Z aniołem do nowego świata - Ivan Novotny - ebook
Opis

Powieść religijna „Z aniołem do nowego świata” powstała w 2005 roku. Jej autor, polski ksiądz katolicki, ukrył się pod pseudonimem „Ivan Novotny” i napisał ją w taki sposób, że tylko niewielu potrafiło umieścić ją w realiach polskiej rzeczywistości. Był wtedy jeszcze nieznany szerszemu ogółowi i takim pragnął pozostać. Jednak film-wywiad z nim dla katolickiej telewizji w Barcelonie „Widziałem Nowy Świat” spowodował, że nie mógł już dłużej ukrywać swojego nazwiska, więc odtąd coraz odważniej naświetlał temat „niemodny”, a nawet dla wielu kontrowersyjny: Paruzji czyli powtórnego przyjścia na świat Chrystusa. Kontrowersyjny dlatego, że ks. Skwarczyński wydarzenie to sytuuje nie – jak prawie wszyscy – na samym końcu świata, lecz za naszych dni. Uważa nawet za swoją misję nie tylko przekonywanie ludzi o bliskości Paruzji, mającej doprowadzić do przemiany oblicza całej ziemi, ale także przygotowanie ich do niej. Bazuje przy tym także na własnym doświadczeniu, gdyż od dziecka wiele razy był przenoszony do tego „Nowego Świata”. W jego powieści odnajdziemy splot wątków opartych na wielu źródłach, lecz spiętych w jedną całość klamrą tego, co pochodzi z jego wyobraźni.
Książkę napisał głównie po to, by dać czytelnikom możliwość znalezienia się duchem w opisywanym świecie, bardzo różniącym się od dzisiejszego. Ludziom cierpiącym i zagubionym w dzisiejszym świecie dla nich obcym, świecie pełnym buntu przeciwko najwyższym wartościom, wojen, nienawiści, wyzysku, kłamstwa i chorób chciał otworzyć okno na przepiękną nową rzeczywistość, która wkrótce może stać się ich udziałem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 297

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Ivan Novotny

Z aniołem do nowego świata

Redaktor wydania polskiego:

ks. dr Marian Kowalski

© Ivan Novotny

ISBN 83-87049-02-6

ISBN 978-83-87049-02-7

Druk z powierzonego materiału:

AGENCJA ATM

00-608 Warszawa, Al. Niepodległości 186

tel./fax 22 825 33 66, 602 26 77 15

e-mail: [email protected]

Konwersja do epub i mobi A3M Agencja Internetowa

Z ANIOŁEM DO NOWEGO ŚWIATA

Książkę tę poświęcam mojemu Przyjacielowi

Anaelowi z niebiańskiego chóru Książąt,

cichemu Opiekunowi żyjących w czystości,

na pamiątkę wspólnych podróży przez ziemię:

pierwszej, rozpoczętej w dniu moich urodzin

oraz drugiej, opisanej w tej książce,

w oczekiwaniu na trzecią, gdy czas się wypełni.

Ofiaruję ją wiarygodnym prorokom naszych czasów,

jakże często lekceważonym i wzgardzonym,

którymi posłużył się Chrystus Pan,

by przygotować swoją Resztę

na swe Powtórne Przyjście.

Składam ją w życzliwe ręce Czytelników,

którzy mają przetrwać Oczyszczenie Świata,

by w kulminacyjnych jego momentach

nie tylko nie załamywali się na duchu,

lecz czuli się przed Bogiem odpowiedzialni

za budowanie Świata Nowego,

w którym będzie mieszkała Sprawiedliwość

wraz ze swoją nieodłączną siostrą Miłością.

Oto w Duchu Świętym przyszło Twe Królestwo,

Ojcze nasz, Życie nasze…

Wielbimy Twoje Najświętsze Imię.

Staramy się, aniołowie i ludzie,

pełnić Twoją wolę na ziemi jak w niebie.

Syna Twego, Odwieczną Światłość

pożywamy wszyscy i adorujemy

w Nowym Betlejem – Domu Chleba,

którym stał się teraz cały świat.

Przebaczyliśmy naszym winowajcom,

więc i Ty nam wszystko odpuściłeś

i uwolniłeś nas od Kusiciela.

Amen.

WARSZAWA 2006

Ivan Novotny

Dla tłumaczy na obce języki:

NAZWY PTAKÓW WYSTĘPUJĄCE W KSIĄŻCE

bocian – Ciconia ciconia

dzierzba – Lanius corrulio

gęś (dzika) – Anser fabalis

gołąb grzywacz – Columba palumbus

jaskółka brzegówka – Riparia riparia

jaskółka oknówka – Delichon urbica

jerzyk – Micropus apus

krętogłów – Jynx torquilla

łabędź – Cygnus olor

mewa śmieszka – Larus ridibundus

pełzacz – Certhia brachydactyla

pliszka siwa – Motacilla alba

rybitwa – Chlidonias nigra

skowronek– Alauda arvensis

słowik – Luscinia luscinia

sójka – Garrulus glandarius

sowa uszatka – Asio otus

szpak – Sturnus vulgaris

Od Autora

Wierzę, że książka ta znalazła się w twoich rękach, drogi Czy­tel­niku, nie przypadkiem. Być może jesteś jednym z tych szczęś­liw­ców, którym Dobry Bóg wypisał prze­pustkę do Nowe­go Świata i już teraz duchem powinieneś w nim się znaleźć?

– A cóż to za „Nowy Świat” – może zapytasz…? Chodzi o „nowy” czy o „odnowiony”? Czy dom, który przeszedł remont generalny, można nazwać „nowym” domem…? Czy to pojęcie „Nowego Świata” nie ma czegoś wspólnego z poglądami maso­nerii albo sekt, używających podobnych określeń?

Ponieważ jestem katolikiem z krwi i kości, więc mogę mieć na myśli wyłącznie tę przemianę świata, która będzie się wiązała z przyjściem Syna Człowieczego i „przepołowie­niem” ludzkości1. Ma to być odnowie­nie całego stworzenia, i to tak do­głębne i po­wszechne, jakby było przetworzeniem go, niemal po­w­tór­nym stworzeniem. Można więc bę­dzie odtąd mówić rzeczy­wiście o „No­wym Świecie”.

Jak ten oczyszczony, odnowiony świat nazwać inaczej? Spró­bujmy wymienić tylko niektóre jego określenia, znane nam z Pis­ma Świętego, objawień Maryjnych oraz z wypowiedzi niektórych znanych nam osób.

– Świat cieszący się wielkim pokojem (chodzi tu o Izajaszowe przekucie mieczy na lemiesze i włóczni na sierpy, także o otwar­cie się na pokój jako dar Chrystusa Zmartwychwstałego);

– świat ludzi o wyjątkowo głębokiej wierze, znajomości Boga i miłości do Niego (Umieszczę swe prawo w głębi ich jestestwa i wypiszę na ich sercach. […] Nie będą się musieli wzajemnie pouczać, mówiąc jeden do drugiego: Poznajcie Pana! Wszyscy bowiem od najmniejszego do największego poznają Mnie, mówi Pan [Jr 31,33-34]);

– świat, w którym Bóg w pełni odpowie na wołanie Kościoła: Przyjdź Królestwo Twoje. Gdy przyjdzie, przed Nim zegnie się wszelkie kolano (Iz 45,23, Flp 2,10);

– świat, w którym nie będzie już pogan, a wszyscy żydzi2 staną się wyznawcami Chrystusa i w końcu powiedzą: Błogosławiony, który przychodzi w imię Pańskie (zob. Rz 11,25-27, Mt 23,39);

– świat, w którym Kościół będzie jedną owczarnią pod prze­wodem jednego pasterza (J 10,16);

– świat „nowej epoki Ducha Świętego” (św. Maksymilian Kolbe), „nowej Pięćdzie­siątnicy” i „nowej wiosny Kościoła” (Jan Pa­weł II);

– świat, w którym „okręt” całego zjednoczonego Kościoła przy­cu­mu­je do „dwóch kolumn”: Eucharystii oraz Maryi, a masoneria – jego największy wróg – zniszczy samą siebie (św. Jan Bosko – jego znana wizja);

– świat, w którym zatryumfują Dwa Najświętsze Serca Jezusa i Maryi (wiele objawień, m.in. saletyńskie, fatimskie i amster­dam­skie); będzie ten tryumf jednoznaczny z nasta­niem Królestwa sprawiedliwości, miłości i pokoju, z pow­szechnym uzdrowieniem ludzi i przyrody oraz zapewnieniem im obfitości dóbr ziemskich.

Ktoś może się dziwić, dlaczego Stwórca miałby wyróżnić – tak bardzo uprzywilejować – to właśnie a nie inne pokolenie…? Czy myśl ta zgadza się z Bożym Objawieniem, z Pismem Świętym?

Zgadza się w pełni. Bóg od początku próbował zawrzeć trwałe przymierze z ludzkością, zobowiązując się do tego, że zapewni jej szczęście nie tylko wieczne, ale i doczesne, jeśli bę­dzie Mu posłu­szna. Wiemy, jak to bywało w historii z tym posłu­szeń­stwem… A ostatnio…? Grzechy, za które w czasach Abraha­ma Bóg dokonał zagłady Sodomy i Gomory, są uznawane przez rządy kolejnych krajów za „normę” i chronione prawem. Wydaje się nam, że szatan wyczerpał już swój repertuar pomy­słów na deprawowanie i od­bie­ranie Bogu Jego ukochanych stwo­rzeń! Nabieramy więc pewności, że bliski już jest dzień, w któ­rym (na pewien czas) zostanie on związany, aby nie zwodził narodów. Bóg, jak to dawno zapowiadał, zostawi wtedy na ziemi tylko Resztę, okazującą Mu wierną miłość i zdolną budować Kró­lestwo Woli Bożej. Wówczas nie tylko na ludzi, lecz i na całą po­wie­rzoną im ziemię spłyną wszystkie błogosławieństwa, od Abra­ha­mowego aż do Chrystusowego z „kazania na Górze”. Przynaj­mniej na końcu czasów nasza planeta stanie się krainą doczesnego szczęścia, opisywanego przez Pro­roków. Wszyscy zobaczą, jak odkupiona przez Chry­s­tu­sa ziemia mogła wyglądać, gdyby ludzie na niej żyli w praw­dzi­wej miłości.

Po tych wyjaśnieniach zapraszam cię już teraz, drogi Czy­telniku, do lektury. Ale prawda: zanim spokojnie w niej się zanu­rzysz, powinienem… ostrzec cię przed niebezpie­czeń­stwem, któ­re w tej książ­ce może na ciebie czyhać! Otóż pewien czytelnik zbyt łatwo nabrał przekonania, że prawie wszystkie szcze­góły, dotyczące miejsc i zdarzeń opisa­nych w tej książce, pochodzą… z moich wizji! Mogę cię jednak zapewnić, że tam, gdzie wyraźnie odwołuję się do tych wizji – rzeczywiście na nich się opieram, jednak nie co do szczegółów – te po latach zatarły się w mojej pamięci. Aby uzupełnić tę lukę, jestem zmu­szony posłu­giwać się własną wyobraźnią, choć przy tym opieram się na ­naj­nowszych wyna­laz­kach, którymi się zresztą pasjonuję. Do siebie mogę od­nieść słowa, które Gabriela Bossis usłyszała od Chrystusa: „Nie pojmujesz tajemnicy elektryczności, fal, tylu róż­nych energii, któ­re dopiero w niewiel­kim stopniu zna­cie. Nie zatrzymuj się w podziwie przed tajemni­cami Bożymi, lecz przyj­muj je z miłoś­cią. Ich celem jest wypró­bo­wanie was, dzieci Bo­żych, pod wzglę­dem ufności we Mnie pokładanej”3.

Już słyszę, jak mnie chcesz zapytać: w takim razie w twoim pisaniu nie ma nic pewnego…? O nie, tak sprawy nie stawiaj, gdyż byłaby to znów przesada w od­wrotnym kierunku. Życie po­twier­dziło prawdziwość i dokładność wszystkich moich „wizji”, odno­szących się do zdarzeń, które mam już poza sobą, więc mam prawo oczekiwać, że dalej tak będzie w odniesieniu do tego co przede mną. Oto przy­kład: jeżeli opisuję „mobil”, to uważam, że mam do tego prawo, gdyż ja rze­czy­wiście (w jaki sposób – nie pamiętam) takim poja­zdem podró­żowałem w przestworzach jako dziecko. Jest to, w moim przekonaniu, pojazd przyszłości. Nawet jeśli odtworzyć już dzisiaj nie potrafię jego ­do­kła­dnego wyglądu, mam jednak o nim dokła­dniejsze pojęcie niż ci, którzy nigdy go nie widzieli. Może jakiś pilot śmiać się z tego, że mój „mobil” daje się sterować podobnie jak samolot, chociaż nie ma skrzydeł ani ogona, a więc i układu sterowniczego stoso­wa­nego w samo­lotach… Jedno mu tylko odpowiem: „Pożyjemy – zo­baczymy”!

Zwróć uwagę, Czytelniku, że cała ta opowieść o Nowym Świe­cie kon­centruje się wokół tylko jednego faktu i może zawie­rać tylko jeden jedyny pewnik: że taki szczęśliwy okres nadej­dzie, i to w czasie przewi­dzianym przez Boga. Natomiast w jakim kształcie on nadejdzie, tego ściśle nie wie nikt z ziemian ani wie­dzieć nie może, gdyż… dopiero w dniu jego nadejścia ów kształt prze­stanie być dla nas tajemnicą. Zależy on przecież nie tylko od Boga, lecz i od nas, i to do ostatniej chwili4.

Może powiesz mi w takim razie: po co piszesz książkę, skoro nie masz pewności, że tak właśnie będzie ten świat wyglądał…?

Piszę najpierw dlatego, że taką pewność posiadam, chociaż może nie co do daleko posuniętych szczegółów. Wyrazem tej pew­ności jest moje oczekiwanie, którego od najwcześniejszych lat mego życia nikt ani nic nie może zakłócić.

Ale pisząc książkę kieruję się także innym ważnym motywem – być może takim, jaki przyświecał Micha­łowi Aniołowi Buona­rot­tiemu. Czym bowiem jest jego „Sąd Ostateczny”, słynny fresk w Ka­pli­cy Sykstyńskiej, jeśli nie wy­raź­­nym apelem Artysty, skie­rowanym do widza: zatrzymaj się, po­patrz, przeżywaj to co widzisz. Nie to jest najważniej­sze, jak w szcze­gółach ten Sąd bę­dzie wyglądał, lecz niech mój obraz pomoże ci znaleźć się w du­chu przed obliczem Sędziego. Już teraz pomyśl, po której Jego stronie się znaj­dziesz i co usłyszysz: Pójdźcie błogo­sławieni… czy Idźcie ode Mnie, przeklęci…

Ja także chciałem tu wystąpić nie w roli twórcy dokładnego „przewodnika” po Nowym Świecie, lecz jedynie „malarza”, który chce pomóc czytelnikowi otworzyć Bogu nie tylko swój chłodny umysł, ale przede wszystkim gorące serce. Otóż właśnie ta książ­ka, pomagając „zobaczyć” i przeżyć, mogłaby speł­nić rolę… tej małej, zapalającej iskierki! Bardzo liczę na to, że kończąc jej lekturę, z głębi serca zawołasz razem ze mną, drogi Czytelniku: Przyjdź już, Panie, i odnów oblicze ziemi!!!

1. Święty Anael, mój przewodnik

Przecinając łąkę, niezwykle soczystą, ubarwioną tysiącami kwiat­ków przeróżnych ziół, rojącą się od owadów i małych żabek uciekających spod nóg, zbliżałem się do kępy krzaków nad brze­giem niewielkiej rzeki. Moje bose stopy rozkoszowały się tym świe­żym dywanem rozesłanym przez Stwórcę i w instynktowny sposób omijały te kwiatki, na których uwijały się pszczoły-ro­botnice.

Chociaż było południe, śpiew słowiczych małżonków, niosą­cy się od strony nadrzecznych zarośli, zagłuszał wszystkie inne odgłosy, nie mogły się przezeń przebić ani rechot żab, ani świer­got skowronków, zawieszonych na błękitnym niebie. Wśród tego gwaru uderzał niewzruszony spokój bocianów, udających obojęt­ność na wszystko, lecz od czasu do czasu błyskawicznie wyciąga­ją­cych szyję w kierunku… no właśnie – czego…? Czy skaczącej żaby…? O kilka kroków przede mną nurkował w trawie zwinny krętogłów, co chwila stając na baczność z wyciągniętą szyją, a trochę dalej para pełzaczy. Te płochliwe ptaki zachowywały się jednak w taki sposób, jakby mnie wcale nie widziały… Rój jerzy­ków i jaskółek, przecinających lazur nieba we wszystkich kierun­kach, budził we mnie wspom­nienia z dzieciństwa, ale i zdzi­wienie: dobrze pamię­tałem, że wy­gi­nęły one pod koniec starej epoki – niebo było prawie martwe, odkąd wieś straciła swoje dawne oblicze, wyzbywszy się zwierząt wraz z pomiesz­czeniami dla nich, wykorzystywanymi przez jaskółki do budowy gniazd. Przestały także wówczas krążyć nad rzeką rybitwy i mewy śmie­sz­ki, nie znaj­dując widocznie pożywienia, którego teraz miały tutaj w bród – obwieszczały to donośnym krzykiem.

Nagle nad bujną trawą, kilka kroków przede mną, wyłoniły się długie kosmate uszy, bacznie zwrócone w moją stronę, za ni­mi zajęcza głowa, wreszcie wyprostowany cały tułów, lecz – o dziwo – w pozie nie wskazującej wcale na chęć ucieczki! Jakby lekce­ważąc moją obecność ten stary, doświadczony mieszkaniec smako­witej łąki poruszał się leniwie, a nawet… opuścił jedno ucho, trak­tując mnie widocznie jak tyle innych stworzeń Bożych, poru­szających się po łące! Stanąłem jak wryty. Gdy tak przez chwilę patrzyliśmy na siebie, ogarnęła mnie przemożna chęć pog­ła­s­kania go jak pieska-przyjaciela, a za tą chęcią poszło wyobra­że­nie sobie tej sceny. I wtedy… – czy uwierzycie? – zając przyki­cał spokojnie do mnie i oparł swoją głowę o moją nogę, łas­kocząc mnie wąsami! Czyżby znał moje myśli i pragnienia…? Ja, który w Starym Świecie widziałem z bliska tylko zające zabite, nie mogłem wyjść ze zdu­mienia! Głaszcząc żywego czułem się jak małe dziecko, obdarowa­ne przez rodziców wspa­nia­łym pluszo­wym misiem, którego można od razu przytulić do policzka. Na­stę­pny gest dziecka, nie mniej naturalny, to przy­tulenie się do rodziców z sercem przepeł­nionym wdzięcznością. Czyż i moje serce mogło zareagować inaczej…?!

Otoczony św­iatem jak z bajki, albo jak z obrazów wiejskiego malarza naturalisty, któremu każda trawka, listek i kwiatek mó­wi­ły o Stwórcy i Jego miłości do człowieka, zacząłem śpiewać coś w rodzaju psalmu. Słów nie dobierałem, płynęły same, a ręce wznosiły się ku błękitnemu niebu. I wtedy… stało się coś, co już znałem sprzed kilkudziesięciu lat: cała otaczająca mnie przyroda zaczęła… świecić! Miałem wraże­nie, że materię ktoś podświetlił bardzo mocną lampą, pobudzając ją do roziskrzenia się wszyst­kimi barwami tęczy! Szczególnie mocno barwy te odcinały się na niebie, otulając małymi tęczami kontury pobliskich krzaków oraz niewiel­kie białe chmurki. Moje ciało przenikał dreszcz, coś w ro­dzaju potężnej fali przyjemnej energii, jednoczącej mnie z całym otocze­niem. Obecność Boga Stwórcy była nieomal doty­kalna, nie trzeba więc było słów – wszystko, dosłownie wszystko we mnie i wokół mnie stało się modlitwą…

Jakaś magnetyczna siła pociągała mnie ku brzegowi rzeki. Zbliżając się do nadrzecznych zarośli, natrafiłem niespodzie­wanie na ślady… Czyżby chodzili tędy ludzie…?! Ależ tak, to była ścieżka, i nawet niedawno ktoś musiał nią przechodzić! Może rybacy…? Poprowadziła mnie ona wzdłuż zarośli ku miej­scu, w którym z daleka połyskiwała woda, a brzeg tworzył małą otwartą zatoczkę. Przyśpieszyłem kroku, będąc (dlaczego – nie wiedziałem) pod wpływem silnej emocji.

Po kilkunastu krokach stanąłem olśniony, nie mając najmniej­szej wątpliwości: to właś­nie był ten kamień nad brzegiem rzeki, który, wraz z siedzącą na nim osobą, widziałem jako dziecko…! W podobny sposób rozpozna­wał­em kolejno inne miej­sca, w któ­rych się znalazłem po latach – niewątpli­wie byłem już w nich u po­czątku swego ziemskiego ży­cia. Szczegóły się zgadzały, na­wet jeśli pewne obiekty nie istniały jeszcze w czasie, gdy je w swych wizjach „zwiedzałem”.

Czy to możliwe – zapyta ktoś – by zachować w pamięci, z tak wielką świeżością i wyrazistością, wizję zwykłego kamienia sprzed prawie sześćdziesięciu lat? Może dla innych jest zwykły, lecz dla mnie stanowi on, wraz z siedzącą na nim osobą, klucz do przy­szłości, która oto nagle staje się teraźniej­szością! To dzięki atmo­sferze, otaczającej dzisiaj wszystkie stworzenia, od­naj­duję ten klucz długo poszukiwany5!

Czy jednak na pewno odnajduję? Tamten człowiek z wizji wy­da­wał mi się dorosły i kojarzył mi się z jakimś rybakiem, podc­zas gdy ten… jest kilkunastoletnim chłopcem, i do tego dzi­wacznie ubra­nym! Tak, jest chłopcem, ale ma w sobie coś tajem­niczego, co budzi ogromny szacunek, wręcz onieśmiela, choć na białym kamieniu roz­siadł się w pozie swobodnej, właś­ciwej dla jego wieku, poruszając nogą jak w takt jakiejś me­lodii… Jego strój, chociaż chłopięcy, kojarzy mi się z dniem mojej Pierwszej Ko­munii świętej, do której przystąpiliśmy z bratem w białych blu­zach i krótkich spodenkach. Ma on jednak jeszcze na sobie coś w rodzaju białego płaszcza, spiętego drogo­cen­ną klamrą… Jego długie jasne włosy falują lekko na wietrze, a oczy… promienieją tak wielkim blaskiem, że błyski na wodzie oświetlonej słońcem są niczym wobec tego światła!

Patrzymy na siebie – ja jak wryty, onieśmielony tym nieziem­skim zjawiskiem, on – uśmiechając się, jak na widok dobrego znajo­mego! Musi mnie rzeczywiście znać, skoro dźwięcznym, bardzo miłym głosem, odpowiada na moje myśli:

– Rzeczywiście znalazłeś! Ale wtedy to nie był rybak – obraz zatarł się już w twojej pamięci. To byłem ja – Anael. Witaj, Ivanie!

– Mój Anioł! To dlatego tak mocno biło mi serce, gdy zbli­żałem się do ciebie…!

– Znałeś mnie tylko z czyjegoś opisu… Zresztą nie tylko, bo prawdą jest to co komuś mówiłeś: twoje walki i upodobania, cnoty i kie­runki działania były związane od początku ze mną i z moją opie­ką nad tobą, którą zlecił mi Dobry Bóg.

Wypowiadając dwa ostatnie słowa Anioł położył prawą rękę na sercu, a oczy wzniósł ku górze, lekko z wdziękiem pochylając gło­wę. Na jego ustach igrał uśmiech. Od tej chwili miałem być częstym świadkiem tego wspaniałego, a zarazem jakże wymow­nego hołdu, składanego Stwórcy przez Jego piękne i święte stwo­rzenie.

Anioł Czystości – gdyż on to był we własnej osobie – według opisu podobny do chło­pca, należący do Chóru Książąt, Anioł Matki Bożej, któremu Anioł Milcze­nia, święty Hagiel, zakłada na ramiona biały płaszcz milczenia – wpatrzył się tak głęboko w mo­je oczy, że zapomniałem gdzie jestem… W tym jego wzroku zoba­czy­łem przez mgnienie oka, jasno jak w świetle błyskawicy, jak wiele mu za­wdzię­czam – ile walk o czystość musieliśmy razem stoczyć, jaki był jego udział w moich modli­twach, w po­znaniu Matki Bożej oraz w związaniu z Nią życia, w poradach udzie­lanych lu­dziom przy spotkaniach, w listach i w książkach. Pozna­łem też, w jak wielu momen­tach ochronił mnie przed ata­kami piekła i przed innymi niebezpieczeństwami. On także przy­czynił się do tego, że będąc „w podeszłym wieku” (jak to się mó­wi­ło w Starym Świecie), czułem się zawsze młody duchem, choć czas nadwerężył nieco moje ciało… Nawet teraz, choć ze swoimi szpakowatymi włosami musiałem wyglą­dać przy Anaelu jak jego dziadek, nie czułem żadnej różnicy wie­ku mię­dzy nami. Wprost przeciwnie: chyba nigdy nie czułem się jak teraz chłop­cem, goto­wym skakać z radości, łazić po drzewach czy pluskać się w tej rzece, w której uczyłem się pływać jako dziecko!

Niech nikt się nie dziwi, że z moich oczu popłynęły łzy radości i ogromnej wdzięczności, a moje ręce same wyciągnęły się ku temu Księciu-Chłopcu. Uścisnęliśmy się serdecznie, lecz on nie dał mi przyjść do słowa: objęci ramionami skłoniliśmy się głęboko, kon­cen­trując uwagę nie na sobie, lecz na Stwórcy i Ojcu:

– Chwała Ojcu i Synowi i Duchowi Świętemu

Wydało mi się, że ten hołd oddany Bogu był jakby podsumo­waniem całego długiego odcinka drogi mojego życia, przebytej dotychczas wspólnie z niewidzialnym Opiekunem.

Gdy usiedliśmy obok siebie na kamieniu, święty Anael (jak nazywałem go zawsze w swoich myślach), a odtąd po prostu Anael, zarysował przede mną intrygujący plan, w którym zawie­rała się misja, jaką otrzymał na najbliższy czas od Boga. Posłu­giwał się przy tym dziwnym językiem, składającym się nie ze słów, lecz z pojęć i obrazów, które wprost odczytywałem w swo­im wnętrzu. I tak dowiedziałem się, że w celu napisania książki, która będzie miała duże znaczenie dla wielu ludzi, powołanych do przejścia wraz z ziemią swojego Wielkiego Oczyszczenia, mamy razem odbyć podróż po Nowym Świecie. Przekonał mnie, że to pisanie było rzeczywiście w planach Boga, a natchnienia, które otrzymywałem w ostatnim czasie, nie były tylko moimi myślami, lecz czymś więcej… Na dowód tego, że nasze spotkanie nad brzegiem rzeki było poszukiwanym przeze mnie kluczem, miałem w najbliższym czasie rozpoznać drugą z przeżytych w dawnych wizjach sytuacji. Do „Bożego sejfu” – powiedział – potrzebne będą dwa klucze6. Jeszcze dzisiaj otrzymasz drugi, lecz bądź uważny.

Zeszliśmy do płytkiej wody i idąc wzdłuż brzegu doszliśmy do kajaka, przywią­zanego linką do grubej gałęzi. Leżały w nim dwa wiosła. Ja miałem sterować, siedząc z tyłu. Okazało się, że linki łączące orczyk ze sterem idealnie pasują do moich nóg. Na pokładzie w pobliżu steru zauważyłem dziwną małą skrzynkę z gałką pokrętła (podobna znajdowała się po drugiej stronie, bliżej dzioba) i już miałem o nią zapytać, gdy oniemiałem ze zdu­mienia: mój towarzysz w jednej chwili tak się przemienił, że z trudem go poznałem! Miał teraz krótkie wło­sy, zniknął jego bia­ły płaszcz, a ubranie miało jakiś nieokreślony kolor: ni to sza­ry, ni to beżowy. Zauważył moje zaskoczenie i gdy już siedzie­liśmy w łódce, wyjaśnił, że dla anio­łów nie stanowi problemu przy­branie takiej postaci, jaka odpo­wia­da ich misji. Było oczywi­ste, że jego anielska natura musiała pozostać nieroz­po­znana dla otoczenia, w którym mieliśmy się zna­leźć. A co do białego pła­szcza…

– Płaszcz zniknął, lecz dobrze pamiętasz, co on oznacza – po­wie­dział. – Chciał­bym, żeby on dalej pozostał na mnie w two­ich oczach, gdyż bardzo cenię sobie mil­cze­nie. Nasza podróż bę­dzie więc dla ciebie dobrą lekcją, bo nieraz nadużywałeś słów i nie panowałeś nad swoim językiem. A przecież będziesz osą­dzony z każdego wypowiedzianego słowa! Co do mnie – mil­czenie doty­czy także moich zachowań i moich myśli; nie dziw się więc, że chwilami nie będziesz mnie widział, jakbym się gdzieś zawie­ruszył, a kiedy indziej na mojej twarzy dostrzeżesz skupie­nie tak głę­bokie, jakbym był nieobecny. Uszanuj je wie­dząc, że zawsze będę do twojej dyspozycji wtedy, gdy będzie to konieczne.

Popłynęliśmy z prądem bez użycia wioseł, zasłuchani w śpiew słowików, przy­patrując się wyścigom jaskółek brzegówek, śmi­ga­ją­cych nad samą wodą. Napiłem się wody z rzeki, napeł­niając nią dłoń, trochę jej z przyjemnością wylałem na włosy.

Mój towarzysz milczał, wyczuwałem że się modli, więc sam poszedłem za jego przykładem. Otaczająca nas przyroda rozbły­sła na nowo mistycznym tęczowym światłem, upodabniającym ją do wielkiej świątyni, w której wszystkie stworzenia wiel­biły Stwór­cę. Poczułem przemożne pragnienie zaśpiewania czegoś, co by wyra­żało moje dla Niego uwielbienie, i już miałem otworzyć usta, gdy w oddali ukazał się kajak podobny do naszego. Wpatry­wałem się ze zdumieniem nie tyle w siedzące w nim dwie postaci, lecz w wiosła leżące bezczynnie – podobnie jak u nas – na pokła­dzie, chociaż kajak płynął pod prąd, i to szybciej niż nasz z prą­dem! Kajak z silnikiem od dawna nie był dla mnie nowością, lecz ten przez nas napotkany płynął w wielkiej ciszy… Nie mo­głem mieć jednak żad­nych wątpliwości: pozostawiane przez niego fale świadczyły o jego dużej szybkości, więc musiał mieć jakiś sil­nik… tylko jaki…?

Moje pytanie zawisło w próżni, gdyż napotkani turyści posłu­żyli się znakiem znanym także w Starym Świecie: w geście poz­dro­wienia podnieśli w górę wiosła. Poszliśmy za nimi i uczyni­liśmy to samo. Uśmiechnęliśmy się do siebie, jak czynią to do­brzy znajomi, choć się przecież nie znaliśmy. Nikt się nie odez­wał, lecz w moim umyśle pojawiły się, w sposób bardzo mocny i jasny, słowa płynące jakby z ich strony: „Niech będzie pochwa­lony Jezus Chrystus!” Ja również posłużyłem się tylko myślą, by odpowiedzieć: „Na wieki wieków. Amen!” Poczułem przy tym tak ogromną życzliwość wobec tych dwojga ludzi – byli to męż­czyzna i kobieta w średnim wieku – że chętnie bym ich uścisnął jak starych przyjaciół! Gdy tylko uczucie to owładnęło moim sercem, otaczający mnie świat jakby odpłynął, a umysł przeszyło jasne i szybkie jak błyskawica wspomnienie tego właśnie spotka­nia, przeżywanego w wizjach z dzieciństwa. Ależ tak, nie miałem żadnych wątpliwości: to był kolejny klucz do „Bożego sejfu”…!

Winien tu jestem Czytelnikom pewne wyjaśnienie. Gdy wspo­m­nia­ne sceny – a było ich wiele, do niektórych nawiążę dalej – oglądałem jako dziecko (ile mogłem mieć lat – nie wiem), wkła­da­łem je pomiędzy sny i nie przywiązywałem do nich więk­szej wagi. Dopiero gdy w późniejszych latach zauważyłem, że nie mogły to być sny, lecz wizje miejsc, zdarzeń i osób, zacząłem o tym mówić swojemu otoczeniu, a nawet wykorzystywać w pra­k­tyce przy podejmowaniu decyzji (jak dotąd – zawsze z do­brym skutkiem). Dawniej nie umiałem niektórych z nich osadzić w cza­sie, jednak z biegiem lat stawało się to coraz ła­twiej­sze. Ostatnio, jak nigdy dotąd, nabrałem prze­konania, że nie otrzymałem tych wizji tylko dla siebie, lecz powinienem chwycić za pióro…

Ale oto skończyły się gęste nadrzeczne mieszkania słowi­ków, a my wypłynęliśmy na niezbyt duże jezioro, nad którego taflą uno­siły się głosy bawiących się nad brze­giem dzieci. Jezioro tu­taj…? – pomyślałem… No tak, czyż obfitość wody nie jest opie­wana w Biblii jako znak Bożego błogosławieństwa?

W Starym Świecie ostatnio wciąż brakowało w naszej okoli­cy wody, rzeczka coraz bardziej ginęła w zaroślach, więc jezioro w tym miejscu wzbudziło mój zachwyt, a zarazem obudziło wspo­­mnienia z zamierzchłej epoki. Wiem z opowiadań, że przed pierwszą wojną świa­tową znajdował się tutaj drewniany młyn z ogromnym kołem wodnym, a przy nim duże gospodarstwo. Wte­dy także było tu uro­cze jeziorko z łód­kami i łazienkami do wyna­ję­cia – wszak panie w carskich czasach nie pokazywały się publi­cz­nie w kostiu­mach kąpielowych, lecz pluskały w nadbrzeż­nych kabinach. Było tu też kilka domów letniskowych, wynajmo­wa­nych mieszkańcom poblis­kiego miasta. W roku 1914 most i dre­w­niany młyn wraz z gospo­darstwem padł pastwą ognia wznie­co­nego przez żołnierzy. Wkrótce rzeka zmieniła swoje koryto, a nad nim później rozsiadł się nowy młyn (innego już właścicie­la), murowany. Zniknęło jeziorko, oko­liczne studnie wyschły, duże drzewa wyrosły tam, gdzie kiedyś błysz­czała tafla wody.

I oto teraz… jak wielka przemiana! Na horyzoncie nie widać już znajomej czerwonej bryły młyna, lecz oko raduje się napot­kanym widokiem spokojnej rozległej toni, w której odbija się niebo oraz sylwetki kilku łabędzi. Przesyłamy całusy bawiącym się dzieciom – co odważ­niejsze próbują ochlapać nas wodą, bro­dząc po kostki w wodzie – i kierujemy kajak ku przeciwległemu brzegowi, ku niewielkiej zatoczce, wyglądającej na przystań.

Dziwna to jednak przystań… Na pierwszym planie widać łódki, wyciągnięte częściowo na brzeg (są wśród nich i kajaki), lecz na drugim planie, a więc ponad nimi, na zboczu łagodnie schodzącym ku wo­dzie, widzę… pojazdy, ustawione w dziwny sposób – blisko siebie, a do tego jakoś chaotycznie… Moje oko wpraw­nego kierow­cy samochodu rejestruje następujące szcze­góły: pojazdy przypomi­nają wprawdzie samo­cho­dy różnych kształtów, wielkości i kolorów, lecz… nie mają wcale kół! Gdyby je miały, byłoby rzeczą wręcz niemożliwą zaparkowanie ich na tak pochyłym zboczu w taki właśnie sposób…

Gdy nasz kajak wsuwa się dziobem na piasek i możemy wyjść na brzeg, w mojej głowie roi się od pytań natury techni­cznej, które chciałbym postawić memu towarzyszowi. Anael, jak poprzednio, czyta w moich myślach i wyraźnie chce dać mi odpo­wiedź, wskazu­jąc na dwie skrzyneczki z pokrętłami na pokładzie kajaków.

– Myślałeś, że mają jakiś silnik, chociaż nie widać zbiornika z paliwem…? Wcale go nie mają! W ich wnętrzu znajdują się bar­dzo proste urządzenia, przypominające reflektor – jedno z przo­­­du, drugie z tyłu. Mają też maleńki generator potężnej energii, która działa jakby przyciągająco lub odpychająco, w za­le­żności od po­trzeb. Trochę przypomina to dwa elektroma­gnesy, których bieguny mogą się przyciągać lub odpychać, co zależy od kierun­ku przepływu prądu przez uzwojenie. Jest to tylko porów­nanie, gdyż chodzi tu o energię nie znaną jeszcze w Starym Świecie.

– A te pojazdy…? Wcale nie mają kół! Czy i one wykorzy­stują tę samą energię?

– Tak, przede wszystkim energię równoważącą pole grawi­­tacji czyli przycią­ga­nia ziemi. Dzięki niej mogą unosić się w po­wietrzu, ale nie tylko: dzięki innej energii potrafią, jak nasz ka­jak, wytwarzać przed sobą coś w ro­dza­ju energetycznej próżni, która je wsysa, a za sobą – pole jakby silnie zagęszczone, które je od­py­cha. Niektórym z nich pozwala to na rozwijanie ogro­mnych prędkości, nawet ponad­dźwiękowych, chociaż do tego trzeba specjalnie przystoso­wa­nego kadłuba. Wi­dzisz te litery?

Dopiero teraz zwróciłem na nie uwagę. Każdy z pojazdów miał jakieś ozna­kowanie, widoczne z daleka. Najczęściej powta­rzała się litera C, ale był też jeden o bardzo dziwacznym kształcie z literą E. Na skraju łąki, już nie na zboczu, stał większy od wszy­stkich, podobny do busa, z literami I-C. Anael służył mi za prze­wodnika:

– W językach romańskich, do których należy łacina, angielski czy francuski, „C” oznacza „wspólny” (commu­nis), „E” – „eks­pe­ry­mentalny”, a „I-C” „interkonty­nentalny”, jak ten największy, na górze. Tamten właśnie nadaje się do długich podróży na dużej wysokości, gdzie trzeba używać sztucznego powietrza. Można nim podró­żować choćby do Australii.

– A co rozumieć przez „wspólny”, ten z literą „C”…?

– Ze „wspólnych” każdy może korzy­stać, i to bez pytania o czy­jeś pozwolenie. „Eksperymentalne” mają pewne urządzenia dopiero testowane, więc niepowołani nie powinni do nich wsia­dać. Bywają też i inne oznaczenia, lecz na razie to ci wystarczy.

Ponieważ Anael nigdzie się nie śpieszył, chciałem zadać mu następne pytania, lecz odpowiedział:

– Za chwilę, gdy będziemy w powietrzu.

Podszedł do jednego z pojazdów, oznakowanego literą „C”, i otworzył drzwi. Wnętrze było bardzo podobne do samochodu, mogącego pomieścić pięć osób, kształt również. Potem otworzył coś w rodzaju maski silnika, jednak pod „maską” było zupełnie pusto…

– Wsiadamy, ten mobil jest wolny, nie ma żadnego bagażu – wyjaśnił. – Poza tym czerwona lampka sygnalizacyjna przy lite­rze „C” jest zgaszona. Gdyby się paliła, oznaczałoby to, że użyt­kownik tego pojazdu prosi wszystkich o pozostawienie go na miejscu. To jest tylko prośba i można ją zignorować w trudnych warunkach, gdyby było zagrożone czyjeś życie lub zdrowie.

Anael zajął miejsce po lewej stronie, za pulpitem sterowni­czym, a mnie posadził obok siebie. Fotele niczym nie różniły się od samochodowych. Czytając w moich myślach, dodał:

– Na pewno nikt nie będzie go szukał. Myślałeś, że trzeba mieć kluczyki…? …prawo jazdy…? W Nowym Świecie nie ma złodziei. Prawo jazdy też niepotrzebne, bo w powietrzu nie ma znaków dro­gowych. Rodzice decydują, w jakim wieku dziecko może zacząć samo podróżować. Nie istnieją żadne przeciw­wskazania, które kie­dyś nazywaliście „medycznymi”, gdyż poję­cie „chorzy i niepełno­sprawni” nie istnieje. Policji też nie ma – nie jest nikomu potrzebna. Wypadki…? Chociaż taka maszyna jest tylko maszyną, a więc nie­doskonałym tworem ludzkim, jednak ma tyle zabezpieczeń, że wy­pad­ki w praktyce się nie zdarzają. Nie zapominaj, że istniejemy my, aniołowie, a ludzie potrafią rozpo­znać i wykorzystać natchnienia i ostrzeżenia od nas pochodzące…

Nacisnął klawisz w centrum pulpitu, zapaliło się czerwone światełko. Nasz mobil – jak nazwał go Anael – wypoziomował się, a następnie zaczął bezszelestnie, coraz szybciej, unosić się pionowo do góry… Czułem się jak w windzie. Naraz…

– O Boże!!! – krzyknąłem, odruchowo wtulając głowę w ra­miona. Kątem oka zauważyłem podobny pojazd, poruszający się poziomo, który o mały włos nie zderzył się z naszym!

– Nie bój się! Czy ci nie mówiłem, że mamy dosyć zabez­pieczeń, by nie obawiać się wypadków, zderzeń także? Kabina nasza, ale i tamtego pojazdu, otoczona jest silnym polem odpy­chającym, sterowanym przez czujniki!

– A czy nie może to pole zaniknąć…?

– Może, daje się przecież sprowadzić do zera. Wyłącza się je wtedy, gdy mobile chcą się spotkać i połączyć, nawet liczne, i wspól­nie podróżować.

– Połączyć się w coś w rodzaju dawnego autobusu, tylko wielo­kabi­nowego…? – podpowiedziała mi moja wyobraźnia.

– Właśnie coś w tym rodzaju. Bardzo przyjemne jest takie spotkanie przy­jaciół w przestworzach. Wtedy tylko czujniki zew­nętrzne pod­trzy­mują pole, chroniące przed zderzeniem z in­ny­mi mobilami. Jak widzisz, wystarczy trochę znać się na urządze­niach pulpi­tu i manewro­waniu drążkiem, a nawet dziecko może bezpie­cznie pełnić rolę – jak dawniej mówiono – pilota!

Byłem tak tym wszystkim zaabsorbowany, że nawet nie zau­ważyłem, że od dłuższego już czasu stoimy w miejscu, jak balon na uwięzi. Teraz jednak Anael przekręcił gałkę, podobną do tych na łodziach, i ustawił jej wskaźnik na cyfrze „20” (były dokoła niej cyfry od „0” do „180”), lekko skręcił w lewo niepełną kiero­wnicę w kształcie szeroko rozwartej litery „U”, ustawiając oś pojazdu w kierunku prosto­padłym do brzegu jeziora, a następnie przesunął drążek po swojej prawej stronie zdecydowanie do przodu, jak gdyby włączał któryś z biegów samochodu. Ruszy­liśmy przed siebie z ła­go­dnym przyśpieszeniem, wznosząc się przy tym lekko ku górze.

Znajome strony… Podmiejska wieś, w której się wycho­wałem, leżała przed i pod nami jak na dłoni… Serce biło mi mocno! Z ogromnym napięciem wpatrywałem się w znajomą linię dróg i w pudełka domów. Jakże niewiele ich ocalało z Wiel­kiego Trzęsienia Ziemi! Za to na górce, z której jako dziecko brałem z ojcem żwir do betonu, roztaczał się majestatyczny wi­dok budowli moich marzeń – nad całą okolicą górował… kościół! Był przepięknie wpasowany pomiędzy rozłożyste sosny samo­siejki, spoglądał błyszczącymi źrenicami okien na dolinę rzeki, pola i domy oraz pobliski las… W Starym Świecie nikt poza mną nie myślał o tym, że właśnie tu on wyrośnie, pomiędzy nielicz­nymi niewielkimi domami. A teraz przy­ciągał wzrok swoją lek­kością jakby ptaka zrywającego się do lotu, a zbudowany z nie­znanych mi „szkla­nych” materiałów, odbijał w sobie słońce, błękit nieba, zieleń pól i drzew. Zbocze wzgórza, kiedyś poroś­nię­te krzakami i zielem, przysłonięte ścianami bu­dynków gospo­darskich – to zbocze, z którego jako dzieci zjeżdżaliś­my na san­kach i na nartach – teraz opasane było jasną kaskadą schodów i uroczymi tarasami. Z jednego z nich spływał małymi wodospa­dami stru­mień, żywo pobłyskując w wiosennym słońcu. W dzwon­nicy srebrzyły się trzy dzwony różnej wielkości. Drzwi kościoła były szeroko otwarte, a schodami maszerowało ku nim kilka osób. Spojrzałem na zegarek: za kwadrans południe…

Mój kierowca-pilot zatrzymał mobil w powietrzu, jak łatwo się domyślić, na modlitwę. Oddaliśmy wspól­nie pokłon Więźnio­wi Tabernakulum, Bogu-Człowiekowi, a potem ruszyliśmy dalej.

Anael wiedział doskonale, że nawet anioł, związany z Bo­giem ściślej niż człowiek, musi ugiąć się w tym wypadku przed ogniem zżerającej człowieka ziemskiej tęsknoty i ciekawości – byliśmy przecież o krok od mojego gniazda rodzinnego! Do koś­cioła mogliśmy wrócić w każdej chwili. Wiedział ponadto, że boso – owszem, ale w krótkich spodenkach – do kościoła się nie wchodzi, gdy ma się tyle lat co my…!

2. W domu rodzinnym

Wystarczyło przełączyć ten sam klawisz, który pozwolił nam wznieść się w górę nad jeziorem, by mobil łagodnie osiadł na podwórku wśród zabudowań, w pobliżu takiego samego mobilu jak nasz, tylko w czerwonym kolorze. Przez jego szybę widać było jakieś zabawki małego dziecka na tylnym siedzeniu.

Niewiele się zmieniły tak bliskie mi kąty! Dom, który zwa­liśmy „nowym”, trochę „urósł” przez podniesienie dachu i umie­sz­czenie w nim okien, a stary, drewniany, do niego przytulony… widać dba­łość o niego dobrego gospodarza, gdyż stoi na nowym fundamencie, ma nowe okna (choć w starym stylu), zniknęły szpary i pokrzywione deski, jest na nowo oszalowany i pomalo­wany. Tak walczyłem o to, by nie został rozebrany i zastąpiony garażem, i chyba słusznie! Sko­ro nie ma złodziei, czy mobile potrzebują garażu, dobrze zamknię­tego i strzeżonego? Warszta­tów naprawczych? Stacji paliw? Skąd czerpią energię…?

Skronie pałały mi od natłoku myśli! Do przytomności przy­wró­cił mnie głos malucha, siedzącego w piaskownicy. W jednym sło­wie, brzmiącym jak pytanie, ale zarazem i odpowiedź, dziecko za­war­ło jakże bogatą treść:

– Tata…?

Za chwilę otworzyły się drzwi domu, ukazał się w nich wyso­ki młodzieniec i od razu mnie poznał, gdyż rzucił się w moim kie­runku z krzykiem: – Stryjek!!! Uścis­nęliśmy się mocno i ser­de­cznie, chyba jak nigdy dotąd. Patrzyliśmy na siebie z nie­dowie­rza­niem… Stryjek ma podsiwiałe włosy, a jedno­cześnie jest jak odmłodzony, w krótkich spoden­kach, boso, a jego brata­nek, Rafał, przerósł go o pół głowy, zmężniał…

– A stryjenka Aldona…? Czy jest w domu? Zdrowa…?

– Poszła powiesić na strychu bieliznę, na pewno zaraz się pokaże. A czy zdrowa…? Wybacz stryjku, ale to pytanie… nie z tego świata!

Serce biło mi mocno na myśl o spotkaniu z siostrą… Po tylu latach – jak wygląda…? Gdyby starzała się w takim tempie, jak starzeli się ludzie w Starym Świecie, byłaby, mówiąc językiem Biblii, „podeszła w latach”… Każdy też zrozumie palące mnie pragnienie spotkania, a przynajmniej jakiegokolwiek konta­ktu, z resztą rodzeństwa.

– Mów szybko, gdzie jest teraz Zora?! Czy została za gra­nicą…? A Igor?!

– Stryjenka Zora cudem zdążyła wrócić w ostatniej chwili, mieszka teraz w małej wiosce w górach… Może chcesz się z nią połączyć…? Chwileczkę… A stryjek Igor… – już dawno u nas nie był, ciągle podróżuje po świecie… Ale napracował się tu przy domu nieźle! Zobacz, przybył nam piękny ganek, nowe zejście do piw­nicy, mie­sz­kania na poddaszu – mama ze stryjenką tam mieszkają…

– A co z jego mieszkaniem w stolicy?

– Przecież ze stolicy zostało jedno wielkie rumowisko, nawet nie chciało się nikomu jej odbudowywać! Bo zresztą dla kogo: dla bankierów, urzędników, biznes­menów? – takie stwory już dawno nie istnieją!

W czasie naszej rozmowy Anael stał skromnie na uboczu, jakby go wcale nie było. Teraz Rafał spojrzał badawczo na niego i na mnie, czekając aż go przedstawię, co wprawiło mnie w za­kło­po­tanie. Anioł natych­miast przyszedł mi z pomocą, podsu­wając mi w myśli dobre rozwiązanie:

– „Anatol”, nazwij mnie „Anatol”. To brzmi podobnie. O wię­cej na razie nie będzie cię pytał.

– To jest mój młody przyjaciel Anatol. Podróżujemy razem. Przywitajcie się.

Uścisnęli się serdecznie jak starzy przyjaciele, co musiałem, już po dotych­czasowych nielicznych spotkaniach, uznać za gest cha­rakterystyczny dla Nowego Świata, zanurzonego w miłości Boga i ludzi.

Mój bratanek nie mógł się oprzeć przed zasypaniem mnie gradem pytań, którego nie zdołał przerwać nawet obwieszczający południe głos dzwonu, dochodzący z kościoła. Pozwoliłem mu na to, będąc na razie w sytuacji gościa dostosowującego się do gos­po­darza, chociaż kątem oka dostrzegłem, że Anael odszedł od nas i zatopił się w modlitwie.

– Prawie wszystko się wypełniło z tego, co zapowiadałeś! A ja wtedy nie chciałem słuchać… Może byłem na to za mały, jeszcze siedziałem w bajkach… Zresztą to mama nie wierzyła i śmiała się ze mnie, kiedy przekazywałem jej to, co mówiłeś o nowych ener­giach, wyna­laz­kach, pojazdach… Ale dlaczego tak dziwnie pa­trzysz na wszy­stko dookoła…?

– Jak ci to wyjaśnić… Piszę książkę o przyszłości tak, jakby to była teraź­niejszość… To, co dla ciebie jest przeszłością – chodzi mi o ostatnich kilkanaście lat – dla mnie jest jeszcze przy­szłością, ale jednocześnie teraźniejszością, bo… w Bogu wszyst­ko jest teraź­niejszością, i nasza przeszłość, i przyszłość…

– Niewiele z tego rozumiem! Wiesz, sprowadziliśmy się tutaj zaraz po Wielkim Ostrzeżeniu…

– No właśnie, opowiedz mi trochę o nim, wiedziałem jak ma wyglądać i już wcześniej je przeżyłem, ale to jest ważne, jak przeżywali je inni, kiedy przyszło naprawdę…

Tak bardzo pragnąłem zobaczyć się z siostrą, jednak zapano­wałem nad sobą, licząc na to, że za moment pojawi się sama. Usiedliśmy więc z Rafałem na ławce przy piaskownicy i zaczęła się opowieść, potwierdzająca to wszystko, co widziałem już jako dziecko, a co wiązało się z tym moim gniazdem rodzinnym. To co usłyszałem, na razie tutaj pominę, a przytoczę tylko zakończe­nie naszej rozmowy.

– A czy kaplica jest w naszym domu tam gdzie była?

– To ty nie wiesz, stryjku, że teraz nie ma domu bez kaplicy?! Każda rodzina ją ma. U nas – tak, tam gdzie była, nic się nie zmie­niło, chociaż tuż za ogrodem mamy kościół. Może chcesz zajść do kaplicy? Chodźmy górą, to coś ci pokażę. Pytasz, czy dolne wejście zamknięte…? Ależ skąd, kto by tam zamykał dom! Przecież w No­wym Świecie nie ma złodziei ani bandytów! Jasiu, baw się grzecz­nie, tatuś pójdzie do domu.

– Nie boisz się zostawiać takiego malucha samego? Chyba nie ma jeszcze trzech lat…? Cały czas patrzę, jak pięknie i spo­kojnie się bawi, wciąż uśmiechnięty, ale jednak…

– Pamiętam dobrze… kiedyś mówiłeś, że w tych nowych cza­sach ludzie będą mieli bardzo bliski kontakt z aniołami; opowia­dałeś już wtedy o trzyletnim chłopcu, który się bawił ze swoim aniołem, słuchał jego pouczeń, a nawet widział aniołów innych ludzi. Twojego także, stojącego po twojej lewej stronie. Pamiętasz?

– Oczywiście! Masz dobrą pamięć. I czy to się teraz potwier­dziło? U swojego Jasia widzisz coś podobnego? Tak? A dorośli…?

– Tak pytasz, jakbyś sam nie kontaktował się z aniołami… Prze­cież to oczywiste! W Starym Świecie łatwo było ulegać po­ku­som upadłych aniołów, a tych dobrych się nie słyszało, ale nie teraz! Ale chodźmy do kaplicy.

– Pięknie otynkowany! – spojrzałem na ścianę domu, pokrytą „barankiem”. – Mówiłem wtedy, że nie warto na razie tynkować, bo od trzęsienia ziemi popękają ściany i trzeba je będzie wzmocnić…

– I tak było! Ile trzeba się było nad nimi napracować! Stary dom okazał się mocniejszy, chociaż drewniany i sprzed drugiej wojny. Chwiał się i trzeszczał, ale wytrzymał, tylko tynki odpadły.

– A ludzie leżący pokotem w obu domach, biedni, głodni, poz­ba­wieni wszyst­kiego… Wtedy, gdy miasta legły w gruzach… Czy i ta moja wizja…?

– Ivan!!!

Nareszcie!!! Oto w otwartych drzwiach stała moja siostra Aldo­na! Chyba nie muszę pisać, że nie lustrowaliśmy się nawza­jem wzro­kiem, nie ocenialiśmy, co zrobił z naszym ciałem ząb czasu, lecz natychmiast rzuciliśmy się sobie w objęcia!

Więź, która łączyła mnie z siostrą od dziecka, wzmocniła się bardzo pod koniec starej epoki, gdy trzeba było tyle wspólnie wy­cierpieć, a przecież nic tak nie łączy ludzi jak krzyż. Spośród rodzeń­stwa ona stała mi się najbliższa duchem, najlepiej też rozu­miała moją pracę i wspierała mnie w niej dzielnie. Oboje mogliś­my przygotować się do nadchodzących wydarzeń, mających do­pro­wadzić do przemiany świata, podczas gdy nasze otoczenie nie bardzo chciało o tym słuchać i w to wierzyć. I oto teraz, po la­tach… odnajdujemy się w tym wymarzonym świecie!

Jak bardzo pragnęliśmy znaleźć teraz jakiś spokojny kąt i za­to­pić się w rozmowie, mieć dużo czasu tylko dla siebie! Czuliśmy jednak, że nie możemy odizolować się w tym momen­cie od naszego otoczenia, trzeba się więc było z tym pogodzić i odłożyć rozmowę na później. Tym bardziej, że Rafał nie mógł wytrzymać, by nie zawołać mnie do największego pokoju, w któ­rym chciał mi coś pokazać.

– Stryjku, stań teraz o tak, w tym kierunku… i zamknij oczy… Chwileczkę… Już! Zobacz!

Uległem jednak ciekawości i przez lekko rozchylone palce patrzyłem, jak wcisnął dwa klawisze i pokręcił gałką, znajdującą się na małej skrzynce zawieszonej na ścianie.

– Coś niesamowitego!!! – wykrzyknąłem.

Oto stałem przed olbrzymim ekranem, a właściwie jak­by przed ścianą, która się otworzyła, ukazując… wnętrze kościo­ła! Obraz był tak ostry, a przy tym bez naj­mniejszych drgań, że rzeczywiście czułem się jak w koście­le. Rzucała się w oczy pię­kna różnokolo­ro­wa posadzka oraz „szklane” ściany i sklepienie, sprawia­jące wrażenie, że jest się pod gołym niebem, wśród drzew… Tylko dół ścian, do wysokości prawie trzech metrów, był nieprze­z­ro­czysty. Ale, co najważniejsze, w centrum świątyni znajdowało się ogromne tabernakulum, jakby niebiański tron, ozdobiony rzeź­bami, kwia­tami, rzęsiście oświe­tlony, a wysoko nad nim całe rzędy pięknych obrazów… Zwróciłem uwagę na wielki obraz Pani Wszystkich Narodów, znany z objawień w Am­sterdamie. To było jedno z tych objawień, które przygotowy­wały ludzi do na­dej­ścia Nowego Świata, zawierając szczegółowe wska­zania oraz warunki, jakie powinny być przez ludzkość speł­nione, by mogła nadejść ta szczęśliwa epoka miłości i pokoju…

– Stryjku, zobacz… Czy wiesz, kto to jest…?

– Ta klęcząca kobieta…? Ale tam, przy samym ołtarzu, na dwóch klęcznikach są ludzie… Po lewej dwaj mężczyźni… Nie, jakiś chłopiec i mężczyzna, a po prawej dwie kobiety… I jeszcze kilka innych osób… Aż tyle o tej godzinie…?

Rafał dalej wskazywał palcem wybraną przez siebie postać, bosą, w dość długiej sukni, klęczącą w skupieniu ze splecionymi dłońmi.

– To moja żona Agnieszka! A tamci ludzie w klęcznikach mają swoją godzinę adoracji, jedną albo dwie w tygodniu. Ja też mam. Wszyscy zresztą mamy, prócz małych dzieci.

– I tak od rana do wieczora…? O której kościół jest zamy­kany?

– Stryjku, nie gniewaj się, ale przy niektórych twoich pyta­niach można boki zrywać ze śmiechu! Jak kościół może być za­my­kany? Przecież tam nie ma nawet żadnych zamków, a drzwi są potrzebne tylko na zimę! Adoracja nigdy nie jest przerywana, z wyjątkiem Mszy. Ja mam w tym roku swoją godzinę o drugiej rano – dość trudną, ale przynajmniej jest co Panu Bogu ofiarować.

Przy użyciu innego klawisza, przytrzymując go jak w kame­rze z zoomem, Rafał przybliżył tabernakulum oraz klęczące przed nim osoby. Chciałem zapytać, dlaczego wszyscy są boso lub w skar­pet­kach, a nikt w butach, jednak nie zrobiłem tego, gdyż… mój brata­nek nie poprzestał na patrzeniu, lecz ukląkł jak w koś­ciele i pogrążył się w cichej adoracji, więc poszedłem za nim. Po dłuższej chwili wstał, wyłączył ogromny „telewizor” i zaprosił mnie do domowej kaplicy.

Rzeczywiście niewiele się tu zmieniło. Domyśliłem się, że zasługa to mojej siostry, której bliskie było to pomieszczenie, chociaż miała pod bokiem kościół. Te same figury i obrazy, z wy­jątkiem Pani Wszystkich Narodów… – widocznie obraz ten stał się bliski wszystkim w Nowym Świecie. Nawet te same wazony – ile to już lat przetrwały! – z kwiatami i kwitnącymi gałęźmi ogrodo­wych drzew. I jaka cisza, aż w uszach dzwoni… No tak, nie prze­jeżdżają już w pobliżu samochody, głośne ciąg­niki, a na niebie nie krzyżują się trasy samolotów odrzutowych. To już inny świat!

Opuszczając kaplicę, zajrzeliśmy jeszcze po drodze do domo­wego warsztatu – nie będę tu opisywał jego wyglądu, lecz wspo­m­nę, że prawie wszystkie urządzenia była mi nieznane, być może ze względu na te nowe rodzaje energii, którymi były zasilane. Niewiele za to zmieniła się spiżarnia, jak zawsze dobrze zao­patrzo­na rękami gospo­dyń, choć nie potrafiłem rozpoznać zawar­tości wielu słoików. Warto tu będzie wrócić z którąś „prze­wod­niczką”. Termometr na środku pomiesz­czenia wskazywał tylko 4EC, jak w lodówce, co przy wysokiej temperaturze na zewnątrz świadczyło o zastosowaniu jakiegoś systemu wychła­dzania, któ­re­go dawniej tu nie było.

Wyszliśmy na dwór, zbliżając się znowu do piaskownicy, w któ­rej siedział grze­cznie i cichutko Jaś, zapatrzony jak w o­braz… w Anaela!

– Znaleźliście wspólny język…? Słucha cię jak dorosły…

– O tak, wspólny język – potwierdził mój anioł, dobitnie akcentując te dwa słowa. Domyśliłem się, że nie mieli trudności z porozumieniem się.

Rafał opuścił nas na chwilę, więc usiadłem na ławeczce obok mego przewodnika. Tak byłem w ostatnich chwilach zajęty napo­t­kanymi osobami i oglądanymi miejscami, że nawet zapomniałem o jego obecności! Teraz objął mnie wpół z tajemniczą miną i zmu­­sił do powstania… Weszliśmy na werandę, wskazał palcem jej kąt.

– Czy pamiętasz? Tu stał leżak, pod którym lubiłeś jako dziec­ko siadać. Tak, nie na którym, lecz pod którym. Tu też pewnego razu zastał cię twój ojciec jakby pogrążonego w ekstazie, duchem nieo­bec­nego, gdy siedząc pod leżakiem trzymałeś kurczowo w dło­niach listwy nóg leżaka jak jakieś drążki sterow­nicze. Ojciec „obu­dził” cię i zapytał, co robisz. Był zdumiony twoją odpo­wiedzią:

– Latałem, bardzo wysoko i daleko, w takimś czymś… On nie miał wcale skrzydeł…

Twój ojciec roześmiał się, przypisując tę odpowiedź tylko twojej bujnej wyo­braźni, i zapytał, jak się nazywał ten pojazd. Two­ja następna odpowiedź jeszcze bardziej go rozśmieszyła, gdyż wyda­ło mu się, że usłyszał słowo „plambuga”. Opo­wiedział to do­mo­w­nikom i to tajemnicze słówko zostało dopisane do in­nych śmie­sz­nych dziecinnych powiedzo­nek. Odtąd nieraz tak cię określał, ku twojemu zdener­wo­waniu, pytając na przykład twoje rodzeństwo, „gdzie jest Plambuga”…

– Aż tak dokładnie znasz moje życie…?! Oczywiście, dobrze to pamiętam… Ale dlaczego użyłem właśnie takiej naz­wy… Czy chcesz mi przez to powiedzieć, że duchem byłem już wtedy napra­wdę w pojeździe podobnym do tego, którym teraz podró­żu­jemy?! Może i tak… Te loty trochę pamiętam, leżak też, ale reszta zatarła się w mojej pamięci… Dlaczego wymówiłem wtedy właśnie takie słowo, uznane za śmieszne…?

– Odpowiedź jest prosta. Nie wyssałeś tej nazwy z palca, lecz podpowiedział ci ją twój Anioł Stróż, towarzysz twoich samo­tnych dziecięcych zabaw. Anioł użył okre­ślenia, które począt­kowo nada­wali temu pojazdowi Anglicy. Gdy widzi się go z do­łu, jak unosi się w powietrzu, często ruchem lekko zygzako­wa­tym, zwłaszcza nad więk­szy­mi skupiskami ludności, przypo­mi­na lata­ją­cą kartkę papieru albo szybującą książkę. I tak to brzmi po an­gielsku: „the flying book”, co w uszach twojego ojca zabrz­miało jak „plambuga”. Cho­ciaż znał angielski, nie kojarzył sobie twojej odpo­wiedzi z niczym – nawet mu nie przyszło do głowy, że ucze­st­niczył w poznaniu przez ciebie tajemnicy dość dalekiej przy­szłości.

– Ach to tak…! – pokręciłem głową, zdumiony odpowiedzią mojego przyjaciela… Nie było jednak czasu na zgłębianie tej kwestii, gdyż dołączył do nas Rafał, prowadząc nas ścieżką w stro­nę ogrodu. W jego głębi rysowała się postać młodej gospo­dyni, która szła w stronę domu z koszykiem pełnym warzyw. To właśnie ją podejrzeliśmy niedawno w „telewizorze”, klęczącą w kościele. Powoli szliśmy na jej spotkanie. Była jeszcze daleko, na środku ogrodu, więc mogłem przez chwilę podziwiać piękno tego zakątka ziemi.

Gdy tylko wyszliśmy zza stodoły – jak dawniej nazywaliśmy ten budynek, teraz murowany, z kilkoma oknami – stanąłem jak wryty: oto wizja z dzieciństwa rozwinęła się przede mną w całej pełni!

Mój ojciec po wojnie osiadł tu na wsi, by uniknąć represji, za­trzeć niejako za sobą ślady, odizolować się od tego wszyst­kie­go, co określamy mianem stalinizmu. Udało mu się to, nie był ciągany na przesłuchania. Robił wszystko, by wtopić się w wieś i żyć jej ży­ciem. Terenem jego pracy był ten właśnie skrawek ziemi, na któ­rym harował od świtu do nocy, zajmując się ogrod­nictwem, pszczelarstwem, a nawet upra­wą żyta na niegoś­cinnym poletku pod lasem, zanim nie posadzi­liśmy na nim sosen. Zawsze chętnie widział pomoc ze strony swoich dorastających dzieci, choć na ogół rygorystycznie jej nie wymagał. Był wdzięczny, gdy same ją zaproponowały, rezygnu­jąc z jakiejś zabawy. Latem, już pra­wie o zmroku, jechał rowerem do rzeki, by odświeżyć się po dniu pracy. W środku lata nawet część niedziel spędzał przy pszczo­łach. Cieszył się z każdej pra­cy, którą mógł wykonać i doprowa­dzić do końca…

W tamtych czasach cały ogród był dobrze utrzymany, między jego drzewami prócz warzyw rosły rośliny miododajne – koni­czyna, łubin i facelia. Chętnie sypiałem przez całe lato w ogro­dowej altan­ce. Gdy budziło mnie słońce nagrzewające dach i ścia­nę, łóżko moje­go ojca było już puste – najczęściej można go było zastać na którejś miedzy między drzewami, spoconego, ze szpa­dlem w ręku. Okopywanie miedz zaczynał wiosną po roz­mar­z­nięciu ziemi, a koń­czył dopiero wtedy, gdy na jesieni stwar­dniała od mrozu. Prze­kopany perz, po przegniciu, był dobrym nawozem dla drzew.

Altanka była świadkiem wielu moich „podróży w czasie”, chociaż jako dziecko wkładałem je między sny i nie traktowałem poważnie. Zwróciłem na nie uwagę dopiero wtedy, gdy zaczęły się potwierdzać zdarzenia oraz miejsca, w których już wcześniej – w taki dziwny sposób – byłem. Właśnie jedną z takich „podróży w czasie” była potrójna wizja naszego ogrodu: najpierw objąłem go jednym rzutem oka w jego ówczesnym kształcie, potem zoba­czyłem go po wielu latach, po śmierci ojca – był zarośnięty darni­ną, z wie­loma cho­rymi na raka drzewami, z dwoma tylko pasami uprawny­mi przez całą jego długość. Wzdłuż jego ogrodzenia wznosiła się długa ściana budynku sąsiadów, przeznaczonego dla ogromnej ilości zwie­rząt. Strasznie smutny był to widok, po pro­stu mnie zmroził! Budy­nek ten stanowił barierę między ogro­dem a lasem, izolował go od tej tajemniczej, pachnącej żywicą i grzy­bami, roz­śpiewanej ptakami krainy naszych dziecię­cych zabaw. I wreszcie w trzeciej wizji ujrza­łem ten ogród… właśnie takim, jakim był w tej chwili!

I tu, i wszędzie w odwiedzanym przeze mnie Nowym Świe­cie, jak miałem się wkrótce o tym przekonać, uderzał dostatek energii oraz wody, tego biblijnego znaku Bożego błogosławień­stwa. To dzię­ki tym dwóm czynnikom ludzie, którzy potrafili odrzucić wszelki pośpiech i rywalizację, a za to znajdowali radość w dzie­leniu się owocami swojej pracy oraz uprawianej przez siebie ziemi, uczy­nili z tej ziemi mały raj.

Cieszyły więc i tutaj oko wypielęgnowane grzędy warzyw, także zupełnie mi nieznanych, których bujne liście i kwiaty o tej porze roku wprawiały mnie w zdu­mienie, przywodząc na myśl klimat w pełni śródziemnomorski. Pergola wokół altanki – tej samej, w któ­rej kiedyś sypiałem – opleciona była… – czyżbym się my­lił…? – wspinającymi się na nią wysoko krzewami kiwi! Po dru­tach wiły się winogrona, odurzając wonią kwiatów, a drze­wa… Cóż to były za drzewa! Niektóre z nich poznałem, ale jakże odmie­nione… Nie miały nawet blizn po zgorzeli rakowej, wyro­sły, rozłożyły się sze­roko. A więc jednak…! Kiedyś nie pozwa­lałem ich wyciąć zapew­niając, że przyjdzie czas wielkiego pow­szech­nego uzdro­wienia – nie tylko ludzi, ale i całej przyrody – więc jeszcze i one mają szansę. Czyż nie o tym szczęśliwym okresie prorokował Izajasz, że ogród za bór będzie uznany?

W moich myślach wyraźnie pojawiła się uwaga, którą uczynił mi Anael, dołą­czywszy do nas po swojej południowej modlitwie:

– A my, aniołowie…? Myślisz, że to tylko woda, ziemia, łago­dny klimat i ludzka praca? Czy zapomniałeś, że to nam powierzył Umiłowany Bóg władzę nad całą przyrodą?!

– Dzięki ci, Anaelu! – odpowiedziałem mu w taki sam spo­sób, w myśli – ale czy ludzie o was pamiętają? Czy z wami współ­pracują?

– Nie miej co do tego wątpliwości. Wiesz dobrze, że dawniej ze smutkiem musie­liśmy odchodzić od dusz, które zapraszały – nawet nieświadomie – szatana, ale teraz… Teraz łączy nas z ludź­mi język miłości i wspólna praca na chwałę Stwórcy i Ojca.

– „Język miłości”…?

– A w jaki sposób my obaj porozumiewamy się teraz ze so­bą? To jest przecież „język miłości”! Słyszałeś w Starym Świe­cie, że taki język dany będzie ludziom, ale nie miałeś najmniej­szego pojęcia, na czym on będzie polegał. Pytałeś nawet pewną charyz­matyczkę, czy będzie to angielski, czy esperanto… a może łacina, czy jeszcze inny – chciałeś, by zapytała o to Pana Jezusa – ale umiała powiedzieć ci tylko to jedno: „Po prostu język miłości”.

W tej chwili Anael poprowadził mnie w wyobraźni nad brzeg rzeki, którą płynęliśmy niedawno, i przywołał moment spotkania dwóch kajaków. Przypomniałem sobie zdumienie, jakie mnie ogar­nęło, gdy słyszałem, choć nie uszami, chrześcijańskie poz­dro­wienie, gdy machaliśmy do siebie wiosłami… Tak samo zdu­miało mnie wcześniej przywitanie z Anaelem, gdy „przemówił” do mnie we wnętrzu mojej duszy, ale co anioł to anioł… A teraz miary mojego zdumienia dopełniła jego informacja:

– Ta mijana przez nas para turystów pochodziła z Mongolii – czy nie zauważyłeś, że to inna rasa? A jednak ich rozumiałeś, podobnie jak oni ciebie. To właśnie jest język miłości.

– Coś podobnego, jak w Jerozolimie w dniu zstąpienia Ducha Świętego…?! Tam Apostołowie mówili po aramejsku, a wszyscy rozumieli ich w swoich własnych językach…!

– No właśnie. Jeżeli chcesz ten język wypróbować, masz ku temu okazję. Jak dobrze wiesz, Jaś w piaskownicy ma bardzo ubogie słownictwo, umie powiedzieć niewiele więcej niż „tata” i „mama”. Spróbuj nawiązać z nim kontakt…

– …?

– Odezwij się do niego, jak to nazywasz, w myśli, i zobacz jego reakcję.

Odwróciłem się w jego stronę – a dzieliła nas spora odle­głość, może ze trzydzieści metrów – i „wysłałem” mu pytanie:

– Jasiu, gdzie jest twoja mamusia?

– Idzie – odpowiedział w moich myślach, zwracając się w na­szą stronę i pokazując paluszkiem ścieżkę, na której sta­liśmy.

– Jakie piękne babki ulepiłeś z piasku!

Zamiast odpowiedzi wstał i zaklaskał w rączki, wyraźnie za­do­wolony.

– A z kim się bawisz?

– Z aniołkiem.

– A jaki jest twój aniołek?

Dziecku wyraźnie zabrakło słów, by opisać postać towarzy­sza zabawy – przecież takie pojęcia abstrakcyjne jak „dobry”, „pięk­ny”, „kochany”, przychodzą w wieku póź­niejszym – lecz pod wpływem emocji rozłożył szeroko ręce i przeciągnął się, odreago­wując to co przeżywał… Anael spojrzał na mnie z miną tryumfa­tora, a ja pokręciłem głową jakby z niedowierzaniem…

– Przypomnij sobie spotkanie z zającem na łące.

– Czyżby i zwierzęta znały „język miłości”?!

– Języka nie, jeśli chodzi o słowa, jednak odczytują obraz, który wytworzyłeś w swoim umyśle, zwłaszcza ten, który ich do­tyczy. Zając wykonał po prostu posłu­sznie to, co mu, nie wiedząc o tym, przekazałeś, wyobrażając sobie głaskanie go po głowie i przytulenie go do nogi. Czy nie pamiętasz, jakie eksperymenty robiłeś na psach w Starym Świecie, zmuszając je myślą do agresji lub łaszenia się? Nie przy­pominasz sobie, jak radziłeś komuś zrobić eksperyment z dwoma identycznymi kwiatami, tak samo podlewanymi, z których jeden był postawiony na stole i „głas­kany”, a drugi – w kącie, obdarzany stale jakby pogardliwym machnięciem ręki skierowanej ku dołowi? Chodziło o zaobser­wowanie, jak który z nich będzie się rozwijał i kwitł. W Nowym Świecie ten „język” został oczyszczony i wzmocniony przez mi­łość człowieka oraz przez działanie Ducha Świętego. To wła­śnie miłość sprawia, że przyroda, która „czuje się kochana” przez człowieka, odpłaca mu jakby tym samym. Czy myślisz, że gdyby nie ta miłość, ten ogród byłby takim rajskim zakątkiem…?

– Czy ten „język miłości” nie wymaga głośnego wypowiada­nia słów…?

– Ależ wymaga! Są dwa różne sposoby posługiwania się nim: przy użyciu słów wypowiedzianych głośno albo wypowie­dzianych tylko w myśli. Tym drugim towarzyszy zwykle obraz.

– Niezależnie od tego, w jakim języku są wypo­wiedziane…?

– Oczywiście. Przekonasz się niedługo, w czasie naszych podróży, jak to jest z tymi „obcymi językami”…

Nasza wymiana zdań, wraz z „testowaniem” tego „języka miłości” na Jasiu, zajęła w książce sporo miejsca, lecz jeśli cho­dzi o czas – odbyła się na tyle szybko, że gospodyni, idąca nam na spotkanie z koszykiem warzyw, zdążyła przejść pół ogrodu. Chcia­łem jeszcze zapytać Anaela, czy podobnym języ­kiem posłu­gują się w kontaktach ze sobą mieszkańcy nieba, lecz nie zdą­żyłem…

Przywitaliśmy się z młodą panią domu po przyjacielsku, uści­skiem i pocałunkiem, choć przecież nigdy dotąd się nie spotka­liśmy. Wyczułem, że mama Jasia wiedziała o mnie dostatecznie dużo, by nie musiała stawiać pytań. W podobnie dyskretny spo­sób przywitała się z Anaelem-„Anatolem”. Jej wzrok był rozis­krzony jak u kogoś, kto musi mieć bliski kontakt z Bogiem. Zresztą wracała przecież wprost z kościoła, do którego starała się zwykle wyruszać na dźwięk dzwonu, który myśmy tym razem zignorowali, zaabsorbowani rozmową przed domem. Zaprosiła nas na obiad „za godzinkę”, choć miałem co do tej „godzinki” wątpliwości, gdy spojrzałem na warzy­wa w koszyku. Musiała to odczytać w moich myślach, gdyż zaprosiła mnie, w wolnej chwili, do kuchni.

– Musisz, stryjku, zobaczyć, jak ona teraz wygląda! Tak, jest tam, gdzie kiedyś była. Pracuje się w niej szybciej i przyjemniej, niż w Starym Świecie…

– A co, pewno jakieś supernowoczesne maszyny, roboty ku­chenne…?

– Ależ skądże! Zwykła skrobaczka do jarzyn, nóż i deska! Ale za to mamy nowoczesny – superszybki – sposób gotowania i sma­żenia, inne energie niż gaz czy elektryczność. Ja maszyn nie lubię. Od czego są ręce? Czasu na wszystko mam dosyć!

– Superszybkie gotowanie – mówisz…? Coś jak krema­to­rium: wkładasz niebosz­czyka w trumnie i przez szybę patrzysz, jak się kurczy. Za chwilę wyciągasz garstkę popiołu…? – zażar­towałem, co wzbudziło falę śmiechu. W tej radosnej atmosferze rozeszliśmy się w przeciwne strony.

– A jednak są i pojazdy na kołach…? – zdziwiłem się. To coś przypominało mi malutki traktorek, otoczony całym kompletem wymiennego sprzętu.

– Chyba nie myślałeś, stryjku, że ziemię można uprawiać z po­wietrza?! Na kołach poruszają się rowerzyści, pracownicy zaopa­trujący sklepy w osiedlach i wywożący śmieci, robotnicy leśni…

– A ciężki transport? Koleje, tiry…?

– To już tylko wspomnienie jakby zamierzchłej epoki, cho­ciaż nie odeszliśmy od niej w czasie dalej, niż o kilkanaście lat. Od początku stare pojazdy nie miały zasto­sowania w pod­noszą­cym się z ruin świecie. Zniszczone były drogi i mosty, tunele, tory i nasypy kolejowe, a ich odbudowa musiałaby trwać wiele lat. Ludzi zdol­nych do pracy było mało, w niektórych regionach zaledwie garstka. I wtedy przyszło ludziom z pomocą Niebo…

– Ojej, ale ten traktorek wcale nie ma silnika! Chyba ta mała puszka to nie sil­nik…?! – przerwałem.

– Stryjku, ty ciągle wracasz do swoich silników! Silniki moż­na spotkać już tylko w muzeum! Trzeba by ci zrobić krótki wy­kład techniczny, ale teraz nie mamy na to czasu.

Rafał odszedł na chwilę w głąb ogrodu w sobie wiadomym celu, zostałem więc sam na sam z Anaelem, kontynuując roz­mowę.

– Były wielkie zniszczenia… Jeżeli tak było…

– Nie tylko zniszczenia, ale coś więcej! Wiedziałeś dobrze, że ma się zmienić mapa świata, nie kupowałeś już atlasów w prze­­konaniu, że wkrótce będą nieaktualne, i miałeś rację! Kiedy bę­dzie­my wysoko nad Europą czy Ameryką Północną, albo nad Atlan­tydą, dopiero zaczniesz się dziwić!