Z popiołów - Martyna Senator - ebook
Opis

Kiedyś wyobrażałam sobie, że moje życie jest pięciolinią, na której każda chwila zostaje zapisana w postaci odpowiednio dobranych nut. A ja niczym wybitny kompozytor codziennie dopisuję dalszą część bezkresnego utworu. Jedne dźwięki są skoczne i wesołe, inne żałosne i pełne melancholii. Wszystkie razem tworzą niepowtarzalną melodię, którą nuci moje serce. Jednak kilka dni temu wszystko umilkło, a całość zaczęła przypominać urwany hejnał.

 

 

Wydarzenia z przeszłości zmieniły Sarę nie do poznania, odcisnęły piętno na jej poczuciu własnej wartości i zaufaniu do ludzi. Jest teraz pewna, że miłość sprowadza się jedynie do cierpienia. Przynosi ból, łzy i rozczarowanie. Przekonał się o tym także Michał, którego wykorzystała była dziewczyna.

 

Przypadkowe spotkanie dwóch poranionych dusz uruchamia ciąg niespodziewanych zdarzeń i pozwala im poznać życie na nowo. Budowany od lat mur, którym otaczała się Sara, zaczyna pękać za sprawą opiekuńczego Michała.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 309

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Kolekcje



Copyright © Martyna Senator, 2017

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2017

Redaktor prowadząca: Milena Buszkiewicz

Redakcja: Natalia Szczepkowska

Korekta: Joanna Pawłowska

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Klaudia Kumala

Projekt okładki i stron tytułowych: Magdalena Zawadzka

Zdjęcia na okładce:

© Viatkins | www.shutterstock.com

© Aleshyn_Andreihttp | www.shutterstock.com

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne 2017

ISBN 978-83-7976-744-1

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Dedykuję tę książkę wszystkim kobietom.

W każdej z nas drzemie ogromna siła. Trzeba tylko ją odkryć.

Każdy człowiek jest jak księżyc.

Ma swoją drugą stronę, której nie pokazuje nikomu.

Mark Twain

PROLOG

Upadam. Uderzam głową o ziemię i na krótką chwilę tracę oddech. Przeszywa mnie ból. Ostry i przejmujący. Rozchodzi się po ciele jak trucizna, atakując każdą napotkaną komórkę. Otwieram oczy i dostrzegam nad sobą kilka czerwonych maków. Dopiero teraz dociera do mnie, co tak właściwie się stało. Słyszę jego głos. Jest coraz bliżej… Przerażona zaczynam płakać, ale wiem, że nikt nie usłyszy mojego krzyku.

CZTERY LATA PÓŹNIEJ

ROZDZIAŁ 1

SARA

Jeszcze cztery lata temu nie sądziłam, że można jednocześnie żyć i być martwym. Ale wtedy nie wiedziałam o wielu rzeczach.

Niechętnie wynurzam się spod kołdry i idę do łazienki. Biorę prysznic, a potem wracam do pokoju, ubieram się i zarzucam plecak na ramię.

Kiedy dostrzegam w lustrze własne odbicie, uświadamiam sobie, że wyglądam jak wystraszona nastolatka, a nie jak dziewczyna, która parę miesięcy temu obroniła z wyróżnieniem pracę licencjacką i rozpoczęła studia drugiego stopnia. Obok swojej twarzy dostrzegam żółtą samoprzylepną karteczkę. Odkąd moja współlokatorka zaczęła pracować w korporacji i wychodzi z mieszkania o nieludzko wczesnej porze, każdego dnia zostawia mi fiszkę z jakimś inspirującym cytatem.

Chociaż Coelho nie należy do moich ulubionych autorów, przytoczone słowa wydają mi się zaskakująco bliskie i prawdziwe. Ale czasami sama świadomość tego, że jakiś etap w życiu dobiega końca, wcale nie oznacza, że uda nam się rozpocząć coś nowego. Z doświadczenia wiem, że istnieją takie rozdziały, których nie da się tak po prostu zamknąć. Ciągną się w nieskończoność, mimo że już dawno powinniśmy postawić ostatnią kropkę i sięgnąć po czystą kartkę. Wszystko dlatego, że konfrontacja z przeszłością nigdy nie jest łatwa. W niektórych przypadkach bywa wręcz niemożliwa. Bo chociaż bardzo chcemy stawić czoło temu, co się wydarzyło, to bolesne wspomnienia nas paraliżują. Sprawiają, że zastygamy w bezruchu, niezdolni do wykonania kolejnego kroku.

Odklejam kartkę i zgniatam ją w dłoni, a potem wychodzę z mieszkania, spychając rozmyślania o przeszłości na dalszy plan.

Jest początek listopada, a o tej porze roku pogoda bywa niezwykle kapryśna. Jednak dziś, zamiast tradycyjnych szarych chmur, na niebie widać prześwity błękitu. Wiatr szumi wśród drzew, strącając z gałęzi kolorowe liście. Jestem o krok od stwierdzenia, że to będzie wyjątkowo piękny dzień, ale w ostatniej chwili się powstrzymuję. Życie w dość brutalny sposób nauczyło mnie, że nie należy chwalić dnia przed zachodem słońca. Dochodzi dziewiąta, kiedy w końcu docieram na uczelnię. Po drodze kupuję drożdżówkę z wiśniami i średnią latte, a potem idę do auli i zajmuję miejsce w ostatnim rzędzie. Wykład cieszy się dość wysoką frekwencją, więc nie obawiam się, że profesor zauważy, jak jem spóźnione śniadanie.

Wyciągam z plecaka notatnik, upijam łyk kawy i zabieram się za drożdżówkę. Przechodzi mi przez myśl, że jeśli nie chcę nabawić się wrzodów żołądka, to muszę pomyśleć o zmianie trybu życia na zdrowszy. Kaśka ciągle powtarza, że powinnam postawić na pełnowartościowe śniadania, wzbogacić dietę w owoce i warzywa, ograniczyć cukier i zapisać się na siłownię. To nie lada wyzwanie, biorąc pod uwagę fakt, że uwielbiam słodycze, w drodze na uczelnię wlewam w siebie hektolitry kawy, a śniadanie jadam dopiero wtedy, gdy sobie o nim przypomnę. Ale Kaśka jest urodzoną optymistką i głęboko wierzy, że człowiek jest w stanie osiągnąć wszystko, jeśli tylko bardzo tego chce.

W pewnej chwili czuję na udzie wibrację telefonu. Wyciągam z kieszeni komórkę i spoglądam na wyświetlacz.

MAMA

Marszczę brwi, zastanawiając się, co mogło się stać. Rodzice kontaktowali się ze mną tylko raz w tygodniu. Zazwyczaj jedno z nich pytało, czy wszystko w porządku, a ja odpisywałam, że tak. Tylko tyle. Nie dzwoniliśmy do siebie bez powodu. Nie streszczaliśmy sobie wzajemnie tego, co robiliśmy w ciągu kilku ostatnich dni, nie mówiliśmy o planach na przyszłość i nie prowadziliśmy długich rozmów o niczym tylko po to, żeby chociaż przez chwilę nacieszyć się brzmieniem głosu kogoś bliskiego.

Nie zawsze tak było. Wszystko zmieniło się w dniu, kiedy w końcu powiedziałam im prawdę. Byłam pewna, że okażą wsparcie i staną za mną murem, ale oni woleli zamieść wszystko pod dywan i udawać, że nic się nie stało. Ja tak nie potrafiłam. Dlatego, gdy okazało się, że zostałam przyjęta na studia, natychmiast wyjechałam ze Szczecina i przeniosłam się do Krakowa. W moim przypadku o wyborze uczelni nie zadecydował jej prestiż, tylko odległość od rodzinnego miasta. Miałam nadzieję, że dzięki temu uda mi się zacząć wszystko od nowa. Jednak mimo upływu czasu przeszłość nie dawała o sobie zapomnieć…

Przesuwam palcem po wyświetlaczu i odczytuję wiadomość:

Lecimy na Teneryfę. Rano przelałam ci pieniądze na przyszły miesiąc.

Nie jestem pewna, dlaczego w ogóle mnie o tym informuje. Zupełnie tak, jakby obawiała się, że nagle zechcę złożyć im niezapowiedzianą wizytę i zastanę pusty dom. Ale ja wcale nie żartowałam, kiedy trzy lata temu obiecałam sobie, że nigdy więcej tam nie wrócę. Od tamtego czasu niewiele się zmieniło. Rany co prawda się zagoiły, ale ból pozostał. I nie sądzę, aby kiedykolwiek mnie opuścił.

To się nazywa pech! Akurat dzisiaj, kiedy muszę iść do czytelni i zebrać materiały potrzebne do przygotowania poniedziałkowej prezentacji, okazuje się, że ksero jest zepsute. Na domiar złego rozładował mi się telefon, więc nawet nie mogę zrobić zdjęć. Już od trzech godzin klnę pod nosem, wiercę się na niewygodnym plastikowym krześle i przepisuję wybrane fragmenty książek. Dopiero parę minut po dziewiętnastej wychodzę z czytelni i kieruję się w stronę mieszkania.

Jest piątkowy wieczór. O tej porze krakowski rynek tonie w morzu roześmianych studentów, którzy w odróżnieniu ode mnie nie zawracają sobie zbytnio głowy poniedziałkowymi zajęciami. Beztroscy i nieskrępowani cieszą się chwilą, która trwa, i podejrzewam, że obecnie ich największym dylematem jest wybór klubu, do którego się udadzą.

Zazdroszczę im. Zastanawiam się, czy gdyby moje życie się nie posypało, to dzisiaj byłabym taka jak oni.

W ponurym nastroju skręcam w wąską uliczkę pewna, że tą drogą szybciej dotrę do mieszkania. Jednak kilka kolejnych sekund utwierdza mnie w przekonaniu, że prawdopodobnie popełniłam jeden z największych błędów w swoim życiu. Zanim udaje mi się zebrać myśli, aby trafnie ocenić sytuację i zacząć działać, otacza mnie sześciu młodych mężczyzn. Ich złowrogie miny nie pozostawiają żadnych wątpliwości co do tego, jak wielkie mam kłopoty.

MICHAŁ

Czas w pubie płynie zaskakująco szybko. Mimo że ruch jest niewielki, to i tak mam pełne ręce roboty. Kilka tygodni temu Ada – moja szefowa – wpadła na pomysł, żeby na początku grudnia przeprowadzić rewolucję w stylu Gordona Ramsaya. Od tamtej pory nieustannie pracuje nad zmianą wystroju i szuka dodatkowych atrakcji, które przyciągną klientów. Oczywiście Patryk i ja automatycznie zostaliśmy wciągnięci do tego projektu. Prawdopodobnie żaden z nas nie miałby nic przeciwko, gdyby nie fakt, że Ada jeszcze sama do końca nie wie, co dokładnie chce osiągnąć, i ciągle zmienia zdanie.

– Musimy zaproponować klientom coś wyjątkowego – wyjaśnia Ada. – Coś, czego nie dostaną w żadnym innym pubie.

– Przecież raz w tygodniu odbywa się koncert na żywo – stwierdza Patryk.

– Tak, wiem, ale to wciąż za mało.

– W takim razie może powinnaś porozmawiać z Lokim i zapytać go, czy da radę występować częściej.

– A jeśli publiczność się nim znudzi? – martwi się Ada. – Wydaje mi się, że powinniśmy wprowadzić więcej urozmaiceń.

– Może wieczory filmowe? – sugeruje Patryk.

– To całkiem niezły pomysł! Mogłabym kupić projektor i wyświetlać filmy na tamtej ścianie.

Ożywiona reakcja Ady natychmiast pobudza entuzjazm Patryka.

– Dzięki temu nawet osoby bez towarzystwa czułyby się tu komfortowo – zauważa. – Zamiast siedzieć samotnie w domu, mogłyby przyjść do nas. Może akurat poznałyby kogoś wyjątkowego.

Mam ochotę przewrócić oczami, ale w ostatniej chwili się powstrzymuję. Wiem, że Ada na nas liczy. Od kilku miesięcy utarg w pubie systematycznie spada. Chociaż Ada robi wszystko, co w jej mocy, żeby wybrnąć z kłopotów finansowych, to jak na razie jej wysiłki nie przynoszą znaczących zmian. Teraz bardziej niż kiedykolwiek potrzebuje naszego wsparcia, dlatego nie zamierzam podcinać jej skrzydeł i negować wszystkich pomysłów, nawet jeśli wydają mi się nie do końca przemyślane.

Dopijam wodę i w milczeniu przysłuchuję się kolejnym pomysłom Patryka.

– Tam moglibyśmy postawić szafę grającą, a na tamtej ścianie powiesić trzy duże lustra.

– To w toalecie już ci nie wystarcza? – pytam z rozbawieniem.

Patryk ma bzika na punkcie wyglądu. Wydaje fortunę na ciuchy, ma więcej par butów niż przeciętna kobieta i fryzurę, której nie powstydziłby się sam Cristiano Ronaldo. W dodatku ostatnio zaczął coś przebąkiwać o kremie pod oczy… Ale wbrew pozorom jesteśmy dobrymi kumplami. Gdyby było inaczej, nigdy nie pozwoliłbym sobie na takie docinki. Znamy się od wielu lat i doskonale wiem, kiedy mogę z niego żartować, a kiedy powinienem odpuścić.

Pokazuje mi środkowy palec i niezrażony zasypuje Adę kolejnymi pomysłami. Kątem oka zauważam Sebę.

– Siema. – Zanosi kurtkę na zaplecze i po chwili wraca, zawiązując w pasie czarny fartuch. – Co tak rozkminiacie?

– Zastanawiam się nad kupnem projektora – wyjaśnia Ada.

Krzywi się.

– Nie lepiej zainwestować w stół bilardowy?

Tym razem to Patryk sprawia wrażenie niezadowolonego.

– Nie szukamy rozrywki dla ciebie, tylko sposobu na pozyskanie nowych klientów.

Mierzą się wzrokiem niczym rewolwerowcy stający do pojedynku. Podejrzewam, że gdyby nie łączyła ich miłość do modnych fryzur, markowych ciuchów i drogich zegarków, już dawno by się pozabijali.

– A co sądzicie o karaoke? – wtrąca Lidka. Stawia na ladzie tacę z pustymi kuflami i dodaje: – Koszty są stosunkowo niewielkie, a zawsze to jakieś urozmaicenie.

– Super pomysł! – ożywia się Patryk. – To kolejna rzecz, która przemawia za kupnem projektora.

Uśmiecham się pod nosem, widząc zawiedzioną minę Seby.

– Wyniosę śmieci – mówię z rozbawieniem.

Zawiązuję worek i kieruję się w stronę tylnego wyjścia. Naciskam łokciem klamkę, a potem delikatnie popycham drzwi nogą. Niemal natychmiast zalewa mnie fala lodowatego powietrza. Upajam się nim, czekając, aż listopadowy chłód ocuci wszystkie otumanione duszną atmosferą klubu komórki w moim ciele. Kilka sekund w zupełności wystarcza, aby mnie orzeźwić. Wrzucam worek do kontenera i wracam. Mój wzrok pada na grupkę młodych chłopaków.

– Nie słyszałaś, co do ciebie powiedziałem? – Jeden z nich popycha stojącą obok dziewczynę i warczy: – Dawaj portfel!

Pozostali śmieją się głośno i go dopingują. Ogarnia mnie wściekłość. Rozsądek ostrzega, że sam nie zdołam ich powstrzymać. Wszystko jednak wskazuje na to, że nie jestem zbyt rozważnym człowiekiem. Zamiast pobiec do pubu po wsparcie, bez namysłu ruszam w stronę oprychów. Kiedy jeden z nich mnie dostrzega, mówi coś do pozostałych i już po chwili sześć par oczu wpatruje się we mnie niczym drapieżca w potencjalną ofiarę.

– Czego tu, kurwa, szukasz?! Chcesz w ryj?!? – pyta chłopak w srebrnym ortalionowym dresie.

Odruchowo zaciskam pięści, ale nie odpowiadam na zaczepkę. Serce bije mi dużo szybciej niż zwykle, jednak nie dopuszczam do tego, żeby strach mnie sparaliżował. Muszę pomóc tej dziewczynie.

– Głuchy jesteś, kurwa?!

Kierowany impulsem robię coś, co zaskakuje nawet mnie. Podchodzę i uśmiecham się drwiąco.

– Pewnie nie zdajecie sobie sprawy, ale mamy tutaj monitoring. – Mówiąc to, wskazuję palcem na kamerę umieszczoną na tyłach pubu. – Jeśli nie zostawicie jej w spokoju, nagranie trafi na policję.

Krzyżuję ręce na piersi i patrzę, jak te same sześć par oczu powoli kieruje się w stronę kamery. Skonsternowane miny dresiarzy utwierdzają mnie w przekonaniu, że jestem całkiem blisko wygranej. Natychmiast wykorzystuję element zaskoczenia i dodaję:

– Nie żartuję. Jeśli w ciągu pięciu sekund stąd nie znikniecie, mój szef zawiadomi policję.

Nie mam wątpliwości, że te słowa robią na nich wrażenie. Pewność siebie, która towarzyszyła im przed paroma minutami, ulatuje jak kamfora, a w jej miejscu pojawia się niepokój.

– Spadajmy stąd – rzuca jeden z chłopaków i odchodzi, a pozostali posłusznie idą w jego ślady.

Po chwili znikają za rogiem, a ja czuję, że wreszcie mogę swobodnie oddychać.

– Nic ci nie jest? – zwracam się do dziewczyny.

W odpowiedzi potrząsa głową. Wcale nie wygląda na przerażoną. Jest… spokojna. Nienaturalnie spokojna.

– Na pewno nic ci nie jest? – Nie spuszczam z niej wzroku.

– Wszystko w porządku. – Jej głos jest cichy, ale zaskakująco pewny. – Dzięki za pomoc.

Dziewczyna poprawia plecak na ramieniu, a potem omija mnie i rusza przed siebie. Jej reakcja całkowicie mnie zaskakuje.

– To wszystko?

Nieznajoma odwraca się i przygląda mi uważnie.

– Co masz na myśli?

– Czy ja wiem? – Podchodzę. – Sześciu dresiarzy próbuje cię okraść, a ty nie okazujesz nawet odrobiny strachu. W dodatku kiedy przychodzę z odsieczą, rzucasz jedno zdanie i odchodzisz.

– A co według ciebie powinnam zrobić?

– Nie jestem ekspertem w okazywaniu uczuć, ale wydaje mi się, że powinnaś być chociaż trochę roztrzęsiona.

Po jej twarzy przemyka cień uśmiechu.

Przez chwilę stoimy na wprost siebie i mierzymy się wzrokiem. Próbuję rozszyfrować tę dziewczynę, ale jest jak zamknięta księga. Jej twarz nie zdradza żadnych emocji.

– Gdzie mieszkasz? – pytam w końcu.

Nie odpowiada. Zamiast tego marszczy brwi i przygląda mi się podejrzliwie.

– Dlaczego chcesz wiedzieć?

– Bo uważam, że nie powinnaś włóczyć się sama o tej porze – tłumaczę, po czym spoglądam na zegarek i dodaję: – Za pół godziny kończę pracę. Zaczekaj ze mną w pubie, a potem odprowadzę cię do domu. Chcę mieć pewność, że dotarłaś bezpiecznie na miejsce.

Nie potrafię wytłumaczyć, skąd we mnie ten nagły przypływ opiekuńczości, ale w tej chwili mało mnie to interesuje. Nieznajoma obrzuca mnie badawczym spojrzeniem.

– Jesteś barmanem?

– Tak.

– Myślałam, że barmani pracują do późnej nocy.

– Niektórzy pewnie tak robią – przyznaję rozbawiony jej przenikliwością. – Ja na szczęście mam elastyczny czas pracy i bezproblemową szefową, która potrafi dopasować grafik do potrzeb swoich pracowników. Poza tym jutro rano mam trening i muszę się wyspać.

– Rozumiem.

Dziewczyna posyła mi słaby uśmiech, ale jej wzrok w dalszym ciągu pozostaje czujny.

– To jak, poczekasz na mnie i pozwolisz, żebym odprowadził cię do domu?

– Niech będzie.

– Świetnie – stwierdzam z zadowoleniem, po czym wyciągam do niej rękę i dodaję: – Mam na imię Michał.

Dziewczyna wpatruje się nieufnie w moją dłoń, tak jakby zastanawiała się, czy nie jestem przypadkiem toksyczny. Po chwili, która wydaje się wiecznością, wreszcie podaje mi rękę.

– Sara. – Podnosi wzrok i uśmiecha się lekko, a ja odnoszę wrażenie, że to najbardziej nieśmiały uśmiech, jaki widziałem w życiu.

SARA

Nie wiem, dlaczego przystaję na jego propozycję. To niedorzeczne! Zawsze wracam sama do domu, więc dlaczego dzisiaj miałoby być inaczej? Dlatego że sześciu dresiarzy o mało cię nie okradło i nie pobiło, podpowiada mi rozsądek. No tak. Racja.

Wzdycham z rezygnacją i siadam przy barze. W milczeniu obserwuję, jak Michał wyciąga z lodówki sok pomarańczowy i przelewa go do szklanki. Ma ciemnobrązowe włosy, jest wysportowany i podobnie jak ja – sądząc po ubraniu – jest miłośnikiem ciemnych kolorów. Nie wygląda jak typowy model z billboardu, ale jest w nim coś, co czyni go wyjątkowo intrygującym.

– Proszę. – Michał stawia przede mną sok i uśmiecha się lekko. – Słomki są po lewej.

Dopiero kiedy nasze spojrzenia się spotykają, zaczynam rozumieć, w czym tkwi jego sekret. Oczy. Ma najbardziej hipnotyzujące oczy, jakie kiedykolwiek widziałam. Szaroniebieskie, przywodzące na myśl górski lodowiec. Nie jestem dziewczyną, która wzdycha na widok przystojnych mężczyzn. Z reguły są mi oni całkowicie obojętni. Jednak on patrzy na mnie w taki sposób, że mimowolnie wstrzymuję oddech.

– Zdradzisz mi, co robiłaś o tej porze w ciemnej uliczce? W dodatku zupełnie sama…

W normalnej sytuacji odparłabym, że to nie jego sprawa, ale jakby nie patrzeć, to dzięki niemu uniknęłam napaści. Należą mu się wyjaśnienia.

– Wracałam z uczelni. Mam do przygotowania prezentację i chciałam zebrać materiały. Zazwyczaj nie przesiaduję tam tak długo, ale akurat dzisiaj w czytelni popsuło się ksero i musiałam wszystko przepisywać ręcznie.

– Jesteś studentką? – Jest wyraźnie zdumiony.

– Tak.

– Byłem pewien, że chodzisz do liceum.

Jego słowa mnie zaskakują, ale dość szybko uświadamiam sobie, że luźna bluza z kapturem, plecak i stare tenisówki z pewnością nie dodają mi kobiecości.

– Nie zrozum mnie źle – dodaje pośpiesznie. – Nie miałem nic złego na myśli. Po prostu wyglądasz tak naturalnie i dziewczęco…

Znów patrzy na mnie w sposób, którego nie potrafię do końca zdefiniować. W mojej głowie niemal natychmiast zapala się czerwona lampka. To znak, że powinnam jak najszybciej stąd uciekać. Mężczyźni tacy jak on zazwyczaj zwiastują kłopoty, a ja mam już wystarczająco dużo problemów. Ostatnie, czego teraz potrzebuję, to wysyłanie serca na pewną śmierć. Otwieram usta z zamiarem wyjaśnienia Michałowi, że nie zamierzam na niego czekać i najlepiej będzie, jeśli wezmę taksówkę, ale w tej samej chwili rozlega się głośne:

– Cholera jasna!

Wystraszona podskakuję na krześle i spoglądam na stojącą obok rudowłosą kobietę. Ma około trzydziestu pięciu lat, na twarzy mocny makijaż i, sądząc po sposobie, w jaki patrzy na Michała, jest wściekła.

– Co się stało? – Jego głos jest zaskakująco spokojny.

– Loki odwołał występ! – wybucha. – Przed chwilą do mnie dzwonił i oznajmił, że jutro nie zagra, bo wypadło mu coś ważnego.

Michał unosi powątpiewająco brwi, na co kobieta wzdycha z rezygnacją i siada.

– Też tak myślę – mruczy z niezadowoleniem. – Stanko już od dłuższego czasu próbował go podkupić i wygląda na to, że w końcu mu się udało.

– Kim jest Stanko? – Zanim dociera do mnie, że nie powinnam wtykać nosa w nie swoje sprawy, skupiam na sobie całą uwagę.

– Rafał Stanko to nasza konkurencja – wyjaśnia Michał. – Prowadzi pub na równoległej ulicy.

– Kto to jest? – Kobieta patrzy tak, jakby dopiero teraz mnie zauważyła.

– To jest Sara. Saro, poznaj Adę – właścicielkę pubu.

– Bardzo mi miło.

Ada uśmiecha się do mnie uprzejmie, jednak jej przenikliwe spojrzenie sprawia, że z każdą sekundą czuję się coraz bardziej niezręcznie. Na szczęście Michał w porę przerywa milczenie:

– Będziesz szukała kogoś na zastępstwo?

W odpowiedzi Ada wzrusza ramionami i przeczesuje nerwowo włosy.

– Ostatnią godzinę spędziłam przy telefonie i… nic! Jeden nie może, drugi ma plany, trzeci nie grał od bardzo dawna i do jutra nie zdąży się przygotować, a czwarty… Ach, szkoda słów!

– Mój znajomy jest gitarzystą. Co prawda zna tylko cztery akordy, ale potrafi na nich zagrać całkiem sporo piosenek.

– Dasz mi do niego jakieś namiary?

Michał bez słowa wyciąga z kieszeni telefon i kilka razy przesuwa kciukiem po ekranie, a potem podaje jej numer.

– Dzięki. – Kobieta zrywa się z miejsca i znika za czarnymi drzwiami, które najpewniej prowadzą do jej biura.

– Nie możecie po prostu odwołać jutrzejszego koncertu i zatrudnić kogoś na przyszły tydzień? – pytam po chwili.

– Występy na żywo przyciągają masę ludzi, a my teraz bardziej niż kiedykolwiek potrzebujemy klientów – wyjaśnia Michał. – Jeśli utarg się nie zwiększy, to Ada będzie musiała sprzedać pub. A Stanko tylko na to czeka. Już nie raz oferował, że bardzo chętnie odkupi od niej lokal, ale ona ciągle go spławiała. Dlatego Rafał zaczął uciekać się do mniej przyzwoitych metod.

– Podkupił Lokiego.

– Dokładnie. A Loki był jak kura znosząca złote jaja.

– Ale zjawił się lis i tę kurę ukradł.

Michał uśmiecha się ponuro.

– Nawet nie musiał jej kraść. Po prostu zapłacił jej tyle, że dobrowolnie przeszła do innego kurnika.

Nagle czarne drzwi otwierają się i staje w nich Ada.

– I jak? – pyta Michał.

– Nic z tego. Twój kumpel wyjechał do Londynu i wraca dopiero w przyszłym tygodniu. – Podchodzi do lady i zrezygnowana opada na krzesło. – Gdyby to było takie proste, to najchętniej sama nauczyłabym się tych czterech akordów i zagrała koncert, ale obawiam się, że mój występ tylko odstraszyłby klientów.

Michał uśmiecha się blado, ale jego oczy pozostają poważne i zatroskane.

– Posłuchaj, może zadzwonię do Lokiego i spróbuję go przekonać…

– Widzieliście to?!

Zza pleców dobiega mnie męski głos. Jakiś chłopak podchodzi do Ady i pokazuje jej coś na swoim smartfonie. Kobieta przez chwilę wpatruje się w ekran, a potem zaciska dłoń w pięść i uderza nią o ladę.

– Niech to szlag!

– Co się dzieje? – pyta zaniepokojony Michał.

– Loki jutro wystąpi u Rafała Stanko! – wybucha chłopak. – Co za dupek! A jeszcze niedawno zarzekał się, że zawsze możemy na niego liczyć.

– Niektórzy ludzie zaskakująco szybko zapominają o lojalności, zwłaszcza kiedy do głosu dochodzą pieniądze. – Ada wzdycha. – Stanko musiał mu nieźle zapłacić za ten koncert.

– Nie chcę cię martwić, ale to oznacza, że jutro bardzo wielu klientów, zamiast przyjść tutaj, uda się do niego, a pub będzie świecił pustkami.

Michał rzuca chłopakowi karcące spojrzenie.

– Patryk, miej litość i nie kop leżącego.

– On ma rację – szepcze Ada. – Jeśli szybko czegoś nie wymyślę, to Stanko w końcu mnie pokona. Jak na razie zabrał Lokiego, ale to tylko kwestia czasu, zanim stopniowo zacznie przejmować moich klientów, aż w końcu dopnie swego i zmusi mnie do sprzedania pubu.

– Dlaczego tak bardzo zależy mu na twoim pubie? – pytam zdziwiona. – Przecież ma własny lokal, więc czemu chce kupić również twój?

– To kwestia konkurencji – wyjaśnia ze znużeniem. – Najchętniej zmonopolizowałby całe Stare Miasto. Nie tylko mnie próbuje wygryźć z interesu. Pech chciał, że akurat jestem jedną z pierwszych ofiar na jego liście.

Udręka, z jaką wypowiada ostatnie zdanie, sprawia, że ogarnia mnie nagły przypływ empatii. Ada może stracić cały interes i choć w ogóle jej nie znam, to wcale nie oznacza, że jej nie współczuję. Nie potrafię obojętnie patrzeć, jak ktoś usiłuje odebrać jej coś, na co tak ciężko pracowała. Jakiś cichy głos w mojej głowie każe mi trzymać się od tego z daleka, ale go ignoruję. I choć to sprzeczne z rutyną, postanawiam działać.

– Ja mogę zagrać – oznajmiam i niemal natychmiast czuję, jak wbijają się we mnie trzy pytające spojrzenia.

– Mówisz poważnie? – upewnia się Ada.

Strach przed nieznanym natychmiast zasypuje mnie lawiną argumentów, które sugerują, że powinnam jak najszybciej odwołać propozycję i wrócić do swojego hermetycznego świata, ale jakimś cudem udaje mi się go opanować.

– Jeśli to ma być kameralny koncert, to czemu nie?

– Na czym grasz? – pyta wyraźnie zaintrygowany Michał.

– Na gitarze.

– A co grasz? – docieka Patryk.

– Głównie covery, ale mam też sporo własnych utworów. No i znam trochę więcej niż cztery akordy – próbuję żartować.

Cała trójka uśmiecha się lekko. Ada podchodzi do mnie i kładzie mi ręce na ramionach.

– Nie mam pojęcia, kim jesteś i skąd się tu wzięłaś, ale wiedz, że uratowałaś mi życie – wyznaje, nie kryjąc radości. – Chodź ze mną, omówimy wszystkie szczegóły.

Jeśli do tej pory istniał choć cień szansy, że uda mi się to wszystko odkręcić, to słońce, które tak nagle rozjaśniło oczy Ady, skutecznie go rozproszyło. Mam wrażenie, że w chwili, kiedy zamykam za sobą drzwi do jej biura, podejmuję nieodwracalną decyzję. Klamka zapada, a ja przekraczam Rubikon.

– Napijesz się czegoś?

– Nie, dziękuję – odpowiadam, rozglądając się wokół z zaciekawieniem.

Pomieszczenie jest stosunkowo niewielkie, ale panuje w nim wyjątkowa atmosfera. Na ścianach z czerwonej cegły wiszą czarno-białe grafiki oprawione w delikatne ramki. Po przeciwnej stronie drzwi znajduje się metalowy regał, na którym stoi kilkanaście czarnych segregatorów, parę książek, zegar, komplet ozdobnych wazonów i najprawdopodobniej sztuczny kwiatek.

– Usiądź. – Ada zajmuje miejsce przy biurku i wskazuje ręką miejsce po przeciwnej stronie blatu.

Sprawia wrażenie silnej i pewnej siebie kobiety, która doskonale wie, czego chce. Zupełnie nie przypomina tej zrezygnowanej Ady sprzed pięciu minut, tak jakby moja propozycja w jakiś magiczny sposób dodała jej skrzydeł. Siadam na krześle i patrzę na nią odrobinę zakłopotana. Nie jestem pewna, o czym konkretnie zamierza ze mną rozmawiać.

– Loki występował tu od kilku miesięcy – odzywa się w końcu. – Ludzie go uwielbiali. W każdą sobotę przyciągał tłumy klientów. Wcale się nie dziwię, że Stanko postanowił przeciągnąć go na swoją stronę. To mocny, choć nieczysty cios. Podejrzewam, że zabolałby mnie dużo bardziej, gdybyś się nie zjawiła i nie zaoferowała pomocy.

Słysząc to, oblewam się rumieńcem. Jej słowa, zamiast mi schlebiać, sprawiają, że czuję się niezręcznie. A wszystko dlatego, że wcale nie jestem pewna, czy uda mi się sprostać jej oczekiwaniom. Jestem zwyczajną amatorką, która nigdy nie występowała publicznie. To, co brzmi dobrze w czterech ścianach mojego pokoju, może wypaść żenująco w lokalu pełnym ludzi. W dodatku wszystko wskazuje na to, że mój poprzednik był ulubieńcem publiczności… Powoli zaczyna do mnie docierać, że składając tę spontaniczną propozycję, porwałam się z motyką na słońce. Bo niby jak taka szara myszka jak ja ma przyciągnąć klientów?

– Chciałabym, abyś zagrała mniej więcej godzinny koncert – oznajmia Ada. – Wybór repertuaru zależy tylko i wyłącznie od ciebie. Niech to będą piosenki, w których czujesz się swobodnie. Publiczność ceni wykonawców, którzy są autentyczni. Jeśli zaś chodzi o kwestię finansową…

– Nie musisz mi płacić za występ – przerywam jej.

Wygląda na zszokowaną.

– Ale… Nie możesz przecież grać za darmo.

– Nie jestem profesjonalnym muzykiem.

– Nic nie szkodzi – zapewnia. – Zasługujesz na normalne wynagrodzenie.

Po mojej twarzy przemyka cień uśmiechu.

– Nawet nie wiesz, jak gram…

Ada przez dłuższą chwilę przygląda mi się w milczeniu.

– Jeśli do tej pory tego nie zauważyłaś, to teraz już nie powinnaś mieć żadnych wątpliwości, że masz do czynienia z wyjątkowo zdesperowaną właścicielką pubu, która zrobi bardzo wiele, żeby ratować swój biznes. – Jej usta układają się w lekki uśmiech, ale oczy pozostają smutne. – Ojciec przed śmiercią przekazał mi ten lokal. Kochał to miejsce i włożył w nie wszystkie oszczędności, dlatego nie pozwolę, żeby jakiś arogancki typ mi je odebrał. – Pochyla się do mnie i opiera łokcie na biurku. – Nie dysponuję gitarą, więc nie przetestuję twoich umiejętności. Nie poproszę cię też, żebyś zaśpiewała mi coś a cappella. Po prostu ci zaufam.

Nie wiem, jak zareagować na to, co właśnie usłyszałam. Wygląda na to, że Ada faktycznie jest zdesperowana, w przeciwnym razie nie zatrudniałaby nikogo w ciemno. Jednak świadomość, że daje mi tak wielki kredyt zaufania sprawia, że czuję się mile połechtana. I chociaż perspektywa wystąpienia przed obcymi ludźmi mnie przeraża, robię wszystko, co w mojej mocy, aby nie schować głowy w piasek.

– Mam propozycję – odzywam się w końcu. – Umówmy się, że zapłacisz mi dopiero wtedy, gdy uznasz, że się sprawdziłam w roli muzyka.

Ada unosi brwi, odchyla się na krześle i krzyżuje ręce na piersiach.

– Twardy z ciebie negocjator – komentuje z uśmiechem. – Ale niech będzie. Jutro ocenię, czy twój występ jest godny zapłaty, a my tymczasem omówmy resztę szczegółów.

MICHAŁ

W drodze powrotnej nie rozmawiamy ze sobą zbyt wiele. Sara jest całkowicie pochłonięta własnymi myślami, a ja wykorzystuję tę chwilę zadumy i przyglądam się jej z rosnącym zainteresowaniem. Mimo że nie jest typem dziewczyny, która natychmiast przyciąga wzrok, to ma w sobie jakiś nieodparty urok, który działa na mnie jak magnes. Jest intrygująca, tajemnicza i nieco wycofana. Ma śliczne brązowe oczy i długie włosy w tym samym kolorze. Nie chowa twarzy pod grubą warstwą makijażu, a wszystko w jej urodzie wydaje się niezwykle subtelne i delikatne. Im dłużej na nią patrzę, tym więcej szczegółów przyciąga moją uwagę. Niewielki pieprzyk pod prawym okiem, lekko zadarty nos, ładnie zarysowane usta…

– Jesteśmy na miejscu. – Głos Sary natychmiast przerywa moje rozmyślania. Rozglądam się dookoła i ze zdumieniem stwierdzam, że faktycznie dotarliśmy już na ulicę Czystą. – Dziękuję, że mnie odprowadziłeś.

– Nie ma sprawy.

Nagle łapię się na tym, że chciałbym w jakiś sposób zatrzymać tę chwilę i sprawić, aby wieczór jeszcze się nie kończył. Jednak zanim udaje mi się coś powiedzieć, Sara odwraca się i odchodzi. Odprowadzam ją wzrokiem do samych drzwi, a potem wzdycham głęboko, mając dziwne przeczucie, że ten dzień bezpowrotnie zmieni moje życie.

SARA

Nie wiem, co się ze mną dzieje. Mam wrażenie, że jakaś obca istota zawładnęła moim ciałem i umysłem. Gdybym w pełni kontrolowała to, co robię i mówię, na pewno nie poszłabym z Michałem do pubu, nie czekałabym, aż odprowadzi mnie do domu, i nie zaproponowałabym Adzie, że jutro u niej wystąpię.

Opadam bezwładnie na łóżko i zamykam oczy. Do tej pory każdego dnia wykonywałam zaplanowany ciąg czynności. Trzymałam się ściśle określonego schematu, poruszając się wewnątrz granic, które wyznaczały moją strefę komfortu. Dobrowolnie wpadałam w rutynę, bo dzięki temu udawało mi się zachować kontrolę nad swoim życiem. A dziś? Po raz pierwszy od trzech lat poczułam się tak, jakbym zboczyła z wyznaczonej drogi i zabłądziła pośród plątaniny krętych ścieżek.

Mam ogromną ochotę zadzwonić do Ady i odwołać jutrzejszy występ, ale wmawiam sobie, że teraz nie mogę się wycofać i pozwolić, żeby ta biedna kobieta znowu została na lodzie. Jednak odnoszę wrażenie, że poza chęcią dotrzymania danego słowa kieruje mną coś jeszcze. Po raz pierwszy od bardzo dawna czuję się komuś potrzebna. Ktoś na mnie polega i traktuje mnie jak kartę, na którą warto postawić. To niezwykłe uczucie otula mnie niczym koc, a ja jestem zbyt zziębnięta, aby go teraz oddać.

Dlatego ten jedyny raz postanawiam złamać zasady i wyjść poza mury otaczające mój prywatny świat. Boję się, ale chcę spróbować i sięgnąć po coś, co do tej pory wydawało mi się zbyt odległe – po odrobinę siebie z czasów, kiedy jeszcze wierzyłam, że marzenia się spełniają, a miłość niesie ze sobą tylko to, co piękne.

ROZDZIAŁ 2

SARA