Z błyskawicą na tygrysy - Janusz Rola Szadkowski - ebook
Opis

Dzienniki, które przeleżały na strychu siedemdziesiąt lat w końcu ujrzały światło dzienne…

 

Uratowane przed zapomnieniem Dzienniki powstańca to unikalne i wyjątkowe pod każdym względem świadectwo dramatycznych dni. Zapiski przenoszą nas do czasów warszawskiego zrywu 1944 roku.


Kiedy zaczęła się wojna autor miał piętnaście lat. Szybko wciągnął się w konspirację, by w chwili wybuchu powstania warszawskiego stanąć z „błyskawicą” w ręku w ochronie Komendy Głównej AK.


Janusz Rola Szadkowski oprócz sugestywnego opisywania wielu bojowych akcji, przyglądał się też codziennemu życiu Warszawy, które często oznaczało walkę o byt i przetrwanie w tragicznych warunkach zgotowanych przez okupanta. Zapis tych wydarzeń to gorzka relacja obserwatora, który pomimo młodego wieku trzeźwo ocenia szanse powstania oraz potem -  jego tragiczne skutki.


Poruszające wspomnienia, które na stałe zapiszą się na kartach historii.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 335

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Już przy wyjeździe z Salzburga przygotowałem sobie ten zeszycik i atrament, sądząc, że skoro mam jakieś pół dnia wolnego i nic innego do roboty, będę mógł spisać trochę wspomnień z prawie roku spędzonego z dala od swoich, co znów może oszczędzi mi trochę opowiadania i wspomoże pamięć. Dziś niedziela. Trochę czytałem (cztery godziny) i zacząłem pisać. Chciałbym ucałować kogoś jak rok temu – kto jednak może wiedzieć, kiedy będę to mógł zrobić z tą samą dziewczyną, może nigdy? Nainne Polki nie mam ochoty – brzydkie, niezgrabne i k……. Niemki co lepsze zajęte, zresztą nawet te ładniejsze wcale nie są ciekawe. Rok temu było inaczej. Moje finanse, a co za tym idzie, samopoczucie, więcej niż opłakane. Rzadko zdarzał się dzień, gdy miałem więcej niż pięćdziesiąt, ba, niż dwadzieścia złotych! Coza różnica! A jeszcze w kwietniu tego roku, i nawet maju, wydać na pijatykę trzy, cztery tysiące znaczyło tyle, co wtedy dwa złote. Zmieniły się czasy. W „przekładarze” osadziłem forsę – była nie do wydobycia. Miałem sporo wart aparat fotograficzny – diabli go wzięli przez moją głupotę. Miałem destylator – i nic z niego nie dało się wydobyć. Tylko żarł forsę. Przeklęty czas. „Das ist der Fluch….”, mówi przysłowie niemieckie. Uwierzyłem w to. I zarazem w to, że pokuta będzie trwała rok, od dnia, kiedy pierwszy raz nocowałem po pijanemu w warszawskim hotelu. I dziś wierzę, że ten czas minął – kiedy, trudno mi dokładnie określić – może z dniem opuszczenia obozu 7 maja, może podczas wycieczki do Radstatt 11–15maja, może w trakcie „ucieczki” z Glasenbachu – 25maja, a może też w dniu, kiedy zacząłem pracować u Amerykanów – 2 czerwca? Myślę jednak, że w maju.

Rok temu było źle. Wszystko drożało, a pieniędzy było coraz mniej. Doszły do tego ostatnie dni – 29lipca – masz być o drugiej w Szpitalu Karola i Maryi, odebrałem za ostatnie pieniądze (po co?) moje oficerki i zacząłem się szykować. W międzyczasie wielka awantura w domu – o co, nie wiem. Świadczą o niej ostatnia dedykacja Re[1] na fotografii i niestety przedarte foto… Najlepsze, jakie było. Potem się pogodziliśmy, pojechałem koło dwunastej pożegnać się z Ali[2], kupić bułkę i kogutki. U Ali byłem tylko pół godziny. „Janie chcę, żebyś szedł”, szepnęła bezsilnie ze łzami w oczach. Pod wieczór wróciłem. Wszystko okazało się omyłką.

Następnej niedzieli byłem jak zwykle przez ostatnie pięć, sześć dni na służbie gońca i u Ali. Poniedziałek minął tak samo. Widziałem ją wtedy ostatni raz i nie zdawałem sobie z tego sprawy. Może to kara za porzuconą, a przyjazną mi Jadzię? Pierwszy raz ją spotkałem też 31lipca – tyle że rok temu, w 1943.

Rano 1 sierpnia – niech ta data będzie przeklęta po wieczny czas – przy pożegnaniu w domu nie sądziłem, że żegnam się na rok, a może i więcej. Już przy wyjściu z Narbutta zobaczyłem coś niezwykłego – lotnik, szedł z gołym pistoletem zatkniętym za pasem, z ręką na kolbie. W ogóle przez cały dzień był dziwny ruch, wszędzie młodzi w czapkach, w oficerkach, z pakunkami… Coś się działo, ale nie przypuszczałem, że coś wybuchnie. I tego zdania byli wszyscy w moim biurze. Miałem tego dnia paskudnie dużo do latania – prawie na piechotę do bazyliki na Pragę i z powrotem, i znów na Mokotów… Miałem szczęście, że złapałem wtedy dwunastkę, inaczej pewnie bym musiał zostać na Mokotowie… I kolejne – że nie skorzystałem z zezwolenia na zjedzenie obiadu w domu, bo chciałem zobaczyć Ali.

Akurat na rogu Marszałkowskiej i Alej punkt o piątej usłyszałem strzelaninę, jakby przy Brackiej. Tramwaj stanął, wszyscy zwiali do bramy Bachusa. A już kilkanaście samochodów SS pełnym gazem wali na Bracką. Tramwaj rusza – zdążyłem wskoczyć – i zamiast jechać prosto, skręca w Złotą. Dla mnie lepiej. Wyskoczyłem przy Wielkiej. W biurze poruszenie. Cojest? Chyba powstanie. Czyste szaleństwo. Przyszło jeszcze dwóch naszych panów – opowiadają, że widzieli ludzi z biało-czerwonymi opaskami, jak rzucali granaty na auta, i że nawet tacy stoją przed bramą. Poszedłem zobaczyć, faktycznie są. Coś więc musi być. Leszek poszedł do sztabu zapytać, co z nami dalej. Poszedł, nie wraca. Koło ósmej idę ja. Wszędzie dziewczęta z noszami, ludzie biegną przez przecznice z rękami w górze, biegnę więc i ja. Doszedłem do Marszałkowskiej, po drugiej stronie pierwszy trup, którego widzę; dostał w głowę, mózg wyleciał. Fatalny widok. Więc tu jest ostrzał. Trudno. Lecę pierwszy, a za mną dwie–trzy osoby. Przeszliśmy.

Wsztabie na Boduena 4 spotykam Leszka. Ot, bał się wyjść, idziemy razem. Dołączył jeszcze jakiś Jędrek. Przez Marszałkowską już przejść nie można. Przy podchodzeniu do niej, aby zobaczyć, jak tam jest, mamy teatralne pozy. Ludzie patrzą jak na bohaterów, wtykają papierosy, wódkę… Wtem dotąd stojące na Marszałkowskiej auto skręca tyłem w Złotą. Ludzie wieją, ktoś strzela, ale bez skutku, bo auto odjeżdża pełnym gazem do dworca. Jędrek złazi gdzieś z piętra ze swoimi zapalającymi butelkami i idziemy z powrotem. W sztabie częstują nas zupą, trochę wódy i panowie„podchorążowie” idą spać. Ale na krótko. Koło dziesiątej budzą mnie i nasz porucznik mówi do nas: „Panowie pójdą z panem porucznikiem. Toteraz wasz dowódca”. Idziemy. Ciemno, ulic nie widać, tylko mikrofony wyją stale swoje: wszystkie domy, z których będzie ostrzał, będą zrównane z ziemią. Wtedy nie sądziłem, że dotrzymają obietnicy. Gdzieś po krętych schodach w sąsiednim domu dochodzimy do celu – mała izdebka, oświetlona świeczką, parę osób, kobiet i mężczyzn, naokoło wiadra z lemoniadą, stołek z zakąskami i krzesło z narzędziami. Tam prezentują nam parabelkę i podziemnej produkcji peem[3] – błyskawicę. Całą jej zaletą było, co zresztą dopiero później spostrzegłem, że pomagała oszczędzać amunicję, zacięcia bowiem były tak częste, że przeciętna maksymalna długość serii wynosiła sześć–osiem strzałów (zamiast trzydziestu). Potem poszliśmy spać, koło drugiej nas obudzono. Zaraz pójdziemy na zmianę na cztery godziny. W międzyczasie słuchamy nowości przyniesionych przez łączniczkę – Pączka[4]. Porucznik Łukasz czyta – nic specjalnego. Londyn podaje już o wybuchu powstania w Warszawie. Ale my chcemy pomocy. Tonas interesuje. Pytamy: „Panie poruczniku, jak pan sądzi, jak długo musimy się trzymać?”. „Och, myślę, że jakieś pięć, sześć dni, maksimum dziesięć”. Nato serca nam skaczą do gardła! Co? Dziesięć dni? Nie wytrzymamy. Zduszą nas. Myśleliśmy, że najdłużej dwa, trzy dni! A tu z dziesięciu dni zrobiło się sześćdziesiąt sześć! Potem na służbę: obserwować, strzelać tylko przy bezpośrednim ataku. Ciemno. Mam posterunek w bramie, koło Re… Widać wyraźnie każdy strzał, słychać każde klaśnięcie kuli o asfalt. Już wieczorem była atakowana poczta, ale nic z tego. Parę razy na Wareckiej lecą butelki z benzyną, rozświetlając teren. Parę pojedynków bunkra z naszym elkaemem w lombardzie.

Świta. Zostaję zluzowany. Już są nowe pisma. Odezwa komendanta Warszawy – Montera[5]. „Biuletyn Informacyjny” w dużym formacie przynosi nowiny. Wszystko idzie dobrze. Tylko gdzie u diabła jest ten rozbity bunkier przy poczcie? Przecież widzimy wszyscy, że stoi. Coraz więcej plotek. Ponoć mosty są nasze. Ażwreszcie – Niemcy puścili czołgi! Toświństwo. Dotychczas jeżdżą tylko po Alejach i Nowiku. W przecznice nie odważą się wjechać. Inaczej po nas. A tu już dudnią trzy potwory jadące Warecką. Przejechały Sienkiewicza. Odetchnęliśmy, odchodząc odokien.

Chwilę później kiwa na nas nasz posterunek przy Deutsche Buchhandlung[6]: po naszej stronie przy sąsiednim domu leży karabin. Ponoć żołnierze jadący na czołgu takim jak ten zostali ostrzelani i uciekli na pocztę, rzucając broń. Z porucznikiem Mahometem idziemy po ten karabin. Trochę wysiłku i go wciągnęliśmy. Wziąłem go na ramię i idziemy do siebie. Wszystko piwnicami połączonymi ze sobą według działań Luftschutzu[7]. Napodwórku dałem karabin jakiemuś porucznikowi. Parę minut potem ustrzelił z niego Niemca w czołgu. Było to tak: siedzimy przy oknach – słychać, idzie czołg. Nagle stanął. Ile przy tym jest stuku i trzasku, jak takie coś idzie, trudno sobie wyobrazić. A do tego strzały, wybuchy. Techyba już nie robią na mnie wrażenia. Natakie dictum schodzimy do bramy. Przylatuje Pączek: „Dajcie mi filipinkę” (domowej roboty granat ręczny). Dałem jej. Wtem słychać krzyki: „Chodźcie go zapalić, on nie może ruszyć!”. Bogu dzięki stanął tak, że Boduena nie ma pod obstrzałem. Podchodzi tuż pod murem, jeden, drugi… Nic! W gąsienice nie mogą trafić. Wszyscy zatem na piętra i stamtąd go. Polazłem do okna na pierwszym piętrze na samym rogu, ale od strony placu Napoleona. Wychyliłem trochę głowę, by lepiej zobaczyć, a tu ledwo zdążyłem ją schować, już „ta, ta, ta” z poczty po gzymsie. Kurzu narobiło się, że aż ha! Odskoczyłem jak oparzony i dopiero po chwili, ostrożniej już, podlazłem do okna. Widzę w luku: jest jeden, tylko jeden (reszta zwiała na pocztę), kręci się, jakby coś reperował. Z góry lecą butelki z benzyną, samozapalające. Zapalił się, zgasł. Znów się zapalił, przy gąsienicach. Todobrze, bo będzie się prima palił. Celuję do Niemca, walę jedną krótką serię, drugą… przy trzeciej zacięcie. Masię rozumieć, nie trafiłem. Przecież broń, z której waliłem – to błyskawica[8]. Todiabelstwo można było ustawić na stałej podstawie na pięć metrów od celu i miało się pewność, że nie trafi, a rozrzut będzie z półmetrowy… Nasza „kompanja” była prawie wyłącznie w to uzbrojona. Nic dziwnego – produkowali to… Więc jak było nas koło osiemdziesięciu, to z sześćdziesięciu miało te karabiny, a była to niezła siła ognia. A ten skurwysyn z dołu wali do mnie z pistoletu. Zirytowało mnie to. Poszedłem do sąsiedniego pokoju. Był tam akurat ten porucznik, któremu dałem karabin. Poszedł ze mną, wycelował, strzelił, na dole coś się ruszyło i koniec. Jak następnego dnia go wyciągnęli, był zupełnie spalony i zmalał do jednej trzeciej.

Wmiędzyczasie nasi chłopcy przywieźli od Lewandowskiego trzy samochody mięsa (wieprzowiny) i salami (ok. 2000 kg). Corobiłem parę godzin po tym? Nie przypominam sobie. Zdaje się, że gdzieś wyszedłem, dość, że jak wróciłem, ze zdziwieniem spostrzegłem zdemolowane balkony na pierwszym i drugim piętrze i wystawy Filipowicza, naprzeciw nas, na Sienkiewicza pod drugim. „Ipatrz”, dodaje ktoś, „tam jeden stoi koło poczty, koło bramy na Wareckiej. Tylko ostrożnie, nie wychylaj się, żeby cię nie zobaczył”. Patrzę – stoi. I nagle, gdy odszedłem od okna, zrywa się krzyk: „Niemcy uciekają z poczty!”. Byłem na schodach. Z trzema kolegami biegniemy na trzecie piętro, stamtąd lepszy obstrzał. Patrzymy – faktycznie gęsiego wieją za czołg, a raczej działko szturmowe, i dalej do Nowego Światu. Walimy do nich przez szyby w dwie błyskawice, jednym bergmannem[9] i schmeisserem[10]. Bez skutku, za daleko, ze 150 metrów. Pochwili i czołg się cofa. Wzdłuż murów stamtąd podchodzi grupka – z naszej strony też. Wtem skądś pada kilka strzałów. Ciod nas wieją w załom muru pod główną bramę; ci drudzy przycupnęli. Jeden z nich leży. Ranny. Głupio dostał, od swego przez omyłkę. Biegniemy i my na pocztę.

Oddział Osłonowy WZW, autor trzeci z lewej

Przez Szpitalną nr 12 (plac Napoleona nie wiadomo, czy całkiem bezpieczny), dziurę w murze, ogródek, drabiną przez mur, jakąś piwnicę, podwórko, piwnicę, z zakrętami i dziurami przez mur na drugie podwórko i wychodzimy na Warecką 15. I teraz prosto na pocztę. Napodwórku mnóstwo ludzi. Wewnętrzu, ale tylko na parterze, w magazynie też. Szabrują plecaki z wódką, papierosami i… bronią. Paskudny polski nałóg – grabić. Nieubezpieczeni, w niepewnym gmachu, gdzie cholera wie co jest, byle pierwszy. Napodwórku leży ktoś ranny w nogę. Granat czy kula? Nie wiadomo. Pewne jest tylko, że Niemcy są jeszcze w tym ogromnym gmachu. I mają kaem, bo nikt nie widział, jak go wynosili. Wreszcie, hurra, siłą na drzwi i na piętra. Lecimy na pierwsze. Pokazujemy się w oknach. Wybuchy radości, oklaski. Tesłyszeliśmy jeszcze w korytarzu. A więc ktoś jest przed nami. Może leci drugą klatką? Znalazłem na stole dwa pasy naramienne z magazynkami do erkaemu i parę granatów, jakich jeszcze nie widziałem. Nie wiem, jakiej produkcji. Dwa wziąłem za pas, resztę rozdałem. Oblecieliśmy piętro i w górę. Ostrożnie, ubezpieczając, wchodzimy – nie ma nikogo. Wyżej. Przyłączam się do grupki mającej sztandar. Główną klatką jeszcze wyżej i znów, zachowując ostrożność, boczną klatką na strych i przez okienko na dach. Jest z nami jeden kulawy – nie mogę sobie przypomnieć, czy to także jego spotkałem później na komendzie policji. Nagłównym maszcie flaga już wisi. Wobec tego naszą wieszamy na bocznym maszcie od Wareckiej. Potem idziemy pod główny maszt. Niedaleko leży trup Postochnitza, ze spuszczonymi portkami, śmierć od granatnika (Polka leży parę metrów obok) zaskoczyła go przys… Kieszenie ma wywrócone, ale pierścionek na palcu został. Schodzimy na dół. Podobno w skrzyniach jest kupa forsy. Nikt nie wie, gdzie dokładnie. Komendantem poczty jest dobrze mi znany jako klient pan Szafranek, jego łączniczka to nasza młoda współlokatorka z piętra wyżej. Spotkałem też kolegę od „Everta” – gruba ryba, oficer. Powoli sypią się opowiadania. Ktoś objaśnia mi te zdobyczne granaty. Szukają szoferów do odtransportowania zdobytej broni do sztabu. Ale nic z tego nie wychodzi, broni tyle nie ma, kto co zdobył, to trzyma dla siebie.

Komendant rozkazuje, że nie wolno brać aparatów, bo te mogą im być potrzebne na części, ale co było do wyniesienia, to już wynieśli. Idę i ja. Jest koło piątej. Zachodzą na naszą kwaterę – przychodzi Leszek, a za nim łączniczki obładowane kartami do gry, wiecznymi piórami, ołówkami itp. Ot, szaber. Gdzie? Naprzeciw. Też zaczynam szukać. W biurku, z którego zrobiono barykadę, na naszej kwaterze w drzwiach balkonu znajduję najlepsze przedwojenne radio: Elektrita, „Operę”, dziewięciolampowy aparat. Zawołałem Leszka, żeby stanął na straży, poszukałem worka i zapakowaną zdobycz wsadziłem z powrotem, chcąc ją zabrać wieczorem pod numer4. Niestety, podczas mej nieobecności, chwilę później, ktoś mi ją zwędził. Poszedłem z Leszkiem pod czwarty na Boduena, na naszą komendę. Podziwiali naszą broń i zdobycz (granaty i pistolet Leszka), potem popiliśmy trochę i odprowadziliśmy narzeczoną porucznika z ekskomendy do domu. U niej zjedliśmy dobrą kolację, trochę wypiliśmy i do domu. Dostałem tam w prezencie polski pas oficerski. Ładna rzecz. Wieczorem próbowałem dodzwonić się do domu i Ali, ale bez skutku. Następny dzień zaczął się deszczowo. Dozorca wydostał skądś rzeźnickie fartuchy gumowe i łaziliśmy w nich, naciągając je na głowę. Działo się wtedy tysiące rzeczy. Dużych i małych. Niemało trzeba sobie teraz głowy nałamać, by po roku zrekonstruować te dni możliwie dokładnie.

Odrana zaczęły latać samoloty – milutkie Me109, myśliwce, zabawiające się ostrzeliwaniem miasta z karabinów maszynowych, jak również zaopatrywaniem go w materiały wybuchowe, zawarte w bombach 50–250-kilowych. Tozaczyna być niemiłe. Dobrze, że jeszcze tylko parę dni! Chociaż bolszewicy jak stali, tak stoją koło Zielonki.

Samoloty wściekają się na flagi na poczcie i drapaczu. Szczególnie na drapaczu. Ostrzeliwują, rzucają bomby. Strzelcy niemieccy z wyższych domów też próbują je strącić. Raz udało im się na poczcie. Lecz już parę minut później bandera znów powiewała dumnie. I tak za każdym razem. Nawet jak trafili pociskiem artyleryjskim w wieżyczkę telewizyjną na drapaczu, gdzie wisiała flaga, to wieża cała się przegięła na plac Napoleona, a flaga została na zgiętej wieży.

29.7.45

Dziś minął rok – one year ago today – doszła nowa data na obrazku Matki Bożej z lat dziecinnych. Rok czasu minął od całkowitego rozłączenia się… Rok wielkich zmian psychicznych… Teraz rozumiem, co to jest dom rodzinny, cenię go, lecz go nie mam. Powrót dziś byłby dla mnie ciężki, jeżeli nie ze względów osobistych, to z powodu starych win, z powodów rodzinnych, co znów mogłoby zniszczyć ten sen o domu – choć kto wie, czy już nie zniszczyły go działania wojenne. Mam nadzieję, że nie. Jeśli nie, to i tak jego realizacja będzie wymagała bardzo dużo dobrej woli nie tylko z mojej strony, ale i ze strony rodziny. Ten rok czasu zmienił mnie trochę – chciałbym im wszystkim w domu pokazać, że sam, bez niczyjej pomocy, też potrafię czegoś dokonać, do czegoś dojść.

Zdaje mi się, że zostając tu, mam jedyną szansę, by spróbować szczęścia, a gdy to zawiedzie, to i tak nie mam czego szukać na świecie. Bożycie jest coś warte tylko wtedy, gdy coś się z niego ma, choćby nadzieję. Śmierć nie jest straszna – kończy wszystkie zgryzoty – byle była bezbolesna i szybka, abyś nie zdążył się nad nią zastanowić, bo wtedy pewnie byś wybrał bezsensowną wegetację. Taszansa, którą mam, daje mi jednak sporo do zastanowienia, ale wiem, że i tak ją wybiorę… Może się uda i to, w co wierzę – że fortuna od czasu wojny idąca w dół pójdzie znów w górę – ziści się. Teraz już jest mi lepiej, może to prawda? Modlę się tylko, by się udało przetrwać.

Może wybierając tę szansę, tracę dom, w tym sensie, że nie będę mógł doń wrócić, przynajmniej przez kilka lat albo – nie daj Boże! – nigdy. Dużo może się zmienić, ale kurczowo czepiam się nadziei, że wrócę, że uda się wrócić, może potężnym, bogatym? Tojest moja nadzieja, mój cel, i jeszcze że zastanę wszystko po staremu i szczęście znów zawita. Dziś przypomniało mi się pożegnanie z Tobą, Mef i Re – nieświadomy pocałunek i do widzenia – oby prawdziwe. I Bumachająca chusteczką z peronu w Poznaniu za pociągiem unoszącym nas w nieznane.

Pewno już dawno jesteście tam, w moim Gnieźnie, razem. Gdy to piszę, łzy kapią mi raz za razem. I widzę Tatusia machającego mi chustką z peronu w Ciechocinku. Nie sądziłem, że widzę go po raz ostatni, że tylko te łzy za nim są pierwszy raz. Wszak wtedy, dwa lata temu, nie płakałem… Akurat uczyłem się tańczyć; pierwsza lekcja. Takie to dziwne, niezrozumiałe. „C’est la vie” – bezlitosne, zimne. I wtedy zaczynaliśmy od nowa. A gdy już mieszkanie zaczynało być domem, przyszło, niech będzie przeklęte po trzykroć, powstanie. I znów zaczynałem od początku, gdy przyszedłem z obozu do Salzburga w samej koszuli, ale ze wspomnieniem św. Mikołaja 1940 roku w kieszeni – laleczką, która tak mi się wtedy podobała na wystawie: „chcę Cistale szczęście przynosić”. Zgubiłem ją gdzieś lub ktoś ukradł. Nie wiem, nie pamiętam. Zapomnieć, tak jest najlepiej. Lecz czy da się zapomnieć wczorajszy taniec z „darlingiem”…? Krysia jej było… wódka, piwo w barze… pocałunek; gdy wziąłem ją na ręce, jej słowa „a teraz gdzie?”… znów taniec… „chodź”… spadają spodnie, majteczki… jest ciemno; chwila mija… „och, jak boli”, szept niewart wiary… „gdzie są moje spodenki?”… „masz zapałki? jestem chyba potargana”… „jeszcze chwilkę, gdzież ja mam szminkę”… i znów taniec. Albo czy można zapomnieć to: ostatnia Gwiazdka lub szczęśliwe chwile z Mef i Re w Świdrze. Nie. Lub też powracający stale obraz: grudzień, mróz i śnieg na ulicach – w teatrze ciepło, przytulnie, elegancko, wspaniała wystawa Krainy uśmiechu. Loża na pierwszym piętrze, siedem osób, pamiętam jak dziś: Ali, Marychna, Alim i Ujin, Szczypier, Zajączkowski i ja (dwoje – Alim i Ujin – już nie żyją, ale też hasło nasze było wtedy: „Żyjmy i bawmy się, póki żyjemy! Potem za późno!”). I słyszę dziś to, co wtedy słyszałem: potężna melodia. „Agdy tęsknoty pieśń ja jej zaśpiewam, wtórować będą kwiatom liście z drzewa – w kwietniową, jasną, wonną noc”.

Najcudowniejsze moje wspomnienie. A potem, 16stycznia, cichy wieczór, trochę w głowie się kręci: „uratuj mnie od zejścia na psy – z-g-o-d-a” i słuchajcie – ogłaszamy nasze zaręczyny! Lub tydzień później, też tragiczna niedziela: musisz się zdecydować – ja lub oni… łzy w oczach obojga… melodia nieśmiertelnego Parsifala Wagnera – „beglückt sie mir, wer seien Heimat”. Szczęśliwe czasy! Trzykroć szczęśliwe, kiedy prawie zapomniałem o całym świecie, a jedyną troską było zdrowie Mef, kiedy miałem pieniądze i przyjaciół i kiedyśmy marzyli przy jarzącej się choince i ajerkoniaku, leżąc w łóżku z Leszkiem… A przed tym jeszcze Wigilia – pokój zmieniony nie do poznania i prastara melodia Stille Nacht. Tak, wczoraj szczęście było blisko, wczoraj świat się do nas śmiał – dzisiaj… dbam o to, by nie być głodnym i… piszę wspomnienia… Może los będzie łaskawszy niż w tym przeklętym roku i koło fortuny pójdzie w górę? Może wrócę i zobaczę znów Gniezno – stary śpiew harcerski się ziści. Tylko kiedy i jak? Marzyliśmy, że zostanie moją na zawsze, jak będę kimś i miał coś, a ona będzie pełnoletnia – dziś to już cztery lata. Kupa czasu, ale najważniejsze to zastać Mef, Bu i kochaną Rezdrowych i całych i z nimi być i żyć długo, długo i szczęśliwie. Przecież Respoważnieje trochę, Mef i Bubędą, jak były – kochane, poważne, wesołe, nowoczesne. Daj Bóg, by to się spełniło i bym ja coś wtedy miał. Teraz czas iść spać.

2.8.45

Rok temu mniej więcej o tej porze padła poczta… Dziś siedzę w oknie Platterhofu[11] parę metrów od siedziby Hitlera w Obersalzbergu (Berchtesgaden). Widok miły: same ruiny… Tutaj też go trafili… Pada deszcz… Teraz do rzeczy. Muszę spisać minione rzeczy, choćby z rocznym opóźnieniem.

Awięc zapomniałem, że po upadku poczty nad wieczorem tiger wjechał na Mazowiecką, z działka mocno rozbił i zapalił zniszczony przed południem czołg. Potem, w deszczowy ranek trzeciego, ktoś przyleciał powiedzieć, że Niemcy siedzą gdzieś izolowani w domu na Widoku. Idziemy. Prowadzi kapral-podchorąży Bogdan. Extra „son-of-a-bitek”, czyli sukinsyn. Może było nas z ośmiu–dziesięciu. Jamoją błyskawicę dałem komuś i miałem tylko granaty. Ale angielskie. Doszliśmy do Widoku, podbierając jeszcze kogoś po drodze na Chmielnej, i dwoje skacze przez ulicę. Ledwo przeszli: tra-ta-ta-ta i tynk z murów leci. Cholera, są bestie. Dopytujemy się: Szkopy są ponoć pod numerem8. Najpierw każemy ogłosić komendantowi OPL[12], że cywile mają się wynieść. Dochodzimy tam od ulicy, skacząc od bramy do bramy. W międzyczasie jakaś panna zrobiła nam zdjęcia, jak przebiegaliśmy podwórko. W domu nic i nikogo nie ma. Cała zdobycz to dwie czapki kolejarskie, na które założyłem z Bogdanem opaski. I papierosy węgierskie „Rhapsodia”, które dostaliśmy. Ludzie donieśli, że Niemcy są pod dwudziestym drugim w hotelu, a kurwy przynoszą im, co potrzeba do życia. Idziemy. Tylko Bogdan wrócił z „meldunkiem”. Pierwszy idzie Czubaszek, ten, przez którego dostaliśmy mięso od Lewandowskiego. Jaza nim. Doszliśmy aż pod dwudziesty. Pozostałych trzech nie widać. Są z tyłu. Poszedłem po nich zaułkami domów na Chmielnej. Podrodze znalazłem dobre auto. „Tomożna będzie potem wziąć”, pomyślałem. Przyprowadziłem tych trzech. Weszliśmy aż do tamtej piwnicy. Tam stwierdzili, że nie mają amunicji, zostało im coś po pół magazynka do peemu. Resztę wystrzelali. Narada: z tym nie ma co atakować. Jeden zostaje na straży (Czubaszek), a my idziemy po amunicję. Tymczasem po powrocie nie puścili nas z amunicją. Czubaszek zaś przeżył ponoć bajkowe przygody. A cały hotel trzy dni później zabrali nam inni. Podrodze z Zygmuntem poszliśmy po auto. Znaleźliśmy szofera i on z jednej, ja z drugiej strony z chorągiewkami, w dobrym tempie (ok. 40 km na zakrętach), bo był obstrzał na Jasnej. Wjechaliśmy na kwaterę. Tam byli wszyscy, z porucznikiem Kmitą, naszym naczelnym dowódcą, salutowali nam. Samochód został, za pokwitowaniem, u nas. Miesiąc później przywalił go gruz.

Służbowi spali w nocy na miękkich poduszkach, bo była to sanitarka. Jateż z tego korzystałem. Ponadto u nas wielki szum. Żandarmeria przyjechała budami i rozlazła się po domach. Ale samochody spalili, a ich samych zablokowali – w parę dni był spokój. Jedyny z ocalałych samochodów stał do końca powstania koło Filharmonii. Trzeba budować barykady. A więc lu! Niepotrzebne szafy, stoły, krzesła. Wszystko leci przez okna. Barykada rośnie. Ale niewiele jest warta. Rozbili pustą restaurację i meblami stroją barykadę. Ktoś zaczyna wozić na taczce kamienie chodnikowe. Ale niewielu go naśladuje. Tylko zrywa się płyty i na te meble sypie ziemię. Późniejsze barykady były z samych płyt, kładzionych jedna na drugą. Robili je przeważnie cywile. Z drugiej strony barykadę robią z wózków i budek z papierosami. Z jednej takiej wyciągnąłem z chorążym Leszkiem (ale nie moim przyjacielem) z parę setek egipskich, niemieckich i swojaków. Wszystko wsiąkło w kieszeniach pomagierów. Chwilę potem Leszek gdzieś poszedł i zaraz wrócił podniecony. „Masz peem, to możesz postrzelać do Niemców”, mówi i prowadzi mnie przez Złotą, jakieś podwórka do kina „Stylowego” na Marszałkowskiej. Wszędzie nastrój podniecenia. Naprzeciw są Niemcy. A nikogo z naszych nie widać.

W„Stylowym” spotykam wreszcie dwóch czy trzech. Mają tylko pistolety. „Niech kolega podejdzie do drzwi, odchyli, ale tylko trochę, zasłonę i wali do nich. Sąnaprzeciw”. Faktycznie. Widzę pod „Światowidem” żandarmów. Oglądają się, ale zbytnio nie wychylają. (Skutki tej wizyty to trzydzieści cztery osoby zabite tam przez nich). Mają elkaem rosyjski z tarczą, typ Diegtiariowa. Celuję (jeśli można mówić o celowaniu z błyskawicy) i przez szyby (grubość ok. 1 cm) strzelam. Idzie jak z płatka, szyba popękała – a Niemcy się oglądają. Albo nie doniosło, albo chybiło. Raczej to drugie. Walę raz jeszcze – też bez skutku – i cofam się. Sekunda później – tra-ta-ta, bije z elkaemu seria w drzwi, gdzie leżałem. „Nie dam tu rady”, powiedziałem i wróciłem.

Chciałem po powrocie siąść z kimś do obiadu, ale przyleciały jakieś panie z „Kaskady”. „Tuniedobre obiady” – mówią. – „Nie macie kucharzy, a u nas są”. Poszliśmy tam, zjedliśmy fajny obiad – jakiego dawno nie jadłem, i po powrocie jeszcze u nas zjedliśmy po dwie porcje. A od następnego rana już były kartki na życie.

Popołudniu mieliśmy skontrolować dom na placu Napoleona 4. Ponoć ktoś widział tam jaskółkę lub, popularniej, gołębiarza[13] (Heckenschütza – strzelec zza płotu), jak strzelał. Przewróciliśmy całe poddasze do góry nogami – i nie znaleźliśmy nic. Dom ten potem przeszukaliśmy bodaj jeszcze z cztery razy z tego samego powodu – zawsze bez skutku. Wieczorem druga zbiórka – szarża na lewo, reszta na prawo (poprzedniego dnia była tylko taka na próbę, na wybranie posterunków). Dowódcą zostaje porucznik Karol (duży)[14], zastępcą porucznik Smok. Śmieszny typ. Ogólna siła – z trzydziestu ludzi. Wieczorem próbuję znów telefonować. Dom nie odpowiada. Numer Ali łączy po parokrotnej próbie. Trr-trr-trr – czekam parę minut. Nikt nie podchodzi. Odwiesiłem słuchawkę i poszedłem na dół.

Por. Czesław Korwin-Piotrowski, ps. Karol – pierwszy dowódca autora

Wartę miał Sławek. Znalazł się i Leszek. Gadaliśmy parę godzin. Potem zachciało mi się spać. Przez wybite okno wszedłem więc do naszej jadalni w Yacht Klubie i położyłem się na kanapie. Peem pod głowę. W międzyczasie i tamci zasnęli. Obudziłem się tuż o świcie z chłodu. Zerwałem się co prędzej i idę do bramy frontem zamiast tyłem – wtedy byłoby wszystko w porządku. Tam stoi już ktoś nowy, od razu poczułem do niego niechęć z powodu jego chamskiej twarzy. Mówi do mnie: „Oddajcie, kolego, broń, jesteście aresztowani”. Zgłupiałem. Ale oddałem broń i tego peema, już go nie zobaczyłem. Dopiero w niedzielę „zdobyłem” karabinek.

Odpoczty nadeszli Bogdan z porucznikiem Karolem dużym i wzięli mnie na górę. Swoją drogą ten Bogdan okazał się wielką świnią. W komórce na górze siedzieli już Leszek ze Sławkiem. Było wcześnie, więc zasnęliśmy. Niepokoiliśmy się bardzo, co będzie. Około ósmej zbiórka. Myna lewe skrzydło. Nasz wyższy dowódca, porucznik Karol (mały), tamtym za zaśnięcie dał tylko naganę, a mnie za oddalenie się z posterunku (chociaż służby nie miałem) i zaśnięcie – godzinę stójki. Ale i tak z tego nic nie wyszło. Dowiedzieliśmy się potem, że tej nocy były nareszcie pierwsze zrzuty. Niestety większość amunicji się zmarnowała, widzieliśmy ją, była cała pogięta z racji kiepskiego opakowania.

13.8.45

Dziś znów jestem trochę dziwnie podniecony, zirytowany czy jak to nazwać. Myślę, co będzie. Jak będzie wyglądała przyszłość? Nie spodziewam się niczego albo raczej: trudno mi sobie wyobrazić, jak to będzie. Wiem, że trzeba czekać, a to znaczy zmarnowane dobre parę lat. Wrócić przecież nie mogę. Jest tylko droga naprzód – ale we mgle, tak że nie wiem, gdzie wiedzie. Mam tylko nadzieję, że może jakoś pójdzie… Żefortuna, tak niełaskawa, zmieni się i jej koło pójdzie znowu w górę. A w ogóle czemu nie urodziłem się Amerykaninem? I co będzie po latach? Czy do czegoś dojdę? Czy zastanę kogoś ze swoich na starych śmieciach?

Piątego z rana nie było nic lepszego do roboty, jak pójść z Mahometem, Leszkiem, Sławkiem i jeszcze jednym panem – który okazał się potem porucznikiem Gwido – wymierzać sprawiedliwość na pewnej pannie mieszkającej w domu Mahometa, naprzeciw naszej kwatery. Panna miała reputację puszczalskiej, ale tylko z Herrenvolkiem[15]. Weszliśmy, rewizja, przesłuchanie, ona zapiera się i płacze. Gwido z Mahometem ferują sąd i wyrok, my robimy obstawę. Wyrok – 25 razów na d… Czy gołą, czy nie – nie pomnę. Wiem tylko, że w tym celu zabrali z kwatery pałkę gumową, kwadratową 2 x 2 cm, na jakieś pół metra długą. Jak ona wyła przy pierwszych uderzeniach! Gdy skończyli bić, tylko jęczała: „o Jezu”. A jakeśmy wychodzili, mało nam rąk nie całowała, żeśmy jej nie uładzili drogi w świat duchów.

Popowrocie znów wylazłem z kwatermistrzem porucznikiem Józefem, dwoma kolegami i łączniczką w poszukiwaniu chleba. Powariackim łażeniu po domach, piwnicach, kontroli Adrii wróciliśmy z łupem – pół bochenka chleba. Poobiedzie z nudów zaczęliśmy kontrolować dachy w poszukiwaniu gołębiarzy. Zmachaliśmy się nieźle, ale nie znaleźliśmy nic. Potem poszedłem do domu naprzeciw, gdzie był nasz posterunek w kierunku ul. Mazowieckiej. Przyszło nas trzech: ja, Boguś, Adam plus łączniczka Ala. Naprzywitanie od razu zrobiliśmy padnij, bo z Mazowieckiej ktoś strzelił. Tynk posypał się znad kanapy. Cholera, dobrze strzela. Zrobiliśmy barykadę z bielizny, bardzo wygodną, i czekaliśmy. Chwilę później przyszedł nowy, porucznik Szach. Miały być tworzone plutony i on miał być dowódcą trzeciego. A chciał mieć samych najlepszych. I takich dostał. Zawsze mieliśmy pretensje do nazywania się „sekcja specjalna” i chcieliśmy mieć wyszyte „SS” na kołnierzach, ale nic z tego nie wyszło. Nas trzech zapisał, a chwilę potem przysłał zmianę. Poszliśmy na nasze nowo urządzone kwatery – sama słoma. Adam popatrzył, poleciał gdzieś i po chwili już nosiliśmy z naprzeciw materace. Boguś, Adam, ja i jeszcze jeden zajęliśmy pokój. Potem nas i tak z niego wywalili. Spać można było nawet bez niczego, ciepło. Wieczorem zaś poszliśmy na dach podziwiać, jak płoną podpalone przez Niemców Aleje Jerozolimskie Potężny, ale okropny widok. Czuliśmy się bezsilni. I tacy byliśmy wobec tego rzeczywiście.

Mroźny, śliczny, śnieżny wieczór… W teatrze ciepło, przytulnie, przyjemnie… Loża nr 6 jest pełna. Światła gasną. Przecudna melodia, tak prawdziwa „…wszystko maskować ust uśmiechem, by nikt nie wiedział, że serce rwie ból”. Wtedy nie było mi do śmiechu, mimo bliskości Ciebie, bo myślałaś o innym, mimo coctaili i „Ralaigliów”… A jednak ten wieczór zachowałem w pamięci jako jeden z najszczęśliwszych dni życia. Teraz mam tu gramofon i tę płytę po niemiecku, i to wszystko mi się przypomina… Tak chętnie przytuliłbym się teraz beztrosko do Ciebie… Ale czy tam daliby mi żyć i czy miałbym z czego? Patrzę w Twe rozkochane oczy i myślę o tym. Zdawało mi się, że o rodzinie i Tobie łatwo mi przyjdzie zapomnieć. Myślałem tak, gdy byłem głodny i było mi wszystko jedno. Ale to niemożliwe. Czuję, że z Tobą byłoby mi teraz dobrze. I tak jest mi wszystko jedno, gdzie pójdę, bo wrócić nie mogę, teraz; ale może później?… Nastawiam raz jeszcze: „…wszystko maskować ust uśmiechem”. I marzę… Może, może się uda i powiedzie, i fortuna dopisze?

Wsobotę, piątego dnia powstania, ktoś przyszedł powiedzieć, że u Jabłkowskich była szwalnia wojskowa i są płaszcze, inne rzeczy. Poszliśmy w kilkunastu. Całą kupę płaszczy, celtów, plecaków, zielonych drelichowych spodni zwieźli windą z siódmego piętra. Potem do sąsiedniego domu do komendanta OPL – potrzeba piętnastu ludzi do noszenia. Obrócili dwa razy (strzeżeni z przodu i tyłu) i towar był u nas. Miałem z tego coś cztery płaszcze żandarmerii, bo tylko takie były, dwa plecaki, trzy pary spodni. Popołudniu Mira i Rena, dwie łączniczki, przyleciały do nas: bierzcie kwit rekwizycyjny, idziemy po buty. Faktycznie, z tym było źle. Albo w ogóle nie mieli, albo mieli za dobre. Jana przykład nigdy wieczorem sam nie mogłem ściągnąć moich oficerków. Poszliśmy w czterech, tzn. ja, Adam, Boguś i