Wydawca: Czarna Owca Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 143 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Z cienia - Juan José Millás

Ktoś, kto kontroluje ruchy świata, ukrywa się w miejscu, na które nikt nie zwraca uwagi.

Damián czuje się zagubiony po utracie pracy. Pewnego dnia dokonuje drobnej kradzieży na targu staroci i ukrywa się przed ścigającym go ochroniarzem w starej szafie. Nim zdąży ją opuścić, mebel zostanie sprzedany i przetransportowany do domu na przedmieściach Madrytu, w którym mieszka Lucía, Fede i ich córka.

Damián postanawia pozostać w szafie i z ukrycia obserwować rodzinę. Stopniowo poznaje  rytm życia swoich „gospodarzy”, ich problemy i tajemnice. Staje się kimś w rodzaju niewidzialnego anioła stróża Lucíi, a odgadując jej obawy i marzenia, czuje się w końcu doceniony i odnajduje sens w życiu.

Opinie o ebooku Z cienia - Juan José Millás

Fragment ebooka Z cienia - Juan José Millás

CZĘŚĆ PIERWSZA

1

Sergio O’Kane zapytał Damiána Loba, z jaką rybą się utożsamia.

– Z rekinem, a może – z sardynką…?

– Na pewno nie jestem rekinem – odpowiedział Lobo. – Brakuje mi charakterystycznej dla tych ryb zadziorności, jestem osobą raczej niepewną siebie. Jednak z sardynką też nie. Sam nie wiem… może z mureną?

– Dlaczego z mureną?

– Jest samotniczką, wtapia się w otoczenie i żyje w morzach tropikalnych, a ja należę do zmarzlaków.

Sergio O’Kane nie istniał; był wytworem wyobraźni, którym posługiwał się Damián Lobo, żeby rozmawiać z samym sobą. Damián opowiadał o tym, co się działo w jego życiu – zazwyczaj w czasie rzeczywistym – jakby udzielał O’Kane’owi w myślach wywiadu trwającego od rana do wieczora. Ich rozmowy, w wyobraźni Loba, transmitowane były przez telewizję o zasięgu światowym z tłumaczeniem symultanicznym w krajach, gdzie nie mówiono po hiszpańsku. A sam program nadawany był na żywo z publicznością obecną w studiu i cieszył się niebywałą oglądalnością.

Początkowo O’Kane był jedynie wewnętrznym głosem bez twarzy czy życiorysu. Z upływem lat Damián Lobo wyposażył go jednak w aparycję i lakoniczną biografię: urodzony w Madrycie, syn amerykańskiego dyplomaty (stąd jego obco brzmiące nazwisko). Wiek: około czterdziestu pięciu lat, rasa: aryjska, wzrost: metr osiemdziesiąt, budowa: szczupła, choć z widocznym zarysem niewielkiego brzuszka poniżej płaskiej klatki piersiowej. Ubierał się zawsze w ciemne garnitury, białe koszule, do których dobierał dość oryginalne krawaty, doczepiane do koszuli złotą szpilką. Wstając, zapinał marynarkę na środkowy guzik i rozpinał ją, siadając z wystudiowaną naturalnością, której elegancja budziła w Damiánie fascynację.

Uwagę przyciągały jego wyjątkowo zażółcone oczy i usta o nad wyraz mięsistych wargach, które przy uśmiechu odsłaniały dwa rzędy gęsto ułożonych zębów, dających efekt, jakby miał ich za dużo. Nos, prosty i proporcjonalny, w tym zestawieniu przechodził niezauważalny. Gładkie i szerokie czoło rozciągało się aż po głębokie zakola, które O’Kane eksponował bez cienia wstydu, zaczesując włosy do tyłu.

– Od czasu zwolnienia wciąż pozostaje pan bezrobotny. Przypomnijmy, że wyrzucono pana bezceremonialnie ponad dwa miesiące temu z przedsiębiorstwa, w którym pracował pan przez dwadzieścia pięć lat – stwierdził O’Kane.

– Zacząłem, mając osiemnaście – podkreślił Damián.

– To musiało być dla pana trudne. Niech nam pan powie, co pan sądzi o bezdusznym kapitalizmie?

Damián Lobo przez chwilę zamyślił się i odpowiedział, że czuje się w kapitalizmie jak ryba w wodzie.

– Chociaż go nie rozumiem – dodał. – Podobnie jak ośmiornica nie potrzebuje rozumieć oceanu, żeby w nim żyć.

– Posługując się tą wodną metaforą, panie Lobo, z jaką rybą utożsamia się pan najbardziej? Z rekinem, a może – z sardynką…?

– Na pewno nie jestem rekinem – odpowiedział Lobo. – Brakuje mi charakterystycznej dla tych ryb zadziorności, jestem osobą raczej niepewną siebie. Jednak z sardynką też nie. Sam nie wiem… może z mureną?

Widzowie w studiu wybuchli śmiechem. Często śmiali się z wypowiedzi Damiána, nawet tych niekoniecznie zabawnych. Skoro jednak on wyobrażał sobie, że się śmieją, to się śmiali – nie mieli wyjścia.

W chwili kiedy w umyśle Damiána rozmowa z O’Kane’em trwała w najlepsze, on sam podniósł do ust kubek herbaty, jeszcze zbyt gorącej, żeby się jej napić. Siedział na jednym końcu baru w wąskiej i ciemnej kawiarni, z dala od innych klientów, niczym murena ukrywająca się w szczelinie dna morskiego. Zjadł obiad w domu swojego ojca i siostry, mieszkających w dzielnicy Arturo Soria, i postanowił trochę się przejść, zanim wsiądzie do metra i wróci do swojego mieszkania.

Aluzja O’Kane’a do bezdusznego kapitalizmu przywiodła Damiánowi na myśl pewne rodzinne spotkanie, o którym zaczął opowiadać wyimaginowanemu prezenterowi, czekając, aż herbata ostygnie.

– Moja starsza siostra jest Chinką i mieszka z moim ojcem – powiedział.

– Dlaczego? – zapytał O’Kane.

– Dlaczego mieszka z ojcem?

– Nie, dlaczego jest Chinką?

– Ach, rodzice adoptowali ją, kiedy była niemowlęciem, ponieważ nie mogli mieć własnych dzieci. Jednak dwa lata później moja matka zaszła nieoczekiwanie w ciążę i tak pojawiłem się na świecie.

– Nie był pan więc wyczekiwanym dzieckiem? – domyślił się O’Kane.

– Zgadza się, raczej się mnie nie spodziewali.

Publiczność w studiu milczała wyczekująco. Słupki oglądalności z pewnością poszybowały w górę. Damián Lobo i Sergio O’Kane wyczuli to i zachowywali się tak, jak zazwyczaj w takich sytuacjach: showman pozwolił, żeby kamera zrobiła zbliżenie na jego zażółcone oczy, w których widoczne były błyski przypominające burze słoneczne, po czym gestem zachęcił gościa do kontynuowania opowieści.

– Jak już wspomniałem – ciągnął Damián Lobo po chwili milczenia, koniecznej do podniesienia napięcia – moja siostra jest starsza ode mnie o dwa lata, więc kiedy ja miałem czternaście, ona skończyła szesnaście i była jak na swój wiek, i jak na Chinkę – bardzo rozwinięta.

W tym momencie wśród publiczności dało się słyszeć szmer, który zazwyczaj poprzedzał chichoty, a przynajmniej – uśmiechy. Damián Lobo zauważył aprobatę w spojrzeniu Sergia O’Kane’a i błyskawicznie zrozumiał, w którym kierunku powinien poprowadzić swoją opowieść.

– Niech pan więc sobie wyobrazi mnie, nastolatka, i ją, w pełnym rozkwicie… Wychodziła z łazienki owinięta ręcznikiem albo przechodziła przez salon w samej bieliźnie…

– Nie niepokoił pana fakt, że to była pańska siostra? – wtrącił Sergio O’Kane, tłumiąc pojedyncze parsknięcia widzów.

– Zgoda, oficjalnie była moją siostrą, ale ani nie wyszła z łona mojej matki, ani plemniki mojego ojca nie brały udziału w jej poczęciu. Co więcej, różniliśmy się zarówno rasą, jak i pochodzeniem. W związku z tym uważam, że uznanie moich czy jej pragnień za kazirodcze, byłoby z gruntu błędne.

– Ona również czuła do pana pociąg?

– Nie wiem, czy czuła pociąg, ale kiedy jeszcze byłem bardzo mały, zaczęła zabawiać się moim penisem.

Tym razem publiczność nie wytrzymała i wybuchła śmiechem, którego prezenter nie przerwał. Tymczasem Damián zachował kamienną twarz, jak zawsze, kiedy widzowie się śmiali. Wiedział, że powaga zwiększała wrażenie komizmu jego występów. W tej chwili, pomyślał, z pewnością program zyskał dużą oglądalność.

– Zaczęła zabawiać się pana penisem… – powtórzył po chwili Sergio O’Kane.

– Tak, odkąd sięgam pamięcią, prosiła, żebym opuścił spodnie, by się nim pobawić. Czasami przychodziła do mojego pokoju i sama zdejmowała ze mnie piżamę. Chwytała mojego penisa, poruszała nim w różne strony, ściskała w dłoniach, wkładała do ust…

Salwy śmiechu ponownie przerwały Damiánowi w pół słowa, więc zamilkł, tym razem dodając do poważnego wyrazu twarzy dobrze przećwiczone zdziwienie, jakby nie rozumiał, dlaczego ludzie się śmieją.

Kiedy rozbawionemu również Sergiowi O’Kane’owi udało się uciszyć widownię, Damián Lobo kontynuował:

– Chciała wchodzić ze mną do ubikacji, żeby przytrzymywać mi go podczas siusiania. Miała na jego punkcie prawdziwą obsesję.

– Co na to pańscy rodzice?

– Nie mieli o niczym pojęcia. Ona doskonale wiedziała, jak ukrywać swoją fiksację i nasze igraszki.

– A pan, co pan o tym sądził?

– Nic, te zabawy rozpoczęły się, kiedy byłem bardzo mały, więc stanowiły normalny element mojego życia.

– I nigdy ich nie zaniechaliście?

– Nigdy. Oczywiście z upływem czasu zmieniały się ich konsekwencje.

Publiczność nieprzerwanie zanosiła się śmiechem, starając się jednak nie uronić ani jednego słowa wypowiadanego przez gościa programu.

– Dlaczego pan mi o tym wszystkim opowiada? – zapytał O’Kane.

– Ponieważ pańska aluzja do bezdusznego kapitalizmu przypomniała mi, że jadłem dzisiaj obiad z ojcem i siostrą.

– I?

– Od pewnej chwili – nie pamiętam, ile miałem wtedy lat, może dwanaście, a może czternaście – moja chińska siostra, która nomen omen ma na imię Desiré, zaczęła nazywać mój członek „penisem z duszą”.

Tym razem to prezenter pierwszy wybuchł śmiechem, by po chwili w jego ślady poszli rozbawieni widzowie. Damián pozostał jednak niewzruszony. Z lekkim zmieszaniem rozejrzał się po studiu, jakby chciał zapytać, co się działo z ludźmi, którzy stali za kamerami.

– To znaczy, że pański penis – stwierdził O’Kane, próbując złapać oddech – ma duszę. W przeciwieństwie do czego?

Damián Lobo zawahał się, po czym powiedział:

– Chyba do członka mojego ojca, a może – generalnie do penisów innych mężczyzn.

Dramatyczny ton, z jakim wypowiedział to zdanie, spowodował, że na widowni zapadła cisza porównywalna intensywnością do tej, z jaką wcześniej ta sama widownia wpadła w ekstatyczny śmiech.

– Nie poproszę pana, żeby pan go nam pokazał – zareagował w końcu O’Kane, próbując rozluźnić atmosferę. – Jednak pański penis musi mieć w sobie coś wyjątkowego, skoro pańska siostra przypisuje mu posiadanie duszy.

– Wygląda na dobrego człowieka.

– Pańska siostra?

– Nie, mój penis.

Z widowni znów dobiegły salwy śmiechu, a na twarzy O’Kane’a pojawił się wyraz ulgi, jakby powrócił na znany sobie teren.

– Proszę wybaczyć te śmiechy – powiedział showman, kiedy widzowie ucichli – ale nigdy wcześniej ani ja, ani publiczność nie słyszeliśmy o penisach z duszą.

Wywiad, pomyślał Damián, z pewnością odniósł sukces. Dotarł jednak do punktu kulminacyjnego trudnego do przebicia, więc gość programu postanowił zręcznie zmienić temat, by rozładować napięcie.

– Gdyby mój ojciec oglądał ten program, spaliłby się ze wstydu – stwierdził.

– Dlaczego? – zapytał O’Kane.

– On nienawidzi szmatławej telewizji. Ogląda tylko Canal Plus, którego jest abonentem od początku jego istnienia.

– Według niego program, w którym obaj występujemy, należy do telewizji bezwartościowej?

– Na pewno, biorąc pod uwagę tematy, które poruszamy, i lekkość, z jaką do nich podchodzimy.

– Niech nam pan powie coś więcej o swoim ojcu.

– Jest wykładowcą uniwersyteckim i cenionym krytykiem filmowym. Intelektualistą. W jego domu pełno jest książek, których bałem się w dzieciństwie.

– Dlaczego?

– Bo za każdym razem, kiedy je mijałem, błagały, żebym je przeczytał.

– To jakaś metafora?

– Nie, nie, naprawdę słyszałem ich głosy, kiedy do mnie szeptały: „Przeczytaj mnie, proszę”. To mój ojciec chował się za regałem i zmienionym głosem mówił: „Przeczytaj mnie, proszę, przeczytaj” i zdanie to utkwiło w moim umyśle tak mocno, że słyszę je za każdym razem, kiedy przechodzę obok jakiejś książki.

– Czy jakieś książki wzbudzały w panu większy strach od innych?

– Na ogół starałem się unikać regału z dziewiętnastowieczną literaturą rosyjską. Te książki prosiły „przeczytaj mnie” zachrypniętymi, przepełnionymi lękiem głosami.

– Przeczytał je pan?

– Nigdy. Czytam tylko książki użytkownika i instrukcje obsługi.

– Obsługi czego?

– Wszystkiego, na przykład sprzętu AGD i ogólnie wszelkich maszyn. Uwielbiam też opisy zasad gier planszowych.

W tym momencie, wykorzystując reakcję publiczności na odpowiedź gościa, Sergio O’Kane ogłosił krótką przerwę reklamową, a Damián Lobo znalazł się ponownie przy barze w kawiarni, gdzie herbata wystygła już na tyle, że mógł się jej napić. Zaczął sobie wyobrażać, co następnego ranka krytycy telewizyjni napiszą o programie w gazetach na całym świecie. Może – jak zdarzało się to już przy innych okazjach – poza kolumnami tematycznymi, trafi także na pierwsze strony. „Przeczytaj mnie, proszę” – mogło być doskonałym nagłówkiem przyciągającym uwagę czytelnika.

Damián dopijał herbatę, kiedy skończył się blok reklamowy, więc przeniósł się w myślach z powrotem do programu, żeby kontynuować swoją opowieść. Oznajmił, że po rodzinnym obiedzie ojciec zapadł w drzemkę, oglądając w Canal Plus wywiad Iñakiego Gabilonda ze znanym reżyserem filmowym.

– Mój ojciec uwielbia Iñakiego Gabilonda – powiedział – ponieważ…

– Rozumiem – przerwał mu O’Kane, jakby był zazdrosny o znanego dziennikarza. – Nie wiemy jeszcze nic o pana matce.

– Moja matka była niczym dodatek do mojego ojca – w każdym razie ja tak to widziałem. Ojciec był dla niej tym samym, co dla niego Iñaki Gabilondo. Zmarła dziesięć, dwanaście lat temu. Uczyła chemii w państwowym liceum i chyba była dobrą nauczycielką, ale po powrocie do domu wtapiała się w mojego ojca i nie było szansy, żeby ją z niego wyodrębnić. Wydaje mi się, że umarła, bo on tak chciał, żeby móc zostać samemu z moją chińską siostrą.

– Twierdzi pan, że pański ojciec chciał zostać sam z pańską siostrą?

– Tak, ale wolałbym o tym nie rozmawiać.

Chcąc załagodzić rozczarowanie malujące się na twarzach showmana i publiczności, Damián Lobo opowiedział, że tego dnia, podczas gdy ojciec drzemał przed telewizorem, on i jego chińska siostra poszli do jej pokoju.

– Żeby pobawić się penisem z duszą? – zapytał O’Kane z ironią.

– Zgadza się – odpowiedział Damián i ku uciesze publiczności zaczął się rozwodzić na temat praktyk seksualnych, którym rodzeństwo oddało się po rodzinnym obiedzie.

Kiedy przeszedł do dość szczegółowego opisu sromu i pochwy swojej chińskiej siostry, O’Kane z pewnością usłyszał w słuchawce polecenie wydawcy, by możliwe szybko przejść do innego tematu, bo nagle zapytał:

– Czym się zajmowało przedsiębiorstwo, w którym pan pracował?

– Produkcją maszyn i urządzeń. Byłem szefem działu konserwacji – odpowiedział Damián.

– To znaczy, że zajmował się pan gniazdkami elektrycznymi, hydrauliką i tak dalej?

– Jak widzę, ma pan mizerne pojęcie o tej pracy, panie O’Kane. Aby zostać kierownikiem działu konserwacji, szczególnie w obecnych czasach, wymagany jest bardzo wysoki poziom wiedzy technicznej.

– Jakie ma pan wykształcenie?

– Pracę w firmie zacząłem w młodym wieku jako praktykant, ponieważ ku rozczarowaniu mojego ojca skończyłem technikum elektryczne i byłem bardzo uzdolniony manualnie. Zawodu wyuczyłem się dzięki codziennej praktyce, a zarządzałem młodymi inżynierami, którzy mieli dużą wiedzę teoretyczną, ale nie byli w stanie rozwiązywać problemów wymagających natychmiastowej reakcji. W każdym razie, za czasów, kiedy zaczynałem pracę, na moje stanowisko nie wymagano takiego przygotowania akademickiego jak teraz.

Damián opuścił show O’Kane’a (z jakiegoś powodu trudno mu było skupić się na swoich codziennych wytworach wyobraźni i wrócił do rzeczywistości). W kawiarni przybyło klientów, którzy tłoczyli się przy przeciwległym końcu baru, bliżej drzwi. W myślach znów porównał się do mureny ukrywającej się pośród skał koralowca, czyhającej na zdobycz, a może raczej – chowającej się przed wrogiem.

– Na czym więc polegała pańska praca? – usłyszał nagle głos O’Kane’a, jakby z innego wymiaru.

– Tworzyłem grafiki pracy, wyznaczałem zadania, kontrolowałem stan instalacji, dokonywałem zamówień materiałów i części zamiennych, szacowałem koszty – odpowiedział, wracając pospiesznie do studia.

– To stanowisko wielozadaniowe.

– Tak, trzeba mieć podstawowe pojęcie o wszystkich dziedzinach związanych z przemysłem: o murarstwie, malarstwie, elektryczności, hydraulice… Oraz o informatyce. A ja umiem biegle posługiwać się Internetem.

– Jak pan się tego nauczył?

– Częściowo dzięki azjatyckiej pornografii. Uwielbiam wyszukiwać w sieci azjatyckie cipki.

Publiczność w studiu, której uwaga spadła podczas omawiania kwestii pracowniczych, nagrodziła wypowiedź Loba gromkimi brawami. Jednocześnie Damián zauważył w zażółconych oczach showmana błysk zdradzający zadowolenie. Utrzymywanie zainteresowania widzów na poziomie, do którego przyzwyczaił ich O’Kane, okazywało się czasami wyczerpujące.

– Azjatyckie cipki… – powtórzył jak echo showman.

– To się wzięło z fiksacji na punkcie mojej chińskiej siostry, chociaż prawie się nie widujemy. Nie byłem w domu ojca prawie od roku, bo zapach tytoniu na moim ubraniu budzi w nim obrzydzenie. Zawsze kiedy do niego podchodzę, żeby się przywitać, wykrzywia twarz z odrazą. Czuje ją również ze względu na nasze fizyczne podobieństwo.

– Dużo pan pali?

– Niedużo, ale bardzo aromatyczny tytoń, Camele. Mam zamiar je rzucić.

– Kiedy?

– W pewnym momencie postanowię, że rzucam palenie, i tak zrobię. Kiedy podejmuję decyzję, nie mam problemu z jej dotrzymaniem.

– Wspomniał pan, że umie pan dobrze poruszać się po Internecie.

– Tak, częściowo już wytłumaczyłem, z czego to wynika. Skończyłem też kursy programowania i odzyskiwania danych. Często korzystałem z komputera w pracy, a że jestem też z natury ciekawski, sam nauczyłem się zacierać po sobie ślady moich poszukiwań.

Szum pary wodnej wypuszczanej pod ciśnieniem z ekspresu do kawy wyrwał Damiána Loba z jego telewizyjnych fantazji, do których nie chciało mu się już wracać. Duże sukcesy wprawiały go w przygnębienie.

Zawołał kelnera, zapłacił za herbatę i wyszedł z baru, żeby zapalić papierosa. Poruszał się po ulicach jak ryba w głębokich wodach oceanu, wymijająca zwinnie inne gatunki, żeby uniknąć z nimi kontaktu.

W końcu przeszedł obok centrum handlowego, gdzie reklamowano targ staroci, z którego dochód miał być przekazany na pomoc sierotom. Dla zabicia czasu wszedł do środka, podobnie jak murena wpłynęłaby do szczeliny skalnej, która po drodze przykułaby jej uwagę. Stragany zajmowały większą część wolnej przestrzeni centrum handlowego. Gdyby to on był kierownikiem konserwacji tego budynku, nie zezwoliłby na tak dużą koncentrację punktów sprzedaży, które ograniczały dostęp do dróg ewakuacyjnych.

Na prowizorycznych ladach przykrytych drogimi obrusami, które były również wystawione na sprzedaż, leżały stare zegarki, łańcuszki, papierośnice, korale, ramki do zdjęć, bransoletki, pierścionki… Dużo złota, srebra i drogocennych różności z minionych epok. Już samo ich oglądanie uspokoiło wzburzony nastrój Damiána.

Nagle na jednym ze stolików zauważył coś, co natychmiast przykuło jego uwagę: złotą spinkę do krawata, na której środku widniały wygrawerowane inicjały S.O.

„Sergio O’Kane” – pomyślał Damián z uśmiechem. Z eleganckiego w swojej prostocie przedmiotu zwisała maleńka owalna etykietka, na której widniał numer referencyjny. Damián pomyślał, nie mając odwagi dotknąć karteczki, że może na odwrocie widniała cena.

Po dokonaniu tego intrygującego odkrycia błąkał się dalej po targu, który miał w sobie coś z pełnego przepychu arabskiego bazaru, bez wyraźnego celu, nie zwracając już większej uwagi na mijane stoiska. W jego głowie wciąż majaczył obraz spinki do krawata.

– Dlaczego przyszło panu na myśl, że mógłby pan ją ukraść? – zapytał Sergio O’Kane.

– Wydaje mi się, że po zwolnieniu z pracy stanąłem po drugiej stronie barykady – stwierdził Damián.

– Miał pan kłopoty finansowe, panie Lobo?

– Chwilowo nie. Wynegocjowałem atrakcyjne odszkodowanie i mogłem liczyć na dwuletni zasiłek dla bezrobotnych; poza tym miałem trochę oszczędności. Jednak lądując na bruku w wieku czterdziestu trzech lat, poczułem, jakbym stracił wszystko.

– Moglibyśmy więc zaryzykować stwierdzenie, że kradzież stanowiła pewną formę zemsty na systemie?

– Możliwe. Poza wszystkim jednak chciałem zrobić panu jakiś osobisty prezent, a zupełnie przypadkiem jest pan jedną z niewielu osób, które używają spinek do krawata. Była idealna, ponieważ, jak już wspomniałem, miała wygrawerowane pańskie inicjały.

W tym momencie Damián przerwał wymyślone spotkanie z showmanem i wrócił do rzeczywistości, gotów w ten czy inny sposób zdobyć spinkę do krawata. Ostatecznie wybrał kradzież; kiedy wrócił do stoiska, w pobliżu lady nie było nikogo, a obsługujące je dwie starsze panie z drapieżną trwałą ondulacją na głowie stały odwrócone tyłem, perorując, gdzie najlepiej postawić kryształowy wazon ze srebrnym okuciem. Damián Lobo, w odpowiedzi na pytania Sergia O’Kane’a, przyznał, że wszystko wydarzyło się nad wyraz szybko, a jednocześnie jakby w zwolnionym tempie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki