Wydawca: Wydawnictwo Dolnośląskie Kategoria: Styl życia Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 325 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Z chmur do Azji - Teresa Grzywocz

Teresa Grzywocz – stewardesa i autorka książer – opowiada o niemal rocznym pobycie na Dalekim Wschodzie. Odwiedziła m.in. Singapur, Wietnam, Kambodżę, Malezję, Sri Lankę, Tajlandię… Starała się wtopić w tłum i poczuć rytm życia azjatyckich ulic. Podziwiała nowoczesność orientalnych metropolii i zgłębiała wielowiekowe tradycje. Próbowała egzotycznych potraw i przysłuchiwała się obco brzmiącym rozmowom. Zwiedzała turystyczne atrakcje i szukała miejsc oddalonych od uczęszczanych szlaków. Tak powstała bezpretensjonalna i osobista opowieść o odkrywaniu uroków Azji.

Opinie o ebooku Z chmur do Azji - Teresa Grzywocz

Fragment ebooka Z chmur do Azji - Teresa Grzywocz

Projekt serii
MARIUSZ BANACHOWICZ
Projekt okładki
KRZYSZTOF CHODOROWSKI
Fotografia na okładce
© Shannon Fagan/Photolibrary/Getty Images
Redakcja
IWONA BATURO
Korekta
IWONA HUCHLA
Redakcja techniczna
LOREM IPSUM
Polish edition © Publicat S.A., Teresa Grzywocz MMXVI (wydanie elektroniczne).
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,
w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
All rights reserved.
Wydanie elektroniczne 2016
ISBN 978-83-271-5516-0

jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

Wstęp

Z chmur do Azji to wspomnienia z miejsc odwiedzonych przeze mnie na kontynencie azjatyckim. Spędziłam na nim łącznie prawie dziesięć miesięcy. Moją główną bazą był Singapur, dlatego najwięcej wspomnień pochodzi właśnie z tego miasta-państwa.

Swoje refleksje spisałam w formie reportaży i felietonów. Wysłana służbowo, miałam sporo wolnego czasu, wędrowałam więc ulicami, zwiedzałam, kursowałam miejską komunikacją, podsłuchiwałam rozmowy, dziwiłam się wielu rzeczom, z ukrycia albo zupełnie jawnie obserwowałam ludzi i ich życie, jednocześnie starając się nie wyróżniać z tłumu, co zazwyczaj ze względu na mój wygląd i drobne wpadki nie było łatwe. Robiłam notatki, żeby później w zaciszu hotelowego pokoju spisywać na gorąco wrażenia albo, już po powrocie do Polski, tworzyć na ich podstawie opowiadania.

Co takiego przydarzyło mi się w Azji? Jakie są moje wrażenia z tego kontynentu?

Zapraszam do lektury.

SINGAPUR

Tak się złożyło, że firma, w której pracowałam jako stewardesa, wybrała na bazę Singapur. Mając trochę czasu przed wylotem na pierwszy miesięczny pobyt w tym mieście-państwie, postanowiłam się do tej przygody przygotować. U kilku autorów podróżników znalazłam wzmianki o Singapurze. Michael Palin w swojej książce W 80 dni dookoła świata wspominał: „Na samym molo widziałem trochę śmieci i jednego czy dwóch pijanych – a sądziłem, że ani jedno, ani drugie nie jest dozwolone na ulicach tego miasta”[1]. Tiziano Terzani w Powiedział mi wróżbita zanotował natomiast: „Singapur wygląda jak każde inne miejsce w Azji, z ruderami, stosami śmieci, zardzewiałymi blachami, szczątkami roślinności”[2]. Dalej pisał o zakazie noszenia długich włosów przez mężczyzn i delegalizacji gumy do żucia oraz o wszechobecnych szpiegach, kamerach i donosicielstwie.

Ile musiało się zmienić w ciągu tych lat, które dzieliły nasze wizyty? Nieco wyprzedzając wydarzenia, powiem, że śmieci na singapurskich ulicach to widok sporadyczny, pijanych spotkałam tylko raz – wieczorem w barze, ale trudno, żeby wszyscy byli tam trzeźwi. Nie znalazłam ani ruder, ani zardzewiałych blach. Singapur nic a nic nie przypominał odwiedzanych przeze mnie innych miejsc w Azji. Na własne oczy widziałam mężczyznę z długimi włosami, trudno mi natomiast wypowiadać się co do kamer i szpiegostwa. Zakaz żucia gumy został jednak utrzymany.

I jeszcze jeden wielki podróżnik i świetny pisarz, z którego opinią zapoznałam się przed swoją wyprawą – Paul Theroux. W Pociągu widmo do Gwiazdy Wschodu potwierdził on informacje o donosicielstwie, kamerach i cenzurze. Wspomniał też o ulicy Bugis, miejscu spotkań transwestytów (wcale się nie dziwię, to uroczy zakątek), Orchard Towers, 18-piętrowym centrum, w którym trzy kondygnacje oddano we władanie prostytutek, oraz o lady-boys, sprzedajnych wymalowanych chłopcach. Wszystko byłoby dla mnie zrozumiałe, szczególnie po lekturze dwóch wcześniejszych książek, gdyby nie to, że Paul Theroux odbył swoją podróż w 2008 roku! Po uświadomieniu sobie tego, ciarki przebiegły mi po plecach. Dokąd ja lecę?! – zapytałam samą siebie.

Postanowiłam pogłębić temat w największym źródle wiedzy współczesnego świata – Internecie. Obraz, który wyłaniał się z sieciowych stron i zamieszczonych na nich zdjęć, przedstawiał się zgoła odmiennie niż w książkach. Singapur przedstawiano w nich jako jedno z najbezpieczniejszych i najczystszych miejsc na świecie. Prawo i porządek miały być restrykcyjnie przestrzegane, a o donosicielstwie, szpiegostwie i cenzurze nigdzie nie wspominano.

Pełna świeżo nabytego optymizmu ruszyłam w długą podróż do Azji. Bardzo długą, biorąc pod uwagę, że po drodze zahaczyłam o Luksemburg, Paryż, Dubaj i Bombaj. Kilkudniowy postój w Zjednoczonych Emiratach Arabskich przywołał wspomnienia sprzed lat, pozwolił mi zaaklimatyzować się do tropikalnych temperatur i przybliżył do singapurskiej strefy czasowej o trzy godziny. Każdy, kto kiedykolwiek zawitał w te rejony, wie, że Dubaj jest mekką kupujących. Mój zakup? Neil Humphreys Complete Notes From Singapore. The Omnibus Edition – zbiorcze wydanie trzech książek brytyjskiego komika, który z ogromnym poczuciem humoru opowiada o swoich przygodach i codziennym życiu w Singapurze, w którym spędził dwanaście lat. Wszystkie publikacje Humphreysa, a w szczególności wspomniana przeze mnie kompilacja, cieszyły się wielkim powodzeniem zarówno wśród Singapurczyków, jak i turystów, którzy, tak jak ja, traktowali te książki jako wspaniałe przewodniki.

Już w Singapurze kupiłam jeszcze jedną książkę dotyczącą miasta-państwa – Singapore: A Biography Marka Ravindera Frosta i Yu-Mei Balasingamchow (przy okazji ćwiczenie lingwistyczne: próba poprawnego wymówienia nazwiska autorki). Dwoje profesjonalistów napisało świetną historię Singapuru aż po czasy współczesne, nie zanudzając czytelnika datami, podając natomiast wiele ciekawostek i niezwykłych faktów.

Zamiłowania czytelnicze i poznawcze przydały mi się na uroczystej służbowej kolacji. Posadzona obok prominentnego Singapurczyka pochodzenia chińskiego brylowałam wiedzą, czym wzbudziłam zachwyt wszystkich zebranych. Mój sąsiad przyznał, że nie wie tyle, co ja o swoim mieście. Ha! Gdyby zapytano mnie o historię Warszawy, w której mieszkam od kilku lat, też bym nie była mądra.

***

Singapur, malutkie wyspiarskie państwo położone na południowym krańcu Półwyspu Malajskiego, to właściwie jeden organizm miejski, który dzieli się na kilka odrębnych regionów, przy czym przejeżdżając z jednej strefy do drugiej, nie widzi się terenów niezamieszkanych. Trudno się dziwić, powierzchnia największej wyspy – Singapuru, to w przybliżeniu 570 km² (trochę więcej niż Warszawa), liczba mieszkańców zaś – blisko 6 milionów (Warszawa niecałe 2 miliony). W skład państwa wchodzi dodatkowo ponad 60 małych wysepek, większość to jednak sterta niegościnnych kamieni. W XIV-wiecznym chińskim manuskrypcie, o czym przeczytałam w jednej z książek, tereny zajmowane przez obecny Singapur zwano Longyamen, „bramą zębów smoka”. Fascynująca nazwa wzięła się od kształtu skał wystających z wody przy wejściu do portu, który był kryjówką piratów. Ląd zamieszkiwało spokojne osiadłe malajskie plemię Orang Laut. Dlaczego już nie używa się tej jedynej i niepowtarzalnej nazwy? Ponieważ Brytyjczycy, kolonizując wyspę, wysadzili wspomniane skały, aby umożliwić swobodną żeglugę.

Gdy jesteśmy przy mieszkańcach Albionu i ich zamiłowaniu do wysadzania, warto wspomnieć, że w 1843 roku zniszczyli oni dynamitem skałę blokującą wejście do rzeki Singapur. Wydawałoby się, że to nic wielkiego, ale na owym kamieniu znajdowały się sumatrzańskie inskrypcje datowane na X – XIV wiek. Po wysadzeniu wiele fragmentów skały zaginęło, kilka przekazano różnym muzeom na świecie (na przykład chińskim, z którymi ciężko pertraktować o zwrot), z tego, co pozostało, nie da się niestety już dziś odszyfrować pisma.

Zanim dotarli tu biali osadnicy i zaczęli wysadzać, to znaczy ulepszać rzeczy, miejsce ponownie pojawiło się w rękopisach, tym razem pod nazwą Temasek, „ląd otoczony przez wodę”, co wydaje się logicznym określeniem dla wyspy. Skąd wzięła się więc obecna nazwa? Podobno od króla Sumatry, który pewnego dnia zawitał na Temasek i się nim zachwycił. Postanowił osiedlić na wyspie swoich ludzi, a ponieważ podczas tego pierwszego pobytu zobaczył lwa, nazwał miejsce Singapura – „miasto lwa” (od malajskiego singa, „lew”, i pura, „miasto”). Cóż, lwy nigdy w tej okolicy nie występowały, sumatrzański władca, jak się przypuszcza, widział tygrysa, nazwa jednak pozostała. Brytyjczycy poszli na łatwiznę i tak powstał Singapore – Singapur.

Wyspa leżała na szlaku handlowym między Indiami a Chinami (handel opium), miała więc duże znaczenie – w XIX wieku o panowanie nad tymi terenami walczyły Anglia i Dania. W 1819 roku wydzierżawił ją od sułtanatu sir Thomas Stamford Raffles, przedstawiciel Brytyjskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej. Założył wolny port oraz ustanowił sułtana, któremu Korona wypłacała pensję. Na Starym Kontynencie ten krok się nie spodobał, groził zaognieniem i tak nieciekawej sytuacji z Danią. Gdy Raffles wrócił do kraju, nie tylko nie wypłacono mu nagrody, ale Brytyjczycy wystawili mu rachunek za całą działalność. Spowodowało to, że sir Stamford zmarł pogrążony w długach.

Raffles spędził na wyspie niecały rok, ale przez Singapurczyków jest uważany za ojca założyciela współczesnego państwa. Spacerując ulicami miasta, wszędzie można się na niego natknąć – ma swoją ulicę i plac, a biblioteki, szpitale, szkoły, stowarzyszenia noszą jego imię. Pierwotny plan miasta z podziałem na dzielnice dla poszczególnych narodowości był również jego pomysłem. Nie ma natomiast żadnej ulicy majora Williama Farquhara – pierwszego brytyjskiego rezydenta, który spędził na wyspie cztery lata, zarządzając miastem. Raffles zdymisjonował go w 1823 roku, niezadowolony, że w Singapurze kwitnie handel opium, hazard i niewolnictwo. Nie docenił tego, że dzięki sprzedaży pozwoleń Farquhar miał fundusze na utrzymanie policji, walkę z piratami i zarządzanie tym całym interesem.

Zapewne kontynuacja handlu używkami była haniebna, biedny major dokonał jednak wiele dobrego w pierwszych latach istnienia państwa, a jest zupełnie zapomniany przez współczesnych. Sprzedaż opium odbywała się na tych terenach zupełnie legalnie aż do roku 1934. Dzięki wolnemu handlowi miasto rozwijało się świetnie przez wiele lat. Rząd w Europie utrzymywał marionetkowego sułtana, który niewiele miał do powiedzenia. W 1867 roku Singapur został uznany za kolonię podlegającą bezpośrednio Londynowi, nadal jednak spadkobiercy sułtana pobierali pensję (że też poddani Korony się nie buntowali). Brytyjczycy stanowili prawo na wyspie aż do 1959 roku (z wyjątkiem japońskiej okupacji w latach 1941–1945), wtedy odbyły się pierwsze wybory i utworzono tu niezawisły rząd. Co ciekawe, Dzień Niepodległości świętuje się w Singapurze 9 września na pamiątkę oderwania się od Federacji Malezyjskiej w 1965 roku, a nie 30 maja, gdy skończyły się czasy rządów synów Albionu. Czyżby Malezyjczycy bardziej dali Singapurczykom w kość niż kolonializm?

I tak historia zatoczyła koło. Od Azjatów przez Brytyjczyków do chińskiej dominacji. Po drodze coś wysadzono, coś ulepszono, ktoś zmarł w długach, o kimś zapomniano, a wszystko to złożyło się na współczesny Singapur.

[...]

Przypisy
[1] Michael Palin, W 80 dni dookoła świata, przekład Roman Palewicz, Kraków 2010.
[2] Tiziano Terzani, Powiedział mi wróżbita, przekład Jerzy Łoziński, Poznań 2008.