Z miłości? To współczuję. Opowieści z Omanu - Agata Romaniuk - ebook

43 osoby właśnie czytają

Opis

Z miłości? To współczuję to opowieść o współczesnym Omanie. O kobietach i mężczyznach, którzy skrywają namiętności pod diszdaszami i abajami, a potajemnie korzystają z Tindera. O umowach przedślubnych, do których warto wpisać sumę, jaką dostanie żona za urodzenie każdego dziecka, a także obietnice finansowania przez męża studiów medycznych. O kraju, w którym kobiety wolą się zaszyć przed ślubem, żeby udawać dziewice. Jest to wreszcie reportaż o miejscu, w którym kontraktowe małżeństwa wciąż są codziennością, a zakochani wbrew woli rodziców mogą zwrócić się do sułtana Kabusa Ibn Sa’ida z prośbą o błogosławieństwo.

 

Agata Romaniuk z dużą wnikliwością i wrażliwością przygląda się ludziom, którymi rządzi wiekowy, bezdzietny i samotny sułtan. Jedyny taki władca w krajach Zatoki Perskiej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 231

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Kolekcje



98 twarzy sułtana

Jego twarz składa się z tysiąca dwustu dwudziestu pięciu tulipanów. Białe kwiaty układają się w siwe skronie i brodę. Ciemnofioletowe pąki tworzą oczy. Czerwone, zielone i kremowe tulipany splatają się w turban w kolorach flagi. Ten portret na zboczu portowej dzielnicy Maskatu, stolicy Omanu, to hołd dla najdłużej panującego władcy w Zatoce Perskiej: sułtana Kabusa Ibn Sa’ida Al Sa’ida, który rządzi Omanem od czterdziestu ośmiu lat. I właśnie obchodzi 77 urodziny.

18 listopada to w Omanie wielkie święto. Tego dnia w 1650 roku imam Sultan Ibn Sajf al-Ja’arubi wyzwolił kraj spod jarzma portugalskiego. Tak się akurat składa, że urodziny obecnego sułtana, Kabusa Ibn Sa’ida, przypadają 18 listopada. Obie okazje od prawie pół wieku świętuje się razem. Będzie zatem parada wojskowa – piechota i konie, strzelby i salwy. Będą marsze z muzyką ludową – bębny, śpiewy, tańce. Na drzewach zawisną papierowe kotyliony w kolorze omańskiej flagi: czerwony, biały i zielony. Nocą centra handlowe, banki, restauracje i domy na przedmieściach rozbłysną trójkolorowym światłem. Maski samochodów pokryją specjalne folie z wizerunkiem sułtana. Na wsi ludzie udekorują płoty i zapalą pochodnie.

Ale prawdziwy wyścig dotyczy prezentów.

Co roku firmy, instytucje publiczne i prywatne osoby prześcigają się w życzeniach i podarunkach dla sułtana. Bank HSBC sponsoruje pokaz fajerwerków na plaży „na cześć Jego Wysokości”. Siemens składa sułtanowi życzenia z billboardów wzdłuż głównych dróg: „oby Najjaśniejszy żył jak najdłużej!”. Grupa kapitałowa As-Salih zrzeszająca siedem firm pośle władcy tort o wymiarach dwa na trzy metry, na którym wykonany z lukru fragment turbanu monarchy rozwija się we flagę łopoczącą na wietrze. Tort jest dziełem ośmiu cukierników. W biurach firmy na podobny czekają trzy tysiące pracowników. Zjedzą całą twarz sułtana. Komuś trafi się lukrowany nos, komuś kawałek brody, innemu flaga.

Tymczasem Omantel, największa firma telekomunikacyjna kraju, podbije stawkę 40-zwrotkowym poematem zamówionym specjalnie na tę okazję. Utwór opiewa cnoty Kabusa Ibn Sa’ida, a kosztował kilka tysięcy riali, czyli kilkadziesiąt tysięcy złotych. Zamknięto go w złotej inkrustowanej tubie.

Poddani także dołożą swój kamyczek. Dosłownie. Użytkownicy największego omańskiego internetowego forum dyskusyjnego zebrali 128 274 kamienie z dna Morza Arabskiego i z gór Omanu. Ułożono z nich portret władcy. Bo jego wizerunki są wszędzie. Nawet na drzwiach mojej pralni znajduję krzywo przylepioną naklejkę. To błyszcząca od brokatu, komiksowo zniekształcona podobizna sułtana. Przykleiło ją pewnie jakieś dziecko. Dzieci także kochają władcę.

Uczniowie hinduskiej podstawówki w mieście Suhar ułożyli z własnych ciał życzenia urodzinowe. Na piaskowym klepisku wyraźnie odcinają się białe stroje. 22 uczennice klasy drugiej ułożyły literę „n” w „national day”, a 17 chłopców z klasy szóstej – literę „d”. Pozostałe dzieci dopełniły reszty liter. Wszyscy na kolanach, unoszą wysoko ręce. Zastygli w czerwono-zielonych chustach i czapeczkach. Cyk!

Największe wrażenie robi jednak Risalati, czyli „mój list”. Ma 1,25 metra szerokości, a po rozwinięciu ciągnie się 2 kilometry. Jest wodoodporny i waży czterysta kilogramów. Zrobiony z impregnowanego papieru, został nawinięty na drewniane belki. Najdłuższy i najcięższy na świecie wyraz wdzięczności. To Omanki dziękują sułtanowi za wszystko, co można sobie wyobrazić. Zanim trafił do sułtana, list podróżował po całym kraju na naczepie ciężarówki. Żeby nie pominąć żadnego „dziękuję”. Nie, nie został sfabrykowany przez ministerialny dział PR. Powstał oddolnie, pomysł narodził się w Stowarzyszeniu Kobiet Omańskich. Bo każda omańska kobieta, z którą rozmawiałam, jest autentycznie wdzięczna sułtanowi. Edukacja, opieka zdrowotna, dziedziczenie, prawo do pracy i własności – przez niespełna pół wieku swojego panowania sułtan Kabus Ibn Sa’id zrobił sporo dobrego dla kobiet.

W jego prywatnym życiu są one jednak całkowicie nieobecne.

Samotny sułtan

Od wielu lat sułtan Kabus żyje samotnie. W 1976 roku, mając trzydzieści sześć lat, ożenił się z kuzynką pierwszego stopnia, córką wuja Sajjida Tarika Ibn Tajmura Al Sa’ida. Małżeństwo z dwudziestopięcioletnią Kamilą, née Sajjidą Nawwal Bint Tarik Al Sa’id, było rozważne politycznie, umacniało władztwo dynastii Sa’idów, ale nie doszło do niego z miłości. Było kontraktem i zakończyło się rozwodem trzy lata później. Oficjalnie nie podano przyczyny. Usunięto wszystkie wspólne zdjęcia i portrety. Jakby małżeństwa nigdy nie było.

Od tego czasu sułtan Kabus żyje samotnie w pałacu Al-Alam otoczony liczną świtą i – od czasu do czasu – dalszą rodziną. Para nie miała dzieci, a sułtan nigdy ponownie się nie ożenił. Nie ma potomka, co jest nietypowe dla władców w regionie Zatoki Perskiej. Król Arabii Saudyjskiej Salman Ibn Abd al-Aziz Al Su’ud miał trzy żony, z którymi dochował się trzynaściorga potomstwa. Emir Kataru Tamim Ibn Hamad Al Sani podobnie – dwanaścioro dzieci z trzema żonami. Prezydent Jemenu prezentuje się skromniej, ale jednak spłodził dwoje. Rekordzista, emir Dubaju Muhammad Ibn Raszid Al Maktum, ma dwadzieścioro troje dzieci z sześcioma żonami. Na tym tle sułtan Kabus Ibn Sa’id wypada słabo. Jest jedynym samotnym i bezdzietnym władcą w regionie. Rodzi to liczne problemy natury dynastycznej. Sułtan ma siedemdziesiąt siedem lat, od pięciu choruje na raka. Kto przejmie po nim władzę?

Na szczęście dynastia Sa’idów jest rozległa. Można się doliczyć osiemdziesięciu pięciu mężczyzn, którzy należą do tego plemienia i których oboje rodzice – a to konieczny warunek – byli Omańczykami. Zgodnie z obowiązującym prawem, po śmierci sułtana rada plemienia wraz z reprezentacją władz religijnych w ciągu trzech dni powinna wyznaczyć następcę. W przeciwnym razie może dojść do walki o władzę, a nawet zewnętrznej interwencji. Ze strony Zjednoczonych Emiratów Arabskich lub Jemenu.

Jak dotąd sułtan oficjalnie nie wskazał następcy. Podobno jednak ma swojego kandydata. Jego imię zostało ukryte w kopertach umieszczonych w dwóch różnych częściach sułtanatu. Analitycy polityczni, w tym dziennikarz i publicysta omański Ahmad al-Muchajni, wskazują trzech najbardziej prawdopodobnych kandydatów. Wszyscy są synami wuja panującego władcy, mają doświadczenie w służbie publicznej i są w odpowiednim wieku, po pięćdziesiątce. Zapewne to więc któryś z braci Tarików: Asad, Szihab albo Hajsam zasiądzie na tronie. I to on będzie się musiał martwić o gospodarkę kraju, która opiera się na ropie. A jak pokazują szacunki, złoża wyczerpią się w ciągu piętnastu lat.

Omańczycy pytani o bezdzietność i samotność władcy odpowiadają wymijająco i zgodnie z oficjalną wykładnią: poślubił Oman. Nie mógł pozwolić, by cokolwiek lub ktokolwiek przeszkodziło mu w misji modernizacji kraju. Choć to dziwne, że w tak niestabilnych czasach i wobec potencjalnie agresywnych sąsiadów nie zadbał o dziedzica.

Oczywiście są plotki. Domysły. Że w świcie sułtana prawie nie ma kobiet. Jest za to wielu młodych mężczyzn różnych narodowości. Muskularni Egipcjanie, smukli Emiratczycy, strażnicy, ogrodnicy, służący z Kataru, Iranu, Jordanii i innych krajów. Niektórzy młodziutcy, siedemnastoletni. W wielkiej tajemnicy rozmawiam z byłym szoferem sułtana, nazwijmy go Salim, który zaczął pracę, mając niespełna dwadzieścia lat. Mówi z największym szacunkiem o władcy. Wielokrotnie powtarza, że Jego Wysokość nigdy by nikogo nie skrzywdził. Dla chłopców ze swojej świty zawsze był szczodry i dobrotliwy. Wszystkich kocha.

I jego także kochają wszyscy Omańczycy.

Prosimy nie dotykać

Uwaga zwiedzający, mamy przed sobą dziewięćdziesiąt osiem dowodów na wspaniałość sułtana Kabusa Ibn Sa’ida. Podpisy dla państwa wygody są po arabsku i po angielsku. Każde zdjęcie zasługuje na uwagę. Proszę nie dotykać ekranów.

Tak mógłby brzmieć komentarz przewodnika w Muzeum Narodowym Omanu, w którym mieści się wysoka na trzy metry i szeroka na cztery mozaika zdjęć władcy. W ciemnej sali błyszczą LEDowe ekrany z podobizną sułtana.

dowód nr 1

Uśmiechnięty czterdziestolatek, nonszalancko podwinięte rękawy beżowej diszdaszy, tradycyjnej męskiej długiej szaty. Klęczy na dywanie w zwykłym, wiejskim obejściu. W dłoniach trzyma gołębicę. Delikatnie, czule. Nie patrzy w obiektyw.

dowód nr 2

W moro i czerwonym berecie. Na tle żołnierzy, jak jeden z nich, równy z równym. W rękach lornetka, na przegubie ciężki, wojskowy zegarek. Na twarzy uśmiech młodego wojownika. I czarna broda rewolucjonisty.

dowód nr 3

Z Lady Dianą w połowie lat 80. W czarnej jedwabnej szacie, przepasany purpurowym pasem, na głowie tradycyjny musarr, rodzaj turbanu, w tym samym kolorze. U boku inkrustowany sztylet. Księżna dyga grzecznie, on podaje jej dłoń. Dostojny, poważny, światowy.

dowód nr 4

W białych, luźnych szatach, przepasany skromnym, tkanym pasem i z cienką, bambusową laseczką w dłoni. Pochylony w rozmowie ze świętobliwymi starcami.

dowód nr 5

Na kolanach zagłębiony w modlitwie – rozpoczyna obchody święta Id al-Adha w wilajecie Chasab, gubernatorstwie Musandam. Za jego plecami tysiące mężczyzn. On sam poważny, skupiony, siwobrody.

I tak na kolejnych dziewięćdziesięciu trzech zdjęciach.

Światowiec. Wojownik. Przywódca religijny. Opiekun.

Wiele twarzy sułtana. O którym tak naprawdę niewiele wiadomo.

Oprócz ściśle wyreżyserowanych wystąpień publicznych i oficjalnych oświadczeń, sułtan nie uchyla rąbka swojej prywatności. Nie udziela wywiadów. Nie ma żadnych jego nieoficjalnych zdjęć. Opowieści znajomych. Biografii czy wspomnień. Jest, ale jakby go nie było. Jakby był wymyśloną postacią. Idealną woskową figurą.

Wiadomo jednak powszechnie, że kocha przepych. Jest dziesiątym najbogatszym człowiekiem na świecie, jego osobisty majątek szacuje się na dziesięć miliardów dolarów. Lubi luksusowe jachty i samochody. I muzykę klasyczną. W 2001 zarządził budowę opery królewskiej, której konstrukcja zajęła kolejne dziesięć lat. Otwarcie imponującej budowli zbiegło się z protestami w trakcie arabskiej wiosny i przez niektórych Omańczyków było uznane za królewską fanaberię i przejaw westernizacji władcy, który rzeczywiście ma słabość do kultury europejskiej, choć jest jednocześnie bardzo tradycyjny i religijny. Sprzeczność? Niekoniecznie. Żeby to zrozumieć, musimy cofnąć się pięćdziesiąt lat.

Widok z wieży

Sułtan Kabus Ibn Sa’id Al Sa’id jest władcą Omanu od 1970 roku, ósmym z kolei sułtanem z rodu Sa’idów rządzącym krajem od 1749 roku. Jego droga do władzy była dość typowa. W świecie arabskim, także współcześnie, często syn obala ojca. I tak w 1970 w wyniku przewrotu pałacowego Kabus także zdetronizował panującego sułtana, wysyłając go na dożywotnie wygnanie. Brak synowskiej miłości nie dziwi, jeśli wziąć pod uwagę, że sułtan-ojciec Sa’id Ibn Tajmur nigdy nie poświęcał synowi zbyt wiele uwagi. Zdarzało się, że przez rok, a nawet dłużej, z nim nie rozmawiał, a nawet nie chciał widzieć, zbyt zajęty swymi przeciwnikami politycznymi, którzy raz po raz starali się doprowadzić do zamachu. W czasie jednego z nich w 1966 roku sułtan Sa’id został zaatakowany przez własnych żołnierzy, którzy zaczęli nagle do niego strzelać podczas parady wojskowej. Próba puczu zakończyła się krwawo – lojalni niewolnicy sułtana poderżnęli gardła zbuntowanym żołnierzom. Zdjęcia przedstawiają starego sułtana w obryzganej krwią białej szacie,pochylającego się nad ciałami zdrajców. Krzyczy.

Niezależnie od prawdziwych ataków sułtan Sa’id Ibn Tajmur podobno cierpiał na ciężką paranoję. Żył w ciągłym strachu przed wyimaginowanymi i realnymi wrogami, a pod łóżkiem trzymał naładowaną broń i zawinięte w płótno złoto. Osobiście akceptował – lub odrzucał – wszystkie wizy dla cudzoziemców. Przez dekadę nie wpuszczał do kraju żadnych dziennikarzy oprócz kilku zaufanych korespondentów BBC.

Znany był, zwłaszcza pod koniec panowania, z niezwykłej surowości. Jak twierdzi jego siostrzenica, zwykł mawiać: „tylko głodne psy są posłuszne”. I rzeczywiście nie rozpuszczał swoich poddanych, a Oman utrzymywał w feudalnej izolacji. Zabraniał grania na tradycyjnych bębnach i muzyki w ogóle. Nie pozwalał oglądać filmów ani wydawać prasy, palić i jeść na ulicy. Nie można było kupić samochodu bez zgody władz, choć była to mała strata – pod koniec lat 60. w Omanie było niespełna 100 kilometrów bitych dróg. Poza tym bramy miast zamykano na cztery spusty trzy godziny po zmierzchu. Ozdobne wrota zachowały się w stolicy kraju Maskacie do dziś i zawsze się dziwię, że tak niedawno, bo jeszcze w połowie lat 70., nie można było nocą opuścić miasta. I jakie ono było wtedy małe.

Omańczycy, których było wówczas niespełna pół miliona, żyli z uprawy daktyli, hodowli wielbłądów i rybołówstwa. Większość – w biedzie. Sułtan Tajmur, zajęty polityką pałacową i wojną domową, nie inwestował w wydobycie ropy, choć jej złoża odkryto w Omanie w połowie lat 60.

Tymczasem syn sułtana, Kabus, urodzony w 1940, kształcił się w Anglii, spędził cztery lata w Królewskiej Akademii Wojskowej Sandhurst. Następnie służył w brytyjskiej armii, gdzie poznał inny świat i gdzie zaczęła mu kiełkować myśl, że i jego ojczyzna może wyglądać inaczej. Po powrocie do Omanu kolejne lata spędził jednak zamknięty, z rozkazu ojca, w twierdzy w Zufarze, sto metrów od morza, na brzegu którego przez sześć lat nie postawił nawet stopy. Był praktycznie więźniem. Studiował islam i święte pisma pod okiem szajchów, z którymi nie wolno mu było rozmawiać o niczym innym, jak tylko o nauce. Z okna twierdzy obserwował świat: biedny port i liche zabudowania.

W końcu Kabus, wówczas trzydziestoletni, zbuntował się przeciwko ojcu. Udało mu się zaaranżować przewrót pałacowy. Z pomocą gwardii, w której miał kilku przyjaciół, podobnie jak on kształconych w Anglii, przejął władzę 24 lipca 1970 roku. W wypowiedzi cytowanej przez „New York Times” z 26 lipca mówił: „Z rosnącym zdumieniem i złością obserwowałem niezdolność mojego ojca do wykorzystania nowo odkrytego bogactwa [ropy] z korzyścią dla społeczeństwa. Dlatego zdecydowałem się przejąć władzę”.

Na filmie i zdjęciach z tego historycznego dnia widać poważnego, nad wiek dojrzałego mężczyznę z czarną, niesforną brodą. Kroczy wolno po rozłożonym na lotnisku czerwonym dywanie, otoczony przez wojskowych. Szczupły, drobny, w czarnym luźnym płaszczu zarzuconym na białą szatę, szkarłatnym turbanie i z cienką lakową laseczką. Pstryk! W kadrze zatrzymana w pozdrowieniu uniesiona dłoń.

Od tego zdjęcia Oman zmienił się nie do poznania.

Przyśpieszony renesans

Film jest reklamówką dobrobytu. Są zdjęcia z drona: wijące się wstążki idealnie gładkich autostrad, zielone, żyzne pola w wilajecie Salala, nowoczesne zabudowania uniwersyteckie. Są zbliżenia: uśmiechnięci inżynierowie w żółtych kaskach z rulonami pod pachą tłumaczą coś robotnikom na imponujących budowach, a troskliwe pielęgniarki w chustach pochylają się nad chorymi w sterylnych wnętrzach. Wreszcie detale: najazd na precyzyjne maszyny wiertnicze i gięte, złocone kandelabry w operze. Nowocześnie, pięknie, z poszanowaniem tradycji. Taki kilkuminutowy film można zobaczyć w odwiedzanym już przez nas Muzeum Narodowym. Pokazuje, jak zmienił się kraj za panowania sułtana Kabusa Ibn Sa’ida, które już teraz nazywane jest omańskim renesansem. I słusznie.

Kiedy przejął władzę, w kraju były tylko trzy szkoły podstawowe, a 66% obywateli (aż 88% kobiet) było analfabetami. W całym Omanie był tylko jeden szpital, ludzie rzadko dożywali pięćdziesięciu lat, a jeden na pięć noworodków umierał zaraz po urodzeniu. Nie było dróg, sklepów, żadnej infrastruktury publicznej. Filmy archiwalne pokazują dzieci siedzące w kucki w zaimprowizowanych szkółkach koranicznych, osły, kozy i wielbłądy prowadzone w kurzu, gwarne targi i niskie, gliniane domy. I niewolników z Zanzibaru.

Dzisiejszy Oman to tysiące kilometrów trzypasmowych autostrad. Darmowa opieka medyczna i powszechny dostęp do edukacji. Wybierana demokratycznie niższa izba parlamentu, a właściwie Rada Konsultacyjna, Madżlis asz-Szura, co prawda bez realnego wpływu na władzę, ale jest. Zasiada w niej 84 członków, w tym piętnaście kobiet. Są prawa wyborcze dla wszystkich obywateli od 21 roku życia. Luksusowe hotele, nowoczesne lotnisko, światowe marki. Rozwinięty przemysł naftowy, z którego żyje kraj.

W porównaniu z innymi krajami Zatoki prawo w Omanie jest mniej restrykcyjne. Kobiety mogą prowadzić samochód i pracować w dowolnym zawodzie. Są policjantki, pilotki, lekarki. Kobiety zasiadają w ministerialnych gabinetach. Co prawda antykoncepcja dla niezamężnych kobiet jest oficjalnie zakazana, nie mówiąc o aborcji, ale na zwykły flirt przedmałżeński władze przymykają oczy. Sułtan podobno – tak o nim mówią – sprzyja miłości. I jest obecny wszędzie, na portretach i banknotach, w sercach obywateli.

Znikanie po cichu

Pytam przygodnych Omańczyków, co myślą o swoim władcy. Nikt nie mówi o nim inaczej niż „Jego Wysokość”. Najczęściej dodają też, na jednym oddechu, pochwałę lub życzenia zdrowia i długiego życia.

Salim, taksówkarz, 34 lata: „Niech Allah ma go w swojej opiece, jest wizjonerem i przywódcą narodu”.

Muhhanad, pracownik banku, 53 lata: „Jego Wysokość jest słońcem Omanu. Oby nigdy nie zgasło”.

Busajna, cioteczna kuzynka sułtana, 36 lat: „Zawdzięczamy mu wszystko. Dosłownie. Gdyby nie Jego Wysokość, żylibyśmy w kurzu i biedzie”.

Fatima, baristka, 19 lat: „Jego Wysokość, niech Allah błogosławi jego duszę, jest dla nas jak ojciec i matka”.

W ramach świętowania 48 rocznicy panowania sułtana internetowy dziennik „Times of Oman” nakręcił serię wywiadów z wdzięcznymi obywatelami, którzy pamiętają objęcie przez niego władzy. Zapytano ich, za co podziwiają władcę i gdzie byli 24 lipca 1970 roku, kiedy sułtan wygłosił słynne przemówienie, w którym nawoływał Omańczyków przebywających na emigracji do powrotu do ojczyzny i wspólnej pracy przy budowie nowoczesnego państwa.

Abd al-Wahhab Al Sa’idi, emerytowany geolog i członek zarządu Omańskiego Towarzystwa Astronomicznego, mówi: „Jego Wysokość, niech Allah ma go w swojej opiece i da mu długie życie, ma wizję i mądrość, jakich się w dzisiejszych czasach nie spotyka. W 1970 roku byłem młodym człowiekiem, mieszkałem w Mombasie. Jak tylko usłyszałem wezwanie, wróciłem jak najszybciej do kraju. Dzięki Jego Wysokości żyjemy w innym Omanie, kraju marzeń”.

Ahmad Ibn Muhammad Al Sa’idi, minister zdrowia, dodaje: „Pochodzę z górskiej osady Al-Hala na zachodzie kraju. W 1970 mój ojciec miał jedyne w wiosce radio i dzięki niemu mogliśmy posłuchać, jak sułtan obiecał, że zmieni Oman w nowoczesny kraj. Jestem świadkiem tego, że dotrzymał słowa w każdym szczególe”.

Abd Allah Ali al-Makhusi, emerytowany policjant, wspomina: „Pracowało nas wtedy w Kuwejcie 15 omańskich robotników, nieopodal wioski Chajtan. Słyszeliśmy plotki od omańskich handlarzy daktylami, którzy jeździli do Zufaru, że nowy sułtan przejął władzę. Przemówienie Jego Wysokości transmitowało radio Szardża, słuchaliśmy go razem z kolegami. Jak się skończyło, modliliśmy się i świętowaliśmy, to była wielka radość, wielka nadzieja. Wróciłem po półtora roku, najszybciej jak mogłem. Zacząłem pracę w policji, służyłem 27 lat. Sułtan dał mi więcej, niż mógłbym się spodziewać – wszyscy żyjemy teraz bezpiecznie i w łasce”.

Hajat al-Barwani, emerytowana urzędniczka ministerialna, wzrusza się: „Niech Allah błogosławi jego duszę, sułtan otworzył nam, wszystkim Omańczykom, drzwi do lepszego życia. Mieszkałam wtedy z dziećmi w kenijskim mieście Malindi. 24 lipca 1970 jedliśmy akurat obiad, kiedy przyszedł mój brat i powiedział, że spełniło się nasze marzenie. Możemy wracać do kraju”.

Nieliczne głosy krytyki giną w zalewie pochwał. Ci, którzy mają odmienne zdanie, nie są dopuszczani do głosu. A jeśli jednak ich głos przedrze się przez chór zachwytów, jest skutecznie uciszany. Często siłą.

Na fali arabskiej wiosny, protestów w latach 2010–2012, także w Omanie dało się usłyszeć krytyczne komentarze na temat korupcji, nepotyzmu, autorytarnych rządów sułtana oraz braku poszanowania praw człowieka. Protesty szybko jednak ucichły po tym, jak zimą 2011 roku władca podniósł płacę minimalną z 364 do 520 dolarów miesięcznie i wprowadził kosmetyczne zmiany w rządzie. Od tego czasu jednak publiczne głosy krytyki zaczęły się pojawiać coraz częściej. Niektóre z nich kończyły się demonstracjami, inne aresztowaniami.

W czerwcu 2012 dwie działaczki na rzecz praw człowieka – obie zaangażowane w demonstracje zimą 2011 – prawniczka Basma al-Kujumi i dziennikarka Basima ar-Radżihi, zainicjowały trzydniowy protest przed siedzibą główną omańskiej policji. Protestanci żądali od sułtana uwolnienia wszystkich obrońców praw człowieka aresztowanych w czasie arabskiej wiosny i przestrzegania artykułu 10 Deklaracji Praw Człowieka, która gwarantuje każdemu uczciwy proces. 11 czerwca obie kobiety zatrzymano i osadzono w areszcie, gdzie rozpoczęły strajk głodowy. Po szybkim procesie skazano je na karę więzienia w zawieszeniu i grzywnę.

Kilka dni wcześniej w różnych częściach kraju aresztowano także kilku innych aktywistów. Wszyscy ośmielili się w internecie otwarcie dyskutować o rządach sułtana. W sierpniu przewodniczący Komisji ds. Praw Człowiek przy ONZ, El Hadji Malick Sow, zwrócił się listownie do sułtana z prośbą o ich uwolnienie. Bezskutecznie. Zwolniono ich dopiero po dwóch latach.

Od tego czasu co roku jest kilkanaście takich przypadków. W 2016 władze zaostrzyły działania wobec krytyków, szczególnie jeśli chodzi o dyskusje w internecie i zgromadzenia w miejscach publicznych. 8 lutego 2016 roku, w głośnej sprawie w Suharze na północy kraju, sąd skazał na trzy lata więzienia byłego dyplomatę Hasana al-Baszszama za „obrazę sułtana” w postach na Facebooku i Twitterze, w których domagał się od władcy wolnej prasy i swobody wypowiedzi.

Wewnętrzna służba bezpieczeństwa ściga także tych, którzy wypowiadają się negatywnie o władzy państwowej. W ciągu ostatnich kilku lat przynajmniej kilkadziesiąt osób aresztowano, skazano lub wydalono za to z kraju. Pod koniec lipca 2016 aresztowano Ibrahima al-Ma’mari, redaktora naczelnego niezależnej gazety „Az-Zaman”, która opublikowała serię tekstów opisujących przypadki korupcji wśród sędziów. Zastępcę naczelnego i szefa działu krajowego, Zahira al-Abriego i Jusifa al-Hadżdża aresztowano kilka dni później. Naczelnego i jego zastępcę skazano na trzy lata więzienia i grzywnę, a szefa działu krajowego na rok więzienia za znieważenie władzy państwowej i zakłócanie porządku publicznego. Ich rodziny nie chcą o sprawie rozmawiać.

Z nakazu sądu gazeta zawiesiła działalność, od tego czasu się nie ukazuje. W tym samym dniu, w którym zapieczętowano redakcję „Az-Zaman” i zablokowano jej stronę internetową, z więzienia uwolniono Sa’ida Dżaddada, jednego z najbardziej znanych omańskich działaczy na rzecz praw człowieka. Aresztowano go w listopadzie 2015 za post na blogu, w którym porównywał protesty w 2011 w omańskim mieście Suhar do zamieszek w Hongkongu w 2014. Oskarżono go o działania na rzecz „złamania jedności narodowej i sianie niepokoju społecznego”. Od czasu wyjścia z więzienia Dżaddad nie wypowiada się publicznie.

Gazety omańskie informują o tego typu sprawach bardzo zdawkowo albo wcale. Wielu aktywistów – jeśli nie są tak znani jak Dżaddad – znika po cichu. Są aresztowani, zmuszani do emigracji albo milczenia.

Sułtan także milczy. Nigdy nie komentuje tych spraw publicznie.

Ostateczny argument

W gorący majowy dzień w dzielnicy Al-Chuwajr, w siedzibie Omantela, dużej firmy telekomunikacyjnej, zebrał się zarząd. Nie dyskutują o nowych taryfach, planie akwizycji w regionie czy cięciach w marketingu. Mają znacznie poważniejszy dylemat: kummaczy musarr. Konkretnie chodzi o to, co mają nosić na głowie męscy pracownicy firmy. Omańczycy nie chodzą z gołą głową, to nie przystoi. Na co dzień noszą najczęściej kummy – sztywne małe okrągłe czapeczki z płótna, zszywane z dwóch kawałków, w których robi się dziurki obszyte kolorową nitką. Ręczne wykonanie eleganckiej kummy potrafi trwać cztery miesiące, a kosztuje niemało, nawet sto riali, czyli tysiąc złotych. Od święta i zgodnie z tradycją nosi się jednak coś innego. Uroczystym nakryciem głowy jest musarr– coś na podobieństwo turbanu – ozdobny kawałek wełnianej tkaniny zapleciony misternie na głowie. Młodzi Omańczycy wolą kummy, są bardziej przewiewne, lżejsze. I ponoć mniej się w nich łysieje.

Dwudziestosiedmioletni Dżalal, pracownik Omantela, żali się, że ma większą łysinę niż jego ojciec, mężczyzna grubo po sześćdziesiątce, który spędził większość życia w służbie dyplomatycznej. Pracując na zachodzie Europy jako ambasador, nie nosił niczego na głowie. Dżalal, który studiował na Florydzie, z dumą pokazuje zdjęcia w szortach, bluzie bejsbolowej i bez nakrycia głowy. Ale w Omanie łysina nie łysina, głowę trzeba przykryć.

Tak więc od rana zarząd Omantela debatuje, czy kumma czymusarr. Oczywiście rzecz dotyczy tylko mężczyzn. Od kobiet oczekuje się skromnej chusty, która zasłoni włosy. Czterogodzinna dyskusja przeciąga się, obecni na zebraniu biali ekspaci, członkowie zarządu, dyskretnie ziewają. I wreszcie pada argument, który przesądza o wszystkim, z którym w Omanie nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie polemizował: Kabus Ibn Sa’id Al Sa’id, dobrotliwy monarcha absolutny, nigdy nie nosi kummy. To znaczy może i nosi, prywatnie, w zaciszu pałacu Al-Alam, jadąc którymś ze swoich czterech maybachów z przyciemnianymi szybami lub słuchając w samotności muzyki operowej. Nigdy jednak nie pokazuje się w kummie publicznie. To znaczy, że kumma nie przystoi w sytuacjach oficjalnych i pracownicy Omantela, który jest firmą publiczną, będą musieli wiązać musarrna głowie. Problem rozstrzygnięty. Wszyscy obecni na spotkaniu, zarówno ci w kummach, jak i w turbanach, a także blondyni w garniturach i z odkrytą głową, oddychają z ulgą. Można rozejść się do pracy.

Emigrantka serca

Wystawili na podwórko kanapy, krzesła, stołki. Pikowane fotele na giętych nogach. Pufy, poduszki, ławy. Rozwinęli w pośpiechu dywany. Byle jak. Stoi tego tyle, w kurzu przed domem, żeby wszyscy się pomieścili. Jak tylko to zobaczyła, od razu wiedziała. Znała tradycję. Zaraz zbiorą się płaczki. Będą czytać fragmenty Koranu.

To znaczy, że jeden z nich nie żyje.

– Tylko Haszimka mi nie bierz, mojego syna – myślała Bożena, wysiadając z samochodu. – On taki dobry chłopak, wykształcony. Boże ty mój, Haszima nie bierz. Już lepiej mi Taliba weź.

Wziął.

Było zimowe popołudnie 1999 roku.

Bożena Nasser al-Brekki miała czterdzieści osiem lat.

I właśnie została omańską wdową.

Co czynić dla obronności

Trzydzieści lat wcześniej. Włocławek, upalne lato 1968 roku. Na stacji PKP na ulicy Okrzei, na peronie przed przedwojennym, białym budynkiem dworca, stoją trzy dziewczyny. Każda z tekturową walizką, z kanapkami na drogę zawiniętymi w papier i z bidonem z herbatą. Lusia, Grażka i Bożena. W letnich sukienkach i sandałach. Bożena lekko pulchna z końskim ogonem. Lusia w okularach. Grażyna z chlebakiem. Rozgadane pakują się do pociągu. Bilet kosztuje trzynaście złotych. Podróż do Torunia trwa niespełna godzinę, bo to tylko 54 kilometry, ale zrobią się z tego tysiące, bo w ciągu najbliższych trzech lat Bożena przemierzy tę trasę kilkadziesiąt razy. Ale tego jeszcze nie wie. Na razie dziewczyny cieszą się, bo to je trzy wybrano z całego technikum chemicznego. Jadą do Torunia na kurs przysposobienia wojskowego w nagrodę za dobre stopnie. Nie myślą o wydarzeniach marcowych, nie myślą o protestach studenckich, o inwazji na Czechosłowację. O kontrkulturze. Jest schyłek lata, niedawno skończyły osiemnaście lat i po raz pierwszy wyrwały się do dużego miasta.

Tyle że kurs okazuje się nudny. Przez kolejne trzy tygodnie słuchają wykładów o karabinkach i granatach ręcznych. O kopaniu okopów. O obronie przeciwlotniczej. Uczą się bandażować głowę i nałożyć maskę przeciwgazową.

Ale poza tym chodzą na tańce do kawiarni Esplanada i Wodnik. I tam Bożena poznaje Taliba Nassera Sa’ida al-Brekki, Omańczyka. Przyjechał do Polski jako osiemnastolatek w ramach programu edukacyjnego UNESCO. Nie udało się ustalić, ilu Omańczyków przyjechało wtedy do Polski, ale było to przynajmniej kilkudziesięciu młodych mężczyzn. Wszyscy po raz pierwszy trafili do Europy. Przycięli brody i założyli spodnie. Poszli na kurs polskiego – Talib trafił do ośrodka w Polanicy-Zdroju – a potem wysyłano ich do technikum elektrycznego, budowlanego albo na studia inżynieryjne. I nie mogli się nadziwić temu, co ich otacza. Wszystko inne. Zwyczaje, moda, dziewczyny. Talib wybrał technikum elektryczne w Toruniu. Podobało mu się stare miasto. Szkołę średnią skończył na Zanzibarze, więc nigdy wcześniej takiego nie widział. Tylu ulic, samochodów, sklepów. PRL wcale nie wydawał mu się taki przaśny.

– Ja szłam z trzeciej do czwartej klasy, więc miałam skończone osiemnaście lat. On był o pięć lat starszy. Elegant, w garniturze chodził. Nie jak nasze studenty wtedy, obdartusy. Wyglądał na Włocha, taki ciemny. Nie wiedziałam, że tak to się między nami zawiąże.

Bożena i Talib chodzą na spacery po Toruniu. Do kina. Na lody. Bożena gadatliwa, trzpiotka. On milczący. Z natury. A poza tym słabo znał język.

– Uczyłam go polskiego, chociaż był po kursie. Tak mówił miękko: „psieciesz”, „wasywa”. Śmiesznie. Ja mu pomagałam ten polski reperować. Więc to było na początku tylko koleżeństwo, ale często się widywaliśmy. Po kursie dalej jeździłam do niego, do Torunia. Mieszkałam we Włocławku w internacie, a tam to rygor, więc na dziesiątą musiałam zdążyć z powrotem. Listy do mnie na internat pisał czułe. „Lulu’a” – tak pisał. To znaczy „perła”, ale wtedy nie wiedziałam.

Ujął ją swoim niskim głosem. I że taki inny. Poważny.

– Nie afiszowałam się. Koleżanki pojęcia nie miały, o kogo chodziło, nawet mamie nic nie mówiłam. Na żadne potańcówki nie chodziłam, tylko do pociągu, kierunek: Toruń. I tak dwa lata zeszły. Wysłałam mu w końcu telegram, przecież nie było wtedy telefonów, że zdałam ostatnie egzaminy i już jestem technikiem. Znienacka z kwiatami przyjechał. Przed internatem stoi, wszystkie dziewczyny z góry zbiegły. I nasz profesor mówi: „Czapeczka, bo ja się nazywałam Czapska z domu, to ty za mąż idziesz? Ja myślałem, że ty jedna mądra i nie pójdziesz”. A ja chciałam iść. Już wcześniej tam w miasteczku, gdzie myśmy mieszkali, był chłopak, który do mnie podchodził. Rozjechaliśmy się, bo poszliśmy do szkoły. On do mechanika, ja do chemika. I tak się spotykaliśmy od przypadku do przypadku. Aż raz bardzo mi ubliżył, bo się za daleko posuwał. I jeszcze powiedział takie słowa, że ich nigdy nie zapomnę: „A co ty myślisz? Ja mogę mieć każdą dziewczynę – bo jego ojciec miał pozycję – a ty z wielkiej rodziny jesteś. Nie jedynaczka. Wybrzydzać nie możesz”.

A Talib był inny. Dla Omańczyka obrazić kobietę to dyshonor.