Z dala od zgiełku - Thomas Hardy - ebook
Opis

Klasyczna brytyjska powieść o sile miłości i namiętności, na której podstawie powstał wzruszający film z Carey Mulligan, Matthiasem Schoenaertsem, Michaelem Sheenem i Tomem Sturridge’em.

Prowincja dziewiętnastowiecznej Anglii. Betsaba Everdene dziedziczy po wuju farmę. Postanawia sama zająć się gospodarstwem, nie czekając na księcia z bajki. Jej uroda oraz niezależność działają jednak na mężczyzn jak magnes. O względy dziewczyny zabiega trzech dżentelmenów, każdy o silnej osobowości. Jest wśród nich Gabriel Oak – poczciwy farmer, właściciel ziemski William Boldwood oraz Franciszek Troy –  sierżant królewskich dragonów, kobieciarz i hulaka.

Nieoczywiste wybory, sercowe rozterki oraz pomyłki losu – życie niesie wiele niespodzianek, ale Betsaba zrobi wszystko, żeby się odnaleźć w świecie rządzonym przez mężczyzn.

Thomas Hardy (2.06.1840–11.01.1928) – angielski poeta i pisarz, odznaczony przez króla Wielkiej Brytanii Orderem Zasługi na polu literatury. Tworzył w nurcie naturalizmu, ukazując życie i problemy ludzi żyjących na wsi i w miastach w Anglii pod koniec XIX wieku. Pisał wiersze, opowiadania i powieści. Do najbardziej znanych utworów tego autora należą Z dala od zgiełku, Powrót na wrzosowisko, Tessa d’UrbervilleJuda nieznany, a także tomy poezji Wessex Poems i Satires of Circumstance. Jego twórczość jest inspiracją dla kolejnych pokoleń artystów. Na podstawie powieści Hardy’ego powstały znakomite filmy, takie jak Tess w reżyserii Romana Polańskiego czy Królowie życia Michaela Winterbottoma.     

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 584

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Thomas Hardy

Z dala od zgiełku Fragment

Przełożyła Róża Czekańska-Heymanowa

Wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA

Zajrzyj na strony

Zajrzyj na strony:

www.nk.com.pl

Znajdź nas na Facebookuwww.facebook.com/WydawnictwoNaszaKsiegarnia

ROZDZIAŁ I

Jak wyglądał farmer Oak. Zdarzenie.

Kiedy farmer Oak się uśmiechał, kąciki jego ust rozciągały się niemal od ucha do ucha, a dokoła zwężonych jak szparki oczu tworzyły się zmarszczki rozchodzące się na kształt promieni na niezdarnym rysunku przedstawiającym wschód słońca.

Na imię było mu Gabriel; w dnie powszednie był to młodzieniec pełen zdrowego rozsądku, swobodny w ruchach, zawsze właściwie ubrany, a w ogóle porządny chłop. W niedziele poglądy jego stawały się mgliste, a on, sam nieskory do powzięcia decyzji, przy tym robił wrażenie, że krępuje go świąteczne ubranie i parasol. Ogólnie biorąc, można by powiedzieć, że czuł, iż pod względem moralnym zajmuje sam ową rozległą przestrzeń iście laodycejskiej obojętności, jaka dzieli członków parafialnego bractwa od bandy miejscowych pijaków. To znaczy, że wprawdzie chodził do kościoła, lecz już podczas Credo, mimo że zamierzał pilnie słuchać kazania, zaczynał ukradkiem ziewać i myśleć, co też będzie na obiad. Aby określić jego charakter na podstawie powszechnej opinii, należy wiedzieć, że gdy jego znajomi i przyjaciele byli w złym humorze, to uważali go raczej za niedobrego człowieka, gdy byli weseli, mieli go za poczciwca, a gdy wpadali w nastrój ni to wesoły, ni smutny, był dla nich człowiekiem, którego barwa moralna jest mieszaniną białego z czarnym.

Oak przeżywał sześć razy więcej dni powszednich niż niedziel, toteż najwłaściwiej wyglądał w ubraniu codziennym, a przyjaciele, myśląc o nim, wyobrażali go sobie zawsze ubranego w sposób zwykły. Na co dzień nosił niski kapelusz o główce rozciągniętej u dołu wskutek nasuwania go głęboko na czoło w obronie przed wichrem oraz kitel przypominający surdut doktora Johnsona; jego dolne kończyny tkwiły w zwykłych skórzanych sztylpach i butach wyraźnie za dużych, co zapewniało każdej stopie obszerną przestrzeń, przy czym buty te były uszyte tak, że ten, kto je nosił, mógł cały dzień stać w wodzie, nie odczuwając wilgoci; widocznie szewc, twórca tych butów, był człowiekiem sumiennym i starał się wynagrodzić każdy brak w kroju nadaniem im wygodnych rozmiarów i trwałości.

Pan Oak nosił zawsze w charakterze zegarka coś, co można by nazwać srebrnym zegarem; mówiąc jaśniej, pod względem kształtu i przeznaczenia był to zegarek kieszonkowy, a gdy chodzi o rozmiary – zegar pokojowy. Zegarek ten kilkakrotnie starszy od Gabrielowego dziadka miał tę właściwość, że albo chodził za prędko, albo wcale. Jego mała wskazówka zsuwała się czasem ze sztyfcika, a wtedy, aczkolwiek minuty były oznaczone dokładnie, nie można było zgadnąć, do jakiej godziny się odnoszą. Skłonność do zatrzymywania się zegarka Oak leczył za pomocą uderzeń i potrząsań; nie odczuwał dwóch pierwszych braków dzięki częstej obserwacji i porównania ze słońcem i ruchem gwiazd albo też przysuwał twarz do szyby sąsiada, by dojrzeć godzinę na zielonej tarczy zegara znajdującego się wewnątrz pokoju. Należy wspomnieć, że dostęp do kieszonki w spodniach Oaka był nieco utrudniony na skutek zbyt wysokiego umieszczenia paska od spodni (które podciągał również zbyt wysoko pod kamizelkę), toteż przy wydobywaniu zegarka z kieszeni właściciel jego musiał przechylać się mocno na bok, aż skutkiem wysiłku twarz jego stawała się czerwona, i wyciągał zegarek za łańcuszek niby wiadro ze studni.

Gdyby jednak pewnego grudniowego poranka, kiedy dzień był niezwykle ciepły i słoneczny, ktoś spostrzegawczy obserwował Gabriela idącego wśród swoich pól, to mógłby go ujrzeć w zgoła innym świetle. Mógłby zauważyć, że pewne zabarwienie i linie jego twarzy nie znamionują jeszcze dojrzałej męskości, a niektóre rysy są na pół chłopięce. Jego wzrost i budowa wystarczyłyby, by mu nadać postawę imponującą, gdyby te zalety potrafił odpowiednio wykorzystać. Niektórzy mieszkańcy, zarówno mieszkańcy miast, jak i wsi, miewają pewną właściwość, jaką należy przypisać raczej ich mentalności niż budowie fizycznej: oto garbią się i pochylają, zmniejszając przez to swoje wymiary. Oak, dzięki wrodzonej skromności, jaka przystoi chyba tylko westalkom, na skutek ciążącego na nim przekonania, że nie należy mu się żadne poczesne miejsce w świecie, chodził zawsze w sposób bezpretensjonalny, lekko przygarbiony, co uwidoczniało się w spadku jego ramion. Można by to nazwać wadą u człowieka, o ile ceni on bardziej swą powierzchowność niż swobodę ruchów, czego o Oaku nie można było powiedzieć.

Osiągnął właśnie wiek, kiedy mówiąc słowo „człowiek”, nie stawiamy już przed nim przymiotnika „młody”. Znajdował się obecnie w najwspanialszym rozkwicie wieku męskiego, gdyż jego umysł i uczucia były wyraźnie rozgraniczone; przeżył już ten okres, kiedy młodość bezkrytycznie miesza je razem, a nie osiągnął jeszcze stadium, kiedy oba te czynniki łączą się z powrotem pod wpływem żony i rodziny. Krótko mówiąc, miał lat dwadzieścia osiem i był kawalerem.

Pole, na którym znajdował się tego ranka, wznosiło się stromo w kierunku łańcucha wzgórz zwanego Norcombe Hill. U podnóża tych wzgórz biegła szosa łącząca Emminster z Chalk-Newton. Oak, rzuciwszy okiem za żywopłot, ujrzał zjeżdżający po pochyłości ozdobny wóz na resorach, pomalowany jaskrawą żółtą farbą i zaprzężony w dwa konie. Obok wozu szedł woźnica trzymający prostopadle bat. Na wozie piętrzyła się sterta gospodarskich sprzętów i doniczkowych roślin, a na szczycie tego wszystkiego siedziała młoda i ładna dziewczyna. Gabriel nie przyglądał się jej dłużej niż minutę, gdy wóz zatrzymał się tuż przed nim.

– Zgubiliśmy tylną deskę wozu, panienko – powiedział woźnica.

– Wiem, kiedy wypadła – odrzekła dziewczyna miękkim, lecz dość silnym głosem. – Słyszałam jakiś trzask, gdy zjeżdżaliśmy z górki, ale nie wiedziałam, skąd pochodzi.

– Muszę po nią wrócić.

– Dobrze – odparła.

Mądre konie stały zupełnie spokojnie, a odgłos kroków woźnicy dobiegał z odległości coraz ciszej i ciszej.

Dziewczyna siedziała na szczycie sterty bez ruchu, pośród stołów i krzeseł ustawionych do góry nogami, oparta o dębową ławę, mając przed sobą przód wozu udekorowany doniczkami pelargonii, mirtu i kaktusów oraz klatką z kanarkiem. Wszystko to pewnie zabrała z okna dopiero co opuszczonego domu. Była tam również kotka w wiklinowym koszyku wyglądająca spod uchylonego wieczka i zmrużonymi oczkami śledząca tęsknie loty fruwających dokoła ptaków.

Przez jakiś czas piękna dziewczyna siedziała bezczynnie na miejscu, a jedynym dźwiękiem słyszanym w ciszy było podskakiwanie i zeskakiwanie kanarka z pręcika swego więzienia. W pewnej chwili spojrzenie jej padło w dół. Nie patrzała ani na kanarka, ani na kota, ale na przedmiot owinięty w papier i leżący między klatką i koszykiem. Odwróciła się, by sprawdzić, czy woźnica nie nadchodzi. Nie było go jeszcze widać, więc oczy jej pobiegły znów w stronę paczki. Było oczywiste, że myślą zwraca się ku jej zawartości. Wreszcie położyła ją sobie na kolanach i rozwinęła z papieru. Ukazało się małe ręczne lusterko, w którym zaczęła się uważnie przeglądać. Rozchyliła wargi i uśmiechnęła się.

Był uroczy poranek, słońce rozświetlało szkarłatem pąsowy żakiet dziewczyny i rzucało miękki blask na jej jasną twarz i czarne włosy. Otaczające ją pelargonie, mirty i kaktusy były świeże i zielone, a w obecnej, pozbawionej zieleni porze roku dodawały szczególnego, wiośnianego wdzięku tej całości złożonej z koni, wozu, mebli i dziewczyny. Co ją skłoniło do odegrania takiej sceny wobec jedynych widzów, jakimi były wróble, kosy i niezauważony dotąd farmer? Może uśmiechem tym, początkowo wywołanym sztucznie, próbowała sprawdzić swe zdolności w tej dziedzinie? Nikt tego nie wie; lecz twarz jej rozjaśniła się teraz naprawdę szczerym uśmiechem, przy czym zarumieniła się, a dostrzegłszy rumieniec w lusterku, zarumieniła się jeszcze bardziej.

Zmiana miejsca i nadarzająca się sposobność do przejrzenia się w lusterku – przejście od zwykłego ubierania się w sypialni do chwili, gdy dziewczyna znalazła się w podróży, nadało tej błahej czynności posmak czegoś nowego, czego sama przez się nie posiadała. Obrazek był pełen wdzięku. Przysłowiowa kobieca słabość wystąpiła oto w pełnym blasku słońca, co dodało jej świeżości niejako pierwotnej. Scena ta nasuwała Gabrielowi nieodparcie wnioski natury dość sceptycznej, mimo że w danej chwili nastrojony był wspaniałomyślnie… Przecież dziewczyna nie potrzebowała wcale zaglądać do lusterka. Nie poprawiała kapelusza, nie przygładzała włosów, nie prostowała fałdów sukni, w ogóle nie robiła niczego, co usprawiedliwiałoby chęć zajrzenia do lustra. Po prostu przyglądała się sobie jako pięknemu tworowi natury rodzaju żeńskiego. Myśli jej zdawały się szybować w jakiejś odległej dali, ku możliwym dramatom, w których główną rolę będą odgrywali mężczyźni – ku wizjom prawdopodobnych triumfów, gdyż uśmiech jej świadczył o tym, że w wyobraźni widzi serca zwyciężone i zdobyte. Wszystko to było jednak tylko przypuszczeniem, a całą serię tych drobnych czynności wykonywała w sposób tak mechaniczny, że w ogóle nie należy przypisywać im jakiejkolwiek intencji.

Dały się słyszeć kroki nadchodzącego woźnicy. Dziewczyna zawinęła lusterko w papier i wszystko powróciło na dawne miejsce.

Gdy wóz minął go, Gabriel wysunął się ze swego punktu obserwacyjnego i skierowawszy się na szosę, podążył za nim aż do rogatki u podnóża gór, gdzie przedmiot jego kontemplacji zatrzymał się, by opłacić myto. Oak znajdował się już o jakie dwadzieścia kroków od rogatki, gdy usłyszał sprzeczkę. Chodziło o różnicę dwóch pensów, o które upominał się człowiek stojący przy szlabanie.

– Na tej kupie rzeczy siedzi siostrzenica mojej pani i powiada, że to, co płacę, powinno wystarczyć wam, lichwiarzu, i że nie zapłaci ani grosza więcej – brzmiały słowa woźnicy.

– W takim razie siostrzenica twojej pani tędy nie przejedzie – oświadczył dozorca rogatkowy, opuszczając szlaban.

Oak popatrzył to na jednego, to na drugiego i zamyślił się: „Dwa pensy, toż to wartość znikoma! Co innego trzy pensy, to już kwota określona i stanowiłaby pewne uszczuplenie dziennej wypłaty, o co już warto się targować, ale dwa pensy!”.

– Macie tu – rzekł, podchodząc bliżej i podając dozorcy dwa pensy. – Pozwólcie tej panience przejechać. – Mówiąc to, spojrzał na nią. Dziewczyna, słysząc, co powiedział, spuściła wzrok.

Uroda Gabriela była czymś tak pośrednim między pięknością świętego Jana i brzydotą Judasza Iskarioty przedstawionych na witrażu kościoła, do którego uczęszczał, że ani jeden rys jego twarzy nie był godny ani uwagi, ani wyróżnienia. Czarnowłosa dziewczyna w czerwonym żakiecie była widocznie tego samego zdania, gdyż spojrzała na niego przelotnie i kazała woźnicy jechać dalej. Może w spojrzeniu tym była odrobina wdzięczności, ale nie wyraziła jej słowami. Jest jednak bardziej prawdopodobne, że jej w ogóle nie czuła, bo wprawdzie Oak umożliwił jej przejazd, ale naraził na porażkę w sprzeczce, a wiadomo, jak kobiety przyjmują tego rodzaju przysługi.

Strażnik, biegnąc spojrzeniem za oddalającym się wozem, rzekł do Oaka:

– Piękna dziewczyna, co?

– Tak, ale ma swoje wady – odparł Gabriel.

– To prawda, panie farmerze.

– A największą jej wadą jest… no, ta co zwykle.

– Że zawraca głowy chłopcom, prawda?

– O, nie!

– Więc co?

Gabriel, widocznie nieco urażony obojętnością uroczej podróżniczki, spojrzał tam, gdzie zza płotu widział scenę z lusterkiem, i odpowiedział:

– Próżność!

ROZDZIAŁ II

Noc. Owczarnia. Wnętrze. Inne wnętrze.

Była już blisko północ w wigilię świętego Tomasza, najkrótszego dnia w roku. Nad wzgórzem, skąd przed kilku dniami Oak obserwował w słońcu podróżniczkę na żółtym wozie, dął ostry północny wiatr.

Norcombe Hill leżące niedaleko od pustynnego Toller Down było jednym z zakątków, jakie nasuwają przechodniom wrażenie, że znajdują się w obliczu czegoś najbardziej niezniszczalnego, co może istnieć na ziemi. Była to bezkształtna, wypukła przestrzeń wypełniona mieszaniną wapna i ziemi – zwykły okaz tych miękko zarysowanych falistości globu ziemskiego, które podczas wielkich katastrof mogą pozostać nienaruszone, natomiast znacznie większe wyniosłości i zawrotne granitowe przepaście ulegają zniszczeniu.

Od strony północnej wzgórza były porośnięte starą, zanikającą buczyną; jej najwyższe szeregi rysowały się na tle nieba, tworząc nad ich falistą linią frędzlę podobną do grzywy. Dzisiejszej nocy drzewa te osłaniały południowe zbocze od najgwałtowniejszych porywów wichru, który smagał las, hulał po nim z głuchym pomrukiem lub zrywał się nad górnymi konarami z powoli zamierającym jękiem. Zeschłe liście w zagłębieniach gruntu szeleściły i kłębiły się, a słabsze podmuchy wiatru, przedostawszy się do nich, porywały je i pędziły po trawie. Kilka kępek rozwiniętych później liści, mimo że zima była w pełni, pozostało jeszcze pośród dokolnej martwoty na gałęziach i spadając z suchym chrzęstem, trącały o pnie drzew.

Między tym na pół zalesionym i na pół nagim wzgórzem a majaczącym w dali widnokręgiem, nad którym mętnie rysowały się górskie szczyty, zalegała tajemnicza głąb bezdennego mroku, a dochodzące stamtąd odgłosy pozwalały przypuszczać, że to, co się za nimi kryje, posiada niejakie cechy podobieństwa do tego, co znajduje się przed nimi. Wiatry o różnym nasileniu i niejako różnego rodzaju poruszały wątłe trawy porastające wzgórze mniej lub bardziej obficie: jedne szarpały gwałtownie źdźbłami, inne przebiegały po nich niby grabiami, jeszcze inne czesały je niby miękką szczotką. Wtedy człowiek musiał instynktownie przystanąć i nasłuchiwać, jak z lewej i prawej strony drzewa zawodzą żałośnie i szumią do siebie wzajem rytmiczną antyfoną katedralnych chórów; jak żywopłoty i wszystko objęte wiatrem podchwytuje dźwięk, zniżając go do najcichszego łkania, i jak nagły poryw wiatru mknie na południe, by zamilknąć bezpowrotnie.

Niebo było czyste, niezwykle czyste, a migotanie wszystkich gwiazd zdawało się pulsowaniem jednej całości, tętniącym miarowo w takt jakiegoś powszechnego rytmu. Gwiazda Polarna świeciła wiatrowi prosto w oczy, a od wieczora Wielka Niedźwiedzica okrążała ją z wolna, aż znalazła się pod kątem prostym do południka. Różnica w zabarwieniu gwiazd, o których w Anglii częściej się czyta, niż się je ogląda, była tu wyraźnie widoczna. Królewska jaśń Syriusza kłuła w oczy stalowym blaskiem; gwiazda zwana Kapellą była żółta, Aldebaran i Betegeiza lśniły płomienną czerwienią.

Ktoś stojący na wzgórzu w taką jasną noc odczuwa niemal wyraźnie krążenie Ziemi na wschód. Wrażenie to powstaje może na skutek panoramicznego przesuwania się gwiazd nad przedmiotami znajdującymi się na ziemi i można je osiągnąć podczas kilku minut ciszy, gdy się patrzy ze szczytu wzgórza, skąd widok jest bardziej rozległy, albo też pod wpływem wiatru i samotności. Tak czy inaczej wrażenie przesuwania się na wschód jest żywe i utrwala się na długo w pamięci. Poezja ruchu jest frazesem zużytym, ale by zaznać samemu takiej rozkoszy, należy stanąć późną nocą na wzgórzu i oderwawszy się myślą od reszty ludzi, pogrążonych w tej chwili we śnie i lekceważących tego rodzaju sprawy, długo i spokojnie obserwować swój majestatyczny pochód wśród gwiazd. Po takiej nocnej warcie trudno jest znaleźć się z powrotem na ziemi i trudno uwierzyć, że słaba istota ludzka zdolna jest objąć duchem majestat takiej gwiezdnej wędrówki.

Nagle i niespodziewanie pod wysokim niebem rozbrzmiała cała seria dźwięków. Miały one wyrazistość, jakiej nie znalazłbyś w szumie wiatru, i biegły jeden za drugim w sposób, jakiego nie znalazłbyś w przyrodzie. Były to dźwięki fletu farmera Oaka.

Tony te nie ulatywały swobodnie w powietrze; były raczej przytłumione i czymś tak zahamowane, że nie mogły rozlegać się daleko. Biegły od strony ciemnego punkciku pod żywopłotem – od pasterskiego szałasu, który w tej chwili wyglądał tak nikle, że nikt obcy nie odgadłby jego przeznaczenia ani sensu.

Cały ten obrazek wyglądał jak malutka Arka Noego na malutkim Araracie, naśladująca w ogólnych zarysach i tradycyjnym kształcie biblijną arkę wykonaną przez wytwórcę zabawek, a kształt owej arki utrwalił się w ludzkiej wyobraźni jako jeden z najwcześniejszych wrażeń dzieciństwa. Szałas ten stał na kółkach, które blisko o stopę podnosiły go nad poziom ziemi. Takie szałasy wywozi się na pole, gdy nadchodzi okres kocenia się owiec, by podczas przymusowego nocnego czuwania zapewnić pasterzowi schronienie.

Dopiero od niedawna ludzie zaczęli nazywać Gabriela Oaka farmerem. W ubiegłym roku, dzięki uporczywym wysiłkom, pracowitości i chronicznej pogodzie ducha, udało mu się wydzierżawić niewielką owczą farmę, obejmującą również Norcombe Hill, oraz zakupić dwieście owiec. Przedtem był przez krótki czas rządcą, a jeszcze dawniej zwykłym pasterzem, gdyż od dzieciństwa pomagał ojcu hodować owce bogatych dziedziców aż do czasu, gdy stary Oak przeniósł się na wieczny spoczynek.

Ten śmiały krok, dokonany bez niczyjej pomocy, i przejście od roli płatnego rządcy do gospodarza farmy ze stadem owiec zakupionych na kredyt był w życiu Gabriela punktem zwrotnym, z czego sam jasno zdawał sobie sprawę. Pierwszym ważnym momentem w jego nowej sytuacji było kocenie się owiec, a ponieważ hodowlą ich zajmował się od dzieciństwa, był więc dość przezorny, by w tym okresie nie powierzać dozoru nad stadem najemnikowi lub komuś nieobeznanemu z tą czynnością.

Wiatr w dalszym ciągu uderzał o ściany szałasu, ale dźwięk fletu ucichł. Przed chatką zajaśniał prostokąt światła, a w drzwiach zarysowała się postać farmera Oaka. Trzymał w ręku latarkę i zamknąwszy drzwi, około dwudziestu minut krzątał się po tym zakątku pola, a światło ukazywało się lub znikało to tu, to tam, oświetlając lub pogrążając w cieniu jego postać.

Ruchy Oaka nacechowane spokojną energią były raczej powolne i doskonale dostosowane do wykonywanej czynności. Ponieważ często u podstaw piękna leży celowość, należy przyznać, że jego krzątanina nie była pozbawiona wdzięku. W razie potrzeby potrafił jednak zdobyć się na błyskawiczną myśl lub czyn nie gorzej od nawykłych do pośpiechu ludzi z miasta; mimo to pod względem moralnym, fizycznym i umysłowym miał naturę raczej statyczną, ulegającą rzadko albo i wcale podszeptom chwili.

Uważne rozejrzenie się w terenie, choćby przy bladym świetle gwiazd, pozwalało stwierdzić, jak umiejętnie część tego tak zwanego dzikiego urwiska została przez Oaka przystosowana do wykonania jego zimowych planów. W rozsianych tu i ówdzie punktach widniały wkopane w ziemię, kryte słomianym daszkiem kojce, w których kłębiły się i majaczyły blade cienie białych, potulnych owieczek. Brzęk dzwonków, którego nie słychać było podczas jego nieobecności, rozległ się na nowo, bardziej jednak głuchy i przytłumiony runem owiec. Gdy Oak znów oddalił się od stada, dzwonki brzęczały dalej. Wkrótce powrócił do szałasu, niosąc w ramionach świeżo urodzone jagnię, składające się z czterech nóg, dużych jak u starej owcy, połączonych zbyt wątłą na pozór błoną pokrywającą zaledwie połowę substancji nóg, które w tej chwili stanowiły prawie całe ciało zwierzątka.

Ułożył tę odrobinę życia na wiązce siana przed małym piecykiem, gdzie grzał się garnek mleka. Zgasił dmuchnięciem latarkę i zdusił knot palcami, gdyż chatka była oświetlona świeczką zawieszoną na skręconym drucie. Twarde leże złożone z niedbale rzuconych na ziemię worków na zboże zajmowało prawie połowę małej izdebki. Tam młody człowiek rozciągnął się jak długi, rozluźnił na szyi wełniany szal i zamknął oczy. A zanim ktoś nienawykły do fizycznej pracy zdecydowałby się, na którym boku ma się ułożyć, farmer Oak już spał.

W danej chwili wnętrze szałasu było miłe i przytulne, a purpurowa garść ognia w połączeniu ze światłem świecy rzucała wesołe refleksy wszędzie tam, dokąd mogła dosięgnąć, nawet na zwykłe sprzęty i narzędzia. W kącie stał kij pastuszy, a na półce ustawione rzędem zwykłe butelki i blaszanki należące do owczarskiej apteczki i lecznicy: spirytus, terpentyna, dziegieć, magnezja, imbir i olej rycynowy jako najważniejsze środki lecznicze. Na trójkątnej półce w rogu chatki widniał chleb, ser, słonina oraz kubek na piwo lub jabłecznik, czerpane z dzbana stojącego poniżej. Obok tych zapasów żywności leżał flet, z którego czuwający samotnik dobywał niedawno śpiewne tony dla zabicia wlokącego się monotonnie czasu. Wnętrze było wietrzone za pomocą dwóch okrągłych otworów, na wzór świetlików w kabinach okrętowych; były one opatrzone w drewniane zasuwane drzwiczki.

Jagnię ożywione ciepłem zaczęło beczeć, a dźwięk ten, jak zwykle dźwięki oczekiwane, dotarł natychmiast do uszu i mózgu Gabriela. Przechodząc od najgłębszego snu do pełnej świadomości z tą samą łatwością, jaka towarzyszyła mu przy procesie odwrotnym, spojrzał na zegarek, ale widząc, że krótsza wskazówka znów opadła, nałożył kapelusz, wziął na ręce jagnię i wyniósł je w mrok. Ułożywszy drobne stworzonko obok matki, stanął i uważnie rozejrzał się po niebie, by z położenia gwiazd wywnioskować, która godzina.

Syriusz i Aldebaran promieniujące w kierunku Plejad znajdowały się w połowie drogi na południową stronę nieba, a zawieszony między nimi Orion, szybujący wraz ze swą wspaniałą konstelacją skrajem widnokręgu, nie płonął chyba nigdy żywszym blaskiem niż nocy dzisiejszej. Kastor i Pollux ze swym spokojnym światłem sięgały już prawie zenitu; jałowy i ponury orszak Pegaza sunął na północo-zachód, w oddali poprzez zarośla iskrzyła się Wega niby lampa zawieszona wśród bezlistnych drzew, a Kasjopea wdzięcznie wsparła się na najwyższych gałęziach jodeł.

– Pierwsza – powiedział do siebie Gabriel.

Oak dość często zdawał sobie sprawę, że jego obecny sposób życia niepozbawiony jest pewnego powabu, toteż rzuciwszy okiem na niebo niczym na pożyteczny instrument, stał i patrzał na nie z zachwytem jak na najpiękniejsze dzieło sztuki. Przez chwilę zdawał się oczarowany wymowną samotnością dokolnej scenerii, a może raczej zupełnym oderwaniem się od wszelkich spraw człowieczych.

Ludzkie zwady, troski i radości zdawały się nie istnieć i jak gdyby na całej objętej nocą półkuli ziemskiego globu nie było żadnej świadomej istoty ludzkiej prócz niego; mógł sobie wyobrażać, że wszystkie inne przeszły na stronę słoneczną.

Pogrążony w takich myślach, z oczami utkwionymi w dal, spostrzegł, że to, co poprzednio brał za gwiazdę świecącą nisko na skraju zarośli, nie było wcale gwiazdą. Było to sztuczne światełko mrugające z niedalekiej odległości. Czasem, gdy oczekując kogoś miłego, znajdziemy się nocą w zupełnej samotności, ogarnia nas nieokreślony lęk, ale stokroć gorzej działa na nasze nerwy nagłe odkrycie, że nie jesteśmy sami, lecz towarzyszy nam ktoś tajemniczy a nieznany, podczas gdy wszystko, co nam dyktuje logika, a więc intuicja, wrażliwość, pamięć, analogia, dowody, prawdopodobieństwo, indukcja składają się na świadomość, że jesteśmy zupełnie sami.

Farmer Oak skierował się ku zaroślom i poprzez niższe gałęzie przedostał się na stronę niezasłoniętą od wiatru. Niewyraźny kształt majaczący pod stokiem przypomniał mu, iż w zagłębieniu wydrążonym w stromiźnie wzgórza stoi szopa zbudowana w ten sposób, że od tylnej ściany dach znajduje się na jednym poziomie z ziemią. Ścianę frontową tworzyły deski przybite do słupów i dla trwałości pociągnięte smołą. Poprzez szczeliny w dachu i bocznej ścianie przedostawały się smugi i punkciki światła, tworząc jasność, która go tu zwabiła. Oak podszedł od tyłu i schyliwszy się nad dachem z okiem przyłożonym do szpary, mógł dokładnie zobaczyć wnętrze.

W szopie znajdowały się dwie kobiety i dwie krowy. Obok krów stał cebrzyk pełen dymiącego naparu z otrąb. Jedna z kobiet była już dobrze w średnim wieku. Jej towarzyszka musiała być młoda i zgrabna. Oak nie mógł osądzić dokładnie, jak wygląda, gdyż oko jego znajdowało się wprost nad jej głową, tak że widział ją jak gdyby z lotu ptaka, niby szatan Miltona, kiedy ten po raz pierwszy zajrzał do raju. Nie miała na sobie czepka ani kapelusza, ale była okryta szerokim płaszczem, którego górną część nasunęła niedbale na głowę.

– No, teraz już możemy wracać do domu – powiedziała starsza kobieta, ująwszy się pod boki i spoglądając na ukończoną robotę. – Spodziewam się, że Stokrotka rychło już przyjdzie do siebie. Jeszcze nigdy nie najadłam się tyle strachu, ale nie żałuję, żem się zerwała ze snu, byle tylko wyzdrowiała.

Młoda kobieta, której powieki, korzystając z każdej chwili ciszy, wyraźnie kleiły się do snu, ziewnęła, nie otwierając jednak zbyt szeroko ust; było to widocznie zaraźliwe, gdyż jak gdyby w odpowiedzi z ust Gabriela wyrwało się również lekkie ziewnięcie.

– Chciałabym – odezwała się – żebyśmy były dość bogate, by do takiej roboty nająć człowieka.

– Ale skoro nie jesteśmy bogate, musimy to robić same – odpowiedziała starsza – a ty musisz mi pomagać, skoro już tu zostałaś.

– Przy tym wszystkim zgubiłam gdzieś kapelusz – mówiła dalej młodsza – pewnie przeleciał za płot. Pomyśleć, że wiatr taki słaby, a jednak mi go porwał.

Krowa stojąca na wyprostowanych nogach należała do rasy devońskiej, jej ściśle przylegająca skóra porośnięta była jaskrawą czerwoną sierścią o tak jednostajnym zabarwieniu od oczu aż do ogona, jak gdyby zanurzono ją w farbie tego koloru, a jej długi grzbiet stanowił matematycznie prostą linię. Druga była srokata w łaty szare i białe. Obok niej Oak zauważył małe, chyba jednodniowe cielątko patrzące głupkowato na obie kobiety, co świadczyło o tym, że dopiero od niedawna przyzwyczaiło się do władania wzrokiem; przy tym często spoglądało na latarkę, którą pewnie brało mylnie za księżyc, gdyż jego dziedziczny instynkt w tak krótkim czasie nie zdążył jeszcze ulec kontroli doświadczenia.

– Trzeba by posłać po owsianą mąkę – rzekła starsza kobieta – bo otręby już się skończyły.

– Dobrze, ciociu, sama po nią pojadę, jak się tylko rozwidni.

– Ale nie mamy damskiego siodła.

– Bądź spokojna, mogę pojechać na męskim.

Słowa te wzbudziły w Oaku jeszcze większą chęć przyjrzenia się jej twarzy, ale ponieważ przeszkadzał temu jej płaszcz nałożony na głowę oraz jego zawieszona w powietrzu pozycja, więc musiał zadowolić się odtwarzaniem jej rysów w wyobraźni. Nawet wtedy, gdy obserwujemy coś z normalnej pozycji poziomej, kształtujemy i barwimy przedmiot obserwacji zgodnie z naszą wewnętrzną chęcią, niezależnie od tego, co nam ukazują oczy. Gdyby Gabriel mógł był od razu ujrzeć wyraźnie jej twarz, to uznałby ją za bardzo piękną, gdyż w owej chwili dusza jego łaknęła jakiegoś boskiego pierwiastka piękna i była gotowa na jego przyjęcie. Od pewnego czasu czuł potrzebę znalezienia jakiegoś właściwego kształtu do zapełnienia wzrastającej w nim pustki, a że obecna sytuacja stwarzała obszerne pole dla fantazji, więc wyobrażał ją sobie jako skończoną piękność.

I oto na skutek kapryśnego zbiegu okoliczności, gdy natura niby zapracowana matka przerwie na chwilę nieustanną pracę i pobudzi dzieci do śmiechu, dziewczyna odrzuciła płaszcz, a sploty czarnych włosów opadły na czerwony żakiet. Oak natychmiast poznał w niej heroinę żółtego wozu, mirtów i lusterka, a mówiąc prozaicznie – dziewczynę, która była mu dłużna dwa pensy.

Kobiety ułożyły cielątko z powrotem obok matki, wzięły latarkę i wyszły, a światełko, opuszczając się coraz niżej ze wzgórza, znikło we mgle. Gabriel Oak powrócił do owczarni.

ROZDZIAŁ III

Dziewczyna na koniu. Rozmowa.

Ospale budził się dzień. Zjawisko to bywa zawsze na ziemi przedmiotem nowego zainteresowania i Oak bez żadnego innego powodu prócz tego, że nocne zdarzenie odbyło się właśnie tam, udał się znów na zalesione wzgórze. Zamyślony wlókł się, gdy od stóp pagórka doleciał go tętent kopyt końskich; wkrótce ukazał się gniady kucyk z dziewczyną na grzbiecie, wspinający się po ścieżce wiodącej obok szopy dla bydła. Była to dziewczyna z ubiegłej nocy. Gabriel natychmiast przypomniał sobie, że mówiła o porwanym przez wiatr kapeluszu. Pewnie przyjechała tu, aby go odnaleźć. Szybko przebiegł oczami rów i o dziesięć jardów dalej znalazł kapelusz wśród liści. Zabrał go i powrócił do swego szałasu. Tam ukryty zaczął obserwować przez okienko nadjeżdżającą dziewczynę.

Wkrótce nadjechała, rozglądając się dokoła i szukając to po jednej, to po drugiej stronie żywopłotu. Gabriel miał już wyjść i wręczyć jej zgubę, gdy niespodziewane widowisko skłoniło go do powstrzymania się od tego zamiaru. Ścieżka, minąwszy szopę, przecinała lasek. Nie była to droga dla konnych, lecz jedynie dla pieszych, gdyż gałęzie drzew rozpostarte na wysokości zaledwie siedmiu stóp uniemożliwiały jeźdźcowi trzymanie się prosto na siodle. Dziewczyna ubrana nie w amazonkę, tylko w zwykłą suknię, przez chwilę rozglądała się dokoła, jak gdyby chcąc się upewnić, że w pobliżu nie ma żywego ducha, po czym zręcznie rozłożyła się na wznak na końskim grzbiecie, trzymając głowę przy ogonie, nogi na końskich łopatkach, a oczy utkwione w niebo. Dokonała tej nagłej zmiany pozycji z szybkością zimorodka i bezszmernym ruchem jastrzębia. Oczy Gabriela z trudnością zdołały ten ruch uchwycić. Chudy, porośnięty gładką sierścią konik, widocznie nawykły do takich sztuczek, obojętnie dreptał dalej. W ten sposób dziewczyna przejechała pod sklepieniem nisko rozpostartych liści.

Widocznie czuła się nieźle, leżąc tak między końską głową i ogonem, lecz zaraz za laskiem, gdy owa nienormalna pozycja stała się niepotrzebna, zajęła inną, znacznie wygodniejszą od poprzedniej. Miała pod sobą męskie siodło, było więc jasne, że jadąc po damsku, nie mogłaby utrzymać się mocno na śliskiej skórze siodła. Toteż wyprostowawszy się błyskawicznie, niby odgięte drzewko, powróciła do zwykłej pozycji prostopadłej i przekonana, że w pobliżu nie ma nikogo, usiadła w sposób odpowiadający budowie siodła, lecz niepraktykowany przez kobiety, i pokłusowała w kierunku młyna Tewnell.

Oak, ubawiony, a może trochę zdziwiony, zawiesił kapelusz w szałasie i podążył do owiec. Po upływie godziny dziewczyna przyjechała z powrotem, lecz tym razem siedziała na koniu jak należy i trzymała przed sobą worek otrąb. W pobliżu szopy spotkała chłopca, który jej przyniósł skopek do dojenia i pomógł przy zsiadaniu. Chłopiec odprowadził konia, zostawiając jej skopek.

Wkrótce z wnętrza szopy dało się słyszeć w regularnych odstępach na przemian to ciche, to znowu głośne strzykanie mleka świadczące o tym, że ktoś tam doi krowę. Gabriel wziął zgubiony kapelusz dziewczyny i usadowił się przy ścieżce, którą powinna przechodzić, wracając ze wzgórza.

Po pewnym czasie nadeszła, niosąc w prawej ręce skopek, kołyszący się na wysokości jej kolan. Dla zachowania równowagi wyciągnęła lewe ramię obnażone tylko na tyle, by wzbudzić w Oaku żal, że nie dzieje się to w lecie, gdyż wtedy mogło być odsłonięte znacznie wyżej. W jej całej postaci i w ruchach było coś promiennego, co zdawało się świadczyć o przekonaniu, że jej istnienie na świecie jest czymś nieodzownym i najbardziej pożądanym, a to poniekąd zuchwałe mniemanie o sobie nie oburzało, gdyż ktokolwiek na nią patrzył, nie mógł odmówić jej słuszności. Podobnie jak wyjątkowa godność w zachowaniu się geniusza jest zrozumiała, podczas gdy przybierana przez miernotę bywa śmieszna, owo tak wysokie mniemanie o sobie było u niej tylko podkreśleniem własnej wartości. Dziewczyna z pewnym zdziwieniem spojrzała na twarz Gabriela wyłaniającą się niby księżyc spoza żywopłotu.

Mgliste wyobrażenie farmera, jakie ów powziął o jej urodzie, w porównaniu z żywym portretem, który mu się teraz ukazał, uległo raczej zmianie, ale zmiana ta wypadła na korzyść dziewczyny. Pierwszym punktem tego nowego osądu był jej wzrost. Wydawała się wysoka, ale skopek w jej ręku był mały, a żywopłot niski, toteż uwzględniając błąd wynikający z porównania z tymi przedmiotami, dojdziemy do wniosku, że wzrost dziewczyny nie przekraczał miary wzrostu, jaka u kobiet najbardziej nam się podoba. Jednocześnie kształty jej były proporcjonalne i wyraziste. Każdy podróżujący po hrabstwach Anglii, a obdarzony poczuciem piękna, zauważy, że u Angielek klasycznie piękna twarz rzadko idzie w parze z klasyczną budową, gdyż skończenie piękne rysy skupiają w sobie zwykle całe piękno na niekorzyść pozostałej reszty ciała; natomiast wdzięczna i proporcjonalna figura towarzyszy najczęściej pospolitym rysom twarzy. Nie zamierzając stroić prostej mleczarki w szaty nimfy, należy przyznać, że wobec przyjemności, z jaką patrzyło się na jej harmonijną urodę, wszelki krytycyzm byłby tu nie na miejscu. Zarysy górnej części figury świadczyły o tym, że musiała mieć piękną szyję i ramiona, ale nikt tego nie widział od czasu, gdy była dzieckiem. Gdyby ją ubrać w wyciętą suknię, pewnie uciekłaby i ukryła się gdzieś w krzakach. Mimo to nie była wcale nieśmiała, tylko instynkt kazał jej podciągać linię dzielącą widoczne od niewidocznego wyżej, niż to czynią kobiety z miasta.

To, że dziewczyna, napotkawszy oczy Oaka badające jej twarz i figurę, pomyślała o swojej urodzie, było zupełnie naturalne i prawie pewne. Gdyby w tej chwili okazała nieco więcej zmieszania, znaczyłoby, że jest próżna; gdyby uwidoczniła je mniej, byłoby to dowodem poczucia godności. Na wsi promienie wzroku męskiego zdają się działać na dziewczęce twarze łaskocząco, toteż panienka potarła buzię ręką, jak gdyby Gabriel podrażnił jej różową powierzchnię dotykiem, a jednocześnie poprzednia swoboda jej ruchów stała się bardziej powściągliwa. Mimo to nie ona się zarumieniła, lecz mężczyzna.

– Znalazłem kapelusz – powiedział Oak.

– To mój – odrzekła, poprzestając taktownie na lekkim uśmiechu, choć miała ochotę wybuchnąć głośnym śmiechem. – Wiatr mi go porwał w nocy.

– Dziś o pierwszej nad ranem?

– Rzeczywiście – zdziwiła się. – Skąd pan wie?

– Bo wtedy i ja tu byłem.

– Pan jest farmerem Oakiem, prawda?

– Tak, coś w tym rodzaju. Niedawno tu przybyłem.

– Czy to duża farma? – zapytała, rozglądając się dokoła i odrzucając w tył włosy, które w falistych zagłębieniach były czarne; że jednak minęła dopiero godzina od wschodu słońca, promienie złociły wypukłe fale własnym blaskiem.

– Nie, nieduża. Około stu. – (Mówiąc o ziemi, wieśniacy opuszczają zwykle słowo „mórg”).

– Dziś rano potrzebny mi był właśnie kapelusz – ciągnęła – gdyż musiałam pojechać do młyna.

– A tak, wiem o tym.

– Skąd?

– Bo widziałem panią.

– Gdzie? – wypytywała go, a wszystkie mięśnie jej twarzy i ciała zesztywniały pod wpływem nagłej obawy.

– Tutaj, kiedy pani zjeżdżała ze wzgórza, a potem przez lasek – odrzekł farmer Oak z miną świadczącą wymownie, że dobrze wie o pewnym zdarzeniu; patrzył bowiem na daleki punkt we wskazanym wyżej kierunku, a potem odwrócił się, by spotkać się ze wzrokiem swojej rozmówczyni.

Pewne spostrzeżenie kazało mu oderwać od niej oczy tak nagle, jak gdyby schwytano go na kradzieży. Przypomnienie groteskowych póz, jakie przybierała, jadąc przez lasek, wywołało w dziewczynie dreszcz irytacji i krew uderzyła jej do głowy. Nastąpiła chwila, gdy kobieta, na ogół nieskłonna do czerwienienia, gwałtownie się zarumieniła; na obliczu mleczarki nie było ani skrawka skóry, który by się nie zaróżowił. Po twarzy jej stopniowo przemknęły wszelkie odcienie dziewiczego rumieńca, począwszy od czerwieni prowansalskiej aż do szkarłatu toskańskiego, wobec czego Oak taktownie odwrócił głowę.

Zdjęty współczuciem patrzył dalej w przeciwnym kierunku, czekając, kiedy mleczarka ochłonie na tyle, by mógł znów na nią spojrzeć. Wtem usłyszał lekki szmer, jakby szelest suchego liścia trącanego wiatrem. Spojrzał i zobaczył, że odeszła.

Gabriel z wyrazem twarzy na pół tragicznym, na pół komicznym powrócił do pracy.

Minęło pięć ranków i pięć wieczorów. Dziewczyna przychodziła regularnie, by wydoić zdrową krowę i pielęgnować chorą, lecz nigdy nie pozwoliła sobie spojrzeć w stronę Oaka. Jego brak taktu głęboko ją uraził, nie dlatego, że Gabriel ją widział, gdyż było to mimowolne, ale dlatego, że dał jej do zrozumienia, iż ją widział. Bo podobnie jak bez odpowiedniego przepisu prawa nie ma przestępstwa, tak bez świadków nie ma nieprzyzwoitości; jej zaś wydawało się, że przeszpiegi Gabriela uczyniły z niej kobietę nieprzyzwoitą, bez żadnej winy z jej strony. Dla niego stało się to źródłem głębokiego żalu i fatalnym zdarzeniem, które wniosło w jego życie jakiś ukryty żar.

Cała ta znajomość mogła była z wolna utonąć w zapomnieniu, gdyby nie wypadek, jaki zdarzył się pod koniec tego samego tygodnia. Pewnego popołudnia chwycił mróz, a wzrastając pod wieczór, coraz mocniej zaciskał pęta. Było tak zimno, że w chatach oddech śpiących przymarzał do pościeli, a mieszkańcom murowanych dworów, siedzącym w salonach przed kominkiem, marzły plecy, mimo że twarze płonęły od żaru. Tego wieczora niejedna mała ptaszyna zasnęła bez kolacji wśród nagich gałęzi drzew.

Gdy zbliżała się godzina udoju, Gabriel zajął swe zwykłe stanowisko nad dachem obórki. Wreszcie przemarzł i dorzuciwszy kotnym owcom nieco więcej podściółki, wrócił do szałasu i dołożył drew do ogniska. Wiatr dął do wnętrza przez szparę u progu; chcąc temu zapobiec, Oak zatkał szparę workiem i obrócił posłanie nieco bliżej strony południowej. Wtedy wicher wdarł się przez okienko do wentylacji, a były tam dwa, każde po jednej stronie chatki.

Gabriel wiedział, że gdy w chatce pali się ogień, a drzwi są zamknięte, wtedy jedno z tych okienek winno być otwarte; wybiera się zawsze to od strony niewystawionej na wiatr. Zamknąwszy zasuwkę otworu, przez który najmocniej wiało, zamierzał już otworzyć przeciwległy, gdy po chwili namysłu postanowił usiąść, zostawiając na parę minut oba okienka zamknięte, zanim temperatura w chatce cokolwiek się podniesie. Usiadł więc.

Zaczęła go boleć głowa w jakiś niezwykły sposób, a tłumacząc to sobie zmęczeniem na skutek przerywanego snu poprzednich nocy, postanowił wstać, odsunąć zasuwkę i wtedy dopiero pozwolić sobie na zaśnięcie. Zasnął jednak, nie wykonawszy swego zamierzenia.

Nie dowiedział się nigdy, jak długo był nieprzytomny. W pierwszych chwilach odzyskania świadomości wydało mu się, że wokół niego dzieją się jakieś niezwykłe rzeczy. Pies wył, bolała go straszliwie głowa, ktoś nim potrząsał, czyjeś ręce rozluźniały mu na szyi szalik.

Otworzywszy oczy, spostrzegł, że wieczorny zmierzch w jakiś nieoczekiwany sposób zgęstniał w mrok. Obok niego siedziała dziewczyna o niezwykle miłych ustach i białych zębach. Lecz, co dziwniejsze, co znacznie dziwniejsze, głowa jego spoczywała na jej kolanach, a jej palce odpinały mu kołnierzyk.

– Co się stało? – zapytał Oak bezmyślnie. O mało się nie roześmiała, lecz powód do śmiechu był niedostateczny.

– Jeszcze nic – odrzekła – skoro pan nie umarł. To cud, że się pan nie udusił w tej swojej chałupie.

– Ach, ta chałupa! – westchnął Gabriel. – Zapłaciłem za nią dziesięć funtów. Ale sprzedam ją i będę sobie siadał pod płotkami ze słomianym daszkiem jak ludzie za dawnych czasów, a spać będę na garści słomy. Już kiedyś urządziła mi podobny figiel. – Gabriel, chcąc wyrazić się dobitniej, uderzył pięścią w podłogę.

– To nie chałupa zawiniła – zauważyła tonem świadczącym, że jest tym nowym typem kobiety, która już wie, co powie, zanim rozpocznie zdanie mające wyrazić myśl. – Trzeba było zastanowić się i nie być tak nierozsądnym, żeby zostawiać oba okienka zamknięte.

– Tak, trzeba było – odrzekł Oak z roztargnieniem, gdyż chciał dłużej rozkoszować się wrażeniem, że oto leży przy niej z głową opartą o jej kolana, zanim całe to zdarzenie nie dołączy się do szeregu zdarzeń minionych. Pragnął, by wiedziała, jakie jest to wrażenie, ale snadniej byłoby mu pochwycić w siatkę zapach, niż zamknąć nieuchwytność swych uczuć w grubych okach ludzkiej mowy. Toteż zachował milczenie.

Pomogła mu usiąść, a wtedy Oak zaczął wycierać mokrą twarz i wstrząsać się niby Samson.

– Jakże zdołam pani podziękować? – powiedział wreszcie z wdzięcznością, gdy twarz jego odzyskała swe naturalne czerstwe kolory.

– O, nie ma o czym mówić – odrzekła z uśmiechem, zatrzymując ten uśmiech na przyjęcie każdego następnego pytania Gabriela.

– W jaki sposób pani mnie znalazła?

– Usłyszałam, że pański pies wyje i drapie do drzwi szałasu. Było to właśnie w chwili, kiedy przyszłam wydoić Stokrotkę (a był to szczęśliwy przypadek, gdyż za tydzień lub dwa przestaniemy ją doić i nie będę już tu przychodziła). Pies mnie zobaczył i zaczął na mnie skakać i ciągnąć mnie za suknię. Weszłam więc do szałasu i rozejrzawszy się dokoła, natychmiast spostrzegłam, że obie zasuwki są zamknięte. Mój wuj miał szałas podobny do tego i słyszałam, jak pouczał swego pasterza, żeby nigdy nie zasypiał, zanim nie otworzy jednej zasuwki. Pchnęłam drzwi, a tu pan leży jak martwy. W braku wody polałam pana mlekiem, zapominając, że to nie pomoże, bo jest ciepłe.

– Ciekaw jestem, czybym umarł – powiedział Gabriel cicho, zwracając się raczej do siebie niż do niej.

– O, nie – odparła dziewczyna. Widocznie wolała możliwość mniej tragiczną, gdyż ocalenie człowieka od śmierci wywołałoby rozmowy odpowiadające całej powadze takiego czynu, a tego pragnęła uniknąć.

– Zdaje mi się, że pani uratowała mi życie, panno… nie wiem, jak pani na imię. Wiem tylko, jak się nazywa ciotka pani.

– Wolałabym tego panu nie mówić, raczej nie. Zresztą po co miałabym to mówić, skoro prawdopodobnie nie będziemy już mieli ze sobą nic do czynienia.

– A jednak chciałbym wiedzieć.

– Może pan zapytać moją ciotkę. Ona panu powie.

– Ja nazywam się Gabriel Oak.

– A ja nie. Zdaje mi się, że pan jest zadowolony ze swego nazwiska, bo wymawia je pan tak dobitnie: Gabriel Oak.

– Widzi pani, nie będę miał już nigdy w życiu innego i dlatego muszę je szanować.

– A moje wydaje mi się zawsze jakieś dziwaczne i nieprzyjemne.

– Pewnie wkrótce zmieni je pani na inne.

– Ho, ho, jak to łatwo wyrabia sobie pan opinię o innych, panie Gabrielu Oak.

– Ależ, panno… Proszę mi wybaczyć te słowa, myślałem, że sprawię pani przyjemność. Wiem, że nie dorównam pani w sztuce wysłowienia się. Nie byłem nigdy bystry. Ale dziękuję pani. Proszę mi podać rączkę.

Przez chwilę wahała się, nieco zmieszana takim staromodnym, poważnym zakończeniem lekkiej rozmowy.

– Dobrze – odpowiedziała i podała mu rękę, zaciskając wargi ze sztywną obojętnością. Gabriel zatrzymał ją tylko przez małą chwilkę, ale że bał się okazać zbyt otwarcie swe uczucia, przeszedł do drugiej ostateczności i zaledwie dotknął jej palców ruchem człowieka obojętnego.

– Bardzo żałuję – rzekł po chwili.

– Czego?

– Że tak krótko trzymałem rękę pani w swojej.

– Jeżeli pan chce, to mogę mu ją podać raz jeszcze. Proszę. – I znów podała mu dłoń.

Tym razem Oak zatrzymał ją dłużej, o wiele, wiele dłużej.

– Jaka miękka – zauważył. – Mimo zimowej pory nie szorstka ani chropawa.

– No, może już dosyć! – rzekła, nie cofając jednak dłoni z uścisku. – Zdaje mi się, że pan miałby ochotę ją pocałować. Jeśli tak, to proszę.

– Nie przyszło mi to do głowy – oświadczył naiwnie Gabriel – ale chętnie to zrobię.

– A właśnie, że pan nie zrobi! – zawołała, wyrywając mu dłoń.

Gabriel zrozumiał, że raz jeszcze popełnił nietakt.

– A teraz niech pan zgadnie, jak mi na imię – powiedziała przekornie i uciekła.

ROZDZIAŁ IV

Postanowienie Gabriela. Odwiedziny. Omyłka.

Mężczyźni zwykle odnoszą się pobłażliwie do wyższości kobiet jedynie w tym wypadku, gdy poczucie owej wyższości bywa w nich bezwiedne; zdarza się jednak, że kobieta świadoma swej wyższości może się podobać, gdy da do zrozumienia zajętemu nią mężczyźnie, że może ją zdobyć.

Owa powabna i urocza dziewczyna rychło wtargnęła zwycięsko w sferę uczuć młodego farmera.

Miłość jest niesłychanie chciwym lichwiarzem (wymianie serc kryjących na dnie uczucia czyste zwykle towarzyszy chęć zdobycia nadmiernego zysku natury duchowej, podobnie jak miłość niższego gatunku pożąda nadmiernych korzyści natury cielesnej i materialnej). Toteż każdego ranka uczucia Oaka były tak czułe jak rynek pieniężny w obliczaniu swych możliwości. Oak czekał na zjawienie się dziewczyny w podobny sposób, jak pies jego czekał na podanie mu posiłku, a uderzony tym podobieństwem Gabriel uważał je za coś dla siebie upokarzającego i zaczął niechętnie patrzeć na psa. Mimo to nadal ukryty za żywopłotem oczekiwał jej przyjścia, a w ten sposób uczucia jego pogłębiały się, nie otrzymując z jej strony żadnych oznak wzajemności. Nie wiedział jeszcze, jak ująć w słowa to, co miał jej do powiedzenia, a nie umiejąc układać miłosnych frazesów, które kończą się tam, gdzie się zaczynają, ani namiętnych opowieści

Dźwięcznych i pełnych szału,

a nieznaczących nic…

wolał milczeć.

Rozpytawszy się tu i ówdzie, dowiedział się, że dziewczyna nazywa się Betsaba Everdene i że krowa, do której przychodziła, straci mleko mniej więcej za tydzień. Bał się tedy dnia ósmego.

Ten ósmy dzień wreszcie nadszedł. Krowa nie dawała już mleka, a Betsaba Everdene przestała przychodzić na wzgórze. Życie Gabriela dosięgło szczytu, jakiego do niedawna nie mógł nawet przeczuwać. Dla przyjemności, zamiast gwizdać, rozkoszował się powtarzaniem imienia Betsaba; polubił włosy czarne, mimo że od lat chłopięcych uznawał tylko kasztanowate, i do tego stopnia odgrodził się od świata, że miejsce, jakie w nim zajmował, stało się znikomo maleńkie. Miłość potrafi obudzić siłę nawet w istotnej słabości. Małżeństwo przeobraża szał miłości w pragnienie rozciągnięcia opieki nad ukochaną istotą – a moc tego opiekuństwa winna pozostawać, i na szczęście częstokroć pozostaje, w prostym stosunku do nieporadności, której miejsce zajmuje. Gabrielowi zaświtała teraz nowa myśl i powiedział sobie: ,,Muszę się z nią ożenić albo, klnę się na Boga, jestem skończonym niedołęgą!”.

Jednocześnie łamał sobie głowę nad wynalezieniem jakiegoś pretekstu, który by usprawiedliwił złożenie wizyty w domku ciotki Betsaby.

Sposobności tej dostarczyła mu śmierć owcy, matki pozostałego przy życiu jagnięcia. Pewnego dnia z pozoru letniego, a w istocie zimowego, w piękny styczniowy poranek, gdy skrawek błękitu na niebie był dostatecznie duży na to, by ktoś radośnie nastrojony zapragnął go jeszcze więcej rozszerzyć, w ranek osrebrzony bladym słońcem Oak ułożył jagnię w odświętnym koszyku i wyruszył przez pola do domku ciotki dziewczyny, pani Hurst. Pies jego, George, kroczył za nim z wielką godnością, jak gdyby rozumiał, że w życiu pasterza nastąpił poważny zwrot.

Gabriel w skupieniu spoglądał na pióropusz dymu kłębiący się nad kominem. Poprzedniego wieczora pobiegł myślą do tego komina, skąd dobywał się dym, widział ognisko, a obok niego… obok niego Betsabę w sukience, jaką nakładała, wychodząc z domu; bowiem suknia, w której ją widywał na wzgórzu, przez skojarzenie pozostawała w ścisłym związku z jej osobą i wraz z nią mieściła się w kręgu jego uczuć; a w tym wczesnym okresie miłości jej strój zdawał się być nieodłącznym składnikiem uroczej całości zwanej Betsaba Everdene.

Jego własny strój, dostosowany zręcznie do okoliczności, był czymś pośrednim między nienagannie schludnym ubraniem na co dzień i niedbale włożonym ozdobnym strojem odświętnym, słowem taki, jaki nakładał na siebie w pogodny dzień targowy albo w słotną niedzielę. Wypucował dokładnie kredą srebrny łańcuszek do zegarka, założył do butów nowe sznurowadła, wypolerował mosiężne skuwki do sznurowania, poszedł w głąb lasku po nowy kij i w powrotnej drodze porządnie go ostrugał; włożył jasną wzorzystą kamizelkę, całą w kwiaty łączące w sobie wdzięk róży i lilii bez ich stron ujemnych, i zużył cały zapas olejku na swoje włosy koloru piaskowego, zazwyczaj suche i nieodparcie kędzierzawe, aż nadał im nowy wspaniały odcień wahający się między kolorem guana i kitu. Przy tym czupryna przylegała mu do głowy niby łupina do jądra gałki muszkatołowej albo mokre algi do skały po odpływie morza.

Nic nie mąciło ciszy dokoła domku, prócz świergotu gromadki wróbli na rynnach; można by pomyśleć, że plotki i skandale są w nie mniejszym stopniu głównym tematem kłótni tych drobnych koteryjek na dachu niż tych dużych pod dachem. Nad tym wstępem do wizyty Oaka zdawał się ciążyć jakiś zły omen, gdyż w chwili gdy zbliżył się do furtki, ujrzał w ogródku kota prężącego gniewnym łukiem grzbiet na widok psa George’a. Pies nie zwracał na to uwagi, bowiem dożył już wieku, kiedy zwykł był w sposób cyniczny unikać wszelkiego szczekania jako niepotrzebnego tracenia tchu; istotnie, nigdy nie szczekał, nawet na owce, chyba na wyraźny rozkaz pana, co czynił z doskonałą obojętnością; brzmiało to niby groźne kazanie w środę popielcową, które aczkolwiek przykre, musi być jednak czasem wygłoszone ku przestrodze owieczek i dla ich własnego dobra.

Spoza laurowych krzaków, za którymi ukrył się kot, rozległ się jakiś głos:

– Moje biedactwo! To szkaradne psisko chciało cię zagryźć na śmierć, prawda, kiciu?

– Przepraszam – zwrócił się Oak w stronę głosu – ale mój George szedł za mną łagodnie jak baranek.

Nie dokończył jeszcze zdania, gdy ogarnęło go złe przeczucie co do tego, czyje ucho było odbiorcą jego odpowiedzi. Nikt się nie ukazał, tylko słychać było, że za krzakami ktoś się oddala.

Gabriel zamyślił się tak głęboko, że na skutek tego zamyślenia na czole zarysowały mu się drobne zmarszczki. Gdy wynik rozmowy zapowiada się raczej gorzej niż lepiej, to już pierwsze odchylenie od tego, czego się spodziewamy, wywołuje w nas dotkliwe uczucie porażki. Oak nieco zmieszany podszedł do drzwi; między rzeczywistością a tym, co sobie wyobrażał, nie było nic wspólnego.

Ciotka Betsaby była w domu.

– Może pani będzie łaskawa zawiadomić pannę Everdene, że ktoś pragnąłby z nią pomówić – rzekł Oak. (Nie wymienił swego nazwiska, tylko nazwał się ktosiem, lecz nie należy uważać tego za oznakę złego wychowania wieśniaków; świadczy to raczej o ich wielkiej skromności, o jakiej mieszkańcy miast, mimo biletów wizytowych i drukowanych zawiadomień, nie mają wcale pojęcia).

Okazało się, że Betsaba wyszła. Widocznie był to jej głos.

– Proszę, niech pan wejdzie, panie Oak.

– Dziękuję – odrzekł Gabriel, idąc za nią w stronę komina. – Przyniosłem dla panny Everdene jagniątko. Chciałem jej zrobić przyjemność. Dziewczęta lubią je hodować.

– Może i lubią – powiedziała pani Hurst z roztargnieniem – ale ona przyjechała tu tylko w gościnę. Niech pan chwilkę zaczeka, to Betsaba wkrótce nadejdzie.

– Dobrze, zaczekam – zgodził się Gabriel, siadając. – Co prawda, pani Hurst, nie przyszedłem tu dla jagnięcia. Krótko mówiąc, przyszedłem, by ją zapytać, czy nie zechciałaby wyjść za mąż.

– Doprawdy?

– Tak. Bo gdyby zechciała, to chętnie bym się z nią ożenił. Nie wie pani, czy jakiś inny chłopak nie zaleca się do niej?

– Chwileczkę, niech pomyślę – rzekła pani Hurst, niepotrzebnie poprawiając pogrzebaczem ogień. – Ależ dalibóg, tak, tak, i to niejeden! Widzi pan, panie Oak, to ładna dziewczyna, a przy tym uczona, miała być nawet guwernantką, ale jest do tego zbyt roztrzepana. Nie powiem, żeby ci chłopcy przychodzili aż tutaj, ale, mój Boże, to leży w naturze kobiet, że muszą mieć z tuzin zalotników!

– Jaka szkoda! – powiedział farmer Oak, patrząc ze smutkiem na szczelinę w kamiennej podłodze. – Jestem tylko prostym człowiekiem, ale miałbym jedyną szansę, gdybym był się zgłosił pierwszy… Widzę, że nie mam już po co czekać, bom przyszedł tu tylko w tej sprawie. A więc pójdę już do domu. Do widzenia, pani Hurst.

Nie uszedł jeszcze dwustu jardów, gdy usłyszał za sobą „hop! hop!” wołane cienkim dyszkantem mniej donośnym, niż zwykle brzmi okrzyk rzucony przez pola. Obejrzał się i zobaczył, że goni za nim jakaś dziewczyna, powiewając białą chusteczką.

Przystanął, a dziewczyna podbiegła bliżej. Była to Betsaba Everdene. Gabriel zaczerwienił się; ona była już czerwona, jak się okazało, nie ze wzruszenia, ale na skutek biegu.

– Panie Oak… ja… – Urwała, chwytając oddech, i stanąwszy przed nim, patrzyła na niego z ukosa, podparłszy się pod bok.

– Właśnie byłem u pani z wizytą – rzekł Gabriel, czekając, co usłyszy dalej.

– Tak, wiem – mówiła, dysząc jak ptaszek z twarzą mokrą i od biegu czerwoną, niby płatek peonii, zanim słońce wypije zeń kroplę rosy. – Nie sądziłam, że pan przyjdzie, żeby mnie prosić o rękę. Gdybym wiedziała, byłabym zaraz przyszła z ogrodu. Pobiegłam za panem, by powiedzieć, że ciotka niesłusznie zrobiła, pozwalając panu odejść, skoro wiedziała, że pan się o mnie stara.

Twarz Gabriela się rozjaśniła.

– Przykro mi, że droga pani tak się zmęczyła z mego powodu – rzekł, czekając z wdzięcznością na dalszą z jej strony łaskawość. – Proszę chwilkę poczekać, póki pani nie odzyska tchu.

– Ciotka myliła się, mówiąc panu, że mam już swojego chłopca – ciągnęła Betsaba. – To nieprawda, nie mam żadnego ani nigdy go nie miałam, ale że dla kobiet czas szybko mija, więc zrobiło mi się strasznie żal, że pan odszedł, myśląc, że mam wielu konkurentów.

– Doprawdy, jestem szczerze rad, że to słyszę – rzekł farmer Oak, a twarz jego rozjaśniła się właściwym mu przeciągłym uśmiechem i poczerwieniała z radości. Wyciągnął dłoń, by pochwycić jej rękę, która porzuciwszy właśnie swą poprzednią pozycję, wdzięcznym ruchem spoczęła na piersi, by uciszyć głośne bicie serca. Zaledwie jej dotknął, gdy cofnęła się w tył tak, że prześliznęła mu się między palcami niby węgorz.

– Mam niezły folwarczek – rzekł Gabriel tonem o pół stopnia mniej pewnym niż w chwili, gdy sięgał po jej rękę.

– Tak, wiem.

– Pewien znajomy pożyczył mi na początek trochę pieniędzy, ale ja to wkrótce spłacę i choć jestem zwykłym prostym człowiekiem, to jednak od czasu, gdy byłem chłopcem, cokolwiek się wyrobiłem. – Gabriel wymówił słowo „cokolwiek” tonem świadczącym o tym, że jest to tylko grzeczna odmiana słowa „bardzo”. – Gdy się pobierzemy, jestem pewny, że będę pracować dwa razy więcej niż teraz.

Przysunął się o krok i znów wyciągnął rękę, ale Betsaba szybko cofnęła się i stanęła przy rosnącym tam karłowatym krzaku dzikiej róży pokrytym czerwonymi jagodami głogu, a widząc, że Oak swym zachowaniem zdradza chęć objęcia jej, a może nawet uściskania, ukryła się za krzakiem.

– Co to ma znaczyć, farmerze Oak? – zdumiała się, patrząc nań spoza krzaka szeroko otwartymi oczami. – Przecież ja wcale nie mówiłam, że wyjdę za pana.

– Ładna historia! – zawołał Oak z rozpaczą. – Czyż się goni za kimś w ten sposób po to tylko, by mu powiedzieć, że się go nie chce?

– Chciałam tylko powiedzieć – mówiła żywo, a jednak na pół świadoma niedorzecznej sytuacji, w jaką się sama wplątała – że nie tylko nie mam tuzina konkurentów, jak twierdzi moja ciotka, ale dotychczas nawet nikt się o mnie nie starał. Nie znoszę, by myślano, że jestem własnością jakiegoś mężczyzny, choć możliwe, że kiedyś nią będę. Przecież gdybym chciała przyjąć pańskie oświadczyny, to nie gnałabym za panem w taki sposób; byłoby to z mojej strony BEZWSTYDNE. Ale przecież nie ma w tym nic złego, żem tak biegła, aby sprostować fałszywe wiadomości, jakie pan o mnie usłyszał.

– Ach nie, nie ma w tym nic złego – przyznał Oak. Nie należy jednak być zbyt wspaniałomyślnym w tak pochopnym wyrażaniu swego sądu. Toteż Oak, rozważywszy całą sytuację, dodał: – Zresztą nie jestem pewny, czy nie było w tym nic złego.

– Przecież nie miałam już czasu, by się zastanowić, czy chcę wyjść za pana, czy nie, bo byłby pan już zdążył skryć się za wzgórzem.

– A więc – rzekł Gabriel nieco wzmocniony na duchu – proszę się na chwilę zastanowić. Ja trochę poczekam, panno Everdene. A może mnie pani zechce. Zgódź się, Betsabo. Kocham cię daleko goręcej, niż to się zwykle zdarza.

– Spróbuję – odrzekła nieco onieśmielona – o ile uda mi się to tutaj, na dworze, gdzie myśli tak mi się rozbiegają.

– Niech mi pani da choć mniej więcej do zrozumienia.

– To proszę mi zostawić trochę czasu. – Betsaba z zadumą zapatrzyła się w dal, omijając wzrokiem Gabriela.

– Potrafię panią uszczęśliwić – mówił spoza krzaku, wpatrzony w kark odwróconej od niego dziewczyny. – Za rok lub dwa miałaby pani pianino; teraz żony farmerów coraz częściej kupują sobie pianina, a ja zacznę pilnie wprawiać się w grze na flecie, abyśmy wieczorami mogli grywać razem.

– Owszem, to by mi się podobało.

– Kupiłbym za dziesięć funtów taką lekką bryczuszkę do wyjazdu na targ; mielibyśmy ładne kwiaty i drób, to jest kury i koguty, gdyż uważam, że są pożyteczne – mówił dalej, lawirując między poezją i prozą.

– Bardzo by mi się to podobało.

– I pod szkłem grządkę ogórków, jak prawdziwi państwo.

– Tak, tak…

– A po ślubie dalibyśmy do gazety ogłoszenie w rubryce matrymonialnej.

– Ach, to byłoby wspaniale!

– A w łóżeczkach dzieci, jedno w drugie sami chłopcy. A w domu zaś, przy ognisku, co spojrzę, to zobaczę panią, a pani, co spojrzy, to zobaczy mnie.

– Zaraz, zaraz, proszę być przyzwoitym.

Tu mina jej zrzedła i przez chwilę dziewczyna zachowała milczenie. Gabriel nie przestawał wpatrywać się w czerwone jagody głogu tak uporczywie, że w przyszłości dzika róża stała się dla niego niejako symbolem miłosnych oświadczyn. Betsaba zwróciła się do niego ruchem stanowczym.

– Nie – rzekła – nic z tego, nie wyjdę za pana.

– Namyśl się jeszcze.

– Dość już zastanawiałam się, myśląc o tym przez cały ten czas. Z jednej strony wyjście za mąż sprawiłoby mi przyjemność. Ludzie zaczęliby o mnie mówić i uważać, że mi się poszczęściło, a ja byłabym z tego dumna i tak dalej… no, ale mąż…

– Cóż mąż?

– …byłby, jak pan sam mówi, ciągle przy mnie. Kiedykolwiek spojrzę, to go zobaczę…

– Oczywiście, byłby przy pani, to znaczy ja byłbym tym mężem.

– Chcę przez to powiedzieć, że na weselu chętnie byłabym panną młodą, ale pod warunkiem że potem nie musiałabym mieć męża… Ale ponieważ kobieta nie może paradować w tej roli sama, więc pewnie nie wyjdę za mąż, przynajmniej jeszcze nie teraz.

– Ależ to bzdura!

Widząc, że jej wyznanie spotkało się z tak ostrą krytyką, Betsaba urażona w swej godności odwróciła się od niego.

– Klnę się na Boga, że żadna dziewczyna nie powiedziałaby nic równie głupiego! – zawołał Oak. – Ależ moja najdroższa, niech pani nie będzie taka! – mówił dalej pojednawczym tonem, przy tym westchnął szczerze i głęboko, lecz mimo że westchnienie to podobne było do szumu sosny, jednak zaledwie zdołało zmącić dokolną ciszę. – Dlaczego mnie pani nie chce? – żalił się, okrążając krzak róży, by się do niej zbliżyć.

– Nie mogę – odparła, cofając się.

– Ale dlaczego? – nalegał; wreszcie przystanął i patrzył na nią poprzez krzew, widząc z rozpaczą, że nigdy jej nie dosięgnie.

– Bo nie kocham pana.

– Tak, ale…

Stłumiła ziewnięcie, ale tak nieznaczne, że nie przekraczało form dobrego wychowania.

– Nie kocham pana – powtórzyła.

– Ale ja panią kocham i wystarczyłoby mi, żeby mnie pani choć trochę lubiła!

– Och, panie Oak, to byłoby brzydko z mojej strony, zacząłby pan mną gardzić.

– Nigdy! – oświadczył pan Oak tonem tak poważnym, że mocą tego słowa zdawał się przeniknąć przez krzew prosto w jej ramiona. – Jedno jest dla mnie pewne w tym życiu, to że będę panią zawsze kochał, zawsze tęsknił i pragnął jej aż do śmierci. – Słowa te wypowiedział ze szczerym patosem, a jego duże opalone ręce drżały zupełnie widocznie.

– Strasznie mi przykro, że nie mogę wyjść za pana, skoro ma pan dla mnie tyle uczucia – rzekła cokolwiek zasmucona i rozejrzała się beznadziejnie dokoła, jak gdyby w poszukiwaniu wyjścia z tej moralnej rozterki. – Jakże teraz żałuję, że biegłam za panem! – Mimo to było widoczne, że chętnie powróciłaby do poprzedniego wesołego tonu, a twarz jej przybrała wyraz filuterny. – Nie, panie Oak, nic z tego nie będzie. Mnie przydałby się ktoś, kto by mnie poskromił, gdyż jestem zbyt samowolna, a pan by tego nie potrafił.

Oak spuścił wzrok, patrząc uparcie w ziemię, a wyraz jego twarzy świadczył o tym, że wszelką argumentację uważa za bezowocną.

– Panie Oak – odezwała się nad wyraz trzeźwo i rozsądnie. – Pan jest ode mnie zamożniejszy, ja nie posiadam w majątku ani pensa i jestem na utrzymaniu ciotki. Z nas dwojga jestem bardziej wykształcona i nie kocham pana ani trochę. Oto jak sprawa wygląda z mojej strony. A teraz co do pana. Jest pan farmerem na dorobku i o ile w ogóle pan się ożeni (o czym pan teraz jeszcze nie myśli), to przezorność nakazuje, by pan wziął żonę z posagiem, co by panu pozwoliło nabyć większy folwark niż ten, jaki pan posiada obecnie.

Gabriel spojrzał na nią z lekkim zdziwieniem i głębokim uznaniem.

– Przecież sam zawsze tak samo myślałem – przyznał się naiwnie. Farmer Oak posiadał dwa razy więcej cnót chrześcijańskich niż przeciętny chrześcijanin, zbyt wiele, by mu to pozwoliło dojść do ładu z Betsabą. Cechowały go duża pokora i aż przesadna uczciwość.

Betsaba się zmieszała.

– Więc po co pan przychodzi i niepokoi mnie? – powiedziała prawie, a może nawet zupełnie rozgniewana, a czerwone plamy na jej policzkach uwydatniły się jeszcze bardziej.

– Nie mogę zrobić tego, co byłoby…

– Słuszne?

– Nie… raczej rozsądne.

– No, teraz wyszło szydło z worka, panie Oak! – zawołała jeszcze bardziej wyniośle, kręcąc pogardliwie głową. – Jak pan myśli, czy wobec tego wyznania mogłabym wyjść za pana? Bo ja tak nie myślę…

Przerwał jej namiętnie:

– Proszę mnie nie sądzić tak fałszywie! Dlatego że jestem dość szczery, by przyznać się do myśli, na którą wpadłby każdy mężczyzna w moim położeniu, to pani już czerwienieje i staje się dla mnie uszczypliwa. Jeżeli chodzi o to, jakoby pani miała być dla mnie niezbyt dobrą partią, to nonsens! Że pani umie wyrażać się jak dama, o tym wie cała parafia, a słyszałem, że wuj pani ma w Weatherbury taki duży folwark, jakiego ja nie będę miał nigdy. Czy mógłbym przyjść do pani dziś wieczorem albo może w niedzielę, poszlibyśmy razem na spacer? Nie żądam, nie żądam, by się pani zgodziła od razu, jeżeli pani sobie tego życzy.

– Nie, nie, nie mogę, proszę nie nalegać. Nie kocham pana, więc byłoby to śmieszne – dokończyła ze śmiechem.

Żaden mężczyzna nie lubi, by jego uczucia stały się przedmiotem zabawy w ciuciubabkę.

– Więc dobrze – powiedział Oak stanowczo, z miną człowieka, który odtąd zamierza pędzić wszystkie dnie i noce nad studiowaniem Pisma Świętego. – Wobec tego nie będę już pani niepokoił.

ROZDZIAŁ V

Wyjazd Betsaby. Tragedia pasterska.

Pewnego dnia wiadomość o wyjeździe Betsaby dosięgła Gabriela i wywarła na niego wpływ mogący zadziwić każdego, kto by nie podejrzewał, że im dobitniej wyrażamy rezygnację, tym mniej jest ona stanowcza.

Łatwo zauważyć, że nie ma ścieżki mogącej nas wyprowadzić z kręgu miłości, aczkolwiek istnieje taka, która do niej wiedzie. Niektórzy za najkrótsze wyjście uważają małżeństwo, lecz i to nieraz zawodzi. Rozłąka, ów dar losu ofiarowany Gabrielowi pod postacią wyjazdu Betsaby, byłaby dla ludzi pewnego pokroju skutecznym środkiem na zapomnienie, natomiast dla innych – przeciwnie, stwarza powód do idealizowania osoby oddalonej; ich uczucie, mimo że spokojne i nieskłonne do wybuchów, płynie jednak nurtem głębokim i nieprzerwanym. Oak należał do typu ludzi o charakterze stałym i od chwili wyjazdu Betsaby czuł, że jego głęboko ukryta miłość płonie teraz jeszcze gorętszym płomieniem – to wszystko.

Początkowa przyjaźń z jej ciotką została zwarzona przez nieudane konkury, a wiadomości o Betsabie otrzymywał tylko pośrednio. Mówiono, że wyjechała do miejscowości zwanej Weatherbury, oddalonej o dwadzieścia mil, ale w jakim charakterze – czy w gościnę, czy na stałe – tego nie mógł się dowiedzieć.

Gabriel miał dwa psy. Starszy, George, odznaczał się czarnym jak heban nosem, okolonym wąskim paskiem różowej skóry, i sierścią w nieregularne plamy koloru na przemian białego i brudnoszarego. Z biegiem lat jednak owa szarość na skutek długiego przebywania na słońcu i deszczu stopniowo wypełzła i zatarła się w obficiej porośniętych miejscach, przechodząc w kolor brązowoczerwony, jak gdyby niebieskawy składnik tej szarości wypłowiał, tak jak odcień indygo z czasem zatarł się na obrazach Turnera. Pierwotnie była to sierść, jednak podczas długoletniego przebywania wśród owiec zdawała się przeobrazić w wełnę pośledniej wartości i gatunku.

Pies ten dawniej należał do pewnego pasterza, człowieka niewybrednych obyczajów, unoszącego się łatwo strasznym gniewem, toteż George lepiej rozumiał wszystkie stopnie potępienia spadającego na jego głowę i wyrażonego w obelgach i przekleństwach niż najbardziej ordynarny staruch w całej okolicy. Długie doświadczenie pozwoliło mu tak dokładnie rozumieć różnicę między takimi okrzykami jak: „Pójdź tu do nogi” czy: „Do nogi, draniu!”, że w żadnym wypadku nie pomylił się ani o włos co do stopnia szybkości, z jaką odrywał się od owczych ogonów, kiedy chciał uniknąć spotkania z pasterskim kijem. Mimo że stary, był jeszcze zręczny i godzien zaufania.

Młodszy pies, syn George’a, był zapewne wykapanym portretem matki, gdyż nie znalazłbyś w nim najmniejszego podobieństwa do ojca. Uczył się pilnowania owiec, by po śmierci starego zająć jego miejsce w owczarni, ale dotychczas poznał zaledwie pierwsze zasady tego fachu i teraz jeszcze było mu niesłychanie trudno rozumieć różnicę między dobrym a nazbyt dobrym spełnianiem obowiązku. Poważny, a jednak tępogłowy był ten psiak (nie miał żadnego imienia, lecz z jednakową gotowością przybiegał na każde życzliwe zawołanie), toteż gdy kazano mu pędzić owce, robił to tak gorliwie, że gdyby go nie odwołano i gdyby nie przykład starego George’a, byłby je z przyjemnością pędził przez cały powiat.

Tyle o psach. Na najdalszym krańcu Norcombe Hill znajdował się wapienny dół, skąd całe pokolenia czerpały i dostarczały wapno do pobliskich folwarków. Po obu stronach tego dołu biegły w kształcie litery V dwa żywopłoty niestykające się jednak końcami. Wąskie przejście między żywopłotami znajdujące się bezpośrednio nad brzegiem dołu było prowizorycznie zabezpieczone wątłymi sztachetkami.

Pewnego wieczora farmer Oak, powróciwszy do domu w przekonaniu, że tego dnia dalszy nadzór nad owcami jest zbyteczny, zawołał jak zwykle na psy, by je zamknąć w szopie aż do rana. Na wołanie to odpowiedział tylko jeden – stary George; drugiego nie mógł znaleźć ani w domu, ani na łące czy w ogrodzie. Przypomniał sobie wtedy, że zostawił oba psy na wzgórzu zajęte pożeraniem zdechłego jagnięcia (takim mięsem karmił je rzadko kiedy, chyba w braku innego pożywienia) i przypuszczając, że młodszy pies nie dokończył jeszcze kolacji, wszedł do szałasu, by oddać się rozkoszy spędzenia nocy na posłaniu, na co ostatnio pozwalał sobie tylko w niedzielę.

Była cicha, wilgotna noc. Przed samym świtem obudziły go znajome dźwięki rozlegające się jednak jakoś inaczej niż zwykle. Dla pasterza dźwięk dzwonków owczarskich, podobnie jak dla innych tykanie zegara, jest czymś tak zwykłym, że zauważa go tylko wtedy, gdy dźwięk nagle ucichnie lub też brzmi zupełnie inaczej niż codzienne leniwe brzęczenie, które dla pasterskiego wprawnego ucha słyszane nawet z oddali oznacza, że w owczarni wszystko jest w porządku. W uroczystej ciszy budzącego się ranka Gabriel usłyszał, że te dźwięki są niezwykle szybkie i gwałtowne. Taki odmienny brzęk dzwonków rozlega się w dwóch wypadkach: gdy stado nagle wpada na nowe pastwisko i z pośpiechem rzuca się żarłocznie do jedzenia, co powoduje przerywane, szybkie dzwonienie, lub wtedy gdy owce popędza się do szybkiego biegu, a wtedy w brzęku ich dzwonków daje się słyszeć jakby nieustanne drżenie. Doświadczone ucho Oaka poznało, że przyczyną dźwięku, jaki słyszy w tej chwili, jest gwałtowny bieg owiec.

Wyskoczył z posłania, narzucił ubranie, przebiegł pędem przez łąkę otuloną w poranne mgły i wspiął się na wzgórze. Wcześniej okocone owce trzymał w pewnym oddaleniu od tych, które jeszcze nie urodziły, a było ich w owczarni Oaka przeszło dwieście. Właśnie wszystkie te owce jak gdyby znikły bez śladu ze wzgórza. Pozostałych pięćdziesiąt sztuk wraz z jagniętami znajdowało się oddzielnie na drugim końcu pastwiska, tak jak był je zostawił, ale reszta stanowiąca trzon stada gdzieś się zapodziała. Z piersi Gabriela wyrwał się głośny zew pasterza:

– Baś, baś, owieczki, baś, baś!

W odpowiedzi nie odezwało się ani jedno beknięcie. Podszedł do żywopłotu – był w nim wyłamany otwór, a w tym otworze ujrzał ślady owczych raciczek. Trochę zdziwiony, że o tej porze roku owce wyłamały ogrodzenie, przypisywał to raczej ich apetytowi na zimowy bluszcz, pieniący się obficie w lasku, i wszedł za żywopłot. W lasku nie znalazł ani jednej owcy. Zawołał raz jeszcze. Odezwały się echem doliny i najdalsze wzgórza, tak jak niegdyś żeglarze nawoływali Hylasa zaginionego nad brzegiem Mysji1, ale nie odezwała się żadna owca. Szedł więc dalej wśród drzew krawędzią wzgórza. Na jego szczycie, gdzie nad brzegiem wapiennego dołu zbiegały się końce dwóch wspomnianych wyżej żywopłotów, ujrzał młodszego psa stojącego nieruchomo i posępnie na tle nieba niczym Napoleon na Wyspie Św. Heleny.

Oak zrozumiał, że stało się coś strasznego: posunął się dalej, czując, że słabnie. W pewnym miejscu sztachety zostały wyłamane i Oak ujrzał ślady swoich owiec. Pies podbiegł do niego i polizał mu rękę, okazując swym zachowaniem, że za swoje usługi oczekuje niemałej nagrody. Oak spojrzał w przepaść. Pod stopami jego leżały owce martwe lub konające, cały stos dwustu poszarpanych ciał tak skłębionych, że robiły wrażenie, jak gdyby było ich dwa razy więcej.

Oak był człowiekiem głęboko uczuciowym; uczuciowość ta, której podlegał niby prawu grawitacji, często obracała wniwecz jego plany polityczne graniczące ze strategią. Ciemną stronę pasterskiego zawodu stanowiła świadomość, że owce w końcu zawsze przemieniają się w baraninę, że nadchodzi dzień, kiedy każdy pasterz staje się wierutnym zdrajcą wobec swej bezbronnej owczarni. Toteż teraz pierwszym jego uczuciem był żal z powodu przedwczesnej zguby tych potulnych owieczek wraz z ich nieurodzonymi jagniętami.

Dopiero po chwili uświadomił sobie inną stronę sprawy: owce nie były ubezpieczone. Wszystkie oszczędności jego skromnego życia za jednym zamachem rozsypały się w proch; nadzieja, że zdoła się utrzymać na stanowisku niezależnego farmera, zgasła może na zawsze. W okresie między osiemnastym a dwudziestym ósmym rokiem życia, zanim zdobył obecną pozycję, Gabriel wykazał tyle energii, cierpliwości i pracowitości, że niewiele mu z tego chyba pozostało. Oparł się o sztachety i zasłonił twarz rękami.

Stan otępienia nie może jednak trwać wiecznie, toteż farmer Oak powoli oprzytomniał. Charakterystyczne i godne uwagi były jego pierwsze słowa – słowa wdzięczności:

– Chwała Bogu, że nie jestem żonaty; co ONA by robiła w tej nędzy, która mnie teraz czeka!

Oak podniósł głowę i nie wiedząc, co ma robić dalej, w milczeniu patrzył na otaczającą go scenerię. Na najdalszym skraju wapiennego dołu wisiał zwężony szkielet brudnożółtego księżyca, któremu pozostało już niewiele dni istnienia, bo z lewej strony uparcie zbliżała się doń gwiazda poranna. Powierzchnia stawu lśniła matowym blaskiem niby oko umarłego, a wraz z przebudzeniem się świata powiał lekki wiatr, który wydłużał odbicie księżyca i potrząsał nim, tworząc na wodzie fosforyczną smugę światła. Wszystko to Oak widział i zapamiętał.