Wydawca: WAB Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2009

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 190 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Z pamiętnika niemłodej już mężatki - Magdalena Samozwaniec

Wydawało się, że spuściznę literacką Magdaleny Samozwaniec znamy w całości i już nic nas nie zaskoczy. Aż nagle, po kilkudziesięciu latach od śmierci największej damy polskiej satyry, Rafał Podraza znalazł pożółkłe, nieuporządkowane kartki. Maszynopis jakiejś opublikowanej powieści – pomyślał. Okazało się jednak, że są to teksty nieznane. Skrzące humorem, pisane z przekąsem i czułością wspomnienia o Krakowie sprzed dwóch wielkich wojen, o balach u Tarnowskich, od których zależało być albo nie być młodych panien. O tajnikach bardzo niewygodnej damskiej garderoby, o tym jak mleko potrafi uratować życie, gdy niechcący wypije się buteleczkę farby do włosów. O paryskich podróżach i footingu. Ale najsmaczniejsze są urocze anegdotki o najbliższej rodzinie. Tatce, czyli słynnym malarzu Wojciechu Kossaku i jego ukochanej klaczy, która wchodziła do salonu ku utrapieniu Mamidła. O siostrze Lilce, czyli Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, która potrafiła pisać zawsze i wszędzie. O jej kolejnych miłościach i niepotrzebnej śmierci. O psikusach, jakie dziewczęta lubiły płatać rówieśnikom. O pewnym szlafroku w czerwone i czarne kwiaty, na który Magdalena upolowała męża. I jeszcze o wielu, wielu innych chwilach, postaciach i zdarzeniach. Ze świata, którego już nie ma. A wielka to sztuka – tęsknić za nim z humorem, dostrzegając z życzliwą ironią wszystkie kurioza współczesnego świata.

Opinie o ebooku Z pamiętnika niemłodej już mężatki - Magdalena Samozwaniec

Fragment ebooka Z pamiętnika niemłodej już mężatki - Magdalena Samozwaniec

Z PAMIĘTNIKA NIEMŁODEJ JUŻ MĘŻATKI

wstęp, wybór i opracowanie Rafał Podraza

Copyright © by Teresa Podraza i Ireneusz Sokołowski, 2009

Wstęp, wybór i opracowanie:

Copyright © by Rafał Podraza, 2009 [podraza3@wp.pl]

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo W.A.B., 2009 

Wydanie I 

Warszawa 2009

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

PRZEDMOWA

Przeglądając zawartość teczek z literacką spuścizną Magdaleny Samozwaniec, natknąłem się na stos nieuporządkowanych kartek formatu A4. Pisane na maszynie, z naniesionymi odręcznie poprawkami, na początku nie wzbudziły mojego większego zainteresowania. Pomyślałem bowiem, ze oto trafiłem na jedyny ocalały maszynopis jednej z wydanych juz książek pisarki. Postanowiłem jednak ów maszynopis poukładać zgodnie z kolejnością stron i oprawić, żeby służył potomnym. Wówczas – wgłębiając się w jego zawartość – doznałem olśnienia! Czyżbym, zupełnie przez przypadek, odkrył coś, czego ani Magdalena, ani po jej śmierci Zygmunt Niewidowski nie ogłosili drukiem?!

Sięgnąłem więc do znanych mi książek nieodrodnej córki Kossaka i – ku wielkiej radości – nie znalazłem tam owych gawęd, co najwyżej natrafiałem na fragmenty odwołujące się do tych samych faktów czy przytaczające podobne anegdoty. Analizując zapiski autorki na marginesach, doszedłem do wniosku, że były to opowieści przeznaczone dla słuchacza radiowego. Czy zostały w Radiu nagrane i wyemitowane w całości, tego niestety nie wiem, ale dzięki temu, że zachował się ów pożółkły maszynopis, mogę dzisiaj oddać do rąk Państwa ostatnią – jak mi się wydaje – książkę Magdaleny Samozwaniec, która doczekała się publikacji po trzydziestu siedmiu latach od śmierci autorki.

Do gawęd dołączam fragmenty innych wspomnień, które odnalazłem razem z maszynopisem. Zostały one przekazane Zygmuntowi Niewidowskiemu przez Krystynę Chruścielską – przyjaciółkę Madzi (zapiski te nie były dotychczas publikowane).

Mam nadzieję, ze czytając ten niegruby zbiorek, ilustrowany fotografiami rodzinnymi i zdjęciami miejsc, o których w tekście mowa, przeżyją Państwo – podobnie jak ja – niezapomniane chwile. Dzięki tej lekturze można, choć na chwilę, wrócić do świata, którego już nie ma… Do świata, który był światem Magdaleny Samozwaniec, córki Wojciecha Kossaka i siostry Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Życzę miłej lektury.

Rafał Podraza

MOJA SAGA RODZINNA

Hmm… Urodziłam się w roku podówczas jeszcze Pańskim w samą noc świętego Bartłomieja, co mojej matce było trochę nie na rękę, ponieważ zwykła była nazywać swoje córki imieniem świętej lub świętego, który na ten dzień wypadał. Noc była wówczas dżdżysta i wiatr hulał za kominem jak słynny świerszcz Dickensa. Nasza rodzina, nawiasem mówiąc, jest tak stara, że nie było jej jeszcze w herbarzu Niesieckiego, mimo to mama wychowywała nas w duchu demokratycznym, co w mojej późniejszej karierze bardzo się przydało. Byłam, jak i moje rodzeństwo, tak zwanym „cudownym dzieckiem” i mając cztery lata, pisałam juz na murze naszej posesji w Krakowie bezbłędnie różne krótkie wyrazy, za co dostawałam od mamusi po łapach.

Magdalena

Samozwaniec, 1933

– To dziecko bardzo źle skończy – mawiała – gotowa jeszcze zostać pisarką!

I rzeczywiście, ledwo trochę podrosłam, a talent pisarski zaczął mnie rozpierać. Więc najpierw powstała parodia słynnej pisarki Heleny Mniszek pod tytułemNa ustach grzechu,która otwarła mi drogę do sławy; następnie sukcesy szły juz jedne za drugimi.

Potem pierwsze zamąźpójście, kariera dyplomatyczna męża, zagranica, królowie i książęta, którzy rzucali mi pod nogi pęki róż („Marechal Niel”), cukry i wszelkie frukty. Ale to nie zadowalało mojej ambicji, pragnęłam zostać sławną pisarką, a przy tym tęskniłam do ciszy i spokoju ukochanej Kossakówki.

Po drugiej wojnie światowej zabrałam się znów ochoczo do pracy. Choć nie ukrywam, że było mi ciężko podnieść się po wojennej zawiei. Odeszli wszyscy moi bliscy: Tatko, Mamidło, Lilka. Gdyby nie Zygmuś, nie wiem, jak by się to skończyło. Wróciłam jednak do życia i pisałam dalej. Dzieło mojego życia – wspomnieniaMaria i Magdalena– doczekało się pięciu nakładów i stało się bestsellerem (według określenia Przybosia „pokutnicą”). Wszystkie inne moje powieści są również wyczerpane; trudno, taki już nasz los – pisarzy popularnych…

Historię mojej rodziny zna chyba każdy, kto lubi obrazy z końmi, poezję mojej siostry poetki i moje książki satyryczne. Sama dołożyłam już cegiełkę do tej wiedzy, piszącMarię i Magdalenę,której egzemplarze, mimo iż wciąż jest wznawiana, są tak trudne do zdobycia jak nylonowe rajstopy. Pomyślałam, temat zamknęłam, ale ostatnio jeden redaktor rzekł do mnie na korytarzu w Czytelniku:

– Pani Magdaleno, a może pamięta pani jeszcze coś z czasów krakowskich, czego nie opisała pani w swoich książkach?

Pomyślałam: na pewno tak jest, wszak nie jesteśmy zdolni spisać wszystkiego, bo czasu by nam brakło. Ale parę zdarzeń faktycznie, z racji zdrowia leciwych ciotek i wujków, świadomie wMarii i Magdaleniepominęłam… Zamieszczę je więc tutaj. Dla – jak to powiedziałaby moja stryjeczna siostra Zofia – potomnych.

Kossakówka, 1936

***

Wszystko zaczęło się w Krakowie. W miejscu bajecznym, a obecnie dla mnie wrogim. Dom rodzinny, willę przy późniejszym placu Kossaka 4, nazwaną Kossakówką, kupił dziadek Juliusz od pani Zaleskiej. Miała tam całe duże gospodarstwo, bo wówczas był to typowy domek na wsi, za miastem.

Jak na malarza przystało, Dziadzio miał swoją pracownię. Kształtem przypominała rotundę, okrągłą budę z kamienną posadzką. Przesiadywałyśmy w niej z Lilką ciągle, chociaż było tam zawsze bardzo zimno. Po śmierci Dziadzia pracownia została przebudowana, ale dalej było tam strasznie zimno. Była ona dość duża, a opalał ją tylko malutki naftowy piecyk! Zimą i latem w jednym kącie siedział ojciec za sztalugami, a w drugim – póki naturalnie żył – siedział Dziadzio. Dziadek robił portrety koni dla hrabiego Dzieduszyckiego i od tego właściwie zaczęła się jego wielka kariera. Ojciec zaś najlepiej malował kobiety na koniach. To były jego dwie pasje: kobiety i konie.

Juliusz

Kossak

Moim zdaniem najpiękniejszy portret konny zachował się w Warszawie. Przez dłuższy czas wisiał na wyścigach. Był to portret konny pani Zandbangowej. Sama pani Zandbangowa nie była może pięknością, ale była szalenie uroczą osóbką.  

Wojciech

Kossak,

Amazonka. Portret

Marii Zandbang,

1913

Ojciec nie gonił nas z pracowni jak Dziadzio. Lubiłyśmy z Lilką patrzeć, jak pracuje, jak na czystym płótnie potrafi coś wyczarować. Najpierw robił oko, potem nos, ucho, w końcu owal… Najbardziej lubiłam jego niedokończone szkice – były to genialne rzeczy. Kiedy ojciec przechodził do nakładania farb, zawsze mówiłyśmy, że Tatko popsuł właśnie obraz. Popsuł, bo zaczął go „wylizywać”. Pozujące panie musiały przecież być piękne, często więc trzeba było poprawiać naturę pędzlem. Do tego na obrazie musiały być błyskotki, których najczęściej panie nie miały, czyli sznury długich pereł, diamentowe kolie, lisy…

Lubiłam tez jego pejzaże. Zawsze chętnie jeździłyśmy z ojcem w plener. Podczas podróży Tatko nagle się zatrzymywał i podając nam kocyk, mówił:

– O tutaj, dziewczynki, staniemy!

Wyciągał wtedy z samochodu małą, podręczną kasetę i na płótnie raz-dwa ciap, ciap. Po kwadransie rodził się cudny obrazek. Czy to brzozowy lasek, czy jakiś strumień zgubiony w zaroślach. Te jego pejzaże zawsze wprawiały mnie w zdumienie. Dziwiłam się, że można tak pięknie uchwycić przyrodę. Kolory, dobór barw, tematów. Najbardziej lubił malować jesień. Największą przyjemnością było patrzeć, co na tym pustym kawałku kartonu czy deseczki, którą wiózł ze sobą, cudnego wyczaruje…

Jeśli chodzi o osobę samego Dziadzia, to niewiele pamiętam. Był zawsze gdzieś z boku, wciąż pracował. Nie lubił, kiedy kręciłyśmy mu się pod nogami. Jedną rzeczą, której nie mogę zapomnieć i odżałować, a która należała do Juliusza Kossaka, była jego sztaluga. Miałam ją bardzo długo. Cudna sztaluga dziadka w formie łabędzich szyjek.

Wojciech

Kossak, Jurata 1937

Kiedyś – było to juz po wojnie – złamałam się i ofiarowałam ją jednemu z malarzy krakowskich. Bardzo teraz tego żałuję, bo naprawdę była przepiękna. Unikatowa. Ale koniec na tym.

Często, patrząc na dzieci znajomych, zastanawiam się, dlaczego dzieci sławnych ludzi nie zawsze są udane? Może to żony i matki nie są na odpowiednim poziomie?… U nas – Kossaków – właśnie żony i matki były bardzo udane. Chociażby babcia Juliuszowa Kossakowa. To była zupełnie niepospolita kobieta. Pamiętam ją jako już bardzo starą osobę. Kochała mnie najbardziej ze wszystkich wnuczek. Bo ja, jak babunia była chora, siadywałam na jej łóżku i opowiadałam bajki własnej kompozycji, tak zwaneCzarodziejskie bajki Madzi,których słuchała z zapartym tchem. Namawiała mnie, żebym wymyślała wciąż nowe opowieści. Wierzyła w mój talent. Mama moje pisanie nazywała zawsze fanaberią…

Juliusz

Kossak Juliuszowa Kossakowa

Dalej właśnie nasza mama, tez kobieta nietuzinkowa. Mało osób wie, że miała duży talent pisarski. Jej listy to prawdziwe kompozycje literackie. Niewiele się tego zachowało, ale pisanie listów to kolejna specjalność rodziny. Listy pisała mamusia, Lilka, ja, ale też ojciec. I pisał je szalenie zabawnie. Najbardziej śmieszy mnie jego list do matki z Ameryki. Tam, dzięki Paderewskiemu, dostał się do kręgów bardzo bogatych ludzi i zaczął mieć mnóstwo zamówień, a co za tym szło, bardzo dobrze zarabiał. Ale w liście napisał:

Maniusia,

przyślij mi koniecznie dwie pary moich starych spodni. Jedne są w dyskretnym miejscu trochę przedarte, ja tutaj każę wyciąć łatę i załatam te przedarte.

To nie do wiary! Ojciec, który zarabiał wtedy minimum sto dolarów dziennie, zbierał wszystko dla nas. Wszystkie pieniądze posyłał mamusi na rachunek bankowy, a sam prosił, żeby mu przesłała do Ameryki stare portki… Tym to dziwniejsze, że ojciec zawsze chodził świetnie ubrany. Niesłychanie dbał o siebie. Po latach zdaje mi się, że zamiłowanie do strojów moja siostra i ja przejęłyśmy właśnie od niego. Mama była bardzo oględna w sprawach paryskich kapeluszy czy modnych toalet. Ojciec zawsze musiał mieć wszystko w najlepszym gatunku. Najdroższe. Jego cudowne kapelusze borsalino z pięknego filcu…

Dzisiaj myślę, kim bym była, gdyby nie to, że moim ojcem był właśnie On – Wojciech Kossak. W domu mówiło się, że Lilka i Jurek są mamy, ja zaś właśnie jego! Zawsze byłam z tego stwierdzenia bardzo dumna.

Wojciech

Kossak, Kair 1937

Jerzy

Kossak

Z Jerzym, moim najstarszym bratem, nie miałam zbyt wielkich kontaktów i nie tęskniłam za nimi. Zawsze były poprawne. Był moim bratem i z tego powodu darzyłam go szacunkiem, ale wiele się popsuło w czasie wojny i nie chciałabym do tego wracać. Może nie było w tym winy samego Jurka, ale jego drugiej żony, której nigdy nie lubiłam i – zapewniam – miałam powody. Nawet teraz, po śmierci Jurka, rządzi się Kossakówką jak swoim! Ale nie warto zawracać sobie tym głowy. Co innego z moją siostrą – Lilką.

Madzia

i Lilka Kossakówny

Z Lilusią szalenie się kochałyśmy i zarazem szalenie kłóciłyśmy. Biłyśmy się, rzucałyśmy w siebie książkami, a potem się przepraszałyśmy, i to nie jako smarkule, ale dorosłe kobiety. Jak któraś drugą porządnie uderzyła, dokuczyła, to czym prędzej szła do miasta i kupowała jej prezent, żeby przebłagać, przeprosić. Pogodzone znowu żeśmy płakały z rozczulenia. Swoją drogą, zupełnie jak dwie wariatki…

Mój Boże, co myśmy wyrabiały! Nic dziwnego więc, że Kraków patrzył na nasze zachowanie – mówiąc oględnie – dziwnie. Biedna nasza mama, ileż to się nasłuchała o długości spódnic, fryzurach panienek, poglądach i… towarzystwie, w jakim panienki Madzia i Lila się obracają. Zgroza!

Najlepsza historia przydarzyła się na Riwierze, na którą pojechałyśmy oczywiście razem. Ciągle tam jęczałam, chorowałam, miałam jakieś nieszczęśliwe miłości, poza tym rozchodziłam się wówczas z mężem; w ogóle nudna byłam strasznie, o czym moja siostra pisze w listach do matki. I oto taka sytuacja. Moja siostra siedzi na ławeczce w Nicei, czekając na mnie, a tutaj przysiada się do niej jakiś mężczyzna. Zaczęli rozmawiać. Ów jegomość pyta Lilkę:

– Co pani tu robi sama?

A ona mu na to:

– Jestem pielęgniarką, przyjechałam z chorą umysłowo osobą, którą się opiekuję…

Jegomość zerknął na poważną twarz Lilki i nie pytał już o nic, po czym za chwilę przychodzę ja, w bardzo ładnej letniej sukni – siadam obok niej. Facet tak się bokiem na mnie spojrzał, że niby to ta umysłowo chora, szybko się pożegnał i odszedł „łowić” gdzie indziej niewinną rybkę na upojny wieczór. W hotelu Lilka ze śmiechem opowiedziała mi całe to zdarzenie. Takie figle potrafiła płatać.

Tak, moi drodzy, ona była szalona figlarka! Nikt by nie pomyślał po jej wierszach, tak sentymentalnych, tak głębokich, nieraz filozoficznych, że miała tyle prostoty w sobie.

Lilka pisała od zawsze. Od, że tak powiem, najmniejszego dzieciństwa. Miała sześć lat i pisała juz wierszyki nie gorsze od tych, które dzisiaj szacowne pisarki piszą dla dzieci. Częściowo zachowały się jej bruliony pełne tych śmiesznych rymów i niesłychanie naiwniutkich sformułowań. Pamiętam jeden z nich o naszym psie Bobciu:

Wyszedł Bobcio ze swej budki 

tam gdzie rosną niezabudki, 

tam gdzie maki, malwy rosną, 

jak to zwykle bywa wiosną.

Zupełnie głupiutki, ale jaki słodki. Mając pięć, sześć lat, pisała juz bezbłędnie. Od razu nauczyła się francuskiego, niemieckiego – nadzwyczajnie była zdolna. Cudowne dziecko.

Była bardzo zmienna. Nastrój, w jakim się znajdowała w danej chwili, zależał od tego, co właśnie przeżywała. Gdy była szczęśliwie zakochana, to była wesoła, promienna, a jak była nieszczęśliwie zakochana czy porzucona, to – smutna, melancholijna, kapryśna. Raczej skryta. Nikomu się nie zwierzała, nawet mnie. Jeśli już, to bardzo, bardzo rzadko. I nigdy się nie śmiała, chociaż mówiła doskonałe dowcipy, ale się nie śmiała, bo – jak mawiała – „śmiech to zmarszczki”…

Już wtedy, mając osiemnaście lat, o tym myślała! I rzeczywiście buźkę do końca miała gładziutką, bez jednej skazy. Była bardzo piękna. Twarz miała jak jajeczko wielkanocne. Miała przepiękną cerę, jak płatek róży. Jest taki jej wiersz:

Póki

mam

twarz białą z różowym 

bez

żadnych zmarszczek na skroni, 

marzyć o tym lub owym 

nikt

mi nie wzbroni…

Maria

Kossak, 1927

Jednym z najpiękniejszych atrybutów Lilusi były włosy. Ach! Jak ja jej ich zazdrościłam! Z figurą było u niej gorzej. Miała krzywicę. Wtedy nie umieli tego leczyć. Zrobili jej krzywdę, co zaciążyło na późniejszym jej życiu. Nosiła ortopedyczny gorset. Maskowała go woalami, szalami, pelerynami i właśnie włosami. Włosy miała popielate, szalenie bujne i gęste. Ale zrobiła sobie krzywdę, bo kiedy zaczęła się moda krótkich włosów, to poszła i kazała sobie, idiotka, te przepiękne, bujne włosy, które zasłaniały jej figurę jak olbrzymi płaszcz Madonny, obciąć. Potem bardzo tego żałowała, napisała nawet wiersz:

Włosy

Wrócicie, długie włosy. Czyhajcie w pobliżu, 

W szumie drzew, w błyskawicach i nadmorskiej bryzie — 

Wzrośniecie w Ameryce, obcięte w Paryżu, 

A moda spojrzy chmurnie i usta

zagryzie.

Szumią

strumienie

brzozy i rozwiane palmy,

Trzaska

włos elektryczny, kręte błyskawice. 

Włosy! W promieniach waszych jak świece są palmy, 

Niech

ondulacji morza nie krają nożyce!  -

Rozwiejcie

się na plażach, loki, grzywy, płaszcze,

Niech

dzikość żeńskiej grozy chorągiew rozwinie.

Niech

was wiatr rozczesuje, masuje i głaszcze,

A inni niech w was usta utopią jak w winie.

Cóż

nam

ciężar i szpilek stutysięczne ości?

Zakochamy

się znowu w bezsensie, w bezmiarze -

Wrócą długie, gorące i dzikie miłości,

Czesane

wzdłuż i na bok grzebieniami marzeń!

1

1927

Lilka potrafiła pisać wszędzie i na wszystkim. Siedząc przy rodzinnym stole, gdzie siedzieli wszyscy, głośno rozmawiając i śmiejąc się. Klęczała wówczas na poduszce, opierała zeszycik na stole i pisała, co jakiś czas wtrącając się do ogólnej rozmowy. Albo w ogrodzie, pracowni, albo kiedy razem jeździłyśmy na rowerach na Bielany. Kładła się w rowie na brzuszku, na jakimś kocyku, i tworzyła. Nigdy nie było:

– Nie przeszkadzajcie mi, bo ja piszę!

Albo coś w tym rodzaju. Szalenie jej tego zazdrościłam.

Ja nie mogę pisać, gdy jest ktoś w pokoju! Pod tym względem jestem trudna i nerwowa. Lilka nie. Jej to płynęło jak słowikowi śpiew, teżmu przecieżw śpiewie nie przeszkadzają ludzie. Mamidlo chodziło więc za Lilusią i zbierało te zapisane na karteluszkach wierszyki, którymi ona dzieliła się na prawo i lewo. Nie przykładała bowiem do nich zupełnie wagi. To mama, zakochana w swej młodej poetce – od zawsze wierzyła w jej wielki talent – gromadziła te cenne myśli w jeden brulion.

Dla naszych mężów byłyśmy bardzo nieznośne. Nie dla wszystkich oczywiście. Moja siostra szalenie była zakochana w Pawlikowskim, w swoim drugim mężu. Pierwsze jej małżeństwo to była taka próba małżeńska i Lilka chyba nigdy nie brała go na serio. Więc on, czyli Bzowski, był poczciwym i bardzo zacnym hreczkosiejem. Ułanem ze szlacheckiej rodziny, wychowanym w niemieckiej szkole kadeckiej. Bardzo przystojnym… Nie powiem, wszyscy nasi mężowie byli bardzo przystojni – innych się nie uznawało. Ale wracając do Bzowskiego. Wysoki blondyn o niebieskich oczach, ślicznie zbudowany, ale z jego umysłowością było bardzo słabiutko…

Także w listach do matki z tej epoki Lilka nazywa go „kapistą”. Ciągle go wyśmiewała, nie brała na serio, lecz bardzo była nieszczęśliwa. To małżeństwo trwało dwa lata i potem poznała właśnie Pawlikowskiego.

Boże, jaka wybuchła miłość, miłość taka pierwsza, wielka i szalenie gorąca z obydwu stron! Nim się pobrali, pisali do siebie piękne listy, spotykali się ukradkiem na Wawelu, wśród ruin i zakamarków. Wszystko tak pięknie się zapowiadało. Tylko on, jak to on, już gdy się pobrali i wszystko było dobrze, okazał się typowym mężczyzną – zaczął rozglądać się za innymi kobietami. Zmajstrował jednej z kochanic dziecko i…the end.Koniec. Lilka zdrady nie potrafiła wybaczyć.

Natomiast trzeci, Lotek – bo lotnik – Jasnorzewski, był naprawdę jej oddany aż do ostatniej chwili życia. To był szalenie uroczy człowiek, bardzo się przyjaźniliśmy. Widziałam go w Londynie kilka lat temu. Tak o niej mówił, jak gdyby nadal żyła. To znaczy „Lilusia lubi to”, „Lilusia tamto”… Kochał ją bardzo. Naprawdę miała w nim oparcie, chociaż rodzice byli bardzo temu mariażowi przeciwni. Bo to nie szlachcic, bo to już kolejny etc. Ojciec wymusił na mnie, żebym też oponowała przeciw temu małżeństwu, Lilka z miejsca odebrała to jako zdradę z mojej strony, ale jak mogłam stanąć przeciwko rodzicom?!

Stefan

Jerzy „Lotek” Jasnorzewski w ogrodzie Kossakówki, 1936

Bez

ich zgody i bez ich udziału pobrali się w trzydziestym pierwszym roku. Tatko bardzo to przeżył, Mamidło przez kilka dni nie wychodziło z kościoła, modląc się za wyrodną córkę. Wzięli ślub cywilny w Poznaniu, bo tylko tam udzielano takich ślubów. Lilka sprawiła sobie na tę okazję prześliczną, długą, jedwabną, seledynową sukienkę. Do ślubu z Bzowskim – jak dziś pamiętam – poszła w szafirowej. Do tego miała duży płaski kapelusz z tego samego jedwabiu, ozdobiony bławatkami. Z Pawlikowskim zaś – nie pamiętam… To były te ubogie czasy pod koniec pierwszej wojny, na nic nie było pieniędzy. Zresztą na rozwód kościelny z Bzowskim ojciec wydał taką masę pieniędzy, że aż strach. Tak nas ten Tatko kochał…

Trwało to trochę, adwokaci jeździli specjalnie do Rzymu. Mój Boże, jakie to powody trzeba było wymyślać! Powiem tylko, że w tych jakże uroczych czasach to były straszne rzeczy i zupełnie średniowieczne.

O ironio, po latach śmiem twierdzić, że ten, który Mamidłu najmniej pasował jako zięć, najbardziej kochał jej najstarszą i najbardziej ukochaną z córek. Tak, wiem, co mówię. Ja byłam, bo byłam. Dla mamy – nie miałam jej tego za złe – liczyła się zawsze tylko Lilka, wszak faktycznie była wspaniała i jedyna w swoim rodzaju. A ja? Ot, taka sobie prosta Madzia…

Maria

Bzowska, 1916

Lilka była szalenie dobra, że aż potrafiła być bardzo zła. Wstydziła się, że ma takie tkliwe serce. Momentami potrafiła więc być bardzo oschła i złośliwa. Ostatnio wpadła mi w ręce jej sztukaZalotnicy niebiescy.Przeczytałam ją jednym tchem i tam jest tak dużo z niej, że aż strach! Mogę śmiało powiedzieć, żeZalotnicyto historia jej życia z Jasnorzewskim.

Nie powiem, w latach przedwojennych potrafiłyśmy się znakomicie bawić i brać z życia pełnymi garściami. Dużo czytałyśmy Czechowa, Dostojewskiego, Twaina, Balzaka, słuchałyśmy Chopina, Gershwina – szczególnie Lilka zasłuchiwała się w jazzie. Często wpadałyśmy do stolicy, korzystając z pokoiku przy pracowni ojca w Bristolu. Tam obracałyśmy się w towarzystwie cyganerii. Prawie codziennie punkt dwunasta piłyśmy kawę w kawiarence na Mazowieckiej z Tuwimem, Iwaszkiewiczem, Iłłą – nie piło się wówczas aperitifów, tylko pół czarnej w szklance i pączek, to przed obiadem. Na spotkania w samo południe [w latach dwudziestych] przychodził też Żeromski, bardzo byłyśmy wzruszone, kiedy poznałyśmy go osobiście. Prócz mężczyzn, przychodziły tam ówczesne „koty”, nie mylić z kokotami – adoratorki tych sławnych ludzi.

A proposkotów… Przypomniała mi się przezabawna historyjka. Otóż, było to już po wojnie, z moją ukochaną Kucharcią na Kossakówce hodowałyśmy kotkę syjamkę. Pewnego razu kotka dostała rui. Dbając o jej samopoczucie i zdrowie psychiczne, sprowadziłam jej rasowego kawalera. Koty się obwąchały – syjamczyk wypił kotce mleko i nic…

Zła, pobiegłam zadzwonić do przyjaciółki, żeby sobie zabrała tego leniwca. Pobiegłam do „Noworolskiego”, tam za niewielką opłatą był ogólnodostępny telefon. Aparat stał na bufecie, między stolikami, zrozpaczona, że ten syjamczyk tak się nie udał, podbiegłam do nieszczęsnego telefonu, a krakowskie dewotki siedzące naokoło przy stolikach już nadstawiły uszy.

– Coś