Z aniołami do nieśmiertelności - Eduard Martin - ebook

Z aniołami do nieśmiertelności ebook

Martin Eduard

0,0

Opis

Nieśmiertelność zachwycająca to taka, która podana jest nam na otwartej dłoni miłości.

Dlatego jest anielska, bo ktoś musi ją nam ofiarować. Opowieści Martina jak zwykle wzruszają, rozgrzewają serca, mobilizują dobrem. Pozwalają też zajrzeć na odwieczną stronę życia, tam gdzie to, co boskie łączy się z ludzkim, gdzie życie nabiera sensu i nie przegrywa.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 117

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Eduard Martin

Z ANIOŁAMI DO NIEŚMIERTELNOŚCI

Przekład

Andrzej Babuchowski

Wydawnictwo WAM

Kraków

Tytuł oryginału

andělSkÉ CESTY K NESMRTELNOSTI

© Karmelitánské nakladatelství s.r.o., Kostelní Vydři 2011

Czech Republic, www.kna.cz

© Wydawnictwo WAM, 2014

Redakcja

Ewa Zamorska-Przyłuska

Korekta

Sylwia Łopatecka

Projekt okładki

Jadwiga Mączka

zdjęcie © depositphotos, tigra 62

Przygotowanie ebooka

Piotr Druciarek

ISBN 978-83-277-0307-1

WYDAWNICTWO WAM

ul. Kopernika 26 • 31-501 Kraków

tel. 12 62 93 200 • faks 12 42 95 003

e-mail: [email protected]

www.wydawnictwowam.pl

DZIAŁ HANDLOWY

tel. 12 62 93 254-255 • faks 12 43 03 210

e-mail: [email protected]

KSIĘGARNIA INTERNETOWA

tel. 12 62 93 260, 12 62 93 446-447

faks 12 62 93 261

e.wydawnictwowam.pl

Mojemu ojcu

oraz tym,

którzy odeszli

i kochają nas z drugiego brzegu.

Chcąc wielkie dokonać rzeczy, trzeba tak żyć,

jakbyśmy nigdy nie mieli umierać.

Luc de Clapier, markiz de Vauvenargues

Anielska droga do nieśmiertelności

Jak nie umierać...

– Powiem wam, że czegoś takiego jeszcze nie przeżyłem – zaczął pan J.F. – tego roku w Zaduszki byłem w miasteczku, z którego pochodzi przyjaciel naszej rodziny. Towarzyszyłem mu w tej zaduszkowej drodze na jego rodzinny grób... I to, co zobaczyłem na cmentarzu, wprawiło mnie w osłupienie...

– Rozbity grób?

– Skradziony lampion?

– Grób spryskany sprayem?

Słuchacze próbowali odgadnąć na różne sposoby.

– Nic z tych rzeczy...

Coś absolutnie niezwykłego.

Najbardziej zdumiał mnie pewien grób, który był wręcz zawalony kwiatami. Jakby to nie był grób; jakby to była cała sterta kwiatów ułożona w jednym miejscu i poprzetykana zniczami... Ta mała góra kwiatów ze światłami płonęła na cmentarzu.

– Co to za grób? – spytałem przyjaciela.

– To jest grób cioci.

– Cioci?

Przyjaciel skinął głową.

– Musiałeś mieć dobrą ciocię.

– To nie była MOJA ciocia, tylko tak na nią wówczas mówiono.

– To musiała być na pewno jakaś bardzo dobra ciocia – stwierdziłem.

– RZECZYWIŚCIE BYŁA.

Zaczynałem rozumieć... w jakiejś tutejszej rodzinie mieli jakąś ciocię, która była dobra, i na jej pogrzebie spotkała się cała wielka rodzina... prawdopodobnie ta ciocia była w dodatku bogata... Niektórym coś zapisała, dlatego ci, których w swej ostatniej woli obdarowała, postanowili się pokazać. I kupili tę górę kwiatów i zniczy.

– Kiedy zmarła? – nie mogłem oderwać spojrzenia od tego świecącego grobu.

Wnioskując ze stanu kwiatów oraz z faktu, że płonęło tak wiele lampek, sądziłem, że pogrzeb musiał się odbyć najwyżej parę dni temu.

– Przed trzydziestu dwu laty – powiedział przyjaciel.

Wyjął z kieszeni świeczkę i podszedł do tej góry światła.

– Przed trzydziestu dwu laty? – zdziwiłem się.

Przyjaciel odpalał swoją świeczkę od jednej ze świec na grobie cioci.

– Ty też przynosisz jej świeczkę? – pytam.

– Co roku.

W drodze powrotnej znów nawiązałem do tego świecącego grobu.

Świecący grób...

Jakkolwiek brzmi to dziwnie, był to świecący grób. Blask od niego rozlewał się po cmentarzu, jakby ktoś, kto tu jest pochowany, w dalszym ciągu, nawet długo po swojej śmierci, rozdawał światło.

– Można by sporo na ten temat napisać. Szkoda, że o cioci nikt jeszcze nie napisał – powiedział przyjaciel, gdy wracaliśmy cienistą aleją lipową. – To jest naprawdę dziwna historia. Jej grób tak właśnie jest zawalony kwiatami i świeczkami każdego roku...

– Musiała mieć chyba dużo dzieci, skoro tak się o niej pamięta? – zastanawiałem się.

– Nie miała dzieci – powiedział przyjaciel.

Szliśmy ciemną aleją, a dla mnie zagadka tego świecącego grobu była coraz ciemniejsza, coraz bardziej niepojęta...

– Ty ją znałeś?

– Tutaj każdy ją znał... – powiedział przyjaciel. – O niej tak łatwo się nie zapomina.

– O mnie zapomną pewnie następnego dnia po śmierci – powiedziałem gorzko – potrafię sobie wyobrazić, że rok po mojej śmierci na mój grób nie przyjdzie nikt, żadne z moich dzieci czy moich wnucząt... żeby mi przynieść wiązankę czy zapalić świeczkę...

– Ależ... – zaczął oponować przyjaciel.

– Znam swoich krewnych. Lepiej opowiedz jeszcze o cioci – przerwałem mu.

– Ciocia – powiedział przyjaciel – była najlepszą kobietą, jaką w życiu spotkałem. Kiedyś chciała być zakonnicą, ale w domu nie wyrazili zgody, bo była jedyną córką, spadkobierczynią wielkiego majątku. Chcieli, żeby wyszła za mąż i by ich ród miał następców... Została więc pielęgniarką, na co rodzice się zgodzili, pewnie myśleli, że to się jej kiedyś przyda, jak będzie miała dzieci... Ale rodzice zmarli, więc ona mogła już decydować. Jednak zakonnicą nie została. Dalej pracowała jako pielęgniarka. Sprzedała cały swój wielki majątek, zostawiając sobie tylko domek za miastem, w którym mieszkał wcześniej ich zarządca. Jej rodzina była najbogatsza w miasteczku, ona była jedyną spadkobierczynią... a mimo to jeszcze przed wojną wszystko sprzedała...

Wyobraź sobie: postąpiła odwrotnie niż ten młodzieniec z Ewangelii, wszystko, co miała, rozdała... nie była jak ten, który pytał, jak ma naśladować Pana, a potem gdy się dowiedział, że ma wszystko rozdać, odszedł zasmucony, ponieważ posiadał zbyt wiele dóbr.

– A zatem – już chyba rozumiałem – to wszystko były kwiaty i świeczki od ludzi, którym dała pieniądze...?

Przyjaciel skinął głową.

Na pewno, przynajmniej w części... Tylko że ciocia (wszyscy nazywali ją ciocią) była kimś w rodzaju dobrej wróżki tego miasta. Z pieniędzy, które dostała, zbudowała wprawdzie mały szpital i sierociniec oraz przyznawała stypendia zdolnym dzieciom i troszczyła się o potrzebujących, to fakt... Ale pomagała także tym, którzy byli... jakby to powiedzieć... w potrzebie duchowej. Rozumiesz?

Nie rozumiałem.

– Wiesz... tu i ówdzie również dzisiaj w tej okolicy znajdzie się jakiś bogacz, który wybuduje jakiś dom emerytów albo da pieniądze na tę czy inną fundację i zadba o to, by mieć swoje logo wszędzie, gdzie wypada lub nie wypada... Wydaje mu się, że wybudował sobie nie jeden schodek, ale całą olbrzymią klatkę schodową do nieba. Ciocia na temat rozdawanych przez siebie pieniędzy milczała... I myślę, że kiedy jej ktoś dziękował, czuła się bardzo nieswojo... Ona nam dawała... posłuchaj, jesteśmy w ciemnej lipowej alei, więc chyba mogę to o tej stareńkiej pani, którą poznałem w dzieciństwie, powiedzieć i nie rumienić się, że powiem coś banalnego: ona nam dawała swoje serce...

Milczałem.

Istnieją wielkie słowa, które człowiek wstydzi się wypowiedzieć.

Choćby były najprawdziwsze...

Zrozumiałem, że przyjaciel się cieszy, iż wokół nas, wokół jego słów, zapada zmierzch.

– Do domku, w którym mieszkała, przychodziło tak wielu ludzi, jakby to był sklep... Ale ona niczego nie sprzedawała. Wszystko dawała za darmo. Każdego wysłuchała. Poradziła. Dla każdego znajdowała czas. Potrafisz sobie wyobrazić, jak to jest, kiedy w dzisiejszej epoce ktoś znajduje dla ciebie czas?... Wszyscy się spieszą i znalezienie kogoś, kto by się tobą zainteresował, kto by się nie odwrócił do ciebie plecami, kiedy nie chcesz być sam, jest czymś niezwykłym... pięknym i niezwykłym...

– Jak ciocia wyglądała?

– Całkiem zwyczajnie. Nie zwróciłbyś na nią zbytniej uwagi, gdybyś ją zobaczył na ulicy. Gdybyś nie spojrzał w jej oczy. Wtedy czułeś się, jakbyś spotkał anioła. Patrzyła takim... wszechwybaczającym... spojrzeniem.

– Tobie też pomogła?

Przyjaciel skinął głową.

– Kiedyś, na zakończenie trzeciej klasy, dostałem straszne świadectwo, bałem się wrócić z nim do domu, i poszedłem do cioci. Poczęstowała mnie swoją słynną pachnącą herbatą i ciastkiem, i poszła ze mną do domu. Obiecała matce, że będzie się razem ze mną uczyć, i rzeczywiście mnie douczała... Być może bez niej nigdy nie odbiłbym się od tej trzeciej klasy, którą pomogła mi przejść... nie ukończyłbym gimnazjum, a potem prawa... Pomagała konkretnie. Czuwała przy chorych i starała się, żeby zdrowi nie popadali w rozpacz, po prostu taka...

Przyjaciel rozejrzał się, jakby chciał się upewnić, że naprawdę tkwimy w bardzo ciemnej alei.

W tak ciemnej, że będzie mógł swoje „wielkie słowa” wypowiedzieć...

– Była święta.

– A te kwiaty...

– Wiesz, ludzie, którym pomogła, mówią o tym swoim dzieciom i tradycyjnie już kiedy ktoś idzie na cmentarz, daje kwiatek lub świeczkę także cioci. Dają jej podarki również ci, którzy jej nigdy nie znali...

Tak jak istnieje grób nieznanego żołnierza, tak też istnieje GRÓB NIEZNANEJ ŚWIĘTEJ...

Grób człowieka, który do ludzi nie strzelał, lecz przeciwnie, opatrywał rany zadane im przez innych...

Szliśmy w milczeniu.

Miałem niemal wrażenie, że ktoś podąża z nami, jakby miłość, o której mówił przyjaciel, dołączyła się do nas w alei...

I prześwietlała tę chwilę.

Ten, kto rozdaje światło, nie gaśnie...

– Wiesz – powiedział przyjaciel, kiedy doszliśmy do końca alei – myślę, że wokół nas jest mnóstwo podobnych ludzi... Niezauważalnych. Niewidzialnych świętych... Nigdy nie będą beatyfikowani, kanonizowani... Ale Światło o nich wie... I ludzie ci mają swoje niewidzialne katedry... Mają swoje katedry miłości... Gdyby takich ludzi nie było, nasz świat byłby smutnym miejscem dla narodzin...

Wyszliśmy z alei.

– Tyle się mówi o nieśmiertelności... – ciągnął przyjaciel. Obejrzeliśmy się za siebie; jedno miejsce w oddali było jaśniejsze, to, gdzie płonął grób „cioci”.

Świecący grób.

– Są ludzie, którzy w ciągu wieków gonią za jakąś tam nieśmiertelnością i szukają jej w „kamieniu filozoficznym”, w alchemicznych retortach... A tymczasem na tym świecie nie ma innej nieśmiertelności niż ta cioteczna... Niż ta anielska...

Jedyna nieśmiertelność, której dosięgnąć może ludzka dusza, nazywa się miłość...

Gąsienica i wieża Eiffla

Opowieść pana K.F.

Gdy ostatnio byłem w Paryżu, trafiło mi się wolne popołudnie, więc spacerowałem wzdłuż Sekwany – aż doszedłem do wieży Eiffla...

Nie miałem najmniejszego zamiaru na nią wchodzić, zresztą już kiedyś wjechałem na samą górę. Pamiętam, że wtedy od tej wysokości zrobiło mi się niedobrze i prędko zjechałem z powrotem...

Tym razem chciałem jedynie przeżyć...

Piękny paryski dzień...

Ponieważ było gorąco, zachciało mi się pić, kupiłem więc sobie nieopodal od pewnego Murzyna wodę mineralną.

Usiadłem i piłem ją powoli.

I zapaliłem sobie cygaro.

Delektowałem się nim...

I nagle zobaczyłem gąsienicę.

Pełzła po jednej z czterech podpór wieży Eiffla.

Patrzyłem na nią. Wzruszała mnie jej nikłość w porównaniu z ogromną wieżą, wzruszała mnie jej niewiedza w porównaniu z uczonością tych, którzy tę wieżę tutaj, w centrum Paryża, przed wielu laty zbudowali...

A potem zdałem sobie sprawę, że nie powinienem się przejmować niewiedzą gąsienicy... skoro ja sam jestem de facto takim samym nieukiem. I kto wie, czy nie większym.

Co my wiemy o swoim Stwórcy?

Czy wiemy choć tyle, ile ta gąsienica wie o inżynierze Eifflu, który wymarzył sobie i zrealizował wieżę, po której pełznie gąsienica?

Uśmiechałem się... i rozwijałem dalej tę myśl.

Być może gąsienica ta w swojej gąsieniczej świadomości wmawia sobie, że stanowi szczyt stworzenia.

Być może myśli sobie, że nie ma na świecie nic doskonalszego niż ona.

Na przykład wmawia sobie, że ten metal, po którym pełznie, nie został nigdy stworzony, ale że jest dziełem wieczności...

Albo przypadku.

Że wieża Eiffla powstała przypadkiem...

I że tak jak wieża nie ma swojego twórcy, tak przyroda nie ma swojego Pana, swego Stwórcy.

Kto wie, może ta gąsienica ma ochotę pośmiać się z gąsienic, które – uśmiechnąłem się do tej żartobliwej metafory – przejawiłyby wiarę metafizyczną...

Być może wykpiwałaby gąsienice, które wykazywałyby zainteresowanie mistyką...

Paliłem sobie cygaro i uśmiechałem się.

I czułem, że jest to coś więcej niż tylko humorystyczne roztrząsanie.

Jacy my jesteśmy zarozumiali...

Zauważyłem motyla – pytanie skąd się wziął, skąd przywędrował... płynął w powietrzu wokół przez konstrukcję wieży Eiffla.

Co ten motyl wie o wieży Eiffla?

Czy w ogóle ją widzi?

Czy może dostrzega tylko jakąś szarą plamę?...

Co wie o Paryżu, który przemierza w swoim krótkim motylim życiu?

Być może zamiast miasta widzi tylko rozmazaną plamę...

Ale jakie teorie na temat tej plamy mogliby różni motyli dogmatycy wymyślić...

Gąsienica mówi sobie: śmierć...

A przecież o swojej przyszłości powinna powiedzieć: będę motylem.

Motyl mówi sobie: koniec... Czy nie powinien właściwie powiedzieć: początek?

O Stwórcy wiemy być może jeszcze mniej niż ten motyl i ta gąsienica o wieży Eiffla...

A przecież tak wielu ludzi Go neguje...

Ta chwila, kiedy siedziałem pod wieżą Eiffla, zapadła we mnie głęboko...

Na ile sub speciae aeternitatis, z punktu widzenia wieczności, jesteśmy inteligentniejsi od motyla?

Jakbym odwiedził szkołę...

Szkołę pokory.

Wypaliłem cygaro...

Odszedłem.

Motyl latał sobie wokół niebotycznego kolosa...

Gąsienica dalej pełzła powoli...

* * *

Czasami, gdy ogarnia mnie pycha, znów wyobrażam sobie w duchu wieżę Eiffla, motyla i gąsienicę...

Co pewien czas odwiedzam wielką szkołę pokory...

Czas pobytu

Opowieść pana B.M.

Odwiedziłem znajomego, który ma biuro podróży.

Poprosił mnie, żebym chwilę poczekał, on tylko coś załatwi i pójdziemy razem na obiad.

Siedziałem przy stoliku obłożonym prospektami i czekałem.

Wyjąłem z teczki korespondencję przyniesioną z pracy i zacząłem się z nią zapoznawać.

Kiedy człowiekowi uda się wykorzystać małe, niepozorne chwile, może odnieść wrażenie, że oprócz swojego życia dostał jeszcze jedno dodatkowe...

Mojemu otwieraniu kopert towarzyszyły biurowe odgłosy.

Ktoś rozmawiał przez telefon z klientem i objaśniał mu, co to jest „czas pobytu”.

Klient wciąż nie mógł zrozumieć, jak długo trwać będzie jego pobyt w którymś tam miejscu. Spokojny głos pracownika biura ciągle od nowa wyjaśniał mu to cierpliwie.

Tłumaczył mu, że czas pobytu, jeśli będzie chciał, może sobie jeszcze przedłużyć. Może to uczynić również na miejscu.

– No tak, ale my nie wiemy, skoro pan sam tego nie wie, jak długo będzie trwał pański pobyt – łagodny głos chciał, by rozmówca wszystko pojął.

Słuchałem tego głosu. I chwila ta zaczęła działać na mnie w sposób metafizyczny...

Chwila pobytu...

Jak długo będzie trwać czas mojego pobytu tutaj, na świecie, i jak długo tu jeszcze będę...? Jak długo będę czekać na tego lub owego i ile czasu, niezastąpionego czasu, będę tu tracił... I czy mogę się czegoś dowiedzieć o długości pobytu, skoro w żadnym biurze podróży nie mogę o to zapytać... i skoro wiem, że nie będę mógł swojego „czasu pobytu” przedłużyć...

Płacąc komuś za swój dalszy pobyt na ziemi?

Czas pobytu...

Zachowujemy się często tak, jakby należał się nam nieskończony pobyt na ziemi.

Jakby niewyczerpane były zasoby naszych sekund otrzymanych przy narodzinach, a my co sekundę mielibyśmy z nich wybierać kolejne złote ziarenko czasu...

Zachowujemy się często tak, jakby do nas należała „ziemska wieczność”, a nie jakby krótki czas na ziemi był po to, by rozstrzygnąć o naszej wieczności.

Swoim dzisiejszym postępowaniem decyduję o dalszym pobycie...

Oczywiście, wszyscy o tym wiemy, tylko że ja aż do tego momentu w ogóle się nad tym nie zastanawiałem.

Tak jak wielu ludzi...

A równocześnie, pomyślałem sobie, mogę jednak o tym dalszym pobycie trochę – albo nawet bardzo? – zadecydować... i to zadecydować już dzisiaj...

Waluta, za którą kupuję sobie jakość „prolongaty”, nie jest stąd.

Ale mam tej waluty i tak całkiem sporo...

Słuchałem pracownika biura podróży, jak wyjaśnia kwestię różnych dopłat, kursów walut, rozmaitych bonusów... Było to coś niezwykłego...

Wszelkie ulgi, możliwości, last minute... zacząłem widzieć inaczej...

Nagle inaczej.

Tłumaczyłem sobie słowa zmęczonego pracownika na język metafizyczny, i były one tak trafne...

Czas pobytu...

Wedle naszej „filozoficznej wiary” naszym życiem tutaj rezerwujemy sobie jego kontynuację...

Dorzucam... na przykład dzisiaj... jeszcze jeden dobry uczynek...

I dostaję „bonus”.

Oczywiście, nie jest to takie proste... nie mamy tutaj „anielskiego kasjera”, który by nam zaprezentował, jak się kształtuje bieżący kurs...

Mamy jednak serce, które mówi zamiast zmęczonego głosu.

I ono nam odpowiada... Doradza. Wyjaśnia.

Czas pobytu...

Skoro jesteśmy tu tylko na określony czas, to...

Czy nie jesteśmy właściwie TUTAJ NA WYCIECZCE?

* * *

I czy nasze odchodzenie z tej ziemi, na której to czy owo nie funkcjonuje... nie jest naszym „powrotem z wycieczki turystycznej”, drogą do domu... drogą do naszego domu, prawdziwego domu, domu Światła... do kraju, gdzie WSZYSTKO jest doskonałe...?

Ja jestem ty, który urodził się gdzie indziej

Opowieść podróżnika

Pewnie łatwiej byłoby mi wyliczyć kraje, w których nie byłem, niż te, do których zawędrowałem. A w podróżach tych pomaga mi jedno spotkanie, kilka słów, które skierował do mnie na dalekim pustkowiu pewien misjonarz.

Zachorowałem...

I ten ksiądz troszczył się o mnie.

Z poświęceniem, z wielkim poświęceniem.

Miałem szczęście, że na tym pustkowiu odkryłem akurat jego szpital, w przeciwnym razie nie mógłbym teraz o tym panu opowiadać... lecz rozmawiałbym sobie, proszę wybaczyć zarozumiałość, gdzieś w wiecznej światłości z aniołami...

Podczas rekonwalescencji prowadziłem z misjonarzem długie rozmowy.

Byłem pacjentem w tym jego tubylczym szpitalu, więc, gdy już jako tako doszedłem do siebie, pomagałem mu, żeby być użyteczny, przy opatrywaniu chorych.

Co za okropne choroby... urazy.

Ale ja byłem mu wdzięczny za to, że się mną zajął i właściwie uratował mi życie.

No więc wykonywałem tam bardzo nieprzyjemne prace.

Misjonarz zwierzył mi się, że kiedy przed laty tu przyszedł, miał mnóstwo uprzedzeń.

Pochodził z bogatej rodziny i nie był przyzwyczajony do takich czynności.

Trwało dość długo, zanim się z nimi psychicznie pogodził.

Siłą całej swej woli zmusił się do ich wykonywania, ale ciągle czuł się stworzony do czegoś ponad to... i powołany do czegoś innego...

A potem przyszło mu na myśl pewne zdanie.

Czy jest ono zwyczajne?

Jest bardzo zwyczajne.

Na świecie jest tyle zwyczajnych zdań, które niosą nadzwyczajne przesłania...

Człowiek tych zdań nie zauważa, ponieważ wydają mu się zwyczajne.

Pomija je.

I nie zdaje sobie sprawy, że wraz z nimi pomija wielkie przesłanie.

A wystarczyłoby czasem tylko się głębiej nad nimi zastanowić.

Spróbować wsłuchać się w nie.

I człowiek zobaczyłby nagle świat wokół siebie i swoje w nim miejsce zupełnie inaczej.

Są takie niepozorne zdania, nieśmiertelne zdania, „niedostrzegalnie nieśmiertelne zdania”, które prowadzą od końców ku początkom...

Czy inni ludzie wydają nam się głupi, niemili, kłopotliwi?

Być może niektórzy tacy są.

Ale co by było, gdybyśmy urodzili się nie swoim rodzicom i nie w swoim środowisku, co by było, gdybyśmy urodzili się w innej „kolebce”?

Jak wtedy wyglądałoby nasze życie?

Czy byłoby podobne?

„Ja jestem ty”.

Zdanie to nie brzmi zbyt jasno, łatwo je przeoczyć.

Ale jeśli wypowiedzieć je tak, jak kiedyś wypowiedział je do mnie ów misjonarz?

– Ja jestem ty, który urodził się gdzie indziej.

Amerykański cmentarz (I)

Opowieść pisarza

Niedawno słyszałem, jak pewien Amerykanin opowiadał o inskrypcjach nagrobnych na cmentarzu, niezwykłych inskrypcjach w mieście, z którego pochodzi.

Bardzo mnie one zainteresowały...

Nie były to zwyczajne inskrypcje z imieniem i datami, jak to bywa u nas, ale inskrypcje dość osobliwe.

W mieście, z którego pochodzi, ludzie próbują na swoich nagrobkach prowadzić rozmowę... czasem jakby sami ze sobą, a czasem jakby z tymi, którzy ich groby mijają.

Zmarli nie milczą...

A w mieście, z którego pochodzi ten Amerykanin, nie milczą także ich groby.

Kiedy spotkałem się z nim ponownie, zagadnąłem go o owe inskrypcje. Chciałem się dowiedzieć, czy pamięta też jakieś inne.

Uśmiechnął się:

– Oczywiście, że je pamiętam, chodzę na ten cmentarz od dzieciństwa, i niektórych napisów nie da się zapomnieć. To dobry pomysł, pisanie takich żywych przesłań, żywych orędzi...

Są wśród nich takie, które mogą wychowywać...

Pewien człowiek, który był hipochondrykiem, ma na swojej płycie nagrobnej napis:

A więc widzicie – miałem rację.

Niektóre inskrypcje na naszym cmentarzu sprawiają wrażenie, jakby odgrywały rolę psychoterapeutyczną... mają chyba nadawać sens błędom popełnionym przez leżącego w grobie i przestrzegać przed podobnymi błędami... jak choćby takie westchnienie nagrobne:

Obyście mi wybaczyli wy,

których w życiu

jakoś zraniłem.

Mijając grób z tą inskrypcją, zawsze próbowałem zrobić remanent, wymienić nazwiska tych, których zapragnąłbym kiedyś... po śmierci... przeprosić.

I byłem wdzięczny autorowi tej przestrogi.

Pytałem siebie w duchu: „Dlaczego ich nie przeprosił, kiedy był na to czas? Jaki żal w nim tkwił, że postanowił przeprosić nawet... po śmierci...?”.

Ileż to razy nie przyznałbym się, że kogoś skrzywdziłem... gdyby nie ta inskrypcja.

A jeden z napisów towarzyszy mi już zawsze, od chwili, gdy pierwszy raz go przeczytałem.

Wiele razy odmienił mi życie, mnie i moim bliskim... gdybym go minął, moje życie i życie ludzi z mego otoczenia prawdopodobnie wyglądałoby inaczej.

A są to tylko dwa proste zdania.

Pewien mądry człowiek, biskup, ma na swym nagrobnym kamieniu wymowną inskrypcję:

Żałuję,

że tym, którzy mnie kochali,

poświęcałem tak mało czasu.

Wy jeszcze tym,

którzy was kochają,

możecie swój czas poświęcić.

Dziękować

Opowieść pana J.Č.

Mój spowiednik uczył mnie ciekawego pocieszenia.

Do tej pory nawet nie przypuszczałem, że czegoś takiego jak „pocieszenie” można się uczyć.

– Dziękować – mawiał często – trzeba dziękować.

Wyjaśniał mi, że wszystko, co otrzymujemy, jest wielkim darem.

Darem jest nawet to, czego nie otrzymujemy.

– My nie widzimy dalej niż za najbliższy narożnik, a Pan dziejów sięga wzrokiem poza wszystkie narożniki.

My nie potrafimy sięgnąć wzrokiem nawet do linii horyzontu...

Pan wie, co jest poza wszystkimi horyzontami.

Człowiek nie musi wątpić w to, że wszystko, co na tym świecie otrzymuje, jest z pewnej, i to bardzo mądrej perspektywy darem.

– Dziękować, trzeba dziękować.

Jestem już dość stary... ogarniam spojrzeniem swoje życie i mogę potwierdzić, że to, co tak często jawiło mi się jako strata, w rzeczywistości było darem, wielkim darem... tylko ja tego nie rozpoznawałem, ponieważ byłem zbyt blisko tego... Kiedy człowiek stoi na przykład tuż obok domu i przyłoży do niego twarz, może rozpoznać grudki zaprawy murarskiej, tu i ówdzie widzi strzępek łyszczyku lub ziarenko piasku... ale wciąż nie może objąć tego, na co właściwie patrzy... dopiero kiedy się odsunie, zauważy, że nie patrzył jedynie na ziarenko łyszczyku, na jakąś grudkę zaprawy, ale patrzył na ścianę wielkiego domu... Podobnie jest z darami. Kiedy jesteśmy blisko nich, możemy na nie narzekać. Nie rozumiejąc przewyższającego je wymiaru, uważamy je za straty...

Mój stary spowiednik był dużo starszy ode mnie.

Czyli: miał większy dystans.

Jak wielu ludzi przechodzi obok spowiednika, „dokonując wielkiego przeglądu sumienia”...

Mógłbym przywoływać zdarzenia ze swego życia i dowodzić na ich przykładzie, jak bardzo myliłem straty z darami.

Bo nie rozumiałem, że wiele razy to, co w danej chwili uważałem za stratę, było właśnie darem.

Niezrozumiałym darem...

Ale myślę, że tego nawet nie trzeba wyjaśniać.

Dlaczego?

Kto nabrał dystansu do przeżytej straty, ten może próbować się nad nią zastanowić. Jeśli dystans okaże się wystarczający, myśl mojego spowiednika nie będzie się już wydawać tak dziwna. Jeśli jednak człowiek nie ma dystansu, łatwo może się zacząć skarżyć na ten czy inny dar... i wielu ludzi tak właśnie robi, także w tej chwili...

Czy jest coś, co otrzymujemy, a co nie byłoby darem?

Darem zrozumienia?

Darem, który może niekiedy bardzo wzbogacić naszą duszę...?

Pewnie dopiero gdy będziemy na drugim brzegu...

Dopiero wtedy będziemy mogli zrozumieć wielki ocean darów...

Tylu darów, które otrzymywaliśmy.

Których nie docenialiśmy.

Których nie rozumieliśmy.

Wdzięczność, jaką możemy dziś okazywać, harmonizuje duszę, pozwala jej zapomnieć o krzywdach... bo także to, co uważamy za krzywdę, może... Może być niepojętym darem. Na przykład darem wzywającym do zrozumienia życiodajnej pokory...

Dziękowanie może leczyć duszę.

Prowadzić do zrozumienia darów...

Dziękowanie przywabia dary. Może przywabiać prawdziwe dary... nie tylko iluzje darów...

W pamięci nie przestaje mi dźwięczeć głos, cichy głos... pogodny głos mojego spowiednika, głos mojego anielskiego spowiednika:

Dziękować, trzeba dziękować...

Co też?

Opowieść pana N.F.

Kiedy byłem mały, używałem pewnego zwrotu, który stał się słynny.

Ci, co znali mnie jako małe dziecko (a ludzi tych już prawie nie ma...), pamiętali ten zwrot jeszcze po latach, i kiedy spotykali się ze mną, nie omieszkiwali mi go przypominać. Niedawno spotkałem kogoś, kto pamiętał tamte piękne czasy mojego dzieciństwa i przypomniał mi ów zwrot.

Mawiałem: „Cooo też dostanę?”.

Było to dyplomatyczne pytanie.

Pytanie, którym przypominałem innym o swoim istnieniu i możliwości dawania mi podarków...

Zdanie szantażujące.

Ale skuteczne.

Każdy, kto wybierał się do nas z wizytą, na wstępie brał pod uwagę moje pytanie i szykował dla mnie podarek.

Kiedy teraz, po latach, spotkałem człowieka, który pamiętał mnie jako małego chłopca, zacząłem się nad tym zastanawiać.

Wszyscy chcemy być obdarowywani.

Czy jest ktoś, kto pogardziłby podarkiem?

Nie cieszył się nim?

Tak jak ja, krążący wokół tego lub owego i recytujący swoje małe zaklęcie...

„Cooo też dostanę?...”

Dziecku wydaje się, że obowiązkiem innych osób jest przynoszenie mu jakichś pięknych rzeczy.

I otrzymuje je...