Z ogniem - Joanna Sendłak - ebook
lub
Opis

Oparta na faktach powieść o płomiennym romansie, który rozkwitał mimo odległości dzielącej zakochanych. To historia młodej, niepokornej artystki walczącej o należne jej miejsce w świecie zdominowanym przez mężczyzn, z szykującą się do wojny Europą w tle.

Grażyna Bacewicz i Andrzej Biernacki poznali się w Warszawie w 1935 roku. Ona, dwudziestosześcioletnia wówczas kompozytorka i skrzypaczka po studiach w Warszawie i Paryżu. On, trzydziestodwuletni lekarz, który dzięki stypendium wyjechał na przełomie lat 1935 i 1936 na roczny staż do Wiednia, Rzymu, Davos, Paryża, Szczecina, Hamburga i Berlina. Właśnie ten rok rozłąki narzeczonych, zaowocował listami, na których została oparta powieść wnuczki skrzypaczki.

Joanna Sendłak – wnuczka Grażyny Bacewicz i Andrzeja Biernackiego. Urodziła się i studiowała w Warszawie, najpierw malarstwo na Akademii Sztuk Pięknych, potem filozofię na Uniwersytecie Warszawskim. Wystawiała obrazy w galeriach, publikowała opowiadania w pismach literackich. Wydała trzy powieści: Szklanka ambrozji, Fano i filozofowie i Marzyciel z 76th Street.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 0


Redakcja i korektaAnna Mieczkowska

Projekt graficzny okładkiMałgorzata Rokicka

Zdjęcia na okładce pochodzą z archiwum rodzinnego autorki

Skład i łamanieAgnieszka Kielak

© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2018 © Copyright by Joanna Sendłak, Warszawa 2018

Wydanie pierwsze ISBN: 978-83-63842-73-4

Wydawca Agencja Wydawniczo-Reklamowa Skarpa Warszawska Sp. z o.o. ul. Borowskiego 2 lok. 205 03-475 Warszawa tel. 22 416 15 81 redakcja@skarpawarszawska.plwww.skarpawarszawska.pl

Dystrybucja: Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. Sp. j. 05-850 Ożarów Mazowiecki ul. Poznańska 91 e-mail: hurt@olesiejuk.pl tel. 22 733-50-10

Wstęp

Grażyna Bacewicz i Andrzej Biernacki poznali się w Warszawie w 1935 roku.

Ona, wówczas dwudziestosześcioletnia kompozytorka i skrzypaczka, była już po studiach w Konserwatorium Muzycznym w Warszawie u profesora Kazimierza Sikorskiego (kompozycja) i Józefa Jarzębskiego (skrzypce), które ukończyła w 1932 roku. Odbyła też podróż do Paryża, gdzie studiowała kompozycję pod kierunkiem Nadii Boulanger.

On, kiedy poznał Grażynę, miał trzydzieści dwa lata. W 1928 roku skończył studia medyczne na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Warszawskiego i otrzymał dyplom lekarza. Jeszcze podczas studiów, latem 1925 roku, szkolił się w Paryskim Instytucie im. L. Pasteura. Cały rok 1929 spędził w Brazylii, gdzie w polskiej kolonii „Orzeł Biały” w stanie Espirito Santo zbierał materiały dotyczące tamtejszych warunków zdrowotnych. Na przełomie lat 1935 i 1936 otrzymał stypendium naukowe Fundacji im. J. Potockiego, dzięki któremu wyjechał na roczny staż, najpierw do Wiednia, później do Instytutu C. Forlaniniego w Rzymie, następnie do Davos, Paryża, Szczecina i Berlina.

Właśnie ten rok rozłąki Andrzeja i Grażyny, wówczas narzeczonych, zaowocował listami, na których została oparta powieść. W tekście książki fragmenty autentycznych listów oznaczone są kursywą i zachowano w nich oryginalną pisownię.

Grażyna w 1935 roku brała udział w I Międzynarodowym Konkursie Skrzypcowym im. Henryka Wieniawskiego w Warszawie, na którym otrzymała pierwsze wyróżnienie. Już wtedy Andrzej był u jej boku. On sam w jednym z listów do Grażyny wspomina:

Kiedyś nie mogłem zasnąć i zacząłem sobie przypominać wszystkie spotkania z Tobą „wcześniejsze”. Przypominam sobie, przypominam i nagle uświadamiam sobie, że pamiętam je o wiele lepiej, niż jakiekolwiek inne zdarzenia z tego czasu. Nie mówię już o takich zdarzeniach jak koncert w Konserwatorium, szaleństwo w Adrii (pamiętam jak dzisiaj: siedzieliśmy po krótszej stronie i dalszej od parkietu w loży i dziwiłem się, że stawiasz takie długie kroki w tańcu jak na kobietę), ale np. spotkanie kiedyś na Mazowieckiej. Rozmawialiśmy w banalny sposób, ale pamiętam to jak wczoraj.

Na koncertach spotykałem Cię z B. i pamiętam zawsze, jaki miałaś męski sposób podawania ręki, pamiętam ruchy, zmiękczenie niektórych wyrazów, jednym słowem moc rzeczy. Czy ja zdawałem sobie wtedy sprawę z kim rozmawiam, z kim tańczę? Jakie to dziwne i jakie rozkoszne!

Czas, który spędzili w oddaleniu, okazał się trudny do wytrzymania zwłaszcza dla energicznej Grażyny. Zdarzały się momenty tęsknoty, zwątpienia we wspólną przyszłość. W takich chwilach, żeby odegnać przykre uczucia, rzucała się w wir pracy, całodziennych, niekończących się zajęć: grała w orkiestrze Polskiego Radia pod dyrekcją Grzegorza Fitelberga, komponowała – przeważnie nocami – występowała z Kwartetem smyczkowym, w którym grała I skrzypce, brała udział w solowych koncertach radiowych i recitalach skrzypcowych. A jednak, od czasu do czasu, wracały chwile bolesnej tęsknoty.

W liście z 3 marca 1936 r. Grażyna pisała:

Widzisz, jestem człowiekiem, który nie zna miary. Jak bez miary Cię kocham, tak samo łatwo wpadam w rozpacz bez miary z powodu Ciebie, w ogóle wszystko u mnie w życiu jest przeolbrzymione. Mam nadzieję, że wyleczysz mnie kiedyś z tego, jak będziemy razem żyć – naturalnie z wyjątkiem miłości do Ciebie.

Andrzej, z dalekiego Rzymu, pisał 6 marca 1936 roku:

Nasze życie, nasze wspólne życie jest dla mnie sprawą najważniejszą! Ten sam, zupełnie ten sam żal za chwilami, które mijają na rozłące i ja przeżywam i jak mocno! Czy ja to łatwo znoszę, czy nie chciałbym powrócić? Przysięgam Ci Najdroższa, że nigdy nie przeżywałem takiej tęsknoty i nigdy nie okaleczyłem sobie tak strasznie życia jak teraz! To, że się nie użalam tak bardzo, to przecież niczego nie dowodzi, nic a nic, że nie cierpię! Czy to wszystko warto? Czy warto się tak męczyć? Czy nie robimy szalonego głupstwa? Grażynko! Moja Najdroższa, Moja Najukochańsza, ja jestem w coraz większej rozterce!

Obydwoje byli jednak ludźmi ambitnymi, silnymi osobowościami, żadne z nich nie wyobrażało sobie życia bez pracy. W tamtych czasach kobieta wyłamująca się ze stereotypów, niezależna, samodzielna, odnosząca sukcesy była wyjątkiem. Grażyna pragnęła dorównać otaczającym ją mężczyznom, nie lubiła być traktowana z pobłażaniem, z przymrużeniem oka. Jako żona mogłaby zadowolić się rolą kobiety ciepłej, dbającej o domowe ognisko, tymczasem pragnęła tworzyć, wyrwać się ze schematów, czuć się wolna.

W liście z 22 stycznia 1936 roku pisała:

W ogóle coraz wyraźniej widzę, że kobieta, która ma do czynienia ciągle z mężczyznami, jeżeli chce, żeby ją szanowali, musi zadzierać nosa. Żałuję, że to nie leży w mojej naturze. Mam nadzieję, że jednak zmuszę się do wyrobienia w sobie trochę udawanej zarozumiałości. To jest najlepsze lekarstwo na mężczyzn.

Miłość, która przebija z ich listów, sprawiła, że zdołali przetrwać rozstanie.

Dziś, w czasach natychmiastowej komunikacji, trudno sobie wyobrazić, co przeżywali zakochani, czekając kilka dni na odpowiedź drugiej osoby.

W liście z 6 kwietnia 1936 roku Andrzej pisze:

Moja najdroższa! Jaka to okropna rzecz odległość, rozmowa listami, oczekiwanie! Ja myślę dzisiaj, że jest to główny powód wszystkich moich (a może i Twoich) niepokojów i zmartwień. Czy ja mogę z Tobą rozmawiać? To jest wszystko zupełnie fikcja! Piszę list w chwili, gdy Ty piszesz inny. Dostaję i odpisuję na list w chwili, kiedy Ty dostajesz i odpisujesz coś zupełnie innego, to można na prawdę sfiksować!

W końcu pokonali rozterki i zdecydowani na zawarcie małżeństwa szukali mieszkania, w którym osiądą po ślubie. Pobrali się 6 sierpnia 1936 roku w kościele Świętego Aleksandra w Warszawie.

Historia ich uczucia biegnie na tle dojrzewającego w Niemczech i we Włoszech faszyzmu. Widzimy losy młodych ludzi pełnych żaru i ambicji, ich życie toczy się w skromnych finansowo warunkach, w otoczeniu rodziny, przyjaciół i współpracowników.

Z ogniem

Szczupła szatynka weszła do pokoju i postawiła walizkę na podłodze. Rozejrzała się. Wnętrze przypominało klasztorną celę z wyżłobionymi w ścianach niszami, schodkami prowadzącymi do okna i żelaznym łóżkiem ustawionym w rogu pokoju. Pod ścianą stało drewniane krzesło. Grażyna usiadła na nim i zrzuciła z nóg pantofle. Dopiero teraz ogarnęło ją zmęczenie. Od dawna była przepracowana, wykończona nadmiarem zajęć, a w pociągu nie zmrużyła oka. Aż do Krzemieńca był straszny tłok, jakiś facet, który siedział przy oknie, zaczął się awanturować, chciał, żeby zgaszono światła, więc w przedziale zapadła ciemność. Przymknęła oczy, miarowy stukot pociągowych kół sprawiał, że zajęła się liczeniem dźwięków: cztery puknięcia szyn, dwa kół, brzęk semaforów, cztery puknięcia szyn, dwa kół… tak w nieskończoność.

Nagle otworzyła oczy, bo w ciemności stuknęła odrzucana na środek przedziału torebka. Jej torebka, w której miała pieniądze i dokumenty. Pochyliła się, macała na oślep, w końcu znalazła ją, a kiedy do przedziału wpadł snop światła z mijanej stacyjki, sprawdziła zawartość. Nic nie zginęło. Jej serce tłukło się jak szalone, dłonie skostniały ze strachu. Tak ciężko pracowała, żeby zarobić kilka groszy na podróż, a przecież chciała kupić matce[1] zimowy płaszcz, siostrze Wandzi[2] maszynę do pisania, i koniecznie musiała oddać bratu Kiejstutowi[3] pieniądze, które kiedyś dał jej na studia w Paryżu! No i skrzypce – nie miała dobrych skrzypiec, a na czymś musiała grać, wiele traciła, koncertując ze złym instrumentem. Przycisnęła torebkę do brzucha i zastygła w bezruchu, co mogła zrobić? Awanturować się? Krzyczeć? Po co? W jakim celu? Mężczyzna udawał, że śpi, ona zrobiła to samo. Dopiero w hotelu zmęczona upadła na łóżko, ale nie potrafiła zasnąć.

Po południu rozpoczęły się obrady. Brała w nich udział jako jedna z niewielu kobiet. Dyskutowano o reformie szkolnictwa muzycznego, sprawach stypendiów, amatorstwa muzycznego, muzyki kościelnej, kwestii wydawniczej, o płytach, propagandzie muzyki współczesnej. Teraz jej kolega, kompozytor Roman Palester[4], czytał cichym głosem swój referat – „O roli społecznej kompozytorów”. Dawniej czerpałaby satysfakcję z faktu, że mogła zabierać głos na równi z innymi kompozytorami, ale teraz myślała o mężczyźnie, który został w Warszawie. Kiedy głosowano za utworzeniem Izby Muzyków, widziała jego twarz, może zbyt okrągłą, ale skupioną, chwilami surową. Na nią zawsze patrzył z czułością, w jego oczach wyczuwała miłość.

Andrzej po raz pierwszy spotkał Grażynę na koncercie w Filharmonii Warszawskiej. Przedstawił ich sobie Bogdan[5], skrzypek, z którym wspólnie wynajmował mieszkanie. Poczuł mocny uścisk dłoni, zbyt mocny jak na kobietę, tak wtedy pomyślał.

Ona zaśmiała się i spytała:

– Naprawdę lubi pan starego Dukasa[6]?

– Wyobrażasz go sobie tańczącego z miotłą, Grażynko? – spytał z powątpiewaniem Bogdan.

– Owszem, dlaczego nie?

– To poważny lekarz, który zbawia świat.

– Daj spokój, stary, ta piękna kobieta pomyśli, że jestem ponurakiem.

– Więc potrafiłby pan latać na miotle? – zainteresowała się Grażyna. Niebieskie oczy błysnęły figlarnie spod ciemnych rzęs.

– Jeśli pani rozkaże…

– Oj, uważaj, ta drobna istota trzyma w garści cały Kwartet. Trzech facetów słucha jej bez mrugnięcia oka.

– Z wyjątkiem ciebie, Bogdanie. A może zamierzasz opuścić nasze szeregi?

– Nigdy! Beze mnie posypalibyście się na pierwszym koncercie, nie bój się, moja droga, zostanę do końca, nawet jeśli pójdziemy na dno. Kapitan ostatni schodzi ze statku!

– Zapominasz, że to ja jestem kapitanem! – stwierdziła cierpko Grażyna i zerknęła na Andrzeja. Przez dłuższą chwilę nie odwracała wzroku, w końcu powiedziała do Bogdana:

– Przyprowadź do nas doktora w niedzielę na obiad, mama się ucieszy, uwielbia poznawać ludzi!

– Przyjdę z radością, dziękuję za zaproszenie. – Andrzej ukłonił się szarmancko.

Grażyna odwróciła się i znikła w tłumie.

– Co za dziewczyna! Dobrze ją znasz?

– Uważaj, to istny wulkan.

– Cudowna, fantastyczna!

– Już przepadłeś, mój drogi. – Bogdan z troską poklepał ramię doktora.

Po obradach zorganizowano koncert. Grażyna poszła się przebrać. Nie czuła głodu, chociaż podczas ostatniej doby zjadła tylko kanapkę z serem. Wyjęła z walizki wieczorową suknię. Kiedy zapięła zamek, pomyślała, że znowu schudła. Chwyciła skrzypce i wybiegła z pokoju. Koncertu nie pamiętała, walczyła z tremą. Zawsze, kiedy wychodziła na estradę, czuła zdenerwowanie, a dziś akompaniator spóźnił się z wejściem fortepianu o całe pół taktu, co wytrąciło ją z równowagi.

Po koncercie wszyscy poszli do restauracji, a raczej knajpy przypominającej dworcową spelunkę. Ktoś zamówił dla Grażyny małą wódkę, więc wypiła bruderszaft z drugą skrzypaczką.

– Eugenia[7].

– Grażyna.

Objęły się i pocałowały w policzki. Potem Grażyna wymknęła się z knajpy i wróciła do swojej celi. Nareszcie usnęła. Nawiedził ją przyjemny sen: siedziała w objęciach Andrzeja na kanapie w jego mieszkaniu przy Kopernika, razem słuchali nagrania Ucznia czarnoksiężnika. Ciekawe, co teraz robił Andrzej? Kiedy pierwszy raz widział ją na estradzie Filharmonii, miał zabawną minę, chyba nie spodziewał się, że jest tak dobrą skrzypaczką. Jego podziw odczuła jak ciepło rozchodzące się po całym ciele. Wtedy pomyślała, że dopłynęła do spokojnej przystani, że przy nim zawsze będzie się czuła bezpieczna, niezależnie od okoliczności.

Andrzej kochał muzykę i nie ingerował w jej sprawy warsztatowe, których strzegła jak skarbu. Nikomu nie zdradziłaby muzycznych pomysłów, żadnemu kompozytorowi ani wykonawcy! Czasami myślała dźwiękami, jakby chodziła pod niebem zbudowanym z kombinacji cyfr, rozbieganych, pulsujących barwą. Zdarzało się, że temat fugi Bacha godzinami brzmiał w jej uszach, nawet kiedy z kimś rozmawiała, wtedy oddalała się wewnętrznie, jakby patrzyła na świat przez drugą stronę lunety; codzienne sprawy traciły znaczenie, nawet miłość wydawała się przemijająca. Naprawdę ważna była tylko muzyka, ona nadawała życiu sens. Dopiero po zapisaniu nut na papierze, po wielu godzinach spędzonych przy fortepianie na poszukiwaniu zbliżonej do ideału formy brzmieniowej, mogła komuś powiedzieć o nowym utworze. Komponowała samotnie i tylko wtedy, gdy miała pewność, że nikt nie zakłóci jej prywatności.

Kiedy zbiegła ze sceny po drugim etapie konkursu Wieniawskiego, za kulisami wpadła na Andrzeja. Zachował się bardzo ładnie, nie krytykował jej, nawet się uśmiechnął i wręczył kwiaty. A przecież zagrała fatalnie, całkowicie położyła Koncert d-moll Wieniawskiego, rozczarowała wszystkich, którzy liczyli na jej wygraną. Nic na to nie mogła poradzić, nie tłumaczyła się nikomu: ani Andrzejowi, ani dziennikarzowi, który pytał o przyczynę spadku formy. Porażkę zniosła cierpliwie. Tylko jej siostra Wanda wszystko niepotrzebnie wypaplała Andrzejowi. Wieczorem podszedł do niej i szepnął na ucho:

– Nie przejmuj się, Grażynko, nikt nie zagrałby dobrze, gdyby całą noc siedział na komisariacie policji. Swoją drogą ten złodziej, niby taki miłośnik muzyki, sam sobie sprawił zawód, przyczyniając się do spadku twojej formy. Jego kulturalność była powierzchowna.

– Ale zostawił w pustym mieszkaniu skrzypce, suknię koncertową i pantofle, to miłe z jego strony.

– Szarmancki gość, bez dwóch zdań.

– Poza tym wyniósł wszystko, okradł całe mieszkanie! Teraz mamusia i Wanda boją się zostać na Długiej, będziemy musiały poszukać nowego lokum.

Andrzej nagle spoważniał, chwycił ją za łokieć i odprowadził na bok, w miejsce, gdzie nikt ich nie słyszał.

– Muszę ci o czymś powiedzieć, Grażynko – zaczął ostrożnie.

– Stało się coś?

– Nie, ale tobie pierwszej mówię. Dziś złożyłem papiery do Fundacji Potockiego[8] w sprawie stypendium. Zdaniem profesora mam spore szanse. Być może na rok wyjadę za granicę.

– Na rok?! – Oczy Grażyny stały się jeszcze większe niż zwykle.

– Do Wiednia, Rzymu, Berlina, Londynu…

– Kiedy?

– Dopiero w listopadzie.

– To już za dziewięć miesięcy!

– Widzisz, kochanie, mamy mnóstwo czasu. Jeszcze będziesz miała mnie dosyć…

Grażyna przymknęła oczy, nie chciała się budzić, jeszcze nie teraz, sen był ciepły i przytulny. Poczuła się, jakby tamta rozmowa była iluzją, nierealną fikcją. Przecież za kilka dni wróci z Krzemieńca do Warszawy, zobaczy Andrzeja, a on powie, że nie dostał stypendium, że nigdy się nie rozstaną. Usiadła na łóżku i potrząsnęła głową, żeby ułożyć gęste, ciemne włosy. Nie wytrzyma długiej rozłąki, chyba że przedtem wezmą ślub, ale w przeciwnym razie…

Ubrała się w pośpiechu, bo musiała biec na śniadanie, list pisała w biegu:

Krzemieniec, 7 lipca 1935 r.

Drogi Dudusiu!

Jesteśmy już prawie na ukończeniu obrad. W drugim i trzecim dniu wyłoniło się wiele bardzo ciekawych spraw. Śmieszną gafę na przyjęciu zrobiła Szymanowska[9], a mianowicie pomyliła starostę z kelnerem (trochę podobni do siebie) i ciągle używała go na posyłki i oburzona była, gdy siadał koło niej.

Nie pytam się o nic, gdyż nie spodziewam się odpowiedzi. Trzymaj się dobrze! Ściskam serdecznie,

Gr.

Po śniadaniu poszły z Eugenią na spacer. Po drodze wrzuciła do skrzynki list. Szły energicznie, minęły niskie domki, po chwili weszły na polną drogę. Niebo było niebieskie, wśród polnych kwiatów brzęczały pszczoły. Po powrocie do Warszawy pojedzie z Andrzejem na wieś, na Mazury. On zajął się wszystkim: wypożyczył kajak, do którego przystosował żagiel, dzięki czemu wiosłowanie nie będzie męczące, nawet załatwił namiot.

– Jesteś zadowolona z wczorajszego koncertu? – spytała Eugenia. Stanęły na chwilę, żeby obejrzeć miasto ze szczytu wzgórza. Z tej perspektywy domki przypominały nuty dryfujące nad linią horyzontu. Widok był piękny, ale zachwyt odczuwałaby pełniej, gdyby obok niej stał Andrzej. Kiedy wyjedzie za granicę, tęsknota stanie się nie do zniesienia. Grażyna poczuła irytację.

– Pianista odstawał ode mnie o pół taktu, zawsze gra za wolno – powiedziała z pretensją.

– Ja byłam zadowolona, kiedy zrobiłam vide, szybko się zorientował, chociaż niczego wcześniej nie ustalałam. Wiesz, cieszę się, że tu jestem, wreszcie odpocznę!

– A ja dziś wrócę do domu. Pójdę na stację i zamienię bilet. – W głosie Grażyny pobrzmiewała stanowczość.

– Tęsknisz za przystojniakiem, który odprowadził cię na dworzec?

– Wcale nie! Po prostu mam dużo pracy.

– Widziałam, jak na ciebie patrzył, zakochany po uszy. Muzyk?

– Na szczęście lekarz.

– Nie wolałabyś muzyka? Moglibyście razem grać, lekarz będzie rzadkim gościem w domu.

– Nie zniosłabym, gdyby ktoś wtrącał się do mojej pracy.

– Więc nie wychodź za mąż, po co?

– Gdybym nie miała męża, nikt nie traktowałby mnie poważnie.

– Ach, ci mężczyźni! Myślą, że wszystko im wolno, że są lepsi od nas, pokażemy im jeszcze, zarozumialcom!

Zaśmiały się i zaczęły biec w dół. Polna droga leniwie kładła się wśród łąk, na których pasły się stada owiec.

– Kiedy ślub? – spytała Eugenia, kiedy znowu weszły do miasta.

– Jak najszybciej, przed jego wyjazdem.

– Na długo znika?

– Na cały rok! – westchnęła Grażyna.

Godzinę później kupowała już bilet do Warszawy. Niestety, nie było bezpośredniego połączenia, więc zdecydowała się jechać do Lwowa. W ciągu dnia zwiedzi miasto, a wieczorem złapie warszawski pociąg. Nie przejmowała się trudami podróży, bo z każdą chwilą zbliżała się do Andrzeja. Po powrocie weźmie urlop w Polskim Radiu, jak najszybciej wyruszą na Mazury. Zgodziłaby się nawet na podróż dookoła świata, byleby nie musieli się rozstawać. Gdyby Andrzej kochał ją naprawdę, nie wyjeżdżałby na tak długo! „Istnieje szansa, że nie dostanie tego przeklętego stypendium od Mussoliniego” – pomyślała Grażyna ze złością. Myśli wirowały jak stado jaskółek, które świergocząc, wlatywały do gniazd przyklejonych pod dachem niedużej stacji. Na niebie nie było obłoków, a ciepły, południowy wiatr głaskał jej włosy.

– Panienka tak sama podróżuje? – zapytał jakiś żołnierz. Grażyna bez słowa chwyciła bilet i pobiegła do hotelu spakować walizkę. Wymknęła się ukradkiem, jakby uciekała ze statku pełnego szaleńców, którzy woleli spędzać czas na rozmowach niż komponować. Zaraz po powrocie, jeszcze przed wyjazdem na wieś, przeleje na papier szkic utworu, który słyszała w głowie. Kto wie, może powstanie Trio albo Kwartet lub Sinfonietta? Sześć lat temu napisała Sinfoniettęna kwintet smyczkowy, w drugiej części lekko sparodiowała starego Haydna i Mozarta. W myślach usłyszała Danse antique i zaśmiała się cicho. Potem skomponowała Sinfoniettę na orkiestrę symfoniczną, specjalnie na końcowy egzamin w Konserwatorium Warszawskim. Poza tym utworem przygotowała Sonatę na skrzypce, którą pisała podczas studiów w tysiąc dziewięćset dwudziestym dziewiątym roku, oraz II Kwartet smyczkowy, ale ten ostatni jednak wyrzuci, jak wiele wczesnych utworów, żeby nie zaśmiecały myśli. Na egzamin przygotowała także Psalm: De profundis clamavi ad Te, Domine na głosy solowe, chór i orkiestrę, tyle pracy, a oni postawili jej czwórkę! Coś takiego! Chcieli zniszczyć jej karierę! Co za absurd! Grażyna spojrzała w niebo i uśmiechnęła się na wspomnienie siedzącej ponuro komisji złożonej z surowych mężczyzn, którzy usiłowali dać jej do zrozumienia, że wszyscy uczniowie profesorów Sikorskiego[10] oraz Szymanowskiego[11] są zbyt awangardowi, że nie szanują tradycji, tylko piszą modernistyczne wydziwy. I dobrze! Dzięki temu w Paryżu czuła się absolutnie wolna, stała się prawdziwą modernistką! Jeszcze wróci na rue Lamandé i to niedługo! Kochany profesor Sikorski – odwiedzi go zaraz po powrocie do Warszawy.

W pociągu z Krzemieńca znowu nie zmrużyła oka, pewnie dlatego dzień, który spędziła we Lwowie, zamienił się w sen. Spacerowała wąskimi uliczkami, oglądała wystawy sklepów, ale miała wrażenie, że znalazła się w Łodzi. Jedna z ulic do złudzenia przypominała Księży Młyn. Gdy mieszkała z rodziną w Łodzi, uczyła się w szkole Heleny Kijeńskiej[12]. Profesor Dobkiewicz[13] napawał ją lękiem, bo kiedy patrzył przez niezwykle grube okulary, jego oczy stawały się ogromne jak meduzy. Kiedy poznała go bliżej, zrozumiała, że jest łagodny, i właśnie jemu pokazała swój pierwszy utwór, Temat z wariacjami na fortepian.

Pewnego letniego dnia tysiąc dziewięćset dwudziestego czwartego roku, tuż przed końcem roku szkolnego, kiedy atmosfera w szkole była już wakacyjna, a w klasach pachniało jaśminem kwitnącym pod oknami, Grażyna wyjęła z teczki kartkę zapisaną drobnym, odręcznym pismem i postawiła na pulpicie fortepianu.

– Co tam masz, drogie dziecko? – spytał profesor, poprawiając ciężkie okulary, które nieustannie zsuwały się z długiego nosa, odsłaniając oczy mrugające szybko jak skrzydła motyla.

– Napisałam to niedawno – powiedziała i zaczęła energicznie grać. Smukłe, niezwykle długie palce biegały po klawiaturze, z łatwością obejmowała decymę, uderzała skomplikowane akordy, których nikt nie potrafił zagrać.

Kiedy skończyła, profesor podszedł do pulpitu, wziął kartkę, podsunął tak blisko oczu, że niemal dotknął nosem papieru. Patrzył w skupieniu, a moment rozciągał się w umyśle Grażyny w nieskończoność, niemal utonęła w przestrzeni między dźwiękiem a słowem.

– Sama to napisałaś? – zapytał w końcu profesor, patrząc badawczo na okrągłą buzię piętnastolatki przypominającej bardziej pisklę niż opierzonego ptaka.

Dziewczynka kiwnęła głową i wzięła od niego kartkę, jakby bała się, że krótkowzroczne oczy profesora zetrą z niej nuty.

– To znakomite, ciekawe, bardzo pomysłowe. Interesująca figuracja, ornamenty, zróżnicowanie faktury, zmiany tonacji. I krótkie fugato, w którym powtarzasz motyw czołowy w tonacji E-dur, bardzo interesujące. Znasz Wariacje b-moll opus trzecie Szymanowskiego?

– Nie.

– Koniecznie posłuchaj, macie coś wspólnego. Dziękuję, że pokazałaś mi swój utwór, Grażynko, to dla mnie zaszczyt.

– Nie jestem do końca zadowolona…

– Myślisz, że kiedyś będziesz?

– Oczywiście!

– Życzę ci tego z całego serca, ale obawiam się, że to niemożliwe. Gdybyś naprawdę była zadowolona z jakiegoś utworu, nie czułabyś potrzeby dalszego pisania, a przecież jesteś artystką, kompozytorką, to oczywiste. Artyści, moja droga, to ludzie stale z siebie niezadowoleni. Niepewność popycha ich do tworzenia, naucz się żyć między chwilami, w których komponujesz. Inaczej zawsze będziesz czegoś szukała na oślep. Rozumiesz? – Uśmiechnął się krzepiąco i dodał:

– Myślę, że przedstawię radzie pedagogicznej propozycję wykonania twojej kompozycji w przyszłym roku na koncercie w konserwatorium. A teraz zmykaj do domu i odpocznij w wakacje. Gdzie spędzisz lato?

– Na Litwie, we wsi Ardzijauskai, u rodziny ojca.

– Dobrze, baw się, biegaj, nabieraj sił, po wakacjach zaczniemy pracę.

Wspomnienie profesora Dobkiewicza było wyraźne. Grażyna zatrzymała się i spojrzała w niebo, lato wydało się równie ciepłe jak tamto, które spędziła z rodzeństwem na litewskiej wsi. Kiedy to było? Jedenaście lat temu, dziś miała dwadzieścia sześć lat. Wtedy zamiast biegać z innymi dziećmi siedziała w pokoju i zapełniała nutami jedną kartkę po drugiej. Żadna z tamtych kompozycji nie przetrwała, a miała tyle pomysłów, nieskończoną liczbę pomysłów, które musiała natychmiast zapisać, w przeciwnym wypadku niecierpliwiła się, wszystko ją irytowało. Nie lubiła takiego stanu, ale nie potrafiła uwolnić się od niego, życie w przerwach między komponowaniem nadal traciło sens. Może przy Andrzeju wreszcie odzyska spokój?

Na obiad zjadła jabłko, a wieczorem już siedziała w pociągu do Warszawy.

1 Maria Modlińska (1871–1958), córka Stanisława i Natalii z domu Zdzitowieckiej, matka Grażyny Bacewicz.

2 Wanda Bacewicz (1914–2011), polska poetka, prozaik, dziennikarka, siostra Grażyny Bacewicz.

3 Kiejstut Bacewicz (1904–1993), polski pianista kameralista, pedagog, brat Grażyny Bacewicz. W latach 1957–1969 rektor Akademii Muzycznej w Łodzi, twórca pierwszej polskiej katedry kameralistyki. W 1993 roku otrzymał tytuł doktora honoris causa tej uczelni.

4 Roman Palester (1907–1989), polski kompozytor, od 1947 r. przebywający na emigracji.

5 Bogdan Łosakiewicz (1903–1986), polski skrzypek, pedagog.

6 Paul Dukas (1865–1935), francuski kompozytor i nauczyciel muzyki, autor utworu Uczeń czarnoksiężnika opartego na balladzie Goethego.

7 Eugenia Umińska (1910–1980), polska skrzypaczka, profesor Konserwatorium Towarzystwa Muzycznego w Krakowie.

8 Fundacja im. Jakuba hr. Potockiego została utworzona na mocy testamentu z dnia 22 września 1934 roku. Pomimo trudności prawnych i finansowych do końca roku 1935 przyznanych zostało osiem naukowych stypendiów krajowych oraz dwa zagraniczne.

9 Stanisława Korwin-Szymanowska (1881–1938), siostra Karola Szymanowskiego, śpiewaczka.

10 Kazimierz Sikorski (1895–1986), polski kompozytor i teoretyk muzyki, pedagog.

11 Karol Szymanowski (1882–1937), polski kompozytor, uczeń Gustawa Neuhausa, autor m.in. Harnasiów, III SymfoniiPieśń o nocy, Króla Rogera.

12 Helena Kijeńska-Dobkiewiczowa (1880–1962), na początku XX wieku założyła Konserwatorium Muzyczne w Łodzi skupiające grono pedagogów i muzyków.

13 Antoni Dobkiewicz (1875–1956), urodzony w Kijowie, pianista, pedagog, profesor Konserwatorium Heleny Kijeńskiej w Łodzi, prywatnie jej mąż.

Andrzej przyszedł na dworzec z bukietem polnych chabrów, które kupił na rogu Świętokrzyskiej i Marszałkowskiej. Z ostatniej rozmowy z profesorem Orłowskim wydedukował, że sprawy przyznania mu stypendium zmierzają w dobrym kierunku, wszystko wskazywało na to, że późną jesienią wyruszy w podróż. Teraz stał na peronie i patrzył na sapiący parowóz, który wolno wtaczał się na stację. Na razie nie wspomni Grażynie o rozmowie, do tematu wyjazdu wróci, kiedy sprawy będą absolutnie pewne.

Wagony stanęły zgrzytliwie. Rozejrzał się i zobaczył jej drobną sylwetkę, zwiewną niczym ptak, który zrywa się do lotu. Przytulił ją mocno. Jakim cudem dawniej znosił samotność, nawet szczycił się niezależnością? Odsunął Grażynę na odległość ramion, nachylił się i pocałował w usta. Emanowała energią, jakby nieustannie biegła przed siebie, dalej i dalej. Czy dotrzyma jej kroku?

– Nareszcie wróciłaś!

– Strasznie za tobą tęskniłam – powiedziała cicho i wysunęła się z jego objęć. Kilka kroków przeszli w milczeniu, potem zalała go fala słów:

– Załatwiłeś bilety, a kajak? Na długo jedziemy? Na całe dwa tygodnie czy tylko dziesięć dni? Bo jeśli o mnie chodzi, wolałabym przed końcem urlopu popisać w spokoju, wiesz, że Wandzia z mamusią jadą na Litwę, to jedyna chwila, żebym mogła spokojnie komponować. No, ale nasze wakacje są najważniejsze. Co pan szanowny powie na to, żebym nauczyła się wiosłować? Może to ja będę pana woziła po jeziorach? Co? – Grażyna przekrzywiła zaczepnie głowę i odrzuciła kosmyk ciemnych włosów, który zasłaniał niebieskie oczy. Andrzej uśmiechnął się ciepło i podniósł walizkę.

– Nigdy nie pozwolę, żeby droga pani męczyła się bez potrzeby, moja uparta Litwinko!

– Jestem łagodna i spolegliwa, jak mawiał profesor Tatarkiewicz.

– A to nowina! Nie widziałem cię kilka dni i tak się zmieniłaś! Niedawno czytałem w pewnej gazecie o twoim wyrazistym temperamencie, cytuję pewnego krytyka…

– Byłeś u mamusi! Pokazywała ci recenzje z Litwy!

– Owszem, zjadłem cudowny obiadek i poczytałem gazety, które zbiera twoja mamusia. Jest z ciebie dumna, podobnie jak ja! Trzy lata temu pismak z gazety „Rytas” ośmielił się napisać, że zaprezentowałaś się wyraziście, płomiennie, jasno, bez żadnej romantycznej przewlekłej płaczliwości, chłodno bez sentymentalizmu, a twój temperament jest wyrazisty, „prawy”, orientacja szybka, ruchy zdecydowane – Andrzej cytował tekst z pamięci, wystarczyło, żeby raz rzucił okiem, a pamiętał wszystko doskonale. Czuł, że zrobił wrażenie na Grażynie, która zatrzymała się przed dworcem i chwyciła go za rękę.

– Duduś, proszę cię, nie jedźmy na Mazury, tylko weźmy ślub od razu, teraz! Wszystko załatwię sama, nawet nie zauważysz! Potem sobie jedź, jeśli musisz, na to stypendium Mussoliniego, ale najpierw się pobierzmy!

– Grażynko kochana, nie ma potrzeby się śpieszyć, nawet mnie dobrze nie znasz.

– Znam doskonale!

– Ale pomyśl logicznie, skoro mamy się pobrać, nic się nie stanie, jeśli zrobimy to po moim powrocie, wtedy będę mógł zapewnić ci przyszłość, znajdę pracę i zaczniemy normalne życie.

– Normalne?

– Zwyczajne, bez zbędnych emocji, spokojne, jak moi rodzice.

– Wolałabym nie czekać tak długo, nie wiem, czy potrafię czekać!

– Nie wiesz, czy chcesz zostać moją żoną, Grażynko?

– Wiem, oczywiście, że chcę, ale…

– Więc umówiliśmy się: pobierzemy się po moim powrocie i razem poszukamy mieszkania. A teraz odprowadzę cię do domu i wrócę jutro. Bilety na pociąg załatwiłem, kajak czeka na jeziorku, żagiel gotowy, namiot duży niczym pałac dla mojej księżniczki, słowem, nie przejmuj się niczym!

Grażyna patrzyła na niego uważnie, w końcu uśmiechnęła się. Był taki przystojny, kiedy marszczył brwi, taki władczy, że nie potrafiła mu się przeciwstawić. A może nie chciała? To było takie ekscytujące, kiedy ktoś mówił jej, co ma robić. Zwykle sama rozwiązywała rodzinne sprawy, miała serdecznie dosyć odpowiedzialności. To było takie przyjemne, kiedy ktoś decydował za nią!

Przed dworcem pozwoliła objąć się w talii. Andrzej szarmancko otworzył drzwi taksówki. Jechali przez miasto, senne, oblepione lipcowym upałem. Ulice opustoszały, zapełnią się znowu jesienią, ale wtedy Andrzej wyjedzie i znowu zostanie sama, zupełnie sama z tysiącem spraw. Czasami chciałaby zamknąć się w pokoju i zapomnieć o wszystkim zamiast martwić się brakiem pieniędzy na czynsz czy ubranie, na maszynę do pisania dla siostry, długiem, który zaciągnęła u brata. I jeszcze musi kupić nowe skrzypce! „Ale co tam, ostatecznie nie ma się czym przejmować, wszystko przemija, a z kosmicznego punktu widzenia, liczy się tylko sztuka, tylko muzyka” – pomyślała i uspokoiła się.

Po raz pierwszy usłyszała, jak Andrzej chrapie, kiedy wyjechali pod namiot. Dźwięk był donośmy, niósł się daleko w las, sunął po tafli jeziora aż na drugi brzeg, w nieokreśloną przestrzeń, niczym warkot silnika lub pomruk burzy. Przeraziła się, ale było za późno, zakochała się, nawet ta przypadłość ją rozczulała. Pływali kajakiem po Mazurach przez całe dziesięć dni, wytrzymywała smaganie mokrym żaglem po twarzy, bzyczenie komarów, ukąszenia jadowitych czerwonych mrówek wpełzających do namiotu, piła wodę z jeziora gotowaną na ognisku. Wstawała o świcie i kuląc się z zimna, zawinięta w koc próbowała nie myśleć o pająkach, których misternie tkaną wydzielinę z obrzydzeniem zrywała z twarzy w panicznym biegu przez las w kierunku pól, gdzie mogła rozgrzać się na słońcu. Pływali to tu, to tam, jedli w przygodnych chałupach, spali w namiocie, czasem w polu na sianie. Andrzej był zachwycony, ona próbowała przetrwać, wrócić do miasta w stanie nienaruszonym, z kilkoma zadrapaniami, okropnie pogryziona, podobno wypoczęta. A kiedy już znajdzie się w domu, odpocznie w pracy, grając w orkiestrze radiowej i komponując – o tym marzyła najbardziej.

– O czym myślisz, Grażynko? – Usłyszała głos Andrzeja, który wynurzył się nagle tuż obok kajaka i zakołysał łódką tak silnie, że krzyknęła ze strachu.

– O niczym, przecież zabroniłeś mi myśleć!

– Prosiłem, żebyś się nie martwiła, problemy finansowe to drobiazg, fiume, zawsze jakoś sobie poradzimy!

– Gdybym była sama, ale rodzina, mamusia, Wanda, Kiejstut…

– Ja też mam rodzinę, kochanie, brata[14] i siostrę[15].

– Ale wyjechałeś z Lublina do innego miasta i nic cię nie obchodzi – stwierdziła z przekąsem Grażyna, zanurzając końce palców w wodzie i strzepując kilka kropli na jego nos. Przymknął oczy jak rozgniewany bóbr i zakołysał kajakiem.

– Przestań, bo wpadnę do wody!

– To co? Najwyżej trochę popływasz, nie rozumiem, dlaczego nie lubisz pływać, to cudownie przyjemne! Jest upał, nie możesz stale siedzieć w kajaku!

– Mogę!

– Bogdan uprzedzał mnie, że jesteś upartą Litwinką, ale mu nie wierzyłem.

– Zawsze byłam uparta, godzinami potrafiłam powtarzać jeden utwór, jeśli zrobiłam błąd. Pamiętam, jak kiedyś ojciec kazał nam grać trio Mozarta, a kiedy się pomyliłam, spojrzał z wyrzutem i powiedział bardzo cicho: „Grażynko, popraw się!”.

– To wystarczyło?

– Żebyś wiedział, Dudusiu. I ty też się popraw, kochanie, wystaw mnie na brzeg.

– Jak sobie życzysz, nawet taki zimny drań jak ja ma sumienie.

Andrzej parsknął wodą, odepchnął mocno kajak, a po chwili znaleźli się w szuwarach. W powietrze wystrzeliła spłoszona kurka wodna. Grażyna spojrzała w niebo, obłoki przypominały postacie Gargantuy i Pantagruela kroczących gdzieś po nieboskłonie. Uśmiechnęła się do nich.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

14 Mieczysław Kwiryn Biernacki (1891–1959), polski matematyk, doktoryzował się w Paryżu, od 1946 roku członek PAU, autor ponad 80 prac z dziedziny geometrii i analizy matematycznej, profesor uniwersytetu w Lublinie, brat Andrzeja Biernackiego.

15 Jadwiga Biernacka-Ciccotti (1907–1985), siostra Andrzeja Biernackiego.