21 osób interesuje się tą książką

Opis

Aby zyskać prawdziwe poczucie przynależności, nie trzeba się zmieniać – trzeba być sobą.

Dopasowanie się czy samotność?

Pragniemy być częścią czegoś większego. Kiedy nie mamy poczucia przynależności do danej grupy społecznej, kultury czy nawet rodziny, czujemy się samotni, słabi i skrzywdzeni. Dlatego często stajemy przed trudnym wyborem – możemy dopasować się lub wybrać samotność. Doktor Brené Brown przekonuje, że jest inna droga – najważniejsze to mieć odwagę przynależeć do samego siebie. Udowadnia, że nasza przynależność będzie prawdziwa tylko wtedy, gdy my będziemy autentyczni.

Kompromis czy konfrontacja?

Jeśli zdecydujemy się na walkę o samoakceptację bez oglądania się na to, co robią inni, wkroczymy na teren nieznany, pełen niejasnych i nowych zasad. Będziemy musieli skonfrontować się ze światem i jego ideologiami. Brené Brown przedstawia na to sposób: cztery praktyki, które – jeśli wdrożysz je do swojego codziennego życia – pozwolą ci wyrwać się ze społecznych ram i być sobą. Bez dostosowywania się, udawania czy podporządkowywania się innym w imię poczucia bezpieczeństwa.

Szukanie przynależności za wszelką cenę czy tworzenie własnej ścieżki?

Brené Brown, autorka bestsellerów „New York Timesa”, w tym książek Rosnąc w siłę i Z wielką odwagą, tym razem redefiniuje badane od ponad 10 lat pojęcie prawdziwej przynależności i pokazuje, że poczucie przynależności można osiągnąć bez rezygnacji ze swojej autentyczności czy wolności. W charakterystyczny dla siebie sposób Brown łączy badania, opowieści i szczere wyznania, ponownie nadając ton debacie kulturowej i jednocześnie precyzyjnie wytyczając ścieżkę do samoakceptacji.

Człowiek jest wolny tylko wtedy, gdy sobie uświadomi, że nigdzie nie przynależy, zupełnie nigdzie, ponieważ jego miejsce jest wszędzie. Cena jest wysoka, ale nagroda – wspaniała.

Maya Angelou

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 187

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Braving the Wilderness: The Quest for True Belonging and the Courage to Stand Alone

Menedżer projektu: Justyna Malatyńska

Przekład: Magda Witkowska

Konsultacja merytoryczna: Joanna Chmura

Redakcja: Monika Marczyk

Korekta: Maria Żółcińska

Projekt okładki: Michał Duława | michaldulawa.pl

Zdjęcie autorki na okładce: copyright © Benedict Evans

Zdjęcie na okładce: Filip Zrnzević | Unsplash

Skład: Camélia Dizajn

Opracowanie wersji elektronicznej:

Copyright © 2017 by Brené Brown

All rights reserved

Oryginally published in the United States by Random House, an imprint and division of Penguin Random House LLC, New York.

Copyright © 2018 for the Polish edition by MT Biznes Ltd.

All rights reserved. This Licensed Work published under license.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentów niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci zabronione. Wykonywanie kopii metodą elektroniczną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym, optycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji. Niniejsza publikacja została elektronicznie zabezpieczona przed nieautoryzowanym kopiowaniem, dystrybucją i użytkowaniem. Usuwanie, omijanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Warszawa 2018

MT Biznes Sp. z o.o.

www.mtbiznes.pl

[email protected]

ISBN 978-83-8087-526-5 (e-book w formacie epub)

ISBN 978-83-8087-527-2 (e-book w formacie mobi)

Mojemu ojcu. Dziękuję, że nalegasz, żebym zawsze wyrażała swoje zdanie i zajmowała stanowisko. Nawet wtedy, gdy się ze mną z całego serca nie zgadzasz

Rozdział 1Wszędzie i nigdzie

Gdy siadam do pisania, zawsze ogarnia mnie przemożny strach. Dzieje się tak zwłaszcza wtedy, gdy towarzyszy mi przekonanie, że wnioski z moich badań stoją w sprzeczności z utrwalonymi przekonaniami czy koncepcjami. W takich okolicznościach w mojej głowie bardzo szybko pojawia się myśl: „A kimże ja jestem, żeby stawiać takie tezy?”. Albo: „Czy naprawdę zamierzam wkurzyć tych wszystkich ludzi, kwestionując ich utarte przekonania?”.

W chwilach niepewności, gdy ryzyko każe mi w siebie wątpić, szukam inspiracji u dzielnych innowatorów i twórców przełomowych idei, którzy potrafią zarażać swoją odwagą. Czytam i oglądam wszystko, co tylko znajdę o nich lub ich autorstwa. Zapoznaję się z treścią wszystkich dostępnych wywiadów, esejów, wykładów i książek. Dzięki temu, gdy potem ich potrzebuję – gdy ogarnia mnie strach – oni przychodzą mi potowarzyszyć i mnie wesprzeć. Co jednak najważniejsze, spoglądają mi przez ramię i pilnują, żebym nie zaprzątała sobie głowy bzdurami.

Wypracowanie tego procesu zajęło mi trochę czasu. Wcześniej próbowałam metody odwrotnej, to znaczy zapoznawałam się z opiniami krytyków i krytykantów. Siadałam przy biurku i wyobrażałam sobie twarze profesorów, których najmniej lubiłam, najsurowszych i najbardziej cynicznie usposobionych współpracowników, moich najbardziej zagorzałych krytyków internetowych. Myślałam wówczas: „Jeśli zdołam ich zadowolić, a przynajmniej uciszyć, to powinno mi się udać”. Za sprawą takiego podejścia realizował się jednak najczarniejszy scenariusz każdego badacza czy socjologa, w którym kolejne wnioski grzecznie wpisywały się w już obowiązujące wyobrażenie o świecie, a nawet jeśli zdawały się delikatnie podważać utrwalone przekonania, to tylko bardzo delikatnie, aby nikogo nadmiernie nie niepokoić. To były bezpieczne, starannie wyselekcjonowane, wygodne wnioski. A jednocześnie wnioski nieautentyczne. Wnioski stanowiące formę hołdu.

Postanowiłam więc przegonić krytykantów i siewców strachu, a na ich miejsce przywołać ludzi, którzy mocą swojej odwagi i kreatywności byli lub są w stanie kształtować świat. Ludzi, którzy przynajmniej raz kogoś wkurzyli. To dość zróżnicowane grono. Gdy nie bardzo wiem, jak przedstawić nowy i dziwny koncepcyjny obraz, który właśnie wyłonił się z moich badań, zwracam się po pomoc do J.K. Rowling, autorki moich ukochanych książek o Harrym Potterze. Wyobrażam ją sobie, jak mówi mi: „Nowe światy są ważne, ale nie można ich po prostu opisywać. Przedstaw opowieści, które nam ten świat nakreślą. Choćby był to świat zupełnie szalony i dziwaczny, opowieści pomogą nam się w nim odnaleźć”.

Pisarka i aktywistka bell hooks[1] wyciąga do mnie pomocną dłoń, gdy angażuję się w trudną rozmowę na temat rasy, płci czy podziałów klasowych. To ona pokazała mi, że uczenie innych to święte dzieło, a zdobywanie wiedzy powinno wiązać się z dyskomfortem. Ed Catmull, Shonda Rhimes i Ken Burns zawsze mi towarzyszą i zawsze mi podpowiadają, gdy akurat snuję własną opowieść. Przywołują mnie do porządku, gdy się niecierpliwię i zaczynam pomijać szczegóły czy dialogi, tak przecież istotne dla opowieści. „Pozwól nam ci w tej opowieści towarzyszyć” – nalegają. W mojej głowie pojawiają się też liczni muzycy i artyści, pojawia się Oprah Winfrey. Radę jej autorstwa powiesiłam sobie nawet na ścianie w gabinecie: „Niech ci się nie wydaje, że można żyć i pracować odważnie, nigdy nikogo nie rozczarowując. Tak się nie da”.

Moją pierwszą i najwierniejszą doradczynią pozostaje jednak Maya Angelou. Z jej dorobkiem miałam się okazję zapoznać trzydzieści dwa lata temu, gdy podczas studiów zajmowałam się poezją. Przeczytałam jej wiersz Still I Rise i nagle zaczęłam inaczej patrzeć na świat[2]. To było coś niesamowicie pięknego i potężnego zarazem. Zaczęłam gromadzić wszystkie jej książki i wiersze, zapoznawałam się z treścią wszystkich wywiadów. Jej słowa mnie uczyły, zachęcały do działania i przywracały do zdrowia. Potrafiła być radosna i bezlitosna jednocześnie.

Maya Angelou powiedziała też jednak coś, z czym się zasadniczo nie zgadzałam. Wypowiedź dotyczyła poczucia przynależności. Natknęłam się na nią, gdy prowadziłam zajęcia dotyczące przynależności rasowej i klasowej na University of Houston. W wywiadzie udzielonym Billowi Moyersowi w telewizji publicznej w 1973 roku doktor Angelou powiedziała[3]:

Człowiek jest wolny tylko wtedy, gdy sobie uświadomi, że nigdzie nie przynależy, zupełnie nigdzie, ponieważ jego miejsce jest wszędzie. Cena jest wysoka, ale nagroda – wspaniała.

Dokładnie pamiętam, co pomyślałam po przeczytaniu tych słów. „To nie może tak być. Cóż to by był za świat, gdybyśmy nigdzie nie przynależeli? Bylibyśmy jedynie zbiorem samotnych ludzi, którzy żyją obok siebie. Ona chyba nie rozumie, jak wielka siła tkwi w poczuciu przynależności”.

Przez ponad dwadzieścia lat ten cytat wielokrotnie się w moim życiu przewijał, za każdym razem wywołując gniew. „Dlaczego ona coś takiego powiedziała? To nieprawda. Poczucie przynależności ma zasadnicze znaczenie. Trzeba należeć do czegoś, do kogoś, do jakiegoś miejsca”. Szybko doszłam do wniosku, że ten mój gniew wynika z dwóch powodów. Po pierwsze, doktor Angelou była dla mnie wielkim autorytetem i nie potrafiłam pogodzić się z myślą, że mogłybyśmy nie zgadzać się w kwestii tak fundamentalnej. Po drugie, potrzeba dopasowania się i dyskomfort związany z brakiem poczucia przynależności dręczyły mnie w moim własnym życiu już od dawna. Nie potrafiłam utożsamiać „przynależenia nigdzie” z wolnością. Brak poczucia autentycznej przynależności stanowił moją największą życiową bolączkę i kładł się cieniem na większość mojego dziecięcego i nastoletniego życia.

Zupełnie nie potrafiłam dostrzec w nim drzwi do wolności.

Poczucie nieprzynależenia towarzyszyło mi na różnych etapach mojego życia, od bardzo wczesnego okresu. Do przedszkola i zerówki chodziłam w Paul Habans Elementary, na tak zwanym zachodnim brzegu w Nowym Orleanie. To był rok 1969. Nowy Orlean był wówczas – i zresztą nadal jest – wspaniałym miastem, ale wtedy wisiała nad nim chmura rasizmu. W tym roku po raz pierwszy oficjalnie zniesiono segregację rasową w szkołach. Ja wtedy się w tym nie orientowałam i nie bardzo rozumiałam, co się dzieje. Byłam na to za mała. Obserwowałam tylko moją matkę, która głośno i zdecydowanie się na ten temat wypowiadała. Nieraz zdarzało jej się głośno wyrażać własne zdanie, pisała nawet do „Times-Picayune”, kwestionując legalność praktyki dziś określanej mianem profilowania rasowego. Wyraźnie wyczuwałam tę jej energię, ale dla mnie jej aktywność sprowadzała się do udziału w życiu mojej klasy i do tego, że dbała o to, żebyśmy wszystkie trzy – ona, ja i moja Barbie – mogły nosić takie same żółte sukienki w kratkę.

Wcześniej mieszkaliśmy w Teksasie. Przeprowadzka była dla mnie trudnym doświadczeniem, ponieważ bardzo tęskniłam za babcią. Chciałam nawiązywać nowe przyjaźnie w szkole i w naszym bloku, ale na tym polu szybko pojawiły się trudności. Życiem mojej klasy rządziły listy, one decydowały o wszystkim. Za ich pomocą odnotowywało się obecność, na ich podstawie rozsyłano zaproszenia na przyjęcia urodzinowe. Pewnego razu inna mama, która również angażowała się w życie naszej klasy, pokazała mojej taką listę i powiedziała: „Zobacz te czarne dzieciaki. Patrz na te imiona. One wszystkie mają na imię Casandra!”.

„Hm”, pomyślała moja mama. Być może dlatego tyle razy nie otrzymałam zaproszenia na przyjęcie urodzinowe jednej z moich białych koleżanek. Moja matka używa na co dzień drugiego imienia, ale oficjalnie ma na imię Casandra. Ja na liście klasowej figurowałam jako Casandra Brené Brown. Każdy Afroamerykanin w lot zrozumie, dlaczego białe rodziny nie zapraszały mnie na swoje przyjęcia. Właśnie z tego samego powodu na zakończenie semestru grupa studentów pochodzenia afroamerykańskiego wręczyła mi kartkę z następującym dopiskiem: „OK, pani naprawdę jest Brené Brown”. Przyszli na moje zajęcia dotyczące problematyki kobiet i omal nie pospadali z krzeseł, gdy mnie po raz pierwszy zobaczyli. Jedna ze studentek stwierdziła: „Pani chyba nie jest Casandrą Brené Brown?”. Owszem jestem, proszę pani. Z tego samego powodu kobieta prowadząca rozmowę rekrutacyjną w sprawie dodatkowej pracy dla recepcjonistki w gabinecie lekarskim powitała mnie słowami: „Pani jest Brené Brown! No proszę, cóż za miła niespodzianka”. Tak, wyszłam stamtąd od razu.

W rodzinach czarnoskórych byłam mile widziana, ale na miejscu zawsze witało mnie zaskoczenie. Od jednej z koleżanek usłyszałam, że nikt biały nigdy wcześniej nie przekroczył progu tego domu. Dość trudno jest coś takiego zrozumieć, gdy się ma cztery lata i przyszło się zjeść tort w gronie koleżanek i pobawić trochę w przyczepianie ogonka do osiołka. W przedszkolu dzieci nie powinny mieć problemów z poczuciem przynależności, ja tymczasem już na tym etapie musiałam szukać odpowiedzi na pytanie, dlaczego w każdej z grup czuję się odrobinę nieswojo.

Rok później przeprowadziliśmy się do Garden District, żeby mój ojciec miał bliżej na Loyola University. Ja rozpoczęłam naukę w szkole Holy Name of Jesus. Należałam do Kościoła Episkopalnego i – w związku z tym – do jednoosobowego grona uczniów mojej szkoły niebędących katolikami. Okazało się, że wyznaję nie tę religię, co znów stanęło mi na drodze do uzyskania poczucia przynależności. Po roku czy dwóch przesiadywania z boku, wytykania palcami, a niekiedy też pomijania, zostałam wezwana do gabinetu dyrektora. Tam czekał już na mnie Bóg. Tak mi się w każdym razie wydawało. W rzeczywistości było to jednak biskup. Podał mi skserowaną kartę, na której widniało nicejskie wyznanie wiary[4]. Przeczytaliśmy je wspólnie, linijka po linijce, a gdy skończyliśmy, biskup wręczył mi kartkę, którą miałam zanieść rodzicom. Na kartce widniała informacja: „Brené jest teraz katoliczką”.

Ogólnie kilka kolejnych lat należy zaliczyć do udanych. Moje życie w Nowym Orleanie zaczęło się wtedy układać, głównie za sprawą najlepszej przyjaciółki na świecie – Eleanor. Wkrótce jednak znów miałam się przeprowadzić, i to jeszcze nieraz. Byłam w czwartej klasie, gdy przenieśliśmy się z Nowego Orleanu do Houston. Potem – gdy byłam w szóstej klasie – z Houston przeprowadziliśmy się do Waszyngtonu, a jako ósmoklasistka przeniosłam się z Waszyngtonu z powrotem do Houston. Na wszystkie standardowe zawiłości i komplikacje wieku nastoletniego nałożyło się stałe piętno bycia nową. Ratowało mnie tylko to, że w tych przejściowych momentach moi rodzice dobrze się ze sobą dogadywali i byli mi w stanie zapewnić wsparcie. W moim życiu wiele się działo – szkoły, przyjaciele i dorośli stale się zmieniali – ale dom stanowił bezpieczną przystań. To tam znajdowałam schronienie przed poczuciem, że do niczego nie przynależę. W najgorszym razie mogłam pocieszać się myślą, że przynależę do mojego domu, do mojej rodziny.

Nagle jednak i tu pojawiły się problemy. Ostatnia przeprowadzka do Houston stała się preludium dla długiego i przykrego rozpadu małżeństwa moich rodziców. A jak gdyby w moim życiu mało było chaosu, na to wszystko nałożyły się bearkadettes.

Z powrotem do Houston sprowadziliśmy się tuż pod koniec mojej ósmej klasy, ale na szczęście zdążyłam jeszcze wziąć udział w kwalifikacjach do licealnej dziewczęcej drużyny pokazowej bearkadettes. To miał być mój świat. W domu przez cały czas wsłuchiwałam się w dobiegające przez ściany stłumione głosy kłócących się rodziców, więc to właśnie drużyna kadetek miała stać się moim wybawieniem. Ach, ten obrazek: rzędy dziewcząt w krótkich niebieskich satynowych sukienkach z górą z białymi wykończeniami, w perukach i białych kowbojskich butach, z małymi kowbojskimi kapelusikami, z czerwoną szminką na ustach – maszerują dumnym krokiem po murawie stadionu na oczach tłumu, który nie chce nawet podczas przerwy ani na chwilę opuszczać miejsc, aby nie przegapić idealnie wykonanych wymachów nogą i precyzyjnie dopracowanej choreografii. To była moja droga ucieczki, moje nowe doskonałe schronienie, w którym panował ład idealny.

Przez osiem lat chodziłam na lekcje baletu, więc bez problemu opanowałam układ taneczny, a rygorystyczne wymogi co do wagi udało mi się spełnić już po dwóch tygodniach płynnej diety. Wszystkie dziewczyny z drużyny deklarowały, że ich dieta sprowadza się do kapuścianej zupy i czystej wody. Aż trudno sobie wyobrazić, że można pozwolić dwunastolatce przejść na dietę płynną, ale z jakiegoś powodu wtedy to się wszystkim wydawało normalne.

Nawet dziś mi się wydaje, że nigdy w życiu niczego bardziej nie pragnęłam, jak dostać się do tej drużyny. Perfekcja, precyzja i piękno miały mi nie tylko pomóc uporać się z chaosem narastającym w domu, ale dodatkowo zapewnić mi to, czego tak bardzo pragnęłam – czyli poczucie przynależności. Zyskałabym „starszą siostrę”, która by mi przyozdobiła szafkę. Miałam spać u koleżanek i umawiać się z zawodnikami z drużyny futbolowej. Musical Grease widziałam ze czterdzieści pięć razy, więc spodziewałam się, że oto w najbliższym czasie czeka mnie licealna przygoda pod znakiem spontanicznie wykonywanych piosenek i potańcówek na miarę lat osiemdziesiątych.

Przede wszystkim miałam zostać częścią maszyny, której tryby pracują idealnie synchronicznie. Bearkadettes były dla mnie symbolem przynależności.

Na przesłuchania szłam w zasadzie sama, ponieważ nie zdążyłam jeszcze nawiązać żadnych nowych przyjaźni. Układ opanowałam bez problemu – miałam zatańczyć do krzykliwej wersji Swanee w aranżacji bigbandowej (tak, to ta piosenka z motywem „how I love ya, how I love ya”). Sporo było w tym układzie jazzowych gestów i wysokich wymachów nogami. Tylko jedna z dziewczyn potrafiła podnieść nogi wyżej niż ja. Nazywała się LeeAnne. Przygotowywałam się do tego przesłuchania tak intensywnie, że układ potrafiłabym wykonać nawet przez sen. Niektóre fragmenty pamiętam do dzisiaj.

W dzień przesłuchania bardzo się stresowałam. Nie wiem, czy to z nerwów, czy przez głodową dietę, ale obudziłam się z zawrotami głowy, które nie opuszczały mnie aż do momentu, gdy mama odwiozła mnie do szkoły. Dziś z perspektywy matki nastolatki i dziecka wchodzącego w wiek nastoletni z ciężkim sercem myślę o tym, że wtedy byłam tam zupełnie sama, pośród tych wszystkich dziewcząt, które grupkami i trzymając się za ręce wysiadały z kolejnych samochodów. Szybko się jednak zorientowałam, że to nie będzie mój największy problem.

Wszystkie te dziewczyny – naprawdę wszystkie – miały na sobie kompletny strój paradny. Niektóre przyjechały w niebieskich satynowych szortach i złotych koszulkach, inne miały niebiesko-złote bluzki i do tego krótkie białe spódniczki. Błękit i złote kokardy występowały we wszystkich możliwych kombinacjach. Do tego wszystkie miały pełny makijaż. Ja tymczasem przyjechałam bez makijażu, w czarnym body i szarych bawełnianych szortach. Nikt mi nie powiedział, że powinnam wystąpić w barwach szkoły. One wszystkie lśniły i błyszczały, a ja wyglądałam na smutną dziewczynkę, której rodzice ciągle się kłócą.

Z wagi zeszłam z wynikiem prawie trzech kilogramów poniżej granicy, ale w mojej pamięci na zawsze zapisał się obraz dziewcząt, które z ważenia idą z płaczem prosto do szatni.

Tańczyłyśmy w grupach po pięć czy sześć dziewcząt z numerami przypiętymi do koszulek za pomocą agrafek. Zawroty głowy w niczym mi nie przeszkodziły, układ wykonałam bezbłędnie. Z przesłuchania odebrała mnie mama, wracałam do domu w dość optymistycznym nastroju. Tam miałam zamiar czekać na wyniki, które miały się pojawić jeszcze tego samego dnia wieczorem. Czas płynął mi jakby w zwolnionym tempie.

W końcu pięć po szóstej wjechałyśmy na parking przed liceum, w którym wkrótce miałam rozpocząć naukę. Byliśmy w samochodzie wszyscy: mama, tata, mój brat i siostry. Zatrzymaliśmy się, żeby sprawdzić wyniki, a zaraz potem mieliśmy jechać do San Antonio w odwiedzimy do dziadków. Podeszłam do tablicy ogłoszeń, która znajdowała się przed drzwiami do sali gimnastycznej. Obok mnie stała jedna z dziewczyn, które tańczyły ze mną w tej samej grupie. Taka najbardziej lśniąca i błyszcząca ze wszystkich. Na dodatek miała na imię Kris. Tak, miała nawet jedno z tych uniwersalnych imion, które wtedy wszyscy chcieli mieć.

Na liście widniały numery, ułożone po kolei. Jeśli czyjś numer się na niej znajdował, to znaczyło, że się zostało przyjętym do drużyny. Jeśli nie, to nie. Ja miałam numer 62, więc od razu przeszłam w okolice numeru 60: 59, 61, 64, 65. Spojrzałam jeszcze raz. Nie wierzyłam własnym oczom. Wydawało mi się, że jeśli będę wpatrywać się w tę listę dostatecznie intensywnie, wszechświat się zorientuje, jak bardzo mi na tym zależy i mój numer magicznie się na tej liście pojawi. Od tych moich negocjacji ze wszechświatem oderwał mnie krzyk Kris, która zaczęła skakać z radości. Ani się obejrzałam, jak z samochodu wyskoczył jej ojciec. Podbiegł do niej, uniósł ją w powietrze i wykonał z nią obrót, zupełnie jak w filmach. Później dowiedziałam się, że dość wysoko oceniono moje zdolności taneczne, ale jednocześnie uznano, że nie za bardzo nadaję się na kadetkę. Nie będzie kokardek. Nie będzie blichtru. Nie będzie grupy. Nie będzie przyjaciółek. Nie będę mieć swojego miejsca.

Byłam sama. I to było przytłaczające uczucie.

Wróciłam do samochodu, wsiadłam do tyłu, a mój ojciec ruszył w drogę. Rodzice nie odezwali się ani słowem. Ani jednym słowem. To ich milczenie dźgnęło mnie jak nóż wbity w serce. Wstydzili się mnie i za mnie. Mój ojciec był kapitanem drużyny futbolowej, moja matka stała na czele swojej drużyny kadetek. Ja tymczasem byłam nikim. Moi rodzice, a już zwłaszcza ojciec, nade wszystko cenili bycie cool i odnajdywanie się w towarzystwie. Ja nie byłam cool. Nie potrafiłam się odnaleźć.

Teraz po raz pierwszy w życiu poczułam, że do rodziny też nie przynależę.

Moja historia wydaje się dość banalna, zwłaszcza w kontekście wszystkiego tego, co się dzisiaj dzieje na świecie (już widzę ten hashtag #problemypierwszegoswiata). Pragnę jednak napisać o tym, co te wydarzenia oznaczały dla mnie. Być może błędnie interpretowałam tę ciszę, a być może nie, ale tamtego dnia straciłam poczucie przynależności do mojej rodziny – do tej podstawowej i najważniejszej ze wszystkich grup społecznych. Gdyby rodzice próbowali mnie podnieść na duchu albo mnie pochwalili za odwagę, którą się wykazałam, idąc na te przesłuchania – albo gdyby w ogóle zrobili to, czego najbardziej w tamtej chwili pragnęłam, to znaczy stanęli po mojej stronie i powiedzieli, że to okropnie wyszło i że powinno się dla mnie znaleźć miejsce w drużynie – ta historia zapewne nie odegrałaby tak istotnej roli jako czynnik definiujący moje życie i nadający mu kierunek. Stało się jednak inaczej.

Nawet się nie spodziewałam, że tak trudno mi będzie o tym opowiedzieć. Musiałam zajrzeć do iTunes, żeby sobie przypomnieć tytuł piosenki, do której wykonywałam układ taneczny – a gdy tylko ją włączyłam, od razu zaczęłam szlochać. Płakałam jednak nie dlatego, że wówczas nie dostałam się do drużyny. Płakałam nad tamtą dziewczynką, której wtedy nie potrafiłam pocieszyć. Nad tamtą dziewczynką, która nie rozumiała, co i dlaczego się dzieje. Płakałam nad tymi rodzicami, którzy nie potrafili sobie poradzić z moim bólem i moją wrażliwością[5]. Nad rodzicami, którym zabrakło kompetencji, żeby cokolwiek powiedzieć i żeby mnie podnieść na duchu – albo żeby chociaż zatrzymać bieg tej historii, na której końcu dziecko nabiera przekonania, że nie przynależy do nich i że przy nich nie ma dla niego miejsca. To właśnie za sprawą takich chwil – z powodu braku reakcji i braku komentarza – ludzie wkraczają w dorosłe życie z rozpaczliwie niezaspokojoną potrzebą przynależności, pogodzeni z koniecznością dopasowywania się do innych. Na szczęście moi rodzice nigdy nie uważali, że ich rola kończy się w momencie, gdy dzieci wychodzą z domu. Od pewnego czasu wspólnie odrabiamy lekcje odwagi, wrażliwości i autentycznej przynależności. To taki mały cud.

Nawet w zestawieniu z innymi źródłami cierpienia, takimi jak bieda, przemoc czy naruszanie praw człowieka, poczucie braku przynależności do własnej rodziny stanowi potencjalnie poważne źródło krzywdy – ponieważ może złamać nam serce, może złamać ducha i może pozbawić nas przekonania o własnej wartości. W moim przypadku wystąpiły wszystkie te trzy konsekwencje. Jak miałam się okazję przekonać w swoim życiu i w swojej pracy, gdy te trzy konsekwencje wystąpią, możliwe są tylko trzy alternatywne scenariusze:

Człowiek żyje w ciągłym bólu, a ulgi szuka w otępieniu i (lub) w zadawaniu bólu innym.

Człowiek

neguje

fakt odczuwania bólu, ale w ten sposób przenosi go na innych ludzi ze swojego otoczenia oraz przekazuje go dzieciom.

Człowiek

znajduje

w sobie odwagę, aby ten ból zaakceptować, a następnie odkrywa pokłady empatii i współczucia dla siebie i innych, dzięki czemu zyskuje wyjątkową zdolność dostrzegania krzywdy w otaczającym go świecie.

Próbowałam tych dwóch pierwszych scenariuszy, ale szczęśliwy traf sprawił, że ostatecznie dane mi było zrealizować również trzeci.

Po koszmarze z przesłuchaniem do bearkadettes atmosfera w domu tylko się pogorszyła. Kłótnie toczyły się teraz pod hasłem: „Wszystkie chwyty dozwolone”. Moi rodzice po prostu nie potrafili inaczej. Zdołałam sobie wmówić, że na całym świecie tyko moi rodzice mają kłopoty małżeńskie, więc straszliwie się z tego powodu wstydziłam. Wszyscy znajomi mojego brata i moich sióstr, którzy do nas przychodzili, zwracali się do moich rodziców „Panie B” i „Pani B” z jakąś taką nadzwyczajną swobodą, jakby mieli do czynienia z bardzo fajnymi ludźmi. Ja tymczasem znałam ich sekret, wiedziałam, jak się kłócą. Wiedziałam, że nic mnie nie łączy z tymi wszystkimi kolegami i koleżankami, którzy mają rewelacyjnych rodziców jak z telewizyjnego serialu. Z powodu tej tajemnicy wstydziłam się jeszcze bardziej.

Oczywiście punkt widzenia zależy od poziomu doświadczenia. Z powodu niewielkiego doświadczenia nie potrafiłam wtedy osadzić wszystkich tych wydarzeń w odpowiednim kontekście. Moi rodzice starali się jakoś przetrwać i uniknąć niepowetowanych szkód, więc pewnie nawet przez myśl im wtedy nie przeszło, że mogliby nam przedstawić swoją perspektywę. Ja byłam absolutnie przekonana, że w całym mieście, a być może nawet na całym świecie nikt inny się z czymś takim nie zmaga. Nie zmieniał tego nawet fakt, że o mojej szkole mówili nawet w ogólnokrajowych wiadomościach – z uwagi na niepokojąco wysoką liczbę samobójstw wśród uczniów. Dopiero później, gdy świat się zmienił i ludzie zaczęli otwarcie mówić o swoich trudnościach, dowiedziałam się, że wielu tych idealnych rodziców wzięło rozwód, zmarło z powodu zbyt intensywnych życiowych przeżyć albo szczęśliwie właśnie wraca do siebie po poważnych kłopotach.

Z punktu widzenia dziecka czasami najbardziej niebezpieczne jest milczenie, ponieważ pozostawia przestrzeń, w której może ono snuć własne opowieści – a w nich niemal zawsze występuje w osamotnieniu, jako niegodne miłości i nienależące do nikogo. Tak się właśnie przedstawiała treść mojej opowieści i to dlatego, zamiast wymachiwać nogami podczas przerw w meczu, chowałam trawkę w worku sako i biegałam po okolicy z różnymi szalonymi dzieciakami, za wszelką cenę usiłując znaleźć swoje miejsce. Już nigdy więcej nie poszłam na żadne przesłuchanie. Opanowałam za to do perfekcji sztukę dopasowywania się i zawsze wiedziałam, co powinnam robić, żebym się mogła poczuć mile widzianym gościem i członkiem towarzystwa.

Moi rodzice dalej się kłócili, z czasem coraz bardziej. Brat i dwie siostry zwykle przychodzili wtedy do mojego pokoju, żeby to przeczekać. Ja byłam najstarsza, więc zaczęłam wykorzystywać moją nową supermoc w postaci umiejętności odnalezienia się w każdej sytuacji – uczyłam się rozpoznawać przyczyny kłótni, a następnie snuć misterne intrygi, które miały pomóc naprawić sytuację. Dzięki temu mogłam zostać zbawcą rodzeństwa i całej rodziny. Gdy plan się powiódł, czułam się jak bohaterka. Gdy nie, robiłam sobie wyrzuty i ze zdwojoną siłą przystępowałam do gromadzenia dalszych informacji. Dopiero pisząc te słowa, uzmysłowiłam sobie, że to właśnie w tamtym momencie zaczęłam przedkładać dane i wnioski badawcze nad wrażliwość.

Z perspektywy czasu stwierdzam, że wyboru ścieżki kariery dokonałam właśnie za sprawą tego poczucia braku przynależności. Najpierw jako dziecko, a potem jako nastolatka radziłam sobie z tym poczuciem właśnie poprzez uważne przyglądanie się ludziom. Dopatrywałam się prawidłowości i zależności. Doszłam do wniosku, że jeśli uda mi się rozpoznać pewne prawidłowości ludzkich zachowań i powiązać je z uczuciami i postępowaniem ludzi, to jakoś sobie poradzę. Wykorzystywałam te umiejętności, żeby przewidywać, czego ludzie mogą potrzebować, co myślą i co robią. Nauczyłam się mówić to, co chcieli usłyszeć, i pokazywać im się z odpowiedniej strony. Do perfekcji opanowałam sztukę dopasowywania się, stałam się kameleonem. A jednocześnie sama dla siebie byłam obca.

Z czasem wiedziałam o ludziach z mojego otoczenia więcej, niż oni sami wiedzieli o sobie – ale przez to gubiłam gdzieś siebie. Jeszcze zanim skończyłam dwadzieścia jeden lat, zdążyłam wylecieć ze studiów, przeżyć rozwód rodziców i spędzić pół roku na wędrówkach po Europie. Robiłam w tym czasie najróżniejsze głupie i autodestrukcyjne rzeczy. Mało brakowało, a sięgnęłabym po twarde narkotyki. Tyle że powoli mnie to nużyło. Jechałam już na oparach. Anne Lamott przytacza komentarz jednego ze swoich znajomych, który skutecznie ucieka od nałogu: „Pod koniec pędziłem w dół szybciej, niż byłem w stanie obniżać własne standardy”[6].

W 1987 roku poznałam Steve’a. Z jakiegoś powodu przy nim byłam bardziej sobą niż z kimkolwiek innym od czasów mojej pierwszej najlepszej przyjaciółki, Eleanor. On mnie rozumiał. Poznaliśmy się co prawda dopiero w końcówce mojego okresu autodestrukcji, ale on potrafił dostrzec prawdziwą mnie – i mnie lubił. Przeżył podobną traumę rodzinną, więc rozumiał mój ból. Będąc razem, każde z nas po raz pierwszy w życiu miało okazję o tych doświadczeniach porozmawiać. Całkowicie się przed sobą otworzyliśmy. Potrafiliśmy wisieć na telefonie przez dziesięć godzin. Rozmawialiśmy o tych wszystkich kłótniach, których byliśmy świadkami, o tej samotności, z którą się zmagaliśmy, i o tym nieznośnie bolesnym poczuciu braku przynależności.

Nasza przyjaźń szybko przerodziła się w silne zauroczenie, a potem w romans na całego. Być dostrzeżonym to naprawdę potężne doświadczenie. Trudno jest walczyć przeciwko sobie, gdy ktoś nas autentycznie dostrzega i kocha. Czasami ta jego miłość była dla mnie jak dar, kiedy indziej go za to nienawidziłam. Zaczęłam jednak dostrzegać przebłyski własnego ja i nagle przepełniły mnie żal i pragnienie. Żal mi było tej dziewczyny, która nigdy nie czuła się częścią niczego, pragnęłam zaś się dowiedzieć, kim jestem, co lubię, w co wierzę i dokąd chcę zmierzać. Steve’a te moje wycieczki w głąb własnej duszy nie przerażały. Odnosił się do nich z uznaniem. Wspierał je.

A zatem nie, doktor Angelou, to niemożliwe, żeby dobrze było nigdzie nie przynależeć. Nadal nie potrafiłam zrozumieć, co chciała przez to powiedzieć.

Steve i ja pobraliśmy się po siedmiu latach znajomości. On po studiach medycznych rozpoczął rezydenturę, a ja zrobiłam licencjat i kontynuowałam studia. W 1996 roku po zdobyciu tytułu magistra postanowiłam na dobre rozstać się z nałogami, przestałam więc pić i palić. Co ciekawe, mój pierwszy tymczasowy sponsor ze Wspólnoty Anonimowych Alkoholików (AA) powiedział: „Nie wydaje mi się, żeby twoje miejsce było w AA. Powinnaś raczej iść na spotkanie dla współuzależnionych”. Sponsor z grupy współuzależnionych kazał mi wracać do AA albo ewentualnie iść do grupy dla przejadających się. Powiedział: „Ty tak do końca tu nie pasujesz”. Nie do wiary! Co człowiek ma zrobić, jeśli nie pasuje nawet do AA?

W końcu moja nowa sponsorka powiedziała, że moje uzależnienie to taki talerz różnych specjałów. Chodziło jej o to, że używki miały tłumić moją wrażliwość. Powiedziała, żebym sobie poszukała spotkania, na którym się będę dobrze czuła – że to jest obojętne, na jakie spotkania będę chodzić, bylebym przestała pić, palić, opiekować się innymi i zajadać. Jasne. Wszystko jasne!

Pierwsze lata małżeństwa do łatwych nie należały. Nie mieliśmy pieniędzy, a rezydentura i studia wykańczały nas psychicznie. Nigdy nie zapomnę, jak powiedziałam uczelnianej terapeutce, że chyba nic z tego nie będzie. Co ona mi na to? „Możliwe, bo on chyba lubi cię bardziej, niż ty sama siebie lubisz”.

Drogę od biegłego dopasowywania się do innych do prawdziwej przynależności rozpoczęłam, mając niewiele ponad dwadzieścia lat, ale jej pokonanie zajęło mi dwie dekady. Po trzydziestce wymieniałam jedne mechanizmy autodestrukcji na inne. Zrezygnowałam z imprez na rzecz perfekcjonizmu. Nadal zmagałam się z poczuciem bycia autsajderem (nawet w pracy), ale teraz inaczej reagowałam na to, że mój numer nie pojawia się na liście. Zamiast w milczeniu cierpieć i pogrążać się w poczuciu wstydu, zaczęłam opowiadać o moich lękach i bolączkach. Zaczęłam się zastanawiać nad tym, co i dlaczego jest dla mnie ważne. Czy rzeczywiście chcę iść przez życie krokiem marszowym? Nie. Powiedziano mi, że nie mogę prowadzić badań jakościowych, ale ja i tak to zrobiłam. Przekonywano mnie, że nie ma sensu badać poczucia wstydu, ale ja i tak się tym zajęłam. Nie posłuchałam tych, którzy twierdzili, że nie da się jednocześnie być profesorem i pisać książek, które ludzie naprawdę będą chcieli czytać.

Nie chodziło bynajmniej o to, że popadłam ze skrajności w skrajność – od całkowitego dopasowania przeszłam do odróżniania się, zaprzeczania czy wiecznego maszerowania pod prąd. To były w istocie dwa odbicia tego samego zjawiska. Cały czas pragnęłam poczucia przynależności, a decyzje skutkujące funkcjonowaniem na obrzeżach mojego świata zawodowego niemal stale podtrzymywały we mnie poczucie niepewności i niedoboru. Nie było to rozwiązanie idealne, ale na tym etapie zdawałam sobie już sprawę, że asymilacja i postępowanie zgodnie z cudzymi oczekiwaniami zbyt wiele by mnie kosztowało – mogłabym to przypłacić utratą zdrowia, rozpadem małżeństwa albo ponowną ucieczką w nałogi. Bardzo pragnęłam mieć wokół siebie własną ekipę, ale nie na tyle, żeby to wszystko poświęcić – więc trzymałam się z boku.

Potem 2013 rok przyniósł serię niesamowitych zdarzeń, które odegrały w moim życiu bardzo istotną rolę. Oprah Winfrey zaprosiła mnie do jednego z moich ulubionych programów, Super Soul Sunday.

Wieczorem poprzedniego dnia jadłam kolację z producentami programu i moim menedżerem Murdochem (Szkotem, który mieszka w West Village i teraz już wypowiada teksańskie y’all z taką samą swobodą jak ja). Po kolacji Murdoch i ja wracaliśmy do hotelu. On zatrzymał się nagle na rogu, a ja szłam dalej. Zawołał do mnie: „Gdzie jesteś, Brené?”.

Gdy tylko z moich ust padła głupkowata odpowiedź − „Na rogu Michigan i Chicago” – od razu stało się dla mnie jasne, że do głosu doszła moja wrażliwość. Murdoch zaczął się rozwodzić nad tym, jak to byłam nieobecna podczas kolacji. Uprzejma i przyjazna, owszem. Ale obecna – nie! Doskonale wiedziałam, co się dzieje. Spojrzałam na niego i przyznałam: „Robię tak, kiedy się boję. Wznoszę się nad moim życiem i mu się przyglądam, badam je, zamiast nim żyć”.

Murdoch skinął głową. „Wiem, ale musisz znaleźć sposób na to, żeby z tym skończyć i wrócić na ziemię. To naprawdę ważne. Nie chcę, żebyś przegapiła swoją szansę. Nie przyglądaj się tej chwili. Przeżyj ją”.

Następnego ranka właśnie się ubierałam, żeby iść na moje pierwsze spotkanie z Oprah, gdy napisała do mnie córka. Chciała się upewnić, że podpisałam i złożyłam w szkole zgodę na jej udział w wycieczce. Wysłałam jej potwierdzenie, po czym usiadłam na krawędzi łóżka i omal się nie rozpłakałam. W mojej głowie pojawiły się myśli: „Ja również potrzebuję dać sobie zgodę na to, żeby przestać się bać i tak poważnie zachowywać. Potrzebuję zgody na to, żeby się dzisiaj dobrze bawić”. Tak w mojej głowie narodził się pomysł. Rozejrzałam się po pokoju, żeby się upewnić, że nikt nie będzie mi się przyglądał. Miałam zamiar zrobić coś absurdalnego. Podeszłam do biurka, usiadłam i na przyklejanej kartce wyjętej z torebki napisałam sama dla siebie taką zgodę. Brzmiała tak: „Zgoda na bycie podekscytowaną i zakręconą, a także na dobrą zabawę”.

To miała być pierwsza z setek takich zgód, które potem sama dla siebie napisałam. Nadal je zresztą piszę i chętnie opowiadam każdemu, kto tylko zechce mi poświęcić pięć minut, o tym, jaka to niesamowita metoda formułowania własnych intencji. To naprawdę działa. Trzeba jednak pamiętać, że podobnie jak w przypadku formularzy składanych w szkole sama zgoda na wyjście do zoo nie wystarczy – trzeba jeszcze wsiąść do autobusu. Trzeba określić cel, a potem go zrealizować. Tamtego dnia faktycznie wsiadłam do autobusu.

Wtedy nie zdawałam sobie z tego sprawy, ale z perspektywy czasu już rozumiem, że te zgody, których udzielałam sobie sama na piśmie, tak naprawdę stanowiły próbę osiągnięcia poczucia przynależności do samej siebie i do nikogo innego.

Moje pierwsze spotkanie z Oprah odbyło się przed kamerami i było bardzo emocjonalne. Wystarczyło nam zaledwie kilka minut, żeby zacząć się wygłupiać i śmiać. Okazała się dokładnie taka, jaką ją sobie wyobrażałam. Zawzięta, ale uprzejma. Łagodna, ale stanowcza. Godzina upłynęła w mgnieniu oka. Gdy czas minął, spojrzała na mnie: „Powinnyśmy nakręcić jeszcze jedną godzinę, zrobić jeszcze jeden odcinek”. Rozejrzałam się wokół z zaniepokojeniem, jak gdyby sama taka myśl miała na nas sprowadzić jakieś kłopoty.

„Naprawdę? – zapytałam. – Serio?”

Oprah się uśmiechnęła. „Naprawdę. Jest jeszcze wiele tematów, które mogłybyśmy poruszyć”.

Zmrużyłam oczy i spojrzałam w mrok studia, jak gdyby spodziewając się, że to gdzieś tam będą zapadać decyzje. Powiedziałam: „Może powinnyśmy zapytać?”.

Oprah znów się uśmiechnęła: „A czyjej zgody twoim zdaniem potrzebujemy?”. Nie było w tym żadnej arogancji. Chyba uznała moje pytanie za zabawne.

„A, no tak. Przepraszam. W takim razie zgoda. Zgoda! Bardzo chętnie. Ale czy nie powinnam się przebrać? O rany. Oprócz tego stroju mam tylko dżinsy i buty kowbojskie, w których tu przyszłam”.

„Wysokie buty i dżinsy świetnie się nadają. A bluzkę ci pożyczę”.

Oprah skierowała się do swojej garderoby, żeby też się przebrać. Po kilku krokach zatrzymała się jednak, odwróciła i powiedziała: „Jest tu też Maya Angelou. Może chciałabyś ją poznać?”.

Świat wokół mnie nagle pogrążył się w mroku. Czas zwolnił. „Za dużo tego. Może ja nie żyję”.

„Brené? Halo! Czy chcesz poznać doktor Mayę?”. Ostatecznie do udzielenia odpowiedzi skłoniło mnie jednak dopiero kolejne pytanie Oprah: „Co ty na to?”.

Podskoczyłam na równe nogi: „Tak. O mój Boże! Tak”.

Oprah wzięła mnie za rękę i poprowadziła na drugi plan, który znajdował się po drugiej stronie korytarza. Gdy weszłyśmy do środka, w pierwszej chwili skupiłam wzrok na ekranie telewizyjnym ustawionym naprzeciwko miejsca, w którym siedziała doktor Angelou. Widać było na nim dwa puste fotele, które wcześniej zajmowałyśmy ja i Oprah.

Maya Angelou spojrzała prosto na mnie. „Dzień dobry, doktor Brown. Oglądałam pani występ”.

Podeszłam do niej i uścisnęłam jej wyciągniętą rękę ze słowami: „To wielki zaszczyt panią poznać. Bardzo wiele pani dla mnie znaczy. Jest pani ważną częścią mojego życia”.

Cały czas trzymała moją dłoń, teraz przykryła ją również drugą swoją ręką. „Robi pani coś ważnego. Proszę to robić dalej. Proszę mówić o swojej pracy. Proszę nie przestawać i nie pozwolić, żeby ktoś pani przeszkodził”.

Opowiedziałam jej, jak czasami podczas zajęć wyłączam światło i odtwarzam studentom nagranie, na którym recytuje swój wiersz Our Grandmothers[7]. Dodałam, że czasami po prostu odtwarzam wers rozpoczynający się od słów: „I shall not be moved…”.

Chwyciła moją dłoń jeszcze pewniej, spojrzała mi prosto w oczy i spokojnym, głębokim głosem zaśpiewała: „Like a tree planted by the river, I shall not be moved”. Potem ścisnęła mnie mocno i powiedziała: „Nie daj się ruszyć, Brené”.

To było trochę tak, jak gdyby zdołała skumulować i przekazać mi całą odwagę, jakiej miałam w życiu potrzebować. Rzadko się zdarza, że człowiek potrafi na bieżąco rozpoznać moment, który go definiuje. Ja ten dar otrzymałam. Cóż jednak ma zrobić ktoś, kto się całe życie poruszał, żeby się jakoś dopasować do innych, gdy nagle Maya Angelou śpiewem przekonuje go, że nie powinien dać się ruszyć? Otóż w takim momencie człowiek przywiera mocno stopami do ziemi. Wygina się, naciąga i rośnie, ale za nic nie wyrzeka się swojej tożsamości. A w każdym razie zaczyna się starać tak robić…

Pół roku po tym niesamowitym przeżyciu znów siedziałam na planie telewizyjnym w Chicago. Tym razem miałam wystąpić podczas jednej z najważniejszych światowych imprez poświęconych kwestii przywództwa. Organizatorzy wydarzenia zdecydowanie sugerowali strój biznesowy, ale ja w czarnych spodniach z kantem i w czółenkach czułam się tak, jak gdybym udawała kogoś, kim nie jestem. Albo jakbym szła na pogrzeb.

Obok mnie siedziała inna prelegentka (potem zresztą się zaprzyjaźniłyśmy), która zapytała, jak się miewam. Wyznałam jej, że nie potrafię się w tym wszystkim odnaleźć i czuję się tak, jakbym grała w jakimś teatrzyku. Odpowiedziała mi na to, że wyglądam „bardzo elegancko”, ale z wyrazu jej twarzy wyczytałam co innego: „Wiem, to trudne. Ale cóż możemy na to poradzić?”.

Nagle wstałam, wyrwałam swoją torbę spośród rzędu ustawionych pod ścianą toreb innych prelegentów i udałam się do garderoby. Chwilę później wyszłam stamtąd w granatowej koszulce, ciemnych dżinsach i chodakach. Kobieta spojrzała na mnie i powiedziała: „Rewelacyjnie. Jest pani bardzo odważna”.

Nie bardzo wiedziałam, co chciała przez to powiedzieć, ale się roześmiałam. „Wcale nie, to z konieczności. Jak mogłabym stanąć na scenie i mówić o autentyczności i odwadze, gdybym się nie czuła autentyczna i odważna? Po prostu nie dałabym rady tego zrobić. Nie przyjechałam tu po to, żeby moje biznesowe ja mogło sobie porozmawiać z ich biznesowymi ja. Przyjechałam tu po to, aby powiedzieć coś od serca i przemówić im do serc. To właśnie jestem ja”. To był kolejny krok na drodze do świadomości, że przynależę do siebie.

Moje kolejne starcie ze światem biznesu miało miejsce parę tygodni później. Przeglądałam właśnie materiały dotyczące planowanych imprez z udziałem prelegentów, gdy trafiłam na list od jednego z organizatorów: „Mieliśmy okazję słuchać pani wystąpienia podczas konferencji w zeszłym roku. Bardzo byśmy chcieli, żeby wystąpiła pani przed naszymi liderami! Podczas tamtego wystąpienia mówiła pani o tym, że trzeba znać własne podstawowe wartości. Bardzo nam się to podobało. Jako jedną z dwóch wartości, którymi kieruje się pani w życiu, wymieniła pani wiarę. Z uwagi na biznesowy charakter naszego wydarzenia prosilibyśmy jednak, aby pani o wierze nie wspominała. Drugą z bliskich pani wartości jest odwaga i to nam odpowiada. Czy mogłaby się pani skupić tylko na tym?”.

Wyraźnie czułam narastające napięcie w klatce piersiowej. Twarz czerwieniała mi z sekundy na sekundę. Coś podobnego, choć o skrajnie odmiennym charakterze, już raz mnie w tamtym roku spotkało. Organizator spotkania powiedział mi wówczas, że „bardzo mu się podoba moje bezpośrednie i południowo-prowincjonalne podejście”, ale chciałby, żebym nie przeklinała, ponieważ mogłoby to zniechęcić niektórych „wierzących słuchaczy”, którzy z pewnością „by mi wybaczyli”, ale mogliby się poczuć urażeni.

„Kit. Bzdura. Zupełna bzdura. Ja