Wydawca: Ya! Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 240 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Z jak Zachariasz - Robert C. O'Brien

Powieść filmowana, wchodzi do kin w 2015! Główną rolę kreuje Amanda Michelle Seyfried, modelka i aktorka grająca m.in. W „Zabójczym ciele” czy „Dziewczynie w czerwonej pelerynie”

Przywodzi na myśl "Władcę much". Szokująca i wciągająca lektura.

„Publisher’s Weekly”

Kilkunastoletnia Ann Burden w cudowny sposób przetrwała atomową zagładę. Świat, który kiedyś znała, zniknął, a jej bliscy zginęli. Przez rok żyła samotnie w odległej dolinie, nie wiedząc, czy ktokolwiek ocalał. Pewnego dnia dostrzega dym z oddalonego obozowiska i zdaje sobie sprawę, że nie jest sama. Ktoś przeżył i zmierza w kierunku doliny.

Kim jest ten człowiek? Jakie ma zamiary? Czy można mu ufać? Ann niedługo przekona się, że są rzeczy gorsze od bycia ostatnim człowiekiem na ziemi…

Opinie o ebooku Z jak Zachariasz - Robert C. O'Brien

Fragment ebooka Z jak Zachariasz - Robert C. O'Brien

Ro­bert C. O’Brien

Z JAK ZA­CHA­RIASZ

przełożył Rafał Li­sow­ski

Tytuł ory­gi­nału: Z for Za­cha­riah

Co­py­ri­ght © 1974 by Sal­ly Con­ly

Co­py­ri­ght re­ne­wed © 2002 by Chri­sto­pher Con­ly,

Jane Le­slie Con­ly, Kate Con­ly, and Sa­rah Con­ly

All ri­ghts re­se­rved, in­c­lu­ding the ri­ght of re­pro­duc­tion in who­le or in part in any form.

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIV

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Rafał Li­sow­ski, MMXIV

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Dla Jima Cer­ru­tie­go i Boba Jor­da­na

1

20 maja

Boję się.

Ktoś się zbliża.

To zna­czy tak mi się wy­da­je, choć nie mam pew­ności i modlę się, żeby to nie była praw­da. Weszłam dziś do kościoła i mo­dliłam się przez cały ra­nek. Po­kro­piłam wodą przed ołta­rzem i położyłam tam kwia­ty, fiołki i dereń.

Ale widzę dym. Widzę go już od trzech dni, ale jest in­a­czej niż po­przed­nio. Wte­dy, w zeszłym roku, wzbił się ol­brzy­mią chmurą bar­dzo da­le­ko stąd, a po­tem wi­siał na nie­bie przez dwa ty­go­dnie. To był pożar mar­twe­go lasu. Później zaczął padać deszcz, więc dym zniknął. Te­raz na­to­miast jest to wąski słup i nie sięga zbyt wy­so­ko.

Dym po­ja­wił się trzy razy, za­wsze późnym popołudniem. Nocą go nie widzę, a rano już go nie ma. Ale po południu znów się po­ja­wia i za każdym ra­zem jest bliżej. Naj­pierw wzno­sił się zza Clay­po­le Rid­ge, wi­działam tyl­ko sam czu­bek, nie­wy­raźną smużkę. Myślałam, że to chmu­ra, ale miała niewłaściwy ko­lor, była zbyt sza­ra, więc pomyślałam so­bie: prze­cież nig­dzie nie ma chmur. Wzięłam lor­netkę. Oka­zało się, że smu­ga jest wąska i pro­sta – to dym nie­wiel­kie­go ogni­ska. Kie­dy jeździ­liśmy pi­ka­pem, do Clay­po­le Rid­ge było dwa­dzieścia pięć ki­lo­metrów, cho­ciaż wygląda, jak­by to było bliżej. A dym wyłaniał się właśnie zza tego wznie­sie­nia.

Ja­kieś piętnaście ki­lo­metrów za Clay­po­le Rid­ge leży Ogden­town. Jed­nak w Ogden­town nie ma już żywych lu­dzi.

Wiem o tym, bo kie­dy skończyła się woj­na i te­le­fo­ny prze­stały działać, mój oj­ciec, mój brat Jo­seph i ku­zyn Da­vid po­je­cha­li pi­ka­pem, żeby spraw­dzić, co się stało. Naj­pierw wy­bra­li się do Ogden­town. Wy­ru­szy­li wcze­snym ran­kiem. Jo­seph i Da­vid byli pod­nie­ce­ni, ale oj­ciec miał poważną minę.

Kie­dy wrócili, było już ciem­no. Mat­ka się mar­twiła – nie było ich prze­cież tak długo – więc ode­tchnęliśmy z ulgą, gdy w końcu nad Bur­den Hill, dzie­sięć ki­lo­metrów stąd, błysnęły re­flek­to­ry ich auta.

Wyglądały jak światła la­tar­ni mor­skiej. To było je­dy­ne światło w oko­li­cy, oczy­wiście z wyjątkiem domu, przez cały dzień nie je­chały tędy inne sa­mo­cho­dy. Wie­dzie­liśmy, że to oni, bo je­den re­flek­tor, ten lewy, za­wsze mi­go­tał na nierównościach. Zaje­chali przed dom i wy­sie­dli. Chłopcy nie byli już pod­nie­ce­ni. Wyglądali na prze­stra­szo­nych, a oj­ciec wy­da­wał się cho­ry. Może rze­czy­wiście na­ba­wił się cho­ro­by, ale chy­ba przede wszyst­kim był zde­ner­wo­wa­ny.

Mat­ka po­deszła do nie­go, gdy scho­dził z pi­ka­pa.

– Co zna­leźliście?

– Ciała – od­parł. – Tyl­ko ciała. Wszy­scy nie żyją.

– Wszy­scy?

We­szliśmy do domu, gdzie paliły się lam­py. Obaj chłopcy szli za nami i nic nie mówili. Oj­ciec usiadł.

– To strasz­ne – po­wie­dział, a po­tem powtórzył: – Strasz­ne, strasz­ne. Jeździ­liśmy w kółko, rozglądaliśmy się. Trąbiliśmy. Po­tem po­szliśmy do kościoła i ude­rzy­liśmy w dzwon. Słychać go w pro­mie­niu ośmiu ki­lo­metrów. Cze­ka­liśmy dwie go­dzi­ny, ale nikt nie przy­szedł. We­szliśmy do kil­ku domów: do John­sonów, do Pe­tersów. Zna­leźliśmy ich tam, wszy­scy nie żyją. Na uli­cach leżały mar­twe pta­ki.

Mój brat Jo­seph zaczął płakać. Miał czter­naście lat. Chy­ba nie słyszałam, żeby płakał, odkąd skończył osiem.

21 maja

Jest co­raz bliżej. Dziś był pra­wie na szczy­cie grzbie­tu, ale nie­zu­pełnie, bo przez lor­netkę nie wi­działam ognia, a je­dy­nie dym – uno­sił się bar­dzo szyb­ko i nie­zbyt wy­so­ko nad zie­mią. Wiem, gdzie jest – na roz­sta­ju dróg. Za­raz za szczy­tem wznie­sie­nia naszą drogę prze­ci­na Dean Town Road, czy­li szo­sa biegnąca ze wscho­du na zachód. To szo­sa nu­mer 9, dro­ga sta­no­wa, szer­sza od na­szej dro­gi lo­kal­nej nu­mer 793. On się tam za­trzy­mał, a te­raz roz­myśla, czy ru­szyć dzie­wiątką, czy może prze­ciąć grzbiet. Piszę: „on”, bo tak o nim myślę, choć może to „oni” albo na­wet „ona”. Ale myślę, że jed­nak „on”. Jeżeli wy­bie­rze szosę, znik­nie stąd i zno­wu wszyst­ko będzie do­brze. Po co miałby tu wra­cać? Ale jeśli prze­tnie grzbiet, na pew­no tu zej­dzie, bo zo­ba­czy zie­lo­ne liście. Po dru­giej stro­nie grzbie­tu, na­wet po dru­giej stro­nie Bur­den Hill, nie ma liści. Tam wszyst­ko jest mar­twe.

Muszę wyjaśnić kil­ka rze­czy. Po pierw­sze, dla­cze­go się boję. Po dru­gie, dla­cze­go piszę w tym ze­szy­cie ze skle­pu państwa Kle­inów, który stoi przy dro­dze półtora ki­lo­me­tra stąd.

Ze­szyt i za­pas długo­pisów wzięłam stamtąd w lu­tym. Prze­stała już wte­dy nada­wać ostat­nia sta­cja ra­dio­wa, którą wcześniej słyszałam bar­dzo słabo i tyl­ko nocą. Mil­czała od mniej więcej trzech czy czte­rech mie­sięcy. Piszę: „mniej więcej” – i między in­ny­mi właśnie po to mi ten ze­szyt – stwier­dziłam, że za­po­mi­nam, kie­dy wy­da­rzyły się różne rze­czy, a cza­sem nie wiem na­wet, czy w ogóle się wy­da­rzyły. Poza tym pomyślałam, że kie­dy za­cznę pisać, to będzie trochę tak, jak­bym miała z kim roz­ma­wiać, a gdy to po­tem prze­czytam, to tak, jak­by ktoś mówił do mnie. Ale tak na­prawdę nie­wie­le dotąd na­pi­sałam, bo nie miałam o czym.

Cza­sa­mi no­tuję, jaka była po­go­da, zwłasz­cza gdy przyszła bu­rza albo stało się coś nie­zwykłego. Za­pi­suję, kie­dy za­sa­dziłam coś w ogro­dzie, bo pomyślałam, że taka wie­dza przy­da mi się w przyszłym roku. Zwy­kle jed­nak nie piszę nic, po­nie­waż pra­wie każdy dzień jest taki sam jak po­przed­ni, a poza tym cza­sem myślę: po co w ogóle coś pisać, sko­ro nikt tego nie prze­czy­ta? Wte­dy mówię so­bie: kie­dyś, za parę lat, sama to prze­czy­tasz. Byłam pew­na, że je­stem ostat­nim człowie­kiem na świe­cie.

Ale te­raz mam o czym pisać. Myliłam się. Nie zo­stałam sama na świe­cie. Cieszę się, a jed­no­cześnie się boję.

Z początku, kie­dy wszy­scy ode­szli, sa­mot­ność była okrop­na. Całe dnie i przez większość nocy wpa­try­wałam się w drogę z na­dzieją, że zza wzgórza wresz­cie wyłoni się jakiś sa­mochód albo w ogóle kto­kol­wiek. Wciąż miałam sny, że ktoś tędy prze­je­chał, nie wiedząc, że tu je­stem. Bu­dziłam się i pędziłam na drogę, wyglądałam zni­kających tyl­nych świa­teł auta. Mijały ty­go­dnie i jed­na po dru­giej milkły ko­lej­ne sta­cje ra­dio­we. Kie­dy za­milkła ostat­nia, kie­dy nie ode­zwała się więcej, zro­zu­miałam, że nie po­ja­wi się tu już nikt, żaden sa­mochód. Oczy­wiście naj­pierw myślałam, że to w moim od­bior­ni­ku wyłado­wały się ba­te­rie, dla­te­go wzięłam nowe ze skle­pu. Wypróbowałam je w la­tar­ce, stąd wie­działam, że to sta­cja nie na­da­je.

W każdym ra­zie mężczy­zna z ostat­niej ra­dio­sta­cji po­wie­dział, że musi prze­rwać, bo za­brakło prądu. Po­wta­rzał w kółko swoją długość i sze­ro­kość geo­gra­ficzną, cho­ciaż wca­le nie był na stat­ku, tyl­ko na lądzie, gdzieś pod Bo­sto­nem. Mówił też inne rze­czy, które wca­le mi się nie po­do­bały. Dla­te­go zaczęłam roz­myślać. Wy­obraźmy so­bie, że zza wzgórza nad­je­dzie sa­mochód, a ja wy­biegnę mu na spo­tka­nie – co będzie, jeśli jego kie­row­ca okaże się sza­lo­ny? Albo jeśli to ktoś podły, a na­wet okrut­ny, bru­tal­ny? Jeśli to mor­der­ca? Co mogłabym wte­dy zro­bić? Tak na­prawdę to ten człowiek z ra­dia pod ko­niec też robił wrażenie sza­lo­ne­go. Bał się – w jego oko­li­cy zo­stało nie­wie­lu lu­dzi i bar­dzo mało je­dze­nia. Mówił, że lu­dzie po­win­ni za­cho­wać god­ność na­wet w ob­li­czu śmier­ci i że nikt nie jest lep­szy od in­nych. Błagał na an­te­nie i wi­działam, że dzie­je się tam coś strasz­ne­go. Raz na­wet prze­stał nad sobą pa­no­wać i zaczął płakać.

Dla­te­go podjęłam de­cyzję: jeśli ktoś się po­ja­wi, to za­nim się ujaw­nię, do­wiem się, kto to jest. Na­dzie­ja, że ktoś tu­taj przyj­dzie, kie­dy pa­nują cy­wi­li­zo­wa­ne wa­run­ki, a wkoło są inni lu­dzie – to jed­no. Lecz gdy nie ma ni­ko­go, wygląda to zupełnie in­a­czej. Stop­nio­wo to zro­zu­miałam. Ist­nieją spra­wy gor­sze niż sa­mot­ność. Kie­dy to pojęłam, zaczęłam prze­no­sić swo­je rze­czy do ja­ski­ni.

22 maja

Dziś po południu zno­wu po­ja­wił się dym, w tym sa­mym miej­scu, gdzie wczo­raj. Wiem, co on (ona? oni?) robi. Przy­szedł z północy. Te­raz roz­bił obóz na roz­drożu i bada szosę nu­mer 9, Dean Town Road, na wschód oraz na zachód. To mnie mar­twi. Sko­ro spraw­dza drogę na wschód i zachód, spraw­dzi też drogę na południe.

Dzięki temu wiem coś jesz­cze. Na pew­no ma ze sobą dość ciężki sprzęt i za­pa­sy. Zo­sta­wia je na roz­drożu, żeby po­ru­szać się szyb­ciej. Naj­praw­do­po­dob­niej odkąd wy­ru­szył, nie na­po­tkał żywej du­szy, in­a­czej nie po­rzu­całby tak swo­ich rze­czy. Albo ktoś mu to­wa­rzy­szy. Oczy­wiście może też po pro­stu od­po­czy­wać. Możliwe, że ma sa­mochód, ale nie sądzę. Oj­ciec mówił, że auta jesz­cze długo po­zo­staną ra­dio­ak­tyw­ne – to chy­ba dla­te­go, że są wy­ko­na­ne z me­ta­li ciężkich. Mój oj­ciec spo­ro wie­dział o ta­kich rze­czach. Nie był na­ukow­cem, ale czy­tał mnóstwo ar­ty­kułów na­uko­wych w ga­ze­tach i cza­so­pi­smach. Pew­nie właśnie dla­te­go tak bar­dzo się za­nie­po­koił, kie­dy po woj­nie prze­stały działać te­le­fo­ny.

Na­za­jutrz po wy­pra­wie do Ogden­town zno­wu ru­szy­li w drogę. Tym ra­zem dwo­ma pi­ka­pa­mi – na­szym i pana Kle­ina, właści­cie­la skle­pu. Uzna­li, że tak będzie le­piej, bo któreś z aut może się ze­psuć. Pan Kle­in i jego żona również po­je­cha­li, a w końcu moja mat­ka po­sta­no­wiła im to­wa­rzy­szyć. Chy­ba bała się roz­sta­nia z oj­cem. Odkąd usłyszała o tym, co wy­da­rzyło się w Ogden­town, mar­twiła się jesz­cze bar­dziej niż przed­tem. Jo­seph miał zo­stać w domu ze mną.

Tym ra­zem po­je­cha­li na południe: naj­pierw przez wąwóz do amiszów, żeby spraw­dzić, jak prze­trwa­li bom­bar­do­wa­nie. (To nie zna­czy, że ich zbom­bar­do­wa­no – naj­bliższe bom­by spadły da­le­ko stąd, oj­ciec sądził, że ze sto pięćdzie­siąt ki­lo­metrów albo i da­lej. Le­d­wo słysze­liśmy huk, ale po­czu­liśmy, jak zatrzęsła się zie­mia). Far­my amiszów leżały nie­opo­dal na­szej do­li­ny. To byli nasi przy­ja­cie­le, a przede wszyst­kim pana Kle­ina – jego główni klien­ci. Po­nie­waż nie mie­li sa­mo­chodów, a je­dy­nie ko­nie i wozy, rzad­ko jeździ­li aż do Ogden­town.

Po­tem, po wi­zy­cie u amiszów, nasi mie­li skręcić na zachód i zje­chać na szosę do Dean Town, po dro­dze za­ha­czając o Bay­lor. Dean Town to praw­dzi­we mia­sto – dwa­dzieścia tysięcy miesz­kańców, znacz­nie większe niż Ogden­town. To właśnie w Dean Town miałam iść za rok do ko­le­gium na­uczy­ciel­skie­go. Chciałabym zo­stać na­uczy­cielką an­giel­skie­go.

Wy­ru­szy­li wcze­snym ran­kiem. Pan Kle­in je­chał przo­dem. Kie­dy wyjeżdżali, oj­ciec położył mi dłoń na głowie, tak jak to robił, gdy miałam sześć lat. Da­vid nic nie po­wie­dział. Po go­dzi­nie zo­rien­to­wałam się, że Jo­seph zniknął. Zro­zu­miałam, gdzie jest – scho­wał się w pi­ka­pie pana Kle­ina. Ja też po­win­nam była na to wpaść. Obo­je baliśmy się zo­stać sami, ale oj­ciec kazał nam opie­ko­wać się zwierzętami. Poza tym mu­sie­liśmy tu być na wy­pa­dek, gdy­by ktoś nadje­chał, albo gdy­by włączo­no te­le­fo­ny i nasz za­dzwo­nił. Cóż, nie za­dzwo­nił i nikt nie nadje­chał.

Moja ro­dzi­na nie wróciła. Państwo Kle­ino­wie również. Wiem, że nie za­sta­li amiszów ani ni­ko­go w Dean Town. Tam też wszy­scy nie żyli.

Od tam­tej pory zdążyłam wejść na wzgórza ze wszyst­kich stron do­li­ny, a na szczy­tach wspi­nałam się na drze­wa. Wi­działam, że da­lej wszyst­kie drze­wa są mar­twe i nic się nie ru­sza. Nie chodzę tam.

2

23 maja

Piszę te słowa rano, około dzie­siątej trzy­dzieści. Właśnie od­po­czy­wam. Mu­siałam zro­bić kil­ka rze­czy, których bar­dzo nie chciałam robić. Ale gdy­bym po­cze­kała, aż tam­ten człowiek po­ko­na grzbiet, a po­tem wyj­dzie zza Bur­den Hill i go zo­baczę (to tam za­czy­na się moja do­li­na), byłoby za późno.

Oto, co trze­ba było zro­bić.

Wypuściłam kury z za­gro­dy dla dro­biu. Mu­siałam je wy­go­nić. Te­raz są wol­ne. Później zno­wu je złapię, przy­najm­niej większość, jeżeli nie po­trwa to zbyt długo.

Wypuściłam dwie kro­wy i cie­la­ka, młode­go bycz­ka, przez furtkę pa­stwi­ska. Je również mu­siałam wy­go­nić. Przez jakiś czas nic im się nie sta­nie. Tam da­lej, na po­lach przy dro­dze, wciąż jest dużo do­brej tra­wy, jest woda w sta­wie, a cie­lak będzie pił mle­ko mat­ki. To mlecz­ne kro­wy rasy Gu­ern­sey. Zwy­kle mam szczęście do zwierząt i do­brze o nie dbam. Kury sta­le znoszą jaj­ka, mam te­raz o dwie więcej niż na początku. Tyl­ko Faro, pies Da­vi­da, uciekł. Pew­ne­go ran­ka po pro­stu zniknął i już nie wrócił. Pew­nie wypuścił się poza do­linę na po­szu­ki­wa­nie Da­vi­da i zdechł.

Roz­ko­pałam ogródek wa­rzyw­ny, a wszyst­ko, co rosło, przy­kle­pałam i przy­kryłam su­chy­mi liśćmi. Nic nie widać. Właśnie to było naj­bar­dziej nie­przy­jem­ne, bo tak ład­nie się roz­wi­jało. Ale mam dość su­szo­ne­go je­dze­nia i kon­serw, więc dam so­bie radę. A gdy­by tam­ten człowiek zo­ba­czył za­dba­ny, od­chwasz­czo­ny ogród, od razu by wie­dział, że ktoś tu­taj miesz­ka.

Siedzę przed wejściem do ja­ski­ni. Widzę stąd pra­wie całą do­linę, mój dom i sto­dołę, dach skle­pu, wieżyczkę sta­re­go kościoła (z boku od­padło parę de­sek – mogę to na­pra­wić? nie wiem) oraz od­ci­nek stru­my­ka, który płynie piętnaście metrów stąd. Widzę też drogę: od punk­tu, w którym wyłania się zza Bur­den Hill, nie­mal aż do miej­sca, gdzie zno­wu zni­ka w wąwo­zie – w su­mie z sześć ki­lo­metrów. Wątpię jed­nak, żeby on za­uważył ja­ski­nię, po­nie­waż znaj­du­je się ona za do­mem, w połowie wy­so­kości zbo­cza, a nie­duże wejście zasłaniają drze­wa. Jo­seph, Da­vid i ja nie na­tra­fi­liśmy na nią przez lata, cho­ciaż ba­wi­liśmy się w po­bliżu pra­wie co­dzien­nie.

Oczy­wiście znaj­dzie dom, sklep oraz kościół, ale po dro­dze na pew­no wi­dział już wie­le ta­kich miejsc. Całe szczęście, że ostat­nio nie wy­cie­rałam ku­rzu. Dziś rano sta­ran­nie obej­rzałam cały dom i chy­ba nie ma tam żad­nych śladów nie­daw­nej byt­ności. Za­brałam kwia­ty sprzed ołta­rza w koście­le. Przy­niosłam tu obie lam­py oraz za­pas naf­ty.

Te­raz będę cze­kać. Na­pi­sałam, że jest około dzie­siątej trzy­dzieści, lecz nie mam pew­ności, jeśli cho­dzi o czas. Mój ze­ga­rek do­brze cho­dzi, ale mogę go usta­wiać tyl­ko według słońca. Nie wiem na­wet, czy zga­dza się data. Mam ka­len­darz, ale i tak trud­no – na­prawdę bar­dzo trud­no – się nie po­gu­bić. Naj­pierw skreślałam krat­ki ołówkiem. Po­tem, w ciągu dnia, pa­trzyłam na ka­len­darz i myślałam: czy dziś już za­zna­czałam? A im dłużej się za­sta­na­wiałam, tym bar­dziej nie mogłam so­bie przy­po­mnieć. Na pew­no parę dni prze­ga­piłam, a kie­dy in­dziej pew­nie skreśliłam po dwa. Te­raz mam lep­szy sys­tem: usta­wiam so­bie bu­dzik i kładę go obok ka­len­darza. Kie­dy dzwo­ni, od­zna­czam datę. Robię to tyl­ko rano, a wie­czo­rem nakręcam i prze­sta­wiam bu­dzik.

Zresztą chy­ba i tak wiem, jak usta­lić datę. Mam Al­ma­nach far­me­ra, w którym na­pi­sa­no, że najdłuższy dzień w roku to 22 czerw­ca. Za kil­ka ty­go­dni za­cznę co­dzien­nie spi­sy­wać go­dzinę wscho­du i za­cho­du słońca. Dzień, który okaże się najdłuższy, to będzie właśnie 22 czerw­ca.

W za­sa­dzie to chy­ba nie ma zna­cze­nia. Tyl­ko że 15 czerw­ca mam uro­dzi­ny, więc chciałabym usta­lić, kie­dy wy­pa­da ten dzień, żeby wie­dzieć, ile mam lat. Te­raz, za ja­kieś czte­ry ty­go­dnie, skończę szes­naście.

Mogłabym na­pi­sać bar­dzo dużo o ta­kich spra­wach – rze­czach, które mu­siałam wy­kom­bi­no­wać, kie­dy zro­zu­miałam, że je­stem sama i tak już zo­sta­nie, może na­wet do końca życia. Całe szczęście, że w po­bliżu był ten sklep, i to duży, wie­lo­branżowy, do­brze za­opa­trzo­ny ze względu na han­del z ami­sza­mi. Poza tym do­brze, że woj­na skończyła się wiosną (oczy­wiście wy­buchła również wiosną – trwała tyl­ko ty­dzień), więc miałam całe lato, żeby zro­zu­mieć, jak się spra­wy mają, upo­rać się ze stra­chem i za­sta­no­wić, w jaki sposób prze­trwam zimę.

Na przykład ogrze­wa­nie. W domu mie­liśmy piec ole­jo­wy i kuch­nię ga­zową. Ra­zem z te­le­fo­na­mi wy­siadł prąd, a bez prądu piec nie działał. Kuch­nia działała da­lej, ale wy­ma­gała bu­tli z ga­zem. Wie­działam, że w końcu się wy­czer­pią (są dwie), a wte­dy nikt nie przy­wie­zie no­wych. Dom ma jed­nak dwa ko­min­ki, je­den w sa­lo­nie, dru­gi w ja­dal­ni, a w dre­wut­ni zo­stał mniej więcej sąg porąba­ne­go drew­na. Zro­zu­miałam, że to nie wy­star­czy, więc właśnie tak spędziłam nieje­den po­ra­nek wiosną, la­tem i je­sie­nią – na cięciu drew­na piłą (wzięłam nową ze skle­pu, taką z rur­ko­wym kabłąkiem) i wożeniu go na sta­rym wózku, który stał w sto­do­le. Za­mknęłam resztę domu, dzięki cze­mu w tych dwóch po­miesz­cze­niach było ciepło, na­wet bar­dzo ciepło, z wyjątkiem kil­ku szczególnie zim­nych dni. Wte­dy po pro­stu wkładałam kil­ka do­dat­ko­wych swetrów. Oszczędzałam gaz, więc wy­star­czył na pra­wie całą zimę. Później go­to­wałam w ko­min­ku. Spo­ry z tym kłopot, bo garn­ki strasz­nie się smolą. W sto­do­le jest sta­ry piec na węgiel drzew­ny, z którego mat­ka ko­rzy­stała, kie­dy jesz­cze nie mie­liśmy gazu. Tego lata spróbuję – to zna­czy za­mie­rzałam spróbować – przy­tar­gać go do domu. Jest za ciężki, żebym mogła go udźwignąć, ale chy­ba zdołam go roz­mon­to­wać. Na­oli­wiłam już wszyst­kie śruby, żeby je ob­lu­zo­wać.

Zaczęłam rano, gdy od­po­czy­wałam. Po­tem zno­wu wzięłam się do pra­cy, zjadłam obiad, a te­raz jest popołudnie.

Zno­wu po­ja­wił się dym. Te­raz ogni­sko na pew­no znaj­du­je się po na­szej stro­nie Clay­po­le Rid­ge. Jeśli do­brze widzę, to w połowie dro­gi między grzbie­tem a Bur­den Hill. To zna­czy, że on (oni? ona?) za­uważył do­linę i jest już w dro­dze.

Mam wrażenie, że to początek końca. Muszę po­sta­no­wić, co zro­bię.

Dziw­ne. Nie wiem, kim on jest, ale po­ru­sza się wol­no. Sko­ro po­ko­nał grzbiet, a prze­cież mu­siał to zro­bić, to na pew­no zo­ba­czył do­linę i zie­lo­ne drze­wa, bo Clay­po­le Rid­ge jest wyższy od Bur­den Hill. Wiem, że do­linę stamtąd widać, przy­najm­niej jej dal­szy kra­niec, po­nie­waż w daw­nych cza­sach sama wspi­nałam się tam mnóstwo razy. Wo­bec tego po­wi­nien się spie­szyć. Jeżeli po­szedł drogą w stronę Dean Town, albo w prze­ciw­nym kie­run­ku, dzie­wiątką na wschód, oglądał tam tyl­ko mar­twotę, zupełnie jak ja. Wszyst­ko sza­ro-brązowe, drze­wa jak ba­dy­le. Skądkol­wiek przy­był, pew­nie po dro­dze wi­dział same po­dob­ne ob­raz­ki. Między grzbie­tem a Bur­den Hill kra­jo­braz jest wciąż taki sam. Zo­stało mu już tyl­ko trzy­naście ki­lo­metrów – a jed­nak chy­ba się za­trzy­mał i roz­bił obóz.

Może ju­tro rano wejdę pra­wie na sam szczyt Bur­den Hill, wdra­pię się na drze­wo i będę ob­ser­wo­wać. Nie wyjdę na drogę. Jest taka ścieżka, która bie­gnie w tym sa­mym kie­run­ku, tyl­ko że przez las, nie­co wyżej, na zbo­czu wzgórza. W grun­cie rze­czy las kry­je spo­ro ścieżek. Znam je wszyst­kie. Jeśli tam pójdę, to wezmę jedną z mo­ich strzelb, tę lekką, ka­li­ber 5,7 mm. Do­brze strze­lam, le­piej niż Jo­seph i Da­vid, cho­ciaż ćwi­czyłam tyl­ko na pusz­kach i bu­tel­kach. Ta duża, strzel­ba ojca do po­lo­wa­nia na je­le­nie, za moc­no ko­pie. Strze­lałam z niej, ale krzy­wię się, kie­dy pociągam za spust, a wte­dy go­rzej z cel­nością. Zresztą i tak nie przy­pusz­czam, że użyję bro­ni. Nie lubię bro­ni, ale uważam, że po­win­nam mieć ją przy so­bie. Prze­cież nie wiem, cze­go się spo­dzie­wać.

Dziś wie­czo­rem, za­nim pójdę – o ile pójdę – muszę przy­nieść do ja­ski­ni więcej wody i coś ugo­to­wać. Kie­dy ten człowiek do­trze do do­li­ny, nie będę mogła roz­pa­lać ognia. W dzień zo­ba­czyłby dym, a nocą płomie­nie, bo ogni­sko musi się znaj­do­wać przed ja­ski­nią. Raz spróbo­wa­liśmy roz­pa­lić je w środ­ku. Mu­sie­liśmy stamtąd ucie­kać, taki gęsty był dym. Dziś ugo­tuję kur­cza­ka, kil­ka ja­jek (na twar­do), upiekę chleb z mąki ku­ku­ry­dzia­nej. Dzięki temu nie będę zda­na wyłącznie na kon­ser­wy, przy­najm­niej przez jakiś czas.

Mogłabym nocą za­kra­dać się po wodę ze stru­my­ka. Ale bez­piecz­niej będzie zro­bić za­pas. Mam sześć dużych bu­tli, ta­kich na cydr, z za­tycz­ka­mi.

Woda: to była ko­lej­na de­cy­zja, którą mu­siałam podjąć, kie­dy za­brakło prądu. Koło domu była – wciąż jest – dwu­dzie­sto­me­tro­wa stud­nia z elek­tryczną pompą. Mie­liśmy elek­tryczny boj­ler, prysz­nic, wannę i tak da­lej, ale oczy­wiście prze­stały działać. Stało się to, jesz­cze za­nim moja ro­dzi­na wy­je­chała. Mu­sie­liśmy więc nosić wodę sami. Do wy­wier­co­nej stud­ni nie da się spuścić wia­dra, otwór jest zbyt wąski. Mie­liśmy więc do wy­bo­ru dwa stru­mie­nie. Ten obok ja­ski­ni, który widać stąd, płynie da­lej obok domu, ale po­tem skręca w lewo na pa­stwi­sko, gdzie się roz­sze­rza, tworząc porządny staw – wręcz małe je­zio­ro, przej­rzy­ste i dosyć głębo­kie. Żyją w nim lesz­cze i oko­nie. Ten dru­gi, noszący nazwę Bur­den Cre­ek (na cześć mo­jej ro­dzi­ny, tak samo jak wzgórze – Bur­denowie osie­dli­li się w tej do­li­nie jako pierw­si), jest większy i szer­szy, a do tego znaj­du­je się bliżej domu. Bie­gnie mniej więcej równo­le­gle do dro­gi, a po­tem wypływa z do­li­ny przez wąwóz na południu. W za­sa­dzie to po pro­stu mała rze­ka, bar­dzo ładna, a przy­najm­niej taka była.

Po­nie­waż jest bliżej, po­sta­no­wi­liśmy, że wodę będzie­my nosić właśnie stamtąd – w miarę po­trzeb, po dwa wia­dra na­raz. Po­tem, w samą porę, ja i Jo­seph coś za­uważyliśmy. Daw­niej w tym stru­mie­niu również były ryby, jed­nak mniej licz­ne i nie tak duże jak w sta­wie. Ale gdy pierw­szy raz po­szliśmy po wodę, zo­ba­czy­liśmy je mar­twe. Na brze­gu zna­lazłam nieżywe­go żółwia. Ten stru­myk wpa­da do do­li­ny przez roz­pa­dlinę w skal­nym grzbie­cie na lewo od Bur­den Hill. Woda płynie z zewnątrz i jest za­tru­ta. Długo ją ob­ser­wo­wa­liśmy (ale trzy­ma­liśmy się z da­le­ka). Oka­zało się, że nie ma w niej nic żywe­go, na­wet żab czy owadów.

Prze­stra­szy­liśmy się. Po­bie­gliśmy (z wia­dra­mi) do sta­wu – aż na dru­gi ko­niec, tam gdzie kończy się ten mniej­szy stru­myk. Jesz­cze nig­dy w życiu tak bar­dzo nie ucie­szyłam się na wi­dok strze­bli. Za­raz odpłynęły, tak jak zwy­kle. Woda była zdat­na do pi­cia i nadal jest. Stru­myk ma swój początek na wzgórzu, wewnątrz tej do­li­ny, i na pew­no wypływa głęboko spod zie­mi. Cały czas łowię ryby w sta­wie, a po­tem je zja­dam. To jed­no z mo­ich naj­lep­szych źródeł pożywie­nia. Tyl­ko zimą prze­stają brać.

Myślę, że ju­tro wy­ruszę sko­ro świt. Kie­dy już tak po­sta­no­wiłam, zaczęłam się mar­twić czymś bar­dzo głupim: tym, jak wyglądam. Jak je­stem ubra­na. Przyszło mi to do głowy dziś rano, kie­dy byłam w domu. Przej­rzałam się w lu­strze, co ostat­nio rzad­ko mi się zda­rza. Mam na so­bie nie­bie­skie dżinsy, ale męskie (w skle­pie są ich całe kar­to­ny, lecz dziewczęcych brak), więc źle na mnie leżą, są trochę za luźne. Poza tym chodzę w męskiej ko­szu­li ro­bo­czej z fla­ne­li i w chłopięcych te­nisówkach. Nie­zbyt ele­ganc­ki strój, a i fry­zurę mam nie­szczególnie sty­lową, po pro­stu ob­ci­nam włosy równo wokół szyi. Przez jakiś czas co wieczór je zakręcałam, tak jak do szkoły, ale to wy­ma­gało cza­su i wresz­cie zro­zu­miałam, że i tak tyl­ko ja się oglądam. Wo­bec tego włosy mam pro­ste, ale przy­najm­niej czy­ste. Roz­jaśniły się, bo dużo cza­su spędzam na dwo­rze. Chy­ba nie je­stem już tak chu­da jak kie­dyś, ale w tym ubra­niu trud­no to oce­nić.

Za­sta­na­wiam się, czy po­win­nam włożyć su­kienkę. A jeśli to praw­dzi­wa eki­pa ra­tun­ko­wa, jakaś ofi­cjal­na gru­pa? Może po­win­nam ukrad­kiem wrócić do domu, żeby się prze­brać. Zo­stała mi jesz­cze jed­na para porządnych spodni. Po­zo­stałe się wy­tarły. Od cza­su woj­ny nig­dy nie cho­dziłam w su­kien­ce, a zresztą w niej trud­no byłoby mi się wspiąć na drze­wo. Ale chy­ba pójdę na kom­pro­mis i włożę te do­bre spodnie.

24 maja

To mężczy­zna. Jest sam.

Ra­nek prze­biegł zgod­nie z pla­nem. Włożyłam porządne spodnie, wzięłam strzelbę i po­wie­siłam lor­netkę na szyi. Gdy wspięłam się na drze­wo, zo­ba­czyłam go, jak nad­cho­dzi drogą. Nie wiem, jak wygląda, bo od stóp do głów jest ubra­ny w jakiś zie­lon­ka­wy ska­fan­der, chy­ba pla­sti­ko­wy, a na twa­rzy ma szklaną maskę. Całość przy­po­mi­na trochę ska­fan­dry do nur­ko­wa­nia w zim­nej wo­dzie, ale jest luźniej­sza i bar­dziej ma­syw­na. Poza tym, również jak nur­ko­wie, mężczy­zna ma na ple­cach zbior­nik z tle­nem. Cho­ciaż nie widać twa­rzy, po­znałam, że to mężczy­zna – po jego po­stu­rze i po tym, jak się po­ru­sza.

Po­ru­sza się tak wol­no dla­te­go, że ho­lu­je wózek wiel­kości spo­re­go ku­fra na dwóch kołach ro­we­ro­wych, przy­kry­ty tym sa­mym zie­lo­nym pla­sti­kiem, z którego zro­bio­ny jest ska­fan­der. Wózek jest ciężki, więc mężczy­zna z tru­dem wciągnął go na Bur­den Hill. Co parę mi­nut przy­sta­wał, żeby od­począć. Do szczy­tu wzgórza zo­stało mu jesz­cze mniej więcej półtora ki­lo­me­tra.

Muszę zde­cy­do­wać, co zro­bię.

3

nadal 24 maja

Te­raz jest noc.

Ten człowiek jest w moim domu.

A może nie w domu, lecz przed nim, w małym pla­sti­ko­wym na­mio­cie, który tam po­sta­wił. Nie mam pew­ności, bo zro­biło się za ciem­no, żeby wi­dzieć wyraźnie. Ob­ser­wuję z ja­ski­ni, ale jego ogni­sko – roz­pa­lo­ne obok domu, w ogro­dzie – już zgasło. Roz­pa­lił je moim drew­nem.

Zszedł z Bur­den Hill po południu. Wdra­pałam się tu­taj, żeby mieć do­bry wi­dok. Wcześniej zjadłam obiad i prze­brałam się z po­wro­tem w dżinsy. Po­sta­no­wiłam się nie po­ka­zy­wać. Za­wsze jesz­cze mogę zmie­nić zda­nie.

Cie­ka­wa byłam, co