Wydawca: Czwarta Strona Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 337 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Z nicości - Martyna Senator

Trzeci tom bestsellerowej serii New Adult!

 

Elza ucieka z domu i zostawia za sobą całe dotychczasowe życie. Wbrew tragicznej przeszłości chce zaryzykować i postawić wszystko na jedną kartę. Kiedy poznaje Kubę, uroczego tatuatora, zaczyna wierzyć, że jej los wreszcie się odmieni. Czy nowa, skomplikowana miłość pomoże im zmierzyć się z problemami, które nadejdą?

Opinie o ebooku Z nicości - Martyna Senator

Fragment ebooka Z nicości - Martyna Senator

Copyright © Martyna Senator, 2018 Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2018

Redaktor prowadząca: Milena Buszkiewicz

Redakcja: Natalia Szczepkowska

Korekta: Joanna Pawłowska

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Klaudia Kumala

Projekt okładki i stron tytułowych: Magdalena Zawadzka

Zdjęcia na okładce:

© Aleshyn_Andrei | www.shutterstock.com

© Julia Tsokur | www.shutterstock.com

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

Wydanie elektroniczne 2018

eISBN978-83-7976-985-8

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

KOCHANYM RODZICOM

Ciągle jeszcze istnieją wśród nas anioły.

Nie mają wprawdzie żadnych skrzydeł,

lecz ich serce jest bezpiecznym portem

dla wszystkich, którzy są w potrzebie.

DZIĘKUJĘ, ŻE JESTEŚCIE MOIMI ANIOŁAMI

Czasem krok, którego boisz się najbardziej,

jest tym, który Cię wyzwoli.

Robert Tew

PROLOG

Dlaczego tu jest tak cicho? Nie powinno tak być… Wiesz dlaczego, słyszę wewnętrzny głos. To koniec.

Nie, nie, nie. Po moich policzkach zaczynają płynąć łzy. To tylko sen. Koszmar, z którego zaraz się obudzę.

Ktoś coś mówi, ale żadne słowa do mnie nie docierają. Czuję się tak, jakbym była pod wodą. Tam słychać tylko ciszę. Przerażającą ciszę, która rozdziera serce.

Moim ciałem wstrząsa szloch. Chowam twarz w dłoniach i zaczynam płakać.

Jak to możliwe? Przecież oddycham… żyję…A jednak mam wrażenie, że umarłam razem z nim.

DWA LATA PÓŹNIEJ

ROZDZIAŁ 1

ELZA

Nie mam zbyt wielu rzeczy do zabrania. Wrzucam wszystko do walizki i wychodzę z domu, z nikim się nie żegnając. Po moich policzkach płyną łzy, ale nawet nie próbuję ich powstrzymać. Zbyt długo to robiłam.

Na klatce schodowej spotykam panią Teresę. Trzyma zwiniętą smycz i przywołuje Dianę, która najwyraźniej jeszcze nie ma ochoty wracać z wieczornego spaceru. Kiedy mnie dostrzega, po jej twarzy przebiega cień niepokoju.

– Nie mogę tu dłużej zostać – wyjaśniam.

Kobieta patrzy na mnie zatroskanym wzrokiem. Jednak nie wygląda na zdziwioną, tak jakby przeczuwała, że ten moment prędzej czy później nastąpi. Otwiera drzwi do mieszkania i uśmiecha się blado.

– Wejdź – mówi cicho. – Chcę ci coś dać.

Gdy przekraczam próg, uderza mnie specyficzny psi zapach. Mimo częstych odwiedzin do tej pory nie udało mi się do niego przyzwyczaić. Pani Teresa idzie do pokoju, a ja obrzucam wzrokiem miejsce, którego prawdopodobnie już nigdy nie zobaczę. Kiedy wraca, zauważam, że trzyma wypchaną kopertę.

– Weź to.

Patrzę z niedowierzaniem na plik banknotów i kręcę głową.

– Nie mogę!

– Oczywiście, że możesz. Będziesz ich potrzebować.

– A pani?

– Nie przejmuj się mną. Mam sporo oszczędności.

Wiem, że powinnam odmówić. Ale w obecnej sytuacji nie mogę sobie na to pozwolić.

– Dziękuję. – Chowam pieniądze do torebki. – Obiecuję, że wszystko pani zwrócę.

Kobieta macha ręką, tak jakby zupełnie jej na tym nie zależało.

– To jeszcze nie wszystko. Zrób miejsce w walizce.

Kiedy widzę, że niesie maszynę do szycia, natychmiast zaczynam protestować.

– I tak jej nie używam – przerywa mi. – A tobie na pewno się przyda.

Wzdycham głęboko i pakuję maszynę do torby, a potem żegnam się z panią Teresą i idę na przystanek.

Walizka jest strasznie ciężka. W dodatku jedno z kółek jest urwane, więc muszę ją nieść. Oddycham ciężko i co parę kroków przekładam bagaż z jednej ręki do drugiej.

Po półgodzinnej jeździe autobusem w końcu docieram na dworzec. Jest kwadrans po dwudziestej, a to oznacza, że następny pociąg do Krakowa odjeżdża dopiero za cztery godziny.

Nie mogę tak długo czekać, myślę gorączkowo, muszę jak najszybciej stąd wyjechać.

KUBA

Przed wjazdem na autostradę zatrzymuję się na stacji benzynowej. Zamawiam kawę i hot-doga. Dochodzi dwudziesta pierwsza, a przede mną jeszcze trzygodzinna podróż, dlatego zamierzam wlać w siebie solidną porcję kofeiny zanim znów usiądę za kółkiem. Staję przy wysokim okrągłym stoliku i upijam łyk americano.

Ostatnie trzy dni były wyjątkowo intensywne. Pracowałem na guest spocie w Blueberry Tattoo Studio, a wieczorami wraz z całą ekipą przesiadywałem w jednym z pubów na Starym Mieście. W dodatku ojciec codziennie wydzwaniał, próbując nakłonić mnie do rozpoczęcia aplikacji adwokackiej. Już dawno zaplanował mi życie, a teraz wściekał się, bo coraz częściej zbaczałem z drogi, którą dla mnie wybrał. Na początku lipca obroniłem pracę magisterską i jasno dałem mu do zrozumienia, że na tym moja przygoda z prawem się kończy. Początkowo myślał, że żartuję. Jednak kiedy wczoraj dowiedział się, że upłynął termin składania dokumentów i we wrześniu nie przystąpię do egzaminu, wpadł w szał. Zadzwonił do mnie i wrzeszczał przez bitą godzinę. Krzyczał, że jestem niepoważny i marnuję sobie życie. A kiedy powiedział, że przynoszę mu wstyd, bez słowa przerwałem połączenie. Echo jego głosu wciąż pobrzmiewa w mojej głowie i chociaż usiłuję się nim nie przejmować, podły nastrój nie opuszcza mnie nawet na chwilę.

Zjadam hot-doga i upijam kolejny łyk kawy. W pewnej chwili szklane drzwi rozsuwają się i do sklepu wchodzi ciemnowłosa dziewczyna. Ma na sobie dżinsy i kremowy sweter, a w dłoniach trzyma walizkę. Sądząc po sposobie, w jaki idzie, oraz grymasie, który wykrzywia jej twarz, bagaż jest potwornie ciężki. Podchodzi do kasy, stawia walizkę na podłodze i potrząsa ręką, tak jakby próbowała pozbyć się odrętwiającego bólu.

– W czym mogę pomóc? – pyta sprzedawca.

– Czy ma pan jakieś niepotrzebne pudełko?

– Zaraz zobaczę. – Mężczyzna znika na zapleczu, a ja przyglądam się jej z zaciekawieniem.

Ma szczupłą, lecz ponętną figurę. Zgrabne nogi, zaokrąglone biodra i kusząco zarysowany biust, którego nie jest w stanie ukryć nawet luźny sweter. W długich ciemnych włosach połyskują miedziane refleksy. Usta sprawiają wrażenie miękkich i zmysłowych, a duże ciemne oczy… patrzą prosto na mnie. Cholera! Zauważyła, że się na nią gapię!

Jednak mimo zakłopotania nie odwracam wzroku. Jest w niej coś hipnotyzującego, co sprawia, że wszystko dookoła traci na ostrości.

Z tego dziwnego zapatrzenia wyrywa mnie dopiero głos sprzedawcy.

– Mam tylko coś takiego. – Mężczyzna pokazuje niewielkie opakowanie po batonach. – Może być?

– Tak, dziękuję.

Dziewczyna odrywa górną część pudełka, a resztę wyrzuca. Wyjmuje z torebki markera i pisze coś po wewnętrznej stronie.

– Nie boisz się łapać stopa o tej porze? – pyta zaniepokojony sprzedawca.

– Nie mam innego wyjścia. Spóźniłam się na pociąg.

– W telewizji tyle się mówi o gwałtach i zabójstwach… Nie lepiej poczekać do jutra?

– Nic mi nie będzie. – Uśmiecha się słabo i chowa markera do torebki.

Kiedy wsuwa tekturę do bocznej kieszeni walizki, mój wzrok pada na duży czarny napis: KRAKÓW. Gdybym wierzył w przeznaczenie, prawdopodobnie uznałbym to za jakiś znak, a nie zwykły zbieg okoliczności. Wolę jednak myśleć, że mam wpływ na swój los. Życie byłoby cholernie przygnębiające, gdyby okazało się, że wszystko jest z góry ustalone.

W pośpiechu dopijam kawę, wyrzucam kubek i ruszam w stronę dziewczyny.

– Zaczekaj, pomogę ci – mówię, widząc, że przymierza się do podniesienia walizki. – Tak się składa, że jadę do Krakowa. Mogę cię zabrać.

Dziewczyna spogląda na mnie niepewnie, jakby próbowała ocenić, czy może mi zaufać. Niewiele myśląc, wyjmuję z kieszeni portfel i pokazuję jej dowód osobisty.

– Możesz wysłać zdjęcie rodzicom albo koleżance i napisać, że ze mną jedziesz.

W pierwszej chwili wydaje się zaskoczona. Ale zdziwienie szybko znika, a w jego miejscu pojawia się coś innego. Smutek? Ból? W milczeniu wyjmuje z torebki telefon, robi zdjęcie i po chwili oddaje mi dokument.

– Jak masz na imię? – pytam, chowając portfel.

– Elza.

– Ładnie. Jak ta księżniczka z Krainy lodu.

– Nie jesteś za duży na bajki? – pyta żartobliwie.

– Moja siedmioletnia siostra twierdzi, że z tego się nie wyrasta.

Jej twarz rozjaśnia się w uśmiechu, dzięki czemu wydaje się jeszcze piękniejsza. Niechętnie odrywam od niej wzrok i podnoszę walizkę. Domyślałem się, że będzie ciężka, ale nie sądziłem, że aż tak. Nie mam pojęcia, jakim cudem sama ją tu przytaszczyła…

– O matko, co ty tam wpakowałaś? Kamienie?

Wzrusza ramionami.

– Ubrania, parę książek, maszynę do szycia…

Kiedy nasze spojrzenia spotykają się, uświadamiam sobie, że ona wcale nie żartuje. Naprawdę upchnęła tam maszynę do szycia.

Wychodzimy ze sklepu i kierujemy się w stronę czarnego BMW. Wydałem niemal wszystkie oszczędności, żeby je kupić, ale nie żałuję. Już jako nastolatek marzyłem o własnej furze. Oczywiście ojciec i tak mnie skrytykował. Nie mieściło mu się w głowie, jak można jeździć używanym samochodem. Ale on żył w zupełnie innych realiach. Był znanym prawnikiem, miał mnóstwo kasy i nie musiał sobie niczego odmawiać.

Chowam bagaż i siadam za kierownicą. Przykładam telefon do magnetycznego uchwytu zamocowanego nad radiem i podłączam go do ładowania. Czekam, aż Elza zapnie pasy, a potem wyjeżdżam na autostradę.

ELZA

Wbrew temu, co powiedziałam na stacji benzynowej, wcale nie byłam tak optymistycznie nastawiona do samotnego podróżowania stopem. Zwłaszcza o tej porze. Miałam pewne obawy, ale postanowiłam nie okazywać strachu. Tak bardzo chciałam stąd uciec, że byłam gotowa zignorować potencjalne zagrożenie.

Wzdycham cicho i wpatruję się w zdjęcie dowodu osobistego.

NAZWISKO: Orłowski

IMIONA: Jakub Marek

NAZWISKO RODOWE: Orłowski

IMIONA RODZICÓW: Marek Danuta

DATA URODZENIA: 25.03.1993

Minęła godzina, odkąd wyszłam z domu, a mój telefon milczy. Jednak intuicja podpowiada mi, że to tylko cisza przed burzą. Na wszelki wypadek blokuję wszystkie numery oprócz jednego. Pani Teresa obiecała, że gdyby coś się działo, natychmiast do mnie zadzwoni. Mam jednak nadzieję, że nie nastąpi to zbyt szybko…

Chowam telefon do torebki i biorę głęboki wdech, próbując odsunąć od siebie przykre myśli. To nie jest odpowiedni moment, żeby się nad sobą użalać.

Spoglądam ukradkiem na Kubę. Wplata palce we włosy i zaczesuje je do tyłu. Jasne kosmyki układają się w miękkie fale, ale już po chwili kilka z nich ponownie opada na czoło. Wnętrze samochodu tonie w półmroku, więc nie widzę dokładnie jego twarzy. Ale na stacji benzynowej zauważyłam, że ma kolczyk w brwi, a na szyi srebrny łańcuszek z dwoma nieśmiertelnikami. Prawą rękę niemal w całości pokrywają tatuaże. Kolorowe wzory biegną od linii nadgarstka i znikają pod rękawem czarnego t-shirtu. Patrzę na nie z zaciekawieniem, zastanawiając się, jak daleko sięgają.

Z zamyślenia wyrywa mnie dźwięk telefonu. Kuba odbiera i włącza tryb głośnomówiący.

– Siemka, co tam?

– Cześć. O której będziesz? – Słyszę głęboki męski głos.

– Dopiero wyjeżdżam z Wrocławia. A co?

– Zgubiłem klucze od mieszkania… No nic, przenocuję dziś u Sary, a rano wpadnę do studia. O której zaczynasz pracę?

– O dziesiątej.

– To do jutra.

Zastanawiam się, o jakie studio chodzi. Telewizyjne? A może nagraniowe? Rockowy styl sugeruje to drugie.

– Jesteś muzykiem?

– Nie. – Kuba wydaje się jednocześnie zdziwiony i rozbawiony. – Skąd ten pomysł?

– Twój kolega powiedział, że wpadnie do studia…

– Jestem tatuatorem.

– Nie domyśliłabym się, chociaż teraz wydaje się to oczywiste. – Śmieję się i posyłam mu zaciekawione spojrzenie. – Długo się tym zajmujesz?

– Prawie cztery lata. Zacząłem, jak byłem na drugim roku studiów.

– Wcześnie – stwierdzam ze zdumieniem. – Musisz być naprawdę dobry.

– Dużo ćwiczyłem. Poza tym na początku robiłem bardzo proste dziary. Dopiero gdy nabrałem wprawy, zacząłem eksperymentować. Tydzień temu na przykład skończyłem robić tatuaż, który ciągnął się od stopy aż do linii obojczyka.

Patrzę na niego z mieszaniną zaskoczenia i podziwu.

– Co to był za wzór?

– Ciężko go opisać. – Kuba bierze do ręki smartfona i po chwili mi go podaje. – Przedostatnia fotka na Instagramie.

Włączam aplikację i wybieram zdjęcie, o którym mówił Kuba. Tatuaż jest naprawdę imponujący. To abstrakcyjny wzór, który przypomina chaotyczne ruchy pędzla, jednak odnoszę wrażenie, że każdy element został dokładnie zaplanowany. Wśród kolorów dominuje czerń, błękit oraz jaskrawa zieleń.

– Wygląda fenomenalnie! Długo go robiłeś?

– Parę miesięcy. Musiałem rozłożyć pracę na cztery sesje. Przy tak dużych dziarach konieczne są kilkutygodniowe przerwy, żeby poszczególne części zdążyły się zagoić.

– Mogę obejrzeć inne fotki?

– Jasne.

Kolejne zdjęcia utwierdzają mnie w przekonaniu, że Kuba ma nie tylko ogromny talent, ale również bardzo wyrazisty styl. Charakterystyczne pociągnięcia pędzla i kleksy imitujące rozbryzganą farbę są częstym elementem jego wzorów, a jednak każdy z nich jest zupełnie inny. Wyjątkowy i niepowtarzalny.

– Nie jestem miłośniczką tatuaży, ale muszę przyznać, że to, co robisz, jest niesamowite. – Uśmiecham się i spoglądam na Kubę. – Masz jakąś ulubioną dziarę?

– Jest jedna, która ma dla mnie szczególne znaczenie. Mój współlokator zaprojektował ją dla swojej dziewczyny. Nie zrobiłem fotki, bo wydawała mi się zbyt osobista.

Pełen melancholii głos natychmiast przykuwa moją uwagę. Patrzę na Kubę, czekając, aż powie coś więcej, ale żadne słowa nie padają z jego ust. Intuicja podpowiada mi, że nie powinnam drążyć tematu.

Przeglądam kolejne zdjęcia, od czasu do czasu pytając o symbolikę niektórych tatuaży. Pogodny nastrój wraca, a ja ze zdumieniem stwierdzam, że już dawno z nikim tak dobrze mi się nie rozmawiało.

KUBA

Dojeżdżamy do Krakowa parę minut po północy. Przegadaliśmy niemal całą drogę. Próbowałem dowiedzieć się czegoś więcej o Elzie, ale niechętnie o sobie mówiła. Gdy o coś zapytałem, udzielała zdawkowych odpowiedzi i szybko zmieniała temat. Udało mi się ustalić tylko tyle, że w październiku zacznie studiować innowacje w biznesie i nigdy wcześniej nie była w Krakowie. Jednak wydawała się szczerze zainteresowana tym, co robię, dlatego chętnie opowiadałem jej o swojej pracy.

Dopiero w połowie drogi, gdy wspomniałem o maszynie do szycia, nastąpił przełom. Wyznała, że chciałaby kiedyś otworzyć sklep internetowy z ręcznie robionymi zabawkami dla dzieci. Była przy tym tak radosna i podekscytowana, jakby dzieliła się swoim największym marzeniem.

Zatrzymuję się na światłach i spoglądam na nią z ukosa.

– Gdzie cię podwieźć?

– Znasz jakiś niedrogi hostel? – pyta z wahaniem.

– Nie wynajęłaś żadnego mieszkania?

– Nie miałam czasu… Jutro zacznę szukać pokoju.

Prawdopodobnie powinienem zawieźć ją do najbliższego hostelu, ale nic nie poradzę na to, że wcale nie podoba mi się ten pomysł. A jeśli trafi na nieciekawe towarzystwo? Poza tym jest tu zupełnie sama, nie zna miasta… Znajomi wielokrotnie mówili mi, że czasami przesadzam, jeśli chodzi o kwestie bezpieczeństwa, ale to silniejsze ode mnie. Przeczesuję dłonią włosy i cicho wzdycham.

– Mamy z kumplem wolny pokój. Możesz zatrzymać się u nas, dopóki czegoś nie znajdziesz.

– Dzięki, ale to chyba nie jest najlepszy pomysł.

– Dlaczego?

– Prawie w ogóle cię nie znam…

Mam ochotę się roześmiać.

– Przecież mówiłaś, że nie masz w Krakowie żadnych znajomych. Niezależnie od tego, czy zostaniesz w hostelu, czy wynajmiesz pokój gdzieś indziej, trafisz na kogoś obcego. – Światła zmieniają się na zielone. Przejeżdżam przez skrzyżowanie i kieruję się w stronę Kazimierza. – Zresztą masz zdjęcie mojego dowodu osobistego, facet ze stacji benzynowej widział, jak wsiadamy razem do samochodu… Byłbym pierwszym podejrzanym, gdyby coś ci się stało.

Zapada cisza. Rzucam jej przelotne spojrzenie, ale jest zbyt ciemno i nie potrafię stwierdzić, jakie emocje malują się na jej twarzy. Podejrzewam jednak, że analizuje to, co przed chwilą powiedziałem.

– Twój współlokator nie będzie miał nic przeciwko? – odzywa się po dłuższej chwili.

– Jasne, że nie.

– W takim razie chyba faktycznie zatrzymam się dziś u was.

– Świetnie. – Uśmiecham się. – Aha, jeszcze jedna rzecz… Nie masz alergii na sierść, prawda?

ELZA

Osiedle, na którym mieszka Kuba, to połączenie elegancji i nowoczesności. Czyli całkowite przeciwieństwo miejsca, w którym dorastałam. Na biało-brązowej elewacji nie ma śladów odpadającego tynku ani ciemnych zawilgoconych plam, a przy głównym wejściu zamiast grupki lokalnych pijaczków stoją wypielęgnowane tuje.

Kuba wyjmuje ze schowka pilota, otwiera bramę i wjeżdża do podziemnego garażu. Korzystając z tego, że w samochodzie zrobiło się jasno, spoglądam w jego stronę. Już nie pamiętam, kiedy ostatnio tak dobrze mi się z kimś rozmawiało. Początkowo zależało mi jedynie na tym, aby uniknąć niezręcznego milczenia. Jednak po pewnym czasie zdałam sobie sprawę, że zadaję kolejne pytania, bo autentycznie jestem ciekawa odpowiedzi. Im dłużej o sobie opowiadał, tym bardziej mnie fascynował. Wiedziałam, że prawdopodobnie już nigdy go nie zobaczę, ale i tak chciałam dowiedzieć się o nim jak najwięcej. Nie poruszałam jednak tematu rodziny, ponieważ bałam się, że zrobi to samo.

Kuba wyłącza silnik i uśmiecha się słabo.

– Idziemy?

Wygląda na zmęczonego. Z tego, co mówił, spędził cały dzień na tatuowaniu. Dodając do tego ponad trzygodzinną podróż, podczas której obrzucałam go gradem pytań, dziwię się, że jeszcze nie padł ze znużenia.

Potakuję i wysiadam z samochodu. Podchodzę do bagażnika z zamiarem wyciągnięcia walizki, ale Kuba upiera się, że ją weźmie. Ma przy tym tak nieustępliwy wyraz twarzy, że dość szybo przestaję protestować.

Wjeżdżamy windą na siódme piętro i kierujemy się do mieszkania znajdującego się na końcu korytarza. Kuba otwiera drzwi i zapala światło w przedpokoju. Wchodzę za nim, tłumacząc sobie, że to najlepsze rozwiązanie. Podejrzewam, że w hostelu dzieliłbym pokój z kilkoma lub nawet kilkunastoma obcymi osobami, a tu będę miała trochę prywatności. Jestem w stanie zaakceptować obecność dwóch facetów. I kota. Bo, jak się okazuje, Kuba ma czarnego persa, który wabi się Dedal.

– Kuchnia, łazienka, pokój Michała – mówi, wskazując poszczególne drzwi. – Tamten pokój jest mój, a ten obok twój.

Uśmiecham się pod nosem, słysząc określenie „twój pokój”.

– Jesteś głodna? – pyta znienacka.

– Nie. Najchętniej od razu bym się położyła.

– Jasne. – Kuba zanosi walizki do pokoju, po czym odwraca się do mnie i marszczy brwi. – Obstawiam, że nie masz poduszki ani kołdry. – Kręcę głową. – Zaraz czegoś poszukam.

Kiedy wychodzi, obrzucam wzrokiem niewielkie pomieszczenie. Białe meble, granatowa narzuta, szare ściany i rolety, a na podłodze jasne panele. Chłodne, stonowane odcienie sprawiają, że wnętrze wydaje się nieco ponure, ale mimo wszystko nie jest tak przygnębiające, jak moje dotychczasowe mieszkanie.

– Znalazłem poduszkę, koc i prześcieradło. – Głos Kuby wyrywa mnie z zadumy. – Niestety nie mam kołdry, ale jest ciepło, więc nie powinnaś zmarznąć.

– Dziękuję. – Biorę od niego rzeczy i posyłam mu pełen wdzięczności uśmiech.

– Potrzebujesz czegoś jeszcze? – Kręcę głową. – No to dobranoc.

– Dobranoc.

Gdy zostaję sama, opuszczam rolety i ścielę łóżko. Wyjmuję z walizki piżamę, kosmetyczkę i Hamleta – pierwszego własnoręcznie uszytego misia. Wpatruję się w jego czarne filcowe oczy i uśmiecham lekko.

– Mówiłam ci, że kiedyś w końcu to zrobię – szepczę. – Wyrwę się z tego bagna i zacznę od nowa. Uda się, zobaczysz.

ROZDZIAŁ 2

KUBA

Budzi mnie krzyk. Zdezorientowany siadam na łóżku i rozglądam się półprzytomnym wzrokiem. Jestem w swoim pokoju, a wokół panuje cisza. Co jest grane? Czyżby to był sen?

Przecieram dłonią zaspane oczy i wytężam słuch, ale nie wyłapuję żadnego podejrzanego dźwięku. Już mam zamiar się położyć, gdy przypominam sobie o Elzie. Zaniepokojony wstaję z łóżka, zakładam spodnie dresowe oraz t-shirt i wychodzę na korytarz.

Drzwi do jej pokoju są uchylone. Zamierzam zapukać, ale gdy tylko ją dostrzegam, zamieram w pół gestu. Siedzi na łóżku i drapie Dedala za uchem. Kot mruczy z zadowoleniem, a Elza śmieje się cicho i pozwala mu umościć się na swoich kolanach. Ma na sobie szarą koszulkę, która wydaje się o kilka rozmiarów za duża, a długie, potargane włosy spływają po jej ramionach niczym miedziane wodospady.

Wygląda tak ślicznie, że przez dłuższą chwilę wpatruję się w nią jak zahipnotyzowany. Otrząsam się dopiero, gdy mnie zauważa.

– Cześć. – Uśmiecham się, próbując ukryć zakłopotanie. – Usłyszałem krzyk i przyszedłem sprawdzić, czy wszystko w porządku.

– Nie chciałam cię obudzić… ale zobaczyłam nad sobą łepek Dedala i spanikowałam. Dopiero po chwili dotarło do mnie, gdzie jestem.

– Zapomniałem cię ostrzec, że odkąd nauczył się otwierać drzwi, codziennie kogoś budzi. Zazwyczaj pada na Michała.

Elza śmieje się, a w jej policzkach pojawiają się urocze dołeczki.

– O której wychodzisz do pracy? – pyta.

– O wpół do dziesiątej.

Spogląda na telefon i wzdycha.

– Zaraz się zbieram.

– Która jest?

– Dochodzi ósma, ale powinnam zacząć przeglądać ogłoszenia, zanim sprzątną mi sprzed nosa wszystkie fajne oferty.

– Słuchaj, a może zamieszkasz z nami?

Wypowiadam te słowa bez zastanowienia, ale dość szybko uświadamiam sobie, że to faktycznie nie jest głupi pomysł. Już od dwóch tygodni bezskutecznie szukamy współlokatora, więc wszyscy troje byśmy na tym zyskali. Jednak Elza nie wygląda na przekonaną. Przygryza dolną wargę i patrzy na mnie z wahaniem. Być może ma konserwatywnych rodziców albo zazdrosnego chłopaka, który wpadłby w szał, gdyby dowiedział się, że jego dziewczyna mieszka z dwoma obcymi facetami.

– Jakby co, to masz plan B – dodaję swobodnie.

– Dzięki. – Po jej twarzy przebiega uśmiech.

– Napijesz się kawy?

– Chętnie.

Idę do kuchni, nastawiam wodę i zabieram się za smażenie jajecznicy. Kiedy przychodzi Elza, wszystko jest już gotowe.

– Chyba jednak z wami zamieszkam – wyznaje, obrzucając wzrokiem stół. – A tak poważnie, to wiszę ci śniadanie.

Mam ochotę po raz kolejny zapytać, czy nie zostanie, ale się powstrzymuję. Nie chcę być nachalny. Poza tym, gdy widzę, jak seksownie wygląda w zwykłej białej koszulce i obcisłych dżinsach, dochodzę do wniosku, że będzie lepiej, jeśli poszuka innego mieszkania. Mam dziwne przeczucie, że jej obecność niepotrzebnie skomplikowałaby mi życie.

Parę minut przed dziewiątą odprowadzam Elzę na przystanek i idę do pracy. Jest ładna pogoda, a ja mam sporo czasu, dlatego postanawiam się przejść. Wybieram drogę biegnącą przez osiedla. Przemierzam wąskie ulice, słucham Depeche Mode i cieszę się sierpniowym słońcem.

Pół godziny później docieram do studia. Gdy tylko przekraczam próg, Zoja uśmiecha się pogodnie i macha do mnie zza biurka. Platynowe włosy z zielonymi końcówkami oraz turkusowe soczewki sprawiają, że wygląda jak istota nie z tej ziemi.

– Mamy dwie kolejne klientki na piętnastego października – mówi ożywiona. – Jednej z nich bardzo zależy, żebyś to ty zrobił dziarę.

– Podała numer telefonu?

– Zaraz sprawdzę.

W tym roku w ramach Europejskiego Dnia Walki z Rakiem Piersi po raz kolejny będziemy tatuować kobiety po mastektomii. Inicjatywa powstała dwa lata temu, gdy kumpela wyznała, że jej mama chciałaby zasłonić bliznę po operacji. Właściciel studia zaproponował wówczas, żebyśmy zorganizowali akcję, w której wykonamy takie tatuaże za darmo. Nie byliśmy pewni, czy pomysł wypali, ale otrzymaliśmy tyle zgłoszeń, że ostatecznie musieliśmy rozłożyć zapisy na dwa dni.

To właśnie wtedy zrozumiałem, że moja praca to coś więcej niż rysowanie na skórze ciekawych obrazków. Zakrywanie tego typu blizn wywołuje ogromne emocje. To nie jest zwykła dziara. To symbol zwycięstwa, który pomaga odzyskać pewność siebie i na nowo pokochać swoje ciało.

Wybieram numer, który dyktuje mi Zojka, i przechodzę do sąsiedniego pomieszczenia.

– Halo? – słyszę miękki kobiecy głos.

– Dzień dobry! Mówi Kuba Orłowski. Czy rozmawiam z panią Magdaleną Majewską?

– Dzień dobry! Tak, i proszę mi mówić po imieniu.

– Chciałbym się z tobą spotkać i porozmawiać o tatuażu. Masz czas w sobotę?

– Jak najbardziej. O której ci pasuje?

– Może o jedenastej w Caffe Zaćmienie?

– Świetnie! Do zobaczenia!

Chowam telefon do kieszeni spodni i wracam na recepcję. Zoja robi porządki na półce z gazetami, podśpiewując piosenkę Björk. Siadam przy komputerze, otwieram pocztę i drukuję wzór, który będę tatuował.

– Jakie plany na dziś? – pyta.

Podchodzę i pokazuję jej kartkę.

– Super! Przypomina obrazy Jamesa Naresa.

– Klient jest jego fanem – wyjaśniam i spoglądam na zegarek. – Idę po kawę. Chcesz coś?

– Mrożoną latte.

Kiedy wracam, w studio poza Zoją jest jeszcze Aśka i Rafał.

– Siemka! – Kumpel podaje mi rękę. – Słuchaj, jest sprawa. Moja dziewczyna wpadła na pomysł, żebyśmy zrobili sobie takie same tatuaże. No wiesz, jakieś artystyczne serce albo coś w tym stylu. Masz w tym miesiącu jakiś luźniejszy dzień?

– Musiałbym sprawdzić, ale wydaje mi się, że w przyszły czwartek zaczynam dopiero o dwunastej, więc moglibyśmy spotkać się koło ósmej i coś pokombinować. – Podaję Zoi kawę, wyjmuję z kieszeni telefon i przeglądam kalendarz. – Tak, to jedyny termin, jaki wchodzi w grę.

– Ekstra! Zaraz zadzwonię do Marty.

Aśka wzdycha i kręci z dezaprobatą głową.

– Jeśli kiedykolwiek wpadnę na podobny pomysł, to mnie zastrzel…

Śmieję się i dopijam kawę, a kiedy przychodzi pierwszy klient, zabieram się do pracy.

ELZA

To jakiś koszmar! Nie sądziłam, że znalezienie odpowiedniego mieszkania będzie takie trudne… Odpowiedziałam na ponad czterdzieści ogłoszeń, z czego połowa była już nieaktualna. Kilku właścicieli krzyknęło takie kwoty za wynajem, że od razu im podziękowałam, a reszta… Szkoda słów.

Najlepszą opcją wydawał się niezbyt ładny pokój z piecem kaflowym. Jednak Kuba doradził mi przy śniadaniu, żebym nie wynajmowała mieszkania, w którym nie ma centralnego ogrzewania, bo zimą opłaty za prąd są strasznie wysokie. I w taki oto sposób zostałam na lodzie.

Siadam na ławce i chowam twarz w dłoniach. Dochodzi dwudziesta, a ja nie mam się gdzie podziać. Wszystko wskazuje na to, że będę musiała przenocować w hostelu i spróbować poszukać czegoś jutro. Ale już na samą myśl ogarnia mnie zwątpienie…

Wzdycham ciężko i wbijam wzrok w dłonie.A może powinnam przyjąć propozycję Kuby? Mieszkanie jest ładne i przestronne… Cena również wydaje się atrakcyjna… Dojście na uczelnię zajęłoby mi niecałe pół godziny, więc mogłabym zaoszczędzić na biletach miesięcznych… Kuba wydaje się bardzo sympatyczny… No i jest kot, o którym zawsze marzyłam. Jedyny problem polega na tym, że mieszkałabym z dwoma facetami. Ale czy to naprawdę byłoby takie straszne?

Czego tak właściwie się obawiam? Bałaganu? Ciągłych imprez? A może tego, że któregoś wieczoru upiją się i zaczną się do mnie dobierać?

– Oj Elza, Elza… Chyba przesadzasz – mruczę.

Kuba miał rację. Niezależnie od tego, gdzie wynajmę pokój, trafię na obcych ludzi. Dlaczego więc nie wybrać kogoś, kogo chociaż trochę znam i lubię? Zresztą, jeśli coś będzie nie tak, zawsze mogę się wyprowadzić.

Wyjmuję z torebki telefon i wysyłam wiadomość do Kuby.

JA:

Nadal szukacie współlokatora?

Odpowiedź przychodzi błyskawicznie.

KUBA:

Tak

JA:

To właśnie go znaleźliście.

KUBA:

:D

Gdzie jesteś? Mogę po Ciebie przyjechać

JA:

Nie trzeba. Odbiorę tylko bagaż z przechowalni i lecę na tramwaj

KUBA:

Naprawdę chcesz się tłuc tramwajem z tą walizą?

Uśmiecham się pod nosem.

JA:

Dam sobie radę. Jestem dużo silniejsza, niż Ci się wydaje :)

Niecałą godzinę później docieram do Ronda Grzegórzeckiego. Wysiadam z tramwaju i idę w stronę bloku, w którym mieszka Kuba. Wysłał mi esemesa z kodem, więc bez problemu dostaję się do środka. Wjeżdżam windą na ostatnie piętro i naciskam dzwonek. Drzwi otwiera uśmiechnięty brunet.

– Cześć. Ty pewnie jesteś Elza. – Potakuję. – Wejdź. Mam na imię Michał.

– Miło cię poznać.

Schylam się, żeby podnieść walizkę, ale chłopak jest szybszy.

– Wezmę to. – Zanim udaje mi się cokolwiek powiedzieć, zanosi bagaż do pokoju i wraca. – Kuba rozmawia przez tele… – Nie kończy, bo w tej samej chwili w głębi mieszkania rozlega się jakiś huk, a zaraz po nim głośne przekleństwo.

Kuba otwiera drzwi z takim impetem, że uderzają o ścianę, po czym wychodzi z pokoju. Ma potargane włosy i zaciśnięte usta, a w jego jasnozielonych oczach płonie gniew. Kiedy mnie dostrzega, nieco się rozluźnia.

– Hej. Nie wiedziałem, że już jesteś. – Uśmiecha się słabo. – Przepraszam za… to. – Wskazuje ręką pokój, tak jakby sam nie potrafił określić, co tam właściwie zaszło.

– Rozmawiałeś z ojcem? – pyta Michał.

Kuba potakuje. Przeczesuje palcami włosy i wzdycha.

– On nigdy nie odpuści.

– Odpuści. – Głos Michała jest jednocześnie spokojny i stanowczy. – Nie przejmuj się nim i rób swoje. – Klepie przyjaciela po plecach, po czym zwraca się do mnie: – Masz ochotę na pizzę?

Potakuję. Przez te głupie poszukiwania prawie nic dziś nie jadłam.

Zanoszę torebkę do pokoju i idę do kuchni. Na blacie dostrzegam dwa duże pudełka.

– Częstuj się. – Kuba podaje mi talerz.

Biorę kawałek i siadam przy stole.

– Czego się napijesz? – pyta Kuba. – Jest pepsi, sok pomarańczowy, woda… No chyba że wolisz piwo?

– Może być woda.

Nagle w kuchni rozlega się ciche miauczenie. Spoglądam w dół i zauważam Dedala, który ociera się o nogę od stołu. Kuba stawia przede mną szklankę z wodą, bierze kota na ręce i drapie go za uchem.

– Dla ciebie też coś mam.

Zanosi go pod okno, gdzie stoją dwie miski. Do jednej wsypuje karmę, a do drugiej wlewa wodę. Kiedy widzę, jak traktuje swojego pupila, czuję ciepło w sercu.

– Fajnie, że będziesz z nami mieszkać. – Głos Michała wyrywa mnie z zadumy. – Szukanie współlokatora to jakaś masakra… Wczoraj spławiłem kobietę, która nie mogła zrozumieć, dlaczego nie może palić fajek w pokoju, a parę dni wcześniej chłopaka, który hoduje węże i pająki…

Po moim ciele przebiega nieprzyjemny dreszcz. Kuba powiedział mi rano, że przeprowadzili się tu dopiero dwa tygodnie temu. Musieli opuścić poprzednie lokum, bo właściciel postanowił je sprzedać i wypowiedział im umowę. Kiedy zapytałam, dlaczego nie wynajęli dwupokojowego mieszkania, wyjaśnił, że to wcale nie jest takie proste, zwłaszcza gdy poza wyglądem, ceną i lokalizacją bierze się pod uwagę możliwość trzymania zwierząt.

– A jak jest z tobą? Masz jakieś nawyki albo zainteresowania, o których powinniśmy wiedzieć? – pyta żartobliwie.

Przeżuwam kęs pizzy i uśmiecham się lekko.

– Nie sądzę. Lubię czytać książki i szyć na maszynie. A wy?

– Kuba śpiewa pod prysznicem – wyznaje Michał.

– Sporadycznie! Poza tym prawie wszyscy to robią…

– Może i tak, ale tylko ciebie słychać w całym bloku – stwierdza z rozbawieniem, po czym mruga do mnie porozumiewawczo i dodaje: – Zresztą twój pokój przylega do łazienki, więc niebawem sama się przekonasz.

Przez resztę wieczoru objadamy się pizzą i rozmawiamy. Kuba i Michał wydają się naprawdę sympatyczni. Dużo żartują i opowiadają o początkach swojej znajomości. Co chwilę sobie dogryzają, ale robią to w tak zabawny sposób, że nie mogę opanować śmiechu. Nie mam wątpliwości, że łączy ich niezwykła więź. Są jak bracia i podejrzewam, że jeden bez wahania skoczyłby za drugim w ogień. Im dłużej z nimi przebywam, tym mocniej utwierdzam się w przekonaniu, że podjęłam słuszną decyzję. Być może z czasem zmienię zdanie. Ale teraz? Jestem pewna, że mam najlepszych współlokatorów na świecie.

KUBA

Dochodzi dwudziesta trzecia, gdy Michał oznajmia, że idzie się położyć. Jutro musi wcześnie wstać, bo o dziewiątej ma rozmowę kwalifikacyjną. Podczas studiów pracował jako barman, ale w lipcu obronił pracę i wysłał CV do kilku firm.

Kiedy wychodzi, sprzątam puste opakowania po pizzy, a Elza zabiera się za zmywanie.

– Nie musisz tego robić…

Zdążyliśmy już przedyskutować zasady wspólnego mieszkania. Jedna z nich mówi, że każdy sprząta po sobie.

– Daj spokój, nic mi się nie stanie, jeśli wyjątkowo umyję trzy talerze zamiast jednego – stwierdza pogodnie i układa naczynia na suszarce.

– Masz jakieś plany na jutro? – pytam, biorąc łyk piwa.

– Muszę kupić pościel.

– Jeśli chcesz, to po południu możemy pojechać do sklepu. Nie będziesz musiała tłuc się autobusem – dodaję, widząc wahanie na jej twarzy.

– Nie chcę cię wykorzystywać…

– Wyluzuj, to naprawdę nic wielkiego.

Uśmiecha się.

– Dzięki. – Wyciera ręce i rozwiesza ścierkę na uchwycie od piekarnika. – Pójdę się rozpakować.

Kiedy wychodzi, dopijam piwo i idę do swojego pokoju. Siadam na łóżku, wyjmuję z kieszeni telefon i włączam dźwięki. Mam cztery nieodebrane połączenia. Wszystkie od mamy. Biorę głęboki wdech i oddzwaniam. Mimo późnej pory odbiera już po pierwszym sygnale.

– Bałam się, że nie zechcesz ze mną rozmawiać. – Jej głos jest cichy, pełen poczucia winy, którego nie powinno w nim być.

– Dlaczego? Przecież to nie ty sprawiłaś, że poczułem się jak śmieć.

Chwila ciszy. A po niej krótkie westchnienie.

– Nie gniewaj się na niego… Przecież wiesz, że tata chce dla ciebie jak najlepiej.

– Czy ty zawsze musisz go usprawiedliwiać? – pytam z wyrzutem. – Niezależnie od tego, co robi, trzymasz jego stronę.

– Bo uważam, że ma rację. Powinieneś zrobić aplikację. W tym roku i tak nie przystąpisz do egzaminu, ale w przyszłym…

– Mamo – przerywam ostro. – Od samego początku próbowałem mu się przypodobać. Robiłem wszystko, co kazał, bo chciałem, żeby był ze mnie dumny. Ale mam już dość. Podjąłem decyzję i nie zamierzam jej zmieniać. Uszanujcie to. Proszę – dodaję łagodniej.

Kolejne westchnienie.

– Porozmawiamy w niedzielę. Mam nadzieję, że tym razem nic ci nie wypadnie… Zosia ciągle o ciebie wypytuje.

Po mojej twarzy przebiega cień uśmiechu. Przez kilka ostatnich tygodni unikałem rodzinnych obiadów, ale stęskniłem się za siostrą, dlatego zapewniam, że przyjadę. Żegnam się z mamą, opieram łokcie na kolanach i chowam twarz w dłoniach.

– Nie przejmuj się i rób swoje – powtarzam słowa Michała, mając nadzieję, że dodadzą mi otuchy.

ROZDZIAŁ 3

KUBA

Są takie myśli, których nie sposób zagłuszyć. Krążą po głowie niczym stado sępów i czekają, aż opadnę z sił. Czuję, że jeśli szybko czegoś nie zrobię, rozerwą mnie na strzępy.

Siadam na łóżku i sfrustrowany spoglądam na telefon. Jest kwadrans po szóstej.

– Cholera…

Miałem nadzieję, że dzisiaj pośpię dłużej, ale słowa ojca nie dają mi spokoju. Tym razem przesadził. I wszystko wskazuje na to, że jest tego świadomy, bo od wczoraj się nie odzywa.

Ubieram się i idę do łazienki. Krzywię się, gdy dostrzegam w lustrze własne odbicie. Wyglądam tak, jakbym właśnie wrócił z całonocnego melanżu: zmęczony, z podkrążonymi oczami… Wzdycham ciężko i przemywam twarz zimną wodą.

Kiedy parę minut później zaglądam do kuchni, zauważam śpiącego Dedala. Odkąd się przeprowadziliśmy, jego ulubionym legowiskiem jest pudełko po butach. Ledwo się do niego mieści, ale najwyraźniej wcale mu to nie przeszkadza. Zmieniam wodę i wsypuję karmę do miski, mając nadzieję, że kiedy wstanie, zajmie się jedzeniem i nie obudzi Elzy ani Michała.

Wracam do pokoju. Wrzucam do torby kąpielówki, czepek, okulary, klapki, ręcznik, żel pod prysznic… Pocieram dłonią czoło, zastanawiając się, czy o niczym nie zapomniałem. Zazwyczaj kiedy jestem podminowany albo moja głowa pęka od nadmiaru myśli, idę na basen. Pływanie pomaga mi się zrelaksować. Oczyszcza umysł, studzi emocje i pozwala zapomnieć o problemach. Przynajmniej na jakiś czas…

Kiedy parę minut po dziewiątej przychodzę do studia, czuję się już znacznie lepiej. Podejrzewam, że ponure myśli prędzej czy później wrócą, ale póki co udaje mi się trzymać od nich z daleka.

Na recepcji zastaję Zojkę. Siedzi za biurkiem, ze wzrokiem utkwionym w ekranie komputera, i popija kawę.

– Siemka. Piotrek już jest?

– Przyszedł kilkanaście minut temu. Chyba coś szkicuje.

To akurat mnie nie dziwi. Czasami mam wrażenie, że ten facet urodził się z ołówkiem w ręku. Nawet gdy wieczorem wyskakujemy na piwo, ciągle bazgrze po serwetkach.

Wchodzę do sąsiedniego pomieszczenia i witam się z kumplem.

– Co dzisiaj dziarasz? – pyta.

– Sam do końca nie wiem.

Piotrek rzuca mi zdziwione spojrzenie. Dopiero po chwili dociera do niego, co mam na myśli.

– Aleatorium? – pyta wyraźnie podekscytowany.

Potakuję. Parę tygodni temu, zainspirowany twórczością Jacksona Pollocka, zacząłem malować obraz. To był typowy action painting: spontaniczne ruchy pędzlem, które sprawiały, że farba rozbryzgiwała się na płótnie, tworząc przypadkowe wzory. W pewnej chwili pomyślałem sobie:a co by było, gdyby w taki sam sposób zaprojektować tatuaż? Napisałem na fejsie, że szukam ochotników do udziału w projekcie, który nazwałem Aleatorium, i po kilku dniach dostałem wiadomość od niejakiego Sławka. Na spotkaniu przedstawiłem swój pomysł i zasadę, że dziara powstanie w miejscach, na które chlapnie farba. Facet sprawiał wrażenie wyraźnie zaintrygowanego. Z terminem nie było problemu, bo od jakiegoś czasu prowadzę zapisy w taki sposób, aby przynajmniej raz w miesiącu mieć chociaż jeden dzień wolny.

– Będziecie to nagrywać? – Głos Piotrka wyrywa mnie z zadumy.

– Tak. Marcin przyniesie sprzęt.

– Kurde, jestem strasznie ciekawy, co z tego wyjdzie.

Jeszcze przez chwilę rozmawiam z Piotrkiem, a potem idę do pomieszczenia, w którym sterylizujemy sprzęt, i zakrywam folią meble, ściany oraz podłogę. Kiedy kończę, zjawia się Marcin. Rozkłada statyw, montuje lustrzankę i ustawia światło.

Kilka minut później do studia przychodzi Sławek.

– Siemka. – Uśmiecham się i wyciągam rękę. –Gotowy?

– Ma się rozumieć – mówi podekscytowany i ściska moją dłoń.

– Gdybyś w międzyczasie nabrał wątpliwości, to po prostu powiedz, okej?

– Jasne.

Sławek zdejmuje ubranie. Kiedy zostaje w samych bokserkach, przechodzimy do pomieszczenia zabezpieczonego folią. Zakładam lateksowe rękawiczki, dezynfekuję pędzle i skórę Sławka, a potem sięgam po pojemnik z czarnym tuszem. Wybieram butelkę ze szpiczastą zakrętką zakończoną małym otworem, umieszczam ją tuż za jego uchem i powoli przechylam.

Wąska struga farby spływa po karku, a na wysokości ramienia rozwidla się i tworzy na piersi odwrócone „V”. Unoszę jego prawą rękę, przykładam butelkę do nadgarstka i patrzę, jak tusz spływa po skórze, formując cienkie czarne linie. Krople staczają się po ciele, zahaczają o ramię, żebra i docierają aż do pasa.

Przelewam część tuszu do plastikowego kubka i proszę Sławka, żeby się położył. Zanurzam pędzel w farbie i jednym szybkim ruchem ochlapuję jego klatkę piersiową, ręce oraz podłogę. W efekcie powstaje gruba linia złożona z mniejszych i większych kleksów.

Unoszę jego lewą nogę i trzymając go za stopę, przykładam butelkę do kostki. Cienkie strugi tuszu natychmiast oplatają łydkę i spływają po udzie. Patrzę z zadowoleniem na czarny chaotyczny wzór, a potem przenoszę wzrok na Sławka i uśmiecham się lekko.

– To jak, dziaramy?

ELZA

Od rana siedzę z telefonem w dłoni i przeglądam oferty pracy. Muszę szybko coś znaleźć, bo po opłaceniu mieszkania mój budżet mocno się uszczuplił. Ale to wcale nie jest takie proste… Potrzebuję w miarę dochodowego zajęcia, które nie będzie kolidować ze studiami, a mój brak doświadczenia tylko pogarsza sprawę.

Ostatecznie decyduję się na roznoszenie ulotek (przynajmniej do czasu, aż nie znajdę czegoś innego). Ustalam telefonicznie najważniejsze szczegóły i jadę pod wskazany adres.

Na miejscu okazuje się, że w atrakcyjnej stawce godzinowej kryje się pewien haczyk. Muszę założyć strój krakowianki, zapleść włosy w dwa warkocze i zachęcać klientów do odwiedzenia restauracji. Ale w ogóle mi to nie przeszkadza. Bez słowa protestu biorę kostium i zabieram się do pracy.

Kilka godzin później wracam do mieszkania. Zdejmuję buty, kładę torebkę na komodzie i idę do kuchni. Na widok Kuby uśmiecham się pogodnie.

– Cześć.

– Siemka. Co dziś porabiałaś? – pyta, wlewając na patelnię sos ze słoika.

– Rozdawałam ulotki przebrana za krakowiankę.

Kuba spogląda na mnie z rozbawieniem.

– Na Starym Mieście? – Potakuję. – Szkoda, że nic nie powiedziałaś. Odwiedziłbym cię.

– Nie martw się, jeszcze zdążysz się pośmiać. Pracuję do końca sierpnia.

– Nie zamierzam się nabijać. – Odcedza makaron i wyjaśnia: – Wiem, jak to jest… W wakacje po skończeniu gimnazjum rozdawałem ulotki przebrany za smoka wawelskiego…

Śmieję się, podchodzę do parapetu i drapię Dedala za uchem. Kot mruczy z zadowoleniem i wtula łeb w moją dłoń.

– Masz ochotę na spaghetti?

– Dzięki, ale nie jestem głodna.

Dzisiaj w ramach obiadu zjadłam dwa obwarzanki, ale jutro zamierzam skoczyć do baru mlecznego, który wypatrzyłam w drodze na przystanek. Życzę Kubie smacznego i idę do pokoju. Rozplatam warkocze, przeczesuję palcami włosy i opadam na łóżko.

Życie na własny rachunek jest trudne, ale to jedyne, co mi pozostało. Jest duża szansa, że od października będę dostawać stypendium socjalne, więc powinno być trochę łatwiej. Z drugiej jednak strony zaczną się zajęcia i będę mogła pracować jedynie w weekendy. Albo wieczorami.

Wzdycham ciężko i spoglądam na maszynę do szycia. Powoli stanę na nogi, przekonuję się w myślach,a gdy trochę zaoszczędzę, kupię materiały i zacznę szyć.

Uda się.

Musi się udać.

Kiedy późnym popołudniem razem z Kubą wchodzimy do sklepu, kieruję się prosto do działu z pościelą. Biorę poduszkę i kołdrę, szybko wybieram poszewki i ruszam w stronę kas.

– Niesamowite… – Słyszę za sobą głos Kuby. – Przyjechałaś po pościel i kupiłaś TYLKO pościel. Myślałem, że takie kobiety nie istnieją.

Cieszę się, że Kuba nie widzi mojej miny. Przynajmniej nie muszę wyjaśniać, dlaczego tak nagle posmutniałam. Prawda jest taka, że z olbrzymią przyjemnością kupiłabym mnóstwo innych drobiazgów, które ożywiłyby mój pokój. Ale jeśli nie chcę zostać bez grosza, muszę mądrze planować wydatki.

Z zamyślenia wyrywa mnie dźwięk telefonu. Wykładam zakupy na taśmę, wyjmuję z torebki smartfona i spoglądam na wyświetlacz.

ZASTRZEŻONY

Mogłam się tego spodziewać. W dniu wyjazdu zablokowałam większość numerów, ale najwyraźniej to nie wystarczy. Jutro rano będę musiała zmienić numer.

Wyciszam telefon i płacę za zakupy, a Kuba pakuje wszystko do reklamówek.

Po powrocie do mieszkania zabieram się za oblekanie pościeli.

– Może wyskoczysz ze mną do pubu? – Słyszę za plecami głos Kuby. Stoi oparty o futrynę z rękami skrzyżowanymi na piersi i uśmiecha się przyjacielsko. – Będzie Sara, dziewczyna Michała. Może wpadnie jej współlokatorka z chłopakiem…

– Dzięki, ale chyba odpuszczę. Zostanę w mieszkaniu, wezmę kąpiel, poczytam… – Widząc jego zdziwioną minę, wyjaśniam: – Ostatnio miałam sporo na głowie. Muszę trochę odsapnąć.

– Jak chcesz. Gdybyś zmieniła zdanie, to daj znać.

Zamierza odejść, ale go zatrzymuję.

– Masz jakieś książki?

– Głównie kryminały.

– Pożyczysz mi coś na wieczór?

– Jasne. – Idziemy do jego pokoju. – Wybieraj – mówi, wskazując półkę z książkami.

Moją uwagę natychmiast przykuwają powieści Arthura Conana Doyle’a. O Sherlocku Holmesie słyszałam niejednokrotnie, ale nigdy nie miałam okazji poczytać o jego przygodach. Po namyśle wybieram Studium w szkarłacie.

Już mam wyjść, gdy mój wzrok pada na obraz oparty o ścianę. Wygląda tak, jakby ktoś sfrustrowany chwycił do ręki pędzel i machał nim bez zastanowienia. Białe, szare oraz czarne maźnięcia sprawiają wrażenie chaotycznych i przypadkowych. Jedne linie są cienkie, inne grubsze. Do tego dochodzą mniejsze i większe kleksy, które wyglądają tak, jakby ktoś strzepnął z pędzla resztkę farby.

– Nie miałem czasu go powiesić – odzywa się Kuba.

– Ty go namalowałeś?

Potakuje.

– Podoba ci się?

– Nie wiem… – wyznaję, wpatrując się w płótno. – Jest dziwny… Mroczny i niepokojący. Ale nie przejmuj się moją opinią – dodaję pospiesznie. – Nie znam się na sztuce.

– A jednak bez trudu odgadłaś, jakie emocje za nim stoją. – W jego głosie pobrzmiewa coś niepokojącego.

Marszczę brwi i