W tym czasie matka Zofii zostaje kierownikiem Wydziału Poszukiwania Rodzin w Zarządzie Głównym ZPP i z córką wyjeżdżają do Moskwy. Zofia zapamiętała, jak zamknięte w pokoju jakiegoś ministerstwa obie z matką stemplują karty repatriacyjne. Matka przygotuje repatriację niemal 20 tysięcy polskich rodzin.

Transporty z Polakami wyjeżdżają z ZSRR od marca do czerwca 1946 roku. Zofia wróci niemal na końcu, 16 czerwca, zwyczajnym pociągiem Moskwa – Warszawa. Zdąży jeszcze w Moskwie skończyć szkołę średnią.

Na miejsce do życia w Polsce wybiorą Wrocław. Zofia, której ojcem chrzestnym był Wincenty Witos, marzy, żeby zostać wiejskim agronomem. Studiuje rolnictwo. Doktorat robi z produkcji pasz. Jej matka dostaje służbowe mieszkanie z urzędu wojewódzkiego, gdzie pracuje. W tym mieszkaniu po latach Zofia zamelduje wielu repatriantów. Kto nie ma gdzie spać, przychodzi do niej.

Dwa razy wyjdzie za mąż. Dwa razy poroni.

Z pierwszym mężem poznają się na studiach rolniczych. Zofia, jako starosta roku, zaopiekuje się nieporadnym studentem, tak jak ona pochodzącym z Kresów, pomoże mu skończyć rolnictwo, a potem zrobić doktorat. Ale mąż zostanie tancerzem wrocławskiej Opery. Tańczy znakomicie, lecz jest gburowaty i krzyczy na żonę. Dlatego Zofia spakuje walizeczkę, z którą do niej przyszedł, i wystawi mu za drzwi.

Przeniesie się do Warszawy, do pracy w piśmie „Gromada – Rolnik Polski”. Tam w 1981 roku przejdzie na emeryturę, pozna drugiego męża i przyjedzie z nim do matki, do Wrocławia.

„Ojcze nasz” cyrylicą

Pierwszym repatriacyjnym sukcesem Zofii był Walery Niemirowski, młody Polak z Kazachstanu, którego spotkała pod Piasecznem w 1992 roku. Miał złote ręce do pracy i modlitwę „Ojcze nasz” wypisaną przez babcię cyrylicą na niewielkiej kartce. Walerego zatrudnił właściciel serwisu samochodowego. Chłopak nie miał tylko gdzie mieszkać.

Zofia: – W tamtym czasie mój mąż walczył z nowotworem (umrze w 1994 roku), a matka we Wrocławiu miała wyznaczoną operację. Pozwoliłam Waleremu zamieszkać w moim podwarszawskim mieszkaniu w Chyliczkach, a sama wyjechałam na Dolny Śląsk. Znałam tego chłopaka ledwie dwa dni, mogłam nie mieć do czego wrócić. Ale gdy przyjechałam po dwóch miesiącach, zastałam zadbane mieszkanie, Walerego i jego przyjaciela z Kazachstanu Aleksandra, wór zebranych orzechów i ciepły posiłek na stole.

Na zimę Walery wróci do Kazachstanu, a w tym czasie Zofia zaangażuje w jego repatriację Polski Związek Sybiraków. Apeluje o pomoc dla repatriantów na antenie Polskiego Radia. Po programie do Zofii odzywają się dwie kobiety. Ludomira Zawadzka i jej córka, obie z Legionowa, kupują jednej z rodzin trzypokojowe mieszkanie.

W 1996 roku Walery przyjeżdża do Polski ponownie, tym razem szukać miejsca do życia dla całej swojej rodziny. Walerego z babcią i wujem przygarnia Zofia w Chyliczkach. A jego siostrę Walentynę z mężem i dwójką dzieci zaprasza gmina Pruszków. Darowuje im dwa pokoje z kuchnią. Rodzina sprowadza się w 1998 roku.

Z Kazachstanu zaczyna płynąć do Zofii rzeka listów pisanych po rosyjsku. Wszystkie zaczynają się od „niech będzie pochwalony”. Polacy i potomkowie Polaków piszą, że chcą do ojczyzny. Zbierają dokumenty o swoim pochodzeniu, o deportacji i rehabilitacji.

Elementarz

Jan Szkorupiński z Kresówki opowiada, ile Polacy muszą przejść, żeby otrzymać wizę repatriacyjną: – Dwa lata zbieraliśmy dokumenty, żeby udowodnić polskie pochodzenie. Trzeba było wydobyć je z rosyjskich archiwów: że byliśmy zesłani, a potem zrehabilitowani. Wszystko przetłumaczyć u przysięgłego na język polski. Najbliższy przysięgły był w Nowosybirsku, 2 tysiące kilometrów od domu.

Konsulaty polskie są w Moskwie, Petersburgu i Irkucku. My do Irkucka mieliśmy tysiąc kilometrów. To było najbliżej. Konsul mieszkał w hotelu. Nazywał się Stanisław Sokół i pamiętam, że to był dobry człowiek. Musieliśmy u niego zdać egzamin po polsku. Nie znasz języka – nie przyjedziesz. Rodzice rozmawiali ze mną po polsku, modlitwy znam, mama uczyła mnie czytać książki. Dostałem polski elementarz i razem z żoną się z niego uczyliśmy. Luba uczyła się, pisząc, a ja lepiej mówiłem, niż pisałem. Jak już przyjechaliśmy, konsul pomógł żonie zdjąć futro, na co ona od razu rozdziawiła buzię. Nie spotkała jej wcześniej taka grzeczność ze strony urzędnika. Potem dał mi coś przepisać, a ja z nim rozmawiałem, kartkę podsuwając żonie. Ona pisała, ja go zagadywałem. I tak zdaliśmy.

Kolejny papier: zaświadczenie o niekaralności. Z MSW z Moskwy (3,5 tysiąca kilometrów) albo z Irkucka. Pojechaliśmy ten tysiąc do Irkucka. „Ooo, to będzie kosztować 1,5 tys. rubli”, powiedział nam urzędnik w ministerstwie. Na wtedy to było 500 zł. Zgodziłem się. Jadąc do Irkucka, przy okazji mieliśmy kupić mięso na całą zimę. Bo u nas nie było. Uskładaliśmy pieniądze. Pomyślałem: „Za resztę kupimy mięsa”. On zawołał jakąś młodą urzędniczkę: „Wypisz kwit”. Kazała czekać przeszło godzinę. W końcu napisała na maszynie, że dobrowolnie pomagamy MSW, przekazując 4,5 tysiąca rubli. Zamurowało mnie. „Przecież major mówił, że 1,5 tysiąca!”. „Ale za jednego członka rodziny” – ona na to. Jechaliśmy z najmłodszym synem, to co mieliśmy zrobić. Mięsa już nie kupiliśmy.

Żeby dostać zagraniczny paszport, musieliśmy wymeldować się z mieszkania w Ust-Ilimsku i potem je sprzedać. Sprzedaliśmy trzy pokoje za 26 tysięcy na polskie złote.

Za tłumaczenie w Nowosybirsku – też trzeba było zapłacić. Za notariusza – zapłacić. Wizę odebrać – 3,5 tysiąca km do Moskwy. A potem jeszcze zaoszczędzić pieniądze na podróż do Polski.

Droga trwała 7,5 doby.

Pomnik Zesłańcom Sybiru

To koleżanka z liceum w 1998 roku namówiła Zofię, by zapisała się do wrocławskiego Stowarzyszenia Kresowian Wierzycieli Skarbu Państwa, które wtedy właśnie starało się o przejęcie poradzieckiego osiedla. Matka Zofii odnajdzie więc dokumenty własności gospodarstwa na Wołyniu i upoważni córkę do załatwiania rekompensaty. Dostanie ją bardzo szybko, bo jeszcze w tym samym roku. 40 mieszkań. Obie postanowią przeznaczyć wszystko dla Polaków ze Wschodu.

Zofia: – Miałam emeryturę, więc uważałam, że mi ona wystarczy. Po co mi na starość pieniądze? Szczęścia nie dają! Rodzina to największa wartość, a już duża rodzina to skarb. W Kazachstanie zostały takie właśnie liczne klany Polaków. Znam Kazachstan i wiem, ile znaczy tam ludzkie życie. Zrobiłam dla repatriantów to, co powinna była zrobić ojczyzna.

Przygodę z „Kresówką” zacznie w 1999 roku, mając 73 lata: – Dwa razy w miesiącu jeździłam do Warszawy, do Urzędu do spraw Repatriacji, załatwiać sprawy związane ze sprowadzeniem polskich rodzin z Kazachstanu. Temat główny: wizy. Można je dostać tylko, gdy są wszystkie papiery, mieszkanie i praca. Mieszkanie dawałam, pracę pomagałam załatwiać, a mimo to urzędnicy piętrzyli problemy. Grzecznie mnie zbywano. Jak pani prezes Unii Europejskich Organizacji Polonijnych Helena Miziniak zapytała urzędników w MSW, kto to jest ta Zofia Mertens, to jej odpowiedzieli, że jestem „starą, pomyloną, ale nieszkodliwą panią”.

9 listopada 2000 roku wchodzi w życie nowa ustawa repatriacyjna, całkowicie uniemożliwiająca zapraszanie repatriantów przez osoby prywatne. Od tej chwili zapraszać mogą wyłącznie gminy. Ale matka Zofii zdąży jeszcze wysłać zaproszenia do wybranych przez Zofię rodzin zesłańców. Rok później umrze.

– Wybierałam ich – mówi Zofia – z północnego Kazachstanu, bo tam są bardzo ciężkie warunki. I według klucza zawodowego: budowlańców, mechaników, kierowców, żeby zawody, jakie mają, umożliwiły im pracę niedaleko Bolesławca. Cała „Kresówka” to 700 mieszkań, może tu żyć 3–4 tys. ludzi i potrzebuje różnych specjalistów. Wiadomo, że nikogo z repatriantów nie będzie stać choćby na opłacenie remontu. Każdy musi wiele zrobić sam. Kto ma fach w ręku, ten ma szczęście.

Zofia wszystko organizuje już sama. Na dolnośląskich targach budowlanych rozmawia z setkami firm, wysyła mnóstwo listów z prośbą o pomoc dla repatriantów. Ale wartość pomocy rzeczowej uzyskanej od firm i innych darczyńców nie przekroczy nawet 10 tysięcy. Gdy Zofia prosi wrocławski oddział Związku Sybiraków o jednorazową zbiórkę dla repatriantów (każdy Sybirak ma 200 zł dodatku kombatanckiego, a niektórzy po kilkaset złotych renty wojennej), słyszy, że nie da rady. Za to zarząd oddziału proponuje Zofii sprzedaż rekompensaty i przeznaczenie jej na pomnik Zesłańcom Sybiru. Zofia wrzuca więc do skarbonki 20 zł na pomnik i wypisuje się ze Związku.

Przez moment inni członkowie Stowarzyszenia Kresowian Wierzycieli Skarbu Państwa przebąkują, że tak jak Zofia oddadzą repatriantom w „Kresówce” kilka mieszkań. Ale sprzedają wszystkie szybko, dużo poniżej wyceny rzeczoznawców. I tak zdewastowane, że nie nadają się do zamieszkania.

Zofię na chwilę uskrzydla jeden z banków, który obiecuje dać kilkadziesiąt tysięcy na remont dachu. Nie czekając na decyzję na piśmie, Zofia bierze na kredyt materiały z legnickiej hurtowni i w marcu 2000 roku rozpoczyna remont.

– Ale w banku nastąpiła jakaś reorganizacja i zamiast obiecanych kilkudziesięciu dostałam zaledwie 3 tysiące – opowiada. – Dach spłacałam z emerytury. Mama mnie utrzymywała ze swojej. Zostałam bez grosza i z długami, a ja nigdy nie zaciągałam długów. Żyłam zawsze na tyle, na ile mnie stać. Dlatego źle się z tym czułam. Dziś na szczęście mam już czyste konto. Ale na spłatę poszły także wszystkie nasze oszczędności.

Nikt was nie chce

Już wiosną 2000 roku, gdy w „Kresówce” nie ma jeszcze wody, światła ani żywej duszy, wprowadza się tam młode małżeństwo z Kazachstanu.

Zofia: – Wszystkich uprzedzałam w listach: nikt tu na was nie czeka, nikt was nie chce, będziecie zdani tylko na siebie. A do tego jeszcze będą was nazywać „Ruskimi”.

Dwa miesiące później zakończył się remont pierwszego dachu. – Będziecie mi wysyłać wałówkę do kozy, jeśli nie wywiążę się ze wszystkich finansowych zobowiązań – żartuje Zofia.

Na remont kolejnych dwóch dachów, doprowadzenie wody i odprowadzenie ścieków pieniądze daje KGHM. Remont pomaga też dokończyć warszawska Fundacja „Klub 500”. Hurtownia pozwala na spłatę w ratach, bez naliczania odsetek. Bank Zachodni WBK daje 17 tysięcy.

Szkorupińscy, którzy przyjeżdżają w 2001 roku, dostają od Zofii dwa mieszkania: dla siebie i dzieci. W 2004 roku przyjeżdżają kolejne rodziny. Są klany Kołodzińskich, Donkinów, Rudkowskich. Dostają od polskiego państwa po 8, a potem po 10 tysięcy na urządzenie się i remont.

Jan Szkorupiński: – Wszystko zrobiliśmy sami: elektrykę, podwieszane sufity, ocieplenie ścian, malowanie, podłogi, a nawet kominek – to moja pierwsza konstrukcja w życiu. Wyczyściłem też w „Kresówce” dziesięć kominów. Na Syberii nauczyli nas dobrze pracować. Wykorzystali do cna. W Rosji się mówiło: pięciolatkę trzeba wykonać w cztery lata.

Na początku Zofia podpisuje z rodzinami umowy użyczenia lokalu. Potem wręcza im notarialne akty własności. Z chwilą śmierci matki w 2001 r. musi jednak wstrzymać rozdawanie i przeprowadzić postępowanie spadkowe.

– W sumie osiedliłam w „Kresówce” 40 rodzin – cieszy się. – Nie wszystkich z mojej listy udało się sprowadzić. Część dostała zaproszenia od gmin, ale nie mogę się dowiedzieć, gdzie są, bo ochrona danych osobowych. A bardzo chciałabym wiedzieć, jak potoczyły się w Polsce ich losy. Niektórzy napisali, że bardzo dziękują mi za nadzieję i wszystko, co im dałam, ale dostali możliwość wyjazdu do innej gminy. I pojechali.

Jan Szkorupiński: – Ja to tak dobrze żyję, że chyba jestem najszczęśliwszym człowiekiem w Polsce. Tutaj jest życie spokojne. Mamy dobre syberyjskie emerytury – około 1,5 tys. zł na rękę. Najbardziej brakuje nam dzieci i wnuków. Tu ciężko znaleźć pracę. Syn wyjechał do Anglii, młodsza córka z dziećmi i mężem mieszka w Warszawie. Starsza – nigdy nie wyjechała z Nowosybirska.

Kto jest bez grzechu

Byli i tacy, co się chcieli na Zofii dorobić. Jak Wasyl, który ledwo odpowiada „dzień dobry”, bo Zofia dała mu tylko dwa mieszkania, a nie trzy.

Inna repatriantka dostała mieszkanie jednocześnie od Zofii i od gminy Środa Śląska. Miała sprowadzić rodzinę. Ale nie sprowadziła, a mieszkanie w „Kresówce” wystawiła na sprzedaż. Zofia napisała do niej. Repatriantka twierdziła, że musi rozwieść się z mężem. – Nieuczciwa i zachłanna – żali się Zofia. – Nic nie mogłam zrobić. Sprawy w sądach wygrała.

Część repatrianckich rodzin ze sobą nie rozmawia. Nie lubią też mediów. Nie chcą, żeby śledziły ich życie.

Zofia: – Repatrianci za bardzo się między sobą kłócą, i nie mają serca do wspólnej pracy. Może to wychowanie przez tyle lat w przymusie sprawiło, że tacy są? Ale nie są złodziejami, opojami, draniami, wszyscy żyją w miarę przyzwoicie. Może się komuś zdarzy grzech, ale proszę mi powiedzieć, kto jest bez grzechu.

Zofia rozdała wszystko, co miała, i zamknęła księgi wieczyste. Mówi, że po powrocie z Kazachstanu nic już dla niej nie było trudne. Tamten brak wszystkiego, co większości ludzi pozwala godnie żyć, stał się dla niej darem. Pokazał inny wymiar życia.

– Nie wiem, kim bym była, gdyby nie tamta lekcja przetrwania. Ludzie dzisiaj potrafią zabijać się o parę złotych, ciągle chcą więcej i więcej, a przecież wszystkiego na tamten świat nie zabiorą. Rodzimy się i umieramy nadzy.

Zofia założyła Dolnośląskie Stowarzyszenia dla Repatriantów „Pomocna dłoń”, bo – jak mówi – Polska wciąż się o nich nie upomina. – Teraz już wszystko w rękach młodych.

Przecież w „Kresówce” niemal 200 mieszkań wciąż stoi wolnych. Członkom Stowarzyszenia Kresowian Wierzycieli Skarbu Państwa nie wszystkie udało się sprzedać. Ktoś, wzorem Zofii, mógłby je repatriantom kupić. Może Polakom z Donbasu, których polskie państwo chce stamtąd zabrać?

Zofia ze swojej emerytury wciąż kupuje książki, bo chciałaby w „Kresówce” uporządkować bibliotekę. Na ten cel oddała gminie dwa lokale (w drugim jest świetlica).

W jej mieszkaniu zalega wiele rzeczy. Na przykład regały dostała po likwidacji miejskiej biblioteki we Wrocławiu.

Nie. Nie wierzy w Boga. – Wystarczy, że moi podopieczni dbają o moje zbawienie. Modlą się za mnie – śmieje się.

Ale w swoim portfelu znalazła zaświadczenie, że udzielono jej ostatniego namaszczenia: – Jak byłam w szpitalu, w śpiączce, i już widziano marne szanse na zawrócenie mnie z drogi na tamten świat, wszyscy moi repatrianci orzekli, że trzeba ratować moją duszę, i sprowadzili księdza. Nawet medalik dostałam. Nie martwię się, czy Bóg jest, czy go nie ma. To nie moja sprawa. Wiem, jak mam żyć na ziemi jako człowiek. W życie wieczne wierzę, o tak! Bo wyrosną na mnie roślinki i ze starej baby będzie piękny kwiat.

Beethoven z Murzasichla
JUSTYNA KOPIŃSKA

Gdy gram, to jestem normalny

– Zagrał Beethovena lepiej, niż zrobiłby to sam Beethoven! – mówili po występie 27-letniego Grzegorza Płonki jurorzy międzynarodowego festiwalu muzycznego osób z zaburzeniami słuchu. Festiwal odbył się po raz pierwszy w lipcu tego roku w Warszawie. Do finału przeszło 14 uczestników z różnych kontynentów. Grzegorz zagrał sonatę Księżycową. Blisko pięćset osób w sali koncertowej im. Lutosławskiego przez kilka minut biło brawo.

– Wszyscy mieli łzy w oczach – mówi mi prof. Henryk Skarżyński z Instytutu Fizjologii i Patologii Słuchu. – W jury byli m.in. Ewa Podleś i Stanisław Leszczyński, wybitni muzycy. Znam historię Grzegorza i słysząc ich ocenę, pomyślałem: mamy do czynienia z cudem.

Pani doktor stawia pasjansa

– Lekarze powiedzieli mojej żonie wprost: będzie jak roślina – mówi Łukasz Płonka, ojciec Grzegorza. – Zawiozłem ją do szpitala w Zakopanem w siódmym miesiącu ciąży: odkleiło się łożysko. Grześ przeżył tylko dlatego, że akurat przygotowano salę operacyjną pod cesarskie cięcie dla innej kobiety. Dostał dwa punkty w skali Apgar. Lekarz, który odbierał poród, mówił, że będzie upośledzony i prawie ślepy. A w domu czekała na nas dwójka dzieci. 16-letnia Agata, która miała zaburzenia umysłowe z powodu wylewu krwi do mózgu, i 11-letni Filip. Zdecydowaliśmy się na trzecie dziecko, by pomagało Filipowi w opiece nad Agatą, gdy nas już zabraknie.

Płonkowie mieszkają w Murzasichlu, niedaleko Zakopanego. Za domem las. Widok na góry. Pod okna podchodzą sarny. Łukasz Płonka jest zegarmistrzem, właścicielem zakładu zegarmistrzowskiego przy ulicy Szewskiej w Krakowie, najstarszego dziś w całym mieście, a może i w Polsce. Zakład działa od ponad wieku i dzięki renomie nadal dobrze prosperuje. – Od nikogo nie jesteśmy zależni finansowo. Małgorzata mogła zrezygnować z pracy nauczycielki plastyki i zająć się dziećmi – mówi Łukasz.

– Gdy Grzegorz miał parę lat, nie lubił bliskości, przytulania – Małgorzata Płonka wyjmuje z piekarnika chleb, a w całym domu unosi się jego zapach. W drugim pokoju gra Grzegorz. – Nie zwracał uwagi, gdy ktoś do niego mówił. Psycholog z poradni dla osób z autyzmem w Warszawie zdiagnozowała autyzm. Psycholog w ośrodku dla osób upośledzonych na Kamieńcu w Zakopanem uznała go za umiarkowanie upośledzonego. Na tej podstawie skierowano go do tego ośrodka, który zastępował mu szkołę. Na miejscu był neurolog, badania powtarzano co parę lat. Uwierzyliśmy w tę diagnozę. Aż w roku 2002, gdy Grześ miał 14 lat, pojechaliśmy z nim na badania w Instytucie Fizjologii i Patologii Słuchu w Warszawie. Okazało się, że został błędnie zdiagnozowany i po prostu nie słyszy. Nie ma autyzmu, jedynie nadwrażliwość dotykową.

– Wcześniej, gdy Grzegorz miał kilka lat, byliśmy z nim w Krakowie na badaniu słuchu – mówi ojciec. – Pani doktor zleciła audiogram, a sama robiła coś przy komputerze. Chciałem o coś zapytać, ale była tak zaangażowana w to, co robi, że podniosła rękę, by jej nie przeszkadzać. Po badaniu powiedziała: „Tutaj nic nie widać, Grzegorz nie ma problemów ze słuchem, mogą państwo przyjść, jak z synem będzie lepszy kontakt”. W szybie zobaczyłem odbicie jej komputera. Grała w pasjansa!

Małgorzata: – Po badaniu w Warszawie Grzegorz dostał aparaty słuchowe i ponownie przeprowadzono badania psychologiczne. Okazało się, że ma upośledzenie jedynie w stopniu lekkim, jest blisko normy i mógłby chodzić do zwyczajnej szkoły. Przez błędne diagnozy 14 lat życia spędził bez dostępu do normalnej edukacji.

Śpiew ptaków po raz pierwszy?

– Bardzo długo nie potrafiłem wytłumaczyć rodzicom, że nie jestem upośledzony – mówi Grzegorz, który akurat wszedł do kuchni. – Jak miałem kilka lat, lubiłem majsterkować. W Krakowie po raz pierwszy zobaczyłem windę. Długo analizowałem, w jaki sposób działa. Obserwowałem też kasy w sklepie. Gdy wróciłem do domu, próbowałem zbudować taką kasę z klocków lego. Trzeba było znaleźć odpowiednie gumy i materiały, ale udało mi się. Zrobiłem szufladę i gdy naciskałem przycisk, to ona wyskakiwała. Mieliśmy kilka magnetofonów w domu. Odkręcałem śrubki i przyglądałem się, jak działa ich mechanizm. Później sam próbowałem składać magnetofony, ale nie wszystkie funkcje działały. Wiedziałem, że jestem zdolny, a w ośrodku, do którego trafiłem, traktowano mnie jak idiotę. Wtedy nie wiedziałem, że to ośrodek dla upośledzonych. Myślałem, że wszystkie dzieci muszą zostawić interesujące rzeczy w domu i nudzić się w takich miejscach. Ile można się bawić drewnianymi klockami? Nic od nas nie wymagano, więc głównie oglądaliśmy bajki. Później była matematyka i nauka pisania, ale na niskim poziomie. Gdy mój o sześć lat młodszy brat Michał poszedł do szkoły, zobaczyłem jego plan lekcji. Miał wiele ciekawych przedmiotów, których ja nigdy nie poznałem. Zacząłem zastanawiać się, co to za szkoła, do której chodzę. Dużo wysiłku wkładałem w rozmowy z moją rodziną. Mówiłem: „To głupia szkoła, nudzę się tam”. Ale oni nie rozumieli. Widziałem, że jak do nich mówię, to nie wiedzą, o co chodzi, ale myślałem, że to z nimi jest coś nie tak, a ja jestem normalny. Teraz już wiem, że moja mowa to był bełkot, miałem oczopląs, zaburzenia wzroku i słuchu. Wiele sprzężeń naraz. Więc wyglądałem jak upośledzony. W wieku 14 lat dostałem aparaty słuchowe, operacyjnie zlikwidowano mi oczopląs, parę lat później wszczepiono mi jeszcze implant do ucha. Po raz pierwszy usłyszałem śpiew ptaków w naszym lesie. Nie da się opisać, co czułem. Zrozumiałem, że całe dzieciństwo spędziłem z dala od tego, co w życiu najpiękniejsze. Gdy po raz pierwszy usłyszałem Beethovena, to cały w środku drżałem. Miałem kilkanaście lat. Zasypiałem i budziłem się ze słuchawkami na uszach. Znałem każdy dźwięk sonaty Księżycowej i Patetycznej. Beethoven jest surowy, dynamiczny. Nikogo nie obchodzi, że miał problemy ze słuchem, bo był geniuszem. Chciałem być z nim w jakiś sposób blisko.

Rodzice zapisali mnie także na zajęcia komputerowe. Dowiedziałem się, co to są strony internetowe, wirusy, jak zbudowany jest komputer. Niebawem naprawiałem już zepsute komputery w okolicy.

Widziałem, że rodzice o mnie walczą. Jeździli do różnych urzędów w Krakowie i w Warszawie. Dopytywali, które szkoły będą dla mnie najlepsze. Wizytator szkolnictwa z Warszawy doradził im szkołę w Bydgoszczy z odziałem dla głucho-niewidomych. Mama powiedziała mi, że w tej szkole będę się rozwijał. Ale w Bydgoszczy znowu było dziwnie. Dzieci upośledzone, głuche i niewidome w jednej klasie. I to nawet bardziej upośledzone niż w Zakopanem. Było nas pięcioro. Siedziałem i nudziłem się. Nie mogłem grać, nie uczyłem się informatyki. Cały czas musiałem odpierać ataki kolegów. Bo nastolatki w internacie były agresywne. Używały wulgaryzmów, śmiały się, że nie słyszę, mimo że same miały różne problemy. Gdy mama po mnie przyjechała, zacząłem na nią krzyczeć: – Oszukałaś mnie!

Rodzice zgięci w scyzoryk

– Miał rację – mówi Małgorzata. – Ale cała edukacja dla osób niepełnosprawnych to jest absurd. Wpadasz w czarną dziurę, nikt nic nie wie. Każdy etap, każdy mały krok to walka. W Bydgoszczy powiedziano nam na przykład, że Grzegorz potrzebuje świadectw ukończenia kolejnych klas, bo nawet jeśli chodził do ośrodka w Zakopanem, to nadal podlegał pod szkołę w Murzasichlu, która miała obowiązek wystawiać mu świadectwa. Zadzwoniłam do dyrektora szkoły, a on powiedział, że nigdy o tym nie słyszał. Musiałam jechać do ośrodka, zdobyć wszystkie arkusze opisowe dotyczące nauki dzieci i pokazać dyrektorowi, co dokładnie ma zrobić. Wtedy zwołał fikcyjną radę, która wystawiła dla Grzegorza świadectwa ze wstecznymi datami. Później zawiozłam je do Bydgoszczy. Proszę sobie wyobrazić matkę, która pracuje, ma kilkoro dzieci, w tym niepełnosprawne, i nie ma samochodu. Czy ona będzie w stanie to wszystko zrobić? Na Podhalu jest bardzo dużo dzieci z różnymi wadami wrodzonymi. Może to wynikać z braku jodu. W co drugim czy trzecim domu jest takie dziecko. Często rodzice się go wstydzą. Nie może nawet wychodzić na dwór. Znamy rodzinę, w której jest dwójka niedosłyszących dzieci, ale ojciec nie zgadza się, aby nosiły aparaty słuchowe. Sam jest głuchoniemy i boi się, że gdy dzieci będą słyszeć, to straci z nimi kontakt. Więc skazuje je na izolację społeczną. Wszyscy o tym wiedzą. Przecież ośrodek pomocy społecznej powinien wysłać terapeutę, psychologa do tej rodziny, który wytłumaczy ojcu, że niszczy dzieciom życie. Ale na to nie ma szans. Urzędnicy w gminie nie informują nawet o tym, co się człowiekowi należy. Byliśmy z mężem u wójta, żeby podpisać umowę o zwrot kosztu dojazdów Grzegorza do Bydgoszczy. A wójt mówi, że nic o tym nie wie. Akurat byliśmy po kilku przeprawach w różnych urzędach i mężowi puściły nerwy. W końcu wójt zadzwonił do Cezarego Zawistowskiego, głównego wizytatora szkolnictwa specjalnego z kuratorium w Warszawie, dopytać o przepisy. A wizytator kazał mu zwrócić koszty i powiedział, że Grzegorz może jeździć do Bydgoszczy, ile chce i jak chce, bo gmina za przejazdy odpowiada. I dlaczego innym rodzicom się o tym nie powie? Każdą drobną informację trzeba urzędnikom z gardła wyciągać. A rodzice boją się komukolwiek podpaść i chodzą zgięci w scyzoryk przed wójtem, nauczycielami i innymi. O nic się nie wykłócają, nawet jeśli to zaważy na życiu ich dzieci. By walczyć o Grzegorza, musieliśmy przeciwstawiać się wszystkim ważnym ludziom w gminie i starostwie. Gdybyśmy chcieli być z nimi w dobrych relacjach, to zniszczylibyśmy nasze dziecko. Tak samo było w ośrodku dla głucho-niewidomych w Bydgoszczy. Dyrektor przechadzała się w zwiewnych sukienkach i powtarzała: „Znamy swoją wartość”. A rodzice uważali przy niej na każde słowo. Bo w ośrodku dzieci dostają wyżywienie i rodzice mogą choć trochę odpocząć. Więc istnieje niepisana zasada, że nie zadają żadnych pytań. Gdy przyjechałam tam walczyć o lepsze warunki dla Grzegorza, to wszystkie panie piły kawkę i na każde moje pytanie odpowiadały: „Nie da się”. Poprosiłam o statut ośrodka, a dyrektor szkoły powiedziała, że nie można go udostępniać. Zadzwoniłam do męża, a on mówi: „Jak to ci nie udostępnią? Przecież to jest dokument państwowy”. Zaczęłam dzwonić do zwierzchników dyrektorki i w końcu przyniosła mi statut. Okazało się, że oddział, na którym był Grzegorz, działa niezgodnie z prawem. Według statutu w klasie ma być od dwóch do czterech uczniów, nauczyciel oraz jego pomocnik. Dzieci mają mieć podobne niepełnosprawności. A w klasie Grzegorza było pięcioro dzieci z bardzo odmiennymi wadami i żadnego pomocnika dla nauczyciela. Rozmawiałam z nauczycielką, która przyznała, że w tych warunkach nie jest w stanie uczyć dzieci, ale jak mówi o tym dyrektorce, to słyszy: „Na pani miejsce czeka już dziesięciu chętnych”. Więc się nie wychyla. Większość nauczycieli, wychowawców i psychologów w takich ośrodkach żyje w strachu o utratę pracy, więc zgadzają się absolutnie na wszystko. Gdy okazało się, że Grzegorz po prostu nie słyszy, poszłam do pani psycholog w ośrodku na Kamieńcu w Zakopanem. Spytałam, dlaczego orzeczono, że jest upośledzony w umiarkowanym stopniu, skoro mógł iść do normalnej szkoły. Okazało się, że na każde dziecko ośrodek dostaje duże dotacje. Psycholog powiedziała wprost: „Jak rodzice podejrzewają u dziecka niepełnosprawność umysłową, zawsze wystawiam opinię »umiarkowanie upośledzony«, gdybym wystawiła inną, to dyrektor ośrodka chyba by mnie zabił”.

Miałem sobie nogę uciąć?

– W 2004 roku, gdy mama zabrała mnie ze szkoły w Bydgoszczy, dostałem się do szkoły podstawowej dla niedowidzących na Tynieckiej w Krakowie, bo mimo zlikwidowania oczopląsu nadal miałem zaniki nerwu wzrokowego – opowiada Grzegorz. – Miałem już 16 lat. W tej szkole było indywidualne nauczanie i wreszcie czułem, że nauczyciele traktują mnie prawie normalne, to znaczy, że mogę się rozwijać. Cztery dni w tygodniu byłem w internacie, a w każdy piątek rodzice zabierali mnie do domu. W internacie grałem na organach, słuchałem muzyki i odrabiałem lekcje. W domu rodzice zorganizowali dla mnie lekcje muzyczne z prawdziwym nauczycielem z Zakopanego, Jerzym „Jurasem” Gruszczyńskim. Uczył mnie, czym jest rytm, akordy, interwały. Opracował specjalne opisowe plansze, które bardzo ułatwiały mi naukę. Niebawem zacząłem tworzyć własne kompozycje. Na początku szóstej klasy zapytałem nauczycielkę, kiedy będą egzaminy do średniej szkoły muzycznej. Powiedziała, że rozmawiała z dyrektorką szkoły i mają wątpliwości, bo mam małą wiedzę ogólną. Mówiłem im, że to nie moja wina. I że najbardziej na świecie chcę się rozwijać. Przecież umiałem grać nawet bardzo trudne utwory. Ale te argumenty do nich nie przemówiły.

Więc po skończeniu podstawówki w 2006 roku trafiłem do specjalnego gimnazjum dla niedowidzących w Laskach pod Warszawą. W tej szkole odmówili mi nauczania indywidualnego. Mówili, że przysługuje tylko dzieciom na wózkach. Miałem sobie nogę uciąć, żeby się uczyć? Rozumiem tylko wtedy, gdy ludzie mówią do mnie bardzo głośno i mogę patrzeć na ich usta. Więc w tej szkole nie uczyłem się wiele. Najgorzej było na biologii, w ogóle nie rozumiałem, o czym mówi nauczycielka, i usypiałem na lekcjach. Na logopedii pani spytała mnie, co to jest sosna. Nie znałem tego słowa. Zaczęła krzyczeć: „Jak to możliwe, że masz tyle lat i nie wiesz, co to sosna? Jesteś jak małe dziecko!”.

W każdej wolnej chwili chodziłem do klasy muzycznej, w której był fortepian. Pani od muzyki bardzo mi pomagała. Mogłem chodzić do filharmonii. Poproszono mnie, abym zagrał koncert w Łomiankach. Były pierwsze brawa i uczucie, że mogę być potrzeby, że nawet ja mogę dać coś ludziom. Bo gdy gram, to jestem normalny, taki jak wszyscy.

I nagle wszystko się zmieniło. Któregoś dnia w Laskach przyszedłem grać na pianinie, a woźna mówi, że jednak nie mogę, bo to jest pianino koncertowe i nie można go tak często używać. Świat się dla mnie zawalił. Wszystko mnie drażniło. Kolega z internatu mnie obraził, a ja rzuciłem się na niego z pięściami. Znów ludzie chcieli, żebym był niedorozwiniętym chłopakiem. Przyjechała mama, mówiłem jej, że nie mam już po co chodzić do tej szkoły. Ale po rozmowie z mamą dyrektor obiecała, że będę mógł grać, kiedy zechcę. Myślałem, że wreszcie mnie zrozumieli. Ale w następnym roku zmienił się wychowawca w internacie. Po lekcjach kazał mi iść na świetlicę. Proszę pozwolić mi grać na pianinie, powtarzałem. Bez skutku. Musiałem siedzieć w świetlicy i się nudzić. Później dawał mi czekoladę. Odmawiałem, bo słodycze są niezdrowe. A ja dbam, aby się zdrowo odżywiać. A on powtarzał: „jedz”. I cały czas mi ją podsuwał. W końcu musiałem zjeść tę czekoladę, żeby dał mi spokój. Traktował mnie jak małe dziecko, któremu można wszystko narzucić. Najpierw świetlica, później kaplica, kolacja i spanie. A gdzie czas na grę? Często powtarzał: „Może się zgodzę, byś grał, a może nie”. Zauważyłem, że nauczyciele i wychowawcy lubią tak demonstrować swoją władzę nad innymi.

Miałem dość szkoły w Laskach. Mama zauważyła, że jestem zestresowany. Chciała zorganizować dla mnie psychoterapię, ale nie mieliśmy pieniędzy, więc poprosiła, bym opisał, co czuję.

Grzegorz pokazuje mi notatki z 2010 roku. Napisał: „Mam za dużo lat i nie będę mógł chodzić do szkoły muzycznej. Szkoły strojenia fortepianu nie przyjmą mnie ze względu na moje problemy ze słuchem. Miałem uzdolnionego muzycznie kolegę. Potrafił już komponować melodie. Po skończeniu szkoły nie dostał pracy i znalazł się w domu pomocy społecznej. Widziałem się z nim niedawno i od tego czasu nie nauczył się nic nowego. Wciąż gra to samo. Dla mnie oznacza to zmarnowanie czasu i życia. Ludzie uważają, że tacy jak ja są głupi i do niczego się nie nadają, dlatego nie chcą ich zatrudniać. Nie chcę tak żyć. Tak bardzo się boję! Nie chcę być wyrzucony do śmieci!”.

Wizytator: Tylko hufiec pracy

– Po skończeniu gimnazjum Grzegorz miał już ponad 20 lat, więc system edukacji właściwie go wypluł – mówi Małgorzata. – W tym czasie psychiatra rozpoznał u niego objawy zaburzeń osobowości wynikające z negatywnych doświadczeń w szkole. Szukanie kolejnej szkoły to był koszmar. Szkoła muzyczna w Krakowie odmówiła, jak tylko nauczyciele dowiedzieli się, że Grzegorz jest niepełnosprawny. Nie chcieli nawet posłuchać, jak gra. W szkołach zawodowych mówiono nam, że syn ma za dużo lat i nie może podpisać umowy z pracodawcą. Poszliśmy do kuratorium w Nowym Targu spytać o możliwości. Zostaliśmy tam potraktowani jak intruzi. Pani wizytator, która wcześniej pracowała w ośrodku dla upośledzonych w Zakopanem i dobrze wiedziała, że to nie z naszej winy wynikły opóźnienia w edukacji Grzegorza, powiedziała nam tylko: „To sprawa rodzinna. Skoro ma 21 lat, to tylko hufiec pracy”. Po czym wróciła do stołu zastawionego kawą i ciastami.

W kuratorium w Warszawie poradzono nam kontakt z panią Ewą Krawczyk, założycielką fundacji Pomóż Innym. I to był kolejny przełom w naszym życiu. Pani Ewa poświęcała swój prywatny czas, by pomóc Grzegorzowi. Organizowała koncerty dla osób z zaburzeniami słuchu. Dzięki zaproszeniom na koncerty zyskał motywację do ćwiczeń w domu. Właściwie to grał od rana do nocy. Wcześniej w jego życiu pojawiali się nauczyciele lub sponsorzy, którzy dużo obiecywali, a potem nic z tego nie wychodziło. I syn załamywał się na wiele miesięcy. Pani Ewa tym różniła się od reszty, że nic nie obiecywała i mówiła mu tylko o planach, które już zapięła na ostatni guzik. Grzesiu zauważył, że może na nią liczyć. Odżył. Do każdego koncertu przygotowywał się w sposób absolutny. Sonatę Księżycową grał tysiące razy. Świadomie zmieniał melodię, tworzył kolejne interpretacje. Czasem dobre, czasem gorsze, ale jego własne. Znaleźliśmy dla niego szkołę muzyczną w Jabłonce. To szkoła prywatna. Bo żadna szkoła państwowa go nie chciała. On o tym wie, my zawsze mówimy mu prawdę. Grzegorz czuje, gdy traktuje się go inaczej. Jest niezwykle uparty i zawzięty, chce grać tak dobrze jak zawodowi muzycy. Po międzynarodowym festiwalu w Warszawie ma już zaplanowane koncerty w Niemczech. Ewa Krawczyk mówi Grzesiowi, że z jego sukcesu oraz wypowiedzi w mediach korzystają teraz inni podopieczni fundacji. Więc on wie, że w ten sposób spłaca dług, a jest niezwykle honorowy. Najbardziej go cieszy, gdy może dać coś innym.

Sto procent uwagi

Łukasz Płonka: – W muzyce jest takie sformułowanie „da capo”, czyli powtórz od początku. I to jest doskonały opis Grzegorza. On jest teraz doceniany, dużo gra, ale cały czas powtarza te same zdania. Mówi: „Dlaczego ludzie mnie odrzucają, blokują na Facebooku? Przecież to nie moja wina, że robię błędy gramatyczne. Jakbym poszedł od razu do szkoły, to wszystko byłoby dobrze”. I analizuje to każdego dnia. Ma rację. Został skrzywdzony. Ale co z tej racji? My z żoną staramy się nie patrzeć wstecz. Nie szukać winnych. Bo aby przetrwać, człowiek musi koncentrować się na tym, co jest tu i teraz. A najważniejsze w życiu to zaakceptować swoją przeciętność. Bo inaczej człowiek ma wieczny niedosyt i nie umie być szczęśliwy. Ambicja Grzegorza nie pozwala mu spokojnie żyć.

Do kuchni, w której rozmawiamy, wchodzi najmłodszy syn Płonków, 21-letni Michał. Pytam go o relację z bratem: – Nie nazwałbym tego relacją. Mieszkamy razem, ale właściwie nie mamy kontaktu. Choć często bawiliśmy się razem w dzieciństwie.

Michał ma angielski akcent, słychać, że zapomniał niektórych polskich słów, więc pytam, jak długo mieszkał w Anglii.

Odpowiada Małgorzata: – Michał po angielsku mówi lepiej niż po polsku, ale nigdy nie mieszkał w Anglii. Po prostu od małego rozmawia przez Skype’a i na forum z ludźmi z całego świata.

Michał: – Często rozmawiam przez internet do piątej czy szóstej nad ranem. Świat wirtualny wydaje mi się dużo ciekawszy niż to, co dzieje się wokół. Bo co mam robić: po raz setny na Giewont patrzeć?

Małgorzata tłumaczy: – Aby dziecko niepełnosprawne mogło się rozwijać, oboje rodzice muszą mu poświęcić sto procent uwagi.

Michał: – Nie mam pretensji. Rozumiem, że Grzegorz wymaga od rodziców poświęceń, ale ja nie zamierzam poświęcać mu uwagi.

Małgorzata: – Jedyną osobą, która Grzesiowi nigdy nie odmawia, jestem ja. Nawet jeśli akurat mam migrenę czy jestem wykończona, to i tak muszę go wysłuchać. Bo krzyczy: „Nawet ty mnie odrzucasz!”. Jeśli ja też mu odmówię, to Grzegorz zostanie sam w swoim świecie. A on potrzebuje wyrzucić swoje przemyślenia i usłyszeć sam siebie. Jak każdy człowiek musi ubrać życie w słowa. Nie mogę go tego pozbawiać.

Łukasz: – Mam silną osobowość, więc do mnie Grzegorz już prawie nie mówi. To znaczy nie powtarza tej samej historii, nie analizuje, dlaczego jest odrzucany przez ludzi w internecie. Daliśmy mu bardzo niebezpieczny dar – wolność. Rodzice osób niepełnosprawnych często nadzorują całe ich życie. My staramy się, by byli niezależni. Nasza najstarsza niepełnosprawna córka jest już prawie w pełni samodzielna, mieszka w Krakowie. Grzegorz ma własne konto w banku, mail, Facebook. I potem przeżywa te komentarze na swój temat. Cały czas pokazuje żonie: „Widzisz, na moim programie YouTube same dobre komentarze, bo ludzie mnie lubią, jak nie piszę i nie robię błędów”. Grzegorz jest wiecznie niezaspokojony i nigdy nie będzie. Cały czas chce całkowitej uwagi i ją dostaje – od żony.

Kantyk Symeona

Małgorzata: – Pamiętam, jak trzymałam Grzegorza na rękach podczas chrztu. Był spokojny, czuł się u mnie bezpieczny. Joanna, jego mama, moja najlepsza przyjaciółka, stała obok mnie. Nie wiedziałam, dlaczego, ale poczułam nagły impuls, by zaśpiewać kantyk Symeona, czyli pieśń z Ewangelii wg św. Łukasza: „Teraz, o Panie, pozwól odejść swemu słudze w pokoju, bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie”. Śpiewałam i nie wiedziałam, po co. Przecież te słowa nie są adekwatne do narodzin. Teraz wiem, że to było pożegnanie z Joanną.

Łukasz: – 8 grudnia 1990 roku jechaliśmy z moją pierwszą żoną, Joanną, na święto Niepokalanego Poczęcia Matki Bożej do Częstochowy. Prowadziłem samochód, Joanna siedziała z tyłu, trzymała na rękach dwuletniego Grzegorza. Jakiś palant z przeciwka zaczął wyprzedzać na trzeciego. Na prawo był przystanek autobusowy i mnóstwo ludzi. Zabiłbym ich, gdybym tam zjechał. Na lewo sznur samochodów. To był jedyny moment w życiu, gdy zobaczyłem twarz Pana Boga. Zderzyliśmy się czołowo z wyprzedzającym. Joanna wpadła na przedni fotel z tak dużą siłą, że pękła jej aorta. Zmarła.

Małgorzata: – Łukasz był w gipsie, miał pęknięta miednicę. Wsiadłam w pociąg, by zająć się Agatą, Filipem i Grzegorzem. I już zostałam w Murzasichlu. Tyle było roboty, że nie było czasu na analizowanie tej decyzji. Kilka miesięcy wcześniej Joanna spytała mnie: „Jeśli umrę, to zajmiesz się dziećmi?”. Zapewniłam ją, że tak.

Kochałam Joannę. Poznałyśmy się we wspólnocie Wiara i Światło. To było najważniejsze spotkanie w moim życiu. Nie znajdziesz drugiej osoby tak dobrej, mądrej i ciepłej. Gdy spotyka się kogoś takiego na swojej drodze, to przestajesz dbać o powierzchowne kontakty z innymi ludźmi. Nie mogłam się pogodzić z jej śmiercią. Chętnie sama poniosłabym najcięższe skutki wypadku, byleby tylko żyła.

Joanna była pianistką. Mają z Grzegorzem takie same dłonie.