Z konstytucyjnych dni - Władysław Reymont - ebook

Z konstytucyjnych dni ebook

Władysław Reymont

0,0
8,49 zł

lub
Opis

Z konstytucyjnych dni„ to utwór Władysława Reymonta, pisarza, prozaika i nowelisty, laureata Nagrody Nobla w dziedzinie literatury.

Mam wrażenie, że niby oślepli i spętani balansujemy na linie, rozpiętej nad przepaścią — chcemy przejść na tamtą, jasną stronę...

A wiadomo, że tylko szaleńcom udają się rzeczy zgoła niewykonalne.

Więc oszalejmy — i niech się stanie dzień wytęskniony…”

Fragment książki “Z konstytucyjnych dni

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 27

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Władysław Reymont

Wydawnictwo Avia Artis

2021

ISBN: 978-83-8226-299-5
Ta książka elektroniczna została przygotowana dzięki StreetLib Write (http://write.streetlib.com).

Z KONSTYTUCYJNYCH DNI

Warszawa, 28 października 1905 r.  Ogólny strajk.  W całym świecie środek tak niebezpieczny już zamknięto do szaf z napisem: — „Medicamenta Heroica“.  Ale i to prawda, że nietyle lekarstwo, ile wiara w nie zbawia...  Tylko czy my potrafimy wierzyć i pragnąć z taką potęgą, że aż się stanie cud?... ***  Ulice ogłuchły, sklepy zamknięte, gazety nie wyszły, życie jakby zamarło, a raczej, jakby przytaiło oddech i zbiera w głębiach... ***  Mam wrażenie, że niby oślepli i spętani balansujemy na linie, rozpiętej nad przepaścią — chcemy przejść na tamtą, jasną stronę...  A wiadomo, że tylko szaleńcom udają się rzeczy zgoła niewykonalne.  Więc oszalejmy — i niech się stanie dzień wytęskniony... ***  Ten ruch mas wydaje mi się złowrogo ponury. Jest to, jakby tak znana po więzieniach rosyjskich „gołodowka“, rozszerzona na cały naród i przyjęta dobrowolnie przez wszystkich.  Walka biernym oporem i zwyciężanie bezwładem.  Jedyna broń narodu nigdy nierozkuwanego.  Walczymy nią tak samo, choć nam jest obca, niewyrosła z naszego organizmu, bo i rewolucja musi mieć twarz rasy, która ją robi... ***  Żyjemy w strasznem oczekiwaniu.  Może jeszcze dzisiaj przyjdą wiadomości, może jutro, a może nigdy. Niedziela.  Przykry i smutny dzień, deszcz mży bezustannie, posępne niebo przygniata niby taflą ołowiu, miasto w grobowej ciszy, sklepy zaparte, ani jednej dorożki, mgły, jak przegniłe łachmany, przysłaniają świat, zimno i jakoś strasznie na ulicach, ale na trotuarach tłumy — ponure, czarne rojowisko mrowi się pod ścianami bez śmiechów, bez zwykłej wrzawy, prawie bez słowa...  Nabrzmiałe gniewem milczenie przepływa nieskończoną falą, nieme usta drżą, a rozgorzałe oczy błądzą przyczajone po sznurach patroli, krążących ulicami; bagnety połyskują złowrogo; niekiedy, środkiem pustych ulic przelatują kozacy; niekiedy, jak wicher, niosą się całe szwadrony dragonów, lub bryzga błotem „linijka“.  I co chwila spotykają się wraże oczy, twarze się kurczą, grzbiety się prężą, serca biją szybciej, i długo tłumiony krzyk wydziera się z piersi, ale po mgnieniu tłum znowu idzie, przewala się falą, płynie, tylko że coraz cichszy i coraz posępniejszy.  Godziny wloką się wolno i ciężko jak wieki, jakby ten dzień nie miał się nigdy skończyć.  A wiadomości niema żadnych i znikąd! ***  Trwożne wieści krążą jak kruki, plotki roją się, niepokój wzrasta.  Podobno delegaci rozstrzelani, podobno będzie ogłoszony stan oblężenia, podobno Prusacy gotowi do wkroczenia, podobno idą bezustanne aresztowania. Tysiąc „podobno“, a coraz trwożniejszych, rośnie w lawinę i zalewa, że już oddychać nie można.  I co najstraszniejsza, że to wszystko możebne. ***  Niepodobna wysiedzieć w domu. ***  Wszystkie kawiarnie zamknięte.  Idziemy znowu na ulicę, mrok już zapadał, tłumy na Krakowskiem, że trzeba się było przepychać, patroli jeszcze przybywało.  Jeszcze było ciężej i posępniej niźli w dzień.  Wszyscy w gorączce oczekiwania, nowiny latają jak błyskawice, proklamacje idą z rąk do rąk, zdenerwowanie się podnosi, niepokój ogarnia, że jeśli ktoś głośniej krzyknął lub jakaś brama huknęła, tłum przystawał bezwiednie, cisnął się pod domy, rozglądał się z lękiem i nasłuchiwał — bo się zdawało, że z krańców miasta dochodzą głosy armat, że jakiś krzyk, jakby krzyk mordowanych, leci w mrokach, skarży się...  Nie, nie, jeszcze spokojnie, śmierć zadrzemała na chwilę...  Październikowy dzień konał w błocie i deszczu, bełkotały rynny, ulice dławiła zimna i wilgotna noc, tylko latarnie, jakby linja szyldwachów stróżowały, żółty brzask lśnił w opadających kroplach deszczu i pełzał po rozedrganej, nieskończonej fali parasolów, a całemi ulicami i wzdłuż trotuarów ciągnęły się rozkołysane lasy bagnetów, przysuwały się coraz bliżej i coraz groźniej, aż naraz, na jakiś znak, sto żelaznych sieci przegrodziło chodniki...  Co kilka