Wydawca: Dobra Literatura Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 411 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Z góry widać tylko nic - Arek Borowik

Pełna pasji, błyskotliwego humoru, kipiąca od emocji - mocna rzecz o namiętnościach!

Często pytają mnie, dla kogo jest ta książka. Zawsze odpowiadam: „Mam nadzieję, że dla wszystkich”. Patrzą na mnie wtedy jak na wariata. „To niemożliwe – słyszę. – Tak się nie robi”. „Dobrze – mówię. – W takim razie zastanówmy się, dla kogo ta książka nie jest”. To zwykle kończy rozmowę.

Strawiński (człowiek zwany koszmarem prezesów korporacji)

 

"Z góry widać tylko nic" to barwne opowieści, w których na pierwszy plan wysuwają się ludzkie namiętności. Dla kobiet i dla mężczyzn. O kobietach i o mężczyznach. Niebanalne, ponadczasowe, inspirowane znanymi baśniami, dotykające uniwersalnych prawd na temat życia i ludzkich słabości.

 

 

Opinie o ebooku Z góry widać tylko nic - Arek Borowik

Fragment ebooka Z góry widać tylko nic - Arek Borowik

Copyright © by Arkadiusz Borowik

Copyright © by Grupa Wydawnicza Literatura Inspiruje Sp. z o.o., 2017

Wszelkie prawa zastrzeżone

All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie mogą być publikowane ani w jakikolwiek inny sposób powielane w formie elektronicznej oraz mechanicznej bez zgody wydawcy.

Redakcja:Agnieszka Brach

Korekta:Agnieszka Brach, Jolanta Chrostowska-Sufa, Justyna Jakubczyk

Projekt okładki i stron tytułowych: Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Zdjęcie na okładce: Copyright © by frameworks2014 (fotolia.pl)

Skład graficzny:Justyna Jakubczyk

ISBN: 978-83-65897-11-4

Słupsk 2017

Wydawnictwo Dobra Literatura

zamowienia@literaturainspiruje.pl

www.dobraliteratura.pl

www.literaturainspiruje.pl

Skład wersji elektronicznej: Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

…Wtenczas przemówił doń sługa:

– Tak bardzo chciałbym wiedzieć to, o czym nie wiem,a jednocześnie zapomnieć, czego się dowiedziałem…

I odrzekł mu na to Pan:

– Spierdalaj.

Wprowadzenie do opowieści, z którego dowiadujemy się, że pracownik śpi w biurze, a prezes tego nie lubi

Strawiński lubił spać w biurze. Właściwie to wcale nie lubił spać. W domu przesiadywał na kanapie do białego rana. Był przekonany, że gdyby zasnął, straciłby dużo czasu. Według Strawińskiego ludzie zrobiliby znacznie więcej niż dotychczas, gdyby tylko ograniczyli swój obłąkańczy popęd do snu. Podczas bezsennych nocy wyobrażał sobie, co sam może zrobić. Męczyło go to dużo bardziej, niż gdyby wprowadził te wyobrażenia w czyn, ale dobiegał czterdziestki i przyzwyczaił się do zmęczenia. Poza tym wiedział, że odsapnie w biurze.

Miejscem, które Strawiński szczególnie sobie upodobał, była podłoga pod biurkiem. Opierał się o ścianę z kaloryferem, który zimą go ogrzewał, a latem chłodził. Śpiąc w biurze, nie miał poczucia straty czasu. To raczej poza tym miejscem, kiedy Strawiński tam nie spał, czas strasznie mu się dłużył i przeciekał przez palce.

W środę spóźnił się do pracy półtorej godziny. Na kąśliwą uwagę panienki z recepcji odpowiedział bezczelnie, że zaspał. W biurowej kuchence, gawędząc na temat pracy z przygodnie spotkanymi pracownikami, zaparzył sobie kawę. Lubił ją pić przed południem. Usypiała go.

Zanim wszedł pod biurko, włączył komputer i sprawdził pocztę. Tego dnia miał mieć kilka spotkań, na których inni mieli mu coś zaplanować. Na pierwsze z nich nie zdążył, ale dostał już tabelkę, w której odszukał swoje nazwisko. Zadanie było łatwe, ale wiedział, że już wkrótce okaże się trudne, potem niewykonalne, a wreszcie zostanie wyrzucone do kosza. Planujący też o tym wiedzieli, ale lubili grać na zwłokę. Poza tym gdyby zbyt szybko wyrzucali do kosza rzeczy, które dla niego zaplanowali, musieliby planować więcej. Nie byli w stanie zwiększyć swoich mocy przerobowych, w związku z czym trzeba by było zatrudnić nowych planujących, a budżet projektu nie był z gumy. Wszyscy o tym wiedzieli, bo prezes co poniedziałek organizował spotkanie, które zawsze kończył słowami: „Pamiętajcie, że jest, jak jest, ale nasz budżet nie jest z gumy”.

Strawiński wypił kawę i zapatrzył się w brązowe dno, które stawało się coraz mniej wyraźne. Opadające powieki zawęziły i rozmazały obraz, a mężczyzna poczuł rozkoszne mrowienie w karku, które pojawiało się zawsze wraz z nadchodzącą sennością.

Rozejrzał się dookoła. Pracownicy byli skupieni, wpatrując się w ekrany monitorów. Pozorowanie pracy wykańczało ich i Strawiński nieraz im to wypominał. Pozorowana praca męczy – zwykł mawiać. Nie wiedział, czy ktoś zwraca na to uwagę, ponieważ było mu to obojętne.

Odsunął krzesło i wszedł pod biurko. Jego wzrok szybko przyzwyczaił się do półmroku, a nozdrza wciągnęły zapach pastowanych butów. Była jesień, większość pracowników miała skórzane buty. Strawiński uwielbiał glany faceta, który siedział po przeciwnej stronie jego stanowiska. Zawsze ociekały pastą i pachniały tak intensywnie, że kręciło mu się w głowie. Raz nawet zwymiotował, ale podejrzewał, że powodem było raczej połączenie woni glanów i alkoholu, który Strawiński bez umiaru wlał w siebie w czasie bezsennej nocy.

Kiedy oparł się o kaloryfer i wygodnie umościł nogi w plątaninie przewodów, założył słuchawki. Muzyka była dopełnieniem szczęścia, które sobie aplikował. Były to momenty, w których czuł się wolnym człowiekiem. W połowie drugiej piosenki opadły mu powieki i zaczął widzieć więcej.

Spał czterdzieści pięć minut i śniło mu się, że śpi pod biurkiem. Kiedy podniósł powieki, zobaczył nogi. Od razu rozpoznał, że to nogi Blondyny, bo zawsze bardzo mu się podobały. Powiedział kiedyś, że Blondyna ma bardzo ładne nogi, i został wezwany do działu zatrudnienia na umoralniającą pogadankę, podczas której zapowiedziano mu, że nie wolno mówić, że ktoś ma ładne nogi. Strawiński wziął sobie upomnienie do serca, więc na jednym z firmowych bankietów powiedział, że Blondyna wcale nie ma takich ładnych nóg. Został wtedy wezwany na cykl pogadanek na temat jego stosunku do pracy. Nie mógł zrozumieć, dlaczego rozmawiają z nim o stosunku do pracy w kontekście nóg Blondyny, ale pracował w firmie od dziesięciu lat i po pierwszym tygodniu uznał, że nigdy nie zrozumie, o co tu chodzi. Pogodził się z tym ze stoickim spokojem. W wieku czterdziestu lat Strawiński doskonale wiedział, że człowiek nie jest wszechwiedzący.

Żałował, że Blondyna założyła spodnie.

– Dlaczego śpisz? – spytała, kucając.

– Nie śpię – odpowiedział zgodnie ze swoim przekonaniem, a nawet z prawdą.

Kiedy się obudził, śniło mu się, że się obudził. Co prawda śniło mu się, że obudził się z zupełnie innego powodu, ale postanowił zataić to przed Blondyną. Miewał swoje małe sekrety.

– Przecież widzę. – Blondyna skierowała wzrok na krocze Strawińskiego, co mu schlebiło, dopóki nie odkrył, że jest ono połączone z jego ustami nitką śliny. Kiedy spał na siedząco, często się ślinił. Wytarł wargi wierzchem dłoni i uśmiechnął się niewinnie.

– Śniło mi się, że jem cytrynę – skłamał.

– Przed chwilą powiedziałeś, że nie śpisz – zauważyła triumfalnie.

– Bo nie śpię.

– Ale spałeś.

– Każdy kiedyś spał.

– Ale nie w pracy.

– To prawda – zgodził się z nią, co ją zirytowało.

– Zrobiłeś to, co ci zaplanowałam na dzisiaj?

– Jeszcze nie – przyznał. – Ale zrobię.

– Kiedy?

– Dzisiaj.

– Dlaczego dopiero dzisiaj?

– Wcześniej się nie wyrobię.

Patrzyła na niego oskarżycielsko.

– Znowu pójdziesz spać?

– Nie. Już się wyspałem – zapewnił, przeciągając się na boki, ponieważ od góry blokował go blat biurka.

– Zobaczymy – stwierdziła i wstała.

Popatrzył na jej oddalające się pośladki i wygramolił się spod biurka. Półtorej minuty później za pomocą firmowego komunikatora został wezwany na dywanik do samego prezesa Wiktora Jędrzeja Maksymiuka.

Gabinet prezesa znajdował się w samym centrum biura i był przeszklony jak akwarium. Zgodnie z polityką firmy prezes nie miał nic do ukrycia. Wiktor Jędrzej Maksymiuk siedział na środku, w fotelu z wysokim oparciem. W kącie przycupnęła sekretarka z laptopem. Miała sporządzić raport ze spotkania, ponieważ zgodnie z polityką firmy wszystkie spotkania przywołujące pracowników do porządku były jawne.

Strawiński otworzył przezroczyste drzwi i podniósł rękę w geście powitania. Maksymiuk wskazał mu gestem krzesło z niskim oparciem. Był zatroskany i jego gest również wyrażał troskę. Zgodnie z polityką firmy wszyscy martwili się pracownikami, którzy nie spełniali wysokich standardów firmy.

– To nie będzie miła rozmowa – zastrzegł prezes, a jego długie palce poruszały się, jakby grał na fortepianie.

Strawiński skinął głową, wyrażając zrozumienie, a nawet aprobatę.

– Dochodzą do mnie słuchy, że nie traktujesz pracy poważnie. – Maksymiuk wskazał na niego palcem, żeby nikt nie miał wątpliwości, o kogo chodzi. – Co masz na ten temat do powiedzenia?

– Traktuję moją pracę poważnie – poważnie odpowiedział Strawiński.

Prezes prychnął i natychmiast spoważniał. Rozejrzał się na wszystkie strony, sprawdzając, czy ktoś ich obserwuje. Całej scenie przyglądały się tylko cztery osoby, rozpłaszczając na szklanych ścianach swoje nosy. Prezes poprawił krawat idealnie pasujący do jego garnituru.

– Poza tobą nikt tak nie uważa – skonstatował.

– To niedobrze – zmartwił się Strawiński.

– Nawet bardzo niedobrze – zgodził się prezes.

Strawiński ucieszył się, że tak szybko wypracowali wspólne stanowisko. Maksymiuk wstał i ruszył wzdłuż ścian, od których odklejali się wścibscy pracownicy. Lubił chodzić i mówić jednocześnie. Dywan jego gabinetu przy ścianach wyłysiał.

– Gdybym postępował tak jak ty, nigdy nie doszedłbym do tego, do czego doszedłem. Mało tego, gdybym postępował tak jak ty, nie doszedłbym do niczego. Ha! Gdyby ludzie postępowali tak jak ty, też nie doszliby do niczego.

Strawiński zastanowił się nad słowami prezesa. Najbardziej intrygowało go pytanie: co oznacza dojście do czegoś? Było wiele definicji, ale w tej chwili liczyła się tylko wersja prezesa, a Strawiński za nic w świecie nie chciał przerywać tyrady, którą raczył go prezes przy monotonnym stukocie klawiatury laptopa sekretarki.

– Zaczynałem od zera. Mój ojciec był prezesem banku, ale ani myślał mi pomagać. I wiesz, co ci powiem?

– Nie wiem – odpowiedział Strawiński.

– Nie przerywaj mi – powiedział Maksymiuk. – Jestem mu za to wdzięczny. Człowiek powinien do wszystkiego dojść sam. Tylko wtedy czuje, że do czegoś doszedł. Kiedy będę miał swoje dzieci, też im nic nie dam.

Strawiński zgodnie pokiwał głową, bo był tego samego zdania.

– Pamiętam, miałem piętnaście lat, siedziałem przy pękniętym biurku i myślałem tylko o jednym…

Prezes zatrzymał się tuż przed Strawińskim, który spodziewał się poznać garść pikantnych szczegółów, ponieważ kiedy sam miał piętnaście lat, też myślał tylko o jednym. Pauza dramaturgiczna trwała kilkanaście sekund i Strawiński zaczął się obawiać, że zmorzy go sen.

– …żeby mieć dobre, mocne biurko. Z pięknym mahoniowym blatem – rozmarzył się prezes. – I wiesz co? – Spoważniał. – Zdobyłem je. Poprosiłem matkę o pożyczkę, a ona mi nie odmówiła, bo wiedziała, że kiedyś jej oddam. I oddam jej. – Prezes powiódł po twarzy Strawińskiego wyzywającym wzrokiem. – Potem poszedłem na studia. Na początku gnieździłem się w śmierdzącej trzypokojowej norze i moim jedynym marzeniem było godnie mieszkać. I co zrobiłem? Wynająłem piękny apartament z dwoma łazienkami. Mogłem sobie na to pozwolić, bo miałem doskonałe wyniki w nauce i matka nie żałowała pieniędzy na moje utrzymanie. Tak jak przyszła matka mojego przyszłego dziecka nie będzie żałowała pieniędzy na jego utrzymanie. Strawiński zastanowił się, kiedy to nastąpi. Prezes miał dwadzieścia sześć lat i od trzech dni był w stałym związku z Aldoną Szczyt z działu zatrudnienia. Całe biuro huczało o ich szalonej miłości.

– Myślisz, że mając to wszystko, spocząłem na laurach? – zapytał prezes.

– Nie – odpowiedział Strawiński.

– Nie przerywaj mi – powiedział Maksymiuk. – Nie spocząłem. Ukończyłem studia z wyróżnieniem i do dzisiaj moje zdjęcie wisi w gablocie najlepszych studentów w dziejach uniwersytetu. Dzięki ciężkiej pracy, determinacji i mojemu samozaparciu świat stanął przede mną otworem. Mogłem mieć każdą pracę, ale nie chciałem pracować byle gdzie. Chciałem pracować w naszej firmie. Ponieważ moja matka była w niej główną księgową, poprosiłem ją o przedstawienie mojej kandydatury zarządowi. Oczywiście bez kumoterstwa. I wiesz co?

Strawiński otworzył usta, żeby odpowiedzieć, że nie wie, chociaż się domyślał, ale prezes nie dał mu dojść do słowa.

– Moja kandydatura została rozpatrzona pozytywnie. Nie interesowało mnie marnowanie czasu i zaczynanie od zera. Życie jest na to zbyt krótkie. Dlatego zostałem szefem marketingu. Dzięki mnie sprzedaż wzrosła. Ale myliłby się ten, kto by uznał, że mnie to zadowoliło. Dlatego po tygodniach ciężkiej pracy wyjechałem z zarządem na obóz żeglarski. Odpoczynek wszystkim nam się należał. Wyjechałem jako szef marketingu, a wróciłem jako prezes.

Strawiński znał tę historię z różnych opowieści. W firmie każdy miał swoją teorię na temat tego, co się zdarzyło na żaglówkach. Tylko Strawiński nie miał swojej teorii, ponieważ nigdy się nad tym nie zastanawiał.

Prezes Wiktor Jędrzej Maksymiuk usiadł w fotelu.

– Pewnie taki ktoś jak ty by się tym zadowolił – prychnął z goryczą.

Strawiński nie odpowiedział, ponieważ wydawało mu się, że ma nie odpowiadać na pytania.

– Pewnie taki ktoś jak ty by się tym zadowolił – powtórzył prezes.

Strawiński zerknął na sekretarkę, ale ta była równie zdezorientowana jak on i poprawiała literówki w protokole ze spotkania.

– Tak – przyznał ostrożnie – ja bym się zadowolił.

– A właśnie! – zatriumfował Maksymiuk. – A ja się tym nie zadowolę. W życiu każdego człowieka jest coś, czego nie ma. I należy zrobić wszystko, żeby to zdobyć. Rozumiesz?

– Tak – powiedział Strawiński, chociaż nie był tego pewny.

– A teraz spakuj swoje rzeczy. Zwalniam cię – zakończył rozmowę prezes.

– Ale teraz? – zdziwił się Strawiński.

– A kiedy?

– Nie wiem, myślałem, że to będzie kiedy indziej.

– Mój ojciec zawsze mawiał: „Synu, zrób dzisiaj to, co masz zrobić kiedy indziej”.

– To bardzo mądre, ale myślałem, że dostanę tylko upomnienie.

– Upomnienie to by było, jakby cię przyłapano na spaniu pod biurkiem raz… Albo dwa razy… Albo trzy razy…

Strawiński obawiał się, że prezes będzie chciał mu udowodnić, do ilu umie liczyć, co przy jego wyższym wykształceniu i szalonej ambicji zwiastowało siedzenie w gabinecie długi czas.

– Ale jak mi doniesiono, ty sypiasz pod biurkiem codziennie. – Prezes na szczęście przestał liczyć.

W gabinecie zapadła cisza przerywana stukotem klawiatury.

– Masz mi coś do powiedzenia na zakończenie? – zapytał Maksymiuk.

– Tak – odpowiedział Strawiński – Niech mnie pan nie zwalnia.

Prezes roześmiał się krótkim kpiącym śmiechem. Liczba gapiów za ścianami wzrosła.

– Czym mnie chcesz przekonać, żebym tego nie robił?

– Opowiem panu ciekawą historię. – Strawiński lubił opowiadać ciekawe historie. W czasie bezsennych nocy wymyślił ich wiele.

– On mi opowie ciekawą historię – parsknął Maksymiuk.

– Tak. On, to znaczy ja, opowie, to znaczy opowiem panu ciekawą historię.

– A jak mnie nie zaciekawi?

– To mnie pan zwolni.

Prezes zamyślił się, szczypiąc swoje ucho.

– Dobrze. Podoba mi się. To jest uczciwie postawiona sprawa. A ja lubię uczciwie postawione sprawy. Mów.

MONIKA, czyli DUCH BEZ DNA

Bęben pralki wszedł na wysokie obroty tak gwałtownie, że gdyby był samochodem, zapiszczałyby opony, a plecy asfaltu zostałyby pokryte przez pręgi gorącej gumy. Przez chwilę kolory i faktury ubrań rozmazały się w plamę barwy chaosu, po czym siła odśrodkowa i ograniczona pojemność sprawiły, że ubrania odnalazły swoje ostateczne tymczasowe miejsce. Czerwona bluzka odcinała się od reszty i wirowała jak wskazówka busoli na okręcie, który wpadł w magnetyczną burzę. Jaki wskaże kierunek, kiedy bęben znieruchomieje dla nabrania mechanicznego odpowiednika tchu?

Niespełna trzydziestoletnia kobieta siedziała na posadzce po turecku. Blade dłonie zwisały z szeroko rozstawionych kolan jak dojrzałe pięciopalczaste owoce. Wyraźny makijaż podkreślał jej urodę. Na wąskiej twarzy zieleniły się zniecierpliwione oczy, a ich kolor pasował do orzechowych loków rozsypanych po plecach.

Monika wpatrywała się w wirujące ciuchy jak wtedy, kiedy była małą dziewczynką. Wówczas to było coś więcej niż zabawa. Coś pomiędzy hazardem a wróżbiarstwem. Uśmiechnęła się na wspomnienie wagi, jaką niegdyś przykładała do odgadnięcia miejsca, w którym znieruchomieje czerwona szmata. Jeżeli obstawiła dobrze, pralkowa ruletka miała jej przynieść wymierne korzyści. Czasami grała o dobry stopień z klasówki, czasami o to, żeby nauczycielka posadziła ją w jednej ławce z ulubioną koleżanką. Wróżby nie zawsze się sprawdzały, ale jej to nie przeszkadzało. Liczyły się emocje. Bęben, tocząc pianę jak wściekły, znieruchomiał wreszcie. Czerwona bluzka wskazywała południowy zachód. Monika obstawiła północ. Naprawdę znów nic z tego nie będzie? Telefon nie zadzwoni? Postarała się, i to bardzo. Przygotowała kilka wariantów, które najpierw zaprezentowała Jackowi. Był zachwycony. „I co z tego? Zawsze jest tobą zachwycony” – wykpiła się bezlitośnie. Tym razem jednak sama czuła, że jest w porządku. Czuła, że JEST matką, która zamordowała własną córkę. Była pewna, że matki mordujące własne córki mają takie właśnie myśli, takie uczucia. Jak ona.

Rola Heleny była dla niej stworzona. Całkowicie przypadkowo, bo facet, który napisał sztukę, z której zrobiono scenariusz filmowy, mieszkał w Londynie, w dodatku umarł dwadzieścia lat temu. Nawet nie wiedziała, jak wyglądał (w internecie nie zamieścili jego zdjęcia), a jednak miała wrażenie, że go zna. On, pisząc sztukę, udowodnił, że zna ją, chociaż Helena pojawiła się w jego głowie, zanim Monika urodziła się w małym prowincjonalnym szpitalu. Poród trwał osiemnaście godzin. Ciekawe, jak długo Robertson rodził swoją sztukę…

Pralka zapiszczała na znak, że zrobiła, co do niej należało. Monika prychnęła z irytacją. Pieprzona półautomatyczna pralka. Jak można było dać się tak nabrać? „Co to znaczy, że pralka jest półautomatyczna?” – w sklepie Jacek jak zwykle był dociekliwy. „Właściwie to niczym nie różni się od pralek automatycznych” – sprzedawca jak zwykle był sprytny. „Wszystko robi sama. No, prawie wszystko”. – Uśmiechnął się porozumiewawczo, jakby cała trójka świetnie znała się na pralkach. – „Natomiast kosztuje o połowę mniej” – dodał już z profesjonalną powagą.

„Prawie wszystko, kurwa”. Wyciągała mokre ubrania i wrzucała je do wanny. Mlaskały jak ciężkie ryby. Nienawidziła słowa „prawie”. Było formą owiniętego w bawełnę oszustwa. Kiedy w szkole profesor mówił im, że zagrali coś prawie dobrze, było jasne, że będą musieli zagrać to jeszcze raz. Dlaczego nie pamiętała o tym w sklepie z artykułami gospodarstwa domowego? „Bo miałaś kasę na pralkę prawie automatyczną, głupia dupo”. Mimo złości uśmiechnęła się do siebie. Jacek zawsze namawiał ją do tego, żeby w trudnych chwilach popatrzeć na wszystko z boku. Tylko że on był pisarzem i na tym polegało jego zajęcie. Na pieprzonym staniu z boku.

Ręce rozbolały ją przy grubej płóciennej narzucie. Poskręcany materiał wyglądał jak wąż, którego Bóg po pijanemu wymalował na skórze Beduinów na wielbłądach. W ramach odpoczynku od wykręcania mokrych szmat Monika zapakowała pralkę drobniejszymi ubraniami. Wraz z nimi włożyła do bębna czerwony biustonosz i obstawiła kierunek north–north–west. Jeszcze w liceum zrobiła kurs sternika żaglówki. Mieszkała w małym, urokliwym miasteczku na pojezierzu, a piękna okolica znudziła jej się, zanim zdążyła docenić jej piękno.

Przesunęła terkoczący potencjometr ustawiający czas prania, żałując, że prawie pralka prawie odwirowuje, a nie prawie odmierza czas. Z dwóch „prawie” wolałaby to drugie. Wcisnęła guzik z napisem on/off. Nic. Po chwili ponowiła czynność. Pralka nie zwróciła na to uwagi. „Świetnie. Nie chcieli Żydzi manny, dostali psie gówno” – przypomniało jej się powiedzenie mamy. Mama Moniki składała się z powiedzeń i cytatów. Według córki wiodła bezsensownie nudny żywot, ale pralkę miała w pełni automatyczną.

„Do trzech razy sztuka” – pomyślała Monika, naciskając guzik, który powinien był się rozświetlić, ale tego nie zrobił. „Pralka się zepsuła” – stwierdziła Monika, nie mając pojęcia o pralkach, ale światło w łazience działało bez zarzutu, więc prąd był. „Ciekawe, czy zepsuła się prawie, czy na amen” – pomyślała kwaśno, po raz kolejny starając się zachować dystans, tak jak radził jej mąż.

– No i co ja mam z panem zrobić, panie Jacku? – wysapał Musielik, rozpierając się na swoim obrotowym fotelu przy zwalistym biurku stojącym w jego przestronnym gabinecie.

Jacek przez chwilę zastanowił się, czy ten gruby facet jest w stanie siedzieć na jakimkolwiek krześle, nie rozpierając się na nim, ale był przygnębiony, więc zostawił tego typu dociekania na czas, kiedy jego duszę podbije nieco lepszy nastrój.

– Ze mną nic – bąknął szczupły mężczyzna o chłopięcej twarzy ocienionej kilkudniowym zarostem i smutnym spojrzeniu. – Przyszedłem tu w sprawie mojej książki.

– Bardzo zabawne.

Jacek na próżno szukał rozbawienia na nalanej twarzy wydawcy.

– Ma pan na myśli powieść? – Wiedział, że nie.

– A czy to miała być komedia? – Przynajmniej teraz Musielik nie udawał jowialnego dobrego wujka, którym nigdy nie był. Pewnie nawet dla swoich siostrzeńców.

– Nie – odpowiedział Jacek, czując, że przegrał, zanim jeszcze zaczął idiotyczną grę w „kto ma rację”.

– No właśnie. – Musielik założył ręce za głowę i się odchylił. Fotel zaskrzypiał z wysiłku.

„Za chwilę popuści pasa i beknie. Zachowuje się, jakby skończył jeść, a raczej żreć obiad” – przemknęło Jackowi przez myśl.

– Powiada pan, że nie jest to komedia. A mnie przychodzi do głowy następne pytanie. – Wydawca zrezygnował z pozy relaksacyjnej i oparł się o blat biurka pełnego nowoczesnych gadżetów, na którym obaj mogliby się wygodnie położyć. Matador szykujący szpadę do zadania ostatecznego ciosu. – Co to właściwie jest? Według pana oczywiście – zastrzegł, jakby sam doskonale wiedział.

– Powieść obyczajowa. – Jacek nie cierpiał obłąkanej manii wydawców do klasyfikowania wszystkiego, co tylko wpada im w łapy.

– Pięknie – potwierdził Musielik zbyt szybko, aby wierzyć, że się z nim zgodził. – A kto jest jej głównym bohaterem? – indagował, zerkając na swoje zadbane paznokcie.

– Marek Sawicki. – Rozmowa zamieniała się w przesłuchanie.

– Marek Sawicki – powtórzył Musielik. – Pierdołowaty podstarzały księgowy wielkiej firmy, któremu rozpadło się życie.

– Tak mu się wydaje – zgodził się autor. – Ale się myli. Tak samo jak się mylił, uważając, że sukces zawodowy da mu szczęście. I o tym jest ta książka. – Jacek słyszał rezygnację w swoim głosie.

– Wie pan, że dobrą historię można streścić jednym zdaniem?

Jacek znał tę zasadę. I wiedział, że Musielik o tym wie. Jak każdy, kto kiedykolwiek cokolwiek napisał. Dlatego Jacek miał ochotę uderzyć go w ten pewny siebie nalany pysk, któremu tłuszcz ograniczał mimikę. Następną książkę napisze o głupim, zadufanym w sobie skurwysynu, któremu się wydaje, że pociąga za sznurki. Przyniesie ją Musielikowi, a ten palant nawet się nie zorientuje, że to historia o nim.

– Tak – odpowiedział spokojnie. – Moja książka opowiada o tym, że nic nie jest takie, jak nam się wydawało. Jest pan zadowolony? – dorzucił. Może niepotrzebnie.

– W zasadzie tak – przytaknął wydawca. – Właśnie udzielił pan sobie odpowiedzi na swoje pytanie.

– Jeszcze o nic nie zapytałem. – Ten facet irytował go coraz bardziej.

Milion razy dziennie radził Monice, żeby starała się podchodzić do spraw z dystansem. Teraz Jacek miał okazję przetestować tę zasadę na sobie.

– Ależ zapytał pan. – Brwi wydawcy wygięły się w dwa włochate półksiężyce. – W momencie, kiedy przyniósł pan to dzieło do naszej redakcji, a następnie umówił się pan ze mną na spotkanie. – Mimo że Musielik go drażnił, Jacek nie mógł odmówić mu elokwencji. A to, że był tandetnym fiutem, to już zupełnie inna sprawa. – Pana postępowanie to nic innego jak pytanie o to, czy wydamy pańską świetną książkę.

– Nie powiedziałem, że jest świetna – wtrącił autor, chociaż uważał, że mu się udała.

– Ale pan tak uważa, panie Jacku… Czy pan myśli, że jest pierwszym pisarzem, z którym rozmawiam? – Ton Musielika stał się pobłażliwy. – Zatem pozwolę sobie posłużyć się parafrazą pańskiego zdania. Otóż ta książka nie jest tak dobra, jak się panu wydaje.

– Rozumiem – powiedział Jacek, żeby po prostu się odezwać.

– Oczywiście to tylko moja subiektywna opinia. – Wydawca ponownie przyjął pozę relaksacyjną. Nic dziwnego, właśnie spławił Jacka. – Życzę panu, żeby ta powieść odniosła sukces. Jeżeli konkurencja zarobi na niej kokosy, będę pierwszym człowiekiem, który do pana zadzwoni z gratulacjami.

„Kłamiesz – pomyślał Jacek. – Jeżeli zarobię na tym dziesięć złotych, będziesz pierwszym człowiekiem, którego trafi szlag. I między innymi właśnie dlatego ją wydam”.

– Do widzenia – powiedział i odwrócił się, zanim Musielik zgramoliłby się z krzesła, żeby podać mu rękę przez stół. Musieliby się bardzo mocno nachylać.

Z tą myślą Jacek opuścił gabinet prezesa firmy Musielik Press, potentata na rynku wydawniczym.

Zaparkował ośmioletnie clio przy nabrzeżu. Z wysokiej skarpy spojrzał na rzeczną łachę wgryzającą się w leniwy nurt. Jak zwykle o tej porze roku roiło się od spragnionych słońca mieszczuchów. Kobiety farbowały ciała słonecznym pigmentem. Mężczyźni uganiali się za piłkami, lotkami, wciągając zdemaskowane nagością brzuchy. Dzieciarnia taplała się w ciepłej rzece, znajdując w tym po prostu przyjemność.

Minął sprzedawcę waty cukrowej, dziękując za biały wiecheć podsunięty pod sam nos, i zszedł po drewnianych schodach. Lubił to miejsce. Najlepiej spacerowało mu się wzdłuż rzeki poza sezonem na wrzaski, ale – jak mawiała jego teściowa – jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. Uśmiechnął się. Lubił tę starzejącą się kobietę bez pretensji do życia. Z takim nastawieniem dożyje setki jak nic. Odszukał kawałek zwalonego drzewa z pniem białym od słońca i gładkim ze starości. Nie umiał zapanować nad ciężkim westchnieniem. Musielik Press to nie pierwsza agencja, do której zaniósł swoją książkę. Teraz zastanawiał się, jak rozegrać czekającą go w domu scenę pod tytułem: Dostałem kosza, kochanie. Sama myśl, że nie będzie z Moniką szczery, napawała go obrzydzeniem. Może jednak powiedzieć: „Moniś, spuścili mnie na szczaw. Ale to nie znaczy, że się poddałem”? Jeszcze rok temu pewnie by tak zrobił. Ale później coś się zacięło. Świetnie zapowiadający się pisarz młodego pokolenia Jacek Sobczyk chwilowo poprzestał na świetnym zapowiedzeniu się.

W tym roku stuknie mu trzydziestka i już wkrótce stanie się Jackiem Sobczykiem – świetnie zapowiadającym się pisarzem średniego pokolenia. W dodatku jego żona po dużej roli w tasiemcu To nie jest tak, jak myślisz praktycznie przestała otrzymywać propozycje. Sytuacja nie była zabawna. Nawet gdyby na nią spojrzeć z kilometrowego dystansu. Dlatego będzie musiał sprzedać żonie bajkę, że w zasadzie podpisał kontrakt, tylko… I tu miał już pełne pole do popisu. Uzasadnianie różnych „tylko” i „dlaczego” przychodziło mu z łatwością polityka. Musi jedynie uważać, żeby nie patrzyła mu w oczy. Najlepiej, jeśli w czasie rozmowy zajmie się czymś. Może coś naprawi. Pieniędzy było coraz mniej, więc i drobne naprawy mnożyły się w domu jak króliki. Załóżmy, że ją oszuka czy też uspokoi (zdecydowanie wolał to drugie określenie), ale nie zmieni to faktu, że jeżeli nie podpisze umowy, zostaną bez pieniędzy. Poprzednia powieść sprzedała się dobrze, ale napisał ją trzy lata temu i chwilowo nie planowano wznowień. Pieniądze za zbiór opowiadań, które ukazały się pół roku temu, szły na pokrycie bieżących rachunków i topniały jak smalec na patelni. Monika, zaczynając pracę w serialu, zrezygnowała z etatu w teatrze.

Potrzebowali stałego dopływu gotówki. Bardziej niż kiedykolwiek.

Po raz kolejny uderzyła w pralkę. Tym razem pięścią. „Dlaczego ludzie uważają, że walenie w popsute urządzenia może je naprawić?” Uznała, że to idiotyzm, co nie przeszkodziło jej zadać kolejnego ciosu „prawie automatycznej”. Syknęła z bólu. „Złam sobie nogę, idiotko. Wtedy będziesz mogła zagrać kapitana piratów” – roześmiała się w duchu. – To pewnie histeria”. Powinna ryczeć przy stole, zasmarkując tony chusteczek. To byłaby naturalna reakcja. Bo dlaczego nie dzwonią? Przestała umieć grać? Tak nagle? W czasie trwania serialu Monika nie mogła się opędzić od propozycji. Nie mogła ich przyjąć. Nie dałaby rady trzymać dziesięciu srok za ogon. Zresztą wolała złapać jedną, za to mocno. No to teraz ma. Serial się skończył, a propozycje urwały się jak ręką odjął. Przestali też pisać o niej w portalach plotkarskich. Udane małżeństwo działa na dziennikarzy jak czosnek na wampiry.

Spojrzała na zegarek. Jacek powinien już wrócić. Ile można gadać z wydawcą? „Tak, proszę pana. Oczywiście, że wydamy pana książkę. Marzyliśmy o tym. Jaką pan chce zaliczkę? Trylion? A może nonylion?” lub „Przykro nam, ale pana książka jest do dupy, niech pan stąd grzecznie wypieprza”. Byleby mu nie powiedzieli, że do niego zadzwonią. Monika bardzo nie chciała, żeby Jacek dowiedział się kiedyś, co to znaczy czekać na telefon.

Wyciągnął telefon. W towarzystwie niewątpliwie zwracałby nim uwagę. Stary sony nie miał nawet kolorowego wyświetlacza. Bateria wystarczała średnio na sześć SMS-ów lub pół minuty rozmowy, mimo to Jacek go lubił. Poza tym nie bywał w towarzystwie. Monika przyzwyczaiła się do tego. Przestała chodzić na okolicznościowe bankiety, na których mogła się pokazać, a jeśli nie miała wyjścia, to szła sama. Swego czasu stało się to nawet źródłem plotek. Ale na krótko.

Postanowił do niej zadzwonić. Przez telefon nie widać oczu, łatwiej oszukiwać. Wystukał numer. Odebrała, zanim przebrzmiało pierwsze „piii”.

– Halo? – W głosie Moniki było słychać paletę uczuć, od czającej się euforii poprzez nieśmiałą nadzieję po stuprocentową rezygnację.

– Cześć, Monior. – Uśmiechnął się, wyobrażając sobie żonę. Miała niezwykły temperament. Mimo trzydziestki na karku podskakiwanie z radości było u niej naturalne jak śnieg w styczniu.

– I co tam? – Bardziej wyczuł, niż usłyszał lekkie rozczarowanie w jej głosie.

– Spodziewałem się większej radości. – Zboczył z tematu, zanim go rozpoczął.

– Myślałam, że dzwonią w sprawie roli. – Monika poczuła się głupio, że bardziej ucieszyłby ją telefon od jakiegoś palanta w sprawie castingu niż telefon Jacka. Nawet nie sprawdziła, kto dzwoni.

– No wiesz… Gwiazdy filmowe stać chyba na telefony, na których wyświetlają się numery dzwoniących. – Uśmiechnął się, bo wiedział, jaka będzie reakcja.

– Jeszcze raz powiesz na mnie „gwiazda” i śpisz na kanapie.

– Gwiazda! – Nie zastanawiał się ani chwili.

Monika roześmiała się szczerze. Warto było.

– Co tam w świecie wielkiej literatury? – zagadnęła.

– W porządku. U mnie też nie najgorzej. – To była dobra opcja. Powie jej o tym na wesoło.

– Halo?! Nie mógłbyś znaleźć jakiegoś cichszego miejsca, gdy dzwonisz do żony?

Miała rację. Był tak skupiony na sposobie, w jaki przedstawi jej swoje kolejne fiasko, że nie zwrócił uwagi na hałas. Zawsze tak było, kiedy się skupiał. Podczas pisania ledwie kojarzył, jak się nazywa.

Do sielankowych odgłosów płynących od strony rzeki dołączył wrzask przerażenia. Jakaś kobieta stała na plaży i wskazywała palcem nurt. Jacek osłonił oczy. Kilkanaście metrów od brzegu zauważył głowę chłopca, która jak spławik na fali to znikała, to pojawiała się na powierzchni. Poza kobietą nikt nie zauważył tonącego. Plażowicze zbierali się wokół niej, nie rozumiejąc powodu histerii. W końcu jeden z mężczyzn zrozumiał, co się dzieje, i gestami pokazywał chłopcu, jak ma płynąć. Drugi, nieco bardziej przedsiębiorczy, zaczął zrzucać ubranie. Jacek wiedział, że zanim facet rozbierze się do slipek, chłopiec przestanie walczyć. Wbiegł do wody, wzbijając krople, na których załamane światło namalowało tęczę, po czym dał nura. Zielona mętność przykleiła mu ubranie do ciała.

Maurycy chciał być zwyczajnym pięciolatkiem. W swoim mniemaniu nawet był zwyczajnym pięciolatkiem. Owszem, miał dziwne imię, ale na to, żeby naprawdę zaczęło go swędzieć, był jeszcze czas. Na razie łaskotało jak marsz biedronki po chłopięcej rączce. Nie miał mamy jak inni chłopcy, ale od urodzenia był półsierotą, więc nie wiedział, co stracił. Miał za to opiekunkę Kasię, którą bardzo lubił, bo pozwalała mu bawić się, gdzie chciał i w co chciał. Na przykład bez wiedzy tatusia wpuszczała go do rzeki. Obiecał jej, że nigdy się nie wygada, a ona trzymała go za słowo. Był dumny, że opiekunka traktuje go jak dużego chłopca, na którym można polegać.

Przyjechali na plażę tuż po obiedzie. Maurycy od kilku dni wiedział, że we wtorek pojadą nad rzekę.

– Gdy będzie ładna pogoda, to we wtorek pojedziemy się wykąpać – powiedziała mu w zeszły piątek Kasia, dodając zwyczajowe: – Tylko cicho sza.

Nie wspomniał tatusiowi ani słowem o planowanej kąpieli, chociaż zawsze wszystko mu mówił. Kochał tatusia najmocniej na świecie, ale opiekunka wytłumaczyła mu kiedyś, że nawet jak się kogoś kocha, to można mieć przed nim malutkie tajemnice.

Tuż po południu spałaszował obiad (rybę, za którą nie przepadał, ale tego dnia żadna potrawa nie była w stanie zepsuć mu humoru) i ze zdumieniem zauważył, że nie zamawiają taksówki, jak to zwykle robili. Nawet zaczął się martwić, że Kasia nie dotrzyma słowa, ale potem się okazało, że taksówka nie była potrzebna. Przyjechał po nich Piotrek. Był to facet wielki jak góra, a kiedy się witali, rączka Maurycego całkiem zniknęła w jego dłoni, jakby połknął ją kosmaty rekin. Piotrek opowiadał śmieszne kawały, robił dziwne miny i Maurycy od razu go polubił. Kasia też go lubiła, bo cały czas się śmiała.

Podróż nad rzekę była bardzo wesoła. Potem zeszli na plażę i rozłożyli na piasku kraciasty koc. Maurycy najpierw wykąpał się z Piotrkiem, potem z Kasią, a potem chciał jeszcze, ale oni nie chcieli. Kasia powiedziała, że muszą trochę wyschnąć, zanim się ubiorą. Chłopiec przyjął to ze zrozumieniem. Bardziej intrygowało go to, jak na siebie patrzą, niż co do niego mówią. Maurycy nie znał tej wymowy spojrzeń. Było w nich coś, co go niepokoiło. Kiedy Kasi i Piotrkowi wydawało się, że nikt ich nie widzi, mówili sobie jakieś tajemnice na ucho. Raz Kasia zrobiła się całkiem czerwona, zupełnie jak Maurycy, kiedy pewnego razu przyłapała go na oglądaniu własnego siusiaka.

Kasia była fajna, bo można jej było wytłumaczyć różne rzeczy, więc chłopiec postanowił spróbować.

– Jeśli wy nie chcecie, to mogę iść sam.

Spojrzeli na niego tak, jakby dopiero teraz zauważyli, że z nimi przyjechał.

– Jesteś jeszcze za mały, żeby kąpać się sam – powiedziała Kasia.

Wyczuł w jej tonie przykrą nutę stanowczości, która była na tyle silna, że mały postanowił odejść obrażony.

Usiądzie w odległości kilku metrów od ręcznika i nie będzie na nich patrzył. Tak zrobi.

– Bez przesady – pomoc nadeszła niespodziewanie. Piotrek uśmiechał się do Kasi, chociaż nie patrzył jej w oczy, tylko zdecydowanie niżej. – Ja w jego wieku potrafiłem przepłynąć staw.

– Miałeś szczęście, że nie byłam twoją opiekunką.

„Kasia raczej nie da się przekonać” – stwierdził Maurycy.

– Bardzo tego żałuję, ale w sumie to nic straconego, nie? – Przysunął się do niej tak blisko, że dotykali się nogami.

– To co, mogę? – Chłopiec zwietrzył swoją szansę.

– Przecież tu jest płytko. – Piotrek zwietrzył swoją.

– No dobrze, ale przy samym brzegu, Maniuś.

Maurycy miał ochotę rzucić się na szyję tego wielkoluda i uściskać go tak, jak ściskał tylko tatusia. Opanował się jednak. Starał się zachowywać jak dorosły, a dorośli nie rzucają się sobie na szyję.

– Najlepiej weź sobie łódkę i pobaw się w przybijanie do brzegu – poradziła Kasia.

– To nie jest łódka, tylko żaglowiec, a brzeg to jest port, a nie brzeg. – Wszystkich rozbawił znużony głos, jakim ją pouczył.

Piotrek klepnął go poufale w plecy, tak jak tylko chłopaki się klepią, i rzeka stanęła przed Maurycym otworem, kiwając na niego swoim pokręconym mokrym palcem.

W tym samym czasie Jacek parkował dopiero samochód na podjeździe. Monika po raz kolejny nokautowała niepodejmującego walki przeciwnika, stojącego w narożniku niebieskim od popękanych płytek.

Był to jeden z momentów, które potem określa się jako zbieg okoliczności. Roztrząsa się, co by było, gdyby okoliczności były inne. Niektórzy uważają, że przypadkowe zdarzenia zaplatają warkocz zwany rzeczywistością. Inni twierdzą, że rzeczywistość to plastelina, którą lepimy sami. Jeszcze inni są też przekonani o tym, że nad wszystkim czuwa Wielka Siła. Nie brakuje takich, którzy na pytanie o znaczenie zbiegów okoliczności w życiu napełniają kieliszki. Efekt motyla… Jacek uważał, że gdyby w 2032 roku przed naszą erą w starożytnym Egipcie pewien kapłan nie zdybał dziewki niosącej w koszu na głowie zboże do magazynu, Hitler byłby mecenasem sztuki. Niestety świat nie doczekałby tego, ponieważ w siedemnastym wieku Isaak Newton, zamiast leżeć pod jabłonią, zaprojektowałby broń masowego rażenia. Newton był geniuszem i rażenie jego wynalazku byłoby naprawdę masowe.

Na początku Maurycy bawił się jak zwykle. Puszczał stateczek, który płynął przy akompaniamencie leniwego nurtu. Różnica polegała na tym, że chłopiec był sam i żaglowiec nie miał dokąd dopłynąć. I to było najfajniejsze. Maurycy musiał go wyprzedzić i poczekać, aż nadpłynie z naprzeciwka. Zabawa była świetna i wcale mu się nie nudziła. Jak każde dziecko w trakcie zabawy tracił poczucie czasu. Wkrótce zatracił również poczucie przestrzeni. Cóż go mogło obchodzić, że po dwustu metrach od miejsca, gdzie wszedł do wody, rzeka gwałtownie zakręca, a nurt, jakby zawstydzony własnym lenistwem, stawał się tu narowisty jak pierwszy raz osiodłany koń. Wymyte dno opadało na głębokość dwóch metrów, ale Maurycy nie mógł o tym wiedzieć, ponieważ nigdy nie zapuścił się tak daleko. Zdumienie chłopca było ogromne, kiedy w pewnej chwili zamiast znajomego przyjaznego gruntu jego stopy napotkały tylko niedającą oparcia wodę. Jego postrzeganie otoczenia zmieniło się w ułamku sekundy. Słońce nie było już takie jasne. Docierające do niego odgłosy zamieniły się w przytłumiony bulgot, a powietrze… To był największy problem. Powietrza tutaj nie było.

Bardzo szybko zabrakło mu go też w płucach. Gdyby wiedział, że nie będzie mógł oddychać, pewnie jakoś by się przygotował, a tak… Pozostało mu bezładne machanie rękami. Był zbyt przerażony, żeby zauważyć, że dzięki temu machaniu jego głowa pojawiała się na powierzchni, mimo że zdradzone stopy wciąż na próżno szukały podparcia. Chciał wołać o pomoc, ale woda tylko czekała, żeby wedrzeć się w jego usta.

Tracił siły i wiedział o tym, a fakt, że nie może oddychać, stał się obsesją. Kilka razy poczuł, że woda wokół ust zamieniła się w powietrze, ale nie zdążył nim odetchnąć. Raz nawet wściekłość zapanowała nad przerażeniem. Na krótko. Ile czasu można nie oddychać? Był małym chłopcem i nie miał pojęcia. Wydawało mu się, że topi się od godziny. Trwało to dostatecznie długo, żeby zdążył stanąć w mrocznym korytarzu świadomości umierania.

Utopię się! Już to wiedział, chociaż dotąd jak każde dziecko sądził, że jest nieśmiertelny. Teraz był istotą, która umierała. Marzył o jednym łyku świeżego powietrza. Co tam świeżego. Mogło być śmierdzące jak wyziewy z wysypiska śmieci, które kiedyś mijali, wracając z tatusiem z wycieczki. Albo jak martwy ptaszek, którego znalazł pod oknem. Ten to dopiero cuchnął. Maurycy wtedy o mało nie zwymiotował. Teraz mógłby go wąchać z rozkoszą. Nagle doznał olśnienia. Tatuś powiedział mu kiedyś: „Maurycy, pod wodą można widzieć. Otwórz oczy. Zobaczysz, jakie to proste. Tylko trzeba się odważyć”. Wtedy się odważył. Otworzył oczy i widział. Teraz też będzie podobnie. Otworzy buzię i będzie oddychał. To nic, że pod wodą. Potem ją wypluje, ale nie będzie tak bolało. Robiło mu się ciemno przed oczami. Nie mógł dłużej wytrzymać. Otworzył usta i głęboko wciągnął zalatującą glonami wodę.

Jacek płynął jak automat. Starał się nie myśleć o tym, że od niego zależy czyjeś życie. Jego umysł był wyćwiczony i na zawołanie umiał myśleć o czymś innym. Teraz niedorzecznie zastanawiał się, czy Monika dostała rolę. Jeżeli nie, będzie musiał ją jakoś pocieszyć. Będzie się w niego wtulała jak mała dziewczynka. Mimo całej swojej witalności bała się życia. Bała się, że przegra. Przytuli ją.

Jeszcze kilka ruchów ramion. Głowa chłopca przestała się wynurzać, ale powinien być w tym miejscu. Jacek zanurkował. Topiel była mętna, a spieniona woda nie ułatwiała szukania. Macał rękami na oślep i sam przypominał tonącego. Po chwili, która wydała mu się wiecznością, natrafił na coś stawiającego opór. Koszulka. Ręka wykonała błyskawiczny ruch ku górze, tam, gdzie powinny znajdować się włosy. Nie był pewien, ale z daleka wyglądało na to, że rodzice dzieciaka nie ulegli kretyńskiej modzie i nie ostrzygli swojej pociechy na jeża. Poczuł na palcach włosy i zacisnął pięść tak mocno, że paznokcie wbiły mu się w skórę. Następnego dnia Monika zapyta go o czerwone półksiężyce na dłoni. Ale to będzie dopiero jutro. Potężnymi ruchami drugiej ręki i nóg wydostał się na powierzchnię. Odetchnął, otwierając usta jak ryba. Zerknął na siną twarz chłopca. Nie miał pojęcia, czy zdążył. Chłodna woda wydała mu się gorąca. Płynął do brzegu, uważając, żeby usta i nos chłopca znajdowały się na powierzchni. Płynął, dopóki nie chwyciły go mocne ręce. Dwóch młodych mężczyzn pomogło mu wygramolić się na piasek. Nie słyszał, co do niego mówili. Położył chłopca na plecach i zaczął rytmicznie uciskać mu klatkę piersiową, wciskając do niej wytęsknione powietrze. Dziecko nie zdradzało oznak życia, a Jacek nie miał pojęcia, że na twarz małego kapie nie tylko woda. Szlochał bezwiednie. To były łzy wściekłości, bezradności, rozpaczy i żalu.

I wtedy mały się zakrztusił. Jednocześnie ludzie dookoła usłyszeli zduszony jęk wyrywający się z piersi reanimującego. Jacek odwrócił chłopca na bok i pozwolił mu zwymiotować na piasek wodę oraz częściowo przetrawioną rybę. Tak niewiele brakowało, a dalekie krewne tych resztek miałyby okazję do rewanżu.

Zmęczenie dawało znać o sobie coraz wyraźniejszym łupaniem w głowie. Do jego mózgu dotarło wreszcie, ile wysiłku kosztowało go ratowanie topielca. Nie dotarło natomiast, że uratował dziecko. Opadł na rozgrzany piasek, pozwalając mu panierować ubranie. Leżał i coś w nim wzbierało. Coś potężnego. Coś, czego jego ciało z pewnością nie pomieści. W tamtej chwili, leżąc na brzegu niedoszłej zabójczyni, doświadczał rozkoszy. Nieporównywalnie większej niż ta, która ogarnęła go po napisaniu pierwszej książki. Potężniejszej od spełnienia, jakiego doznał, kiedy okazało się, że jego książka się spodobała. Silniejszej nawet od tej, kiedy pierwszy raz obudził się i zobaczył przy sobie twarz Moniki, opuchniętą miłością i niewyspaniem.

Jacek przeżywał niepowtarzalną ekstazę. Nad nim latały ptaki, a obok niego słychać było cudownie żywe odgłosy rzygającego dziecka. Nie leżał długo, ale kiedy wstał, wydawało mu się, że świat się zmienił. Wszystko było inne. Usiadł na rozgrzanym piasku. Ludzie uśmiechali się do niego, a on odwzajemniał uśmiechy. Oddawał uściski. Przyjmował gratulacje. Obok niego nie było już chłopca, którego zabrał rzece. Na skarpie stał ambulans.

– Co z dzieckiem? – wymamrotał, z trudem sterując sztywnym językiem, jakby mówił pierwszy raz od miesięcy.

– Wezwałam karetkę. Tak na wszelki wypadek, bo otworzył oczy, zaraz gdy pan, gdy pan… – Tłusta kobieta o ujmująco delikatnej, miękkiej twarzy nie umiała się wysłowić.

– To dobrze. – Podniósł się z piasku. Zmiana postawy na pionową sprawiła, że zakręciło mu się w głowie. Oparł się o kobietę, która dzielnie to zniosła. Wydawała się zadowolona, że może mu pomóc. Nie przerywając bycia bohaterem, szedł w kierunku miejsca, gdzie zostawił saszetkę z dokumentami. I pieniędzmi. Miał nadzieję, że złodzieje nie okradają ludzi ratujących dzieci.

Zapłakana opiekunka zerkała do wnętrza ambulansu. Jak większość ludzi czuła zabobonny lęk przed jego sterylnym wyposażeniem. Z wnętrza buchał chemiczny swąd odkażalników. Maurycy siedział na rozkładanych noszach i oszołomiony odpowiadał na pytania lekarza. Nie wyglądał źle. Sina bladość powoli schodziła mu z twarzy, choć do naturalnego koloru było jeszcze daleko.

Do skarpy zbliżał się warkot pracującego na wysokich obrotach silnika. Kiedy hałas odnalazł furtkę do świadomości Kasi, był już naprawdę natarczywy. Pisk opon spłoszył kilka mew żerujących na plastikowych koszach ze śmieciami. Czarne bmw z przyciemnianymi szybami zaparkowało tuż obok karetki pogotowia, całkowicie tarasując drogę. Kierowca zdawał się nie zwracać na to uwagi. Był szpakowatym mężczyzną w średnim wieku, rzucającym przenikliwe spojrzenia spod gęstych brwi. Ubrany był w sportowym stylu, ale czuło się, że naturalnym środowiskiem dla niego są drogie garnitury. Szybkim krokiem podszedł do otwartych drzwi ambulansu. Ludzie schodzili mu z drogi, mimo że nie odezwał się ani słowem. Przemówił dopiero w środku karetki.

– Jak się czujesz, synku? – Głos był drżący i nie pasował do reszty ciała.

– W porządku, tatusiu – odpowiedział Maurycy i nawet spróbował się uśmiechnąć. Właśnie to sprawiło, że ojciec się rozkleił.

Przerwał spotkanie rady nadzorczej, gdy tylko dowiedział się o wypadku. Zwymyślał protestującego prezesa amerykańskiej firmy, z którą miał podpisać lukratywny kontrakt. Przybył na ratunek swojemu synkowi i nie oczekiwał od niego pomocy. Dlatego ta próba tak bardzo go poruszyła. Tulił do piersi drobne ciałko, które godzinę temu traciło szansę na to, żeby dorosnąć. Chłopiec pachniał mieszaniną glonów i lekarstwa.

– Już dobrze. Już dobrze – powtarzał mężczyzna, jakby nie usłyszał tego od Maurycego. Nie miał pojęcia, co ma mówić. Nigdy nie był w takiej sytuacji. I nigdy już nie będzie. Delikatnie odsunął od siebie chłopca. Odszukał wzrokiem lekarza. Nie zadawał pytań. Ludzie i tak zawsze wiedzieli, o co mu chodzi.

– Jest w lekkim szoku, poza tym zaaplikowaliśmy mu leki na uspokojenie i może być trochę otępiały, ale do jutra wszystko minie – wyrecytował lekarz.

– Dziękuję. – Ojciec dziecka nie był wylewny, a mimo to doktor poczuł się jak zdobywca Oscara. Mężczyzna zwrócił się do dziecka: – Poczekaj tu na mnie, synku. – Już ze zwykłym dla siebie wdziękiem zeskoczył z podłogi ambulansu.