Z małej wsi w podróż przez Afrykę w świat - Alicja Bartkowska - ebook + książka

Z małej wsi w podróż przez Afrykę w świat ebook

Alicja Bartkowska

4,3

Opis

Wychowana na wsi, znająca trudną pracę w gospodarstwie, jedyna dziewczynka wśród czterech braci, stąpająca twardo po ziemi, szeroko otwarta na świat, darząca ludzi miłością, z Bogiem w sercu wierzyłam w ludzką dobroć w każdych okolicznościach. Szkołę podstawową ukończyłam w 1965 roku, liceum cztery lata później, a studia ekonomiczne w 1973 roku. Zawsze chciałam być poważna, ale nie ponura, czynna, ale nie narzucająca się, chciałam spożytkować swoje zasoby mądrości dla rodziny i przyjaciół i w miarę upływu lat przeżyte cierpienia odbierać z pokorą, a nawet ze słodyczą.  Mam świadomość tego, że moje wspomnienia mogą być sprzeczne z cudzymi poglądami. Młodzieńcza bezwarunkowa miłość bazująca na katolickim tradycyjnym wychowaniu w zderzeniu z surową spartańską afrykańską rzeczywistością odbiła się na moim dojrzałym rozumieniu życia, relacji ludzkich, skruchy i pokory.

Wspomnienia „Z małej wsi w podróż przez Afrykę w świat” czyta się jak wciągającą powieść przygodową. Przeżycia Alicji są niesamowite i awanturnicze – dziewczyna z małej wsi, która najpierw wiąże się z Nigeryjczykiem, następnie sama świetnie sobie radzi w dalekim, trochę dzikim kraju. Jej wspomnienia to również spory kawałek historii Polski i życia w PRL-u oraz historii Nigerii. Fascynujące są opisane różnice kulturowe między naszymi krajami, a także to, jak zmieniał się świat – sprawy urzędowe związane ze zdobywaniem paszportu i wizy w komunistycznym kraju, komunikacja przez zawodne listy i telegramy. Alicja przeżywa też przygody mrożące krew w żyłach, we wspomnieniach wymienia wiele napadów i innych niebezpiecznych sytuacji, które mogły skończyć się śmiercią jej lub kogoś z rodziny czy znajomych.
Afrykańskie wspomnienia to także zapis historii silnych kobiet. W Nigerii Alicja ma wiele przyjaciółek – Polek, które wyszły za Nigeryjczyków. Każda z nich przeżywa ciężkie chwile, podobnie jak autorka, i radzi sobie z nimi na różne sposoby. Jest to również interesujące pod względem obyczajowym, ponieważ autorka ze swobodą opisuje romanse zarówno swoje, jak i swoich znajomych. A to wszystko w zetknięciu z afrykańskimi zasadami moralnymi.
Historia Alicji pokazuje, że silna i zaradna kobieta poradzi sobie w każdych warunkach. Lekturę jej wspomnień polecam nie tylko osobom zainteresowanym Afryką i jej kulturą. Przede wszystkim jest to świetna powieść awanturnicza ze wspaniałą kobiecą bohaterką.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 193

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (3 oceny)
1
2
0
0
0

Popularność




 

 

 

 

 

Gdy zapytano mnie, jaki okres w życiu wspominam jako najszczęśliwszy, nie mogłam udzielić jednoznacznej odpowiedzi, gdyż każdy etap ma swoje inaczej odbierane uniesienia, przeżycia, radości i smutki, ekstazy i euforie, wzruszenia i niepokoje. Z tych uniesień i wzruszeń pozostało uniesienie brwi i wzruszenie ramion, choć nie tylko…

DZIECIŃSTWO MZIMU

Moi rodzice, mama Agatka i tata Władek, mieli ogromne gospodarstwo rolne w Mrocznie. Od najbliższego sąsiada dzielił nas ponad kilometr drogi. Wraz z rodzicami i czterema braćmi: Andrzejem, bliźniakami Julianem i Edwardem oraz Kazikiem, codziennie od świtu do nocy pracowaliśmy w gospodarstwie. Mnie, jako jedynej dziewczynce, przydzielano lżejsze prace, podczas gdy bracia po powrocie ze szkoły i w pośpiechu zjedzonym posiłku musieli sprzątać obory, zająć się końmi, nakarmić świnie w chlewniach. Kończyliśmy wykonywanie obowiązków już przy lampach naftowych. Ja sprzątałam kuchnię po każdym posiłku, bo mnóstwo brudu, często nawet słomy, nanosiliśmy na butach. Do kuchni były dwa wejścia. Jedno wiodło przez ładnie umeblowany korytarz z trzydrzwiową rzeźbioną szafą i owalnym lustrem na jej środkowych drzwiach. Z niego wchodziło się do pięknego pokoju przeznaczonego dla gości, do którego my, dzieci, nie miałyśmy swobodnego wstępu, by nie zabrudzić foteli, nie zaśmiecić dywanu, czy nie zniszczyć tapety. Drugie wejście stanowiły dwa połączone ze sobą robocze korytarze. Tam zostawiało się kosze z ziemniakami, warzywa świeżo przyniesione z warzywnika, wiadra. Na stole wsuniętym pod schody prowadzące na strych stały różne słoje i weki, niektóre puste, inne z domowymi przetworami. Przez te korytarze wchodziło się do kuchni w butach prosto z pola czy ze stajni. Trudno było zdejmować i wkładać te buciory, by wejść na pięć minut po potrzebną w danej chwili rzecz. To ja i mama dbałyśmy, by kuchnia po „roboczych najazdach naszych mężczyzn” była czysta i schludna. W soboty trzeba było nie tylko zamieść, ale także umyć podłogi w całym domu. Również podwórze grabiliśmy z porozrzucanej słomy, a każde z nas miało przydzielony dla siebie kawałek. Czyściłam też cylindry do lamp naftowych, które jak na złość kopciły się jakby na wyścigi. Wystarczyło, że knot był nierówno włożony, a światło już migotało i sadza osadzała się na szklanym cylindrze. Mieliśmy sporo lamp: te delikatniejsze i ładniejsze, z udekorowanym pojemnikiem na naftę, a także przeznaczone do gospodarczych budynków, z ochronnymi drutami osłaniającymi szkło. Po naftę do nich trzeba było chodzić trzy kilometry do karczmy znajdującej się w sąsiedniej wsi. W tym samym domu co karczma mieszkała rodzina sprzedających. Było to duże udogodnienie dla wieśniaków, bo gdy wróciło się z pola, a często było już ciemno, trzeba było iść na piechotę po naftę, którą nalewano prosto z beczki do przyniesionych ze sobą butelek. Mogłam unieść zaledwie kilka takich butelek naraz. Takie zaopatrywanie się w naftę powtarzało się dwa, trzy razy w tygodniu. Pewnego razu w drodze powrotnej rozpętała się burza. Szukając schronienia przed ulewą, weszłam do sąsiadów mieszkających tuż przy drodze i rzece płynącej kilkanaście kroków od zabudowań. Tam niepokój wywołany burzą jeszcze się spotęgował. Domek sąsiadów był zniszczony i wymagał kapitalnego remontu. W miejscach, gdzie z dziurawego dachu leciała woda, ustawiono miski i wiaderka… Przy ledwie kopcącej się lampie błyskawice zatrważająco rozpruwały powietrze również wewnątrz kuchni, w której siedzieliśmy skuleni, czekając, aż się uspokoi. Po burzy gospodarz postanowił odprowadzić mnie do domu. W połowie drogi spotkaliśmy mojego tatę, który wyszedł po mnie. Miał ze sobą latarkę. Światełko rozproszyło mrok i mój niepokój, ponieważ polna droga wiodła wśród złowieszczo szumiącego lasu. Ach, ten kochany tata!

To właśnie on był przy moich narodzinach. Gdy zaczęły się bóle, babcia Aniela przygotowała kadzie na mleko z gorącą wodą, a tata umieścił je wewnątrz karety, by dawały ciepło. Kuczer zaprzągł konie i późno w nocy, przy prawie minus trzydziestu stopniach mrozu, mama, tata i kuczer ruszyli z Mroczna do oddalonego o dwanaście kilometrów szpitala w Nowym Mieście Lubawskim. Na wysokości dawnego przystanku autobusowego w Gwiździnach przyszłam na świat. Rodzice przyjechali do domu mamy kuzynki, która też była w ciąży, po kocyk czy cokolwiek innego, by mnie przykryć i ogrzać. Byłam fioletowa z zimna, gdy pielęgniarki zabrały mnie z karety do szpitalnego budynku. Później, będąc dziećmi, bawiliśmy się w tej karecie w chowanego, udawaliśmy, że podróżujemy pociągiem, a kareta stanowiła wagon w jego składzie.

 

Obecność taty uspokajała mnie. Przy nim czułam się szczęśliwa, kochana, z nim wszelkie prace mogłabym wykonywać z satysfakcją, nawet te, do których trzeba było wstać o czwartej rano. A on umiał budzić mnie w szczególnie skuteczny sposób. Zwykł parzyć kawę i przynosić do łóżka, bym ją szybko wypiła, aby nie wystygła. Gdy przysypiałam, przypominał, że kawa będzie zimna, więc trzeba ją pić natychmiast, póki gorąca. Siłą rzeczy budziłam się ze smakiem pysznej kawy. Gdy szłam na pole wołać go na obiad, bo nie zasiadaliśmy do posiłku bez niego, sadzał mnie na koniu, opowiadał żarty, które formułował we frywolne wierszyki, i szliśmy do domu na smaczny obiad przygotowany przez mamę. Przy stole każdy miał wyznaczone miejsce. Tata dzielił mięso tak, byśmy czuli się wybrani i przypisani danej porcji. I tak, my dzieci, dostawaliśmy skrzydełka, aby być lekkimi w pracy, byśmy fruwali przy niej. Nóżki natomiast miały nas czynić szybkimi. Mama dostawała pierś i główkę, jeśli to była gęś czy kaczka, bo tam był móżdżek, jej przysmak. Tata raczył się kuprem. Wszystko pasowało do naszej anatomii. Kalafior nazywałam koralem. Od mamy nauczyłam się prowadzić dom czysto, schludnie i dekorować go ze smakiem. Mimo ogromu pracy w polu, w warzywniku i ogrodzie wszystko w domu było przykładnie zorganizowane. Udzielała się nam też jej pozytywna energia do wszystkiego i wszystkich.

Dziadek Julian dużo czasu spędzał w młynie, który jeszcze kilka lat po wojnie działał. W swoim biurze trzymał tabakę do fajek. Kiedy za sprawą sąsiada woda z jeziora musiała być spuszczona, bo podobno zalewała mu urodzajne trawy, młyn przestał funkcjonować. Nie było już wody spadającej na olbrzymie koło, które uruchamiało cały system mielenia ziarna na mąkę. W pustym młynie bawiliśmy się w chowanego. Tam też dziadek dostał udaru i przez dwa lata leżał sparaliżowany w łóżku.

 

Braciom bliźniakom, o dwa lata starszym ode mnie, często wieczorem brakowało sił do otwierania zeszytów i odrabiania lekcji. Lampy naftowe nie dodawały energii, a raczej powodowały obezwładnienie i przypominały o zmęczeniu, a wtedy powieki same się zamykały. Bracia zasypiali przy zeszytach. Lektury szkolne tata czytał im na głos, ustawiając lampę naftową tak, by dawała mu dobre światło. Siadałam obok i słuchałam razem z nimi. Gdy później przyszła kolej na mnie, aby przeczytać tę lekturę, już ją znałam. Zafascynowały mnie przygody Stasia i Nel z W pustyni i w puszczy Henryka Sienkiewicza. Wracając ze szkoły, kiedy już się tak nie spieszyłam, jak idąc do niej, opowiadałam na głos kołyszącym się w rytm wiatru kłosom zbóż historie tych bohaterów. Pola to była moja widownia. Zwierzałam im się też ze swoich uczuć, śpiewałam im piosenki, recytowałam wierszyki usłyszane od taty. Z przygód Stasia i Nel utkwiła mi w pamięci, a potem towarzyszyła w dorosłym życiu sytuacja, gdy bohaterowie ukryli się przed porywaczami w olbrzymim baobabie. Baobab miał potężną dziuplę, w której podróżni mogli się schować przed skwarem czy deszczem, a nawet dziką zwierzyną. Wierzono też, że w tym baobabie mieszka mały dobry duszek Mzimu. On to dawał schronienie i poczucie bezpieczeństwa umęczonym i strudzonym wędrowcom. To właśnie tato nadał mi przydomek Mzimu. Cokolwiek zrobiłam, to robiłam to w duchu dobra, sprawiania innym spokoju i radości. Tak przynajmniej zapewniał mnie, moich braci i innych mój tata. Czułam się dobrze z imieniem Mzimu, jakbym była stworzona do roli małego dobrego duszka. Upewniały mnie w tym też łany zbóż na polu i stogi siana na łąkach. Afryka była taka fascynująca w tej książce. W wyobraźni dodawałam epizody z historii Stasia i Nel. Tam tak ciepło, tam egzotyczne rośliny, a u nas mroźne zimy, potężne zaspy na drogach, wichury, wietrzne i ulewne jesienne dni. Pomarańcze pojawiały się u nas jedynie w czasie świąt Bożego Narodzenia, a tam można było się zajadać nimi jak u nas jabłkami. Co za szczęście! Nieraz kładłam się w bruzdach kartofli i wpatrywałam się w niebo, w lecące samoloty. Chciałam być wtedy tam, wysoko, w samolocie i oglądać ziemię nawet wyżej niż z lotu ptaka. Latałam też w wyobraźni do Afryki.

SZKOŁA ŚREDNIA

Wpajano nam, że aby mieć dobrą pozycję w pracy i w życiu, aby lżej się żyło, trzeba mieć wykształcenie. Ja i bez tego tłumaczenia miałam ogromną satysfakcję z dobrych wyników w szkole. Najstarszy brat, Andrzej, był moim przewodnikiem. Uwielbiał chodzić do szkoły, przynosił najlepsze stopnie, był na różnych obozach harcerskich, inicjował wspólne gry i zabawy z kolegami ze szkoły, grał w teatrzykach szkolnych, uczył nas, młodsze rodzeństwo, pływać i jeździć na rowerze. Gdy sam pojechał pociągiem do miasta odległego od naszej wsi o sto kilometrów, by dołączyć do wycieczki organizowanej przez jego klasę, bo się spóźnił na umówioną godzinę, już wtedy dla mnie był wielkim bohaterem. Miał wtedy może dwanaście lat. Autobus w tych czasach był jedynym środkiem lokomocji do „lepszego świata”. Podczas gdy rodzice martwili się o niego, bo ze łzami wybiegł z domu wbrew ich woli, to dla mnie nie było „nie jedź”, on powinien jechać za tą wycieczką. Ja też zrobiłabym tak samo jak on! Oczywiście znalazł swoją klasę.

Torował nam ręcznie zrobionymi nartami drogę do szkoły, gdy nocą śnieg zasypał drogę. Redagował w szkole średniej gazetkę „Eureka”. Chciwie słuchałam historii o jego pierwszych, szkolnych miłosnych wyznaniach i rozterkach. Od niego wiedziałam, czym dziewczyna może przypodobać się chłopakowi. Zresztą sama wiedziałam, jak czuć się dobrze ze sobą, by z innymi też tak się czuć. Tak jak on, też byłam dobrą uczennicą w szkole średniej. Nowe Miasto Lubawskie, najbliższe miasto do naszej wsi, wtedy wydawało się metropolią, tyle sklepów, ulic, rynek z kinem, apteki, szpital, szkoła średnia, chodniki, lampy uliczne. Zamieszkałam w internacie dla dziewcząt. Szkoła była tuż obok. Nowe twarze, nowi nauczyciele, nowi przyjaciele, wszystkich i wszystko poznawało się bliżej każdego dnia. Gdy jeden z kolegów, Mietek, zwrócił na mnie szczególną uwagę, gdy prawie na każdej przerwie między lekcjami stawał w drzwiach naszej klasy, by mi coś powiedzieć, dać książkę, długopis, czy tak po prostu uśmiechnąć się, czułam się szczęśliwa, wybrana, zauważona. Wysoki, śniadej karnacji, błyskał pięknym uśmiechem, który mroził mi krew w żyłach. Zawsze ładnie przystrzyżone włosy i jak spod igły najlepszego krawca skrojona marynarka z wysokim i wąskim kołnierzykiem czyniła go najprzystojniejszym chłopakiem w szkole. Gdy czułam specyficzny zapach kosmetyku, jakiego używał, nie mogłam panować nad walącym sercem, które omal nie wyleciało mi z piersi. Spacery po pobliskim parku, pójście razem do kina, spędzenie niedzielnych popołudni nad brzegiem rzeki, smarowanie się olejkiem, aby uzyskać ładną opaleniznę, wszystko to kształtowało moje wartości i orientację na temat miłości kobiety do mężczyzny. Nie mogłam jednak być miękka i stawać na każde skinienie jego ręki, tak tłumaczyłam sobie swoje poważanie w jego oczach. O mnie trzeba się starać, mnie trzeba udowadniać, że jestem chciana, wybrana, specjalna! Nie tylko oklaski dla mnie za pięknie zagrane role w teatrzyku szkolnym czy wiersze recytowane ze sceny się liczyły, te były wypracowane i jakby należne. Zachwyt mojego adoratora miał być indywidualny, poza sceną, bliski, osobisty i dotykalny w splecionych razem moich i jego dłoniach. To, że w ten sposób zasłużę sobie na poważanie mężczyzny, słyszałam od taty. Przyszły wakacje, ostatnie już w tej szkole, bo za rok matura i następny krok na uczelnię. Smutno było zostawiać internat, wiedząc, że nie będzie już prawie codziennych spotkań z kochanym kolegą. Trzeba było wracać na wieś, do rodziców, do pracy w polu, na żniwa. On mieszkał w mieście, miał wszystkie dni tylko dla siebie, kolegów. I nie tylko.

Lubiłam listonosza na wsi. Zawsze pożartował, opowiadał nowinki ze wsi. Gdy byliśmy na polu, widzieliśmy go jadącego polną drogą na motorynce. Tata żartował, że następny rachunek do zapłacenia albo upomnienie do zapłaty mu przynosi, bo listu od kochanki na pewno już nie dostanie. Do mnie przychodziły od czasu do czasu krótkie listy od koleżanek, pocztówki z pozdrowieniami od kuzynostwa przebywającego gdzieś na wyjeździe. Tym razem dostałam kopertę, a w środku małą kartkę z krótkim, a właściwie najkrótszym zdaniem, by przesłać mi okrutną wiadomość: „Mietek cię zdradza”. Nadawcą mógł być tylko Mietek lub ktoś, czyje pismo dobrze znałam, bo do skomponowania treści tej notatki, dla zmylenia, były użyte różnego koloru litery wycięte z gazety. Bardzo to zabolało.

Jak on mógł? Przez łzy cisnęło się pytanie. A odpowiedź była tylko jedna: mógł! Jeśli tak, to dobrze, dam sobie radę sama, tak też mi dobrze, a nawet lepiej niż ze zdrajcą, puszczalskim. Wiem, że będzie później żałował. Jego strata. Gdy wrócę do szkoły po wakacjach, będę zimna i obojętna. Tak też było. Przyznam, że mimo moich ostatecznych postanowień brakowało mi go. Drzwi na przerwę otwierały się teraz tak obojętnie, tyle osób się przez nie przewijało, ale jego w nich już nie było…

W szkole w soboty od czasu do czasu organizowano wieczorki, tak zwane potańcówki. Chodziliśmy na nie regularnie. My, dziewczyny mieszkające w internacie, miałyśmy szkołę obok, kilka metrów od budynku. Pójście na taki wieczorek było dla nas odskocznią od ślęczenia nad książkami. To była miła rozrywka. Dziewczyny oczekiwały na poproszenie do tańca przez chłopców. Raczej wszystkie były proszone, choć zdarzały się przypadki, że któraś przesiedziała prawie całą potańcówkę. To uczucie bycia wybranym tak mile łaskotało nasze ego. Po jednym z takich wieczorków, młodzieńczo, jeszcze tak niedojrzale, zakochał się we mnie Ariel, jak go nazywałam. To był bardzo miły chłopak, pisał listy o swoim rozdygotanym sercu do mnie, o trudności w zasypianiu beze mnie. Pożyczał mi radio, bym mogła posłuchać muzyki w internacie po lekcjach. Mogłam mu tylko podziękować, że zjawił się krótko po „zdradzie” Mietka. A ja, Alicja, wyleczyłam się ze wspomnień i nabrałam takiej pewności siebie, że nie mogłam jej trzymać tylko dla siebie, musiałam paradować z nią pod nosem Mietka. Tym bardziej mi to było na rękę, że osobą, która zabrała mi Mietka, była Halka, moja najlepsza koleżanka z klasy. Przed nią też udawałam, że już mi nie zależy. Tak, to była prawda, jednak duma pozostawała dumą i miała swoją cenę. Miałam też satysfakcję, że Mietek nie przychodził do naszej klasy podczas przerw, nie stawał w drzwiach, by przesłać koleżance uśmiech. Ten rytuał był tylko dla mnie, szkoda, że w czasie przeszłym. Niestety nie potrafiłam odwzajemnić uniesień Ariela. Patrzyłam na niego, dziękowałam, uśmiechałam się, ale to wszystko.

Ja i moja koleżanka Halka przodowałyśmy w wynikach w naszej klasie. Nasze zdjęcia z nazwiskami wisiały na tablicy przodowników w nauce. Gdy odwiedziłam ją w jej domu, urzekły mnie półki z książkami zajmujące całą ścianę. Ona znała tyle słów, o których znaczenie ją pytałam. Do dziś pamiętam, jak spytałam Halkę, co to znaczy „aparycja”. U nas na wsi mówiło się po prostu „wygląd”, „prezencja”. Tekst użyty z tym słowem wzbogacał głębię jego interpretacji, stawał się bardziej naukowy i elegancki. Takim językiem była napisana większość wypracowań Halki.

Halka i Mietek uwielbiali Czesława Niemena. Faworytem były piosenki Pod papugami i Dziwny jest ten świat. Potem ten sam Mietek podkochiwał się w Elce, ale ta go nie chciała, bo już inne oblatał, ha, ha! Tak, tak, te pierwsze uniesienia miłości czy sympatii były honorowe i tak jak szybko zaiskrzyły, równie szybko mijały. Były też inne pary: Krystyna i Maciej, Stefan i Krystyna, Basia i Andrzej. Były również miłości platoniczne uczniów do nauczycieli, o których ci nie mieli żadnego pojęcia. Zosia, o rok od nas starsza, rozpisywała się w swoich wierszach o sile miłości do naszego historyka, profesora Wacka. Komponując te wiersze, zwracała się do mnie z prośbą o robienie uwag i poprawek. Mieszkałyśmy w jednym pokoju w internacie, więc nieraz późno w nocy miałyśmy okazję jeszcze o tym rozmawiać.

 

Prężnie działało też kółko teatralne, w którym byłam bardzo aktywna. Lubiłam grać różne role, wcielać się w różne postacie, przeżywać różne uczucia. Kiedyś miałam problem z jedynką w uzębieniu, a mieliśmy wyjechać do szkoły po sąsiedzku z gościnnym występem. Grałam staruszkę. Opierałam się przed tym wyjazdem, tłumacząc profesorce, że z na wpół dziurawym zębem nie wystąpię przed publiką. Ona zapewniała mnie, że to właśnie naturalnie podkreśli moją rolę staruszki. Ha, ha… niemiłosierna prawda, dobrze, że tylko na krótko. A tam owacje na stojąco w nieskończoność. A jednak połowa zęba odegrała niebagatelną rolę.

Kino i park z amfiteatrem na obrzeżach miasta były punktami naszych towarzyskich spotkań. Chłopcy lubili dziewczynom kibicować, gdy te grały w piłkę i broniły bramek. Uderzenie piłką w ich piersi znaczyło dotknięcie kobiecego punktu, którym oni się wtedy tak fascynowali. Wtórowali okrzykiem „wow”.

 

Stacja kolejowa w naszym mieście była wtedy bardzo ważnym punktem na drodze do większego świata. Teraz jej nie ma, a w budynku, gdzie kupowało się bilety i była poczekalnia z barem, jest sklep ze starociami.

Tak jak ta stacja kolejowa, tak też charakterystyczny odcinek polnej drogi widoczny z okien w kuchni i jednego pokoju w naszym wiejskim domu, trochę pod górkę, doprowadzał mnie do pewnych emocji związanych z niepokojem i ekstazą, że wyrusza się gdzieś w świat. To miał być ten lepszy świat, nie tak mozolny i trudny od fizycznej pracy, to miał być świat wyższy w hierarchii społecznej, gdzie na co dzień chodzi się w czystych, schludnych garniturach czy sukienkach. Na wsi to kierownik szkoły, nauczyciele, pracownicy w biurach zaliczali się do tej grupy. W Nowym Mieście Lubawskim byli już lekarze, profesorowie i cała plejada innych pracowników biurowych. Ja chciałam do nich należeć. By tam się znaleźć, musiałam się do tej grupy społecznej kwalifikować, a więc mieć wiedzę i wykształcenie.

 

Wśród uczniów były grupy mieszkające w internacie, ci z dalszych wiosek i ci z miasta. Pierwsza grupa znała pracę w gospodarstwie, druga wiedziała, co to wakacyjne wyjazdy nad jeziora, rzeki, relaks, wałęsanie się po ulicach, podjadanie lodów. My, ja i moja rodzina, mieliśmy zamiast lodów i orzeźwiających napojów, za które ci z miasta musieli płacić, naturalne, darmowe źródło wody wypływające z preparowanych amatorsko rurek ceramicznych. Docierało się do niego po położonych na podmokłym podłożu deskach wśród gąszczu malin, podstawiało wiaderko i pełne zanosiło do domu. Woda miała wyśmienity, rześki smak i była wyjątkowo chłodna. Gdy dodało się do niej kompotu z owoców albo trochę octu z odrobiną cukru, zaspokajała nawet najbardziej wybredne podniebienia. Tę wodę zabierało się ze sobą na pole i chowało w cieniu przed słońcem w sztygę. Ubrani w lniane koszule zapięte pod szyję, z długimi rękawami i w długich spodniach, zlani byliśmy od skwaru potem. Takie ubrania chroniły nas przed podrapaniem na rżysku, a woda wtedy raczyła nas swoim chłodem i smakiem. Piło się ją wiadrami. Gdy przyszła pora obiadu, mama śpieszyła do domu, by dokończyć posiłek już poprzedzającego wieczora wstępnie przygotowany. Tata zajmował się końmi, poił je, wypuszczał na zieloną trawę, by te też podjadły. Za to my, dzieciaki, mieliśmy wielką frajdę, pędząc prosto do wody zebranej po wykopaliskach torfu, by się wykąpać, popływać i zmyć z siebie kurz.

Jesienią, przy wykopkach, paliliśmy suchą nać od kartofli i zajadaliśmy się upieczonymi kartoflami. Słoneczne jesienne dni zapraszały do lasu na grzyby. Ja z tatą mieliśmy swoje, nam tylko znane miejsca, gdzie znajdowało się koźlarze, rydze i prawdziwki. Tylko maślaki rosły wszędzie i te wszyscy mogli z łatwością znaleźć.

Gdy zimne wiatry przynosiły ze sobą deszcze, czasem trwające przez tydzień, tato nazywał je „światowe”, to najlepiej spędzało się je w ciepłym domu. Nie lubiłam takich dni. Były szare, smutne, ociężałe. Wtedy najlepiej czytało się książki.

 

Nadchodziły Święta Wielkanocne. Dużo emocji było z nimi związanych. Odwiedziny w rodzinnym domu, smaczne wypieki mamy, tyle różnych potraw i najważniejsze „rózgi”, a więc wcześniej zerwane gałązki brzozy, postawione w ciepłym miejscu, by wypuściły zielone listki i były gotowe na śmigus-dyngus. W to poniedziałkowe święto przewijało się zwykle u nas dużo dzieciaków sąsiadów, zawsze coś świątecznego dostały do torby. Tym razem jednak przyjeżdżał najstarszy brat ze studiów z Gdańska. Gdy był w domu, dom stawał się jak posterunek policyjny, ciągle ktoś przyjeżdżał lub odjeżdżał. Moje dobre samopoczucie spotęgowało się wiadomością, że moja najlepsza koleżanka, a ciągle nią była, oddaje mi Mietka. Przesłała mi tę wiadomość przez system „podaj dalej”, z ławki do ławki podczas jednej z lekcji, na zwiniętym w malutką kostkę kawałku papieru. Bardzo dobrze im dwojgu tak, a szczególnie Mietkowi. Teraz ja byłam górą. „Teraz ty, Mietku, cierp” – życzyłam mu. – „Mnie już nie będziesz miał!” Tak postanowiłam, ale czy tak czułam? I czy on naprawdę cierpiał?

 

Brat lubił robić nam niespodzianki. Zachodziłam w głowę, co tym razem wymyśli. W ostatnie święta Bożego Narodzenia zabrał ze sobą kolegę ze studiów z Afryki. W drzwiach wpuścił go pierwszego, a sam schował się za drzwi. Mama, zajęta ostatnimi przygotowaniami do wieczerzy, spojrzała na ciemnoskórego i zawołała tatę tymi słowami: „Władek, chodź tutaj, jakieś gwizdy (kolędnicy) tu przyszli”. Obecność na wsi ciemnoskórego wzbudziła sensację. Ludzie przyglądali się nie tylko naszemu gościowi, lecz także i nam, jakby z ciekawości, że to właśnie u nas on jest, że tyle świata nam obcego ze sobą przywiózł.

No więc jakie będą tym razem święta?

Psy zaszczekały i jest mój kochany brat – Andrzej! Nie jest sam! Jest też ciemnoskóry, ale inny niż ten, którego już wcześniej poznaliśmy! Więc znowu się będzie działo!

Odgłosom z kuchni, wydawanym przez szklanki i talerze stawiane na świątecznym stole, towarzyszyła piękna muzyka, którą nasz nowy gość przywiózł ze sobą. Miał na imię Wurunkem. Mama, nie mogąc zapamiętać jego imienia, kojarzyła sobie z wyrazem warunek. A więc Wurunkem – pod warunkiem. Jakby na ironię, to skojarzenie pasowało później do sytuacji, gdy jego miłość do mnie była pod warunkiem różnych okoliczności do zaakceptowania.

W poniedziałkowe święto dyngusowi i psikaniu wodą nie było końca. Zjawiły się koleżanki brata. Cała paczka pojechała do miasta bawić się dalej. Brat z gościem wrócili wieczorem. My z mamą sprzątałyśmy ze stołu i wstawiałyśmy zastawę do bufetu. Gdy w sąsiednim pokoju zamiatałam dywan, nie mieliśmy jeszcze wtedy elektrycznego odkurzacza, nasz afrykański gość puścił z magnetofonu powolną, nastrojową muzykę i poprosił mnie do tańca. Serce mi zabiło mocniej, zadrżałam na taką bliskość ciał, poczułam wtedy pełną męskość jego ciała i hamowałam na siłę ten nieznany i obcy mi jeszcze instynkt intymności. Chwilowe przerażenie szybko zniknęło na głos mamy wołającej mnie do pomocy. Długo nie mogłam zasnąć po tym, co mnie spotkało. To uczucie skrycie przechowywałam tylko dla siebie.

Wszystko, co miłe, szybko się kończy. Brat z gościem wyjechali, ja wróciłam do szkoły, do internatu. Analizie mojego i ciemnoskórego gościa oddechu, ruchu w tańcu, spojrzenia nie było końca. Tysiące, ba, miliony pytań cisnęło się do głowy, a wszystkie, co by było gdyby… Moja wyobraźnia przekraczała wszelkie granice.

Po kilku tygodniach dostałam od ciemnoskórego gościa paczuszkę z kawą, rajstopami i wiadomością, że zmarła jego mama. Odesłałam kartkę z kondolencjami. W tym czasie w Nigerii, skąd Wurunkem pochodził, trwała wojna domowa. Jego plemię, Igbo, chciało mieć swój samodzielny kraj, Biafrę. W czasie wojny wszystkiego brakuje do normalnego życia. Wurunkem wysłał statek z solą dla swoich ludzi w wojującym kraju. Z takim humanitarnym nastawieniem stał się dla mnie bohaterem. Później usłyszałam, że dano mu przydomek „ambasador”.

Matura zbliżała się wielkimi krokami. Nauka, nauka i nauka codziennie zabierała mi czas. Wyobraźnia, wieczorki, wszystko to przyblakło, nie miało teraz większego znaczenia. Teraz liczyło się tylko to, że muszę zdać te egzaminy. I zaraz następny krok, gdzie dalej, ale teraz już konkretnie. Mojej idei, by pójść do szkoły teatralnej, sprzeciwiła się polonistka, twierdząc, że nie wymawiam wyraźnie pewnych głosek, a szczególnie „sz”, jakby z lekko przyrośniętym językiem, a to bardzo ważne na tym kierunku. Brat Andrzej natomiast był zdania, że aktorskie życie jest luźne, że częste rozjazdy sprzyjają rozstaniom rodzinnym, że ciągle trzeba się uczyć tekstów na pamięć.

Za Andrzeja podpowiedzią wybrałam ekonomię.

Teraz jednak wybrałabym aktorską szkołę. Uczenie się nowych ról czy wyjazdy nadawałyby życiu nieustający wigor, ciągłą akcję, poznawanie nowego, nigdy by nie wiało nudą. W życiu jakże często się gra i udaje tego, kim się w rzeczywistości nie jest, po to, by osiągnąć swój cel. Bo nie sposób powiedzieć komuś, od kogo zależy przybicie stempla do dokumentu, że jest gburem, że uzurpuje sobie prawo z pozycji siły, a nie z prawa i czystego bycia rzetelnym człowiekiem. Wtedy się gra, gra się miłego, choć gniew rozsadza w środku.

STUDIA

Po maturze było jeszcze kilka tygodni na przygotowanie się z przedmiotów wymaganych do egzaminu na wybrany kierunek studiów. Pomocą służył wujek geograf. Do czasu egzaminów zamieszkałam u przyszłych teściów Andrzeja, w Gdyni. Tam do późnej nocy, przy lampce nocnej, pod kołdrą czytałam materiały przydatne do odpowiedzi na możliwe pytania. Przyszły teść Andrzeja czasem na dobranoc zaglądał do mojego pokoiku, życzył dobrej nocy, by później podziwiać moją konsekwencję i dążenie do sukcesu, w tym przypadku zdania egzaminu na uczelnię. Chwalił też moje zdolności i elokwencję.

Są wyniki! Moje nazwisko jest na liście przyjętych. Jaka ulga, jaka radość! Wszystko dookoła pięknie wtedy wyglądało, ludzie też cudowni, jakby wszyscy uśmiechnięci i mili, słońce grzało cieplej niż zwykle. W podskokach dotarłam do domu, by za dwa miesiące zacząć regularne zajęcia. Czułam się wybranką losu.

Uniwersytet