Z Baťą w dżungli - Markéta Pilátová - ebook
Opis

 

(…) co nas obchodzi jakiś faszysta, który pożarł się z Benešem, a potem z własnym bratankiem, i który chciał wysiedlić Czechów do Patagonii. Czy on przypadkiem nie był stuknięty?

Zdrajca ojczyzny, krwiożerczy kapitalista, szalony fantasta? A może żarliwy patriota i wizjoner, który wyprzedził własną epokę? Jedno jest pewne: Jan Antonín Baťa, przyrodni brat i następca słynnego Tomáša Bati, był bez wątpienia wyjątkowo barwną postacią czeskiej historii. Mimo to w świadomości potomnych przetrwał głównie jako karykaturalna figura rodem z propagandowych komunistycznych broszurek. Markéta Pilátová kwestionuje ten obraz; oddaje głos samemu Bati i najbliższym osobom z jego otoczenia (żywym i… zmarłym), pokazując ludzką twarz obuwniczego potentata – Szefa, lecz także ojca, syna, teścia, przyjaciela, wreszcie obywatela Europy Środkowej, która staje się polem starcia dwóch wielkich totalitaryzmów.

Z Baťą w dżungli to bowiem coś więcej niż portret jednego człowieka czy jednej rodziny – to intymna, a zarazem pełna fabularnego rozmachu opowieść o Europejczykach wrzuconych w tryby historii, opowieść o wojennej traumie, niełatwych losach emigrantów i dramatycznych próbach odbudowania tożsamości za oceanem, wśród pięknej, ale dzikiej i niegościnnej brazylijskiej dżungli.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 387

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Rando e Randinho – dla Was

Ale to mój dom i będzie nim już do śmierci –

gdziekolwiek by mnie dosięgła.

JAN ANTONÍN BAŤA

(przyrodni brat Tomáša Bati; po jego śmierci zmienił rodzinną firmę w międzynarodowe imperium)

Leżę w białym łóżku. Lniana pościel jest aż sztywna od krochmalu. Pada śnieg. Z oddali dobiega dźwięk moich starych skrzypiec. Tamtych skrzypek, które mama kupiła mi u Cygana. Zjeżdżam ze stoku na czarnym futerale. Materiał jest mocny, to lepsze niż sanki; docieram na dół jako pierwszy. Chłopaki obrzucają się śniegiem, zasypują mnie nim od stóp do głów, a potem próbują zagrzebać mnie w zwałach białego puchu. Bronię się, z trudem łapiąc oddech. Kłuje mnie w piersi. Lída podaje mi szklankę wody i włącza wentylator. Jest ciężki i wydaje z siebie ciemny, groźny pomruk, jak silnik samolotu. Naszego samolotu – Lockheed Electra L-10, numer fabryczny 1091, rocznik 1937. Byłem pierwszym Czechem, który obleciał nim cały świat. Nie mogę oderwać od niego oczu. Widzę śmigło wentylatora, a potem znów samolot. Wentylator, samolot. Tam i z powrotem. Wentylator, samolot. Lewa – prawa. Prawa – lewa. Monotonny szum turbin. Turkot drewnianych łopatek. Upał, zapędzony w kąt, wraca jako zapłon silnika. Wbijam wzrok w sufit, czuję, że jeszcze chwila, a to monstrum spadnie mi na głowę – albo wsiądę do niego, zapnę pasy i polecę do domu. Pocę się, a chwilę później znów drżę z zimna. Reisefieber, jak nic. Uspokaja mnie myśl, że pod szpitalem rośnie stara, poskręcana dama da noite. Nocna dama, drzewko o małych, gęstych liściach i drobnych kwiatach. Dona Marina Trachtová mówiła kiedyś, że posadziła ją sobie pod oknem, bo ten zapach przynosi szczęście. Leżałem wtedy z pierwszym zawałem w Batayporã, w domu Jindry Trachty, gdzie miałem swoje biuro. Zupełnie ścięło mnie z nóg. Na miejscu była Marina. Piękna Marina, żona Jindry. Zawsze żwawa jak wiewiórka. Było mi niedobrze. Kręciło mi się w głowie, jakbym unosił się w próżni. Wszyscy mieli akurat jakieś zajęcie – pracowali w tartaku, wycinali puszczę albo siedzieli w papierach – a ja trzymałem Marinę za rękę i prosiłem, żeby nie zostawiała mnie samego. Lekarza rzecz jasna nie było. W puszczy nie ma lekarzy. Marina obiecała, że nigdzie nie pójdzie. Szeptała: „Panie Baťa, proszę wdychać ten zapach po trochu, przynosi szczęście”. No i wdychałem. Ile sił w płucach. Kwiaty nocnej damy to krzyżówka kaktusa i orchidei. Przesycają powietrze upojną, intensywnie słodką wonią; zlatują się do nich roje kolibrów i motyli. Po trzech dniach więdną. Dlaczego zakwitły właśnie teraz? Przecież nie ma wiosny. Jak leciała ta piosenka? „I starym wesoło, kiedy wiosna wkoło”… Co próbuje przekazać mi nocna dama? Że to dobry dzień na umieranie? „Nie ma dobrych dni na umieranie”, mamroczę. Rano Lída – czy może Mája – otworzy okna, a ten zapach zadusi mnie, pogrzebie i porwie daleko stąd. Z dala od szpitala w São Paulo, hen, za ocean, do kraju, gdzie pachnie wilgotną ziemią i wiosennym śniegiem, gdzie nie muszę walczyć o każdy oddech, gdzie chłonę życie pełną piersią. Już nie boję się nabrać w płuca powietrza. I już nie boję się tam wrócić.

Wrócić, żeby opowiedzieć własną historię, dorzucić swoje trzy grosze do wszystkich tych plotek, kłamstw, teorii spiskowych, małych i wielkich prawd. Kim to już nie byłem w ustach i brudnych gębach ludzi: nazistą, Żydem, niemieckim Żydem, czeskim Żydem, zwykłym Żydem, parszywym Słowianinem, agentem Trzeciej Rzeszy, dezerterem, zdrajcą ojczyzny, zakałą narodu, megalomanem, kozłem ofiarnym komunistów, królem szewców, spadkobiercą, Szefem, a ostatnio podobno nawet sporną postaciąwspółczesnej czeskiej historii. Myślcie sobie, co chcecie, ale ja wracam, bo nigdy nie zdołałem pogodzić się z tym, że Lída i Edita – a potem Dolores – musiały żebrać przed waszym funta kłaków wartym wymiarem sprawiedliwości! Znów zaczynam się denerwować; a nie wolno mi, w końcu zmarłem na zawał. Chcę przyjrzeć się tej historii od samego początku. Rozłożyć ją na części pierwsze, a potem cierpliwie poskładać kawałki od nowa, żeby przekonać się, czy wciąż trzymają się kupy. Z rozkoszą zdemaskować drani, którzy pociągali wtedy za sznurki; zobaczyć przeszłość pod lupą czasu. I zrozumieć, dlaczego przez te wszystkie lata nie chcieliście mnie słuchać. Dlaczego monopol na tę opowieść zawsze mieliście wy.

LUDMILA

(córka Jana Antonína Bati)

Był blady jak ściana. Który to już zawał? Choć nie od razu zorientowaliśmy się, co jest grane. Myślałam, że po prostu go zemdliło, że zjadł coś nieświeżego – albo zwyczajnie się przeżarł, w końcu to nie byłby pierwszy raz. Zadzwoniłam do doktora Andradego i poprosiłam, żeby jak najszybciej przyjechał do Batatuby. Zawał. Cholera. Cholera jasna! Masz babo plyndz… Na los ni mo rady, jak mawiała staruszka Gerbecová z Hradištia i jak mawiał doktor Gerbec. Ano ni mo. Pojechaliśmy do ogromnego szpitala Beneficência Portuguesa w São Paulo. To było prawie miesiąc temu. Ojciec wciąż trzyma na łóżku mały drewniany składany stolik, żeby móc pisać. Uciec od śmierci w pracę. To była nasza rodzinna dewiza: praca lekiem na wszystko. Na śmierć i na życie. Cały czas ma pod ręką papier i długopis. Pióra nie chce; mówi, że kiedy zamyśli się chwilę dłużej, wysycha mu atrament. Zmieniamy się z mamą, wygląda na zmęczoną. On zresztą też. Wszyscy wyglądamy na zmęczonych. Tata wciąż coś pisze. Wciąż podejmuje decyzje, bierze na siebie odpowiedzialność. Każdego dnia wciąga ją na grzbiet jak świeżą koszulę. I mocno zaciska krawat pilności. Wciąż myśli. Wciąż jest z nami. Budzi się z samego rana. Prosi, żebyśmy otworzyli okno – chce swobodniej odetchnąć, zobaczyć, jak świta. Patrzył na wschodzące słońce, ale widziałam, jak odlatuje myślą do fabryk, które rozsiał po całym świecie, które wyrastały w kolejnych krajach jak grzyby po deszczu, jak pieczarki na żyznym podłożu. Fabryk, które budziły powszechny podziw. Sprawność, efektywność, niezawodność, dopięty na ostatni guzik proces produkcji, wielkie perspektywy – oto z czym się kojarzyły. Fabryk, które wszystkim były solą w oku. Kapitalistom i komunistom. Widziałam, jak objeżdża je jedna po drugiej, jak dogląda wszystkiego czujnym okiem, jak kombinuje, co by tu jeszcze wynaleźć, kupić, spieniężyć, ulepszyć, skolonizować… Ale teraz pędzi z gauchami stada białych byków, wzbijając kurz na pokrytych czerwoną gliną drogach. Włóczą się po wybrzeżu Parany, a wieczorami siedzi z nimi w obozowisku i pałaszuje pieczonego bawołu. Rwie mięso rękami, nie musi przejmować się dobrym wychowaniem, odkrawać tłustego ani odmawiać sobie dokładki. Wpatruje się w rwący nurt mętnej Parany i marzy, żeby osuszyć okoliczne bagna. Okiełznać tę rzekę! Dziś swoje królestwo mają tu białe czaple – co wieczór zlatują się całym stadem i obsiadają pnie martwych drzew. Ale dla niego to za mało. Chciałby zmienić te mokre, grząskie bagniska w coś użytecznego, sprawić, by pewnego dnia posłużyły ludziom. Nie czaplom. Chciałby poskromić ogromną, dumną Paranę, wykorzystać potęgę przyrody w służbie postępu, dać brazylijskiej ziemi przyszłość, jakiej poskąpił jej los, który tak niesprawiedliwie rozdał karty w tej części świata. Już widzi oczyma duszy, jak na miejscu pustyni wyrastają nowoczesne domy i fabryki, kina i promenady, a dżunglę zastępują schludne ogrody. Pragnie ujarzmić tę dziką, arogancką przyrodę. Związać ją mostem, jakiego Brazylia jeszcze nie widziała, być kimś w rodzaju nowego Karola IV – uciec gdzieś, byle dalej od białych ścian i szpitalnego łóżka, do którego przykuło go chore, obolałe serce.

Mówi, że czuje zapachdama da noite. Mamy sierpień, a nocna dama kwitnie w marcu, ale nie wyprowadzam go z błędu. Pachnie, jeszcze jak pachnie! Tata tak strasznie tęskni za tą słodką wonią. I za ciastem. Za bezami. Wędzonym językiem wołowym. Ziemniaczanym purée ze smażoną cebulką. Masłem. Lodami. Za zwykłą mocną kawą. Nie wolno mu żadnej z tych rzeczy.

– Po co żyć, jeśli nie mogę nic jeść? – pyta z wyrzutem.

– Tato! – krzyczę na niego. – Nie mówcie tak! – Nie wiem, dlaczego używam liczby mnogiej. Patrzy na mnie zaskoczony i uśmiecha się.

– Odkąd to bawimy się w takie uprzejmości, Líduško? Co też ci strzeliło do głowy?

– Nie, ja tylko… Nie wiem. Jakoś samo mi się powiedziało.

– Ano bywa – przytakuje i po chwili zapomina o całej sprawie. Coś sobie zapisuje. Pisze wiersze. Kiepskie wiersze. Piękne wiersze. Swoje wiersze. Wielkie ciało chłopiska z Moraw ledwo mieści się w łóżku wyprodukowanym z myślą o drobnych Brazylijczykach. Jest potężny niczym czeski dąb. Miejscowe drzewa są inne, ich miękkie pnie bez oporu poddają się ostrzu siekiery i szkodnikom, które zżerają je do ostatka, jeszcze zanim zdążą wystrzelić ku niebu. Ale tata jest jak dąb, a powalić dąb zdoła tylko piorun. Albo ósmy z rzędu zawał.

– Líduško, rób listę, pisz, co mi ugotujecie, jak wrócę ze szpitala, dobrze? Żebym miał na co czekać!

Zapisuję jego życzenia, a on uśmiecha się błogo.

– No, Lídunko, w poniedziałek… Zapisałaś?

– Zapisałam.

– Rosół wołowy z makaronem, z wkładką. Cielęcina duszona albo z rożna. Na kolację tłuczone ziemniaki i szynka. We wtorek krem z groszku i pieczony kurczak z warzywami, na kolację zapiekanka makaronowa z szynką. I może zjadłbym coś na słodko, jakiś lekki deser albo omlet z konfiturą wiśniową, co myślisz? Lídko, zrobicie mi pudding cytrynowy?

Potakuję i potakuję, jak nieszczęśliwy Hurvínek, który z trudem unosi wielką, zbyt ciężką głowę. Zrobię. Zrobię, co tylko zechcesz.

Kiedy w nocy czuwam przy jego łóżku, w snach nawiedza mnie zasypany śniegiem świat. Wspomnienie z przeszłości. Obraz, który namalowałam i zabrałam ze sobą aż tutaj. Jest na nim dom gdzieś na wzgórzach i dwie otulone białą pierzynką krzywe brzozy. Drzewa, które nie pasują do gór. Tak jak ja nie pasuję tutaj. Do słońca tropików. Do upału. Do zapomnienia i wiecznych wyrzutów tych, którzy wyjechali – wygnańców. Nieźle radzę sobie z pędzlem, podobno mam talent, ale te brzozy mi się nie podobają. Przeklęte drzewa. Potrafię też grać na pianinie. I słuchać. Zawsze byłam usłuchana. Ciekawe dlaczego? Żeby mieć spokój. Zawsze chciałam tylko spokoju. Żeby dali mi grać. Mogłam zanurzyć się w dźwiękach fortepianu, słodkich i dzikich zarazem. Posłuszeństwem kupowałam sobie spokój.

Śnieżyca. Wciąż brnę do przodu, wiatr depcze mi po piętach i podcina nogi. Buty grzęzną w zaspie, ale uparcie pnę się po wzgórzu. Idę do kapliczki, chcę złożyć róże z bibułki pod wyblakłym obrazem Chrystusa. Rudy wygrał je dla mnie na festynie, na strzelnicy. W końcu jestem na górze, kropelki potu ściekają mi z czoła i spadają w mokry, ciężki śnieg. Zawieja ustaje, wiatr już nie zawodzi, pojękuje tylko cichutko. Rozglądam się, ale nigdzie nie ma kapliczki. Nie wiem, gdzie jestem, musiałam pomylić wzgórza. Krepina nasiąka wodą, która skapuje i tworzy czerwoną kałużę pod moimi stopami. Budzę się zlana potem. W pokoju terkocze wielki drewniany wentylator, a ja z trudem łapię oddech. Tato – Szef – śpi. Wyłączam wentylator i otwieram okno. Budzi się.

– Otwórz na oścież, co? I nie zapalaj światła, poczekamy na wschód – mówi.

Zza okna dobiega nas chrobot małych odnóży; to nocne owady chowają się przed nadchodzącym upałem, włażą w szpary w korze, kryją się pod liśćmi. Słońce leniwie wychyla się zza chmur. Podkładam tacie pod głowę więcej poduszek, pomagam mu się unieść. Siedzi zapatrzony w krwawoczerwoną łunę, która rozkwita na tle szarego nieba. Wczoraj nad miastem wisiała paskudna mgła, ale dziś nie ma już śladu po tamtych smugach wilgoci, oplatających lepką pajęczyną paprocie z przyszpitalnego ogrodu. I choć pełnie księżyca są najpiękniejsze właśnie teraz, nie można niestety powiedzieć tego samego o porankach. Tym razem jednak słońce objawiło się w pełnej krasie, jakiej można oczekiwać o tej porze roku, w sierpniu – kiedy nic nie kwitnie i właściwie jedyne kwiaty, jakie można dostać, to te papierowe, z odpustów. Mama jeszcze nie przyszła, jesteśmy tylko we dwoje, on i ja. Razem, blisko – tak blisko, że wiem, co dzieje się w jego głowie, mogę dotknąć jego myśli, wziąć w dłoń ich srebrne włókna, rozmawiać z nim bez słów, niepotrzebnie oddalających nas od siebie. Jak gdybym grała na fortepianie. Językiem muzyki. Muzyki, którą co prawda cenił, ale tylko jako dodatek, ornament; nigdy tak jak pracę – świętą, wyniesioną do godności religii.

Ktoś wchodzi do sali i tato poprawia się na łóżku. To mama. Kładzie czarną, lakierowaną torebkę ze złotym, nieco zniszczonym już zamkiem na śnieżnobiałej pościeli; ten kontrast aż kłuje w oczy. Po nocy spędzonej w szpitalnym fotelu jestem niewyspana i cała połamana.

– Zdrzemnij się, córeczko, połóż się na chwilę u sióstr.

Nie protestuję. Idę. Patrzę jeszcze tylko na tatę, jak pomału zamyka oczy. Właśnie skończył swoją poranną modlitwę. Słońce jest już wysoko na niebie. Wychodzę z pokoju. Odechciało mi się spać. Pielęgniarka parzy mi espresso i proponuje tabletkę na uspokojenie. Nie chcę żadnych tabletek, jestem spokojna. Przed chwilą dotykałam jego myśli, grałam w duchu na fortepianie i oglądałam wschód słońca. Siedzę na fotelu u sióstr, musiałam zasnąć, bo kiedy się budzę, na zgrzebnym szpitalnym zegarze dochodzi dwunasta. Nagle słyszę, jak mama krzyczy. Powstaje straszne zamieszanie, wszyscy biegają nerwowo. Pada hasło „resuscytacja” – aż przechodzi mnie dreszcz od wszystkich tych „s” i „c”. Patrzę, jak czarne wskazówki powoli pełzną w niebyt. Wszyscy naokoło panikują. Tylko ja jestem spokojna. Podchodzę do łóżka, patrzę na niego. Na jego dłonie wielkie jak bochny chleba. Dłonie wołoskich baców, dłonie mongolskich najeźdźców z rodu Baťów, dłonie szewców, dłonie Szefów. Podnoszę kartkę, która wysuwa mu się z rąk. Wpatruję się w zamaszyste pismo, ostatnie słowo jest praktycznie nieczytelne, ale wiem, że napisał: „Prawda wypłynie na wierzch jak oliwa”. Zachowuję te słowa w pamięci. I tamten wschód słońca, tamto pożegnanie.

To był ciężki dzień, ciągnął się bez końca. Jenda klęczał przy szpitalnym łóżku i błagał, żeby tata go nie opuszczał. Ja stałam wyprostowana niczym struna, a potem jak zwykle utykałam na tę swoją nieszczęsną lewą nogę. Gdyby nie ona, już dawno bym upadła, załamała się; tych brakujących dziesięć centymetrów nauczyło mnie trzymać pion, nie tracić fasonu choćby nie wiem co.

Droga z kapliczki w Atibaie do Batatuby tonęła w świeżych kwiatach. Skąd u licha miejscowi wzięli je w środku sierpnia, kiedy w Brazylii kwitną tylko chryzantemy?

EDITA

(córka Jana Antonína Bati)

Czasem mam wrażenie, że nigdy nie wysiadłam z tamtego pociągu. Że wciąż jeszcze nim jadę. Za oknem przelatują krajobrazy, na wieki pogrążone w mroku. Podobno ktoś będzie czekał na mnie na peronie, ale nie wiem kto – ani czy na pewno przyjdzie. Wszędzie wkoło widzę węgierskie napisy. Mam piętnaście lat. Jest czerwiec, ale z chudych, bocianich nóg zsuwają mi się wełniane podkolanówki. Okropnie drapią, a na kostkach zwijają się w obwarzanki, więc ciągle muszę je podciągać. Zrobiła je dla mnie na drutach staruszka Hruščáková z Hradištia – mama ojca. Była dumna ze swojej hodowli królików angorskich. Rubinowe oczka i miękka, jedwabista sierść, która nie wiadomo kiedy zmieniała się w gryzącą wełnę. A potem my, dzieci, musiałyśmy nosić te wstrętne podkolanówki i inne niechciane prezenty. Czasem myślę, że ten pociąg nigdy się nie zatrzymał. Że wcale z niego nie wysiadłam, nie dotarłam do Budapesztu. Pamiętam, jak stałam na dworcu w Brnie; był ze mną sekretarz taty. Czułam, że to nie wypada, ale ściskałam jego dłoń jak mała dziewczynka. A potem długo odprowadzałam go wzrokiem, wyglądając przez brudną szybę. Do dziś w snach nawiedzają mnie pociągi. Do dziś nie przestałam uciekać.

Wiedziałam, że dam radę. Powtarzałam sobie, że przecież to tylko chwila. Test na odwagę, który zdam z palcem w nosie. W szkole zawsze mi mówili, że jestem dzielna i mądra. Dobrze się uczyłam, miałam dryg do języków; niemiecki, angielski i francuski same wchodziły mi do głowy. Kiedy wsiadałam do pociągu i pan sekretarz powiedział mi, żebym nie przespała swojej stacji, że muszę wysiąść na dworcu głównym w Budapeszcie, pożałowałam, że nigdy nie próbowałam nauczyć się także węgierskiego. Miałam ze sobą tylko małą płócienną torebkę; walizka zdradziłaby, że wybieram się w długą podróż. W środku były chusteczki higieniczne, trzydzieści koron w skórzanej portmonetce i woda kolońska mamy – zapomniała ją zabrać, kiedy wyjeżdżali z Jeníkiem i Mařenką. Pojechali wcześniej, inną trasą; rozdzieliliśmy się, żeby nie wzbudzać podejrzeń. Przed wejściem warowali dwaj esesmani, ale żaden nie wiedział, że na tyłach domu, w ogrodzie, jest mała zarośnięta furtka, która prowadzi na teren pobliskiej szkoły. Tata kazał ją zrobić, jeszcze kiedy byliśmy w podstawówce – żebyśmy nie musieli chodzić naokoło. Wszystkie moje rzeczy zostały w domu. W dębowej skrzyni zamknęłam na klucz swoje ulubione lalki, zabawkową kuchenkę, pluszowego pieska, misia Beara i zająca Chrupka. Sama nie wiem, dlaczego to zrobiłam – w końcu byłam już piętnastoletnią panną, kręciłam sobie loki i malowałam na powiekach cienkie czarne kreski. Od dawna nie bawiłam się lalkami. Kluczyk od skrzynki zawiesiłam na lnianym sznurku i nosiłam na szyi. Do dziś mam go zawsze w kieszeni – mały srebrny kluczyk. Kiedy się denerwuję, mocno ściskam go w dłoni, przejeżdżam palcami po metalowych krawędziach, pozwalam, żeby wpijał mi się w skórę aż do bólu. Czasem myślę o tych porzuconych w skrzyni zabawkach. Ciekawe, czy wciąż tam są. A może ożyły i uciekły, wsiadły do następnego pociągu i ruszyły moim śladem? Czekałabym na nie na peronie, a potem, już na statku, porządnie je wszystkie wyczyściła. W nowym kraju poukładałabym je znów na półkach i nauczyła miejscowego języka, żeby już nigdy nie tęskniły za Czechosłowacją. A może ktoś wyłamał zamek i wyrzucił moje zabawki do śmieci? Albo porozdawał je jakimś innym dzieciom? Czyim? Esesmanów? Komunistycznych oficjeli? Bo w naszym domu w Zlínie panoszyli się jedni i drudzy. Tato napisał o tym nawet wiersz. 10 stycznia 1941 roku. Nazwał go Zabrany dom.

Nasz dom i ogród nasz, z naszego wyrosłe potu,

zagarnęli najeźdźcy. Kraj nasz też wzięli pod bat.

Wśród naszych czterech ścian niesie się echo ich kroków,

w eterze echo głosów, co w duszę sączą dziś jad.

Niesie się echo obcasów, gdzie dzieci moich płacz

rozbrzmiewał kiedyś pierwszy – za szczęścia, wolności lat.

Naród, co w imię ojczyzny przelewać nie chciał krwi,

na krzyżu będzie wisiał do końca swoich dni.

Od tamtej pory ilekroć jadę pociągiem, jak tylko wsiądę, od razu szukam wzrokiem ubikacji. Tamtego dnia ukryłam się w toalecie, kiedy na granicy zaczęła się kontrola dokumentów. Weszłam do środka, ale nie przekręciłam zamka. Gdy zajrzał tam żołnierz ze swastyką na rękawie, mocno przywarłam do ściany. Po chwili pociąg ruszył, a on zatrzasnął drzwi. Stałam tam, nagle niewidoczna, nieuchwytna niczym pluskwa, i wpatrywałam się w brudną umywalkę, nad którą wisiało popękane lustro. Do dziś pamiętam zjełczały zapach lawendowego mydła i dyskretny wzorek na wymiętym, doszczętnie spranym ręczniku. Zachowałam tamten moment w głowie z najdrobniejszymi szczegółami. Bez trudu mogłabym odtworzyć układ rys na tafli zniszczonego lustra. Nie modliłam się. W tamtej chwili nie wierzyłam, że Bóg mógłby mnie usłyszeć. Nie wiem, czy chodziło o wojnę, która miała wybuchnąć lada chwila, czy o stukot kół pociągu uderzających o żelazne tory; może po prostu wstydziłam się modlić o swoje życie. Bo musiałabym przyznać sama przed sobą, że to ono jest stawką w tej grze. A takiej myśli nie chciałam do siebie dopuszczać. W kółko powtarzałam w myślach zdanie, które tato wypowiedział w rozmowie z głównym księgowym, Františkiem Mušką. „Wie pan, panie Franku, co jest najgorsze? Kiedy człowiek fajda ze strachu”. Za nic nie chciałam okazać się tchórzem. Ale zależało mi, żeby dobrze zapamiętać epizod w ubikacji – zamierzałam opowiedzieć o nim tacie. Nie wyszłam stamtąd, dopóki nie upewniłam się, że będę potrafiła wiernie zrekonstruować obskurną scenerię, w jakiej rozegrała się cała przygoda. Dopiero wtedy wróciłam do przedziału. Przycisnęłam nos do chłodnej szyby. Za oknem zapadał zmierzch, a pociąg wjeżdżał właśnie na węgierskie równiny, trzęsąc się i sapiąc z niezadowolenia, aż dudniło mi w głowie. Bestia wioząca w przepastnym brzuchu setki ludzkich losów. W każdym razie dla mnie nowe życie zaczęło się właśnie w tym pociągu. W Budapeszcie wysiadłam na peronie, przycupnęłam na ławce i czekałam. Nikt nie pomyślał, żeby dać mi trochę forintów. Byłam głodna i chciało mi się pić. Czułam, że jeszcze chwila i naprawdę sfajdam się ze strachu. Im ciemniej robiło się naokoło, tym bardziej dręczyła mnie myśl, że znów wszyscy wpadniemy w ręce esesmanów, jak wtedy, gdy pierwszy raz próbowaliśmy wyjechać ze Zlína. Dziwne – po tych wszystkich latach doskonale pamiętam swoją wyprawę pociągiem, ale tej pierwszej ucieczki już nie. Może dlatego, że zakończyła się sromotnym niepowodzeniem.

Bukiet czerwonych róż – to pierwsze, co pamiętam z wojny. Mama dostała go od esesmanów, którzy przyjechali do Zlína. Byli uprzedzająco grzeczni i irytująco natrętni. Ubrani w czarne mundury, rozsiewali wokół siebie duszną woń mydła i wody po goleniu. Nie potrafiłam rozpoznać marki; wyczuwałam coś jakby naftalinę i czysty spirytus. Ciężki zapach. Zapach śmierci. Zadzwonili i bez pytania wcisnęli mamie do ręki kwiaty. „Dla szefowej”, rzucił jeden z nich i roześmiał się kpiąco. Scena jak z jakiejś ponurej baśni. Czarne uniformy z czaszkami i czerwone róże. Mama nic nie powiedziała, sztywnym gestem wzięła bukiet i nawet go nie powąchała. Pokiwała tylko głową i chłodno pożegnała przybyszy. Róże wyrzuciła potem na kompost. Ten bluźnierczy gest nie umknął czyjemuś czujnemu oku. Już wtedy musieliśmy być pod obserwacją.

A potem ta pierwsza, nieprzemyślana, pospieszna ucieczka. Gorączkujący Jeník, owinięty w kożuchy i koce, zasypane śniegiem drogi, zamieć. Drobne kryształki lodu na szybie. Tato był w Polsce, a my usiłowaliśmy przedostać się przez granicę, żeby do niego dołączyć. Nie jechaliśmy daleko, ale widoczność była słaba, więc podróż trwała dłużej, niż sądziliśmy – wlekliśmy się niemiłosiernie. Nagle samochód okrążyli żołnierze. I zaraz się zaczęło. „Halt, a państwo gdzie się wybierają? I dlaczego akurat w taką zawieję?!” W rękach mieli już nie róże, a karabiny. Mama była zbyt przerażona, żeby wykrztusić choćby słowo, ale kierowca zachował zimną krew; odpowiedział, że wieziemy małego Jendę do szpitala, że w tej zamieci straciliśmy orientację i sami nie wiemy już, gdzie jesteśmy. Żołnierz odwarknął, że mamy zawracać, przecież w Zlínie też jest Krankenhaus. Z kolejną próbą czekaliśmy aż do lata. To wszystko było tak dawno, wieki temu… a ja znów siedzę na dworcu Keleti w Budapeszcie. Świta, na niebie pojawiają się nieśmiało pierwsze zarysy chmur. Zaczynam się cieszyć, że mam na nogach swoje drapiące podkolanówki, wciskam brodę w kolana i zastanawiam się, co zrobiłaby na moim miejscu staruszka Hruščáková. Na co wydałaby ostatnie trzydzieści koron? Przucupnęłaby na schodach przed dworcem i zajęła się robótką, wsłuchując się w kojący brzęk uderzających o siebie drutów? Próbowałaby żebrać? Wsiadłaby w pociąg i pojechała z powrotem do Czechosłowacji? A może poszłaby na pocztę i wysłała telegram? Tylko do kogo? Dokąd? Do Protektoratu czy do Polski, na numer, którego musiałam nauczyć się na pamięć, żeby broń Boże nigdzie go nie zapisywać, i na który miałam dzwonić tylko w przypadku zagrożenia życia? Korowód wizji, jedna bardziej absurdalna od drugiej. Podnosiłam się już z ławki, zamierzając obejść wszystkie perony, kiedy na tle wielkiego łuku i rzeźb, które wyglądały jak z baśni o olbrzymach, pojawił się szofer taty. Zamiast służbowego uniformu miał na sobie garnitur, ale poznałam go po szerokich barach i nerwowym chodzie. Zanim ruszył w moim kierunku, ostrożnie rozejrzał się na boki. Z wahaniem podniosłam rękę i pomachałam do niego. Musiałam się powstrzymywać, żeby nie rzucić mu się na szyję i nie rozpłakać ze szczęścia; zmusiłam się do niedbałego, obojętnego kroku. Ale jeszcze zanim wstałam z ławki i ruszyłam w jego stronę, zdjęłam te okropne podkolanówki, zwinęłam je w kulkę i wcisnęłam głęboko do torebki.

JAN ANTONÍN

Zastanawiam się, od czego zacząć. Jak opowiedzieć historię, żeby zaintrygowała od pierwszych słów? Skąd wziąć pewność, że w ogóle warto ją opowiadać? I jak nie popaść przy tym w banał?Nigdy nie odkryłem odpowiedzi na te pytania. Ale zawsze lubiłem pisać. A tak, zostawiłem po sobie prawie czterdzieści rękopisów! Pisałem dużo i chętnie, wydałem nawet kilka powieści. Owszem, o sobie. Niech wam będzie, Baťa to grafoman. Megaloman. Naiwny marzyciel. Pisanie zawsze mnie ocalało, kiedy nie wiedziałem już, co robić, kiedy byłem zupełnie bezsilny, bo straciłem niemal wszystko. Ale w moich tekstach nie ma tego, co chciałem powiedzieć. Nie potrafiłem uchwycić najważniejszego. Sądziłem, że jeśli tylko się postaram, jeśli dzień w dzień będę siedział nad kartką, wszystko sobie przemyślę i zaplanuję, w końcu osiągnę cel. Dziś wiem jednak, że mi nie wyszło. I nie mam tu na myśli wizji czy wartości artystycznej mojej pisaniny, mnie nigdy nie szło o sztukę! Interesowała mnie prawda. Chciałem szczerze opowiedzieć o wszystkim, co przeżyłem, utrwalić to na papierze. Pragnąłem, żeby coś po mnie zostało. Jak każdy – powiecie pewnie. Wiem, wiem, nic w tym nadzwyczajnego. Ja jednak byłem przekonany, że jestem kimś niezwykłym, a w każdym razie miałem niezwykłe życie. Że całe to szczęście, które było moim udziałem, wszyscy ci ludzie, którzy pracowali ze mną, jeździli po świecie, marzyli i przekuwali w czyn moje marzenia, zasługują, żeby ocalić ich przed zapomnieniem; że muszę zapisać to wszystko, dopilnować, by nie zgubiło się gdzieś po drodze. Historii nie da się zmienić. Co się stało, to się nie odstanie. Ale mogę opowiedzieć swoją wersję wydarzeń. Inną niż ta pisana przez złodziei, którzy wylali na mnie wiadra pomyj i kłamstw, którzy zabrali mi wszystko. Realizowałem po prostu swój plan. Nie miałem zamiaru zostać pisarzem, chciałem tylko świecić przykładem. Że to nieskromne? A niech sobie będzie! Do diabła ze skromnością, cóż komu po skromności! Szło mi jednak opornie. Ciągle nie byłem zadowolony z efektu, irytowałem się. Krępowały mnie ramy obrazu, jaki kreowałem, zakładając, że po moje teksty sięgną tysiące czytelników. To nie była kwestia stylu – pisanie felietonów do gazet i przemówień wychodziło mi w końcu o wiele lepiej niż Tominie. Potrafiłem porwać ludzi, przekonać ich do naszej sprawy, do swoich poglądów. Ale kiedy próbowałem przemycić w powieści jakiś morał, tekst brzmiał drętwo. Jakby słowa zastygały mi pod palcami. Może dlatego, że w gruncie rzeczy nie rozumiałem ludzi, o których pisałem. Zaglądałem w ich dusze i biografie, ale nie widziałem tam niczego, co byłoby warte utrwalenia na papierze. Mieli w sobie tyle małostkowości, strachu, chciwości, ślepoty. Ja tymczasem pragnąłem pisać o bohaterach, o małych wielkich ludziach. Bo właśnie takich historii potrzebował – wciąż potrzebuje! – nasz mały naród. Pozytywnych wzorów, które tchną w niego wielkiego ducha. Właśnie te dwie sprzeczności nieustannie ścierały się w mojej prozie: nędza otaczającej mnie rzeczywistości i tęsknota za czymś innym, większym, za ideałem. Krótko mówiąc, przesadziłem z moralizowaniem. Przykrawałem ludzi, o których pisałem, do ram własnej wizji. Teraz, z perspektywy wieczności, widzę to wyraźnie, ale wtedy byłem ślepy. Nie wiedziałem, że pisząc o życiu, nie sposób pominąć tego, co żenujące, małe, brudne – inaczej można stworzyć co najwyżej napuszony traktat moralny. Miałem inny cel, to oczywiste, ale właśnie na napuszonych traktatach się kończyło. Podobno najlepiej wychodziły mi satyry. Teksty, które powstały z bezsilnej rozpaczy. Prawdziwa ironia losu! Chciałem zarazić naród optymizmem, tymczasem czytelnikom najbardziej podobały się moje zgryźliwe wierszyki, przepojone goryczą i rozczarowaniem. Kiedy odebrano mi wydawnictwo, publikowali mnie za granicą. Choćby w Londynie, gdzie w pięćdziesiątym czwartym zbiór moich satyr i aforyzmów kosztował cztery szylingi. Jakiś ukryty pod inicjałami J.J. recenzent napisał wtedy: „Okazuje się, że wielki przedsiębiorca jest człowiekiem refleksyjnego usposobienia i że zależy mu nie tyle na pieniądzach, ile na budowaniu swojego dzieła, realizacji życiowego powołania. Baťę kilkakrotnie pozbawiono dachu nad głową; stoicyzm, z jakim przyjmował kolejne ciosy, i fakt, że nie pozbawiły go one wiary w rozumną przyszłość rodzaju ludzkiego, świadczą o sile tej niezwykłej osobowości. W swoich satyrach autor jest raczej czułym rejestratorem drgnień narodowej duszy niż naśladowcą utartych form, nie mamy jednak wątpliwości, co chce nam przekazać. Ta niewielka książeczka jest afirmacją ludzkich możliwości, przepełnioną wiarą w człowieka i jego misję. Czytając dzieło Bati, mamy okazję poznać od kuchni przedsiębiorcę, którego nie złamały los ani epoka”.

Czy po tym wszystkim, co się stało, wciąż wierzę w człowieka i jego misję? W rozumną przyszłość rodzaju ludzkiego? Chciałbym powiedzieć, że nie. Bo po tym, co przeszedłem, tylko szaleniec mógłby wierzyć w rozum, człowieka i sprawiedliwość. A co dopiero rozumną przyszłość rodzaju ludzkiego. Ale ja zawsze byłem szaleńcem. Dziś powiedzieliby pewnie: „świrem”. Nie zliczę, ile razy mi to wypominali, ile razy dyrektorzy moich fabryk, ci piewcy rozsądku, szeptali o mnie po kątach, pokpiwali sobie z moich wielkich planów – przy kawiarnianych stolikach i nad kieliszkami szampana.

Powraca do mnie nieustannie jedno wspomnienie. Sam nie wiem, skąd wziął się pierwszy impuls, który zapoczątkował lawinę. Od tej pory upór już zawsze brał nade mną górę. To wydarzyło się chyba w chwili, kiedy Tomina wyszedł z zarośli. Stał tam i przyglądał się, jak gonię chłopaków, wymachując uwiązanym na sznurku kamieniem. Śmiali się ze mnie, a ja biegałem za nimi ze złamaną ręką, unieruchomioną na temblaku z brudnej szmaty. Tomina – mój przyrodni brat – przyjechał odwiedzić mamę. Mieszkaliśmy w Hradištiu, w obskurnej dzielnicy Rybárny. Chciał, żebym przeprowadził się do niego i Máni, do Zlína; mówił, że mógłbym pójść tam do szkoły. Szedł w naszym kierunku i patrzył, jak bronię się przed zaczepkami chłopaków i jak później, wciąż nie rozstając się z kamieniem, przewodzę całej bandzie. Kiedyś przypomniał mi tamtą scenę, a w jego głosie usłyszałem uznanie, które na co dzień okazywał mi nader rzadko. Od chwili, kiedy mi o tym opowiedział, robiłem wszystko, żeby go nie zawieść. Jego i tego smarkacza z kamieniem na sznurku. To o tym powinienem był pisać – ale nie potrafiłem. Umierając, nagryzmoliłem na kartce swoje ostatnie słowa: „Prawda wypłynie na wierzch jak oliwa”. I moment później pomyślałem: tylko kogo obchodzi prawda?

A może przeczytam wam któryś z moich wierszy? To była moja ulubiona dziedzina twórczości, choć poetą byłem marnym. Popełniłem nawet swego czasu odę z okazji sześćdziesiątych urodzin tej miągwy Beneša.

Dziś sześćdziesiątki przekroczył Rubikon

wielki mąż stanu. Niechże mu się darzy!

By narodowi znękanemu przyniósł

wolność i pokój, o których tak marzy.

Nie mam pojęcia, co mi wtedy strzeliło do głowy! Zbliżał się koniec wojny i pomyślałem chyba, że wypada złożyć życzenia prezydentowi na wygnaniu. Mam nadzieję, że nie będziecie przykładać do tych wierszy zbyt surowej miary. To tylko okolicznościowe rymowanki, macie rację. Ale obcowanie z poezją zawsze wynosiło mnie na wyższe poziomy ducha. Ile to razy słyszałem, że powinienem trzymać się szewskiego kopyta! Nigdy nie przejmowałem się takim gadaniem. Ludzie nic, tylko by gadali. Pisanie wierszy pozwalało mi rozwinąć skrzydła. Pozwalało mi wznieść się w przestworza i poszybować hen, z powrotem za ocean. Znów być dumnym patriotą. Zresztą w moich wierszach nawet Beneš był mężem stanu, jaki rodzi się raz na sto lat. Sami widzicie – co jak co, ale satyra wychodziła mi przednio.

DOLORES

(wnuczka Jana Antonína Bati, córka Ludmili Baťovej i Ljubodraga Arambašicia)

Babonki

Tak je nazywaliśmy. Małe żółte knedliczki z mąki i jajek. Babcia Mája wrzucała je do zupy, do rosołu z naszych białych krów. Każdemu przysługiwały tylko dwa. Taką zasadę wyznawała babcia. Tylko dwa babonki. Biliśmy się o nie, siedząc przy stole na przeszklonej werandzie. Tam jadły dzieci, dopóki nie skończyły dziesięciu lat. To była z kolei zasada ustanowiona przez dziadka. Dopiero kiedy delikwent nauczył się zachowywać jak trzeba, przestał tłuc się z resztą towarzystwa i zdmuchnął dziesięć świeczek na torcie, mógł triumfalnie przekroczyć próg świata dorosłych i otrzymać miejsce przy stole w jadalni. Mnie nigdy nie pociągała jednak ta wizja. Uwielbiałam werandę i stół pingpongowy; zawsze wygrywałam z kuzynami, a czasem udawało mi się pokonać nawet samego dziadka. Lubiłam nasze bitwy o babonki i wcale nie miałam ochoty zachowywać się jak należy, prawidłowo trzymać sztućców, pamiętać, która łyżeczka służy do jedzenia tortu, i uważać, żeby nie poplamić bluzki sosem. Lubiłam też obserwować dorosłych przy ich stole, zastanawiać się, o czym rozmawiają; miałam ich jak na dłoni – na lewo od dziadka, u szczytu, siedziała babcia Mája, naprzeciwko niego wuj Jano, potem wuj Nelson, ciocia Edita, ciocia Jena, którą nie wiedzieć czemu wszyscy nazywali Haną, moja mama – Ludmila, nazywana też Lídą, wąsaty Serb – wuj Dragoslav i mój najukochańszy tata, Ljubodrag. W powietrzu mieszały się zapachy i języki – serbski, czeski, portugalski, a do tego jędrne morawskie powiedzonka, prawnicza angielszczyzna, wyrafinowany francuski rodem z powieści, serbskie historyjki opowiadane przez tatę, żydowskie i niemieckie anegdoty, które przywiózł z Wiednia, gdzie studiował prawo. W końcu przeprosiłam się z dobrymi manierami i dostałam miejsce obok wuja Jana, ale wciąż zdarzało mi się czasem kopnąć po kryjomu pod stołem kuzyna Ljubę czy wysokiego lizusa Žikę, który zawsze skarżył na mnie dorosłym. Wszystko układało się w harmonijną całość. Tamte dni, wakacje i święta w Batatubie. Babcia krzątająca się w kuchni, dziadek stukający na maszynie, jego ogromna ręka, której nie podniósł nigdy na żadne z nas. Mam gorączkę i chowam się przed Mariem, aptekarzem, który przyjechał aż z Piracai dać mi zastrzyk; wiem, że to boli, więc chowam się w koronie wysokiej sosny. Mario wspina się, żeby ściągnąć mnie na dół, a mama krzyczy: „Już ja ci dam w skórę, jak tylko zejdziesz, czekaj!”. Schodzę i dostaję zastrzyk, a potem lanie.

Nie potrafię zapomnieć o tamtych czasach, wszędzie ich szukam, ciągnę je za sobą, ale tak naprawdę odnajduję je tylko tam, w Zlínie, gdzie zarazem jestem i nie jestem w domu, gdzie nie mam ani jednej znajomej witryny sklepowej, ulicy, domku dla lalek. Obrazki z dzieciństwa. Wystarczy potrząsnąć kalejdoskopem i mam przed oczami kolejne kryształki czeskiego szczęścia. Ile razy powtarzałam sobie, że muszę zapomnieć o przeszłości, odnaleźć doskonałą harmonię w swoich własnych czasach, do których kiedyś będą wracać myślami moje córki? Ale to nie takie proste. Wszystko zgasło, rozpłynęło się, zniknęło, a ja zostałam sama ze wspomnieniami pięknej, ale na zawsze przebrzmiałej przeszłości. Tylko ja mówię jeszcze dobrze po czesku. „To wszystko tyn język, córuś” – jakbym słyszała staruszki, Gerbecovą i Hruščákovą. Nigdy ich nie poznałam, ale w domu często o nich rozmawiano. Lizus Žika już nie żyje, a Ljubo i Rudolfo pamiętają tylko, jakie numery wykręcali w dzieciństwie i jak opychali się w święta czekoladą. Zostawili dawne czasy za sobą. Ich mamy i tatusiowie – moje ciocie i moi wujkowie – albo nie żyją, albo nie mówią już po czesku. To, co było, odeszło na ich oczach w niebyt wraz z fabryką w Batatubie, wraz ze śmiercią wuja Jana i dziadka. Pozostało pięknym, ale odległym wspomnieniem, jak niepotrzebny, zużyty przedmiot, jak babonki, których nie można było nigdy dostać więcej niż dwa.

W moim salonie wisi obraz. Jest ogromny, właściwie nadawałby się raczej do muzeum – dobrze wiem, że tu nie pasuje. Ale jest na nim wszystko, co chcę zachować w pamięci. Jesteśmy na nim my, mama i ja, jej jedyna córka, Dolores. Jedynaczka. Pewnie pomyślicie, że to dobre dla arystokratek – zamówić własny portret, i to jeszcze tak monstrualnych rozmiarów. My też nie wpadłybyśmy na podobny pomysł, ale mama chciała pomóc temu staremu Węgrowi. Nie wiem, kim właściwie był. Roztaczał wokół siebie szczególną aurę, aurę europejskiego artysty – jakby w pachnącej terpentyną walizce obok farb i pędzli kryła się melancholia uchodźcy, podszyte rezygnacją cwaniactwo człowieka, na którego za oceanem nie czekał żaden nowy początek. Ktoś powiedział mamie, że to wielki węgierski malarz, też emigrant, i że potrzebuje pieniędzy. Podobno wykładał na akademii w Budapeszcie, malował portrety rozmaitych osobistości, ale potem musiał uciekać przed Niemcami, jak nasza rodzina. Spodziewałam się zobaczyć szalonego artystę w malarskim fartuchu i z rozwianym włosem. Tymczasem drzwi otworzył nam wysoki, kościsty starszy pan w przeżartym przez mole swetrze. Miał śniadą cerę, a w miejscu beretu świeciła pokryta starczymi plamami czaszka z resztkami siwych, kręconych włosów. Przedstawił się jako Stevan Kiš, ale nigdy nie wierzyłam, że to jego prawdziwe nazwisko. Podejrzewam, że je wymyślił. Czasami miał na nosie grube okulary, innym razem tylko ich szukał, miotając węgierskie przekleństwa. Nigdy nie przywitał się jak człowiek, tylko burczał coś pod nosem. Posłusznie siadałyśmy z mamą na krzesłach, które nam wskazywał – ja na wyższym, mama na niższym. Zawsze bolały mnie potem plecy, ale lubiłam te dziwaczne seanse w jego pracowni. Lubiłam patrzeć, jak mruży oczy, mruczy coś do siebie, nadyma usta. Czasem tylko szkicował, ale nigdy nie pokazywał nam efektów swojej pracy. Przychodziłyśmy do niego dwa razy w tygodniu chyba przez miesiąc. Zawsze myłam wcześniej głowę szamponem rumiankowym, a potem czesałam włosy, zakładałam perłowy naszyjnik i przypinałam broszkę do różowej szyfonowej sukienki. Na palcu nosiłam platynowy pierścionek z akwamarynem i brylantami – dostałam go od mamy na piętnaste urodziny. Uważałam, że wyglądam prześlicznie, ale kiedy dziś patrzę na ten obraz, zamiast rozmarzonego romantycznie spojrzenia widzę tylko bezmyślną minę i wytrzeszczone oczy, niezdolne dostrzec nikogo poza sobą. Za to mama, w swojej czarnej sukience od Diora, z diamentową spinką, którą dostała od babci w prezencie ślubnym, wyglądała jak prawdziwa arystokratka. Była taka piękna! I na tym portrecie pozostanie piękna na zawsze. Pamiętam, jak bałam się, że ktoś kiedyś połasi się na wszystkie te błyskotki i obrabuje nas w drodze do pracowni. Ostatecznie rodzinna biżuteria padła łupem złodziei dwadzieścia lat później. Włamywacze ukradli broszkę i pierścionek. Pocieszała mnie myśl, że wciąż mam je na obrazie. Mama prezentuje się na nim wspaniale. Ja z kolei, w swojej różowej sukience, z pomalowanymi perłowym lakierem paznokciami, czułam się jak Śpiąca Królewna z czeskiej książki z baśniami. Może byłam nią naprawdę, może tamten Węgier, niczym urażona wróżka, rzucił na mnie czar i dlatego do dziś nie obudziłam się z tęsknoty za starymi czasami. Mama zawsze miała na sobie czarny, aksamitny szal i zaczesywała do tyłu kasztanowe włosy. Wyglądała dumnie i majestatycznie. Do dziś czuję na sobie przenikliwe spojrzenie jej kocich, błękitnych oczu.

Długo wydawało się jednak, że obraz nigdy do nas nie trafi. Malarz nie mógł go skończyć. Najpierw szukał wymówek, mówił, że farby jeszcze dobrze nie wyschły, potem stwierdził, że nie jest zadowolony z efektu i że będzie musiał malować wszystko od początku, a na koniec oznajmił, że stworzył arcydzieło i nie zamierza się z nim rozstawać. Mama zapłaciła za obraz z góry, więc formalnie należał do niej. Węgier jednak uparcie kręcił głową, mówił, że nie odda nam go za żadne skarby, że jest dla niego bezcenny, ale pieniędzy też nam nie odda, bo nie ma ani grosza. Mama nie chciała się z nim awanturować, więc poprosiła o interwencję szwagra. Wuj Dragoslav, który swego czasu walczył w partyzantce, był wysokim, dobrze wychowanym Serbem, a kiedy się odzywał, mówił głębokim głosem – bardzo wolno, bardzo niechętnie i bardzo dobitnie. Nikt nie chciał ryzykować, że przejdzie do ręcznych argumentów. Nie wiem, co powiedział wtedy Stevanowi Kišowi, być może malarzowi wystarczył rzut oka na jego zwaliste ciało i wielkie jak łopaty ręce, w każdym razie biedak oddał nam swoje dzieło. Kiedy portret zawisł w naszym wielkim domu w São Paulo, wyglądał, jakby ściana od dawna na niego czekała. Cały salon aż zajaśniał, mimo ciemnego tła i ciężkiej złoconej ramy. Dziś mam wyrzuty sumienia, myśląc o starym Węgrze, któremu niemal przemocą wydarłyśmy nasz obraz. Ale czy rzeczywiście nasz? Czy można odebrać twórcy arcydzieło, z którym nie potrafi się rozstać? Może powinnyśmy były dać wtedy za wygraną? Czy mama słusznie pozostała nieugięta?

WĘGIERSKI MALARZ

Ten obraz był moim ostatnim. Finito. Schluss. Dlatego nie chcę im go oddać. Jest mój, nic mnie nie obchodzi, że zapłaciła za niego ta paniusia. Ta ślicznotka, która nigdy nie będzie moja. Teraz mam ją przynajmniej na portrecie. Jej błękitne oczy i półnagie ramiona spowite w czarny aksamit. Spotkaliśmy się jeszcze na statku. To był „Île de France”, ogromny parowiec; na bilet wydałem ostatnie pieniądze. Uciekali przed wojną, jak wszyscy pasażerowie. Kręciła się koło nich jeszcze jedna damulka, smutna piękność. Wiedziałem, kim jest. Wszyscy wiedzieli. Hedvika Waldesová, dla przyjaciół Ička. To ona doradzała mężowi w sprawach sztuki, wybierała obrazy, które miały zawisnąć w jego galerii. To o jej przychylność zabiegali artyści. Krążyło na ten temat mnóstwo legend. Ale Waldesowie kupowali głównie czeskie malarstwo. Zresztą ja i tak dawno skończyłem ze sztuką.Zrobiłem się wygodny, tkwiłem w czterech ścianach akademii, spijając śmietankę dawnych sukcesów i karmiąc się obłudnymi komplementami durnych studenciaków.Dopiero widok Ički Waldesovej sprawił, że na nowo obudziła się we mnie twórcza namiętność. Patrzyłem na jej smutną twarz i płonąłem pragnieniem, żeby namalować tę kobietę. Nie dlatego, że miała pieniądze; nie myślałem też o tym, żeby trafić na ścianę praskiej galerii Waldesów – i tak położyli na niej łapę naziści. Chciałem uwiecznić jej smutek… Zacząłem po kryjomu pracować nad szkicem, dzień pod dniu. Niczego nie zauważyła – a może tylko udawała. Wyjeżdżałem bez nadziei, że kiedykolwiek stworzę jeszcze coś wielkiego, wartościowego, obraz, który sprawi, że zapiszę się w pamięci potomnych. Wyjeżdżałem – i całe szczęście. Jebać to. Nie było mi żal, że opuszczam Budapeszt. Nigdy specjalnie mnie nie zachwycał – miasto jakich wiele. Kochałem tylko Wiedeń. Jego stęchły przepych. Tony pretensjonalnego bezguścia. Adolf Loos próbował tchnąć w to miejsce nowy powiew; kibicowałem jego krucjacie przeciwko zawijasom i ornamentom. Ale Loosa rozumieli tylko Żydzi, gdyby nie oni, nie miałby zleceń. No, ale to było dawno i nieprawda. Nic nie jest prawdą na tym statku, na którym tylko udajemy jeszcze Europejczyków, ludzi z klasą, wolnych od kastowych przesądów panujących w kraju, do którego płyniemy. Wcale nie uciekamy, o nie, wcale nie jesteśmy tchórzami, szczurami opuszczającymi tonący okręt – ot, wybraliśmy się na wakacje, nic więcej, odetchniemy tylko chwilę od niesprawiedliwości i przewrotności losu, a potem wrócimy, bez dwóch zdań. Niech tylko ktoś zrobi za nas wcześniej porządek, wygra wszystkie bitwy, na które sami nie mamy sił.

Przesiadujemy wokół basenu, tańczymy walca pod rozgwieżdżonym niebem i jadamy na srebrnych talerzach. A w walizkach wieziemy strach – i wściekłość. W każdym razie ja. Mogłem przecież do samej śmierci uczyć na akademii młode zdolne cielęta, w weekendy malować lafiryndy, którym udało się dobrze wyjść za mąż, dzieci prominentów i od czasu do czasujakiegoś tłustego bankiera. Byłem ustawiony. Ale potem moje żydowskie nazwisko zaczęło kłuć ludzi w uszy, a dzięki damulkom, które miały mężów na właściwych stanowiskach, zrozumiałem, że sielanka się skończyła. Finito. Schluss.

Myślałem, że w Brazylii wszyscy będą zabijać się u mnie o portrety. Ale tu nikt nie rozumie, dlaczego miałby płacić za obraz. Sztuka to dla nich puste hasło, jak „kosmos” czy „antypody”. Europejczycy rozlali się po całym kraju i zakasali rękawy; ostatnie, o czym myśleli, to jakieś obrazki do salonu. A może po prostu zabrali swoje stare portrety ze sobą i nie potrzebowali nowych. Schodziłem z ceny, płaszczyłem się przed potencjalnymi klientami, ale wszystko na nic. Nawet zmieniłem nazwisko. W Europie to była marka; tu przynosiło mi tylko pecha. Wierzyłem, że w ten sposób zaskarbię sobie na nowo przychylność muz. W akcie desperacji zacząłem malować karykatury pod kościołem… A potem się poddałem. Wróciłem do klitki, którą wynajmowałem, rzuciłem się na łóżko i czekałem. Na co? Nie wiem. Poddałem się, i tyle. Miałem dosyć. I wtedy rozległo się pukanie. Do pokoju wkroczyła ona. Utykała na lewą nogę i to czyniło z niej prawdziwą piękność. Ktoś, kto nie para się sztuką – albo jest zwyczajnie pozbawiony gustu – nigdy tego nie pojmie, ale właśnie ta drobna niedoskonałość sprawiała, że człowiek nie mógł oderwać od niej oczu. Weszła, przedstawiła się i zapytała, czy nie namalowałbym jej córki. Słyszała, że jestem jednym z najlepszych europejskich portrecistów – ciągnęła – i że chwilowo nie cierpię na nadmiar zamówień. Wiedziała, kim jestem, a mimo to zwracała się do mnie, używając mojego nowego nazwiska. W jej głosie dało się wyczuć szacunek. Mówiła wiedeńską niemczyzną, z gracją, która zdradzała bywalczynię tamtejszych salonów. Miała smykałkę do interesów, wdała się w ojca, o tak. Odpowiedziałem, że chętnie namaluję ją i jej córkę, ale za cenę, której zażądałbym w Europie, gdyż, jak była uprzejma zauważyć, jestem wybitnym europejskim portrecistą, nie jakimś dzikusem z dżungli, który ledwo co nauczył się trzymać pędzel. Rozmawialiśmy po niemiecku – to była prawdziwa ulga; nie cierpiałem miejscowego bełkotu. Wszystkie te nosówki udające francuski, dziwne, niby to gardłowe „r” i gramatyka, która rozminęła się z logiką już w chwili, kiedy pierwszy Brazylijczyk powiedział „mama”. Więc teraz mówiłem i mówiłem, szprechałem jak szalony, przeszczęśliwy, że wreszcie mogę z kimś porozmawiać, nie łamiąc sobie języka. Poza tym za wszelką cenę chciałem wydłużyć tamten moment – mógłbym patrzeć na nią w nieskończoność.

DOLORES

Wredziuchy

24 dag mąki

14 dag masła

14 dag cukru

7 obranych migdałów, startych na tarce

2 żółtka

sok cytrynowy i skórka z 1 cytryny

Rozwałkować ciasto na cienki placek, wykrajać okrągłą foremką i upiec. Przełożyć marmoladą.

Strasznie kleiły się do palców. Ciasto i marmolada nie miały szans ze świątecznymi temperaturami w Batatubie. Herbatniki z dziurką w środku, nadziewane marmoladą z jabuticabyalbo mango. W Czechach mówi się na nie inaczej. Nazwa „ciasteczka linckie” nic dla mnie jednak nie znaczyła, dla mnie to zawsze były po prostu wredziuchy, bo kleiły się do palców jak nieszczęście. Byłam rozczarowana, kiedy spróbowałam ich później w Zlínie. Zresztą w ogóle nie poczułam tego, co spodziewałam się poczuć, widząc kraj, do którego nie mogli wrócić moi dziadkowie. To miał być powiew wolności, tymczasem zalała mnie fala rozrzewnienia. Rozrzewnienia na widok przerośniętych budynków, na widok zachmurzonego nieba, które zdawało się wisieć zbyt nisko, przygniatało mnie, zamiast rozświetlać ciemnośći wskazywać właściwy kierunek jak to brazylijskie – wysokie, czyste i nieskończone. A jednak Praga, gdzie wszystko wydało mi się ciasne, gdzie zewsząd osacza człowieka mroczna, krwawa historia, miasto pełne kamiennych mostów i barokowych rzeźb, misternej sztuki i brukowanych ulic… To miasto budziło we mnie podziw i rozrzewnienie – i jeszcze jakieś ciemne uczucie, dla którego nie znajdowałam słów po czesku ani po portugalsku. Przede wszystkim jednak wiedziałam, że jestem wreszcie na swoim miejscu, że ta skulona dziewczyna w płaszczu to prawdziwa ja. Nie znalazłam upragnionej wolności, ale poczułam się częścią tego świata.Przytłaczają mnie ból i nostalgia.Patrzę na pooraną kamiennymi bliznami twarz pięknego, wiekowego miasta, które raz po raz odradzało się z popiołów, z niezłomną wolą podnosząc się po kolejnych ciosach. Jak to możliwe, że zdołaliście ocalić swój język, że przeżyliście to wszystko? Czuję podziw, ale i zgrozę – na widok tego okaleczonego kraju, z którego musieli odejść z dziećmi Jan Antonín i Mája, a którego oblicze wyłania się przede mną jak spod woalki. Zawsze pierwsi na linii strzału, zmiażdżeni w trybach historii; nic dziwnego, że tyle w was poczucia krzywdy. W Brazylii, mojej bezkresnej Brazylii, mogę być, kim tylko zechcę, jestem wolna; szczęśliwy kraj bez blizn. Słabość do patosu mam po dziadku.

Pierwszy raz byłam tu w osiemdziesiątym drugim. Razem z grupką beztroskich brazylijskich adwokatów, dzieci z dobrych domów, pojechałam na kongres do Rzymu – a zarazem wycieczkę do Europy. Koniecznie chciałam zobaczyć wszystkie miejsca, które tak dobrze znałam z rodzinnych historii. Moi krewni opowiadali o nich z takim przejęciem, że byłam w stanie bez trudu zlokalizować każdy kościół w Rzymie. Paryż z kolei pamiętałam z pocztówek, które mama i ciocie trzymały w wyszczerbionym blaszanym pudełku ozdobionym chińskimi motywami. A w Londynie, gdzie studiowały, znałam nawet nazwy ulic. Nasze tournée zaczęło się od Rzymu, gdzie odbywał się kongres prawników. W przerwie rozmawialiśmy w kawiarni o tym, jakimi językami mówimy; zdradziłam się ze znajomością czeskiego i serbskiego.

– Hej, a może wybralibyśmy się do Pragi, to przecież rzut beretem stąd. Co wy na to?

– Dajcie spokój, jeszcze mnie tam przymkną – wypaliłam.

Patrzyli na mnie jak na wariatkę. Mówili, żebym się nie wygłupiała, że wojna już dawno się skończyła, a ja jestem przecież obywatelką Brazylii. W końcu uparli się, że kupią bilety, a mnie aż ścisnęło się serce, jak mawiała mama. Nie wiedziałam, jak im wytłumaczyć, że nie mogę tak po prostu wyskoczyć sobie do Czechosłowacji. Że jestem na czarnej liście, jak cała moja rodzina. I tak nie dostanę wizy, mówiłam sobie. Ale kiedy poszliśmy z prezesem brazylijskiej izby adwokackiej do czechosłowackiego konsulatu w Rzymie, okazało się, że się myliłam. Wprawdzie urzędnicy robili dziwne miny – chyba byli