Z antropologii wiejskiej - Klemens Szaniawski - ebook
Opis

Z antropologii wiejskiej to zbiór szkiców przedstawiających życie na XIX-wiecznej wsi we wszelkich jego aspektach. Mamy tu rzetelne opisy przyrody i krajobrazów wiejskich, ale i charakterystyki najrozmaitszych typów ludzi, cały przekrój społeczny ówczesnej wsi – i bogaci gospodarze, i karczmarz, i Żydzi, i pisarz gminny, i ksiądz, i sołtys; a wszyscy połączeni więziami zależności, współpracy, współżycia. Szaniawski przedstawia wieś żywym, zrozumiałym, nierzadko dowcipnym językiem. Klemens Szaniawski (1849–1898) powszechnie znany jako Klemens Junosza powieściopisarz, nowelista i felietonista polski. Uczył się u pijarów w Łukowie, następnie w Siedlcach, ale ze względu na trudną sytuację materialną szkoły nie ukończył. Kilka lat pracował w izbie obrachunkowej w Lublinie. Potem zamieszkał w Warszawie, gdzie zajął się pracą literacką i dziennikarstwem. Pracował w redakcjach „Echa”, „Wieku”, „Wędrowca” oraz „Biblioteki Dzieł Wyborowych”. Publikował także w „Gazecie Lubelskiej” i „Kalendarzu Lubelskim”. Literacko zadebiutował w czasopiśmie „Kolce” w 1874 roku. Zwykle pisywał małe formy prozatorskie: nowele, opowiadania, obrazki, szkice. Chętnie i trafnie opisywał środowiska chłopskie, drobnoszlacheckie, ale także mieszczan i Żydów warszawskich i lubelskich. Spośród jego utworów można wymienić: Rolę (1884), Pana sędziego (1887), Cud na kirkucie (1888), Szpadę Hamleta (1894), Obrazki szare (1890), Fotografie wioskowe (1895), Na zgliszczach (1898), Dworek przy cmentarzu (1900). Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 297

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Klemens Szaniawski

Z antropologii wiejskiej

Obrazki i szkice

Warszawa 2012

[Z antropologii wiejskiej]

Przezroczysta wstęga rzeczki toczy się po piasku żółtym, po żwirku, po kamykach różnobarwnych. Rozciągnęła się poza wioską, poza chałupami, za kościołem, okrążyła cmentarz i dalej płynie przez łąki. Gdzieniegdzie przy brzegach jej tatarak rośnie, sitowie, niezapominajek moc. Nad brzegami tu i ówdzie rozsiadły się wierzby i spuszczają złotawe gałązki ku wodzie.

Nad tą rzeczką musimy się dłużej zatrzymać, bo w życiu Biednowoli gra ona pewną rolę.

Przychodzą tu baby i dziewczęta ze wsi z bielizną do prania, i uderzając kijankami, opowiadają sobie nawzajem najświeższe, nowiny dnia; przychodzą chłopcy o wiośnie, aby fujarki z wierzbiny robić, w którym to kunszcie głupi Jasiek celuje; przychodzą pastuszkowie bydło poić; przychodzi niekiedy stary Piotr, zawołany rybak, i łowi drobne rybki na wędkę.

Znają dobrze we wsi głupiego Jaśka, znają też i starego Piotra, bo kto by ich nie znał! Dziwni oba i nie tacy jak wszyscy ludzie we wsi – odmienni. Piotr wie o różnych różnościach, co dawno były, a choć do rozmowy nie skory, przecie czasem co nieco można z niego wyciągnąć. Odezwie się, a zawsze tak, że do myślenia da, że człowiek musi dobrze głowy nałamać. Jasiek znów, także dziki, a od Judzi stroniący, niekiedy się odezwie, niby ni w pięć ni w dziewięć, najczęściej ludziom do śmiechu, ale później zawsze się pokaże, że nie było wcale z czego się śmiać, i że Jasiek, choć głupi, prawdę powiedział.

Piotr nie z Biednowoli rodem był, a nawet nie wiadomo skąd przyszedł tu przed laty.

Podobno z dawnym dziedzicem, aż skądś zza morza, z niemieckich krajów przyszedł. Póki dawny dziedzic żył, Piotr we dworze służył przy koniach, a po śmierci dziedzica, gdy krewni jego majątek objęli, w służbie już być nie chciał. Na komornym u jednego gospodarza osiadł i żył, a taki był wszystkim ludziom przydatny, taki dla każdego usłużny i dobry, że się wszyscy przyzwyczaili do niego i polubili go.

Ciężarem nikomu nie był, bo na kawałek chleba zapracował, od ludzi żadnych łask nie żądał, owszem często sam biedniejszego poratował i wspomógł.

Choćby głupiego Jaśka...

Cała to historia o tym chłopcu.

Temu lat dwanaście, albo i więcej, o wiośnie, tak o wiośnie, bo już nad polami świergotały skowronki i świeżo odwalone skiby aż się czerniły ku słońcu, a już nawet i bociany klekotały na stodołach, jednego dnia przywlokła się do wsi kobiecina uboga, zmizerowana, blada, skóra i kości...

Na plecach miała tobołek, a na ręku dziecko małe, co najwyżej roczne, a takie marne i wątłe na zdrowiu jak i ona.

Przyszła tedy, zaraz do pierwszej z brzegu chaty, prosiła żeby jej gospodyni trochę mleka sprzedała i pozwoliła przenocować pod dachem.

Nadszedł i gospodarz sam – żyje po dziś dzień, Jan Stępor, bogaty chłop, na piętnastu morgach osiedziały. Nadszedł z Piotrem.

Zaczęli tedy owa kobiecinę pytać; co za jedna? skąd? dokąd idzie? co ją do Biednowoli przygnało?

Niewiele co można się było dowiedzieć, bo tak z sił opadła, że ledwie parę słów mogła wymówić. Głowa jej spadała na piersi, oczy przymykały się, jakby z wielkiego niewywczasu albo z niemocy może.

Dali jej mleka, a raczej dzieciakowi dali, bo ona sama tylko się trochę wody napiła – i gospodarz zaprowadził ją do stodoły.

– Niech się prześpi – rzekł do Piotra – może nam jutro co powie.

Niezawodnie byłaby co powiedziała, gdyby... mówić mogła, ale gdy rano Piotr z Janem przyszli do niej, leżała na garści słomy jak bezwładna. Dzieciak odtoczył się pod ścianę i wrzeszczał w niebogłosy.

Piotr nachylił się nad chorą, popatrzył jej w oczy i zaraz pomiarkował, że z niej nic nie będzie. Oczy miała szeroko otwarte, chudą, pożółkłą ręką skubała na sobie ubranie. Poruszała ustami, jakby chcąc przemówić, ale głosu słychać nie było.

Piotr ukląkł przy niej, nachylił się, a ona widać ostatnim wysiłkiem, uczepiła się chudymi rękami jego kapoty i z wielką trudnością wyszeptała:

– Ratujcie dziecko moje, Jasia, Bóg nagrodzi!

 Stępor, trochę dalej stojący, dosłyszeć tego nie mógł, ale Piotr mu zaraz powiedział:

– Janie, przemówiła... żąda, żeby ratować jej dziecko, Jasia. Słyszycie: jej dziecko – Jaś.

– Dyć słyszę...

– Ano skoro Jaś, to widać jest chrześcijańskie dziecko i chrzczone.

– Co tu robić, Piętrze? – zapytał zafrasowany gospodarz. – Kobiecisko zamrze jak zapisał, nie wiadomo, co za jedna, skąd jest. Kłopot będzie – i z dzieciakiem też.

– Ha! wola Boża... a skoro Janie kochający pod waszym dachem taka się przygoda zdarzyła, tedy...

– No, co tedy? doradźcież mi.

– Nad tą kobieciną śmierć stoi, trzeba by po księdza posiać – a dzieciaka niechby tymczasem wasza do chałupy wzięła; toć nie psiak jeno ludzkie dziecko i musi głodne, bo się drze.

Poszedł Jan po księdza, a chłopaka swego Maćka po wójta posiał, Piotr zaś wziął płaczące dziecko na rękę.

– Cichaj, cichaj – mówił niosąc niemowlę do izby – nie bój się... albo ty jeden taki? I o to się nie frasuj. Taki ty dobry będziesz jak i drugi... że zaś sierota jesteś i nikt ci gruntu nie zostawi, to też bajki... nie każdy z fortuną się rodzi. Cichaj, mały.

Wszedł Piotr do izby i opowiedział gospodyni, co jest.

Janowa była prędka, ale niezawzięta; więc choć z początku zaraz nagadała co niemiara o karze Boskiej, o nasłaniu, o darmozjadach, znajdach, o krowach, co mleka dawać nie chcą, o własnych dzieciach, z których tyle pociechy co i nic – przecież tak padając i pomstując, przyniosła świeżego mleka w garnuszku.

– Rusz no się, Magda! – zawołała na córkę – weź mleko i napój tego bachora, co nie wiadomo czyj i nie wiadomo skąd... napój go, bo głodny, a odziej go też jaką szmatą, bo widać zziąbł w stodole.

– Toć lato...

– Ale! tobie lato, boś dziewka wielka i przy kominie siedzisz, a takiej kruszynie mogło być zimno we stodole. Nocą wiatr chodzi, nie wiesz o tym głupia!

– Cichł, cichł – mówiła Magda do dzieciaka, który patrzył na nią wystraszonymi oczami – nie bój się... toć cię nie zjem, raku zatracony!

Janowa dziecko córce oddawszy, pobiegła do chorej. Zaczęli się ludzie schodzić, ho wiadomość o umierającej nieznajomej wnet się po całej wsi rozniosła.

Nadszedł ksiądz z dziadkiem kościelnym, starym Grzędzikowskim, wójt Sokół, sołtys, przybiegł i kowal prosto z kuźni, zasmolony sadzami, w fartuchu, tak jak stał przy robocie; poschodzili się niektórzy gospodarze – a najwięcej bab, bo te, jak wiadomo, są najciekawsze wszelkich przygód.

Nieznajoma umarła, wymówiwszy jeszcze przed śmiercią parę razy:

– Jaś, Jaś, moje dziecko – ale więcej nic się nikt od niej nie dowiedział.

Wójt, jak wójt, papierów zaraz jął szukać koło zmarłej – ale nic przy niej nie było, w owym zaś tobołku, który z sobą przyniosła, znaleźli trucht dziecinnego ubrania, kilkanaście złotych w gałganku i książkę do nabożeństwa, a w niej ładny obrazek.

Takie było dziedzictwo głupiego Jaśka.

Miał wójcisko kłopotu dosyć z pochowaniem nieznanej kobiety, bo nawet pisarz, co na wszystko przebiegi różne zna, nie wiedział, co robić i do sądowego pisarza chodził po rade, ale że oba byli na taki interes jednakowo mądrzy – więc Wójt aż do powiatu musiał jeździć.

Załatwiło się przecież wszystko jak należy – i po trzech dniach, na cmentarzu, pod samym parkanem, przybył świeży grób.

Po pogrzebie zgromadzili się ludzie przed cmentarzem i zaczęli radzić: co z dzieckiem zrobić? czyje ono będzie – kto je ma wziąć?

Kowal powiedział pierwszy:

– Ja bym wziął, nawet zaraz bym wziął, żeby chłopak miał choć ze dwanaście lat i mógł już do miecha stanąć, ale po takim drobiazgu to mi nic.

– Pewnie, że nic – odezwała się kowalka – bo swoje dzieci mamy. Pięcioro Pan Jezus dał...

– Ja bym też wziął – mówił sołtys – wziąłbym do gęsi, ale po takim maleństwie cóż mi?

Jedni na drogich spoglądali – nie odezwał się nikt.

Może nie jeden miał chęć zaopiekowania się dzieciną, ale... każdemu na przeszkodzie coś było. Ten swoich dzieci miał gromadę, tamten chował sieroty po siostrze, inny znów baby się bał...

– A dzieciak ładny – odezwała się jakaś dziewczyna.

– Ładny to prawda – dorzuciła Janowa – i widzi mi się, że nie chłopski, bo delikatny i koszulka na nim cienka, z kupnego płótna.

– Ciekawość!

– Ojciec musi być wielki nicpoń, skoro kobietę z dzieckiem na poniewierkę w świat puścił.

– Każdy chłop jest taki a inszy jeszcze gorszy – odezwała się sołtysowa.

– A każda kobieta sama nie wie, co plecie – rzekł kowal.

Na to między babami gwar się zrobił.

– Co on nam będzie dogadywał – mówiły – do miecha niech sobie idzie, do kuźni! Widzicie go, jaki mądry!

– Cichajcie, na ten przykład, ludzie! – zawołał Grzędzikowski, dziad kościelny, stary, ale jeszcze krzepki człowiek, z nosem czerwonym jak burak – cichajcie! Nie pora się przekomarzać, raz, że stoimy przy poświęcanym miejscu, a po wtóre, że przecie potrzeba coś, na ten przykład, z owym dzieckiem.

– Niech je Grzędzikowski weźmie.

– Jakbyście wiedzieli, że wezmę – tylko niech się na ten przykład odchowa.

– Acha! mądrzyście!

– Niech podrośnie ot tyle, żeby miotłą mógł robić... będzie mi pomagał w kościele zamiatać, nauczę go na ten przykład śpiewać, dzwonić, do mszy służyć i będzie sierotka na chwalę Bożą pracował – i do złego nie dopuszczę go, i jakby co, to zaraz, na ten przykład, po ojcowsku oćwiczę.

– Już by go Grzędzikowski ćwiczył... a on jeszcze chodzić nie umie.

– To też go trzeba nauczyć.

– Ale kto?

– Kto? kto?

– Niby to bardzo komu ochota brać dziecko!

– A jeszcze nie wiadomo czyje!

– Dziecko, na ten przykład – zawołał Grzędzikowski – wiadomo czyje jest!

– Gadajcież, gadajcież, skoro wiecie! – zawołały chórem kobiety.

– Mój panie Grzędzikowski, mój złocisty, czyjeż ono? – mówiła sołtysowa, przepychając się między ludźmi ku dziadowi.

– Powiadajcie, Onufry, panie Grzędzikowski powiadajcie, jakeście dobrzy!

– No – gadać, skoro ludzie proszą! – zawołał kowal.

– O ludzie! ludzie! na ten przykład – rzekł Grzędzikowski, zakładając obie ręce za pas – niechwalący się, jak oto służę przy tym kościele naszym, na ten przykład, pochowałem już trzech proboszczów, a jeden między nimi był kanonik nawet. Teraz mamy czwartego już za mojej pamięci ojca duchownego. Tamci, świec Panie nad ich duszami, uczyli was, przemawiali do was, zrywali sobie piersi – i pomarli, i dzisiejszy nasz ojciec duchowny, na ten przykład, także zerwie sobie piersi i przejdzie do chwały wiekuistej – a wy będziecie zawsze jednakowe głąbie, jako, na ten przykład, łby kapuściane...

– Ech – rzekł kowal – niech no Grzędzikowski tak w kapuście nie ryje, bo jeszcze kto Grzędzikowski emu nogę przetrąci!

– Mądryś ty, na ten przykład, mój majsterku, ale masz z miechem do czynienia... i twoje słowo jest jako miechowe dmuchanie – wiatr pusty.

– Ej! pókim dobry!

– Zaczekaj no, panie majster. Mądre słowo jest jako perła, ale żeby, na ten przykład, inszemu stworzeniu.

– Nie przekomarzajcie się Onufry, jeno gadajcie czyj dzieciak? – zawołała sołtysowa.

– Toć powiedziałem... że was księża uczą i nauczyć nie mogą. Tedy, na ten przykład, dzieciak jest Boski, bo go Bóg miłosierny stworzył.

– To prawda... prawda – potwierdziły kobiety wzdychając. – Grzędzikowski zawsze mądre słowo powie.

– A skoro dzieciak ów, na ten przykład, z Boskiej woli tu się u nas we wsi znalazł – tedy na tym miejscu powinien, jako stoi w Piśmie, na ten przykład, żyć, rosnąć i roz...

– Powinien! wiadomo, że powinien, ale kto go wychowa?

– Według mojego pomiarkowania, na ten przykład, co się na czyim gruncie zdybie, to tego jest. Takie prawo na świecie... zatem dzieciak się patrzy uczciwemu gospodarzowi Stęporowi Janowi i jego żonie Agacie, którzy go powinni, na ten przykład, w zdrowiu dobrym, uczciwości i błogosławieństwie Bożym wychować.

– Tak Onufry rozsądził? – rzekł Stępor.

– Po sprawiedliwości.

– I, nie prosił was nikt na sędziego...

– Słuchajcie ludzie – odezwał się milczący dotąd Piotr – każdy z was ma swoje frasunki i swoje własne dzieci – ja nie mam. Wezmę to dziecko.

– Wy Piotrze!?

– Ja, wezmę z dobrej woli i wychowam.

– Ależ człowieku – odezwał się kowal – nie dasz rady. Dziecko małe, a wy nie macie ani swojej chałupy, ani żony, ani nic.

– Bajki to... nie frasujcie się o mnie, ani o sierotę.

W taki sposób Piotr został opiekunem głupiego Jaśka.

Dziwili się ładzie, że tej opieki się podjął i nie mogli zrozumieć, w jaki sposób się z niej wywiąże, ale Piotr wiedział, co robi. Postanowienie co do zajęcia się losem dziecka powziął w tej samej chwili, kiedy konająca matka wychudłymi rękami uczepiła się jego sukmany i szeptała błagalnie:

– Jaś, dziecko moje, ratujcie...

Przez trzy dni rozmyślał Piotr jak ostatnią prośbę konającej spełnić, i cały plan opieki dojrzał w jego głowie.

Bez pomocy kobiet nie wychowa się małe dziecko – więc, trzeba było tę pomoc przede wszystkim zapewnić.

Wziął się do tego dość zgrabnie.

Wiedzieć trzeba, że Piotr miał stale zamieszkanie u Stęporów. Latem sypiał najczęściej na dworze, na pastwisku przy koniach, albo w pustej stodole, jeżeli deszcz padał; na zimę robił w stajni zagrodę z desek, i na słomie pod kożuchem bardzo porządne miał spanie.

Ze stołowaniem się kłopotu wielkiego też nie miał, u kogo robił, ten mu dał jeść; prócz tego brał na odrobek zagon pod kartofle i zawsze na zimę przechowywał parę korcy w kopczyku. Czasem rybkę też złapał, ptaka jakiego w sidła ułowił – miał więc wiktu rozmaitego dość.

Teraz przybył mu Jasiek.

Za kilka lat będzie i on mógł sypiać pod golem niebem, w stodole, albo w stajni, ale póki jeszcze mały pędrak – to trudno.

Zaraz na drugi dzień po pogrzebie nieznajomej, poszedł Piotr do miasta i nakupił różnych różności, aż się Żydówka dziwiła, na co mu mogły być takie rzeczy potrzebne. Chusteczkę czerwoną kobiecą na głowę, pierwszą modą, paciorków niebieskich coś pięć smarków i lusterko małe, ale bardzo foremne, w blaszanej oprawie, takie, co się składa i ma z drutu zawiaski. Prócz tego obarzanków coś dziesięć.

Wróciwszy do wsi, zaraz zaczął Janowej okrutnie basować, a Magdzie przypodchlebiać, dzieciom zaś dał po obarzanku. Potem wyciągnął flaszkę z kieszeni, przepił do Jana, poczęstował Janową i Magdzie też dał kieliszek. Dziewka wstydziła się okrutnie, ale uproszona, odwróciła się do ściany i wypiła.

Janowej chusteczka bardzo się udała, a Magda niezmiernie się cieszyła z lusterka, a bardziej jeszcze z paciorków, że były niebieskie. Miała ona włosy jak konopie, właśnie więc niebieskie jej pasowało.

Ma się rozumieć, że od tego dnia w chałupie Stępora nie nazywali chłopca znajdą, ale Jasiem, a mleka mu też nie żałowali, bo Piotr to tym to owym w dwójnasób za nie wynagrodził, pomógł w robocie, poczęstował. Można powiedzieć nawet, że za dużo robił, a wszystko tak dla Jasia.

Bywało, jesienią, to nieckę wydłubie z olszyny, żółciutką taką, foremną – to łyżek gruszkowych narobi – i nie takich łajdackich, jak te, co na jarmarkach po parę groszy sprzedają, ale porządnych, wielkich, że w każdą można porządną porcję nabrać, o miotły Janowa też nie miała kłopotu, bo Piotr mioteł narobił, krosna naprawił, międlice, wszystko, co było potrzeba. Na zimę drew narąbał, i we wszystkim tak babie podchlebiał, tak jej dogadzał, że aż Stępor zaczął myśleć, czy czasem dziada złe nie opętało...

Baz nawet, okolicznie, ogródkiem. Stępor wspomniał coś o starym piecu, ale Piotr rozśmiał się z tego – i żyli sobie dalej w zgodzie i przyjaźni.

Można było myśleć, że Piotr wychowańca swego bardzo umiłował, ale dziwne to było miłowanie, bo rzadko kiedy spojrzał na niego. Bawi się dzieciak – to bawi, a płacze – to płacze, Piotrowi wszystko to jedno było.

– Na to jest dzieciak, żeby się darł – mówił nieraz do Magdy – i ty nie lepsza byłaś, owszem, może nawet głośniej wrzeszczałaś, boś się czuła na swoich śmieciach, przy matce, nie tak jak ten robak...

Na drugą zimę w zapusty, Magda poszła za mąż i bardzo dobrze poszła, za Mikołaja Skrzypka, gospodarskiego syna, jedynaka – a że jej się samej zrazu w nowej chałupie przykrzyło, więc wzięła Jaśka do siebie. Chłopak już wtedy chodził dobrze i mówił; z psem Burkiem, z kogutem już wojował, i jak wziął kawałek chleba do ręki, to sobie wydrzeć nie dał. Rozumiał już, że co mu dali to jego i że chleb jest do jedzenia, ale nie dla psa, ani dla koguta.

Ani się ludzie obejrzeli jak parę lat zbiegło i Piotr wziął Jaśka do siebie. Dzieciak był już spory, właśnie w sam raz do gęsi, a nawet od biedy i z gadziną by sobie poradził.

Wtenczas opiekunów dla niego znalazło się dużo. Każdy by chciał takiego sierotę wziąć, bo już pożytek z niego się być. I sołtys Józef Gwizdał, hardy chłop, bogaty – i kowal i nawet Grzędzikowski ochotę na Jasia mieli – ale Piotr powiedział:

– Zasie! Wtedy jak malutki był nie chcieliście go znać teraz ja go nie dam. Wziąłem dzieciaka od maleńkości i on jest mój.

– I co wara, Piętrze, po tym? – pytali. – Sami dachu nad głową nie macie.

– Niech was głowa o to nie boli. Dach nad nami wszystkimi rozpostarł Bóg wszechmogący, ja was o dach nie proszę.

– Ale co wam po chłopcu?

– To co i wam wszystkim. Ja nie pytam, co wam po dzieciach.

– Nam jest co, bo dzieci nasze.

– A ten mój.

Zaciął się dziad i już więcej ani słowa nie chciał powiedzieć... Już taką miał naturę, że do rozmowy wyrywny nie był. Spytają go to powie, albo tak, albo nie, i idzie w swoją drogę, nie przystaje, nie gada. Pochwalony, na wieki, witajcie, bądźcie zdrowi – ot cała z nim rozmowa.

Ale jak się wybrał z Jasiem nad rzekę, albo na łąki, albo w las, wtedy mówił dużo, dużo – a dzieciak tylko oczy wytrzeszczał, a słuchał.

Wychodzili oba, latem, albo jesienią, bywało na cały dzień. Czy to ryby łowić, czy zioła zbierać, albo grzyby w lesie.

Na zioła Piotr osobliwy był znawca. Co roku dużo ich zbierał, suszył na słońcu, w pęczki wiązał i na strychu u Stępora w chałupie przechowywał, i niejednego w przygodzie słabości takim ziółkiem poratował, za dobre słowo, bo ułudy datku żadnego nie przyjął.

Jasiek włóczył się za Piotrem pe zioła, albo łódką z nim jeździł, bo rzeczka za wsią była większa niż przy wjeździe i nawet bystra dosyć – a w takich włóczęgach gawędził starowina z dzieciakiem. O czym? O tym wietrze, co wieje, o słońcu, co świeci, o ptaszkach śpiewających, ziołach różnych – o tym, co im pod oko wpadło.

– A widzisz no Jasiu tego ptaszka małego, co na kamieniu siadł, nad wodą samą, i tak oto kiwa ogonkiem uciesznie?

– Widzę dziadziu.

– Jakże go nazywają?

– Nie wiem dziadziu.

– Pliszka. Pamiętajże sobie, że taki ptaszek to pliszka – a teraz uważaj dobrze i jak zobaczysz pliszkę to mi pokaż.

Chłopak oczy wytrzeszczył... patrzył bocznie.

– O! o! dziadziu! – zawołał po chwili – jest! jest pliszka! dwie pliszki, trzy pliszki, a czwarta czarna...

– No to wiedz o tym, żeś zełgał, bo czarnej pliszki jeszcze jako żywo nikt nie widział.

– A ta, ta dziaduniu – patrzcie.

– To jest jaskółka. Wstydź się Jasiu, taki wielki chłop jesteś, a jaskółki nie znasz... toć przecież pod strzechami gniazda mają.

– Dziadziu? – zapytał dzieciak nieśmiało.

– A co?

– Prawda to, że jaskółki na zimę czepiają się pazurkami jedna drugiej i topią się we stawie, a na wiosnę żywe z wody wylatują?

– Nieprawda.

– Kiedy tak sama Magda powiadała.

– O! wielka rzecz. Magda wie tyle co i ty, a ty tyle co i ona, oboje zaś nic nie wiecie. Jaskółki do ciepłych krajów na zimę odlatują, a na wiosnę przylatują na powrót.

– A dziadziu, czy ja kiedy polecę do ciepłych krajów?

– Jak w zimie wleziesz na piec, to będziesz miał cieple kraje.

– Ale?!

– Obaczysz.

– A czy prawda dziadziu, że nietoperz człowiekowi we włosy się wkręca, i jak się wkręci, to już go wyjąc nie ma sposobu?

– Nieprawda – nietoperz to jest mysz.

– A dlaczego mysz nie jest nietoperz?

– Bo nie ma skrzydeł.

– Cielę też nie ma skrzydeł, a nazywa się nie mysz, tylko albo jałoszka, albo byczek...

– Ty sam cielę jesteś. Powiadam ci, że mysz to jest mysz, a nietoperz to także jakoby mysz, tylko, że ze skrzydłami. Mysz jada ziarno, słoninę, chleb – a nietoperz lata po nocy i łapie różne muszki, ćmy i żywi się nimi. Naumyślnie złapię kiedy nietoperza, to go zobaczysz.

– Ja się boję takiego zwierzęcia...

– Nie bój się – da sam go sobie położę na głowie i zobaczysz, że mi się we włosy nie wkręci.

Chłopak się zamyślił, a po chwili znowuż na Piotra podniósł swoje wielkie czarne uczy, bo śliczne uczy miał ten dzieciak i rzekł:

– Dziadziu, dziadziu – niech no dziadzio słuchają.

– Co chcesz Jasiu?

– Czy to prawda, że małe dzieci bocian przynosi?

– Głupi jesteś! Czasem przynosi. Kto ci to powiedział?

– Magda mówiła, że jej dziewuchę przyniósł. Czy Magda nie zełgała?

– Nie. Masz chleb, jedz, boś się dziś też rozgadał na urząd.

Chłopak wziął kawałek chleba i zatopił w nim drobne, bialuteńkie ząbki. Piotr popychał czółno długim wiosłem i milczał, zadumał się o czymś.

– Dziadziu – odezwał się chłopak – słuchajcie no dziadziu, ja coś wiem.

– Cóż ty wiesz, Jasiu?

– Tę dziewuchę co u Magdy, to bocian zgubił.

– A to dlaczego?

– Bo bocian był w lecie, a ona znalazła się w same gody, w mróz...

– I to może być. Co tobie ta dziewucha w głowie?

– Dlaczego ona nie umie mówić?

– Bo jeszcze mała.

– A dlaczego Wałek – niemowa jest duży?

– Bo stary...

– Dziaduś też są starzy?

Stary, o dobrze już stary, mój Jasiu.

– A dlaczego dziaduś nie są niemowa?

– Bo mam, Bogu dziękować, język, raku zatracony!

– A mnie raz niemowa pokazał język...

Piotr uda! że nie słyszy; dzieciak się zadumał i miał o czym: dziewucha Magdy nie mówi, bo mała, niemowa jest duży bo stary, dziadzio stary a nie jest niemowa bo ma język, a niemowa też pokazał język... Jasiek postanowił powrócić jeszcze do tej kwestii – i zażądać wyjaśnień... byłby to uczynił, ale tuż koło jego głowy z brzękiem przeleciała mucha. To zwróciło jego ciekawość w inną stronę.

– Dziadziu – zapytał – a skąd się biorą muchy?

– Rozmaicie. Przylatują z lasu, albo za bydłem lecą.

– A skąd się wzięły w lesie?

– Były tam.

– A gdzie były pierwej niż w lesie?

– Wcale nie były.

– Ale ja się pytani dziadziu, gdzie muchy były wtenczas, kiedy ich jeszcze nie było?

– Bardzo ty jesteś ciekawy, mój Jasiu, trzeba będzie cię uczyć...

– A na co uczyć?

– Na to żebyś nie był głupi.

– Dziadzio to się chyba też uczyli, jak byli głupie? Postanowił Piotr, że tymczasowo uczyć będzie Jasia sam.

Ale czego i jak i jak? Oto pytanie, które mu się wbiło w głowę jak klinem.

Nieraz, letnią nocą, leżąc na przyzbie pod chałupa Stępora, dziadowina nie spał, lecz rozmyślał, zapatrzony w gwiazdy mrugające na niebie.

Ileż to razy Jaś zapytywał go o te światełka, co się na wysokościach palą, jak się które nazywa? a ile ich wszystkich? a jak daleko do nich? dlaczego jedne trzymają się nieba jak przylepione, a inne znów, nie wiadomo, za co i dlaczego, odrywają się i lecą, lecą gdzieś w przepaść, wlokąc za sobą jakby sznurek złocisty?

Dlaczego, choć się one odrywają od nieba, nie spadają na ziemię, żeby je można zobaczyć i albo w chałupie zawiesić, albo gdzie na wzgóreczku położyć, żeby świeciły chłopcom jak na nocne pastwisko konie pędzą?

Piotr nie miał się za głupiego; owszem, że się dużo włóczył po świecie, więc widział nie jedno i słyszał wiele od łudzi, a i na pismo ciemny nie był, bo go w młodości jeszcze czytać nauczono – a od biedy toć i list potrafił napisać, choć namęczył się przy tym i napocił, jakby trzy fury twardego drzewa porąbał.

Piśmienny tedy Piotr był, i wiedział, co się Bogu od ludzi należy i obcy kraj widział, i na ziołach się znał, i wiedział, co w wodzie jest, i jak się jaki ptaszek, albo zwierz nazywa, jakie obyczaje i przebiegi ma – to wszystko doskonale, jak najlepiej znał – ale jak dzieciak zaczął o różne dziwne rzeczy pytać, to próżno Piotrzysko głowę łamał, żeby odpowiedź dać.

Dzieciak zaś dziwny był z tą ciekawością swoją, a i uparty przy tym.

Choćby i z tymi gwiazdami na przykład. Piotr nie umiał nic powiedzieć, Jaś nie poprzestał na tym, zobaczył, że Magda piele w ogrodzie, powlókł się za nią, kucnął w bruździe, niby to jej pomagał i zielsko spomiędzy marchwi wyrywał, ale w głowie swoje miał i pytał.

Już mu nie chodziło bardzo o te gwiazdy, co mocno na wysokościach siedzą, ale o te, co się odrywają i lecą, na chwilę smużkę złotą po sobie zostawiają i... i giną.

Wiedział Jaś, że dziadzio mądry – ale i Magdę uważał za bardzo rozumną kobietę.

Wydawała mu się nawet dużo mądrzejsza od mężu swego Mikołaja, bo takie potrafiła roboty, do których rozumu potrzeba nie mało. Potrafiła chleb upiec, kluski ugotować, obleczenie uszyć, a skoro takie rzeczy umiała, to dla czego by o gwiazdach nie mogła powiedzieć?

Pyta więc Jaś o te uciekające z nieba, dlaczego nie chcą świecić wysoko? czy im tam źle, że spadają? Magda nie taka jak dziadzio – bo dziadzio czasem przemilczy, a ona na każde zapytanie odpowie.

Opowiada też chłopcu, żeby wiedział, że gdy taka gwiazdka z nieba spada i smużka jasna mignie – to na ziemi ktoś umarł i dusza z niego uleciała.

Jasiek już wiedział, że każdy człowiek ma duszę, bo i dziadzio mu o tym mu mówił i ksiądz w kościele tak samo naucza! – ale nie wiedział tego, że każda dusza ma gwiazdę swoją...

A przecież Magda tak mówiła.

Czepiał się dzieciak dziadka, zasypywał pytaniami, ciekawy był dowiedzieć się, która jest gwiazdka jego własnej duszy. Zapewne bardzo mała być musi; bo tak sobie wyobrażał, że kto duży, to i duszę ma wielką, a czym dusza większa to i gwiazda jej złocista bardziej i świecąca jaśniej.

Takie rozmyślania różne dzieciak ten w głowie swojej miewał – i nie tyle tego świata, co go miał przed oczami był ciekawy – ile owego innego, nieznanego, w którymi duchy i Strachy mieszkają...

Nieraz wieczorem Magda bajki różne lubiła opowiadać, a Jasia wtenczas by nawet kijem nie odpędził – słuchał chciwie i każde najmniejsze słówko zapamiętał, a potem ciągle Piotra o duchy, o strachy, o upiory, o dusze pokutujące pytał, toż nieraz stary gniewał się, że sobie dzieciak głowę takimi rzeczami zaprząta.

– Ot byś lepiej na ziemię spojrzał – mówił Piotr – patrz oto ziółko rośnie, mówiłem ci już jak się zowie – poznajże.

– Wielka rzecz! rozchodnik.

– Pamiętajże o tym i...

– Dziadziu... a czy w rozchodniku też jest dusza?

– Nie wiem. Nie ma. Co tobie zawsze tylko dusza w głowie? Przeżegnaj się, bo takie myślenie od złego idzie.

– A złe, to także dusza, prawda dziadzia?

– Pluń – i nie wspominaj. Pójdziemy dziś ryby łowić. Jak złapie z kilkanaście, to pójdę jutro ilu miasta i kupię ci kaszkiet. Chciałbyś mieć kaszkiet?

– Chciałbym.

– No, to będziesz miał i jeszcze ci coś kupię.

– A co dziadziu?

– Lamentarz.

– Czy to leż do odzienia?

– Nie. Lamentarz jest do uczenia. Książeczka taka widzisz, co w niej litery stoją. Podług tych liter człowiek może na każdej książce umieć czytać – a to dobra rzecz. Widziałeś kiedy książkę?

– Widziałem, w kościele...

– Uczyć się chcesz?

– Chcę, dziaduniu, ale żeby mnie dziaduś nie bił.

– Za co cię mam bić?

– Bo Magda mówiła, że nauka przez bicia nic nie znaczy.

Kupił Piotr elementarz i zaczął Jasia uczyć pokazując mu drewnianą wskazówką litery, tłumacząc jak się jedne z drugimi składają.

Chłopak pojętny był i w przeciągu pół roku nauczył się czytać wcale dobrze, tak że już z elementarzem nie miał co robić. Wtenczas zabrał się Piotr do nauki pisania. Odbywała się ona zimową porą, w izbie u Skrzypków. Na stole leżał kawał papieru, poliniowany ciesielskim ołówkiem, ręką Piotra, kałamarz z atramentem, w którym kilkadziesiąt much utopionych było, i pióra wyskubane ze skrzydeł gęsi.

Przy siole pochylony siedział Jaś, a obok niego Piotr, którego pisanie bardzo męczyło. Przy tej czynności Piotr zrzucał z siebie sukmanę, ocierał spocone czoło rękawami zgrzebnej koszuli i oddychał tak ciężko, jakby wielki ciężar na sobie dźwigał.

Przy lekcji asystowała Magda i jej mąż Mikołaj, oboje niepiśmienni, ale bardzo ciekawi, w jaki sposób nauka się odbywa.

– Jasiu – mówił Piotr – pochwaliwszy Pana Boga, zaczynaj literę a, która, jak ci tłumaczyłem, podobna jest do kółeczka foremnego, przy którym zaś jest znowuż laseczka, kolasek i zawijasek.

Mikołaj zaraz zaczął się drapać po głowie.

– Kółko, jak kółko – mówił – to jeszcze, ale po co on kolasek?

– Acha! – rzekł Piotr – insza litera ma i po trzy kulasków, a przecie musi być dycht foremna. No próbuj Jasiu kółko, tak jak tu stoi w elementarzu. Stąd zaczynaj. Naprzód cieniuchno, potem grubo i znowu cieniuchno.

– Tak?

– A tak, ma się rozumieć, tylko trochę foremniej.

Jaś przechylił głowę i robiąc najdziwaczniejsze miny ustami, nakreślił żądane kółko.

– Niechże go! – rzekła Magda – to ci rak spekulantny, jakie piękne kółko napisał!

– Dycht, pisz, maluj obarzanek! – zauważył Mikołaj.

– Nie ma co, sposobny dzieciak – zakonkludował Piotr, napiszże teraz Jasiu kulasek i zawijasek. Zrazu grubo i cieniej i bardzo cieniuchno.

– Jest dziadziu.

Piotr wziął do reki papier i zaczął mu się uważnie przyglądać.

– Patrz no Mikołajku – rzekł – piękna litera?! to jest a.

– A juści – potwierdził Mikołaj – sprawiedliwy kulas, ja bym tak nie potrafił...

– Ani ja tez – dorzuciła Magda. – Zawdy co dziecięce ręce to nie nasze, narobione, napracowane...

– Juści – rzekł Mikołaj. – Od sochy a od cepa palce grube, gdzie zaś mi do takiej leciuchnej rzeczy jak pióro.

– Napisz teraz Jasiu b.

– Dziadziu – odezwał się dzieciak.

– A co?

– Ja bym chciał napisać jeszcze a i jeszcze, jeszcze, choć z kopę... Jak już będę dobrze a pisał, to mnie dziadzio b nauczy.

– Jaki to rak przyścipny! – zauważyła Magda.

– Ma rację – rzekł Piotr – niech pisze sam. Tymczasem my sobie z Mikołajem fajkę zapalimy.

Mikołaj długo oto prosić się nie dał, owszem własnego tytoniu Piotrowi użyczył. Usiedli pod piecem i zaczęli gawędzić. Magda skrobała kartofle, trącając od czasu do czasu kołyskę, w której spała jedynaczka jej córeczka Kasia.

Jaś tymczasem ćwiczył się w pisaniu litery a gdy starsi gawędzili, on wciąż pisał, aż nareszcie ubrał pewnej wprawy.

– No, teraz dziadziu – rzekł podając papier Piotrowi – moje a jest krzynkę foremniejsze i nawet podobne do tego, co w elementarzu.

Piotr bacznie przypatrzył się pisaniu.

– Nie ma co mówić – rzekł – ujdzie. No, chłopcze, napracowałeś się dziś dość, naści kawałek chleba i pójdziemy spać.

– O, co wam tak spieszno? – protestowała Magda – zostańcie i chłopiec niech zostanie. Zaraz będzie wieczerza, pożywicie się trochę.

Zostawał więc Piotr i Jasiek zostawał; starsi gwarzyli a dzieciak słuchał, a wszystko co usłyszał brał zaraz na uwagę i pamiętał. Co raz w tę małą głowinę wpadło, to już pozostawało w niej na zawsze.

Uczył się Jasiek trochę od Piotra, a trochę od Magdy od Piotra czytania, pisania, ziół poznawania, od Magdy bajek rozmaitych. Bawić się z dziećmi nie lubił, mówił mało nieśmiały był, a jak się odezwał, to tak jakoś dziwnie, jak nie dzieciak i przez to go właśnie we wsi głupim Jaśkiem, przezwali...

Kowal w Biednowoli nazywał się Kusztycki Walenty; siedział w małej chałupce przy kuźni od lat dawnych, za żoną wziął trzy morgi gruntu w sześciu działkach, kuł wozy i pingi, siekiery nastalał, konie podkuwał i dobrze mu się działu. Inny na jego miejscu byłby pieniędzy sporo nazbierał, ale Walenty lubił wypić czasem, o co zawsze z żoną miał sprzeczki.

Co prawda kobieta miała rację. Gospodarstwo, rzemiosło i inne sposoby do życia mając, można było kabzę nabić rzetelnie, a tymczasem Walenty nie dość, że grosza nie schował, jeszcze zawsze od Żydów pożyczał i ciągle był im winien. Przychodzili też Żydziska do kuźni jak do swojej. Walenty! okujcie mi szkapę. Walenty naprawcie mi wóz! Walenty zróbcie mi kratę do okna. Walenty to, a owo!

Kowal mruczał, klął czasem, ale koniec końców kładł żelazo w ogień i robił, co mu kazali – a trzeba i to wiedzieć, że jak był zły, to mu się robota w ręku paliła. Kół tak, że się iskry jakoby z dachu, podczas pożaru wielkiego, sypały.

Wtenczas trudno było do Kusztyckiego przystąpić, bo nikomu pardonu nie dawał – i zaraz z jakim niepolitycznym słowem się wyrwał. Żona tylko nie bała się go, i mogła w każdym czasie do niego mówić, gdyż przed nią jedną mores znał.

Właśnie przyjechał do Biednowoli Nuchym Sitko, trochę faktor, trochę kupiec z miasteczka, który od kilku lat Kusztyckiego w kieszeni trzymał.

Było to raniutko, ledwie słońce weszło. Kusztycki kuźnię otworzył i do roboty chciał się zabierać, gdy właśnie Nuchym wasągiera długim nadjechał.

Ujrzawszy gościa, kowal splunął, czapkę na oczy nasadził i udawał, że czegoś szuka pod miechem.

Tymczasem Nuchym wygramolił się z wasąga.

– Dzień dobry, dzień dobry, panie majster – rzekł. – Od rana bierzecie się do roboty... widać musicie mieć dość do kucia?

– Komu dobry to dobry, a komu nie, to nie – odpowiedział kowal niechętnie.

– Aj waj, pan Kusztycki już od samego rana taki zły! co to będzie na wieczór?

– Będzie, co Bóg da.

– Ma się rozumieć, że co Bóg da. Niech da! Ja Kusztyckiemu życzę!

– I ja Nuchymowi też życzę... żeby was na drodze nieszczęście spotkało!

– Tfy! tfy! Co wy panie majster powiadacie! Wczoraj była niedziela, a Kusztycki dziś taki jak po dużym przepiciu. Co Nuchym winien, że Kusztyckiego głowa boli? Niech ona naszych wrogów boli! Za co my mamy sobie kłócić? Słuchajcie – no, panie majster, pewnie wy jesteście taki zły, dlatego że wam się zdaje, że Nuchym Sitko przyjechał upominać się wam o tę małą bagatelkę, co mu jesteście winni?

– A no, prawda...

– Właśnie to jest cała nieprawda. Kusztycki mnie jeszcze nie zna, jaką ja mam delikatną naturę. Kusztycki nie wie, jaki Nuchym jest! Takiego Żydka w świecie szukać.

– Kto podobnego nie widział, żeby mu uczy...

– Aj waj! zaraz oczy! zaraz oczy! Niech Kuszycki da spokój, niech nie mówi tego, co nie potrzeba. Słuchajcie no, panie Kusztycki – mówił dalej, pokazując ręką na wóz – czy wy widzieli kiedy takie pogruchotane koło?

– No, koło... jak koło.

– Kto wara powiedział, że to koło? To cały gałgan jest. Jak ono się trzyma w kupie, to ja sam nie mogę zmiarkować... Ono potrzebuje waszej ręki.

– Ocho!

– Potrzebuje, na moje sumienie. Wam panie Kusztycki taka reperacja nie zabawi nawet pół godzinki.

– Najmniej do południa.

– Zaraz do południa. Po co do południa? Niech się Kusztycki ruszy, ja tymczasem pójdę do Mendlowego zięcia, zmówię pacierze, posiedzę sobie trochę, poczekam...

– Nie bałamućcie sobie czasu na próżno. Koło liche, ale do miasteczka dojdzie, a tam przecież kowali nie brak.

– Aj! co wy powiadacie, panie Kusztycki, gdzie u nas kowale są?

– Jak to gdzie? Jeden zaraz przy moście ma kuźnię, drugi za końskim targiem, trzeci...

– Albo to kowale!

– Przecież.

– Pe! panie Kusztycki, kto wam powiedział, że to kowale – to Żydy. Oni lubią brać drogo, a robią, fe! jak oni robią, to fuszery! Nie warci u Kusztyckiego przy miechu stać. No, no, nie bałamućcie, zreperujcie mi to głupie koło.

– Żelaza nie mara.

– Wy zawsze tak powiadacie. Nie ma żelaza... a to co jest? nie żelazo; można by dwa wozy okuć tym żelazem, co w waszej kuźni jest.

– Węgli mi też brakuje.

– Czy chcecie żebym sam poszukał? Ja przecie wiem gdzie wy węgle trzymacie.

– A juści, wy wszystko musicie wiedzieć lepiej niż sam gospodarz – ale i ja też chcę coś wiedzieć.

– Na przykład? co wy potrzebujecie wiedzieć, panie Kusztycki?

– Ile Nuchym zapłaci za tę reperację?

– To bagatelka jest. Pogodzimy się, przecież o taki drobiazg nie pójdziemy do wójta. Myślicie, że ja wam wódki nie kupię? Oj, oj, dlaczego nie miałbym kupić!

– Co mi tam po waszej wódce? Chcecie mieć wóz zreperowany, to zapłaćcie – a nie, to jedźcie sobie z Bogiem i już.

– I co jeszcze? Co jeszcze? Dobrze; ja potrafię i taki interes, potrafię pojechać i potrafię wóz gdzieindziej kazać zreperować. Wielka rzecz! albo to jeden kowal na świecie? Owszem, ja już jadę, tylko proszę was panie Kusztycki oddajcie mi moje pieniądze, bo mi bardzo teraz potrzebne. Mam dużo różnych interesów, jak wiadomo w handlu...

– Skądże oddam, kiedy nie mam. Może pod jesień...

– Ja nie mogę czekać do jesieni.

– To i cóż będzie?

– Co ma być? – Jedno z drugim całkiem nic; zwyczajnie jak się w takim interesie praktykuje. Ja zaraz zapozwę pana Kusztyckiego do sądu i będę miał wyrok. Jak będę miał wyrok, to go zaniosę do wójta, a wójt jak będzie miał wyrok, przyjdzie do Kusztyckiego z pisarzem i sołtysem, zabierze wszystkie łachy i statki, co są w waszej chałupie, a potem zrobi się licytacja i ja swoje pieniądze odbiorę. Więcej to już nic nie będzie. Bądźcie zdrowi panie Kusztycki, a pilnujcie się, żeby wam kobieta wasza nie powiedziała jakiego przykrego słowa.

Kowal stał we drzwiach kuźni, nie wiedząc, co robić, Nuchym, nie patrząc na niego, gramolił się na swój wasąg.

Gdy miał już odjeżdżać, Kusztycki zawołał:

– Nuchymiet.

– Co wam trzeba? dajcie mi pokój... ja nie mam czasu.

– Czekajcie no...

– Po co?

– Może bym się namyślił i zreperował wam to koło, tylko żebyście mnie po sądach nie włóczyli. Jak Bóg da doczekać jesieni, oddam... najrzetelniej, co do jednego grosza.

– Skąd wy będziecie mogli oddać na jesieni?

– Z pola trochę zbiorę; mam parę wozów na górze, okuję i sprzedam na jarmarku.

– Może, to wszystko może, a mnie pieniędzy trzeba. Wy chcecie żebym ja wam robił grzeczność, a ja od was reperacji głupiego koła nie mogę się doprosić.

– Toż powiadam, że naprawię.

– Naprawicie?

– Ma się rozumieć, tylko nie dokuczajcie mi. Już kiedy ma być grzeczność, to za robotę nie policzę wam nic, ale za żelazo i węgiel musicie mi zwrócić.

– Aj waj, już Kusztycki kręci! a powiadają, że tylko Żydki kręcą. Ja nawet reperacji darmo nie żądam, wódki wam kupię. Zresztą jak sobie chcecie...

Kusztycki już nic nie mówił. W jednej chwili zdjął koło z osi, tak, że Nuchym o mało się nie rozbił, wypadając z wasąga.

– Oj! co wy robicie? co wyrabiacie? małoście mnie nie zabili, na moje sumienie!

– No iść – rzekł groźnie kowal – nie będę przecie nad waszym kołem całego dnia bałamucił!

Pozbijał z koła żelastwo, rzucił szuflę węgli na komin, i pochwyciwszy Żyda za kołnierz pchnął ku miechowi.

– Co to? co to jest!? – wołał przestraszony – co wy sobie myślicie?! to rozbój!

– Dymać!

– Co?

– Dymaj Żydzie miechem, pókim dobry! Chłopak mój za bydłem poszedł. Dalej!

– Dlaczego sobie pan Kusztycki żartuje z Nuchynia?

Kowal popędliwy w gniew już wpadał. Łypnął oczami, brwi zmarszczył i zawołał:

– Dalej dc miecha! nie bałamucić!

– Idźcie wy sobie ze swoim miechem, proszę Kusztycki, bardzo was proszę! Czy ja się godziłem do was za czeladnika? Pfe! na sumienie, to bardzo nie ładnie!

– No! dymać! nie gadać!

– Uważajcie no po mojej osobie, panie Kusztycki, panie majster! co to za gadanie jest? Pfe! ja mam delikatne zdrowie, ja wcale zdrowia nie mam...

Kowal położył rękę na ramieniu Nuchyma. Żyd się obejrzał, jakby szukając pomocy, ale nie było widać nikogo. Tak Wcześnie, rano, każdy był przy swoim gospodarstwie zajęty, a kuźnia, jak kuźnia, stała na uboczu.

Nie widząc skądby ratunek przyjść się, a bojąc się kowala, który patrzył spode łba i Bóg wie, co się mieć w głowie, Nuchym pogodził się z losem. Ujął za drąg od miecha i zaczął nim poruszać, podskakując zabawnie...

– Równo! nie szarpać! – zawołał Kusztycki, kładąc w ogień żelazo.

– Nie pasuje, dalibóg nie pasuje na takiego majstra jak pan Kusztycki żeby u niego Żyd miechem ruchał! Gdzie kto widział taki interes? Na moje sumienie, żeby mnie kto teraz zobaczy! toby pomyślał, że ja jestem cały kowal.

– Albo to wstyd?

– Owszem! za co ma być wstyd? to nawet honor jest, ale nie do każdej osoby każdy honor pasuje. Jeden lubi tak, drugi tak...

– Dymać, dymać, nie gadać! – wołał kowal, zgarniając węgle mokrą szmatą uczepioną na kiju.

– Co chcecie, panie majster? Kazaliście dymać – to ja dymam, żeby nasze wrogi takie życie mieli! Teraz to wy każecie, żebym ja nie gadał! Oj! panie Kusztycki, może już będzie dość tego dymania, bo mnie w boku boli, ja całkiem zdrowie straciłem. Ja już od tego miecha mam ściskanie w sercu!

– Dymać!

– Fe! u was tylko: dymać! dymać! to cała mądrość wasza, dlaczego ja na was nie krzyczę: płacić!

– Dość.

– No, Bogu dziękować... ja już pójdę, co ja tu mam robić w kuźni? po co ja mam tu stać? na co mi ten ambaras?

– Weźcie no ten młot, co przy małym kowadle – odezwał się Kusztycki.

– Ten wielki miot? na co? kto taki ciężar udźwignie?

– No, żywo! brać kiedy mówię, bo żelazo stygnie, a węgla darmo nie dają.

– Ja nie dam rady... Fe! panie majster, co pan dziś dokazuje?