Z głowy - Janusz Głowacki - ebook
Opis

Nominowana do Nagrody Literackiej Nike autobiograficzna opowieść Janusza Głowackiego – pisarza cenionego w kraju, który na początku lat 80. znalazł się na emigracji.

Brawurowa gawęda o barwnym życiu artystycznym PRL-u, mimo siermiężnych czasów, a potem życiu w mitycznym Nowym Jorku, który przyszło Głowackiemu poznawać z perspektywy imigranta. Pełna niepowtarzalnego humoru, ironii i absurdu książka o powikłanych losach artysty, często krytyczna, a nawet bolesna w konstatacjach, ale fascynująca i ujmująca dowcipem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 330

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Janusz Głowacki

Z GŁOWY

Copyright © by Olena Leonenko-Głowacka, Zuzanna Głowacka, Ewa Zadrzyńska-Głowacka, 2018.

Wydanie II

Warszawa MMXVIII

One way ticket

Osiemnastego grudnia 1981 roku wieczorem przepychałem się przez tłum grzybków, aniołków, świętych Mikołajów i krasnoludków, żeby wystąpić w najbardziej oglądanym świątecznym show telewizji angielskiej. Brzmi to dobrze i wszystko byłoby jak się należy, gdyby nie okoliczności.

Otóż dziesięć dni wcześniej w moim mieszkaniu na ulicy Bednarskiej w Warszawie ściągnąłem ozdobnym paskiem ze świńskiej skóry wyjściowe czarne spodnie z najdelikatniejszego sztruksu, wyglansowałem buty, żeby nabrały wyglądu, i poganiany żądzą zysku i sławy wybrałem się do Londynu na premierę mojej sztuki Cinders, czyliKopciuch, w Royal Court Theatre. Za sobą zostawiłem strajki, negocjacje, pałowania i na oko mocno się już chwiejącą władzę komunistów. A także moją matkę, dwuipółletnią córeczkę Zuzię, której obiecałem przywieźć lalkę, oraz ówczesną narzeczoną, a późniejszą żonę Ewę Zadrzyńską, która nie mając złudzeń co do moralnego poziomu tej opowieści, zażądała, żeby jej imię się w niej ani razu nie pojawiło; co obiecałem, ale słowa nie dotrzymałem, podobnie zresztą jak większości obietnic składanych jej oraz innym kobietom.

Oczywiście żaden z moich warszawskich przyjaciół, których z pychy zawiadamiałem, że jeden z najlepszych teatrów w Londynie wystawia moją sztukę, ani przez chwilę nie wierzył. Owszem, potakiwali uprzejmie i gratulowali, na boku wymieniając porozumiewawcze mrugnięcia. Ponieważ bilet powrotny miałem na 22 grudnia, zabrałem ze sobą tylko pustą walizkę na prezenty, rezerwowe dżinsy, dwie koszule i dwadzieścia funtów gotówką.

Z początku wydawało się, że to jest akurat.

Zamieszkałem za darmo w hotelu Holiday Inn, bogacąc się dodatkowo, bo za udział w próbach, w przeciwieństwie do Polski, gdzie autora do teatru wpuszcza się niechętnie – płacono. Aktorzy byli bez zarzutu, reżyser Danny Boyle, ten od filmu Trainspotting, też. I już po pierwszej próbie się upewniłem, że Cinders w przeciwieństwie doKopciucha, po obejrzeniu którego w Polsce obiecałem sobie nie pisać więcej dla teatru, jest sztuką jak się należy. A trzej konsulowie polscy w Londynie, panowie Kopa, Słomka i Mucha, zadzwonili do teatru, że przyjdą celebrować. Miło mnie to połechtało, bo do tej pory osobiście znałem tylko jednego polskiego dyplomatę (i to na dodatek byłego), mianowicie konsula w Glasgow. Słabym jego punktem był brak znajomości języków obcych. Mocnym – posiadanie ładnej żony, aktorki. Z tego powodu konsul spędzał wakacje w warszawskim SPATiF-ie i po kilku setach chętnie dzielił się ze słuchaczami doświadczeniami z pracy dyplomatycznej. Robota – mówił – jest w zasadzie przyjemna, tyle że od czasu do czasu do gabinetu wpieprzy ci się Anglik i on coś chce. To by też nie było najgorsze, gdyby nie to, że go nic a nic nie można zrozumieć.

Wieczorami po próbach chodziłem z aktorami na guinnessa do któregoś z pubów przy Sloane Square, coraz dalej był Jaruzelski i Breżniew, Wałęsa, Kuroń i Michnik, rozpierała mnie duma i czekałem spokojnie na premierę.

Ale trzynastego grudnia, właśnie w dniu, w którym moja ówczesna narzeczona Ewa miała wsiąść o ósmej do samolotu, odwiedzić Londyn, kupić sobie coś z ubrania i wziąć udział w uroczystościach, o siódmej rano obudził mnie telefon. Dzwoniła zaprzyjaźniona Nina Smolar z informacją, że generał Jaruzelski rozpoczął dobrze znaną polskim czytelnikom akcję. Dodała, że być może pierwszy samolot wypuszczą, a jeśli tak, mam błyskawicznie przyprowadzić Ewę do BBC, gdzie szefem polskiej sekcji był mąż Niny, Gienio Smolar.

– Dobrze, dobrze – odpowiedziałem, mając reakcję spowolnioną przez nocnego guinnessa. Odłożyłem słuchawkę i dopiero wtedy, jak wampir w filmie Herzoga, sztywno usiadłem na łóżku.

Pierwszego samolotu nie wypuszczono. Ale ja, dzięki akcji generała Jaruzelskiego i krzywdzie narodu polskiego, w jednej chwili zamieniłem się z nikomu nieznanego prowincjonalnego pisarza w zupełną znakomitość.

Wprawdzie konsulowie Słomka, Kopa i Mucha na premierę nie przyszli, za to przed teatrem kłębiły się tłumy. Dziennikarze ustawiali się w kolejce, a recenzje zgodnie podkreślały antytotalitarny charakter i ponury kafkowski humor Kopciucha.

No i właśnie w związku z tym osiemnastego grudnia szedłem długim i szerokim, wyłożonym dywanami i obwieszonym obrazami korytarzem, przeciskając się przez tłum grzybków, aniołków, krasnoludków i świętych Mikołajów, żeby wystąpić w najbardziej oglądanym show telewizji angielskiej. W klapę marynarki z kolekcji Barbary Hoff w Juniorze wpiąłem znaczek „Solidarności”. Szedłem raz wolniej, raz szybciej i okropnie się wstydziłem myśli, które akurat telepały mi się po głowie. A były one mniej albo więcej takie: Na cholerę ja się zgodziłem w tym wystąpić. Niby płacą w funtach, ale nie aż tak dużo i sława z tego krótkotrwała. A jak powiem, co myślę o stanie wojennym, to już moja córeczka tej obiecanej lalki w życiu na oczy nie zobaczy. Niby owszem, można by się przed kamerami przysiąc, że nie polityka mnie interesuje, tylko sztuka czysta. Ale to jednak wstyd straszny. I jak ja potem spojrzę w oczy temu patriocie, co mnie namawiał, żebym ciężarówkę z bronią dla „Solidarności” przeprowadził przez granicę. Przecież on, chociaż agent bezpieki, w twarz mi publicznie napluje. A w ogóle kto tym z telewizji dał mój telefon. Jakiś Polak pewnie zawistny, co mnie chciał wykończyć. I jeszcze jedna sprawa delikatna: jak tu mówić o tragedii narodu z kiepskim akcentem. A jeszcze nie daj Boże jakiś gramatyczny błąd mi się przytrafi.

Tak myśląc, szedłem korytarzem, popychany przez śliczną angielską aktorkę, a ostatnio tłumaczkę, o której w tej chwili też myślałem bez sympatii, bo przez nią te wszystkie kłopoty.

Kilkanaście miesięcy temu przyjechała do Warszawy. A mnie się akurat powodziło całkiem nieźle. Wprawdzie scenariusz dla Himilsbacha i Maklakiewicza, który kiedyś wymyślałem z Markiem Piwowskim, a który miał być polską wersją filmu Easy Rider, szans nie miał, ale moja zatrzymana przez cenzurę książka o strajku w Stoczni Gdańskiej akurat się ukazała w podziemiu. A Szwecja i Niemcy Zachodnie nadały przez radio parę moich słuchowisk. Tyle że jak się tylko człowiekowi trochę lepiej powodzi, to zaczyna myśleć o świństwach.

Nagadałem aktorce różnych głupot. Zaprowadziłem ją do Ścieku, SPATiF-u, a na koniec na Bednarską. Przyłożyłem się, pamiętając o świętych prawach gościnności, a ona z wdzięczności z miejsca zaczęła tłumaczyć. I do tego tak skołowała producentów w Londynie, że jeden się rozwiódł, a drugi wystawił moją sztukę.

Tak bijąc się z myślami, doszedłem do charakteryzatorni, gdzie mnie odmalowali, przypudrowali, przyczesali na mokro i kazali czekać. A przed kamerami sławny prezenter zaśmiewał się, klepiąc po plecach z Paulem McCartneyem. Obaj byli dużo lepiej ubrani, więc od razu zacząłem się pocieszać, że nieważne, w co się człowiek przyodziewa, i że ostatni będą pierwszymi. Wtedy ktoś mnie popchnął i znalazłem się w pełnym blasku. Chyba mimo odmalowania wyglądałem tak, jak się czułem, bo mój widok zgasił uśmiech prezentera. Twarz wykrzywił mu grymas bólu, a w oczach błysnęły łzy. Troskliwie posadził mnie na fotelu, przez chwilę tylko kręcił głową, aż dopiero przemówił.

– Ale nie dla wszystkich święta Bożego Narodzenia oznaczają szczęście i spokój. Jest tu dziś z nami Polish playwright Dżanus Glowaki, wszyscy wiemy, co się stało kilka dni temu w jego nieszczęśliwej ojczyźnie. Opowiedz, Dżanus, o czym teraz myślisz.

No to wygłosiłem ponurym głosem kilka zdań o nocy nad Polską, starając się nie mylić czasu teraźniejszego z przeszłym i she z he. Prezenter zastygł na chwilę w bólu, a kiedy wrócił do siebie, mocno, po męsku uścisnął mi rękę, życząc, żebym nie stracił odwagi, co mi akurat nie groziło, bo jej w ogóle nie miałem. Znów mu uśmiech twarz rozjaśnił i wykrzyknął:

– A teraz sylwestrowe propozycje Gianniego Versace!

Chciałem zostać i popatrzeć, ale ktoś mnie pociągnął z tyłu za marynarkę, ktoś inny popchnął w stronę kasy. Wypłacono mi dwieście pięćdziesiąt funtów i wyrzucono na ulicę. Zamierzałem pojechać na Portobello Road, żeby kupić tłumaczce obiecane złote kolczyki, ale właśnie przechodziła ulicą całkiem spora demonstracja rodaków, nad którą kołysała się na pomniejszonej szubienicy naturalnej wielkości kukła generała Jaruzelskiego, a anarchiści, na których zawsze można liczyć w potrzebie, podłączyli się, waląc w bębny. No to też się przyłączyłem.

Pod konsulatem czekał już na nas spory oddział angielskiej policji. Ustawiliśmy się naprzeciwko, wznosząc stosowne okrzyki do czasu, kiedy firanki zafalowały i wyjrzały zza nich najpierw złowróżbne twarze moich niedoszłych widzów, konsulów Kopy, Słomki i Muchy, a następnie oko filmowej kamery. W odpowiedzi posiadacze polskich paszportów, narzekając na chłód, rozpoczęli natychmiastową akcję podnoszenia kołnierzy i naciągania czapek na oczy. Boją się, pomyślałem z pogardą i wtedy zauważyłem, że mam podniesiony kołnierz i naciągniętą na oczy czapkę.

Święta już były na całego. Tymczasem wiadomości z Polski przychodziły albo ponure, albo ich wcale nie było. A i moja sytuacja też się pogorszyła.

Wprawdzie recenzje były entuzjastyczne, ale skończył się hotel, a dodatkowo do mojej tłumaczki przyjechał mąż, który okazując typowy brytyjski egoizm i brak wrażliwości na los Polaka, zabronił jej ze mną sypiać.

Na moje szczęście Adam Zamoyski, pisarz i historyk, któremu Cinders się podobał, przygotowywał do wynajęcia czy sprzedaży jedno ze swoich mieszkań z widokiem na Hyde Park i póki co mogłem tam sobie nocować. Tak więc co rano budziłem się w panice, że coś jest źle, potem sobie przypominałem, o co chodzi, a następnie przychodził Adam. Wchodził na drabinę i osobiście odmalowując ozdobny sufit, udzielał mi rad. Głównie chodziło o to, czy mam wracać, czy wprost przeciwnie.

A ja drżącymi rękami zaparzając kawę i uważając, żeby nie rozlać, bo w kuchni rozłożony już był nowy dywan, słuchałem i nie słuchałem. Potem pałętałem się po świątecznym Londynie zastawionym choinkami, obwieszonym bombkami i zapchanym świętymi Mikołajami.

Gdyby samoloty do Polski latały, pewnie bym jednak w któryś wsiadł. Bo co spotka mnie w Warszawie poza zaspokojeniem tęsknoty, to sobie mniej więcej wyobrażałem, przyjemne to nie było, ale oswojone. Co będzie tutaj, to mniej wyraźnie widziałem. Sztuka, owszem, szła dobrze, tyle że z tego się nie wyżyje. Jerzy Giedroyć odszukał mnie osobiście, wydrukował fragment Moc truchleje, czyli książki o strajku w Stoczni Gdańskiej, i nawet wysłał ją do eleganckiego wydawnictwa paryskiego Flammarion. Niestety, odesłali ją z listem od pracującej tam nad polską literaturą redaktorki, że niech się pan Głowacki najpierw nauczy pisać po polsku. To mi zabrzmiało całkiem groźnie, bo ta cienka książeczka była monologiem małego, zabiedzonego robotnika ze Stoczni Gdańskiej, który przestał odróżniać dobro od zła i został konfidentem bezpieki, wcale o tym nie wiedząc. A do strajku się przyłącza, też nie bardzo wiedząc, że to robi i po co, czyli wspaniałego patriotycznego zrywu nie było w tej opowieści za grosz. Tylko smutne ulice, bida z nędzą i rozpaczą, restauracje, w których nie ma co zjeść, ulice zapchane tajniakami, konfidenci w kierownictwie strajku i to się wszystko wydaje bohaterowi książki całkiem normalne. Co gorsza, i to właśnie tak wyprowadziło z równowagi redaktorkę z Flammariona, on opowiada o tym językiem, który przestał być tradycyjnie rozumianym narzędziem komunikacji. Zamiast tego zamienił się w mieszaninę socjalistycznych sloganów z lumpenproletariacką nowomową, czyli w ogóle nie wiadomo w co. Moc truchleje już się w Polsce krytykom nie podobała, to co się właściwie dziwić, że w normalnym kraju nikt się na niej nie poznał, czyli moje możliwości i szanse wyglądają blado.

Więc łaziłem po Londynie, czasem się spotykałem z agentami wydawniczymi, każdemu udzielałem wywiadu i się coraz bardziej martwiłem. Bo z kraju wiadomości w prasie tutejszej dość okropne, a plotki jeszcze gorsze: o zalewaniu kopalni ze strajkującymi górnikami, rozstrzeliwaniu zbuntowanych żołnierzy. A znów w radio polskim oficjalnym spokój, radość i rozmowy z producentami pączków. A gdzieś tam, w tym wszystkim, moja córeczka z mateczką i narzeczona. To jak, wracać, nie wracać?

Muszę przyznać, że poza względami rodzinno-patriotycznymi za tym, żeby wracać, przemawiała także pewna zawodowa kalkulacja. Bo ten stan wojenny to był jak dla mnie. Całe życie narzekałem, że Norman Mailer albo Joseph Heller, Hemingway albo Babel to mieli co zapisywać. A teraz proszę, jak temat do mnie do domu przyszedł, to mnie tam nie ma. I całe życie będę żałował. Czyli wracać.

A znowuż Adam z drabiny odradza. „Nie wiem, jaką masz pozycję w Polsce. Ale oni teraz wszyscy są przytrzaśnięci, a ty możesz pisać bez cenzury, całą prawdę, i ci każdy wydrukuje”.

Czyli za radą Adama przysiadłem w irlandzkim pubie i zacząłem pisać jako pisarz mało że wyzwolony, to na całego, co się okazało od regularnego pisania sztuką dużo trudniejszą.

Zagryzałem wargi, popijałem guinnessa, mięśnie mi grały i pisałem jeden tydzień, a potem drugi. W trzeci to przepisałem na czysto i się zawstydziłem. Gniew był w tym opowiadaniu słuszny, oburzenie jak złoto. Zomowcy mieli zimne oczy i okrutne uśmiechy, prześladowani działacze „Solidarności” – wprost przeciwnie. Jednym słowem wyrzuciłem i się jeszcze bardziej zacząłem denerwować, że może za późno mnie wyzwolono, że może już jestem beznadziejnym kaleką, co to bez cenzury ani rusz, i w ogóle się nie nadaję. Bo ja się przez kilkadziesiąt lat męczyłem, kombinując, jak by coś prawdziwego napisać, ale tak subtelnie, żeby puścili. Jak by też tę cenzurę obejść i przechytrzyć? Gdzie na przykład akcję sztuki albo książki przenieść, do jakiego kraju czy w jaki wiek, żeby się kojarzyło, ale nie do końca? Jaką parabolą uśpić czujność cenzora? Rzymskie imperium się na przykład do tego celu nadawało, inkwizycja hiszpańska też nie najgorzej. Z prostszych zabiegów – więzienie albo zakład poprawczy dla nieletnich dziewcząt, jak u mnie w Kopciuchu. I tu lojalnie trzeba przyznać, że czytelników i widzów mieliśmy w Polsce Ludowej wyjątkowo wdzięcznych w wychwytywaniu aluzji, nawet tam, gdzie jej nie było. Wystarczyło napisać, że bohater jest alkoholikiem albo garbatym, czy na przykład zdradza żonę, a już nikt nie miał wątpliwości, że to komunizm jest winien, i autora nagradzano owacją na stojąco.

Chyba dwudziestego grudnia ogłoszono, że Warszawa pierwszy samolot wypuści i pierwszy wpuści. Na próbę pojechałem na lotnisko Heathrow. Samolot LOT-u się spóźniał, a ja wmieszałem się w smutny milczący tłumek szykujących się do powrotu Polaków. Wszyscy przyglądali się sobie podejrzliwie, znaczki „Solidarności”, które przed trzynastym obowiązywały do każdego garnituru, były pochowane.

W końcu samolot z Warszawy wylądował i zaczęli wysiadać głównie cudzoziemcy, których stan wojenny przyłapał, a za plastikową ścianą przemykali tranzytowcy. Między nimi zobaczyłem profesora Jana Kotta. Wracał do Ameryki z przerwanego przez stan wojenny Kongresu Kultury. Szedł przejściem tranzytowym, oddzielony ode mnie plastikową szybą. Waliłem w nią, ale profesor nie słyszał. Za to dwa dni później ja go usłyszałem w Wolnej Europie. Opowiadał o nocy nad Polską, a marznący przy koksownikach żołnierze skojarzyli mu się z prostytutkami ogrzewającymi się przy ogniu w Rzymie. W tej króciutkiej relacji, która doprowadziła do szału generała Jaruzelskiego, był cały Jan Kott. Jego czytanie literatury i świata. Skundlona tragedia i uwznioślona farsa.

Na razie wziąłem głęboki oddech, wróciłem do miasta i znów plątałem się po Londynie. Troszeczkę mi dodało otuchy to, że bardzo dobre wydawnictwo londyńskie Andre Deutsch jakoś się zorientowało, o co chodzi w mojej książce, i podpisało umowę na Moc truchleje.

Wieczorami, po przedstawieniu, chodziłem z aktorami z Kopciucha do jednego albo drugiego pubu i przy piwie rozczulałem ich i siebie opowieściami o przemierzających pokryty śniegiem kraj Chopina hordach Jaruzelskiego.

Raz po zamknięciu pubu, kiedy wracałem pieszo do prawie już wyszykowanego na sprzedaż mieszkania Adama na Knightsbridge, zatętniły za mną po bruku wysokie obcasy i dogoniła mnie grająca w Kopciuchu Złą Siostrę aktorka. Ze łzami w oczach przyznała, że kiedy tak szedłem samotnie przez uśpiony Londyn, przypomniałem jej bohatera filmu Andrzeja Wajdy Człowiek z żelaza i postanowiła zrobić wszystko, co może zrobić młoda aktorka, żeby podnieść mnie na duchu. I teraz chciałem ostrzec, że jeżeli ktokolwiek w mojej obecności ośmieli się nazwać Człowieka z żelaza naiwnym socrealistycznym kiczem, będzie miał we mnie śmiertelnego wroga.

Bardzo wielu Polaków przytrzaśniętych w Londynie przez stan wojenny narzekało, że nie zajęła się nimi tak zwana stara emigracja. Ja, podobnie jak Blanche, bohaterka sztuki Tennessee Williamsa Tramwaj zwany pożądaniem, byłem w tej sprawie dobrej myśli; Blanche mianowicie, kiedy zawiedli ją wszyscy, z ufnością bierze pod rękę psychiatrę, który na polecenie rodziny przyjechał, żeby zamknąć ją w domu wariatów, i wypowiada przy tej okazji moją ulubioną kwestię: „Zawsze wiedziałam, że w każdej sytuacji można polegać na uprzejmości obcych”.

I proszę bardzo, już dwudziestego dziewiątego grudnia, a więc zaraz po świętach, właściciel bardzo przyzwoitej polskiej restauracji, patriota i miłośnik literatury, zaproponował mi pracę kelnera na całkiem przyzwoitych warunkach. Zaraz potem utalentowana młoda aktorka, która wyjechała rok wcześniej i wyszła za mąż za stolarza, ale nie była szczęśliwa, bo ciągnęło ją do sztuki, zaproponowała mi wspólne, wysoko płatne występy erotyczne dla angielskiej arystokracji. Mój znajomy z dawnych lat, Władek Aspiryn, energiczny handlarz dostarczanymi do Polski przeterminowanymi lekarstwami, który zrobił karierę polityczną, demaskując już w wolnym kraju nieuczciwych przedsiębiorców, namawiał mnie na całkiem dobrze zaplanowany skok na jubilera.

Z propozycją współpracy wystąpił też Tadek Długie Ręce. Tadek w latach pięćdziesiątych miał inną ksywkę – Rybak. To były czasy, kiedy ludzie nie mieli lodówek i przed Wielkanocą wywieszali za okno na sznurku zakupione wcześniej zające. Tadek posiadał NRD-owską wędkę rozsuwaną na wysokość drugiego piętra. Na końcu umieszczał żyletkę marki Gerlach i zające spadały prosto do podstawionej torby. W Londynie Tadek się przekwalifikował i międzynarodowo przemycał zegarki. Czyli że musiał z dwiema walizkami wypchanymi zegarkami przebiec tanecznym krokiem, uśmiechając się do celników, przejściem zielonym. To było tylko pięćdziesiąt sześć kroków, ale te zegarki wyciągnęły mu ręce. Stąd ksywka i propozycja dla mnie.

W związku z londyńskim sukcesemKopciucha dostałem z Ameryki propozycję, żeby poprowadzić kursy o Kafce, Czechowie i Dostojewskim w wyjątkowo ekskluzywnym Bennington College w stanie Vermont, gdzie uczył kiedyś Erich Fromm, a aktualnie literaturę i teatr wykładali Bernard Malamud i Bob Wilson.

Po długim namyśle i walce wewnętrznej wybrałem tę ostatnią propozycję, chociaż była najmniej atrakcyjna finansowo.

Trzy tygodnie później, przyciskając do serca oficjalnie potwierdzone przez Departament Stanu na różowym blankiecie zaproszenie, przecisnąłem się przez tłum katolików i muzułmanów i z bolesnym uśmiechem politycznej ofiary rozłożyłem je na biurku konsula. Byłem pewien, że ludzie Ronalda Reagana, który z takim obrzydzeniem odniósł się do stanu wojennego, nazywając Jaruzelskiego rosyjskim generałem w polskim mundurze, a jego najbliższych bandą wszawych gnojków, przyjmą mnie z otwartymi ramionami. Tymczasem konsul ze sceptycznym uśmiechem wysłuchiwał moich zapewnień, że powodem wyjazdu do Ameryki nie jest chęć zamordowania prezydenta ani nawet roznoszenia chorób wenerycznych, a jedynie uzupełnienia wiedzy studentów w stanie Vermont, a w dalszej kolejności zrealizowanie mojego młodzieńczego marzenia, czyli wystawienie sztuki na Broadwayu. Po dwugodzinnym przesłuchaniu, gdybym miał choć odrobinę godności, powinienem się obrazić i wyjść. Ale przypomniałem sobie radę Janusza Wilhelmiego, redaktora naczelnego warszawskiego tygodnika „Kultura”, gdzie przepracowałem kilkanaście lat: „Januszku, unikaj zawsze pierwszych reakcji, mogą być uczciwe”. Uśmiechając się fałszywie, przełknąłem upokorzenie, wbito mi do paszportu kolorową przepustkę i drzwi do demokracji uchyliły się przede mną. Parę miesięcy później dowiedziałem się, że oburzona wprowadzeniem stanu wojennego administracja Ronalda Reagana wydała polecenie, żeby utrudniać jak się da wydawanie wiz Polakom i Afgańczykom, bo jedni i drudzy mogą prosić o azyl.

Kiedy znów się pojawiłem na lotnisku Heathrow, miałem tę samą polską walizkę, ale teraz była cięższa. Wiozłem ze sobą zestaw najniezbędniejszych rzeczy, które powinien mieć każdy szanujący się profesor ze Wschodu, przystępujący do objęcia katedry na ekskluzywnej amerykańskiej uczelni, a mianowicie: kiepską znajomość angielskiego, dwie pary dżinsów zakupionych okazyjnie na Portobello Road, podarowane przez aktorkę-tłumaczkę ozdobne wydanie tragedii Szekspira, dwie lniane koszule w czarno-białe pasy, czyli hinduskie barachło z wyprzedaży, ukradzioną z biblioteki książkę Mackiewicza o Dostojewskim, dwie półlitrówki wyborowej z niebieską kartką, głęboki kompleks prowincji maskowany pychą i poczuciem wyższości oraz plik recenzji z Londynu.

A także duży zapas bezinteresownej polskiej zawiści, którą potem, żeby sobie ulżyć, zacząłem przerzucać na bohaterów moich sztuk, zwłaszcza na Pchełkę, bohatera Antygony w Nowym Jorku. Z tym drobnym cwaniaczkiem, traktowanym przez wielu krytyków nad Wisłą jako tania i łatwa karykatura Polaka, miałem niestety trochę wspólnego. Zupełnie nie wiem, jak i kiedy się tą zawiścią zaraziłem. Bo moi rodzice na to nie chorowali.

Zająłem miejsce przy oknie, obok usiadła śliczna Angielka, też jakby zatopiona w myślach, tak że, póki co, nie nawiązaliśmy kontaktu. Samolot Pan American trochę się pokręcił po lotnisku, wyminął Concorde’a, hiszpańską Iberię, ustawił się w kolejce tuż za Lufthansą, a dużo przed China Air, i pięć minut później zaczął się na dobre wznosić, czyli oddalać. A ja zacząłem się na dobre bać. Bo co, jeżeli rację miała ta pani z Flammariona albo polscy krytycy, którzy już zadecydowali, że jestem kawiarnianym pisarzem lokalnym, specjalistą od złotej młodzieży i playboyów, czyli że za granicą nie mam w ogóle czego szukać.

A w Polsce jednak miałem swoją popularność i przyjemności. Spod lady, po cichu, ekspedientki sprzedawały mi bułkę paryską, na Bednarskiej i Krakowskim znałem każdy schodek i każdą bramę, a językiem umiałem zakręcić jak mało kto. Im dalej leciałem, tym nabierałem większych wątpliwości, czy lecę w dobrą stronę i czy się do demokracji i Ameryki słusznie wpycham.

Na brak własnych pisarzy oni tam nie cierpią, a jeszcze po Nowym Jorku i okolicach tłucze się tłum zawodowych ofiar ze skrzywdzonych przez dyktatury krajów. Nie mówiąc o rosyjskich pisarzach dysydentach, takich, że aż strach. No bo jednak Dostojewski czy Tołstoj, Czechow czy Gogol – było po kim dziedziczyć. I czy po Sołżenicynie, Brodskim albo i Aksjonowie w ogóle ktoś na moje cierpienia nadstawi ucho? A niech się jeszcze coś poruszy w Czechach? Albo i na Węgrzech? Takie to myśli przepełnione patriotyczną egzaltacją latały mi po głowie. Ale tak czy inaczej, było już za późno. Na wszelki wypadek zacząłem sobie powtarzać przykazania dla świeżego emigranta, które ktoś życzliwy zapisał mi na karteczce.

1. Jeżeli jesteś w nędzy albo rozpaczy, nigdy, ale to nigdy nie przyznawaj się do tego rodakom. Nikt ci nie pomoże, tylko cię dobiją.

2. W żadnym wypadku nie pozwalaj sobie na szczerość wobec bogatszych od siebie. Jeżeli będą ci pokazywać swoje ohydne żony, domy, filmy albo książki, chwal. Nie stać cię na wrogów.

3. Jeżeli ktoś cię obrazi – uśmiechaj się – zemścisz się później.

4. Kłamiąc na temat swojego sukcesu, staraj się uwierzyć w to, co mówisz. To daje komfort psychiczny i nic ci nie zaszkodzi. Najwyżej zaczną cię uważać za mitomana. Ale parę osób zawsze uwierzy i wtedy będziesz mógł od nich coś wyciągnąć.

5. Jeżeli ktoś poprosi cię o pomoc, nie pomagaj, nawet gdybyś mógł, bo po co. Może ci wyrosnąć konkurent. Ale nie odmawiaj z góry – oczywiście poza pożyczeniem pieniędzy. Obiecaj pomoc, udawaj zainteresowanie, na jakiś czas zyskasz przyjaciela. A nuż ci się przyda…

6. Wyznać miłość wolno tylko kobiecie, której się nie kocha. Nie stać cię na uzależnienie się.

Pozostałych czterech nie przeleciałem, bo przemówiła moja sąsiadka, i to zupełnie niespodziewanie po polsku:

– Sądząc po zamówieniu, pan z Warszawy. – Chodziło jej o to, że przed chwilą zamówiłem po raz trzeci podwójny dżin bez toniku. – Wie pan, o co się mnie zapytali w amerykańskiej ambasadzie?

– Czy pani chce zabić prezydenta – podpowiedziałem – i co pani odpowiedziała…?

Pokiwała głową.

– Jak pan myśli, czy oni przypuszczają, że jak ktoś naprawdę jedzie, żeby zabić prezydenta, to da im uczciwą odpowiedź?

– Dziwny kraj – przyznałem.

– Zapytali się mnie też, czy jadę do Ameryki, żeby zajmować się prostytucją.

– Niech pani to potraktuje jako komplement – pocieszyłem ją.

– Myśli pan?

Zamówiliśmy oboje dżin bez toniku i wymieniliśmy adresy. Ja przypomniałem sobie słowa, jakimi dodawał ducha trener naszej piłkarskiej reprezentacji przed meczem: „Biało-czerwona na maszcie, pierwszy sekretarz na trybunie, kiełbasy do góry i golimy frajerów”. A od siebie dodałem: Janek, co się przejmujesz. Jedziesz do dzikiego kraju, w którym nikt nawet nie wie, kto to jest Himilsbach; i poczułem się lepiej.

Jak postanowiłem zostać aktorem

Pierwszym pisarzem, którego spotkałem w życiu, był autor powieści kryminalnych. Mieszkałem wtedy z rodzicami na Żoliborzu przy ulicy Czarnieckiego i chodziłem do postępowej szkoły TPD 1 na Felińskiego, w której nauka rozpoczynała się od odśpiewania Międzynarodówki, a wizytowali ją nawet goście ze Związku Radzieckiego.

Do ZMP akurat nigdy nie należałem, już kiedyś pisałem, że w całej czterdziestopięcioosobowej klasie do ZMP nie należał tylko Tomek Łubieński i ja. Z tym, że on był synem posła katolickiego na sejm, a na pierwszej stronie wszystkich zeszytów pisał „W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego”. Tomek był klasowym geniuszem, miał ksywkę Filek (skrót od filozof) i w dziesiątej klasie bardzo ładnie tłumaczył Horacego. U siebie w bloku nie był zbyt popularny. Przezywano go Zeus, że niby zadziera nosa, i na klatce schodowej dzieci sąsiadów pisały kredą: „Zeus idiota piorunami miota”. Na lekcjach wychowawczych komenderowano: „Niezorganizowani wychodzą”, i my dwaj szliśmy na korytarz. Nikt nie naciskał, żeby się do ZMP zapisywać. Wszyscy się sami garnęli; było fajnie, można było śpiewać, nosić czerwony krawat, stonkę zbierać.

Trochę podejrzewam, że z podobnych powodów tak ogromną popularnością cieszył się wśród Niemców faszyzm. Bo każdy mężczyzna wolał wyjść sobie wieczorem w krótkich spodenkach z pochodnią i rozbić jakiś sklep albo w najgorszym razie pośpiewać, zamiast siedzieć z żoną w ciasnym mieszkanku.

To, że ja do niczego nie należałem, to był pewnie wpływ rodziny reakcyjnej, co też do partii się nigdy nie zapisała. Ani ojciec, ani matka jakoś nie mieli złudzeń co do komunizmu. Dlatego ja się później troszkę dziwiłem tym, co ich tyle mieli. To nie znaczy, że rodzice wychowywali mnie na reformatora, dysydenta. Absolutnie nie. Uważali, że sprawa jest beznadziejna. Matka recytowała mi Rilkego: „Kto mówi o zwycięstwie? Przetrwać, oto wszystko”. A ojciec uzupełniał słowami anonimowego poety, że skoro już nie chcesz uciekać za granicę, to przynajmniej:

Nie krytykuj, nie podskakuj,

Siedź na dupie i przytakuj.

Nie przejmuj się swoją dolą,

Bo i tak ci przypierdolą.

Nie przejmuj się swoją pracą,

Bo i tak ci gówno płacą.

Za pięć czwarta kończ robotę,

Sraj na szefa, kładź kapotę.

Tak dożyjesz starczej renty

Nawet w dupę nie kopnięty.

Mojemu ojcu się to zresztą udało. Pamiętam, jaka była w domu radość, kiedy dwadzieścia lat później przyznano mu legitymację upoważniającą starych i chorych ludzi do wsiadania przednim pomostem do straszliwie wtedy zapchanych autobusów.

Co do pochodów pierwszomajowych, to chodziłem. Tyle że obwiązywałem sobie rękę bandażem, żeby nie nieść transparentów. I to też nie z ideologicznych przyczyn, tylko z lenistwa. Tak już zupełnie szczerze mówiąc, to ja miałem wtedy inny problem. Były w klasie dwie dziewczyny z wielkim biustem: Elżbieta i Sara. Nie byłem pewien, która ma większy, i w związku z tym kochałem się w obu. Trochę też się bałem, bo mówiono, że jak się nie należy do ZMP, to nie przyjmą na studia. Ale przyjęli.

Moja matka była redaktorką najpierw w Czytelniku, potem w Iskrach, a autor powieści kryminalnych odwiedzał nas w związku z miłosnym opętaniem. Otóż, mimo że miał już żonę i kilkoro córek i synów, pokochał śliczną i młodszą o kilkadziesiąt lat najbliższą koleżankę matki, czarnowłosą korektorkę, która często wpadała do nas po pracy. Co gorsza, mój ojciec, który do tej pory uczciwie pracował w branży księgarskiej, sprowadzając dla Polskiej Akademii Nauk książki z zagranicy, też okazał się mało odporny na urodę pani Krystyny. Kupił sobie brązowe dziurkowane buty, marynarkę w pepitę i również wziął się za pisanie kryminałów. Słowem, zaczął się zachowywać podejrzanie. Matka, kiedy zwróciłem jej na to uwagę, machnęła tylko ręką, mówiąc: „Niech sobie Jerzy pomarzy”.

I kiedy mój ojciec i pisarz parzyli herbatkę dla pani Krystyny i układali ciastka na ozdobnych talerzykach, matka wpadała do sąsiadki, pani Bądkowskiej, i zadręczała ją i siebie pytaniami, co ze mnie wyrośnie. Matka kochała literaturę tak, jak się ją kiedyś kochało. Jej niepokój brał się z tego, że kiedy miałem dziesięć lat i zachorowałem na zapalenie płuc, siadała przy łóżku i czytała mi W poszukiwaniu straconego czasu, a ponieważ zasypiałem, uznała mnie za idiotę i zaczęła namawiać, żebym został sprawozdawcą sportowym. Sąsiadka, pani Stefania Bądkowska, była tak zwaną reakcjonistką, nienawidziła komunizmu, słuchała po nocach Wolnej Europy i doradzała matce, żeby oddała mnie do wojska na zawodowego, ponieważ jestem wysoki i w mundurze będzie mi do twarzy. Przy tym jej ulubioną sztuką była Noc listopadowa Wyspiańskiego i po cichu liczyła, że gdyby się coś w Polsce ruszyło, to młodzi oficerowie pomogą.

Ojciec uważał, że nic się nie da zrobić, komunizm jest wieczny, a ja powinienem jak najszybciej uciec za granicę. Był marzycielem i ufał wszystkim. Ludzie nie mogli mu tego wybaczyć i oszukiwali go bezlitośnie. W czasie mojego zapalenia płuc obmyślał różne sposoby ucieczki. Uważał, że najlepiej byłoby, gdybym został sławnym sportowcem i przy okazji pierwszych zawodów na Zachodzie poprosił o azyl. Brał też pod uwagę skok do wody ze statku wycieczkowego. Statki takie krążyły po Bałtyku, w okolicach Szwecji trzeba było tylko przepłynąć kilometr i już się było na wolności. Miałem w klasie garbatego kolegę, któremu ojciec radził: „Dał ci, synku, Bóg garb, to się chociaż zapisz do partii”. W porównaniu z tym rady moich rodziców nie były najgorsze.

Żeby sprawić ojcu przyjemność, zacząłem trenować pływanie w Kolejarzu – obecnie Polonii. Szło mi całkiem dobrze i na mistrzostwach szkół w Poznaniu byłem na 200 metrów stylem klasycznym zdecydowanym faworytem. Po stu metrach prowadziłem o całą długość, no i wtedy się zaczęło. Płynąłem, płynąłem, pchałem łeb pod wodę i nagle pomyślałem sobie, co ja właściwie robię. Naszły mnie wątpliwości, przypłynąłem ósmy, i to był koniec pływania. Wątpliwości nachodziły mnie jeszcze kilkaset razy w życiu i zawsze to się źle kończyło.

Wracając do życia uczuciowego, czasami pisarz doprowadzony do rozpaczy obojętnością pani Krystyny i licząc, że wywoła zazdrość albo choćby litość, nie przychodził. Wtedy mój ojciec z rozjaśnioną twarzą proponował, że sam ją odprowadzi. Pani Krystyna zgadzała się pod warunkiem, że pójdę z nimi. Ojciec dawał mi rozpaczliwe znaki, żebym się nie zgadzał, a raz nawet próbował mnie przekupić, wtykając dyskretnie dziesięć złotych. Były to zresztą pierwsze pieniądze, które samodzielnie zarobiłem. Ale nie ustąpiłem. Trzymałem z matką, a dziesięć złotych to było śmiesznie mało. Zwykle po odprowadzeniu pani Krystyny ojciec, rzucając mi nienawistne spojrzenie, wracał do domu. A ja zostawałem jeszcze chwilę, aby upewnić się, że z krzaków wynurzy się autor kryminałów i czy będzie próbował zmiękczyć serce pięknej korektorki, grożąc, że jeżeli go nie wpuści, to natychmiast pod jej drzwiami dostanie zawału.

Po godzinie, przeklinając oziębłość kobiet, pisarz oddalał się do domu na kolację, a ja siadałem na ławeczce i czekałem do dziewiątej. Wtedy kończył się spektakl w Teatrze Komedia i do mieszkania 4A kierował się, pogwizdując, gruby aktor charakterystyczny, który na scenie smarował sobie przeświecającą łysinę czarną pastą do butów. A pani Krystyna bezzwłocznie otwierała przed nim swój raj. Wtedy postanowiłem, że zostanę aktorem.

Jak postanowiłem zostać pisarzem

Drugim pisarzem, którego spotkałem w moim życiu, był Marek Hłasko. Po maturze, mimo protestów mojego wuja, znanego aktora, który nie bez racji twierdził, że jestem beztalenciem, razem z tłumem niezdolnych kandydatów zostałem przyjęty do Szkoły Teatralnej na Miodowej. Uczono nas uproszczoną metodą Stanisławskiego, to znaczy kazano nam się do wyboru albo utożsamiać, albo identyfikować. Więc się razem z wszystkimi koleżankami i kolegami raz utożsamiałem, a kiedy indziej identyfikowałem. Toczyłem po podłodze jako jajko albo szumiałem jako drzewo w Nocy listopadowej, przy czym mnie to gorzej niż innym wychodziło. Powiem prawdę: ja w ogóle odmówiłem bycia jajkiem. Pani profesor Maria Wiercińska spytała:

– Dlaczego, Januszu, nie chcesz się tak jak wszyscy toczyć?

– Bo ja się, pani profesor, wstydzę – odpowiedziałem szczerze. I wtedy zostałem po raz pierwszy w życiu oskarżony o cynizm.

Z tamtych czasów została mi pewna nieufność co do Wyspiańskiego. Wiem, że się muszę mylić, ale wszystkie jego dramaty, może poza Weselem, wydają mi się dziką grafomanią, a uproszczona metoda Stanisławskiego mocno podejrzana. W muzeum Stanisławskiego, upamiętniającym jego metodę, byłem kiedyś w Moskwie. Stał tam rozłożysty fotel, a naprzeciwko dwa wykładane pluszem krzesełka, na których siadali goście. Fotel był wytarty na całości, a krzesełka tylko na brzeżkach, bo goście bali się usiąść wygodnie, taką był Stanisławski potęgą.

Ja bym się już w połowie roku z tej szkoły wycofał, gdyby nie doświadczenie z panią Krystyną. Przecież mnie wcale nie chodziło o to, żeby łazić po scenie i grać, tylko o to, co po teatrze. Tamten aktor z Teatru Komedia też wcale nie grywał Hamleta.

Do tego miałem bolesną pewność, że jeżeli odejdę w połowie roku, to mnie wezmą do armii. Jeden wyrzucony po pół roku kolega już miał w ręku wezwanie i w ostatniej chwili załapał się do seminarium. Błagał potem, żebym przyniósł flaszeczkę do Świętej Anny, a on po mszy spróbuje się urwać.

Raz w szkole na wykładzie trzeba było udawać, że się coś wącha, a profesor miał zgadnąć, o co chodzi. Ja się już przy jajku mocno naraziłem. Więc przy wąchaniu pomyślałem, że się odkuję, nie będę wąchał żadnego zdechłego szczura, tylko proch i krew po przegranej bitwie w Olszynce Grochowskiej. Przybrałem dziki, ale i uduchowiony wyraz twarzy i znowu dostałem dwóję. Jeszcze gorzej wyszło pod koniec roku. Profesorowie dawali temat i trzeba było coś bez dialogu zainscenizować. Ja dostałem hasło „szach królowi”, więc posadziłem faceta w koronie, a naprzeciwko dziewczynę bez majtek z rozłożonymi nogami. Mnie się to wydawało logiczne i biegło w kierunku moich zainteresowań. Ale okazało się, że prawidłowa odpowiedź to Kordian wchodzący do sypialni cara, i profesorowie się obrazili. Zresztą jestem pewien, że i tak ukończyłbym Szkołę Teatralną z wyróżnieniem, a polskie sceny by się wzbogaciły o jeszcze jednego niezdolnego aktora, gdyby znów nie dopadły mnie wątpliwości.

Poszło o uczucie. Otóż dwa czy trzy lata wyżej w szkole, co teraz słusznie się nazywa Akademią Teatralną, studiowała Teresa, w której się rozpaczliwie kochałem.

Teresa przyjechała spoza Warszawy, ale nie mieszkała w żadnym akademiku na Kickiego czy w Dziekance, tylko elegancko, w pokoju sublokatorskim na Woli. Była piękna, utalentowana i już na studiach zagrała w filmie. I chociaż nie dawała mi żadnych przekonywających dowodów sympatii, to jednak przez cały rok pozwalała odprowadzać się po wieczornych zajęciach i delikatnie całować na dobranoc.

Następnie spisywał nas ze studenckich legitymacji zawsze ten sam milicjant. Potem w jej pokoiku na pierwszym piętrze zapalała się rzucająca nastrojowe światło różowa lampa, a ja, szczęśliwy, wracałem na Bednarską. Nie chciałbym być uważany za naiwniaka. Nie byłem żadną dziewicą i miałem już za sobą sukcesy z kobietami.

Kiedy miałem osiem lat, mieszkałem z rodzicami w Łodzi na ulicy Piotrkowskiej 73, prawie naprzeciwko Grand Hotelu. U mnie w bramie pracowała kobieta oddająca się prostytucji. W poniedziałki ja, paru kolegów i dwie koleżanki dostawaliśmy od rodziców pieniądze na landrynki. Natychmiast biegliśmy do bramy i pani Ala, o ile akurat nie miała powodzenia, przeliczała pieniądze, śliniła palce, wykręcała żarówkę umieszczoną nad figurką Matki Boskiej, a następnie podnosiła spódnicę, pokazując nam na pięć sekund porośnięte gęstym, rudym włosem podbrzusze. Trwało to tyle co przelot samolotu i potem czekał nas smutny tydzień bez landrynek. Ale było warto. To piękne przeżycie opisałem w opowiadaniu My sweet Raskolnikow.

A kiedy miałem dwanaście lat, rodzice wysłali mnie na obóz harcerski w Spale. Tak jak wszyscy, kochałem się w obozowej kucharce. Pani Mariola miała nogi pięknie wygięte jak dwie stalowe obręcze, chwaliła się, że kiedyś udusiła nimi psa. Jednej nocy zajrzała do namiotu, w którym spałem razem z całym zastępem Koniczynek, wzięła mnie pod pachę, wyniosła na łąkę, upuściła na trawę, a potem niebo otworzyło się nade mną.

Tak więc całowałem Teresę delikatnie i spokojnie czekałem, kiedy mnie weźmie na ręce. Ale raz, kiedy zatrzymałem się pod jej oknem dłużej, bo milicjant postanowił na nowo mnie spisać, do klatki schodowej zbliżył się lekkim skosem autor Pierwszego kroku w chmurach.

Przez chwilę miałem jeszcze odrobinę nadziei. Potem w świetle różowej lampy w pokoiku, do którego nigdy nie zostałem wpuszczony, pojawiła się postać Hłaski i lampa zgasła. Spociłem się, mrówki rozbiegły mi się po plecach i chyba zbladłem, bo milicjant przerwał spisywanie, spojrzał na mnie z zainteresowaniem i powiedział:

– Za dużo, Głowacki, walicie konia. Szkoda młodego życia.

A ja postanowiłem, że jednak zostanę pisarzem.

W Trójkącie Bermudzkim

Zanim to jednak postanowiłem, wykonałem jedyną rzecz, która mi się wydawała mądra. Poszedłem na ulicę Mokotowską do baru Przechodniego. Bar Przechodni był położony mniej więcej naprzeciwko Hybryd, nocnego klubu studenckiego, ale tylko teoretycznie. Na bramce stali tam obecnie znany filmowy producent, który wpuszczał za dychę wszystkich: uczennice, badylarzy, cinkciarzy, aktorki, piosenkarzy, tajniaków i czternastoletnią Ewunię, która na pytanie ojca: „Czy ty aby, córeczko, za wcześnie nie zaczynasz?”, odpowiadała: „Tatusiu, ja już zaczynam wychodzić z obiegu”. A kiedy ojciec postanowił zamykać ją na klucz, żeby odrabiała lekcje, po jego zawiązanych w linę krawatach spuszczała się przez okno na ulicę. Bez problemu uchodził też za studenta pięćdziesięcioletni utracjusz, rotmistrz Andrzej Rzeszotarski, przepuszczający tajemniczego pochodzenia pieniądze i zajmujący pierwsze miejsce na nieoficjalnej wtedy liście najbogatszych Polaków. Za rotmistrzem snuł się jak cień eseista i aktor Adam Pawlikowski, nazywany Dudusiem, którego szlachetny profil, znany z filmu Popiół i diament, przyciągał dziewczyny i uświetniał zabawy Rzeszotarskiego w jego wytapetowanym pięćsetkami mieszkaniu. Rotmistrz miał czerwonego długiego forda z odkrywanym dachem i olbrzymiego kierowcę o ksywce Cegła. Jak duch z lepszego świata przesuwał się tym fordem po Nowym Świecie, wzbudzając rozpaczliwą tęsknotę i zazdrość nas, studiujących nędzarzy.

W Hybrydach rozpoczynał długą noc opętany jak gracz Dostojewskiego manią hazardu kapitan Służby Bezpieczeństwa, postrach pokerzystów, bo kiedy przegrywał, wyciągał rewolwer i zabierał się całkiem konkretnie do popełniania samobójstwa. Natychmiast pocieszano go i wręczano przegraną kwotę. Nie trzeba było wiele wyobraźni, żeby przewidzieć, czym by się skończyło dla grających znalezienie w mieszkaniu ciała oficera służb specjalnych. Jednym słowem, w Hybrydach było interesująco.

Naprzeciwko Hybryd był bar Przechodni, w którym nabierało się sił do tańca. Po tej samej co bar stronie Mokotowskiej, pięćdziesiąt kroków w lewo, w stronę placu Zbawiciela, znajdowała się przychodnia skórno-weneryczna. W Hybrydach się piło, ale tylko piwo i wino, oraz tańczyło najpierw rock and rolla, a potem twista. Na ścianach solidarnie wypisywano kopiowymi ołówkami spostrzeżenia o prowadzeniu się i aktualnym stanie zdrowia koleżanek ze studiów, młodziutkich gwiazdek teatru, filmu i estrady, a także panienek z miasta. Z informacjami tymi rozsądek nakazywał się zapoznać przed wyznaniem swojej wybrance miłości. Na przykład ostrzeżenie: „Paszcza – dodatnia” czy „Dolores – niepewna” powinno dawać do myślenia. Oczywiście wiadomo, że zawsze znajdą się ludzie głusi na wszystkie przestrogi, jakie daje nauka, zwłaszcza po wizycie w barze Przechodnim, gdzie piwo łamało się czystą wyborową. W takim wypadku jedynym wybawieniem okazywała się przychodnia. Trójkąt Hybrydy – bar Przechodni – przychodnia nazywany był przez bywalców Trójkątem Bermudzkim. Zdarzało się, i to często, że ludzie tam wpadali i znikali na całe lata. To właśnie po opisanym wcześniej gwałtownym zawodzie miłosnym stało się moim udziałem.

W przychodni zanikały podziały klasowe i zawierało się ciekawe znajomości. Obok młodych, zranionych w uczuciach romantyków, a także mężczyzn bez zasad i kobiet bez złudzeń z tak zwanej inteligencji, stałymi gośćmi byli przedstawiciele środowisk robotniczych, którzy namowy przepracowanej lekarki zachęcającej do używania prezerwatyw zbywali argumentami ekonomicznymi: „Prezerwatywy kosztują, a wy leczycie za darmo”. Tam też poznałem Jana Himilsbacha. Jeszcze nie grał i nie pisał, tylko opowiadał. Akurat wtedy o tym, jak pewna panienka odradzała mu, po koleżeńsku, posunięcie się z nią za daleko, informując, że ma syfa.

– Odpowiedziałem jej – stwierdził Janek – nic nie szkodzi. Jestem mężczyzną.

– I co, złapałeś? – zainteresował się któryś z pacjentów.

– A jak! – odpowiedział z dumą.

Kiedy odzyskałem przytomność, okazało się, że w międzyczasie wyrzucono mnie ze Szkoły Teatralnej, biegałem na wiece w 1956 roku, studiowałem historię, a potem przeniosłem się na polonistykę, napisałem u Jana Kotta pracę o dramatach Przybyszewskiego, zacząłem trenować boks, najpierw w Gwardii, a potem w Kolejarzu, czyli Polonii, w hali przylegającej do wydawnictwa PIW na Foksal. A także zostałem krytykiem teatralnym.

Mój bohater z czasów Trójkąta, rotmistrz Rzeszotarski, skończył jeszcze gorzej. Zmienił się jakiś chroniący go układ milicyjno-polityczny i władza wzięła się za niego. Stracił wszystko. Jeszcze przez parę lat w starej marynareczce i wytartych spodniach uczył w szkole geografii. Potem wyskoczył przez okno z piątego piętra. W ten sam sposób pożegnał się z życiem Adam Pawlikowski, zaplątany w jakieś afery ze służbami specjalnymi i doprowadzony do obłędu. O tym sobie przypominam, kiedy ogarnia mnie nostalgia za PRL-em, czyli młodością.

A w Przybyszewskim podobało mi się, że póki był zdrowy, silny i wykańczał swoją pierwszą żonę Dagny, kobiety w jego sztukach to były potwory i siła fatalna. Później zestarzał się, rozpił, ożenił z Jadwigą Kasprowiczową, której się bał, bo go biła. I od tej pory kobiety w jego sztukach zaczęły symbolizować szczęście, radość i wyzwolenie. Ta ludzka strona jego pisarstwa bardzo mnie ujęła.

Noc ciemna i głucha