Z piekła do trzeźwości - Witold Meszuge - ebook
Opis

Drugie wydanie książki, która jest zbiorem artykułów, esejów i innych tekstów o trzeźwieniu (zdrowieniu z alkoholizmu), Krokach i Tradycjach Wspólnoty AA, o wszystkim, co pomaga autorowi żyć bez alkoholu od około dziesięciu lat. Teksty te dedykuję wszystkim, którzy nadal szukają swojej drogi do trzeźwego życia, sugerując przy tym, aby pod żadnym pozorem nie próbowali, żyć tak, jak ja, ale by starali się, w miarę możliwości, nie popełniać tych samych błędów…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 348

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Witold ps. Meszuge

Z piekła do trzeźwości

Wydanie drugie

© Witold ps. Meszuge, 2019

Drugie wydanie książki, która jest zbiorem artykułów, esejów i innych tekstów o trzeźwieniu (zdrowieniu z alkoholizmu), Krokach i Tradycjach Wspólnoty AA, o wszystkim, co pomaga autorowi żyć bez alkoholu od około dziesięciu lat.

Teksty te dedykuję wszystkim, którzy nadal szukają swojej drogi do trzeźwego życia, sugerując przy tym, aby pod żadnym pozorem nie próbowali, żyć tak, jak ja, ale by starali się, w miarę możliwości, nie popełniać tych samych błędów…

ISBN 978-83-8189-387-9

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Wstęp

Zbiór artykułów, esejów i innych tekstów o trzeźwieniu (zdrowieniu z alkoholizmu), Krokach i Tradycjach Wspólnoty AA, o wszystkim, co pomaga mi żyć bez alkoholu od około dziesięciu lat.

Teksty te dedykuję wszystkim, którzy nadal szukają swojej drogi do trzeźwego życia, sugerując przy tym, aby pod żadnym pozorem nie próbowali, żyć tak, jak ja, ale by starali się, w miarę możliwości, nie popełniać tych samych błędów…

Meszuge 2009

Uwagi do wydania drugiego. Pierwsze wydanie „Z piekła do trzeźwości” ukazało się drukiem w Poznaniu w roku 2009 i niewątpliwie odbyło się „na wariackich papierach” — w pewnym momencie na przykład, okazało się, że mam zaledwie kilka godzin na przygotowanie materiałów do tej książki. Pośpiech, jak powszechnie wiadomo, ma się zwykle odwrotnie proporcjonalnie do jakości. Drugie wydanie postanowiłem przygotować właściwie tylko z dwóch powodów: po pierwsze, by skorygować zbyt małą czcionkę, która wcześniej wielu starszym osobom wyraźnie utrudniała czytanie, a po drugie, by książkę uczynić nieco bardziej dostępną czytelnikom w Europie Zachodniej.

Podczas tej pracy nieustannie zmagałem się z ciągotkami, by coś poprawić, zmienić, napisać inaczej, lepiej… Zwłaszcza, że od momentu powstania niektórych tekstów minęło już kilka lat, a więc moje doświadczenia i przekonania w paru momentach były już nieco inne. Pokusa była silna, zwłaszcza, że wsparta realnym argumentem w postaci korzyści Czytelników, ale ostatecznie oparłem się jej i zmiany jakie wprowadziłem polegają tylko na tym, że dodałem daty powstania tekstów, wyeliminowałem kilka rażących błędów, które rzuciły mi się w oczy, natomiast cała reszta zmian ma właściwie jedynie edytorski charakter. Dlaczego? Chodzi po prostu o uczciwość. Taki kiedyś byłem, tak kiedyś myślałem, takie były moje przekonania. Te artykuły, to kawałek mojego życia, mojej historii — nie chcę przy niej manipulować.

Swoje naprawdę aktualne poglądy, doświadczenia i przekonania na temat alkoholizmu, trzeźwienia, sponsorowania oraz Kroków i Tradycji Anonimowych Alkoholików, prezentuję w kolejnych wydaniach książek: „ALKOHOLIK”, ale przede wszystkim w „12 KROKÓW OD DNA — SPONSOROWANIE”.

Meszuge 2011

Wprowadzenie

Całymi latami wszystko, co pisałem na temat picia i leczenia odwykowego (trzeźwienia), listy papierowe i elektroniczne, artykuły na forach dyskusyjnych, posty na grupy usenetowe itd. miało charakter całkowicie jednorazowy: napisane, wysłane, nie ma. Podobnie zresztą było z wierszami, które prawie zawsze pisałem w jednym egzemplarzu jako prezent dla kogoś — wręczone lub wysłane, znikały z mojego życia na zawsze. Nie przywiązywałem do tego większej albo nawet żadnej wagi.

Jesienią albo zimą 2001 roku poproszono mnie o spisanie swojej historii na potrzeby regionalnego dziennika. Powstała wtedy „Zwykła historia”. Po jej opublikowaniu kilka osób podpowiedziało mi, że szkoda, żeby moja „twórczość” była tak ulotna i jednorazowa. Sugerowano mi, żebym zachowywał kopie tego, co piszę i gdzieś tam je udostępniał, bo „może się to jeszcze komuś przydać”. Początkowo mocno mnie to wprawdzie krępowało, ale ostatecznie postanowiłem rzeczywiście „wrzucić” na stronę internetową kilka swoich tekstów. Oczywiście tych związanych z uzależnieniem od alkoholu, terapią odwykową, realizacją Programu Anonimowych Alkoholików oraz przemyśleniami z tym związanych. Strona nieco się od tamtych czasów rozrosła i obecnie, w formie bloga, znajduje się pod adresem: meszuge.blogspot.com

Nieco później moje teksty zaczęły pojawiać się w biuletynach „Mityng”, „Zdrój”, „Karlik” i „Warta”, aż wreszcie, z okazji dziesiątej rocznicy abstynencji, zdecydowałem się zebrać je wszystkie razem i wydrukować, z przeznaczeniem dla przyjaciół, w podzięce za ich wyrozumiałość wobec moich rozlicznych słabości.

Jestem ponadto człowiekiem starej daty i zdecydowanie większe zaufanie mam do słów spisanych na papierze niż do dokumentów elektronicznych. Mam też świadomość jak uciążliwe jest czytanie dłuższych tekstów z ekranu monitora.

W przeważającej większości wypadków teksty te powstały w ciągu ostatnich czterech-pięciu lat. Wiele z nich to, przerobione później na artykuły do biuletynów AA, zadania proponowane mi przez mojego sponsora. Dopiero współpraca z nim na serio przekonała mnie, że wprawdzie praca ze sponsorem to kontakt „jeden na jeden”, ale nie ma żadnego powodu, dla którego z jej efektów nie mieliby skorzystać też inni. Choćby w formie przestrogi.

Teksty w niniejszym zbiorku, a jest ich nieco około siedemdziesiąt, ułożyłem w sposób, który mnie wydawał się najbardziej sensowny i czytelny, co jednak nie znaczy, że na pewno mi się udało. W każdym razie nie jest to układ chronologiczny, a wyraźny podział dotyczy tylko trzech głównych grup tematycznych:

— teksty, które nazwałbym ogólno-alkoholowymi, taka zbieranina alkoholowych różności,

— teksty związane bezpośrednio z Programem Dwunastu Kroków AA,

— teksty dotyczące Tradycji Wspólnoty Anonimowych Alkoholików.

Oczywiście wszystkie one dają się czytać w dowolnej kolejności i według potrzeb czy zainteresowań.

Styczeń 2009

Zwykła historia (piciorys)

Rok 1989 był w moim życiu wyjątkowo bogaty w wydarzenia. I to z gatunku takich paskudnych raczej. Zmarła moja matka. Na raka. Rozwiodłem się. Zmieniłem pracę, a raczej zostałem do tego zmuszony. Przerwałem studia. Mój brat wyjechał na stałe do Niemiec. I kilka innych.

Wysypało się, prawda? Jak z puszki Pandory… W tym parszywym roku jednego za to jestem pewien: wtedy jeszcze nie miałem problemów z nadużywaniem alkoholu. Kiedyś mawiałem, że tego roku nie byłem jeszcze alkoholikiem, ale później przestałem być tego taki pewny. Dziś myślę, że alkoholikiem to ja byłem od urodzenia, a przynajmniej od wczesnego dzieciństwa. Tyle, że nadużywać alkoholu zacząłem późno, bo po trzydziestce. Dotarło bowiem do mnie, że problemem alkoholika nie jest alkohol. A jest nim niedojrzałość emocjonalna, brak odporności na stresy, frustracje, rozczarowania, zawody. Nieumiejętność radzenia sobie z uczuciami a nawet ich rozpoznawania i nazywania. Kompleksy, nieumiejętności i lęki. Ale alkohol — nie. Jest on jedynie skutkiem, a nie przyczyną.

Zmieniłem, więc pracę. O ile przedtem było to biuro, do którego petenci nie mieli wstępu, z jego codzienną porcją nieważnych papierów do przełożenia z kupy na kupę, to teraz był to handel, sklep, praca za ladą i kontakt z setkami ludzi dziennie. Bałem się tych ludzi. Bałem się ich żądań, pytań i tego, że nie będę umiał na nie odpowiedzieć. Bałem się stale o to, czy sobie poradzę i przede wszystkim, bałem się śmieszności, drwin. Stale byłem skrępowany, „sztywny” i sfrustrowany.

Po mniej więcej roku takiej mordęgi odkryłem, że alkohol pomaga na to wszystko. Wystarczyła jedna szklanka koktajlu o nazwie Manhattan i stawałem się pewny siebie, rozluźniony, elokwentny i swobodny. Na lekkim haju pracowało mi się świetnie. Pstryk! Pstryk — białe, pstryk — czarne.

Zmarła mama. Nie wywarło to na mnie jakiegoś porażającego wrażenia, a może swoich prawdziwych uczuć nie byłem w stanie wtedy określić? Od dawna wiadomo było, że ma raka i że w związku z tym umrze. No i umarła. Pogrzebem zajęła się moja była (była — od kilku miesięcy) żona. Na mnie spadł, już po pogrzebie, obowiązek likwidacji mieszkania po matce.

Jestem świetnym organizatorem, więc zrobiłem to wręcz idealnie. Aż za dobrze nawet. W ciągu jednego dnia miałem czas przejrzeć jej prywatne rzeczy, ciuchy, jakieś świadectwa, listy itp. i wszystkie, albo większość, wywalić na śmietnik. Następnie, na uzgodnione wcześniej godziny, przychodzili poszczególni członkowie rodziny i każdy już wiedział, co z mebli czy wyposażenia ma zabrać i w wyniesieniu, czego mi pomóc. Wszystko grało jak w zegarku. Po 6—8 godzinach w mieszkaniu matki pozostały puste ściany. I wtedy mnie „walnęło”. To tyle warte jest czyjeś życie? Garść śmieciowatych pamiątek, które miały wartość tylko dla niego samego? To wystarczy kilka, czy kilkanaście godzin pracy, żeby po człowieku (poza pamięcią tak zwanych bliskich) nie został żaden ślad? W takim razie, to wszystko jest całkowicie bez sensu!!! Na to poczucie beznadziejności i bezsensu alkohol też był świetnym lekiem.

Potem wszystko potoczyło się już błyskawicznie. W sklepie byłem już szefem, więc komfort picia miałem zapewniony. Butelka Manhattanu początkowo wystarczała mojej koleżance i mnie na dwa a nawet trzy dni. Picie w pracy uważałem za coś w rodzaju psikusa, kawału. Miało być nagrodą za ciężką pracę, awans na kierownicze stanowisko po dwóch miesiącach, stresy związane ze specyfiką pracy w handlu, a także manifestacją mojego „luzackiego” podejścia do życia, które i tak jest przecież gówno warte.

Dobry byłem w tym, co robiłem. Awansowałem na kierownika coraz to większych i lepszych sklepów. I piłem. Coraz częściej i coraz więcej. Z kimś z podwładnych lub samemu. To ostatnie jakoś nigdy nie sprawiało mi kłopotów, nie budziło oporów.

Ten żywiołowy rozwój choroby alkoholowej zahamowany został, gdy z wrzodami na żołądku wylądowałem w szpitalu. Kiedy z niego wychodziłem, lekarz prowadzący radził mi pić tylko czystą wódkę, żadnych piw, win, koniaków. Tak rozstałem się z koktajlem Manhattan. Zresztą po opuszczeniu szpitala nie piłem przez kilka tygodni w ogóle. Bałem się bólu, nawrotu choroby, operacji. Później jedna impreza, druga, jakieś imieniny… Okazało się, że nic złego mi się nie dzieje, więc… Tak wróciłem do picia.

Wydaje mi się, że wtedy, w tamtym momencie mogłem jeszcze wycofać się, wrócić. Po kilku miesiącach intensywnego picia, jakby dla odrobienia zaległości, było już na to za późno.

Dość długo nie ponosiłem żadnych, zauważalnych dla mnie, kosztów i konsekwencji swojego picia. Zarabiałem nieźle, więc tu kłopotów nie było. Mieszkałem z byłą żoną, prowadziliśmy wspólne gospodarstwo domowe, w związku z tym dom był jakoś zadbany, a czepiać się nie było, komu, bo w końcu „żonaty przecież nie jestem”.

Jak widać i od tej strony potrafiłem, choć nieświadomie, zorganizować sobie komfort picia. Tego, że gdzieś tam obok, w sąsiednim pokoju, dorasta mój kilkunastoletni syn, już nie widziałem. W końcu zabawki i sprzęt zawsze miał takie, jak niewiele dzieci znajomych, czy sąsiadów…

Mijały lata. Handel państwowy „miał się” coraz gorzej. A ja z nim. Zarabiałem cały czas tyle samo, tylko, że inflacja zjadała moje pobory miesiąc za miesiącem. W domu zaczęły pojawiać się problemy finansowe. Na to też wódka pomagała. Mogłem ich nie widzieć, albo bagatelizować, albo snuć wspaniałe plany odbicia się od dna. Zależnie od dawki alkoholu.

Żeby mieć na picie zacząłem robić najrozmaitsze szwindle, machloje i przekręty. Kiedy pracujesz w handlu, tj. od 10 do 18 (zwykle było potrzebne jeszcze przynajmniej pół godziny przed i po), nie masz zbyt wiele okazji do dorobienia sobie. Ja jednak znalazłem firmę ochroniarską, która mnie przyjęła. Pracowałem w niej po zamknięciu „swojego” sklepu, wieczorami po kilka godzin oraz w niedziele i święta. Jeździłem samochodem z kierowcą, odbierałem pieniądze w różnych punktach miasta (sklepy, urzędy, stacje paliw, itp.), czy województwa, zależnie od trasy, i odwoziłem je do banku. Jeździłem z bronią jako ochroniarz tego konwoju. I często pijany.

Raz szef firmy zorientował się, że nie jestem trzeźwy i nie pozwolił jechać. Następnego dnia miałem „mowę do narodu”. Obiecywałem sobie i jemu, że kiedy jadę, nie będę pił. Wytrzymałem w tym postanowieniu może nawet z miesiąc…

Kiedy złapano mnie następnym razem, wyleciałem z firmy na zbitą twarz. A w domu i znajomym mówiłem, że zrezygnowałem z tego zajęcia sam, bo za mało płacili. Chyba nawet i ja uwierzyłem w tą wersję po pewnym czasie…

Niedługo potem miało miejsce dość szczególne wydarzenie. W jakiś wolny dzień wybrałem się odwiedzić znajomych w ich sklepie. Nie zastałem ich, ale okazało się, że pracuje u nich moja dawna sprzedawczyni. Postanowiłem, więc poczekać i pogadać z nią o dawnych czasach. Oczekiwanie na znajomych przedłużało się, żeby się nie nudzić kupiłem sobie ćwiartkę (wypiłem ja w toalecie), potem następną, i jeszcze jedną. Kiedy znajomi wrócili do sklepu zastali mnie, jak kompletnie pijany próbuję pomagać w pracy ich sprzedawczyni. Odwieźli mnie natychmiast do domu. Następnego dnia dzwoniłem do nich z przeprosinami. Poszło bez kłopotów. Zatelefonowałem też w tym samym celu do sprzedawczyni. Powiedziała mi, że przepraszać nie ma, za co (???) i zaprosiła mnie do siebie. Poszedłem na to spotkanie. Poszedłem, choć dobrze wiedziałem, co najprawdopodobniej usłyszę. Sprzedawczyni miała męża alkoholika i kiedy jeszcze pracowaliśmy razem, często opowiadała o swoich perypetiach.

Stało się tak, jak przewidywałem. Powiedziała mi, wprost, że uważa, iż jestem chory na chorobę alkoholową. Pożyczyła książkę „Grzech czy choroba” i zaproponowała, żebym spotkał się z jej znajomym alkoholikiem i terapeutą.

Książkę przeczytałem i nie tylko tę zresztą. Z tym jej znajomym spotkałem się i rozmawiałem w jego gabinecie w poradni odwykowej i przegadaliśmy prawie dwie godziny. Ja oczekiwałem, aż on powie mi, zdecyduje: jestem czy nie jestem alkoholikiem. On tego zrobić zdecydowanie nie chciał i może nie mógł, proponował oficjalne zarejestrowanie się w poradni odwykowej, a na to ja nie chciałem się zgodzić bez diagnozy. I tak stanęliśmy w martwym punkcie. Wychodząc od niego, w jakimś przebłysku jasnowidzenia, stwierdziłem, że wydaje mi się, mam nieodparte wrażenie, że jeszcze się spotkamy. Tak się zresztą stało.

Dalej myślałem, że sobie sam jakoś poradzę i piłem nadal. Coś jednak się zadziało. Od tego momentu nie mogłem już udawać, że wszystko jest OK. Oczywiście nie przyznałbym się głośno (ani nawet cicho, czy w myślach), że jestem alkoholikiem, ale tak naprawdę ja już wiedziałem, że tak jest. Tyle tylko, że jeszcze nie byłem gotowy, czy może dostatecznie zdesperowany, żeby coś z tym zrobić. I tak, w sposób coraz bardziej destrukcyjny piłem jeszcze przez ponad trzy lata.

Styczeń 1998. Kolejny awans. Tym razem już do dyrekcji. I pierwsze próby zrobienia czegoś ze swoim życiem. Bezsensowne, czy wręcz chybione (sanatorium dla nerwicowców, szpital nefrologiczny itp.), ale jednak podejmowane. Po kilku miesiącach od tego awansu dostałem naganę za samowolne oddalenie się z miejsca pracy. W domyśle: pod wpływem alkoholu. Ale tego mi nie udowodniono, właśnie, dlatego, że wyszedłem, uciekłem. Prawdę mówiąc zupełnie nie pamiętam tego incydentu i swojego wyjścia, taki byłem pijany…

Bardzo ostra rozmowa z szefem. Posypały się moje wyobrażenia. Szef od dawna wiedział, że piję. Ostatni awans nie był wynikiem uznania, ale raczej chęcią ulokowania mnie gdzieś blisko, abym był pod kontrolą. Sugestia żebym zmienił pracę.

Prosiłem, żebrałem i przekonywałem. A co najgorsze, dałem słowo honoru, że nie będę pił w pracy. Nawet sam wierzyłem, że dam radę, że potrafię pić tylko po pracy i w weekendy.

Około miesiąc później, 30.06.98 poproszono mnie do gabinetu szefa. Czekało tam na mnie dwóch panów w mundurach i z alkomatem. Miałem we krwi 1,4 promila alkoholu, efekt picia przez pół nocy i przed południem, żeby jakoś funkcjonować, nie dygotać.

Straciłem pracę. Pozwolono mi odejść na mocy porozumienia stron, ale nie było wątpliwości, że wyleciałem za wódę. Formalności związane ze zwolnieniem załatwiliśmy w dwie godziny. Ależ musieli mnie mieć dosyć!

Kiedy wychodziłem z firmy oprócz strachu przed przyszłością, wstydu i upokorzenia czułem… ulgę. Ostatnie pół roku, może rok, a może i jeszcze więcej żyłem jak w jakimś koszmarnym śnie. Ciąg picia, 2—3 dni przerwy, ciąg, przerwa, picie… To było jak obłęd. Podświadomie czekałem aż coś się wydarzy, stanie, zadzieje. Następnego dnia zgłosiłem się do opolskiej poradni odwykowej i rozpocząłem terapię w systemie ambulatoryjnym, tj. spotkania dwa razy w tygodniu po dwie godziny.

Starałem się w tym czasie nauczyć trzeźwości. Dziś piszę o tym lub opowiadam z pewnym rozbawieniem, ale wtedy wierzyłem, że jest to możliwe.

Po około czterech miesiącach znalazłem pracę jako magazynier w hurtowni artykułów spożywczych (w tym alkoholu). Ale przedtem jeszcze napiłem się. Raz, drugi, piąty. I nie przyznałem się do tego ani na mityngu AA, ani na terapii, ani sponsorowi. Koszmarny błąd, ale ja właśnie wierzyłem, że wreszcie, jak inni, nauczę się zachowywać abstynencję. Kontakt z alkoholem w miejscu pracy spowodował, że znowu wszystko wymknęło mi się spod kontroli, nie potrafiłem się powstrzymać. Kiedy w magazynie po raz drugi złapano mnie na piciu (przez 1,5 miesiąca!), bałem się już tam wrócić. Próbowałem uciec do szpitala symulując atak wyrostka. Nie udało się.

Mogłem w tym momencie zrobić dwie rzeczy: dalej pić lub znowu poprosić o pomoc w poradni odwykowej. Zrobiłem to drugie. Poszedłem tam. „Ze spuszczoną głową, powoli”. Wreszcie doszedłem. Przyznałem się, że przez ostatnie dwa dni piłem. Tak naprawdę piłem trzy dni i nie powiedziałem, że podczas terapii nie było to po raz pierwszy, ale nawyki alkoholowego kłamania, oszukiwania i kręcenia były w tym momencie silniejsze. Lekarz zapytał, czy jestem gotów rozmawiać o leczeniu w ośrodku zamkniętym. Odparłem, że tak, było mi już wszystko jedno, wszystko mi się posypało, rozlazło, z niczym już sobie nie radziłem. Moje życie było w gruzach. Zapytałem tylko, kiedy mam jechać? Zaskoczył mnie mówiąc, że dzisiaj, ale i to przyjąłem. Ze skierowaniem w kopercie wróciłem do domu, zadzwoniłem na informację PKS, żeby dowiedzieć się o autobus, spakowałem się i pojechałem do ośrodka imienia Buxakowskiego, na odwyk zamknięty. Następny dzień, 15.01.1999 przyjąłem za pierwszy dzień swojej, nie przerwanej jak dotąd, abstynencji.

Swoje życie alkoholika podzieliłbym na trzy okresy. W pierwszym nie mogłem, nie potrafiłem, przestać pić. Wtedy właśnie zgłosiłem się po raz pierwszy do poradni odwykowej i przeprowadziłem rozmowę z terapeutą i alkoholikiem, z której nic nie wynikło. W drugim nie mogłem, nie wolno mi było pić. Był to, mniej więcej, półroczny okres terapii ambulatoryjnej z częstymi zapiciami. W trzecim, który zaczął się niezauważalnie dla mnie podczas terapii zamkniętej w ośrodku, ja już nie chciałem pić. I tak jest zresztą do dziś. Ja mogę pić, bo i któż mi zabroni? Tyle, że już nie chcę. A nie chcę, bo zdając sobie sprawę ze swojego trwałego uzależnienia wiem, że konsekwencje mojego picia mogą być zupełnie nieprzewidywalne. Opowiadając o tym okresie mówię zwykle, że Bóg, w którego wówczas nie wierzyłem, odebrał mi lub uwolnił mnie od obsesji picia.

I jeszcze jedno. Czemu nie powiodła się ta pierwsza, ambulatoryjna terapia? Myślę, że z kilku powodów. Po pierwsze — podjąłem ją trochę tak… manifestacyjne, po utracie pracy. Wydaje mi się, że chciałem udowodnić otoczeniu i sobie, że coś zrozumiałem i zaczynam działać na poważnie. Po drugie — nie do końca byłem przekonany o własnej bezsilności wobec alkoholu. Miałem to zagadnienie świetnie rozpracowane teoretycznie, ale w praktyce niewiele z tego wynikało. Po trzecie — starałem się nauczyć trzeźwości. Chodziłem na mityngi i terapię, robiłem zadania zlecone przez terapeutów i to podobno całkiem nieźle tylko, że tak naprawdę nie robiłem nic, żeby trzeźwieć. Bo pisanie zadań, udział w terapii czy mityngach, to nie trzeźwienie, a jedynie i co najwyżej narzędzia. Tyle, że ja na początku jeszcze tego nie zrozumiałem. I po czwarte — żyłem wówczas w przekonaniu, że będę w stanie żyć dokładnie tak samo, jak przedtem, ale bez alkoholu. Nie usłyszałem jeszcze, albo może słyszałem lecz nie rozumiałem, głębokiego sensu pewnego powiedzenia powtarzanego często podczas spotkań Wspólnoty Anonimowych Alkoholików: „Przestać pić? To jest najłatwiejsze ze wszystkiego — wystarczy tylko zmienić całe swoje życie”.

Czy żałuję tej przerwanej terapii? W końcu mógłbym mieć pół roku abstynencji więcej? Nie żałuję, choć na początku tak było. Wymyśliłem sobie takie powiedzenie: „Jeśli już wdepniesz w gówno, to wykorzystaj to jako okazję, żeby się nauczyć dobrze czyścić buty”. Myślę, że wykorzystałem tą lekcję. Dziś zyski z tego doświadczenia czerpię i ja i inni.

W tym roku mój syn skończył 21 lat. Nigdy nie byliśmy w lesie bawić się w Indian. Nigdy nie uczyłem go jeździć na rowerze. Nigdy… Tak wielu rzeczy nie robiłem z synem nigdy. I nigdy już nie zrobię. Czas na nie minął bezpowrotnie. Z tą świadomością muszę nauczyć się żyć.

Zima 2001—2002

Historia grupy AA „Wsparcie”

Na „wariackich papierach”, z wiatrem i pod wiatr…

Najmłodsza grupa AA w Opolu i pewnie dlatego jedyna, której narodziny i geneza są jeszcze pamiętane przez niektórych członków Wspólnoty AA w naszym mieście. Brałem czynny udział w jej zakładaniu…

Oficjalnie grupa powstała 27.01.2001, ale oczywiście wszystko zaczęło się o wiele wcześniej.

W roku 2000 powstała w Opolu grupa wsparcia dla alkoholików. Z perspektywy czasu postrzegam ją, jako twór nieco dziwny, ale wtedy wydawała się bardzo dobrym rozwiązaniem. Zwłaszcza dla tych z nas, którym po zakończeniu terapii odwykowej (albo blisko jej końca) brakowało podczas mityngów AA-owskich bezpośredniego kontaktu z grupą, tak zwanych zwrotów, sugestii, żywej wymiany zdań, itp. Z założenia jednak grupa wsparcia nie miała mieć nic wspólnego ani ze Wspólnotą AA, ani z terapią. Miała wspierać, cokolwiek to znaczy…

Grupa ta funkcjonowała kilka miesięcy (spotkania odbywały się w piwnicy kościoła o.o. franciszkanów, w soboty o 17:00) i po okresie dynamicznego rozwoju, zaczęła dość szybko podupadać. Zwłaszcza po tym, jak „starzy” AA-owcy zaczęli mówić, że „młodzi” bawią się tam w terapię, udzielają porad itp. Moim zdaniem, wiele w tym było racji i… ogólnie rzecz biorąc, nie był to udany eksperyment.

W tym samym czasie chyliła się też ku upadkowi grupa AA „Gawra”. Ulokowana na peryferiach miasta, funkcjonowała całkiem nieźle dopóki w samej „Gawrze” (taka nieco może lepsza noclegownia czy schronisko) mieszkali założyciele i opiekunowie grupy. Kiedy jednak dostali własne mieszkania i w „Gawrze” powoli przestawali bywać, wszystko się posypało. Mityngi tej grupy (sobota, godzina 16:00) albo w ogóle się nie odbywały i nieliczni chętni zastawali zamknięte drzwi, albo nie miał tych mityngów kto prowadzić.

W takich oto warunkach i w klimacie rosnących potrzeb, mój przyjaciel z terapii wymyślił, że założymy nową grupę AA. We dwóch, a co! Mieliśmy już na tym polu pewne doświadczenia, dla grupy AA „Asyż” zorganizowaliśmy kilka miesięcy wcześniej środowe mityngi poranne. Pamiętam jak dziś, jak zimą roku 2000 siedzieliśmy w kuchni po obu stronach pralki pełniącej wówczas rolę stołu i wymyślali nową grupę AA.

Od początku było jasne, że nowa grupa powinna spotykać się w soboty — był to ostatni dzień bezmityngowy w mieście, bo „Gawra” istniała właściwie już tylko teoretycznie. Lokalizacja — siedziba grupy wsparcia, której spotkania odbywały się rzadko, jeśli w ogóle. Godzina — 17:00. Bardzo się wówczas obawialiśmy oskarżenia o tworzenie grupy konkurencyjnej dla „Gawry”. Wymyśliliśmy więc ten godzinny odstęp dla tych, którzy pojadą jednak do „Gawry”. Jeśli mityng się tam nie zacznie, mieli mieć szansę na dotarcie na naszą grupę, w centrum miasta.

To wszystko okazało się dość proste, największy kłopot mieliśmy z nazwą nowej grupy. Odrzucaliśmy kolejno rozmaite Jutrzenki, Odrodzenia, Świty, Przebudzenia, itp. i kiedy wydawało się, że utknęliśmy w martwym punkcie, wpadłem na genialny pomysł — nazwiemy tą grupę „Wsparcie”. I to było to! W tamtym czasie, taka właśnie nazwa grupy miała szczególne, momentami dość pokrętne, znaczenie. Nawiązywała do tych nikłych resztek dobrej sławy grupy wsparcia, które jeszcze, być może, pozostały. W pewnym sensie określała charakter pracy grupy tak, jak chcieliśmy go widzieć. Miała także łagodzić transformację grupy wsparcia w grupę AA „Wsparcie” — liczyliśmy, że wielu nowicjuszy nie zauważy z początku różnicy (i tak też się działo).

Pod koniec 2000 roku zaczęliśmy w soboty o 17:00 robić w piwnicy pod kościołem o.o. franciszkanów „prawidłowe” mityngi AA. Jeśli zjawiał się tam ktoś jeszcze, co w początkowym okresie wcale nie było częste, grzecznie pytaliśmy, czy zamiast spotkania grupy wsparcia możemy zrobić normalny mityng Anonimowych Alkoholików. Sprzeciwu nie było nigdy, ale wtedy jednak wcale nie mieliśmy pewności, że cała ta operacja się powiedzie. Były to działania rozpoznawcze.

Na początku stycznia 2001, powoli zaczęli się już pojawiać ludzie, przychodzący specjalnie na normalny mityng AA. Nagłośniliśmy wtedy fakt powstania nowej grupy i rozesłaliśmy zaproszenia na założycielski i inauguracyjny mityng nowej grupy AA „Wsparcie”, na 27.01.2001. Podczas tego właśnie mityngu mój przyjaciel został skarbnikiem grupy, a ja — nieco później — jej rzecznikiem.

Staraliśmy się pełnić te służby wyjątkowo odpowiedzialnie, a w szczególności nie dopuszczać do takiej sytuacji, żeby na mityngu grupy AA „Wsparcie” nie było przynajmniej jednego z nas. Niestety, nasi następcy nie byli już tak zdyscyplinowani i zaczęły zdarzać się przypadki, że mityng się nie odbył, bo nie było nikogo z pełniących służby, a żadna z osób obecnych, nie chciała go prowadzić. Sytuacja taka powtarzała się niestety coraz częściej, spadała frekwencja podczas mityngów i wreszcie 27.01.2005 ostatni skarbnik grupy, nie znajdując już następcy, ani żadnej innej osoby gotowej pełnić jakąkolwiek służbę, przekazał resztę pieniędzy grupowych skarbnikowi grupy AA „Asyż” (mityngi obu tych grup odbywały się w tej samej salce) i działalność grupy AA „Wsparcie” została zawieszona. Na szczęście nie oznaczało to jeszcze, że sobotnie mityngi zniknęły z AA-owskiej mapy naszego miasta. Odbywały się one nadal, ale już pod opieką grupy AA „Asyż”. Taki stan rzeczy trwał prawie dwa lata.

Po dwóch zmianach lokalu i na skutek jakichś swoich własnych problemów, sumienie grupy AA „Asyż” uznało, że grupa nie jest w stanie nadal opiekować się czterema mityngami w tygodniu. Znalazły się wówczas osoby gotowe wskrzesić grupę AA „Wsparcie” i objąć w niej służby.

Mityng reaktywujący grupę AA „Wsparcie” odbył się 14.10.2006 i od tego czasu (pod opieką M. i E.) grupa, choć niewielka, działa niezwykle dynamicznie i skupia przede wszystkim AA-owców płci obojga, którzy gotowi są do odpowiedzialnej i zaangażowanej pracy nad Programem Wspólnoty AA.

Właśnie atmosfera sprzyjająca solidnej pracy „na programie”, klimat otwartego dzielenia się własnym doświadczeniem, choćby bolesnym, dla dobra innych, jest w tej grupie raczej regułą, a nie wyjątkiem. Podobnie jak fakt, że jeśli nawet na mityngu jest zaledwie 5—7 osób, to potrafi nam zabraknąć czasu.

Mityngi grupy AA „Wsparcie” prowadzi zwykle kobieta, skarbniczka grupy (stan na luty 2008) i pewnie temu właśnie należy zawdzięczać stosunkowo wysoką frekwencję kobiet. Najwyraźniej czują się tu one bezpiecznie.

Podczas inwentury grupy „Wsparcie” w lutym 2008, jej sumienie powierzyło mi służbę mandatariusza.

Historia ta była i jest nadal dla mnie nieocenionym źródłem doświadczeń, przemyśleń i wniosków:

1. Dziś już nie przyszłaby mi do głowy taka samowola i nie brałbym udziału w zakładaniu nowej grupy bez konsultacji oraz wyraźnej aprobaty czy akceptacji Intergrupy i innych grup w mieście.

2. Czy ważna była dla mnie rola jednego z „Ojców Założycieli”? To może nie, natomiast cała ta sytuacja początkowo mile łechtała moją ambicję — starzy AA-owcy miesiącami chodzili i narzekali, że w mieście nie ma mityngów w soboty, no to wreszcie dwóch nowicjuszy (miałem wtedy prawie dokładnie 2 lata abstynencji) to załatwiło, rozwiązało problem — tak to wówczas widziałem.

3. Przekonałem się doświadczalnie, że grupa bez służb w zasadzie nie ma szansy na przetrwanie. Może tak doraźnie pociągnąć kilka tygodni, może nawet miesiąc czy dwa, ale na dłuższą metę to się nie uda.

4. Nieco rozgoryczony wymyśliłem wtedy określenie „konsumenci AA”. Mieli to być ludzie prezentujący wyjątkowo konsumpcyjną i roszczeniową postawę wobec Wspólnoty AA, odmawiający konsekwentnie jakiejkolwiek pracy na rzecz grupy, z której korzystają. Oczywiście wiadomo było, że nie dotyczy to nowicjuszy, od których z oczywistych przecież względów nie można oczekiwać czegokolwiek zbyt szybko. Moje poglądy na ten temat też już są obecnie nieco inne.

5. Najdłużej miałem wtedy wątpliwości wobec sytuacji, w której właściwie czułem się przypierany do muru. Bywało, że słyszałem wprost stwierdzenie: „albo znowu podejmiesz służbę, albo grupa padnie”. Czy fakt założenia grupy (jakkolwiek by to było wówczas nieodpowiedzialne i niedojrzałe) do końca życia obliguje mnie do opieki nad nią, czyli pełnienia jakiejś służby?

Luty 2008

Absolutnie nie porównywać!

W środowisku ludzi związanych z terapią odwykową, a zwłaszcza i przede wszystkim ze Wspólnotą Anonimowych Alkoholików, krąży całkiem pokaźna liczba rozmaitych powiedzeń, przysłów i innych „prawd”. Wiele z nich, w niesamowicie prostej formie, zawiera cały ogrom mądrości życiowej wielu pokoleń trzeźwiejących alkoholików. Ale czy faktycznie wszystkie? Czy można podchodzić do nich całkowicie bezkrytycznie. Od powstania Wspólnoty Anonimowych Alkoholików (15 czerwca 1935) minęło 70 lat — na ile zadziałała zasada „głuchego telefonu”?

Tylko, broń Boże, nie porównywać i nie oceniać! Hasło to wraca jak bumerang. I prawdę mówiąc mam coraz więcej wątpliwości… Skąd mam brać opinie o ludziach, rzeczach, zjawiskach, wydarzeniach, bez oceny? W jaki sposób, nie oceniając, mam się zorientować, że ktoś jest dla mnie dobry czy zły, pomaga mi czy szkodzi? Jak mam normalnie funkcjonować bez trzeźwej oceny sytuacji?

Jak to się mówi delikatnie? Acha, no więc mam odruchy wymiotne kiedy słyszę hasło „nie oceniać”. I zawsze (no, prawie zawsze) mam wrażenie, że prawdziwy przekaz osoby coś takiego propagującej brzmi: „tylko mnie nie oceń krytycznie, tylko mi nie zwróć uwagi na moje braki, słabości i błędy, ja tak nie chcę ich zauważać, tak nie chcę znów nad czymś pracować, tak nie chcę już nic zmieniać, nie chcę burzyć błogiego spokoju i samozadowolenia”.

Często zastanawiam się skąd w AA i okolicach biorą się te wszystkie dziwolągi. A jeśli już nie całkowite dziwolągi, to cudaczne mutacje.

Zakaz oceniania jest narzędziem terapeutycznym, dzięki któremu pacjenci na zajęciach terapii grupowej mogą się czuć pewnie i bezpiecznie. Ale przecież AA to nie terapia, życie to nie terapia!

„Nie porównuj się z innymi, bo możesz…” pochodzi z Dezyderaty Maxa Ehrmanna, ale czemu alkoholicy „łyknęli” to zdanie tak gładko i zrobili z nim to, co zrobili, pozostaje dla mnie zagadką.

Cały system szkolnictwa na świecie opiera się na porównywaniu i ocenianiu: jeśli 99 dzieci w wieku lat 8 umie czytać, a jedno nie, to z tym jednym coś jest nie w porządku, być może jest dyslektykiem, może trzeba skierować je na jakieś dodatkowe zajęcia… System wynagrodzeń opiera się prawie w całości na ocenianiu i porównywaniu: jeśli dwudziestu robotników wykopało w ciągu dnia po jednej dziurze w ziemi, a robotnik numer 21 wykopał dwie, to on jest lepszym kopaczem niż pozostali i należy mu się nagroda. Czy słoń jest duży? No, to chyba zależy, do czego się go PORÓWNUJE, prawda? W PORÓWNANIU do mrówki duży, do kuli ziemskiej malutki. Na systemie porównywania i oceniania opiera się cały system prawny. Ktoś ocenił, porównał szkodliwość i zdecydował, że wódkę i papierosy można sprzedawać legalnie, a marychę — nie. Itd. itd. itp.

Myślę, że z tymi porównaniami i ocenami jest jak z… młotkiem. Młotkiem można zbić łóżko, stół i szafę, ale młotkiem można też zamordować szwagra. Z porównania i oceny: „wszyscy w życiu świetnie sobie radzą, tylko ja jestem beznadziejny” — nie wynika w najlepszym wypadku nic. W gorszym, czymś takim mogę sobie zrobić krzywdę. Ale jeśli stwierdzę, że „Marek, Wacek, Józek, Zbyszek i Wojtek potrafią pływać, a ja nie (porównanie). Nauczę się też, żebym w naszej paczce nie czuł się gorszy (ocena), żebym mógł z nimi wybierać się na żagle lub kajaki” — to to ma sens, z tego może coś pozytywnego wyniknąć.

Przez kilka lat obserwowałem przedziwną metamorfozę „Programu 24 godzin”. Nie pamiętam już, czy dostałem go „do wykonania” na terapii czy mityngu AA, nieważne. W każdym razie było to zaraz na początku mojej abstynencji.

Po latach słyszę jak facet odpowiada żonie pytającej, czy jutro załatwi hydraulika: „A skąd ja mam wiedzieć, co będzie jutro?! Jutro to ja się mogę napić lub umrzeć! Wiesz przecież, że ja muszę żyć Programem 24 godzin!”. Zaskoczyło mnie to, więc starałem się go delikatnie podpytać o ten program 24 godzin i okazało się, że dla niego jest to decyzja, że dziś nie pije, a jutro, to nie wie i nie chce wiedzieć, co będzie.

Ja jednak Program 24 godzin pamiętam w takiej formie :

• Właśnie dzisiaj chcę spróbować przeżyć ten dzień dobrze i nie od razu załatwić w nim problemy całego mojego życia. Spróbuję przeżyć go tak, jak nie miałbym jeszcze odwagi żyć przez resztę mojego życia.

• Właśnie dzisiaj chcę być szczęśliwi. Zakładam, że prawdą jest „najczęściej ludzie są na tyle szczęśliwi na ile postanowią nimi być”.

• Właśnie dzisiaj chcę dostosować się do tego co jest, a nie próbować dostosowywać wszystko do moich własnych życzeń. Chcę sprostać mojemu losowi jakikolwiek on będzie.

• Właśnie dzisiaj chcę ćwiczyć mój umysł. Chcę poznawać rzeczy godne poznawania. Chcę nauczyć się czegoś użytecznego. Chcę czytać coś wymagającego wysiłku, myślenia, skupienia.

• Właśnie dzisiaj chcę ćwiczyć moją wolę na trzy sposoby:

1. zrobię coś dobrego i nie wypomnę tego ani nie pochwalę się tym

2. dokonam co najmniej dwu rzeczy, na które zwykle nie mam ochoty

3. nie okażę nikomu, że moje uczucia zostały zranione

• Właśnie dzisiaj chcę mieć plan postępowania; mogę nie trzymać się go ściśle, lecz spróbuję uchronić się od pochopności i niezdecydowania.

• Właśnie dzisiaj znajdę spokojną chwilę dla siebie i spróbuję się odprężyć. Spojrzę wtedy na moje życie z lepszej perspektywy.

• Właśnie dzisiaj chcę pozbyć się obaw i cieszyć się tym co piękne. Ufam, że dając z siebie dużo światu, dużo przez to zyskuje.

• Właśnie dzisiaj chcę być zgodny z otoczeniem. Chcę dobrze wyglądać być odpowiednio ubrany, mówić spokojnym tonem, być uprzejmym, nie krytykować niczego, nie wyszukiwać „dziury w całym” i nie zmieniać nikogo z wyjątkiem samego siebie.

To, co teraz przez wielu młodszych uczestników mityngów znane jest jako Program 24 godzin, to chyba ten fragment „spróbuję przeżyć go tak, jak nie miałbym jeszcze odwagi żyć przez resztę mojego życia” w postaci stwierdzenia, że dziś nie piję, a jutro to ja nie wiem, co będzie. I na tym koniec. Oni po prostu nawet nie słyszeli, że Program 24 godzin to coś więcej.

Znajomy, późniejszy sponsor, zwany przeze mnie Hipnotyzerem, podsunął mi kiedyś tekst w broszurce „Mityng”, nie pamiętam już niestety, czyjego autorstwa, może jego. W opowiastce tej przychodzi nowicjusz na mityng AA. Zostaje przywitany brawami i oficjalnie przyjęty do Wspólnoty. Na tym swoim pierwszym mityngu nowicjusz niewiele rozumie, mało do niego dociera, ale udaje mu się wynieść stamtąd dwie rzeczy: po pierwsze wie, że od teraz to on też jest AA, a po drugie zapamiętał jakieś dwa-trzy zdania. Może trochę wyszarpane z kontekstu, ale z tego nie zdaje sobie sprawy.

Mijają 3—4 tygodnie. Na kolejnym mityngu nasz nowicjusz decyduje się zabrać głos — jest w końcu członkiem Wspólnoty AA. Chcąc dobrze wypaść wypowiada te zapamiętane zdania, odrobinkę przekręcone, troszkę zmienione przez własną imaginację, ociupinkę zniekształcone przez wczesnoterapeutyczne mądrości, nieco wzbogacone o własne doświadczenia…

I nie byłoby w tym niczego złego, gdyby nie fakt, że na tymże mityngu był kolejny, całkiem „świeży” nowicjusz. Właśnie przywitano go brawami i oficjalnie przyjęto do Wspólnoty. Na tym swoim pierwszym mityngu „świeży” nowicjusz niewiele rozumie, mało do niego dociera, ale udaje mu się wynieść stamtąd dwie rzeczy: po pierwsze wie, że od teraz to on też jest AA, a po drugie zapamiętał jakieś dwa-trzy zdania z wypowiedzi naszego trzytygodniowego AA-owca. „Mądrość AA przemówiła” pomyślał „świeży” nowicjusz i postarał się skrzętnie zapamiętać owe trzy zdania. A za cztery tygodnie, po kilku spotkaniach z terapeutą, na swoim piątym mityngu postanowił zabrać głos — jest w końcu członkiem Wspólnoty AA. Chcąc dobrze wypaść wypowiada te zapamiętane zdania, odrobinkę przekręcone, troszkę zmienione przez własną imaginację, ociupinkę zniekształcone przez przekazaną na terapii odwykowej wiedzę mądrości, nieco wzbogacone o własne doświadczenia… I tak zabawa w „głuchy telefon” trwa. Mądre i ważne sprawy przekazywane w taki sposób ulegają coraz to większym zmianom, przekręceniom i przeinaczeniom. Natomiast powtarzane wielokrotnie awansują do rangi fundamentalnych „prawd” Anonimowych Alkoholików.

W starszych scenariuszach mityngów (spotkań) czytaliśmy: „Tak powstaje skarbiec mądrości AA…” Czy rzeczywiście skarbiec? Ile jest w nim dziwolągów, wykoślawionych powiedzonek, śmieci bez większej wartości? Sprawa wydaje się być dość poważna. Z jednej strony, żeby skorzystać w pełni z propozycji Anonimowych Alkoholików, potrzebna jest całkiem niezła doza zaufania. Z drugiej, okazuje się, że bez pewnego zdroworozsądkowego sceptycyzmu można „kupić” na mityngu coś, co zupełnie nie jest nam potrzebne, a wręcz przeciwnie.

Sądzę, że między innymi z tych powodów radzi się nowicjuszom, żeby podczas swoich pierwszych mityngów wyjęli watę z uszu i włożyli do ust. Pomijając całą obrzydliwość tego powiedzonka, sens przedstawia się następująco: „przestań tyle paplać, posłuchaj tego, co mówią inni, a nie tylko siebie”. Poza tym: „starym AA-owcom krzywdy nie zrobisz, ale nieprzemyślanymi wypowiedziami możesz skrzywdzić kogoś, kto dziś jest na mityngu pierwszy czy drugi raz”.

Październik 2006

Warsztaty sponsorowania

01.03.2008 odbyły się w Strzelcach Opolskich Pierwsze Warsztaty Sponsorowania organizowane przez Intergrupę Śląska Opolskiego. Pierwsze, bo jest nadzieja, że będą następne. Może za rok…

Wszystko jednak zaczęło się od… nadmiaru pieniędzy. Podczas jednej z intergrupowych dyskusji na temat podziału kapelusza, ktoś stwierdził, że jeśli pokrywamy wydatki związane tylko i wyłącznie z funkcjonowaniem Intergrupy, a całą resztę pieniędzy radośnie i beztrosko odsyłamy dalej (do Służby Krajowej i do Regionu), to pewnie jest to bardzo wygodne, może nawet dobrze widziane, ale tak jakby nie do końca odpowiedzialne. No i wpadło komuś do głowy, żeby za część tych pieniędzy zrobić coś dla zaspokojenia realnych i palących potrzeb grup zrzeszonych w Intergrupie. Coś, czyli warsztaty.

Na terenie IŚO sponsorowanie leży. Totalna klapa. Według moich szacunków (oczywiście mogę się mylić) ma sponsora, jest sponsorowanym lub jedno i drugie, około 10—15% alkoholików. I zwykle ten „sponsoring” polega i ogranicza się do wymiany numerów telefonów i informacji: „wiesz, jakby ci się chciało pić, to możesz do mnie zadzwonić choćby w środku nocy”.

Często widzę, że kiedy pada określenie „praca ze sponsorem”, wielu przyjaciół wyraźnie nie wie, o co chodzi. Mam wrażenie, że sponsor w AA jawi się wielu AA-owcom jako coś w rodzaju koła ratunkowego przydatnego tylko na wypadek głodu alkoholowego i… to właściwie wszystko.

Opolszczyzna to kraniec Polski, ale kontaktów z resztą kraju powoli nam jednak przybywa i tak jakoś zaobserwowaliśmy podczas rozmaitych wyjazdów i spotkań, że w rejonach, gdzie sponsoring jest na dobrym poziomie, nie ma większych problemów ze służbami, z odchodzeniem grup AA od Tradycji, z łamaniem zasad, z tworami hybrydowymi typu Abstynencki Klub AA, z zapiciami, z dużą rotacją na grupach i „znikaniem” nowicjuszy, itp.

Nie muszę chyba dodawać, że i z obsadzaniem służb na grupach i w samej Intergrupie też mamy na Opolszczyźnie ogromne problemy — padło więc na warsztaty sponsorowania.

Najpierw obawiałem się, że całe te warsztaty to będzie spotkanie 4—5 osób, organizatorów z ramienia IŚO. Kiedy już warsztaty się zaczynały i okazało się, że uczestników jest około czterdziestu (z różnych miejsc w kraju i z zagranicy), to znowu martwiłem się, że to może za dużo i może nie uda się nawiązać tak bliskiej współpracy, jakby to było w małej, kilkuosobowej grupce. Potem jeszcze pośmiałem się z siebie, kpiąc w duchu, że takiemu alkoholikowi jak ja, to nie ma szansy nijak dogodzić, a za chwilę już nie było czasu na śmiechy i kpiny, bo warsztaty się rozpoczęły i trzeba było intensywnie myśleć i uważnie słuchać. A było czego!

Przebiegu warsztatów opisywał z detalami nie będę — kto był, ten pamięta, a kto nie był, ten… taką widocznie z jakichś powodów podjął decyzję; może nie mógł; może będzie następnym razem. Pozwolę sobie natomiast na kilka uwag:

— Założony program został zrealizowany w całości, choć już w trakcie okazało się, że warto byłoby, kiedyś w przyszłości, wrócić do tematu sponsorowania grupowego. Nasze spotkanie było jednodniowe i wszystkiego się w nim upchnąć nie dało, więc koncentrowaliśmy się na sponsorowaniu indywidualnym.

— Bardzo jestem wdzięczny, i chyba nie tylko ja, gościom ze Śląska i/lub Zagłębia (obawiam się, że tamtejsze lokalne podziały nie są dla mnie zrozumiałe, a nie chciałbym kogoś urazić), którzy pokazali nam rzeczy, o których, jak sądzę, niewielu z nas nawet marzyło, realizowane na co dzień tam, gdzie sponsorowanie jest normalną i nieomalże powszechną praktyką „od zawsze”.

— Temat nie skończył się w momencie wyjazdu ze Strzelec Opolskich. Idąc za ciosem przedstawiciele grup „Asyż” i „Wsparcie” z Opola, licznie uczestniczący w tych warsztatach, zdecydowali na pierwszym, powarsztatowym mityngu o zorganizowaniu specjalnej, wspólnej inwentury obu grup — 31.03 będziemy się zastanawiać, jak zacząć realizować w praktyce to wszystko, czego się dowiedzieliśmy.

— Nie słyszałem żadnych opinii krytycznych, nikt nie mówił, że wszystko to już dawno wiedział, że nic nowego z warsztatów nie wyniósł, że stracił czas, czy coś w tym stylu — wręcz przeciwnie. Podczas spotkania Intergrupy Śląska Opolskiego 08.03.2008 już słychać było wezwania i słowa zachęty do organizacji następnych warsztatów, choćby jesienią — tym razem warsztatów służb. Ja jestem za, a jeśli potrzebna będzie jakaś pomoc w organizacji, to jestem gotów. Zróbmy to!

Marzec 2008

Złe i nieprzyjemne uczucia

Podczas jakiejś dyskusji na temat poczucia winy i wyrzutów sumienia ktoś powiedział, że te złe, nieprzyjemne (negatywne) uczucia są potrzebne, bym wiedział, że coś robię źle. „Zgrzytało” mi tu coś i zacząłem się zastanawiać…

Wstyd, wyrzuty sumienia, poczucie winy, wszystkie te przykre uczucia są karą czy może konsekwencją, jeśli zrobię coś źle. Tak dla przykładu, roboczo, przyjmijmy, że to „coś źle” to kradzież (kiedy piłem, to kilka razy ukradłem kasę na wódkę swojej byłej żonie, więc przykład nie taki znowu abstrakcyjny).Mamy więc kradzież i… dwie możliwości:

1. Nie zdaję sobie sprawy, że kradzież to coś złego. Nikt mi nigdy nie mówił, ani nigdzie nie słyszałem, że to jest naganne. Czy w takiej sytuacji kradnąc będę miał wyrzuty sumienia i poczucie winy? Oczywiście — nie.

2. Nie mając świadomości popełnienia czegoś złego nie mam poczucia winy.

Zdaję sobie sprawę i wiem, że kradzież to coś złego. No, ale w takim razie, z samego założenia wynika, że skoro już wiem, to nie są mi potrzebne wyrzuty sumienia, żebym się dopiero dowiedział, prawda?

W pierwszym przypadku przykre uczucia w ogóle nie wystąpią, w drugim ja wcześniej wiem, że robię źle, więc przykre uczucia nie są mi potrzebne, przynajmniej nie do tego, żeby dowiedzieć się, że robię coś źle. Do czego więc potrzebne są wyrzuty sumienia, poczucie winy i wstyd?

Moim skromnym zdaniem kłopot polega na tym, że czasami bycie odpowiedzialnym wcale nie jest mniej przykre od poczucia winy. Czasami konsekwencje uczynku są bardziej dolegliwe niż wyrzuty sumienia. Chodzi mi o to, że używamy swoich wad (postępujemy źle), bo to przynosi określone korzyści. Zwyczajnie i po prostu czasem bardziej się to opłaci. Jeśli coś ukradnę, to moim zyskiem jest to, że mam coś, na co mnie nie stać i mam to za darmo. Po stronie kosztów występują poczucie winy i wyrzuty sumienia.

Jeśli w pracy nie przyznam się, że to ja spie… sprawę (czyli będę kłamał), to nie wywalą mnie z roboty. Koszty? Jak wyżej. Ode mnie zależy, co uznam za ważniejsze, bardziej pożądane, opłacalne…

Gdyby używanie wad (postępowanie źle) przynosiło same straty, to bym ich nie używał- to jest przecież zupełnie jasne i oczywiste.

Tak, to racja — te przykre uczucia są mi potrzebne… Oczywiście nie do tego, żebym wiedział, że coś robię źle. Jeśli nie jestem psycho lub socjopatą to ja doskonale wiem, co jest dobre a co złe: „Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie” — pisał kiedyś wielki samotnik z Królewca.

Tak, te parszywe uczucia są mi potrzebne do robienia interesów z samym sobą. Są mi potrzebne do targów z własnym sumieniem. Coś za coś. Kłamstwo (i zyski z niego) za powiedzmy 3-punktowe poczucie winy. Złodziejstwo (i korzyści z niego) za 7-punktowe wyrzuty sumienia.

Myślę, że takich transakcji dokonujemy, może nie każdego dnia, ale każdego tygodnia, lub miesiąca, lub roku… Myślę też, że dopóki te interesy załatwiam uczciwie, to znaczy godzę się na pełną odpowiedzialność za swoje decyzje i wybory oraz konsekwencje tychże, to wszystko jest w całkowitym porządku. Gorzej, gdy w tej grze ze swoim sumieniem i z sobą samym próbuję szachrować wprowadzając tam elementy obniżające koszty w sposób oszukańczy — na przykład twierdzę, że wszyscy tak robią, że nie jestem świętym, że on/ona mi też zrobiła to czy tamto, itp. czyli wszystkie te rzeczy zwane na terapii racjonalizacją.

Wydaje mi się, że trzeźwienie to branie w pełni — bez racjonalizacji, kantów, uników i szachrajstw, odpowiedzialności za siebie — na siebie.

Styczeń 2007

Zwykły przypadek losowy

Mój syn (lat 26) wybrał się z chłopakami grać w piłkę nożną. Wrócił do domu ze złamanym obojczykiem. Gips, wiele tygodni zwolnienia chorobowego, lęk o utratę pracy w związku z tym… W jakiejś rozmowie z matką syn użył na to zdarzenie określenia „przypadek losowy”. Do samej dyskusji się nie włączałem, ale stała się ona bodźcem do rozważenia roli przypadków w życiu, a w życiu alkoholika w szczególności.

Ja osobiście w przypadki jako takie nie wierzę. Uważam, że wszystko i zawsze ma swój sens, cel i przyczynę- ja mogę ich nie widzieć lub nie rozumieć, ale to inna sprawa. Taka postawa nie przeszkadza mi zupełnie w używaniu (czasami) w rozmowie słowa „przypadkiem”. Nie narzucam swojej koncepcji nikomu, a w ten sposób określam zdarzenie, którego nie można było przewidzieć, lub którego prawdopodobieństwo było bardzo małe.

W tym jednak miejscu na alkoholika (DDA, Al-anon) czyha pułapka. Czy faktycznie czegoś tam nie można było przewidzieć? Czy rzeczywiście prawdopodobieństwo zdarzenia było tak nikłe, że można go było nie brać pod uwagę? Odpowiedzi na takie pytania wiążą się bezpośrednio z innymi: odpowiedzialność, realna ocena, konsekwencje, trzeźwość…

Nieomalże całkowicie bezpiecznie przewracać się może dziecko do lat 4—6. Czy facet o 20 lat starszy powinien przewidzieć, że podczas gry w piłkę może doznać kontuzji, albo choćby tylko przewrócić się? Jeśli ja, mężczyzna przed pięćdziesiątką, wybiorę się z dzieciakami skakać z dachu garażu na kupę piachu i podczas tej przemiłej rozrywki coś sobie złamię, to będzie to efekt mojej nieodpowiedzialności i braku wyobraźni czy przypadek losowy? Granica może być niezwykle delikatna, trudna do uchwycenia i, być może, nie aż tak istotna dla tzw. normalnych ludzi, ale jeśli ja, alkoholik, będę zbyt często popełniał błędy w ocenie, to w konsekwencji może mnie to kosztować życie.

Wiąże się to ściśle z odpowiedzialnością (głównie za siebie), którą to strefę zarówno alkoholicy, jak i DDA czy osoby wspołuzależnione mają, delikatnie mówiąc, mocno zaburzoną.

Jeśli coś stało się przypadkiem, to nie ja ponoszę za to winę, nie odpowiadam za to. Ale, jeżeli konsekwencje lub efekty, działania lub zaniechania, myślenia lub postępowania, mogłem przewidzieć, to…

Gdy efekty swojego braku wyobraźni i/lub rozsądku, popędliwości, lekkomyślności, zachłanności, lenistwa i stu innych wad, zacznę nazywać „przypadkiem losowym”, to znowu wkroczę w krainę iluzji i ułudy, w której funkcjonowałem w czasach picia. A stąd do kieliszka już tylko jeden mały krok…

Kiedy szedłem ulicą spadła mi na głowę dachówka. Przypadek losowy czy moja wina? Przypadek — nie da się chodzić ulicami z głową zadartą tak wysoko, żeby móc obserwować krawędzi dachów. Poza tym dachówki spadają same raz na sto lat.

Na przejściu dla pieszych potrącił mnie pijany kierowca. Czy to też tylko przypadek losowy? Oczywiście wina była kierowcy, ale… Czy do wypadku doszłoby, gdybym bardziej uważał? W końcu nikt mi nie obiecywał całkowitego i absolutnego bezpieczeństwa na pasach.

Oczywiście nie chodzi o to, by brać na siebie odpowiedzialność za całe zło świata, tak by się nie dało żyć. Natomiast istotne jest dostrzeganie własnego udziału w tym, co nam się przydarza… „przypadkiem”.

Znasz takie niesamowite słowo jak „proaktywność”? To tylko dzięki niemu mogę się czuć człowiekiem wolnym. To, niewielka czasem, chwila zastanowienia pomiędzy bodźcem, a moją na niego reakcją, pomiędzy zachcianką, a działaniem. W tej chwili daję sobie czas na zastanowienie, na rozważenie, na odwołanie się do mojego systemu wartości, na realną ocenę sytuacji i w końcu na podjęcie decyzji. I tak się jakoś składa, że im bardziej potrafię być proaktywny, tym mniej „losowych przypadków” zdarza mi się w życiu.

Czerwiec 2006

„Branżowy” język alkoholików

O patetycznym i udziwnionym języku zdrowiejących alkoholików.

Nie dalej jak kilka dni temu miałem okazję rozmawiać z ludźmi z rozmaitych stron Polski. Może właśnie dlatego słuchałem ich uważniej niż swoich znajomych z mityngów. W każdym razie przy okazji tego słuchania przypomniał mi się temat „Trzeźwość, a normalność” i wpadło mi do głowy, że my (alkoholicy) często wcale nie pragniemy tej normalności — nawet język tworzymy jakiś swój własny, niezbyt normalny i na pewno z trudem rozumiany przez zwykłych ludzi.

1. Zadziało się — w normalnej polszczyźnie oznacza, że coś się zgubiło, zapodziało. W polszczyźnie alkoholowej określamy tym mianem coś, co się stało, wydarzyło kiedyś, działo w bliższej lub dalszej przeszłości. Od niedawna rejestruję jeszcze inną odmianę: zadzieje się, czyli coś określającego zdarzenia z przeszłości teraz także opisuje przewidywaną przyszłość.

2. Służebny, służebni — wyrażenie staropolskie i dopuszczalne tylko w takim kontekście (np. dziewka służebna). We współczesnej poprawnej polszczyźnie traktowane jako błąd, gdyż obecnie słowo „służebny” nie występuje już w formie osobowej. Człowiek może ewentualnie pełnić rolę służebną, a więc to rola jest służebna, a nie osoba. No cóż… mnie też duma i pycha dość długo nie pozwalała mówić o sobie „sługa” czy „służący”, ale tak chyba właśnie jest poprawnie zważywszy na cytat: „…są tylko zaufanymi sługami, oni nami nie rządzą”.

3. Chcę się podzielić — w normalnym znaczeniu chodzi o ofiarowanie komuś, za jego zgodą oczywiście, części tego, co sami posiadamy, na przykład jabłka, wygranej, ale także doświadczenia czy przeżycia. Zwracam jednak uwagę na niezbędność zgody osoby lub osób, z którymi chcę się dzielić. Na mityngach zgoda ta nie jest ani wymagana, ani potrzebna. Uczestnikowi wolno obrzucić innych szambem swoich żalów, pretensji i uraz do całego świata w związku z zatkanym zlewem, niegrzeczną urzędniczką, zdradzającą żoną, paskudnym szefem itd.

4. Kroczenie — szczególnie dostojna i majestatyczna odmiana chodu. „Król kroczył dostojnie na czele orszaku”. Obecnie alkoholicy rzadko chodzą, a już prawie w ogóle ulicami. Alkoholicy właśnie kroczą. I to koniecznie ścieżkami („ścieżka, którą kroczę…”).

5. Mam prawo, albo masz prawo — oczywiście nie ma to nic wspólnego z jakąkolwiek normą prawną. Oznacza w praktyce, że mogę zrobić, czuć lub powiedzieć coś, co się mojemu rozmówcy nie podoba, jednak nie na tyle, żeby mógł z tym cokolwiek zrobić. Rzecz jasna żaden alkoholik nie może mi tak naprawdę przydzielać lub odbierać jakichkolwiek praw.

6. Wkradły się uczucia — normalny Polak: jestem wściekły! Polak alkoholik: wkradło mi się uczucie złości. Oczywiście jeśli coś mi się wkradło to ja nie całkiem ponoszę za to odpowiedzialność — po co się wkradało?

7. Towarzyszyło mi uczucie — podobne do poprzedniego. To nie ja jestem wkurzony, to uczucie złości idzie gdzieś obok mnie i robi różne rzeczy, za które ja przecież nie mogę odpowiadać. Znowu uczucie ma jakiś dziwny związek z alkoholikiem.

8. Stawać w prawdzie — po polsku stanąć to sobie można w drzwiach. Dziwoląg językowy pierwszego gatunku, który oznacza po prostu wyznanie czy powiedzenie prawdy.

9. Na teraz (na tu i teraz) — kolejna bombastyczna odmiana prostego stwierdzenia. Normalnie — teraz jestem wściekły. Alkoholowo: na tu i teraz towarzyszy mi uczucie złości.

10. Cieszę się, że tu (na mityng AA) dotarłem — wielu alkoholików nie chodzi i nie jeździ na mityngi, ale na nie „dociera”. No, tak… To przecież taki ogromny wysiłek i wyrzeczenie…

Kwiecień 2007

Na czym polega moja wina?

Czy jestem winien temu, że zachorowałem na alkoholizm (F10.2)? Czy jest to choroba „na własne życzenie”? Za co ostatecznie ponoszę odpowiedzialność, a za co nie?

Kiedy pierwszy raz zgłosiłem się do poradni odwykowej, terapeutka powiedziała mi, że to nie jest moja wina. Czyli to, że jestem alkoholikiem. Poczułem wtedy niesamowitą ulgę. Tymi słowami ona zdjęła mi z ramion ogromny ciężar poczucia winy i wyrzutów sumienia. Myślę, że wtedy było to dla mnie korzystne i wskazane.

Świadomość zagrożenia ZZA w Polsce wzrasta, w końcu jest tu podobno około 2 miliony alkoholików! Społeczeństwo jest coraz lepiej wyedukowane, nawet tasiemcowe telenowele mają w ambitnych założeniach pokazanie w swoich produkcjach postaci alkoholika. Czy dalej celowe i wskazane jest manifestowanie poglądu „to nie jego wina”?

Nie znam nikogo, kto uzależniłby się od lampki szampana na Sylwestra i kieliszka wina na cioci imieninach. Żeby zostać alkoholikiem musiałem używać alkoholu często lub bardzo często. Co więcej — musiałem go nadużywać, upijać się. A to już nie było niechcący, niewinnie czy tak, jak wszyscy itp.

Czytałem gdzieś taki argument: „Przecież często i dużo pije wiele osób, tysiące. Ale tylko jedna na ileś tam się uzależnia, a pozostałe nie”. Miał on (ten argument) przemawiać za tym, że nie jest to w takim razie wina tej jednej osoby. A wyobraźmy sobie taką sytuację: 10 osób w grudniu, przy temperaturze -2 stopnie, biega po ulicach w sandałkach i koszulach z krótkim rękawem. Jedna z nich się przeziębiła, a inne nie. No to jak? Jest to jej wina czy nie?

Wydaje mi się (może się mylę), że w chwili obecnej, gdy nie ma chyba w tym kraju człowieka w wieku ponad 14 lat, który nie słyszałby hasła „alkoholik” czy „alkoholizm”, powinno się stawiać sprawę jasno: decydujesz się pić często, dużo, upijać się? Zwiększasz znakomicie swoje szansę na uzależnienie- twoje decyzje, twoje wybory, twoja odpowiedzialność.

Jeśli w zimie chodzę w sandałkach, jeśli jeżdżę samochodem z prędkością 180 km/h, jeśli kąpię się w miejscach bez ochrony ratownika, jeśli jadam przeterminowane produkty, itd. itd. itp. to kto jest winien konsekwencji? Jeśli dostanę zapalenia płuc, jeśli spowoduję wypadek samochodowy, jeśli będę się topił, jeśli się zatruję, to czyja to była wina?

Czy mogę twierdzić i upierać się, że nie moja, bo nie wszyscy w sandałach zimą dostają zapalenia płuc, nie wszyscy piraci drogowi mają wypadki, nie wszyscy bezmyślni kąpiący się topią się na niestrzeżonych kąpieliskach, nie wszyscy do przesady oszczędni trują się przeterminowanymi produktami? No i co z tego, że nie wszyscy? Natomiast ten właśnie argument wydaje się być wystarczający w przypadku alkoholizmu. Nie wszyscy nadużywający alkoholu uzależniają się, więc nie moja wina, że ja się uzależniłem — czy tak?

Gdyby, powtarzam GDYBY, udało się znaleźć alkoholika, który nigdy w życiu nie słyszał ani nie czytał, o tym, że istnieje coś takiego jak alkoholizm, że istnieją alkoholicy — to taki ktoś mógłby powiedzieć, że to nie jego wina.

Jeśli, przed uzależnieniem się, postanowiłem pić często i dużo, robiłem to świadomie i na własne ryzyko. Podejmowałem je tak samo, jak jadąc 180 km/h. A to, że wymyśliłem sobie, bezpodstawnie ubrdałem, że alkoholizm mnie nie dotknie, że na to mogą zapaść wszyscy inni, ale mnie to nie dotyczy, jest sprawą mojego myślenia, moich wyobrażeń, przekonań, mojej nieodpowiedzialności. A moja nieodpowiedzialność, moja lekkomyślność i mój egocentryzm, to czyja wina?

A co w takim razie z opinią mojej terapeutki, tej co na początku mówiła mi, że ZZA to nie moja wina? Myślę, że to trochę tak, jak z nauką historii. W pierwszej klasie, w której uczą tego przedmiotu, mówią, że w 1410 była bitwa pod Grunwaldem. W następnej klasie jest mowa o tym samym fakcie historycznym, ale teraz dodaje się informacje o przebiegu bitwy i o dowodzących wojskami. W kolejnym roku wiedzę ucznia wzbogaca się o sprawy polityki państwa Krzyżackiego itd. itd.

Wydaje mi się, że moim zadaniem jest widzieć i rozumieć więcej niż w pierwszych dniach terapii. To po pierwsze. A po drugie… Poglądy psychologów i terapeutów też się zmieniają. Weźmy choćby sławetny „zdrowy egoizm” — kiedy o nim czasem ktoś z nas, alkoholików, przypomina, terapeuci krzywią się jak po occie siedmiu złodziei.

Wtedy moja terapeutka powiedziała, że to nie moja wina i dziś ja wiem, po co to zrobiła. Otóż byłem tak przywalony poczuciem winy i wyrzutami sumienia, że groziło mi to natychmiastowym powrotem do picia, zanim zdążę się czegokolwiek o uzależnieniu dowiedzieć. A tak w ogóle, to można by jeszcze zapytać, do czego mi ta odpowiedź (winien, nie winien choroby alkoholowej) jest potrzebna? No i wyszło mi, że jest mi to potrzebne w rozwoju. Bo czas dorosnąć. Czas stać się odpowiedzialnym, dorosłym, trzeźwo myślącym człowiekiem.

Minęły 2—3 lata do czasu, kiedy skończyłem terapię DDA (w moim przypadku było to DDD) i coraz bardziej odczuwałem potrzebę jednoznacznego określenia, za co w swoim życiu odpowiadam, a za co nie. Te sprawy miałem, delikatnie mówiąc, nieco rozchwiane, zaburzone, a na DDA poświęcano im wiele miejsca. Potrafiłem na przykład brać na siebie odpowiedzialność za to, że na mityngu, który prowadziłem, było mało wypowiedzi. A z drugiej strony nie chciałem odczuwać konsekwencji swojego koloryzowania czy wręcz kłamania. Oczywiście mogłem dalej być małym chłopcem, który twierdzi, że jego klocki w pokoju porozrzucał jakiś inny chłopczyk. Mogłem, ale już nie chciałem. Poza tym zauważyłem taką prawidłowość: kiedy w pełni biorę odpowiedzialność za siebie na siebie, kiedy w całej rozciągłości godzę się na konsekwencje swoich decyzji, wyborów, uczynków i zachowań- poczucie winy mija. A rośnie właśnie wtedy, kiedy od odpowiedzialności za coś uda mi się „wyślizgać”, wykpić. Prosty przykład. Jestem komuś winien pieniądze i długo nie oddaję, z rozmaitych powodów. Kiedy będę się czuł winny? Kiedy oddam, przeproszę za zwłokę i przyznam, że zawaliłem sprawę (moja wina)? Czy może wtedy, kiedy nadal będę się chował przed człowiekiem, który mi zaufał i tłumaczył sam sobie, że przecież teraz nie mam (nie moja wina)? Kiedyś mawiałem: nie moja wina — wszyscy piją. Dziś mówię: nie moja wina — nie wszyscy się uzależniają. A czym by się to miało różnić? A gdybyśmy zostawili kwestię winy, wychodząc z założenia, że o winie decyduje sąd, i zadali pytanie następująco: Czy jestem odpowiedzialny za swoje uzależnienie? Co wtedy? Porzucając niezgrabne może określenie „wina” na chwilę obecną wydaje mi się, że jestem za swoją chorobę alkoholową odpowiedzialny. Ponoszę też jej konsekwencje. I tak (dla mnie) jest dobrze.

Marzec 2006

Zadośćuczynienie alkoholika

Miałem kilka miesięcy abstynencji, kiedy na jakimś mityngu AA, od alkoholika ze stażem około 2-letnim usłyszałem, że on zadośćuczynia swojej rodzinie przez to, że nie pije. Podchwyciłem tą nową wiedzę w mig i pochwaliłem się nią na najbliższej terapii. Natychmiast wdeptano mnie tam w ziemię: „to, że przestałeś krzywdzić (a czy faktycznie przestałeś to się dopiero okaże, bo na razie to tylko przestałeś pić) nie jest żadnym zadośćuczynieniem, to co najwyżej normalność. O.K. Zrozumiałem.

Następnie zacząłem „dbać” o syna, kupując mu rozmaite rzeczy, mniej lub bardziej potrzebne. Tu już sam się dość szybko zreflektowałem. Przecież kiedy piłem robiłem dokładnie to samo, żeby mieć go z głowy i pozbyć się wyrzutów sumienia. Poza tym dbanie o własne dziecko i kupowanie mu potrzebnych rzeczy jest moim podstawowym obowiązkiem i z zadośćuczynieniem nie ma nic wspólnego. No, dobra. Zrozumiałem.

Potem wpadłem na pomysł z przepraszaniem. Wołam więc kogoś z rodziny i mówię: siadaj, chcę z tobą porozmawiać. Widzisz okazało się, że ja jestem alkoholikiem. To nie moja wina, to taka choroba. W związku z nią upijałem się, zachowywałem po pijanemu w sposób nieodpowiedni i krzywdziłem tym zarówno ciebie jak i siebie. I teraz chciałem cię za to wszystko przeprosić.

Od sponsora, któremu zdałem relację ze swego zadośćuczynienia usłyszałem, że jestem bezczelny. Że przeprosić to ja mogę przechodnia, którego potrąciłem niechcący na ulicy. A jak komuś zmarnowałem wiele lat życia, pozbawiłem go/ją poczucia bezpieczeństwa, okradałem, nie dbałem, nie interesowałem się, może i biłem będąc pijany, itd. to samo słowo „przepraszam” jest co najmniej bezczelnością i kpiną z mojej strony. (Mój znajomy usłyszał od swojego dziecka, że ma ono w d… jego „przepraszam”). Przyjąłem i to.

Minęło bardzo dużo czasu zanim wykombinowałem sobie, że będę zadośćuczyniał swojej byłej żonie poprzez wspieranie jej finansowo. A żeby nie czuła się upokorzona datkami lub prezentami, to robiłem to tak, żeby się nie zorientowała. Mieszkamy nadal w jednym domu i sposoby rozliczeń między nami są takie, że czasami mi się to udawało. Byłem zadowolony z siebie, uważając, że nareszcie znalazłem właściwą metodę. Do czasu rozmowy z koleżanką, która jest lekarzem, terapeutką i alkoholiczką z dłuuugim stażem niepicia. Pokazała mi, że dalej o żadnym zadośćuczynieniu nie ma mowy, że ja tylko wykombinowałem sobie sposób na ugłaskanie własnego sumienia, sposób na złagodzenie poczucia winy i wyrzutów sumienia i zrobiłem to znowu tak, jak ja chciałem, jak mnie się wydawało, na swój sposób — zupełnie nie licząc się z uczuciami czy potrzebami byłej żony.

W efekcie okazało się, że jedyną sensowną i dobrą rzeczą, którą zrobiłem przez cały ten czas było wyjaśnienie i przekonanie mojej najbliższej rodziny, że to co się stało ze mną, to co robiłem i jak się zachowywałem, nie było nigdy ich winą. Dla mnie, po terapiach wydawało się to czymś tak oczywistym, że długo nawet nie przychodziło mi do głowy, żeby im to mówić. Dla nich okazało się to czymś bardzo ważnym i potrzebnym.

Mam wrażenie, że stanąłem pod wielkim murem i teraz kompletnie nie wiem, co dalej. Swoje sposoby i metody zadośćuczynienia opisałem. Okazały się one, jak by to delikatnie określić, problematyczne lub co najmniej mało skuteczne. Ale ja innych w tej chwili nie mam i nie wiem, co robić…

Luty 2005

Woźniaków, wrzesień 2007

W Woźniakowie koło Kutna, w gościnnym domu salezjańskim, we wrześniu 2007, kolejny raz spotkali się uczestnicy internetowego warsztatu Krok po Kroku, żeby twarzą w twarz i oko w oko popracować nad Programem 12 Kroków Anonimowych Alkoholików. I ja tam byłem…

Poszedłem na mityng AA, bo tak kazała moja pierwsza terapeutka w poradni odwykowej — i chwała jej za to. Ale zostałem w AA, bo Wspólnota obiecała mi, odwrotnie niż psychoterapia, psychologia i psychiatria, wyzdrowienie z choroby alkoholowej, z alkoholizmu.

Od pierwszego spotkania „strzyżyńskiego” miałem przekonanie, że dla mnie jest to bardzo dobre rozwiązanie, bo opierając się tylko na mityngach AA, pierwsze trzy Kroki poznawałbym pewnie z 15 lat. Tyle czasu to ja nie miałem i nie mam — nie będę żył wiecznie, a i trzeźwienie — z założenia nieskończone — wywoływało we mnie dość umiarkowany zapał do ciężkiej pracy. Jednak dzięki takim właśnie zgromadzeniom, jak Strzyżyna, Kowary, Woskowice Małe czy ostatnio także Woźniaków, dzięki bardzo intensywnej pracy w oderwaniu od codziennego życia i to w grupie ludzi, którym naprawdę zależy, zaznajomienie się z Programem 12 Kroków zajęło mi mniej niż 9 lat. Aż tyle, czy tylko tyle?

Od samego początku wiedziałem, że jeśli spotkanie w Woźniakowie we wrześniu 2007 dojdzie do skutku i jeśli faktycznie będą jakieś grupy do wyboru, to ja nie będę się starał dostać do żadnej z nich. Byłem gotów puścić ster, oddać go we właściwsze ręce, a samemu zająć się jedynie wiosłowaniem.

I tak się stało. Zaraz po przyjeździe zadeklarowałem chęć pracy w tej grupie, do której wpakują mnie organizatorzy — na przykład wyrównując liczebność grup. W taki oto sposób trafiłem na Kroki I — III.

Przyznam, że początkowo byłem zawiedziony. Czego jak czego, ale bezsilności wobec alkoholu to ja sobie udowadniać nie muszę — zwłaszcza po zapiciach w trakcie terapii i pomimo uczestnictwa w mityngach AA. A tu wróciły stare pytania typu: „Czy próbowałeś kiedyś definitywnie przestać pić?”, „Co ci z tego wyszło?” itp.

Zanim jednak zdążyłem się rozczarować na amen, przypomniało mi się hasło, które czasem rzucamy sobie z moim sponsorem: „tak miało być, tylko ja śmiałem myśleć inaczej” i już spokojnie czekałem na ciąg dalszy. Zresztą tego czekania zbyt wiele nie było — w Woźniakowie dzieje się bardzo dużo w stosunkowo krótkim czasie, trzeba tylko być niezwykle uważnym i chcieć to widzieć. Pierwsze zaskoczenie rzuciło mnie wręcz na kolana. Kiedy mówiliśmy o wyzdrowieniu z alkoholizmu, kilka osób stwierdziło, że dla nich jest to nowość, że pierwsze słyszą. Uff!