Z dala od świateł - Samantha Young - ebook
lub
Opis

Samantha Young nieodmiennie zachwyca każdą swoją powieścią. Jej fanki na pewno nie będą zawiedzione!

Co mógłbyś poświęcić dla miłości?

Dawno temu Skylar Finch była wokalistką amerykańskiego zespołu pop-rockowego odnoszącego wielkie sukcesy. Jednak sława nie dawała jej szczęścia i kosztowała zbyt wiele wyrzeczeń. Lata życia w zakłamaniu zakończyły się tragedią, a Skylar zniknęła z muzycznej mapy Ameryki.

Mija półtora roku. Skylar znajduje swoje miejsce do życia w Glasgow. Ale jest bezdomna, sypia w namiocie na cmentarzu. Zarabia na jedzenie, występując jako uliczna artystka. Udaje się jej zachować anonimowość, ale mimo to przyciąga uwagę Killiana O’Dea, ambitnego dyrektora artystycznego Scyscrapers Records – najważniejszej szkockiej wytwórni fonograficznej.

Killian, od dziecka wychowywany przez wuja, właściciela firmy płytowej, dorastałby w świecie pozbawionym miłości, gdyby nie jego kochająca siostra. Chłopak chce za wszelką cenę zapewnić firmie jeszcze większe sukcesy, a bezdomna dziewczyna, występująca na głównej ulicy Glasgow, ma mu w tym pomóc. Nie potrafi zrozumieć, dlaczego jej muzyka tak głęboko go porusza. Ale skoro przemawia do jego mrocznej duszy, na pewno zachwyci tłumy.

Skylar stanowczo odmawia podpisania kontraktu. Zbyt dobrze pamięta dawne czasy… Kiedy jednak doświadcza na własnej skórze, jakie niebezpieczeństwa grożą młodej, bezdomnej kobiecie, zmienia zdanie i zwraca się o pomoc do Killiana. Tworzy się między nimi wyjątkowa więź. Mimo to Skylar nie zamierza podążać ścieżką kariery, którą próbuje wytyczyć dla niej Killian. Kiedy dopada ją własna przeszłość, Killian staje przed dramatycznym wyborem: może zwolnić Skylar ze zobowiązań, zrezygnować z wyrachowanych manipulacji i zaprzepaścić wszystko, co chce osiągnąć, w świecie muzyki lub… stracić kobietę, która teraz znaczy dla niego więcej, niż kiedykolwiek mógł się spodziewać.

Czy kariera będzie dla niego ważniejsza od ukochanej?

Książka tworzy dylogię z „Wszystko przed nami”.

Nie mogłam się oderwać od lektury! To jest zdecydowanie jedna z moich ulubionych powieści Samanthy Young. Absolutnie wspaniała.

L.H. Cosway, autorka bestsellerowej serii The Hearts

Ta powieść wywołała we mnie burzę uczuć. Skylar i Killian tworzą zachwycającą parę. Siła łączących ich emocji przekracza wszelkie granice. Niewiarygodna powieść!!! Nie znajduję odpowiednich słów, żeby wyrazić swoje uznanie!

blog Living in Our Own Story

Lektura mojego życia! Dla mnie Samantha Young to królowa powieści romantycznej. Z dala od świateł jest najlepszą z jej książek.

recenzja z Goodreads.com

Samantha Young nieodmiennie mnie zachwyca każdą swoją powieścią. Z dala od świateł właśnie zostało jedną z moich ulubionych książek.

blog Angie and Jessica’s Dreamy Reads

Wciągająca, zmysłowa powieść, która cię poruszy niczym piękna muzyka. Przeczytajcie koniecznie!

recenzja z Goodreads.com

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 524

Popularność


Tytuł oryginału: As Dust Dances

Copyright © by Samantha Young, 2018

Copyright for the Polish edition © by Burda Media Polska Sp. z o.o., 2019

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

Tłumaczenie: Ewa Górczyńska

Redakcja: Olga Gorczyca-Popławska

Korekta: Malwina Łozińska, Katarzyna Szajowska/Melanż

Skład i łamanie: Beata Rukat/Katka

Redakcja techniczna: Mariusz Teler

Projekt okładki: Eliza Luty

Zdjęcia na okładce: HEX/Stocksy, Marija Savic/Stocksy

ISBN: 978-83-8053-551-0

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.kultowy.pl

www.burdaksiazki.pl

Skład wersji elektronicznej: Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

1

Glasgow, Szkocja

Moja muzyka unosiła się w powietrzu, otaczając mnie niczym przezroczysta bańka znajomych dźwięków w mieście, które nadal wydawało mi się pod wieloma względami obce.

Dzień był pochmurny. Bijący od szarego nieba odblask nadawał srebrzystą barwę bladożółtym budynkom przy Buchanan Street i tłumił czerwonawy kolor piaskowca, tak charakterystycznego dla architektury Glasgow. Występowałam przy głównym deptaku handlowym miasta. Ustawiłam się w wystarczającej odległości od wejścia domu handlowego znajdującego się za mną, ale nie na tyle daleko, żeby zagradzać drogę przechodniom. Grałam na swojej ukochanej gitarze akustycznej Taylor i śpiewałam. W przeciwieństwie do innych ulicznych grajków, z którymi musiałam konkurować, nie używałam wymyślnych systemów nagłaśniających z drogimi wzmacniaczami i mikrofonami. Przyciągałam uwagę przechodniów siłą głosu i jakością gry.

Grając na tutejszych ulicach, nigdy nie czułam się jak intruz. Właściwie tylko w takich chwilach Glasgow nie wydawało mi się obce. Miałam wrażenie, że pasuję do tego kochającego muzykę miasta. Jeśli czerwony piaskowiec tworzył oblicze Glasgow, muzyka była jego sercem. Chociaż z rezygnacją uznałam, że życie starło mnie na proch, to świadomość, że jestem jednym z taktów melodii tego miasta, dodawała mi otuchy.

Czasami, zwłaszcza kiedy byłam w weselszym nastroju i decydowałam się na wykonanie własnej wersji jakiejś znanej piosenki w stylu pop lub dance, przyciągałam tłumy. Zdarzało się to zwykle w soboty, tak jak dzisiaj, kiedy ludzie przychodzili tu na leniwe zakupy i nie śpieszyli się, żeby wrócić do pracy przed końcem przerwy na lunch.

Na ogół jednak przechodnie mijali mnie obojętnie lub wrzucali drobne do futerału na gitarę i szybko odchodzili. Miałam nawet kilku stałych klientów, którzy za każdym razem rzucali mi kilka monet, jakby z przyzwyczajenia. Nie przeszkadzało mi to. Naprawdę potrzebowałam pieniędzy, nie jak ci inni grajkowie, wyposażeni w kosztowne systemy nagłaśniające. Nie prosiłam nikogo o sfilmowanie mnie telefonem i zamieszczenie filmiku na YouTubie, żeby potem ktoś mnie „odkrył”.

Zostałam uliczną artystką, żeby zarobić na codzienny posiłek. A jeśli dzień był szczególnie udany, wystarczało mi również na bilet wstępu na basen miejski, gdzie mogłam skorzystać z prysznica i suszarki do włosów. W gorsze dni musiałam obejść się tym, co tutejsi bezdomni nazywali „kąpielą biedaka”. Rozbierałam się w swoim namiocie i wycierałam chusteczkami do pielęgnacji niemowląt tak starannie, jak tylko się dało.

Zerknęłam w dół, na futerał do gitary, i z radością stwierdziłam, że dzisiaj chyba wystarczy mi na prysznic.

W podziękowaniu skinęłam głową dwóm nastolatkom, które właśnie wrzuciły kilka monet. Śpiewałam melancholijną piosenkę Adele, Someone Like You, dobraną do pogody. Ten utwór podoba się każdemu, więc jak zwykle zebrała się wokół mnie spora grupa słuchaczy. Śpiewałam go, kiedy naprawdę potrzebowałam gotówki. Mam skalę głosu wystarczająco dobrą, żeby korzystać z repertuaru Adele, ale żeby odpowiednio sprzedać piosenkę, potrzebne jest coś więcej. Trzeba wczuć się w jej słowa tak, jakby samemu się je napisało. Nie wydaje się to trudne, jeśli rzeczywiście jest się autorem. Przez długi czas wykonywałam tylko własne piosenki, więc nie było to dla mnie problemem.

Występy uliczne okazały się czymś zupełnie innym. Ludzie nie chcieli słuchać nieznanych sobie piosenek. Jeszcze kilka lat wcześniej byłoby to dla mnie problemem. Nie umiałam postawić się w czyjejś sytuacji ani odczuwać empatii.

Jednak teraz… Cóż, teraz potrafiłam śpiewać cudze smutne ballady, jakby naprawdę miało pęknąć mi serce. Kiedy rozglądałam się po otaczających mnie ludziach, w niejednych oczach dostrzegałam łzy. Bardzo mi się podobało, że moje uliczne granie potrafi wzbudzać tak głębokie emocje. Nie znosiłam natomiast wszystkiego innego, co się z tym wiązało.

Kiedy śpiewałam o przemijaniu i o tym, że minione dni były najważniejsze w naszym życiu, czułam, że te słowa wydobywają się prosto z mojej duszy. Kiedy wyśpiewywałam świadomie łamiącym się głosem słowo „życie”, dostrzegłam w tłumie znajomą twarz.

Poczułam, że przebiega mnie lekki dreszcz, ale zignorowałam go i wpatrując się w mężczyznę, śpiewałam dalej. Spojrzeniem mówiłam mu, że jego obecność nie robi na mnie wrażenia. Nie był w stanie mnie przestraszyć. Czyżby nie wiedział, że stałam się nieustraszona?

Nie wiedziałam, jak się nazywa. Nic o nim nie wiedziałam oprócz tego, że kiedy się pojawiał, wszyscy wokół niego zdawali się znikać. Nie był przesadnie wysoki, miał najwyżej metr osiemdziesiąt i smukłą sylwetkę, więc to nie imponująca postura przyciągała wzrok. Chodziło raczej o osobowość. Nie mogłam dostrzec, jaki ma kolor oczu, ponieważ zawsze stawał dość daleko, ale wiedziałam, że są ciemne i przenikliwe. Wyraz twarzy miał zwykle surowy i jakby nieobecny, co nie pasowało do tego, że przejawiał wyraźne zainteresowanie moimi występami. Dzisiaj stał z rękami w kieszeniach dżinsów, nieco z boku, i słuchał mnie z lekko przechyloną głową, jak zwykle patrząc chłodno i obojętnie.

Kiedy doszłam do fragmentu mówiącego o tym, że chcę znaleźć „kogoś takiego jak ty”, spojrzałam spod ronda kapelusza na ciemniejące niebo. Chmury nade mną były równie ciężkie i ponure jak brzmienie mojego głosu. Po ostatnim uderzeniu w struny, kiedy dźwięk jeszcze wibrował w powietrzu, opuściłam głowę i słuchałam cichych braw publiczności.

Niemal natychmiast przeszłam do następnej piosenki, tym razem własnej, oryginalnej. Jak już powiedziałam, większość ludzi chce słuchać znanych sobie kawałków, ale ja byłam piosenkarką i autorką jednocześnie, więc pragnęłam chociaż raz podczas sesji wyśpiewać to, co naprawdę czuję. Dodatkowo zauważyłam, że nieznajomy oddalał się dopiero po tym, kiedy wykonałam własną piosenkę.

Dziwne, ale prawdziwe.

Prawie wszyscy, których przyciągnęła piosenka Adele, zostali, żeby wysłuchać mojego rytmicznego, wesołego utworu ze smutnym tekstem. Gdy skończyłam, kilka osób podeszło bliżej, żeby rzucić trochę drobnych. Niektórzy mnie chwalili, a nawet mi dziękowali. Trudno było patrzeć na ludzi, którzy odchodzili bez słowa, więc skupiałam się na tych na tyle miłych, żeby ofiarować mi pieniądze.

Zebrałam już sumę wystarczającą na posiłek, prysznic i pralnię samoobsługową.

Gdyby ktoś spytał mnie o radę na temat bezdomności, wyjaśniłabym, jak bardzo ważne jest utrzymanie czystych i suchych stóp. Należy codziennie zmieniać skarpety. Od punktu, w którym rozbijałam namiot, było dwadzieścia minut piechotą do pralni i dziesięć na basen. Mogłam prać i suszyć swoje nieliczne ciuchy i dzięki temu co dzień wkładać świeże skarpety.

Z wdzięcznością uśmiechałam się do ludzi i dziękowałam z udawanym angielskim akcentem. Wolałabym przybrać szkocki, ale kiedy próbowałam, zawsze wychodził irlandzki, z lekką nutą australijską. Byłam lepsza w symulowaniu wymowy z południowej Anglii, więc na tym poprzestałam. Dlaczego w ogóle starałam się mówić z podrabianym akcentem? Cóż, nie chciałam zostać rozpoznana. Gdyby ktoś skojarzył moją twarz z głosem i dodał do tego amerykańską wymowę, sprawy mogłyby się skomplikować.

Ludzie zaczęli się rozchodzić, a ja postanowiłam zakończyć pracę. Dochodziła dopiero piętnasta, ale czułam, że bardzo potrzebuję kąpieli. Na dodatek wyglądało na to, że w każdej chwili może lunąć deszcz. Od kompleksu basenowego dzieliła mnie niemal godzina drogi piechotą, więc chowając pieniądze do kieszeni, zastanawiałam się, czy postąpię bardzo głupio, jeśli zafunduję sobie bilet autobusowy. Gdybym przemokła, mogłabym zachorować i co bym wtedy zrobiła?

Jeszcze raz zerknęłam na niebo i dostrzegłam wyjątkowo groźnie wyglądającą chmurę, z której w każdej chwili mogły spaść strugi ulewnego deszczu. Zdecydowanie lepiej było pojechać autobusem.

Po skórze przebiegł mi charakterystyczny dreszcz. Uniosłam wzrok i spostrzegłam, że nieznajomy facet nadal stoi nieopodal i obserwuje mnie, skrzyżowawszy ramiona na piersi. Skrzywiłam się, widząc jego szacujące spojrzenie.

Zaczął się pojawiać i słuchać moich występów jakiś miesiąc wcześniej. Przychodził w każdą sobotę i obserwował mnie z daleka. Wiedziałam, że nie chodzi o pociąg fizyczny, ponieważ w tym okresie wyglądałam nie najlepiej. Musiało mu chodzić o mój głos, a to mnie przerażało. Granie na ulicy stanowiło dla mnie ryzyko. Wystarczyła jedna osoba, która rozpoznałaby mnie po głosie.

Stąd udawany akcent.

Czy ten facet się tego domyślił?

Próbowałam telepatycznie nakazać mu, żeby spadał.

Nagle ruszył w moją stronę, a ja zesztywniałam, chowając gitarę do futerału. To było coś nowego.

Zatrzymał się kilka metrów ode mnie, a ja się wyprostowałam. Miałam metr sześćdziesiąt osiem wzrostu, nie byłam więc niska, ale też niezbyt wysoka. Poczułam się jednak lepiej, gdy stałam wyprostowana naprzeciw nieznajomego.

Spojrzałam na niego z wyzywającą miną.

Jego spojrzenie nie wyrażało nic.

Właśnie dlatego zdziwiłam się, kiedy oznajmił bez wstępu:

– Umiesz śpiewać. Umiesz komponować.

Zmarszczyłam czoło. Przechyliłam lekko głowę i analizowałam wyraz jego twarzy.

– Wiem – odrzekłam w końcu.

Jego usta lekko się rozciągnęły, co chyba oznaczało uśmiech.

– Pozwól, że zaproszę cię na kawę.

Obudziła się we mnie nieufność.

Chociaż dokładałam wszelkich starań, żeby zachować higienę osobistą, nie potrafiłam się wyzbyć wyglądu osoby bezdomnej. Wszędzie nosiłam ze sobą duży plecak, w którym krył się mój jednoosobowy namiot. Raz w tygodniu brałam prysznic, a w dni, w które nie mogłam tego zrobić, spryskiwałam włosy tanim suchym szamponem, którego używałam bardzo oszczędnie. Bardzo dbałam o swoje nieliczne bluzki i dwie pary dżinsów, starając się ich nie brudzić. Jednak nie potrafiłam się pozbyć brudu pod paznokciami i, co ważniejsze, zimnego błysku trudnej rzeczywistości w spojrzeniu.

Byłam bezdomna i chyba większość ludzi instynktownie to wyczuwała. A to oznaczało, że nieraz obcy faceci składali mi jednoznaczne propozycje, niczym pospolitej prostytutce.

– Dlaczego? – warknęłam, czując do niego żywiołową niechęć, tak samo jak do innych mężczyzn, którzy chcieli mnie wykorzystać.

Odpowiedział rozbawionym spojrzeniem.

– Nie chodzi o seks. Chcę tylko porozmawiać. O twojej muzyce.

– Dlaczego? – powtórzyłam.

– Pozwól się zaprosić na kawę, a wszystko ci wytłumaczę.

– Nie pijam kawy.

Skrzywił się i zmierzył wzrokiem moją sylwetkę. Nie było w tym żadnego zabarwienia seksualnego, tylko obraźliwe lekceważenie.

– W takim razie pozwól, że postawię ci coś ciepłego do jedzenia. Zaoszczędzisz trochę kasy – powiedział, kiedy nasze oczy znów się spotkały.

– Teraz?

– Teraz.

Zastanowiłam się nad tą zdecydowanie kuszącą propozycją. Był jasny dzień, staliśmy na Buchanan Street. Nawet jeśli miał wobec mnie jakieś niegodziwe zamiary, nie mógł mi tu wyrządzić wielkiej krzywdy. Zerknęłam w lewo, w górę ulicy. Czerwono-biały pasiasty szyld restauracji TGI Fridays przyzywał mnie kusząco.

Wahałam się jednak, nie mając pewności, dlaczego ten facet się mną interesuje i czy przypadkiem nie odkrył mojej tożsamości. Spuściłam głowę, by schować twarz pod rondem kapelusza.

– Poszukaj sobie innej rozrywki. Nie, dziękuję. – Odeszłam, nie oglądając się na niego.

Nie zawołał mnie, a im bardziej się oddalałam, tym większa ogarniała mnie ulga; napięte mięśnie rozluźniły się i skulone ramiona wróciły do normalnej pozycji.

Północny kraniec Buchanan Street zaczynał się na wzgórzu, przy Glasgow Royal Concert Hall. Potem ulica biegła łagodnie w dół, żeby wyrównać się mniej więcej w połowie swojej długości. Występowałam właśnie w tej okolicy, więc dotarcie na przystanek autobusowy przy ruchliwej Argyle Street zajęło mi niespełna pięć minut. Niespełna pięć minut, żeby wyrzucić z pamięci tego nieznajomego faceta. W moim obecnym życiu nie było czasu na przejmowanie się takimi drobiazgami. Na tym to właśnie miało polegać. Miałam czas jedynie na zajmowanie się podstawowymi sprawami. Nawet się nie spodziewałam, że to daje takie poczucie wyzwolenia.

– Hej, muzykantko! – usłyszałam, gdy dochodziłam do przystanku.

Spostrzegłam dwoje bezdomnych, siedzących w śpiworach przy wejściu do starego pasażu handlowego Argyle Street Arcade.

Ponieważ mojego autobusu jeszcze nie było widać, podeszłam do Hama i Mandy. Poznałam ich krótko po tym, jak przybyłam do Glasgow i stwierdziłam, że nie wystarczy mi pieniędzy na pobyt w hotelu. Zaczęłam sypiać w tanim namiocie, który kupiłam specjalnie w tym celu, i mniej więcej po tygodniu tych dwoje podeszło do mnie, gdy grałam na ulicy.

– Cześć – pozdrowiłam ich.

Podeszłam bliżej i spojrzałam na nich. Współczucie chwyciło mnie za gardło. To dziwne, ale nie czułam, że mam z nimi cokolwiek wspólnego, poza tym, że wszyscy troje byliśmy bezdomni. Po prostu nie wyobrażałam sobie, że mogłabym się tak zapuścić.

– Co u ciebie, muzykantko? – zapytała Mandy z szerokim uśmiechem.

Przyzwyczaiłam się już do jej zepsutych zębów pokrytych nalotem, więc nawet nie drgnęłam na ich widok. Co półtora miesiąca kupowałam nową szczoteczkę. Tradycyjną, nie elektryczną, jednak było to lepsze niż nic. Nie zapominałam o używaniu nici dentystycznej. Bardzo dbałam o dobry stan zębów i dziąseł.

– Przecież ona ma imię – upomniał ją Ham, przewracając oczami.

Nie podałam im prawdziwego. Powiedziałam, że nazywam się Sarah.

– „Muzykantka” ma więcej wspólnego z prawdą – odparowała Mandy i uśmiechnęła się do mnie znacząco.

Przejrzała mnie. Raczej mnie nie rozpoznała, ale wiedziała, że nie nazywam się Sarah. Wcale mi się nie podobało, że tak łatwo potrafi mnie rozszyfrować. Nadal jednak ją lubiłam, ponieważ nigdy mnie o nic nie wypytywała.

– Zostaw dziewczynę w spokoju – upomniał ją towarzysz.

Hamilton, w skrócie Ham, nie był pierwszym heroinistą, którego w życiu poznałam. Ten jednak wydawał się zdecydowanie najtragiczniejszą postacią. Wysoki, szczupły, cały w tatuażach, miał piękne zielone oczy i twarz, która byłaby niezwykle atrakcyjna, gdyby nie fizyczne piętno odciśnięte na niej przez nałóg. Policzki się zapadły, skóra poszarzała, a zęby znajdowały się w jeszcze gorszym stanie niż u Mandy. Nie tylko żółte i popsute, lecz także na dodatek lewy kieł był złamany, a prawego siekacza brakowało. Już przy pierwszym spotkaniu oboje opowiedzieli mi swoje historie.

Mandy uciekła z domu pełnego przemocy. Partnerzy matki systematycznie napastowali ją seksualnie, a zazdrosna kobieta za karę ją biła, jakby to była jej wina. Kiedy Mandy opowiadała o tym beznamiętnym tonem, czułam bolesny ucisk w żołądku. Brzmiało to tak, jakby te przejścia przyprawiły ją o paraliż uczuć. Potrafiłam to zrozumieć.

By przetrwać na ulicy, Mandy zaczęła się prostytuować. Nabawiła się ciężkich stanów lękowych oraz depresji i niewiele brakowało, a popełniłaby samobójstwo. W samą porę poznała Hama. Ona pochodziła spoza Glasgow, natomiast on z Ibrox, dzielnicy położonej niespełna piętnaście minut od centrum miasta. Uzależnił się od heroiny, kiedy miał piętnaście lat, i przez nałóg stracił rodzinę, większość przyjaciół i zdolność utrzymania pracy.

Nałóg Hama nie przeszkadzał Mandy. Przynajmniej tak twierdziła. Bardzo mi było żal ich obojga, nie tylko dlatego, że tak wiele przeszli i skończyli na ulicy. Było mi ich żal, ponieważ widziałam, że Ham kocha Mandy. Jednak gdy któregoś dnia oddalił się na chwilę, żeby porozmawiać z innym bezdomnym, Mandy wyznała mi, że jest z nim tylko ze względu na ochronę przed innymi facetami, którą jej zapewnił, i dlatego że nie zrażają go jej nieleczone nawracające stany lękowe. Zapytałam ją, czy go kocha. Stwierdziła, że uważa go za przyjaciela. Było jednak oczywiste, że za ochronę dawała mu nie tylko przyjaźń. Nadal zatem się prostytuowała, lecz w nieco inny sposób.

– Co tam? – zapytałam, choć właściwie nie miałam ochoty z nimi rozmawiać. Ich towarzystwo było zbyt przygnębiające.

Zanim którekolwiek zdążyło odpowiedzieć, spadła pierwsza ciężka kropla deszczu.

– Kurde! – Ham spojrzał w niebo. – Wiedziałem.

– Poszukacie jakiegoś schronienia? – zapytałam.

– To tylko mały deszczyk. Już dawno nie brałam prysznica, więc będzie okazja – odrzekła Mandy ze śmiechem.

– A ty dokąd się wybierasz? – spytał Ham.

Wzruszyłam ramionami. Nikomu nie powiedziałam, gdzie spędzam noce.

– Chcę się umyć i coś zjeść.

Mandy zmierzyła mnie krytycznym wzrokiem.

– Ty wciąż sama? Co ci mówiliśmy na ten temat? Potrzebujesz faceta. Albo poszukaj sobie jakiejś koleżanki.

Ham spojrzał na mnie z troską.

– Albo zostań z nami. Będziemy cię chronić.

Wiedziałam, że w tej propozycji nie ma nic dwuznacznego, mimo to wzdrygnęłam się na samą myśl. Oboje przekonywali mnie, że prowadząc samotne życie, wystawiam się na niebezpieczeństwo. Przemierzałam to miasto od kilku miesięcy i widziałam sporo bezdomnych par lub kobiet trzymających się w małych grupkach.

Ja jednak byłam sprytniejsza niż oni wszyscy. Sypiałam tam, gdzie nikt się nie zapuszczał, z dala od centrum miasta. Nie potrzebowałam ochrony.

– Wiem, że wyglądam na bezbronne chucherko, ale to tylko pozory. Potrafię nieźle przyłożyć – zapewniłam ich z ponurym uśmiechem i cofnęłam się o krok. – Umiem o siebie zadbać. Zapewniam.

– Któregoś dnia spotka cię coś złego. Zobaczysz! – zawołała za mną Mandy.

Jej słowa zabrzmiały tak złowróżbnie, że zimny dreszcz przebiegł mi po plecach.

To głupota, zganiłam się w myślach, starając się otrząsnąć z niemiłego uczucia. Świetnie dawałam sobie radę.

Nie miałam takich problemów jak oni. Byłam sprytniejsza. Wiedziałam, jak postępować, ponieważ mimo młodego wieku zdobyłam życiowe doświadczenie i mogłam z niego czerpać.

Teraz żyłam właśnie tak. I bardzo mi się to podobało. Martwiłam się tylko sprawami najważniejszymi, podstawowymi, a wszystko inne przestało się liczyć. Najważniejsze to nie myśleć o tym, kim byłam kiedyś.

2

Jazda autobusem trwała zaledwie kwadrans. Wysiadłam na przystanku oddalonym od kompleksu basenowego o pięć minut spacerem. Zawsze korzystałam z tego basenu, ponieważ od pralni samoobsługowej dzieliło go dziesięć minut drogi, a od miejsca, w którym spałam, dwadzieścia.

W każdą sobotę za biurkiem siedziała ta sama recepcjonistka. Była to miła dziewczyna, która uprzejmie przechowywała moją gitarę, kiedy już zapłaciłam za wstęp. Wręczając mi bilet, uśmiechała się smutno, więc na pewno wiedziała, że nie przychodzę tu pływać. Mimo to mnie wpuszczała.

Jej dobroć nieco raniła moją dumę, ale nie miałam czasu na roztrząsanie takich spraw. Szybko przeszłam do damskiej szatni. Na podłodze wyłożonej kaflami stały kałuże wody, ściany połyskiwały od osadzającej się na nich skroplonej pary wodnej. Wokół unosiła się silna woń chloru, która od jakiegoś czasu działała na mnie uspokajająco. Znalazłam wolną szafkę, wyjęłam z plecaka tani szampon z odżywką, krem do golenia, maszynkę i żel pod prysznic. Ostrożnie, żeby nie uszkodzić namiotu, schowałam plecak w szafce, a następnie rozebrałam się do bielizny.

Dorastając, nie miałam problemów z akceptacją swojego ciała. Jako nastolatka delikatnie się zaokrągliłam, ale nadal nosiłam rozmiar S i nikt nigdy nie rzucał żadnych komentarzy na temat mojej wagi, więc nie zwracałam na nią uwagi. Nie należałam do najpopularniejszych dziewczyn w szkole, ale miałam swój zespół, rozrywkową grupę przyjaciół, i wszyscy koncentrowaliśmy się na tym, jak odnieść sukces w przemyśle muzycznym. Nie zostawiało to czasu na przejmowanie się tym, czym zwykle przejmują się nastolatki. Tak naprawdę straciłam pewność siebie w kwestii figury, dopiero kiedy zespół zaczął zdobywać popularność.

Kiedy zamieszczaliśmy coś na Instagramie, zawsze pojawiały się komentarze na temat mojego wyglądu. Czy zdjęcie zrobiono pod dziwnym kątem, czy może przytyłam? Pewnie jestem w ciąży! W takim razie z kim? Może powinnam zafundować sobie silikonowe cycki? I wyglądałabym tak ślicznie, gdybym tylko zoperowała nos.

Nie wszystkie komentarze były negatywne. Większość była pozytywna, ale zdarzały się też obleśne i agresywne. Zadziwiające, jak szybko zaczęłam się skupiać właśnie na nich. Pozwalałam byle dupkowi zamieszać sobie w głowie, chociaż przedtem nie przejmowałam się tym, jak wyglądam. Nieprzychylne komentarze pojawiały się też za każdym razem, kiedy jakiś brukowiec zamieszczał moje zdjęcie z jakimś przystojniakiem uwielbianym przez nastolatki i ogłaszał, że jesteśmy parą. Zdarzyło się to kilka razy w ciągu mojej kariery. Dziewczyny potrafią być okrutne, kiedy uznają, że nie zasługujesz na faceta, który jest ich idolem. Smutne, ale cholernie prawdziwe.

Teraz nie dbałam o takie sprawy. Nie musiałam.

Wiedziałam, że aktualnie jestem za chuda, ale nawet jeśli ktoś gapił się na mnie, kiedy przechodziłam przez szatnię w znoszonej bieliźnie, trzymając w ramionach tanie kosmetyki, nie dostrzegałam tego. Nic mnie to nie obchodziło.

Na szczęście znalazłam wolną kabinę; weszłam do środka i nie zwracając uwagi na włosy obcych ludzi zalegające w odpływie, zaciągnęłam mokrą zasłonę prysznicową. Ostrożnie zdjęłam bieliznę, zawinęłam w ręcznik i położyłam na zewnątrz, jak zawsze trochę się obawiając, że jakaś kanalia mi ją ukradnie.

Kiedy poczułam na ciele strugi gorącej wody, z rozkoszy przymknęłam oczy. Pierwszy rozgrzewający prysznic po wielu dniach przerwy to niesamowita przyjemność, którą trudno do czegoś porównać. Kiedyś możliwość codziennej kąpieli była dla mnie czymś oczywistym. Teraz, gdy nie mogłam tego robić regularnie, a co najwyżej raz na tydzień, jeśli zarobiłam wystarczająco dużo pieniędzy, prysznic to była czysta radość. Niestety, nie mogłam się nim cieszyć zbyt długo, ponieważ zawsze ktoś czekał na zewnątrz, aż zwolnię miejsce.

Zaczęłam więc się myć. Wyszorowałam całe ciało i wymyłam włosy. Potem ogoliłam łydki. Mandy radziła mi, żebym nie zawracała sobie głowy depilacją, bo włosy na nogach zapewniają więcej ciepła zimą. Żyłam bez dachu nad głową od końca kwietnia, a noce wiosną są cholernie zimne. Szkockie lato też nie należy do najcieplejszych, ale da się znieść. Teraz nastał wrzesień. Za kilka krótkich tygodni temperatura miała znacznie spaść, ale starałam się o tym nie myśleć.

Starałam się też nie pamiętać o tym, że wkrótce skończy mi się wiza turystyczna.

Poczułam skurcz w żołądku i szybko odpędziłam od siebie tę myśl. Zacznę się tym martwić, kiedy przyjdzie odpowiednia pora. Moje życie polegało teraz na przetrwaniu kolejnego dnia. Było proste. Nieskomplikowane.

Po prysznicu znów poczułam się jak człowiek. Z ulgą stwierdziłam, że bielizna i ręcznik nie zniknęły. Owinęłam się nim i wyszłam spod prysznica, ignorując naburmuszoną minę kobiety czekającej na swoją kolej. Zamknęłam się w najbliższej kabinie, żeby spokojnie się osuszyć.

Włożyłam bieliznę i poszłam do szafki, by zabrać swoje rzeczy. Kiedy już kompletnie się ubrałam, wyjęłam szczotkę do włosów.

Suszyłam włosy suszarką, starając się nie patrzeć na swoje odbicie w lustrze, kiedy to się stało.

Czyjeś spojrzenie wwiercało się we mnie tak natarczywie, że nie mogłam tego zignorować. Zobaczyłam w lustrze, że obok mnie stoi jakaś nastolatka. Gapiła się na mnie z otwartymi ustami i z błyskiem ekscytacji w oczach, który tak dobrze znałam. Ogarnął mnie strach i odwróciłam wzrok, szybko poruszając suszarką, jakby to mogło przyśpieszyć proces suszenia.

Kiedy ją w końcu wyłączyłam, dziewczyna nadal się we mnie wpatrywała.

Cholera.

Zgarnęłam swoje rzeczy, żeby jak najszybciej wyjść.

– Hej! – usłyszałam.

O Boże.

Przez ramię rzuciłam jej groźne spojrzenie.

Uśmiech na jej twarzy lekko zbladł.

– Wyglądasz jak Skylar Finch. Ktoś ci już to kiedyś mówił?

– Nie wiem, co to za jedna – skłamałam, przybierając angielski akcent.

Mina dziewczyny zrzedła, czy to ze względu na treść mojej odpowiedzi, czy z powodu braku amerykańskiego akcentu.

– Taaa… – burknęła nastolatka pod nosem. – Akurat Skylar Finch przyszłaby tutaj popływać.

Odeszłam bez słowa, starając się stłumić emocje wywołane tym spotkaniem. Albo przynajmniej udawać, że nic nie poczułam.

Skupiłam się na następnym punkcie dzisiejszego planu. Kolejnym przystankiem była pralnia samoobsługowa. Włożyłam swoje nieliczne ubrania do pralki i zamiast czekać, poszłam do miejscowego baru ze smażoną rybą i frytkami. Kupiłam tam sobie kolację na wynos i dwie butelki wody. Nadal padało, więc zjadłam rybę w zadaszonym wejściu do pralni. Szczerze mówiąc, ledwie wmusiłam w siebie połowę porcji. Resztę wyrzuciłam. Ryba z frytkami jest tania i sycąca, ale tak długo żywiłam się śmieciowym jedzeniem, że organizm chyba zaczął się buntować.

Oczekiwanie na koniec prania i suszenia było nudne, ale nie miałam nic przeciwko temu. Pralnia była ciepła i sucha. Najwyraźniej Bóg istniał, ponieważ deszcz ustał, gdy ruszyłam w stronę miejsca noclegu. Długo nie mogłam się przyzwyczaić do tutejszych jasnych nocy. W tej części kraju latem zmrok zapada dopiero około jedenastej. Jednak przez ostatnie tygodnie nadchodził coraz wcześniej i niebo ciemniało już o siódmej trzydzieści.

Kiedy dotarłam do celu – do wielkiej bramy cmentarza, zamkniętej na kłódkę – zapadła noc. Brama wychodziła na ruchliwą przelotową ulicę. Drogę oświetlały latarnie i światła często przejeżdżających samochodów.

Zaczekałam, aż jezdnia opustoszeje, i stanęłam na obmurowaniu ceglanej kolumny, do której przytwierdzono wrota bramy, chwyciłam się żelaznych prętów, podciągnęłam się wyżej i przeszłam na drugą stronę, uważając, żeby nie nadziać się na ostre końce prętów.

Zeskoczyłam na ziemię i poczułam wibrowanie w nogach. Mięśnie miałam silne, ponieważ poruszałam się głównie piechotą. Wyjęłam minilatarkę, oświetliłam sobie alejkę wiodącą w głąb cmentarza i ruszyłam przed siebie.

Dziwne, ale nie czułam strachu. Cmentarz nocą stawał się moim azylem, w którym kryłam się przed światem zewnętrznym. Mogłam tu w spokoju złożyć głowę, wyobrażając sobie, że moi cisi sąsiedzi dają mi ochronę.

Cmentarz był rozległy i szłam przez dłuższy czas, zanim dotarłam do swojego miejsca. Pracownicy komunalni kosili dziś trawniki – oprócz znajomej woni wilgotnej ziemi i kwiatów, które ludzie składali na grobach krewnych, czułam zapach skoszonej trawy. Stał się mniej wyraźny, kiedy dotarłam do niewielkiego zagajnika na tyłach cmentarza, w którym rozbijałam namiot. Pobliskie nagrobki były tak stare, że napisy na nich stały się niemal nieczytelne.

Rozbiłam namiot, wyjęłam śpiwór, poduszkę i koc kupiony na wyprzedaży. Ułożyłam się wygodnie i otworzyłam jedną z dwóch książek, które nosiłam ze sobą.

Była to Siła trucizny Marii V. Snyder. Czytałam ją z milion razy i zawsze dodawała mi otuchy. Tak samo jak Wybrańcy Kristin Cashore. Lubiłam literaturę fantastyczną. Uwielbiałam powieści pokazujące sprytne i silne kobiety, które nie poddawały się przeciwnościom losu.

Kiedy czytałam, zapominałam o chłodzie i o swoim położeniu. Na chwilę zapominałam wręcz o całym świecie. Ham, Mandy i wielu znanych mi bezdomnych utrzymywali kontakt z ludźmi za pomocą komórek. Nie wiem, skąd brali telefony. Może je kradli lub kupowali za ukradzione pieniądze. A może udawało im się zaoszczędzić odpowiednią sumę z otrzymywanych datków i za nią kupowali tanie komórki, żeby utrzymywać kontakt ze sobą i światem zewnętrznym. Jakkolwiek było, robili to. Ładowali swoje aparaty i używali darmowego wi-fi w kawiarniach. Niektórzy z nich mieli nawet profile na Facebooku. Nie mieli domu, ale mieli strony w mediach społecznościowych.

Ja natomiast nie chciałam mieć do czynienia ze światem zewnętrznym. Był dla mnie jedynie odległym wspomnieniem.

Wolałam czytać o tym, jak Yelena poznaje rozmaite trucizny, przygotowując się do roli testerki posiłków. Przemawiały do mnie jej wola przetrwania i siła. Kiedy tamtej nocy pogrążyłam się we śnie na cmentarzu, który stał się moim domem, wiedziałam, że mam w sobie to coś, co pozwoli mi wytrzymać życie, które sobie wybrałam.

3

W powietrzu wisiała metaliczna woń deszczu. Spaliny samochodów, kawa i deszcz. Kolejnej soboty, stojąc na Buchanan Street, odpędzałam od siebie myśli o nadchodzącej ulewie. Wystarczyło, że drażnił mnie jakiś gnojek, który rozstawił się w pobliżu ze swoimi głośnikami.

Bardzo starał się wyprowadzić mnie z równowagi, co jasno dał do zrozumienia, posyłając mi złośliwy, arogancki uśmieszek, kiedy zatrzymał się bliżej, niż nakazywała grzeczność. Wśród grajków ulicznych panują niepisane zasady, a on właśnie złamał najważniejszą z nich; z rozmysłem próbował mnie zagłuszyć. I robił to bardzo skutecznie. Ludzie zatrzymywali się nie dla mnie, ale po to, żeby posłuchać jego imitacji Shawna Mendesa.

Mimo wszystko nie przerywałam występu. Już dawno uzyskałam mistrzostwo w udawaniu, że młodzi muzycy płci męskiej mnie nie irytują. W końcu miałam trzech takich w zespole i razem jeździliśmy autobusem w trasy koncertowe. Szczeniak nie miał pojęcia, jak skutecznie potrafiłam ignorować takich dupków jak on.

Wiedziałam też, kiedy się zemścić.

Okazja nadarzyła się, kiedy ściszył głos, żeby wykonać balladę grupy Coldplay.

Z całą mocą wyśpiewałam piosenkę Chandelier z repertuaru Sii. Był to wyjątkowo trudny utwór i dobrze wykonany, robił wielkie wrażenie na słuchaczach. Mój głos przebił się przez system nagłaśniający tego szczeniaka, a ludzie zaczęli się gromadzić wokół mnie.

Niektórzy wyjęli komórki, żeby mnie sfilmować, więc spuściłam głowę, by ukryć twarz pod rondem kapelusza. Któregoś dnia te cholerne telefony z kamerkami wpakują mnie w kłopoty. Wystarczy, że ktoś wrzuci filmik do internetu z komentarzem: „Czyż ona nie brzmi zupełnie jak Skylar Finch? Zaraz, zaraz… To jest Skylar Finch!”.

Bałam się tego, tym bardziej że nawet bym nie wiedziała, że tak się już stało, ponieważ nie miałam – i nie chciałam mieć –dostępu do sieci. Przerażała mnie myśl, że któregoś dnia, grając na ulicach Glasgow, spojrzę na słuchaczy i dostrzegę wśród nich jednego z moich chłopaków, patrzącego na mnie oskarżycielsko.

Otrząsnęłam się z ponurych myśli i śpiewałam dalej.

Kiedy brawa przycichły, ktoś z tłumu zawołał:

– Zaśpiewasz Titanium?

Przez ostatni tydzień nieustannie padało, temperatura w nocy spadała coraz bardziej, więc musiałam wydać większość pieniędzy na płaszcz przeciwdeszczowy i polarowe bluzy z kapturem do spania. Zostało mi akurat tyle, żeby zapłacić za prysznic i pralnię. Potrzebowałam pieniędzy, więc zaśpiewałam Titanium. Najbardziej ucieszył mnie moment, kiedy szczeniak z głośnikami ryknął na cały regulator, a jeden z moich słuchaczy kazał mu się natychmiast zamknąć.

Jednak moja radość zniknęła jak kamfora, gdy z nieba spadł deszcz – nagły, gęsty, ulewny. W kilka sekund przemoczył ludzi do suchej nitki, więc wszyscy rozbiegli się w poszukiwaniu schronienia. Zostałam sama, zziębnięta i mokra, a w futerale od gitary zobaczyłam tylko kilka drobnych monet, za które nie mogłabym kupić nawet kawy. Wystarczyłoby ich zaledwie na frytki z McDonalda.

Wzięłam głęboki oddech, starając się przyzwyczaić do myśli, że dzisiaj pójdę spać głodna, a moje tutejsze życie zmienia się na gorsze ze względu na pogodę. Właściwie już dawniej wiedziałam, że będzie coraz trudniejsze, a ja będę musiała jakoś sobie poradzić.

Miałam ochotę podejść do tego szczeniaka, który właśnie z pomocą znajomych w pośpiechu pakował swój sprzęt, i kopnąć go w jaja za to, że zepsuł mi dzisiejsze występy. Miał na sobie nowe ciuchy, drogie sportowe buty i w ogóle wyglądał na zadbanego oraz dobrze odkarmionego. Nie potrzebował pieniędzy zarobionych na ulicy. Po prostu chciał zwrócić na siebie uwagę. Miałam ochotę wywrzeszczeć mu w twarz, że jeden Shawn Mendes już istnieje i nikt nie potrzebuje drugiego. Ale byłoby to małostkowe, a poza tym brakowało mi energii na urządzenie takiej sceny.

Przygnębiona i po raz pierwszy od przyjazdu do Szkocji naprawdę niespokojna o swoją przyszłość przykucnęłam i drżącymi rękami pakowałam gitarę. Dziś pójdę spać nie tylko głodna, lecz także doszczętnie przemoczona. Deszcz ustał niemal tak nagle, jak się zaczął, ale to nie mogło uratować ani moich ubrań, ani dzisiejszych zarobków.

Nerwowo wciągnęłam powietrze, czując skurcz w żołądku.

Wstałam, odwróciłam się, żeby podnieść z chodnika plecak, i niemal wpadłam na faceta wyższego ode mnie o kilka centymetrów. Stanął tuż przy mnie, trzymając parasol nad swoją i moją głową. Wzdrygnęłam się z obrzydzeniem, kiedy zmierzył moje ciało wzrokiem niepozostawiającym żadnych wątpliwości co do jego zamiarów. Widywałam tego gościa już wcześniej. Był po pięćdziesiątce, miał na sobie dżinsy i dobrego gatunku koszulę, opinającą się na wydatnym, obwisłym brzuchu. Skórzana kurtka ledwo mieściła szerokie ramiona. Najbardziej utkwiła mi w pamięci jego twarz, z dużym kartoflowatym nosem i licznymi śladami po ospie.

Zapamiętałam go również dlatego, że pewnego dnia, kiedy rozmawiałam z Mandy, zaczął ją zaczepiać. Na szczęście pojawił się Ham i go wystraszył.

Najwyraźniej zorientował się, że jestem bezdomna.

Wyprostowałam się i wyszłam spod jego parasola. Nerwy i tak już miałam napięte, ale teraz po prostu wpadłam w furię.

Przeniósł obleśne spojrzenie na moją twarz, a widząc gniewną minę, uśmiechnął się uspokajająco.

– Kupię ci coś ciepłego do jedzenia, skarbie.

– Nie, dzięki.

– Oboje wiemy, że tego potrzebujesz.

– Nie aż tak bardzo. Spadaj.

Spojrzał na mnie twardo i zbliżył się o krok.

– Ja się staram być miły, a ty jesteś niegrzeczna. Skarbie, potrzebujesz przyjaciela, jeśli chcesz przetrwać na ulicach Glasgow.

– Posłuchaj, gościu. Nawet gdybyś nie był oślizgłym kutafonem z wielkim piwnym bebechem, i tak nie dałabym ci się dotknąć, więc na twoim miejscu posłuchałabym dobrej rady i spadała stąd. A, i jeszcze słówko na przyszłość. Jeśli kiedykolwiek zobaczę, że zaczepiasz tu jakąś dziewczynę, to znam paru naprawdę groźnych facetów, którzy się z tobą rozprawią – skłamałam złowrogim tonem. – Zrozumiałeś?

Na dziobatej twarzy pojawił się gniew. Facet zrobił krok ku mnie, ale nagle jakaś silna męska dłoń chwyciła go za ramię i szorstko odepchnęła.

Kiedy zobaczyłam, kto wmieszał się w tę scenę, szalejąca we mnie furia wymieszała się z podejrzliwością i zwątpieniem. Był to ten nieznajomy, który co sobota przychodził słuchać moich piosenek. Stał teraz na tyle blisko, że dostrzegłam w jego ciemnych oczach prawdziwy gniew.

– Słyszałeś, co powiedziała. Spadaj stąd.

Ku mojej narastającej irytacji intruz, na którym moje groźby nie zrobiły najmniejszego wrażenia, skurczył się ze strachu pod spojrzeniem mojego wybawcy.

– Przepraszam, pomyłka – wymamrotał i oddalił się pośpiesznie, zasłaniając się parasolem niczym tarczą.

Tchórzliwy gnojek.

– Czego chcesz? – warknęłam do nieproszonego wybawcy.

Patrzył za oddalającym się obleśnym typem, a potem wolno przeniósł wzrok na mnie. Chociaż nadal miał gniewnie zaciśnięte szczęki, ciemne oczy złagodniały i przez chwilę nie mogłam się wyrwać spod ich uroku. Wszystko w tym człowieku było niczym wyryte w kamieniu. Twarde. Zimne. Jednak oczy, ciemnobrązowe, otoczone długimi czarnymi rzęsami, spoglądały ciepło. Kryło się w nich seksualne przyciąganie, niepasujące do charakteru ich właściciela.

Nagle odezwał się i sprawił, że czar jego spojrzenia prysnął.

– Idiotka – powiedział szorstkim, gniewnym tonem.

– Ojej, dziękuję – odrzekłam, zapominając o angielskim akcencie.

Odwróciłam się, żeby podnieść plecak.

– Jeśli nadal będziesz tak postępować, stanie ci się krzywda.

– Czy to groźba?

– Nie.

– Muszę już iść. – Próbowałam go wyminąć.

Tym razem to mnie chwycił za ramię.

Znów ogarnęły mnie gniew i strach. Spojrzałam groźnie, ignorując jego bliskość, zapach wody kolońskiej i żelu pod prysznic. Pachniał czystością i biło od niego ciepło. Pod tymi względami byłam jego przeciwieństwem. Zazdrościłam mu, a jednocześnie go nienawidziłam, zapominając na chwilę, że sama się skazałam na takie życie.

Nie musiałam nic mówić, bo sam cofnął rękę i podniósł ramiona w geście poddania.

– Już ci powiedziałem, że nie chodzi mi o seks. Chcę tylko porozmawiać. Postawię ci kolację.

Jak na zawołanie zaczęło mi burczeć w brzuchu i poczułam, że mój opór słabnie. Miałam wybór: iść spać mokra i głodna czy tylko mokra. Kuszące…

– Restauracje mają w toaletach suszarki do rąk. Mogłabyś tam wysuszyć kilka swoich rzeczy. – Nie dało się nie zauważyć, że wyglądam jak zmokła kura.

Cholera.

Wiedziałam, że ten facet czegoś ode mnie chce, tylko nie byłam pewna czego.

Teraz jednak najważniejsze wydawało mi się to, żeby coś zjeść i wyschnąć.

Dochodziła siedemnasta, była sobota. Wkrótce ulice śródmieścia zapełnią się bywalcami nocnych klubów, ale również policją. Tutaj ten facet nic nie mógł mi zrobić.

– Dobra. TGI Fridays – zadecydowałam.

W tej restauracji podawano sałatki i prawdziwe mięso, nie taki wysoko przetworzony chłam, którym się ostatnio żywiłam.

Na szczęście nie posłał mi triumfującego uśmiechu, pełnego samozadowolenia. Wskazał ręką w stronę restauracji.

– Idziemy – powiedział.

Ruszyłam przed siebie, on zrównał się ze mną, a ja poczułam się trochę skrępowana. Zerknęłam na niego z ukosa. Chyba nie złapał go deszcz, ponieważ ubranie miał suche. Gdzie więc się schował? Kiedy śpiewałam, nie widziałam go wśród słuchaczy.

To było dziwne.

– Może wezmę od ciebie plecak?

– Nie, dziękuję. – Nikt oprócz mnie nie miał prawa dotykać moich rzeczy.

Nic nie odpowiedział, tylko przyśpieszył kroku, żeby otworzyć przede mną drzwi do restauracji. Widząc to, niemal potknęłam się z wrażenia. Już dawno nikt nie otwierał przede mną drzwi.

Starałam się zignorować miły, ciepły dreszcz, jaki wywołał we mnie ten gest, tak samo jak starałam się udawać, że nie brakuje mi niczego z dawnego życia, zanim jeszcze stałam się niewidzialna.

Hostessa przy wejściu uniosła na mój widok brew, ale nie zdążyła nic powiedzieć, ponieważ nieznajomy natychmiast stanął obok mnie.

Zdałam sobie sprawę, że nie znam nawet jego imienia.

– Stolik dla dwóch osób – powiedział.

– Mają państwo rezerwację? – zapytała z uśmiechem.

– Nie.

Prychnęłam, słysząc jego opryskliwy ton. Prawdziwy czaruś.

Uśmiech hostessy nieco zbladł.

– Cóż, ma pan szczęście. Jest wolny stolik. Proszę za mną. – Wzięła dwa menu i poprowadziła nas przez pełną ludzi restaurację.

Zewsząd atakowały mnie zapachy przyprawiające o skurcz żołądka: burgery, sos barbecue, keczup, piwo. Wokół panował hałas: głośne rozmowy, śmiech, szczękanie noży i widelców, drażniący brzęk talerzy. Tyle dźwięków naraz wywoływało we mnie lekką klaustrofobię. Byłam przyzwyczajona do tłumów, ale na otwartej przestrzeni. Minęły chyba wieki, odkąd ostatnio siedziałam w zamkniętym pomieszczeniu, otoczona taką liczbą obcych ludzi.

Hostessa podprowadziła nas do małego stolika, przy którym nie było miejsca na moje rzeczy. Nieznajomy dotknął jej ramienia.

– Tamten boks – powiedział, wskazując stół odseparowany przepierzeniem, gdzie z łatwością mogły się zmieścić plecak i gitara. I my oboje.

– Jest zarezerwowany.

Wyciągnął rękę i dyskretnie wsunął banknot w jej dłoń. Zerknęła w dół na pieniądze i uśmiechnęła się szeroko.

– Proszę tędy.

Pierwsza wsunęłam się za stół, położyłam gitarę na podłodze u swoich stóp, a plecak wcisnęłam w róg boksu. Przez chwilę żałowałam, że nie postawiłam go obok siebie, gdzie służyłby za barierę między mną a nieznajomym. Za późno jednak przyszło mi to do głowy. Facet już siedział obok mnie.

Jego obecność zdawała się przytłaczać wszystko inne, tak samo jak w chwilach, kiedy stał wśród słuchających mojej muzyki. Siedział na tyle blisko, że czułam ciepło bijące od jego ciała, co zaczynało mnie irytować.

Starałam się niepostrzeżenie odsunąć, kiedy przeglądał menu, ale zauważył moje manewry i spojrzał na mnie pytająco.

Nie chciałam, żeby się domyślił, jak mnie deprymuje, więc zagłębiłam się w lekturze menu i natychmiast zrobiło mi się słabo z głodu. Miałam ochotę zamówić wszystko. Dosłownie wszystko.

Siedzieliśmy w ciszy, a ja nie umiałam nic wybrać z tego nadmiaru propozycji.

– Nie zamawiaj za dużo – odezwał się nagle. – Jesteś za chuda i domyślam się, że nie nawykłaś do dużych porcji. Możesz się pochorować.

Niestety miał rację, więc kiedy zjawił się kelner, zrezygnowana zamówiłam tylko porcję ryby, a nie skrzydełka z kurczaka, nadziewane łódki ziemniaczane, nachos i żeberka, na które również miałam ochotę. Ślina napływała mi do ust.

– Może chcesz się wysuszyć, zanim przyniosą zamówienie? – zapytał nieznajomy, kiedy kelner już odszedł.

Natychmiast przeniosłam wzrok na swoją drogą gitarę.

– Nie jestem złodziejem – burknął.

– A kim właściwie jesteś? Czego chcesz?

– Najpierw się wysusz.

Skinęłam głową, ale wychodząc z boksu, zarzuciłam plecak na ramię i wzięłam gitarę. Nie ufałam nikomu. Zrozumiał, o co mi chodzi, i patrzył na mnie niemal z rozbawieniem. Teraz jeszcze mocniej ssało mnie w żołądku i czułam jeszcze większą irytację, więc prawie na niego zawarczałam, zanim skierowałam się ku toaletom.

Panika wywołana groźbą głodu mnie opuściła i wreszcie zaczęłam myśleć jaśniej. Przypomniałam sobie, że mam w plecaku suche ubranie, które dziś rano uprałam w pralni samoobsługowej. To zadziwiające, co strach potrafi zrobić z człowiekiem. Jeszcze przed chwilą zupełnie o tym nie pamiętałam. Czując ulgę, chwyciłam plik papierowych ręczników i weszłam do kabiny. Zdjęłam mokre ubranie i osuszyłam się ręcznikami. Rozkoszując się dotykiem suchych ubrań, włożyłam świeżą bieliznę, dżinsy, skarpety, T-shirt i bluzę z kapturem. Zawinęłam mokre ciuchy w płaszcz przeciwdeszczowy. Nie chciałam wkładać ich do plecaka, żeby nie zamoczyły reszty moich skarpetek i bielizny oraz książek. Chociaż bez kapelusza czułam się naga, wsunęłam go do kieszeni plecaka.

Kiedy wróciłam na salę, umieściłam złożone mokre ubrania obok siebie na ławce, uważając, żeby bielizna nie leżała na widoku.

Unikając wzroku nieznajomego, sięgnęłam po zamówioną niskokaloryczną colę i napawałam się jej smakiem. W trasie potrzebowałam wiele energii, więc dobrze się odżywiałam i piłam dużo wody. Napoje gazowane były nieczęstym przysmakiem. Coli nie piłam od wielu miesięcy, więc teraz smakowała wspaniale.

– Przepraszam – usłyszałam głos swojego towarzysza i podniosłam wzrok. Gestem ręki wzywał przechodzącą kelnerkę. – Znajdzie pani może jakąś torbę?

– Torbę? – zdziwiła się.

– Tak. Papierową. Albo plastikową. Reklamówkę.

– Yyy… Zaraz sprawdzę.

Teraz z kolei ja spojrzałam na niego pytająco, ale nie zwrócił na to uwagi. Sączył wodę i rozglądał się po restauracji, jakby ta sytuacja nie była dziwna i niezręczna. Miał niewielki garbek na nosie, wysokie kości policzkowe, szczękę wyraźnie zarysowaną i kanciastą. Ogólnie rzecz biorąc, z profilu przypominał jastrzębia, był bardzo męski, surowy i onieśmielający. A ja czułam się jak ofiara, która w idiotyczny sposób dała się upolować.

Mimo wszystko miałam poczucie, że naprawdę nie ma wobec mnie seksualnych zamiarów.

Spojrzałam na niego śmiało, oczekując wyjaśnień.

Siedział niewzruszony i mnie ignorował, dopóki kelnerka nie przyniosła nam plastikowej torby.

– Czy taka wystarczy? – zapytała.

– Tak. Dziękuję – odparł.

Podał mi ją, patrząc na mnie tymi swoimi oczami, które bardziej pasowałyby do uroczego uwodziciela.

– Na twoje ubrania.

Aha.

To był miły gest, zupełnie niepasujący do reszty jego zachowania, więc moja podejrzliwość wzrosła. Wzięłam jednak torbę, włożyłam do niej mokre ciuchy i schowałam w niewidoczne miejsce.

– Czego ty, u diabła, chcesz? – zapytałam z rezygnacją.

– Najpierw jedzenie.

– Bo najedzona i zadowolona będę bardziej uległa i zrobię to, czego ode mnie chcesz, cokolwiek to jest?

Spojrzał na mnie, tym razem naprawdę. Kącik ust lekko mu drgnął.

– Właśnie tak.

– Wiesz, że prawdziwy złoczyńca nie zdradza swoich zamiarów?

– Nie jestem złoczyńcą.

– A kim?

– Najpierw…

– Wiem, wiem. Najpierw jedzenie – powiedziałam zrezygnowana.

Siedzieliśmy więc w ciszy, dopóki nie przyniesiono nam zamówionych dań. Kiedy poczułam zapach mojego okonia morskiego, głośno zaburczało mi w żołądku. Jakiś czas temu spaliłabym się ze wstydu. Teraz miałam to gdzieś. Obchodziła mnie tylko ta ryba na talerzu.

Zaczęłam jeść, z rozkoszy przymykając oczy.

Kiedy je otworzyłam, żeby nabrać na widelec trochę ziemniaczanego purée doprawionego masłem, poczułam na sobie wzrok mego towarzysza.

Zesztywniałam, widząc niepokój w jego oczach i czoło zmarszczone w zadumie. Jednak po chwili znów przybrał beznamiętną minę i wrócił do swojego burgera, jakbym nie istniała.

Rozkoszowałam się każdym kęsem tego posiłku, włącznie z zamówionym na deser wielkim kawałkiem czekoladowego ciasta na ciepło z lodami waniliowymi, polanego sosem czekoladowo-karmelowym.

Najedzona i usatysfakcjonowana poczułam zmęczenie i senność. Powieki same mi opadały.

Wiedziałam też, że nadszedł czas rozrachunku.

– A więc – zaczęłam, odsuwając od siebie pusty talerz deserowy. Z zaczepną miną usadowiłam się wygodniej za stołem. – Czego, do cholery, ode mnie chcesz?

W odpowiedzi sięgnął do portfela, wyjął służbową wizytówkę i mi ją podał.

Kiedy na nią spojrzałam, nie dowierzałam własnym oczom.

4

Killian O’Dea

dyrektor artystyczny

Skyscraper Records

100 Stobcross Road

Glasgow

07878568562

Zacisnęłam palce na eleganckiej wytłaczanej wizytówce i marszcząc brwi, spojrzałam na pana Killiana O’Dea. Był dyrektorem do spraw artystycznych. Kimś, kto wyszukiwał nowych artystów i decydował o repertuarze wytwórni fonograficznej.

– Pracujesz w wytwórni płytowej? – zapytałam.

Patrzył na mnie beznamiętnie.

– Jeśli mi nie wierzysz, dam ci swój telefon, żebyś nas sprawdziła w internecie. – Zanim zdążyłam odpowiedzieć, wyrecytował całą listę twórców, z którymi podpisali kontrakty. Rozpoznałam kilka nazwisk znanych brytyjskich artystów. – Jesteśmy jedyną szkocką firmą muzyczną, o której warto mówić, i wkrótce przyćmimy topowe przedsiębiorstwa z Anglii. Mamy oko do rozpoznawania świeżych talentów i sprawny zespół marketingowy, który wie, jak sprzedać nowych twórców młodemu pokoleniu „cyfrowych tubylców”. Dzięki temu przez ostatnie pięć lat wydaliśmy całkiem sporą liczbę bestselerowych albumów i zapewniliśmy kilku nowym wykonawcom światową karierę.

Kiedy o tym mówił, w jego oczach pojawił się błysk, jakieś światło, którego tam przedtem nie widziałam. Nie byłam pewna, czy wywołała je pasja, czy zimna ambicja. Co ważniejsze, nadal nie byłam pewna, czego ode mnie chce.

– Dlaczego mi to wszystko mówisz? – zapytałam.

O’Dea odwrócił się w moją stronę i wpatrywał we mnie z niepokojącą intensywnością.

– Nie tylko zapewniamy artystom sukces komercyjny, lecz także troskliwie się nimi zajmujemy. Masz dar. Czy myślisz, że zatrzymuję się przy każdym ulicznym grajku, żeby wysłuchać jego interpretacji piosenek Adele? Nie. Ty po raz pierwszy przyciągnęłaś moją uwagę, kiedy śpiewałaś własną piosenkę. Zainteresowałaś mnie. Chciałbym poznać więcej twoich utworów, a jeśli są tak dobre, jak się spodziewam, to chcę, żebyś stworzyła dla mnie cały album.

– Nie mam menedżera – skłamałam.

– Mogę ci w tym pomóc.

Oczywiście, byłam zadowolona, że ktoś docenia to, co robię, ale jeszcze silniejszy był strach przed tym, że ten facet do mnie podszedł i mógł mnie rozpoznać. Serce waliło mi jak młotem na myśl o jego propozycji. Miałam wrócić do dawnego życia. Wystarczyło kilka sekund, żeby wszystkie moje sekrety wyszły na jaw. Poczułam, że dłonie mi się pocą i przechodzi mnie zimny dreszcz. Sięgnęłam po swoje rzeczy.

– Dziękuję za propozycję, ale nie skorzystam.

– I to wszystko? – warknął i spojrzał na mnie gniewnie.

– Wszystkie moje piosenki już słyszałeś. Nie mam nic więcej.

– Nie wierzę ci.

Gniew wymieszał się ze strachem i policzki mi poczerwieniały.

– Nie obchodzi mnie, czy mi wierzysz. – Chciałam wyjść z boksu, ale chwycił mnie za łokieć.

Rzuciłam mu ostrzegawcze spojrzenie, ale mnie nie puścił.

– Kto odrzuca atrakcyjną propozycję, która może odmienić życie, żeby dalej tkwić na ulicy? Przecież to nie ma sensu.

Jego naiwność mnie rozśmieszyła.

– Wydaje ci się, że forsa i sława są takie wspaniałe, jak się powszechnie uważa? Takie życie jest jeszcze bardziej puste niż moje.

– Skąd możesz to wiedzieć?

– Puść mnie.

– Skąd to wiesz? – powtórzył.

– Wystarczy poczytać życiorysy sławnych ludzi. Ilu z nich było tak naprawdę szczęśliwych?

– Tak się składa, że znam kilka takich osób.

– Pewnie lecą na prochach.

– Jesteś okropnie cyniczna jak na młodą dziewczynę.

Uniosłam brew.

– Wydaje ci się, że jestem taka młoda? Jeśli szukasz nastoletniej tipsiary, która będzie w miniówce podskakiwać na scenie, to trafiłeś pod zły adres.

– Jeśli odniosłaś takie wrażenie, to znaczy, że nie słuchałaś ze zrozumieniem. A właściwie ile masz lat?

– Czy to gra w dwadzieścia pytań?

– Na razie zadałem jedno. Nie spytałem nawet, jak się nazywasz. Dlaczego unikasz odpowiedzi?

– Ponieważ jesteś obcym facetem, który postawił mi kolację, żeby coś ode mnie uzyskać. Być może nie to, czego pragnie większość mężczyzn, ale nadal jest to coś, czego nie zamierzam ci dać. Możesz sobie mówić, co chcesz, ale oboje wiemy, że masz mnie gdzieś. Chodzi ci tylko o pieniądze, a ja nie chcę ich dla ciebie zarabiać. Zapłacisz za kolację czy zmieniłeś zdanie?

Niechętnie puścił mój łokieć.

– Zapłacę.

Poczułam ulgę, ale nie dałam tego po sobie poznać. Trzęsąc się wewnętrznie, wyszłam z boksu i zarzuciłam plecak na ramiona.

– Masz rację – odezwał się.

Zatrzymałam się i czekałam, co jeszcze powie.

– Mam gdzieś, jak się nazywasz, ile masz lat i że jesteś bezdomna. Chodzi mi tylko o twój głos, twoje piosenki i o to, jak wiele płyt uda ci się sprzedać. – Wstał, wyjął z portfela plik banknotów i położył na stole.

Była to o wiele większa suma, niż wynosił rachunek za kolację. W jego ciemnych oczach dostrzegłam chłód rozczarowania i irytacji.

– Kiedy wreszcie się ogarniesz i przestaniesz chodzić z tą nieumytą głową w chmurach, zadzwoń do mnie.

Uraził moją dumę i wprawił mnie we wściekłość.

– Ty zarozumiały dupku! Dziś rano myłam głowę!

Podszedł do mnie i spojrzał z góry na moją fryzurę tak uważnie, że miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Kiedy nasze oczy w końcu się spotkały, on nadal patrzył twardo, a ja z gniewem.

– Pewnie gdzieś w publicznej łaźni. Niech zgadnę… Na basenie?

Ze wstydu poczerwieniały mi policzki. W tej chwili po prostu go nienawidziłam. Jak mógł tak ze mnie drwić?

– Co za człowiek zawstydza bezdomną osobę? – zapytałam.

– Staram się zawstydzić kogoś, kto nie musi być bezdomny, w przeciwieństwie do tysięcy innych nieszczęśników w tym kraju, którzy nie mają wyboru. Wydaje ci się, że z ciebie drwię? To ty codziennie drwisz z nich!

Wzdrygnęłam się.

– Gówno prawda.

– Czyżby? Oni nie mają wyboru. Ty masz.

– Nie mam.

– Przed chwilą dałem ci wybór. – Wcisnął mi w dłoń wizytówkę. – Zrobisz z nim, co zechcesz.

Zostawił mnie półprzytomną przy stoliku i wyszedł z TGI Fridays. Nogi miałam jak z waty, w głowie mi się kręciło. Nie chciałam przyznać, że to skutek jego ostrych słów. Opadłam bezwładnie na ławeczkę w boksie. Na pewno przyczyną były jedzenie i przeżycia minionego dnia. Na pewno.

Drżącymi palcami sięgnęłam po pieniądze, które zostawił na stole.

– Podać rachunek? – Głos kelnera sprawił, że w niespodziewanej panice zacisnęłam dłoń na banknotach.

Skinęłam głową i schowałam ręce pod stołem, żeby ukryć pieniądze. Kiedy dostałam rachunek, odliczyłam należną sumę razem z pokaźnym napiwkiem. Gdy zorientowałam się, ile mi zostało, poczułam łzy pod powiekami.

Ten drań dał mi dwieście funtów. Dla niektórych to niewielka suma, ale dla mnie oznaczała, że przez kilka tygodni nie będę musiała się martwić o to, czy zarobię coś graniem na ulicy.

Za ten życzliwy odruch nienawidziłam go jeszcze bardziej. Dlaczego dał mi pieniądze, skoro miał o mnie takie złe zdanie?

Chociaż bardzo się starałam, jadąc autobusem w stronę cmentarza, nie mogłam się pozbyć z pamięci jego głosu. Tej nocy, kiedy już ubrałam się ciepło do snu i schowałam pieniądze do schowka ukrytego w futerale od gitary, wyjęłam notatnik, którego nie używałam, odkąd przyjechałam do Szkocji.

Kiedy wszystko zawaliło mi się na głowę, uciekłam. Zostawiłam całe swoje życie i przez ponad rok jeździłam z plecakiem po Europie. Przez cały czas pisałam nowe utwory, muzykę zupełnie inną niż ta, którą grał nasz zespół. Nie chodziło mi o stworzenie nowego brzmienia czy przeboju. Nie chciałam powrotu do dawnego życia. Jednak muzyka zawsze była moim sposobem na wyrażenie samej siebie i tworzyłam piosenki w nadziei, że w jakiś sposób przyniosą mi ukojenie.

Tak się nie stało.

Wiedziałam, że jeśli nie pomoże mi muzyka, to nie pomoże już nic.

Przestałam więc pisać, kiedy dotarłam do Szkocji. Wydałam ostatnie pieniądze na tani lot z Paryża do Glasgow. I przez pięć miesięcy śpiewałam, ale niczego nie napisałam.

Moja wiza miała się wkrótce skończyć. Chociaż O’Dea zostawił mi trochę pieniędzy, nie wystarczą na długo. Nie będę miała za co wrócić do domu. Szczerze mówiąc, wcale nie chciałam tam wracać.

Patrząc na notes, na swój tekst, na piosenkę, która była zbyt osobista, żeby śpiewać ją na ulicy, poczułam pragnienie, którego od miesięcy nie doświadczyłam. Tutaj przede wszystkim starałam się zapomnieć, wyrzucić z myśli wszystko, co było złe, i udawać, że jestem kimś zupełnie innym. Chciałam jednak dokończyć to, co zaczęłam.

Znalazłam pióro i gorączkowo zaczęłam nanosić zmiany w tekście. Przerwałam, kiedy piosenka była w połowie gotowa, ponieważ chciałam usłyszeć, jak brzmi.

Otworzyłam futerał i wyjęłam z niego swojego taylora.

I zaśpiewałam.

Wtedy jeszcze nie wiedziałam,

Że nasze dusze to jedność.

I kiedy twoja gdzieś odpłynęła,

Moja rozpadła się na k…

Głos mi się załamał, zanim doszłam do końca pierwszej zwrotki. Położyłam się, obejmując gitarę. Porzucony notatnik leżał obok. Pierwszy raz od wielu miesięcy zasnęłam ze łzami na policzkach.

5

W lecie miasto ma charakterystyczny złożony zapach, który trudno opisać, dopóki nie rozłoży się go na elementy. Jednym z nich jest woń rozgrzanego asfaltu. Tutaj letnie temperatury nawet nie umywają się do tych w moich rodzinnych stronach, ale podczas nielicznych gorących dni budynki, ludzie i samochody potęgują upał, aż chodniki stają się tak rozgrzane, że wydzielają wyraźny zapach betonu.

Teraz, kiedy temperatura spadała, zaskoczona stwierdziłam, że zewsząd dochodzi mnie woń mokrego betonu, chociaż nie padało od wielu dni. Jesienią w Szkocji panuje wilgoć, nawet jeśli z ciężkich szarych chmur nie leją się strugi deszczu.

Tutejszy wilgotny chłód przenika aż do szpiku kości.

Kolejnej soboty Killian O’Dea nie zjawił się, żeby posłuchać mojego śpiewania. Chciałabym powiedzieć, że mnie to nie ruszyło, ale wiedziałam, że pieniądze, które mi dał, musiały być powiązane z jakimś zobowiązaniem. Wzięłam je w desperacji, ale to nie znaczyło, że jestem naiwna. Nie podarował mi ich z czystej dobroci. Nerwy miałam więc napięte. Czekałam. Chciałam znów stać się niewidzialna. A jednak szukałam go wzrokiem spod ronda kapelusza, a pod koniec dnia, kiedy się pakowałam, ogarnął mnie nieprzyjemny niepokój, jak dokuczliwe mrowienie w dłoniach i stopach.

Przyczyną tego uczucia nie był jednak Killian O’Dea. On jedynie dopomógł mu się rozwinąć. Wyzwolił moje emocje, które wyskoczyły niczym wąż na sprężynie z otwartego pudełka. Wyskoczyły nagle i chaotycznie, a ja nie wiedziałam, jak upchnąć je z powrotem. Zamiast tego zamiotłam je pod wyimaginowany dywan. Zniszczony, brudny dywan, który każdego dnia przypominał mi, co się pod nim kryje.

Do tego musiałam dodać coraz wyraźniejszy strach przed zbliżającą się zimą.

Odczułam go wyraźnie następnego wieczoru.

W poniedziałek, po niespokojnie przespanej nocy, kiedy musiałam obejmować się ramionami, żeby nie szczękać zębami z zimna, czułam się fatalnie. Chociaż nadal miałam pieniądze od Killiana O’Dea, byłam głodna. Chciałam, żeby ta suma wystarczyła mi na tak długo, jak się dało, więc jadłam tanio i nieregularnie. W rezultacie przyzwyczaiłam się do porannego bólu i głodowych skurczów żołądka. Jednak tego ranka zawroty głowy wywołane brakiem snu i przenikliwym zimnem po prostu mnie dobijały.

Mimo niskiej temperatury słońce świeciło jasno. Powoli składałam namiot, słuchając śpiewu ptaków w gałęziach drzew. Zwykle uwielbiałam ten dźwięk, ale dzisiaj po prostu mnie irytował i wywoływał zazdrość. Te cholerne ptaszyska były takie szczęśliwe, podczas gdy ja spadłam na dno rozpaczy.

Musiałam się jakoś rozgrzać, więc poszłam na basen i wzięłam gorący prysznic. Czując się tylko trochę lepiej, zaczęłam się ubierać. Wtedy zauważyłam w plecaku tampony i na moment zamarłam w bezruchu.

Puls mi przyśpieszył, kiedy starałam się skalkulować daty.

Co, do cho…

Ubrałam się szybko, wzięłam się w garść i w drodze do wyjścia zatrzymałam się przy recepcji, żeby odebrać gitarę.

– Dzięki. Który dzisiaj? – zapytałam.

– Dwudziesty czwarty.

Cholera.

Miesiączka spóźniała mi się o miesiąc. Jak to możliwe, że tego nie zauważyłam?

Poczułam, że zaczyna mnie mdlić ze zdenerwowania, ale nie dałam nic po sobie poznać.

– Czy jest tu gdzieś waga, z której mogłabym skorzystać?

– Waga stoi w szatni, w głębi sali po prawej, przy ostatnim rzędzie szafek.

Skinęłam w podziękowaniu głową i szybko wróciłam do szatni. Czułam, jak przyśpiesza mi tętno. Na szczęście o tak wczesnej porze nie było tu ruchu. Odstawiłam swoje rzeczy, zdjęłam buty i weszłam na wagę.

Chociaż byłam średniego wzrostu, metr sześćdziesiąt osiem, zawsze wydawałam się drobniejsza, ponieważ mam wąskie ramiona, szczupłą talię i niewielki biust. Gdyby nie pełniejsze biodra i pośladki, czułabym się jak mała dziewczynka.

Teraz biodra i pośladki zaczęły chudnąć. Nadal jeszcze były widoczne, ale wyglądało na to, że niedługo znikną.

Moja waga nie była taka zła, jak się obawiałam. Nie znałam się na medycynie, ale uznałam, że nie mam ryzykownej niedowagi. A jednak miesiączka się zatrzymała.

Skoro nie chodziło o wagę – chociaż nie byłam tego całkiem pewna – to może zawiniło niedożywienie? Może to anemia? Albo zbyt dużo chodzenia? Nie wiedziałam.

Wiedziałam tylko tyle, że jeśli nie dostaję okresu, to dzieje się coś złego.

Niespodziewanie, zanim zdołałam się opanować, zaszlochałam głośno i spazmatycznie. Chwyciłam swoje rzeczy i poszukałam schronienia w kabinie przebieralni. Zasłoniłam dłonią usta, żeby zagłuszyć własny głos.

Nagle przed oczami stanęli mi Mandy i Ham, oboje wychudzeni, zapuszczeni, wyraźnie niedbający o siebie. Myślałam, że jestem lepsza od nich, że bezdomność nie ma wpływu na stan mojego zdrowia.

Najwyraźniej było inaczej.

Dlaczego wyrządzałam sobie taką krzywdę?

Powinnam z tym skończyć.

Ale jak?

Nie mogłam wrócić. Nie mogłam, nie mogłam, po prostu nie mogłam…

Musiał być jakiś sposób, żeby prowadzić taki tryb życia, ale bez szkody dla siebie. Bo czyż to nie było to, czego pragnęłam? Chciałam przecież martwić się o najprostsze, najbardziej przyziemne sprawy, związane z przetrwaniem.

Na tę myśl roześmiałam się gorzko. O’Dea się nie mylił. Chodziłam z głową w chmurach. Nie byłam zdolna do trzeźwego myślenia. I okazało się, że w rzeczywistości bezdomność jest przerażająca, kiedy zdrowie zaczyna się psuć.

Cholera.

Zabrało mi to dłuższą chwilę, ale w końcu doszłam do siebie i zebrałam swoje rzeczy, starając się nie zwracać uwagi na to, jak krucho wyglądają moje nadgarstki. Wszystkie kostki były teraz bardziej widoczne. Kiedy wsunęłam dłoń do kieszeni płaszcza przeciwdeszczowego, żeby się upewnić, że drobne, które tam włożyłam, nigdzie nie wypadły, pod palcami wyczułam jakiś sztywny kartonik. Wyjęłam go nieco zdziwiona.

Killian O’Dea

dyrektor artystyczny

Skyscraper Records

100 Stobcross Road

Glasgow

07878568562

Służbowa wizytówka zdawała się patrzeć na mnie gniewnie, jak to robił jej właściciel.

– Oni nie mają wyboru. Ty masz.

– Nie mam.

– Przed chwilą dałem ci wybór.

Zrobiłam drżący wydech i zamiast zgnieść i wyrzucić wizytówkę, rozpięłam bluzę, rozsunęłam suwak wewnętrznej kieszeni i wsunęłam kartonik w to bezpieczne miejsce.

Nawet nie chciałam analizować, dlaczego tak postąpiłam.

Tego dnia pogoda mnie zaskoczyła. Jak to możliwe, że noc była taka chłodna, a dzień wstał piękny, ciepły i rozświetlony wrześniowym słońcem – nie wiedziałam. Miałam tylko nadzieję, że ciepło wniknie w ziemię i najbliższej nocy już tak nie zmarznę.

Nie pozwoliłam, żeby troska o zdrowie wpłynęła na jakość mojego występu na Buchanan Street. Ponieważ był to dzień powszedni, byłam jedyną artystką w okolicy. Pogoda, piękna jak na tę porę roku, sprawiła, że ci, którzy nie pracowali, wylegli na ulice, a pracujący szukali słońca podczas przerwy na lunch. Chcąc złagodzić ich tęsknotę za latem, zaśpiewałam własną energiczną interpretację Rockaway Beach The Ramones. Wyraźnie przypadła ludziom do gustu i szybko przybyło monet w futerale na gitarę. Po The Ramones zaśpiewałam Summertime Elli Fitzgerald, a potem wszystkie piosenki związane z latem, jakie tylko sobie przypomniałam.

Zarobiłam więcej kasy niż w przeciętną sobotę.

Wykonywałam piosenkę za piosenką, ale nie mogłam nie zauważyć dwóch chłopaków, którzy nie ruszali się z miejsca. Ludzie przystawali wokół mnie, a potem odchodzili, ale ci dwaj tkwili w zmieniającej się grupce słuchaczy. Było w nich coś, co przyprawiało mnie o ciarki. Wydawali się jacyś nieobecni, jakby nie stali tam po to, żeby słuchać mojego śpiewania. Nie potrafiłam tego rozszyfrować, ale Ham kiedyś mnie ostrzegł, żebym po szczególnie udanym dniu miała oczy dookoła głowy. Wystarczyło zerknąć do futerału, żeby zobaczyć, ile pieniędzy udało mi się zebrać.

Po Cruel Summer zrobiłam sobie przerwę. Przede wszystkim schowałam banknoty i monety. Dno futerału można było otworzyć i ukryć pieniądze. Zatrzasnęłam je z powrotem i w ten sposób usunęłam gotówkę poza zasięg wzroku gapiów. Nie oddalając się, przewiesiłam gitarę przez ramię i pociągnęłam bardzo mi potrzebny łyk wody.

Poczułam, że się zbliżają, zanim jeszcze ich stopy pojawiły się na fragmencie chodnika, który widziałam spod ronda kapelusza. Zdenerwowana podniosłam głowę i zobaczyłam przed sobą dwóch młodych chłopaków. Obaj mieli na sobie spodnie dresowe, T-shirty i czapki bejsbolowe z daszkami zasłaniającymi twarze.

Złe przeczucie zjeżyło mi włoski na karku.

– To jest taylor? – zapytał wyższy i ruchem głowy wskazał gitarę.

Jego pytanie mnie zaskoczyło.

– Znasz się na gitarach? – zapytałam.

– Ojciec się nimi interesuje. Twoja nieźle wygląda.

Poczułam szybko rosnące napięcie. Gitara była bardzo droga.

– Dzięki. – Odwróciłam się, dając do zrozumienia, że chcę, by odeszli.

– To chyba typ o nazwie Dreadnought?

Miałam Presentation. Nie chciałam jednak, żeby się tego dowiedział, więc skłamałam.

– Rzeczywiście znasz się na rzeczy.

– Ojciec marzy o Cocobolo, ale stać go tylko na model Harley Benton. Ciągle powtarza, że kiedyś kupi sobie Cocobolo. Tylko nie gra tak dobrze jak ty.

– Nie mów mu tego – prychnął jego towarzysz.

Roześmiali się chórem, a ja zaczęłam się zastanawiać, czy nie jestem przesadnie podejrzliwa.

– Cocobolo to fajna gitara – stwierdziłam, patrząc na nich.

– No – potwierdził, wpatrując się w mojego taylora. Nagle kolega szturchnął go łokciem, a on wzruszył ramionami. – Dobra. Musimy już iść. Chcieliśmy ci tylko powiedzieć, że jesteś dobra.

– To miłe, dzięki.

Pomachali mi na pożegnanie i wolno odeszli. Gdy zniknęli w tłumie, spodziewałam się, że wraz z ich odejściem opuści mnie napięcie, ale w tym spotkaniu było coś niepokojącego. Ten, który mówił najwięcej, szacował mnie wzrokiem w dość niepokojący sposób.

Instynkt podpowiadał mi, że powinnam się spakować i odejść. Zarobiłam wystarczająco dużo pieniędzy. Dodałam do nich te, które dostałam od O’Dea, i doszłam do wniosku, że czas już zamienić płaszcz przeciwdeszczowy na zimową kurtkę.

Zebrałam swoje rzeczy i odwiedziłam kilka tańszych sklepów z ciuchami. W większości z nich trwały wyprzedaże letnich rzeczy, co było zupełnie naturalne, ale w końcu znalazłam przecenioną o połowę kurtkę, która była modna rok temu. Chwilę się wahałam, zanim za nią zapłaciłam, ponieważ musiałam wydać sporą część posiadanej gotówki, ale zaraz przypomniałam sobie, jak okropna okazała się miniona noc.

Potrzebowałam zimowego okrycia i warto było się w nie zaopatrzyć, dopóki miałam pieniądze. Dorzuciłam jeszcze tanią ciepłą czapkę, szalik i rękawiczki.

Potem pozwoliłam sobie na małe szaleństwo i kupiłam sałatkę z kurczakiem. Miałam już dość śmieciowego jedzenia. Uzupełniłam też zapas wody w plecaku. Korzystając z pięknej pogody, poszłam do parku Glasgow Green, odległego od Buchanan Street o dwadzieścia minut piechotą. Rozłożyłam na trawie płaszcz przeciwdeszczowy, usiadłam i jedząc sałatkę, czytałam powieść, którą kupiłam w taniej księgarni za pięćdziesiąt pensów.

Dzięki temu zapomniałam o poranku.

Znów czułam się normalnie.

I zdałam sobie sprawę, że chociaż chciałam zniknąć, to jednak od czasu do czasu potrzebowałam poczuć się jak normalny człowiek.

Nastał pogodny wieczór, więc postanowiłam iść na cmentarz piechotą. Szłam w kierunku północnym, a wysokie budynki centrum niknęły w oddali. Maszerowałam chodnikiem wzdłuż ruchliwej jezdni, a wokół powoli zapadał zmrok. Na cmentarz wiodła prosta droga.

Kiedy przeskakiwałam przez bramę, było już ciemno. Stopy w ciężkich butach miałam spuchnięte po ciepłym dniu, który nagle stał się o wiele chłodniejszy. Zerknęłam na torbę z zimową kurtką, zadowolona, że ją kupiłam i będę mogła dziś w niej spać.

Ruszyłam pod górę, do swojej kępy drzew, i nagle wydało mi się, że słyszę jakiś szept. Uznałam jednak, że to szelest opadłych liści na ścieżce.

Usłyszałam go jednak jeszcze raz i zamarłam w bezruchu, jak jeleń, który wyczuł myśliwego. Krew zaszumiała mi w uszach, wytężyłam słuch i starałam się coś wypatrzyć na pogrążonym w ciemności cmentarzu. Blask księżyca oświetlał tylko najbliższą okolicę. Dalej panowała głęboka, niepokojąca ciemność. Poświeciłam wokół latarką, ale nie dostrzegłam niczego niezwykłego.

Mimo to pierwszy raz, odkąd urządziłam sobie tutaj dom, poczułam, że ogarnia mnie strach.

Z bijącym sercem poszłam dalej w kierunku zagajnika, pocieszając się, że ten szept był wytworem mojej wyobraźni.

Zrzuciłam z ramion plecak i wyjęłam namiot. Jednak kiedy zaczęłam go rozbijać, wyraźnie usłyszałam głuchy odgłos kroków. Błyskawicznie wstałam i się odwróciłam. Zobaczyłam przed sobą widzianych wcześniej dwóch młodych mężczyzn i skamieniałam z przerażenia.

Śledzili mnie.

Poczułam ucisk w piersi, oddech stał się krótki i płytki, a przez głowę przemknęły mi wszystkie możliwe najgorsze scenariusze. Dlaczego tu za mną przyszli? Choć byłam śmiertelnie wystraszona, za nic nie chciałam się z tym zdradzić.

– Czego, do cholery, chcecie? – spytałam gniewnie, unosząc głowę.

– Gitary – odrzekł natychmiast wyższy z nich. – Wiemy, że jest warta kilka tauzenów.

Mylili się. Mój taylor nie tylko był z serii Presentation, lecz także został wykonany specjalnie dla mnie. Formalnie jego wartość wynosiła prawie dziesięć tysięcy dolarów, ale na aukcji dla fanów osiągnąłby o wiele wyższą cenę.

Futerał na gitarę leżał za mną na trawie, kryjąc nie tylko mojego taylora, lecz także pieniądze, które dla bezpieczeństwa tam schowałam. Perspektywa utraty gitary i pieniędzy sprawiła, że przestałam się trząść ze strachu i poczułam przypływ siły. Stanęłam obok futerału, zasłaniając go przed nimi.

– Chłopaki, idźcie do domu. Nie narażajcie się na kłopoty.

Wyższy uśmiechnął się tak wrednie, że krew zaczęła mi szybciej płynąć w żyłach.