Wydawca: RW2010 Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 1

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 384

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Yggdrasil. Struny czasu - Radek Lewandowski

Jak wyglądałoby życie ludzi współczesnych wyrwanych z bezpiecznych objęć cywilizacji? Czy sam umysł stanowi na tyle efektywną broń, by zapewnić przewagę w walce toczonej w środowisku pierwotnym, w czasach gdy największym i najgroźniejszym drapieżnikiem wcale nie był człowiek?

 

 

Yggdrasil. Struny czasu” to pierwszy tom sagi powieściowej spod znaku fantastyki, sf i powieści drogi. Główny wątek „Strun czasu” stanowią zmagania kilkudziesięcioosobowej średniowiecznej społeczności przeniesionej przypadkowo i bezpowrotnie w okres paleolitu środkowego. Słowiańscy wieśniacy trafiają w czasy, gdy po ośnieżonych równinach dzisiejszej Europy wędrowały olbrzymie stada reniferów, tabuny dzikich koni i ciągnące w ślad za nimi drapieżniki. Potężne i wielkie jak góra mamuty nie miały godnych siebie przeciwników – z wyjątkiem mrozu i prymitywnych słabo uzbrojonych łowców, dla których polowanie nie było sportem, ale walką o przetrwanie i którzy równie często występowali w roli myśliwego co ofiary.

 

 

Wraz z mieszkańcami wioski w przeszłość zostaje przeniesiony niewielki oddział wikingów, najemników, których Thor wystawił na najcięższą próbę w drodze do Walhalli. To głównie oczami ich wodza, Eryka, obserwujemy toczące się wydarzenia. A wraz z nami widzami są ludzie z przyszłości...

 

 

Bowiem w tle tej pasjonującej historii toczy się inna i nie tylko ci temporalni podróżnicy, ale cała ludzkość – co tam ludzkość – cały wszechświat „staje” na krawędzi zagłady.

 

 

Z recenzji:

 

 

„Z każdą kolejną stroną powieść wciąga coraz bardziej”.

„Autor z niezwykłą wprawą oddaje klimat opisywanych przez siebie epok, od odległej przyszłości po zamierzchłą

prehistorię”.

„Lektura Strun czasu działa na wyobraźnię czytelnika. Co więcej wzbudza silne emocje. Nie wystarczy dobrze obmyślona

historia, trzeba ją jeszcze umieć opowiedzieć. Lewandowski umie”.

Patronat medialny nad publikacją objęły portale: Creatio Fantastica, DużeKa, Efantastyka

 

 

 

 

 

Opinie o ebooku Yggdrasil. Struny czasu - Radek Lewandowski

Fragment ebooka Yggdrasil. Struny czasu - Radek Lewandowski

RADEK LEWANDOWSKI

STRUNY CZASU

tom pierwszy sagi

YGGDRASIL

Oficyna wydawnicza RW2010 Poznań 2014

Redakcja Joanna Ślużyńska

Korekta: Maciej Ślużyński

Redakcja techniczna zespół RW2010

Copyright © Radek Lewandowski 2014

Okładka Copyright © Dalia Żmuda-Trzebiatowska 2015

Grafika na okładce © Agnieszka Skulska

Copyright © for the Polish edition by RW2010, 2014

e-wydanie I

ISBN 978-83-7949-097-4

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie całości albo fragmentu – z wyjątkiem cytatów w artykułach i recenzjach – możliwe jest tylko za zgodą wydawcy.

Aby powstała ta książka, nie wycięto ani jednego drzewa.

Oficyna wydawnicza RW2010

Dział handlowy: marketing@rw2010.pl

Zapraszamy do naszego serwisu: www.rw2010.pl

Prolog

Spotkanie miało się odbyć o 22.00 czasu środkowoeuropejskiego.

Na sali panowała trochę nerwowa atmosfera. Zebranie w jednym miejscu CDS-ów – cybernetycznych duplikatów sensorycznych, zwanych potocznie subami – należących do najbardziej wpływowych ludzi już samo w sobie było niecodziennym wydarzeniem. Ale rewelacje, które zamierzał przekazać zespół badawczy profesora Noela, jak zapewniano w zaproszeniu, miały się okazać niezwykle brzemienne w skutki dla całej ludzkości.

Na sali konferencyjnej kwartet smyczkowy zabawiał gości, wykonując klasyczne utwory Strawińskiego, Haydna i Cu Linga z iście wirtuozerską perfekcją i wyczuciem, choć i sam w sobie był nie lada atrakcją. W jego skład wchodzili wyłącznie ludzie z krwi i kości, co obecnie należało do rzadkości.

– Szanowni i drodzy goście – głos centralnej Sztucznej Inteligencji przerwał ciche rozmowy i transfery w NetLogu – proszę o wyrozumiałość, spotkanie niebawem się rozpocznie. Tymczasem do państwa dyspozycji są materiały dotyczące projektów badawczych Korporacji NOVA, zachęcam do zapoznania się z naszą ofertą. Beztlenowe bakterie, których produktem przemiany materii są polimery, to żadna nowość, ale w projekcie Argos pracujemy nad taką ich modyfikacją, by w oparciu jedynie o energię słoneczną mogły produkować gotowe do zamieszkania i w pełni wyposażone stacje orbitalne oraz okręty floty. – Przed oczami zgromadzonych pojawiła się transmisja on-line z kompleksu badawczego na orbicie Księżyca, nie wywołując jednak zbytniego zainteresowania. Korporacje nie marnowały żadnej okazji w myśl odwiecznej zasady: „reklama dźwignią handlu”.

– Dla tych z państwa, którzy są zainteresowani naszymi osiągnięciami w zakresie silników Higgsa najnowszej generacji, mam dobre wiadomości. – W tym momencie w jednej ze ścian zaczęły pojawiać się kolorowe pęknięcia i wybrzuszenia, w których wtajemniczeni rozpoznali artystyczną wizję silnika Higgsa. – Dzięki naszym nowym patentom udało się uzyskać nie tylko osiemdziesięcioprocentową niwelację działania bozonu Higgsa, co znacznie poprawia wydajność silników systemowych, ale również ujarzmiliśmy w końcu niestabilne singlety, co pozwoli nam w przyszłości przemieścić się do piątego wymiaru bez ryzyka anihilacji. Obecna skuteczność wynosi trzynaście procent!

Informacje te wywołały większe zainteresowanie gości, ale temat nie był nowy. Dwa lata temu, tuż po „odtrąbieniu” sukcesu przez Korporację NOVA w badaniach nad ujarzmieniem SH, przez media przetoczyła się fala entuzjazmu nad możliwościami i przyszłością rysującymi się przed rodzajem ludzkim. Silniki wykorzystujące singlety miały rzekomo skracać do kilku chwil wieloletnią podróż w odległe rejony kosmosu. Akcje Korporacji NOVA poszybowały w górę i w ciągu zaledwie kilku dni ze średniego rynkowego gracza stała się numerem jeden, wywołując zazdrość i zawiść konkurencji. Jej aktywa chciały mieć w swoich portfelach wszystkie liczące się instytucje w dominium ludzi. Po pewnym czasie gruchnęła wieść, że pomimo usilnych prób nie okiełznano jeszcze w pełni tego zjawiska i tylko jeden procent przemieszczeń kończył się sukcesem. To ostudziło nieco zapał inwestorów i aby nie zgasł on całkowicie, dział PR Korporacji informował o każdym, nawet najdrobniejszym sukcesie w tej dziedzinie.

Korporacja NOVA znana była ze swojej innowacyjności i prowadzenia badań, które dla innych były zbyt ryzykowne z ekonomicznego punktu widzenia. Dysponując ogromnym kapitałem, prowadziła eksperymenty w oparciu między innymi o teorię superstrun, co w efekcie doprowadziło do opanowania niestabilnego bozonu Higgsa, cząsteczki posiadającej zdolność przemieszczania się między wymiarami. Może „opanowanie” to zbyt optymistyczne określenie, ale skuteczność na poziomie kilkunastu procent robiła wrażenie. Oczywiście Korporacja zanotowała kilka spektakularnych i kosztownych wpadek, ale jak na razie bilans był dodatni.

Projekcja silnika Higgsa zniknęła, a na jej miejscu pojawił się standardowy model uniwersum, z odległym centrum, z którego promieniście rozchodziły się węższe u dołu i coraz szersze na górze nieregularne kokony wszechświatów. Ziemię zaznaczono jako mały niebieski punkt, w połowie jednej z pomniejszych, młodszych odnóg.

Wysyłając zaproszenia, organizatorzy nie oczekiwali osobistego stawiennictwa gości. Nie praktykowano tego od wielu stuleci, a obecnie byłoby to wręcz niewykonalne. Właściciele CDS-ów, czyli cyborgów, z którymi ludzcy operatorzy łączyli się w czasie rzeczywistym, przebywali w swoich posiadłościach rozsianych po całym Układzie Słonecznym, i nie tylko, utrzymując bezpośrednią i natychmiastową łączność ze swoimi substytutami.

Pewną nerwowość wśród zebranych wywoływało nie tyle przedłużające się oczekiwanie na rozpoczęcie konferencji, ile zapowiedziane uczestnictwo w niej premiera Rządu Światowego, od przychylności którego zależały losy wielu obecnych na tej sali.

W roku 2811, po krwawych wojnach systemowych, zmieniono prawo i na Naczelnego Wodza Połączonych Armii wyznaczono urzędującego premiera. Wielkie korporacje mogły jedynie utrzymywać limitowane kontyngenty sił porządkowych. Za złamanie tego zakazu groziły surowe kary finansowe, z konfiskatą majątku włącznie. Jak dotąd nikt nie był na tyle szalony lub zdesperowany, by zbroić się na własną rękę, tym bardziej, że obserwowały go czujne oczy konkurentów.

Nikt – posiadający instynkt samozachowawczy rozwinięty przynajmniej w stopniu podstawowym. W całej nowożytnej historii zdarzył się tylko jeden wyjątek. W roku 2914 firma wydobywczo-poszukiwawcza Mołot pod pozorem prowadzenia zwiadu w odległych rejonach galaktyki Karła Feniksa uzyskała koncesję na utrzymywanie dwudziestotysięcznego kontyngentu sił porządkowych i zwiadu. W pierwszych latach działalności powołano stosowne struktury i wybudowano na jednej z planet Galaktyki Bernarda bazę i stację wypadową. Niestety chciwość i właśnie brak instynktu samozachowawczego zgubiły zarząd, gdyż jego członkowie, przekonani, iż odległość od macierzystych systemów gwarantuje im pewną anonimowość, a nade wszystko bezkarność, utworzyli regularną i świetnie wyposażoną półmilionową armię. Ówczesne media donosiły, że Mołot planował samodzielnie skolonizować odkrytą przez siebie planetę klasy A-1 i uruchomić tam galaktyczne centrum rozrywki, ale jak było naprawdę, wiedzą tylko wojskowi i ówczesny premier. W każdym razie reakcja sił rządowych była błyskawiczna i bolesna, a w 2920 roku po prężnej firmie Mołot nie pozostał nawet ślad.

Dźwięki Koncertu skrzypcowego G-dur Haydna wspaniale komponowały się z wystrojem wnętrza. Pomieszczenie, zgodnie z najnowszą modą, układem przypominało siedemnastowieczną barokową salę balową. Powierzchnię ścian i sufitów podzielono na jednakowe prostokątne płaszczyzny z obramowaniami inspirowanymi motywami roślinnymi. Drzwi wejściowe ozdobione supraportą zgrabnie wkomponowano w całość, natomiast na ścianach naprzemiennie umieszczono klasyczne lustra w bogato zdobionych ramach i płaskorzeźby inspirowane twórczością starych mistrzów lub nawet ich oryginalne prace. Całość sprawiała wrażenie luksusu i przepychu właściwego dla tego barwnego okresu w dziejach ludzkości.

W pewnym momencie na sali zapanowało lekkie poruszenie, po czym zebrani zaczęli rozstępować się jak woda przed dziobem szybko mknącej łodzi. Umilkły rozmowy i przekazy, a premier wraz z zarządem zajęli przygotowane wcześniej miejsca.

– Proszę państwa – głos prezesa Korporacji NOVA był donośny i słyszalny w każdym zakątku sali – szanowni goście. W imieniu zarządu Korporacji serdecznie witam zgromadzonych, szczególnie premiera Rządu Światowego, pana Ruperta Lee!

Donośna owacja świadczyła o wielkiej popularności, jaką cieszył się młody, bo zaledwie sześćdziesięcioletni przywódca ludzkości, albo o strachu przed jego służbami. Prowadzący czekał cierpliwie, aż przebrzmią ostatnie echa aplauzu.

– Dziękuję za przyjęcie zaproszenia na dzisiejszy pokaz. Zaprezentujemy najnowsze odkrycie Korporacji NOVA, które będzie miało wpływ na naszą wiedzę o historii Ziemi i rodzaju ludzkiego. Ale nie tylko. Jak się państwo sami przekonacie, i to już za chwilę, badania profesora Noela są równie nietypowe, co zaskakujące, a ich wyniki brzemienne w skutki. I nie mam tu na myśli naszego sztandarowego projektu związanego z silnikami Higgsa. – Prezes założył ręce na piersiach, jakby zbierając siły przed dalszą częścią przemówienia.

Zapanowała absolutna cisza, zamarły nawet normalne podczas tego typu spotkań szepty. Szczupłe i wysportowane sylwetki subów zastygły w oczekiwaniu.

– Jeden z działów badawczych Korporacji NOVA zajmuje się fizyką; nazwijmy ją w uproszczeniu na potrzeby dzisiejszego spotkania fizyką złożoną – kontynuował mówca.

W odpowiedzi na impuls nerwowy wysłany przez prelegenta centralna SI budynku przekazała do cybernetycznych umysłów androidów wszelkie niezbędne informacje techniczne potrzebne do pełnego zrozumienia poruszanych kwestii, oczywiście z wyłączeniem tych objętych prawem patentowym.

– Mam przyjemność przedstawić państwu szefa działu neofizyki, profesora Noela, dwukrotnego laureata nagrody Nobla-Shao za odkrycia w dziedzinie fizyki cząstek i teorii superstrun, w tym udowodnienie istnienia dwudziestu sześciu wymiarów, a nie dziesięciu, jak wcześniej zakładano.

Sylwetka prezesa zdawała się rozpływać w powietrzu i wszyscy oczekiwali zmaterializowania się fantomu uczonego lub w najlepszym razie CDS-a sprzężonego z profesorem przebywającym być może na drugiej półkuli, o ile w ogóle znajdował się na Ziemi – gdy nagle pięciowymiarowy hologram przedstawiający bogato zdobione draperiami wnętrze zniknął. Oczom zebranych ukazało się grawiłóżko, na którym leżała potężna sylwetka.

Zaskoczenie było duże. Z uwagi na wielką masę i zanik pewnych partii mięśni współcześni ludzie nigdzie nie wybierali się osobiście; zastępowały ich w tym właśnie sprzężone z układem nerwowym CDS-y. Ale ci, którzy lepiej znali profesora Noela, wiedzieli, że żywił on głęboką niechęć do tego typu rozwiązań. Mógł sobie pozwolić na tak niekonwencjonalne i niepraktyczne gesty, choć nie znajdował zbyt wielu naśladowców. Schedą po ostatnich wiekach dominacji umysłu była ta drobna niedogodność i jedynie armia oraz służby specjalne dysponowały w pełni sprawnymi fizycznie funkcjonariuszami.

– Witam! – Tubalny syntetyczny głos, jakby wychodzący z głębi studni, generowała SI profesora. – Witam państwa! – Nie przejmując się wrażeniem, jakie wywarła jego osobista obecność, kontynuował: – Zostałem poproszony przez mojego szefa i przyjaciela zarazem – przechylił nieznacznie głowę w kierunku sektora zajmowanego przez członków zarządu – aby przedstawić najnowsze odkrycie mojego zespołu badawczego oraz pokrótce nakreślić wynikające z tegoż implikacje. – Przez masywną sylwetkę profesora przebiegł ledwo zauważalny dreszcz, gdy automatyka platformy przystąpiła do delikatnej elektrostymulacji mięśni. – Na wstępie przypomnę kilka wiadomości o fizyce obiektów zwanych potocznie czarnymi dziurami. Wiedza ta jest istotna dla pełnego zrozumienia, nad czym pracował mój zespół przez kilka ostatnich lat. – Gdy wypowiadał te słowa, w jego głosie pojawiły się młodzieńcze nuty, w których tuż obok dumy pobrzmiewały niecierpliwość i chęć podzielenia się swoim odkryciem z całym światem. Gdyby nie znaczna masa i niewydolność mięśni, pewnie podskakiwałby z emocji jak małe dziecko przed swoją pierwszą pozaplanetarną wyprawą. – Ciało to, co jest powszechnie wiadome, skrywa w swoim wnętrzu czasoprzestrzenną osobliwość wywołaną ogromną siłą grawitacyjną...

Profesor popatrzył uważnie po twarzach najbliżej siedzących CDS-ów, a widząc pełne skupienia spojrzenia, podjął wątek:

– Jeśli czas w uproszczeniu potraktować jako wiązkę energii – przed oczami słuchaczy pojawiały się coraz to nowe wielobarwne wizualizacje – ogromne przyciąganie czarnej dziury powoduje jej pofałdowanie i „porwanie” części niby-kwantów tego strumienia, a w konsekwencji załamanie jego struktury i spójności. Fluktuacje wywołują reakcje samej wiązki czasu, która dążąc do odzyskania postaci ciągłej i liniowej, łączy się w sposób dosyć przypadkowy z najbliższymi dostępnymi elementami strumienia. Wyrwy wywołane działaniem ogromnego przyciągania zostają załatane, ale elementy tej układanki często niezbyt do siebie pasują. – Grube wargi profesora ułożyły się w coś na kształt uśmiechu. – Powstają zamknięte krzywe, a związana z nimi materia ulega przemieszczeniu w dół lub w górę tego strumienia.

Zebrani siedzieli zupełnie nieruchomo. Androidy tej klasy mogły trwać w takim stanie przez długie lata, bez konieczności ładowania ogniw ze źródeł zewnętrznych, wykorzystując w pomieszczeniach odizolowanych od energii słonecznej energię zderzających się cząsteczek gazu.

– Zgodnie z teorią względności – profesor nie wdawał się w szczegóły, wiedząc, że dzięki pakietom informacji przesłanym przez SI budynku goście dysponują już wiedzą dorównującą tej, jaką posiadali absolwenci studiów technicznych w dawnych czasach – układ, dążąc do zachowania równowagi, dokonuje wymiany materii lub energii w ilościach wprost proporcjonalnych do tej przesłanej w dół lub w górę strumienia. Regułą jest, iż proces ten przebiega gwałtownie i następuje dyfuzja energii, co przydarzyło się już kiedyś na Ziemi. Konsekwencją była choćby zagłada dinozaurów i pojawienie się Rowu Mariańskiego.

Pomimo pozornego spokoju atmosfera na sali była aż gęsta od przekazów informatycznych kierowanych przez suby za pomocą NetLogu do swoich Domi. Dla SI budynku nie stanowiło to jednak żadnego problemu. Wykorzystywała swoje możliwości zaledwie w kilku procentach.

– Pod wpływem ogromnej grawitacji proces ten może również, ale dzieje się to niezwykle rzadko, ulec spowolnieniu i przebiega wtedy stosunkowo łagodnie, materia nie ulega rozbiciu na cząstki elementarne. Mamy w takich przypadkach do czynienia z faktyczną podróżą w czasie z punktu A do punktu B i na odwrót, z jednoczesną wymianą równoważnych ilości materii.

– Jeśli to jest kolejna, niesprawdzona informacja – gdzieś z głębi sali dobiegł głos jakiegoś sceptycznego słuchacza – taka jak ten wasz silnik SH, to marnujemy tu czas. Skróćcie te naukowe rozważania.

Niecierpliwy delikwent został zaraz uciszony przez sąsiadów, a profesor zachowywał się tak, jakby w ogóle nie zauważył tego incydentu.

– Dzieje się to samoistnie we wszechświecie od miliardów lat. Najnowsze projekty badawcze Grawastara C-1411 oraz czarnej dziury Sigr A umożliwiły Korporacji NOVA realizację odwiecznego marzenia ludzkości: zbudowaliśmy wehikuł czasu!

Początkowe chłodne zainteresowanie audytorium zmieniło się w gorączkowe podniecenie. Nawet premier uniósł się w swoim grawifotelu do pozycji pionowej, rozprawiając o czymś żywo z członkami zarządu.

– Proszę państwa! – głos profesora z trudem docierał do rozemocjonowanych cybernetycznych głów, a raczej białkowych umysłów sterujących nimi Domi. – Nie chciałbym nadmiernie rozbudzać państwa nadziei i śpieszę wyjaśnić, iż określenia „wehikuł czasu” użyłem trochę na wyrost, z sentymentu do literatury science fiction! – Jeszcze bardziej podniósł głos, ale na salę zaczął już wracać spokój. – Ilość energii potrzebnej do zainicjowana tej wymiany jest tak ogromna, że musieliśmy nasze laboratorium badawcze usytuować we wnętrzu ziemskiego Słońca. Nie było to trudne z technicznego punktu widzenia, ale prawdziwym wyzwaniem okazało się kontrolowanie jej przebiegu. Wykorzystaliśmy wszelkie rezerwy dostępnych SI oraz całego NetLogu i osiągnęliśmy wszystko, co ludzkość na tym etapie wiedzy jest w stanie osiągnąć: przemieściliśmy w czasie obiekty o masie pojedynczego atomu, niwelując ją czasowo do zera poprzez miejscowe wygaszenie pola Higgsa.

Głos zabrał przewodniczący zarządu, który przerwał przedłużającą się ciszę, jaka zapanowała po oświadczeniu profesora Noela.

– Panie premierze, szanowni państwo, jest to przełomowe doświadczenie na skalę niemalże niespotykaną w dziejach nauki, porównywalną być może z odkryciem przez człowieka pierwszych metod rozpalania ognia czy wynalezieniem procesora. Koszty badań pochłonęły nasz pięcioletni budżet i wydawało się, że osiągnęliśmy kres możliwości. Moi koledzy z zarządu zaczęli cicho przebąkiwać o ogromnej stracie w działalności bieżącej i utracie zaufania akcjonariuszy, gdy... – Zamilkł na chwilę, zbierając myśli. – Panie profesorze, proszę wyjaśnić szczegóły eksperymentu Pandora.

Naukowiec zadrżał na swoim grawiłóżku, co miało być chyba odpowiednikiem ukłonu, i kontynuował przemowę, choć już bez poprzedniego entuzjazmu.

– Jak już mówiłem, byliśmy w stanie wysłać w przeszłość i przechwycić z powrotem tylko obiekty wielkości atomu. Ale nawet przy tych ograniczeniach perspektywy wydawały się obiecujące, przynajmniej z naukowego punktu widzenia. Na kolejnym etapie wysyłaliśmy w strumień czasu praktycznie niezniszczalne nanokamery, by zebrane przez nie dane odzyskać po setkach, a czasem tysiącach lat. Pierwsze próby przypominały, proszę mi wybaczyć to określenie, łowienie ryb z zamkniętymi oczami. Mimo to odnieśliśmy pewien sukces i dysponujemy teraz bardzo bogatym materiałem historycznym. Lecz nie o tym miałem mówić. – Profesor w zamyśleniu próbował wytrzeć czerwoną plamę po soku z syntwiśni, która pojawiła się na jego jasnej tunice. – Wiek ma swoje prawa. – Uśmiechnął się przepraszająco, odsuwając językiem dozownik. – Kolejnym etapem naszych działań i ich logicznym następstwem było zastąpienie stosunkowo prostych aparatów rejestrujących samoreplikującym się nanobotem z serii SU 6498. Ten ancymon, o czym państwo dobrze wiecie, jest w stanie na bazie pospolitych substancji mineralnych pochodzenia ludzkiego lub zwierzęcego i przy wykorzystaniu struktur białkowych nosiciela zbudować cyborga.

Przez salę przetoczył się szmer zaniepokojenia, gdyż technologia ta została zakazana w dominium ludzi już w dwudziestym piątym wieku z uwagi na protesty Strażników Ducha; to pod ich skrzydłami zrzeszyły się wszystkie religie, które przetrwały czas laicyzacji. Podobnie rzecz miała się z klonowaniem i bardzo popularnym wcześniej profilowaniem genetycznym.

Nieokiełznana ludzkość od wieków regularnie łamała wszelkie zakazy i nakazy, co doprowadziło ją nieraz na krawędź zagłady. Po konflikcie, w którym kompletnemu zniszczeniu uległy dwie z siedmiu zamieszkałych wówczas planet klasy Ziemia, wprowadzono powszechne warunkowanie podprogowe. Każdy obywatel, który chciał opuścić rodzimą planetę bądź zamierzał pracować w wojsku lub służbach siłowych, planował zajmować eksponowane stanowisko w administracji lub zasiadać we władzach korporacji o zasięgu międzyplanetarnym, musiał przejść proces profilowania obejmujący kodeks podstawowych norm etycznych i filarów prawa. Docierając do pokładów instynktów i odruchów bezwarunkowych, ingerowano tak głęboko w strukturę podświadomości, że delikwent poddany temu zabiegowi bezwarunkowo przyjmował jako swoje wartości implementowane mu przez techników Federacji.

Oczywiście miały miejsce masowe protesty i doszło do krwawych rozruchów, ale wizja zagłady ludzkości i świeża pamięć niedawnej wojny nakłoniły większą część społeczeństwa do niechętnej zgody. Przypominało to stosowanie w XX i XXI wieku antybiotyków – były niszczące dla organizmu, ale ratowały życie. W ten sposób udało się ograniczyć konflikty zbrojne do poziomu lokalnego i nastał kilkusetletni okres względnego spokoju.

Niemal wszyscy obecni na sali wstrzymali oddechy. Cyborgi, o których wspomniał profesor Noel, wykorzystywano jedynie w siłach zbrojnych i na młodych planetach poddawanych terraformowaniu. Bardzo rzadko Synod wyrażał zgodę na cywilne zastosowanie tej cyberbiotechnologii. Po chwili konsternacji głosy sprzeciwu przetoczyły się przez salę niczym sztormowa fala przez nadbrzeże.

– Proszę państwa – profesor uśmiechnął się dobrodusznie; jego grube, mięsiste wargi zdawały się rozcinać pulchną twarz na dwie części – działamy w majestacie prawa i stosowna zgoda została dołączona do plików, które przekazała państwu SI budynku. – Już w ciszy noblista kontynuował: – Z założenia schemat był prosty, bo musiał być prosty w tych konkretnych warunkach. Jednostka nano przedostawała się przez wytworzony sztucznie miniportal do miejsca przeznaczenia i tam, znalazłszy sobie „nosiciela”, replikowała się w środowisku płynów ustrojowych aż do osiągnięcia docelowo optymalnej liczby około pięciu miliardów w jednym mililitrze krwi, wzmacniając dodatkowo, niejako mimochodem, kości i mięśnie obiektu. Końcowym etapem transformacji miało być wytworzenie, w okolicach mostka nosiciela, SI zawiadującej całym tym biologiczno-cybernetycznym układem, wyposażonej w możliwość rejestracji nie tylko obrazów i dźwięków odbieranych przez człowieka, ale również jego myśli, wspomnień czy nawet marzeń sennych. W tym miejscu chcę zwrócić państwa uwagę na fakt, iż pod tym kątem operacja przebiegła zgodnie z planem. Osobnik poddany eksperymentowi nigdy nie chorował, był szybszy i silniejszy od swoich towarzyszy, przy czym wszelkie działania i decyzje podejmował autonomicznie.

– Skąd ta wiedza? Przecież sam pan powiedział, że ten eksperyment to wielka klapa – odezwał się gdzieś z głębi sali jakiś bardziej przytomny słuchacz.

– O tym będę mówił za chwilę – odparł niezbity z tropu naukowiec. – Muszę przyznać się też do drobnej porażki na tym polu. Nie wiemy jeszcze, co było jej przyczyną: błąd oprogramowania czy jego przypadkowa modyfikacja w trakcie przejścia przez portal, w każdym razie nie tylko nosiciel uległ cyborgizacji...

Profesor zawiesił głos, by zaraz, jakby bagatelizując sprawę, powrócić do głównego wątku. Uważny obserwator zauważyłby jednak jego niepewność i zmieszanie oraz ukradkowe spojrzenie skierowane na Mistrza Zakonu, Głównego Strażnika Ducha.

– Dlaczego nie zmodyfikować tym sposobem przeszłości tak, byśmy jako ludzkość uniknęli wielkich błędów naszej historii? – myśl jednego ze słuchaczy została przekazana prelegentowi i współtowarzyszom przez system informatyczny obsługujący spotkanie.

Pytanie należało do tych z gatunku oczywistych, więc odpowiedź profesora padła natychmiast:

– Poważniejsze zmiany naszej historii są niemożliwe. Jak dowodzą tego wcześniejsze eksperymenty na wirtualnych modelach matematycznych, większa, bardziej brzemienna w skutki ingerencja powoduje rozwarstwienie strumienia czasu i utworzenie alternatywnej rzeczywistości, a tym samym klapę całego projektu i brak możliwości odzyskania materiałów zgromadzonych przez SI cyborga. Ale cieszę się, że to pytanie padło – aprobujący wzrok profesora spoczął na dociekliwym uczestniku spotkania – bo zrozumienie tej kwestii jest kluczowe dla naszych dalszych rozważań. Wydawało się nam dotychczas, że zachowujemy bezpieczny margines, poprzestając jedynie na rejestracji zdarzeń, ale nasz ostatni eksperyment wymknął się spod kontroli...

Tym razem NetLog zaroił się od pytań, a niektórzy, nie mogąc doczekać się odpowiedzi, werbalizowali swoje uwagi, powodując hałas na sali.

– Zaraz wszystko wyjaśnię – zmęczony głos profesora wzbił się ponad harmider. – Dajcie mi państwo skończyć, a potem przejdziemy do dyskusji.

– Proszę o ciszę! – Oczy wszystkich obecnych spoczęły na wypowiadającym te słowa premierze Lee, a usłużna SI budynku wypięła na kilka sekund rozemocjonowane suby z NetLogu. Po tym pokazie siły, Domi, aby na trwałe nie stracić łączności ze swoimi subami, powściągnęli nerwy i zapadła cisza, zarówno w sieci, jak i na sali.

– Dziękuję, proszę kontynuować, profesorze. – Premier skinął nieznacznie ręką, a stary prelegent odetchnął z ulgą.

– Miejsca naruszenia spójności czasoprzestrzennej są najciekawsze z punktu widzenia grup badawczych, w związku z czym były to oczywiście pierwsze okresy dziejów naszej planety, które chcieliśmy poddać szczegółowej i metodycznej analizie w ramach programu Pandora. Taką, na nieszczęście adekwatną jak się później okazało, nazwę wybrali moi asystenci. – Głos profesora stał się bardzo oficjalny, a resztki wesołości i młodzieńczej witalności zniknęły jak zwierzęta w obliczu nadciągającej pożogi. – Dość powiedzieć, że wykryliśmy przypadkowe przemieszczenie małej dziesięciowiecznej osady wraz z mieszkańcami w dół strumienia, w okolice węzła czasowego o roboczej nazwie A1. Było to tak prawdopodobne jak wciągnięcie nosem ślizgacza międzykontynentalnego, przepraszam za ten kolokwializm, więc operacja uzyskała priorytetową rangę i stosowne fundusze.

Stary naukowiec jako jedyny na sali posiadał czysto ludzkie ograniczenia, więc chwilowa zwłoka spowodowana uzupełnianiem elektrolitów w organizmie spotkała się z pełnym zrozumieniem wszystkich obecnych.

– Stało się to, gdy w X wieku naszej ery – pomimo swojej masy profesor mówił z wielką swadą, żywo gestykulując długimi palcami – w Układzie Słonecznym pojawiło się ciało niebieskie, pozostałość po zapadnięciu się hiperolbrzyma o masie około sto razy większej od naszego Słońca. Specyfikację czarnych dziur tego typu macie państwo przed sobą. Jego energia była tak ogromna, że z łatwością mógł wymazać z gwiezdnych map Ziemię razem z całym układem macierzystym. Szczęściem przybysz był naszym „gościem” zaledwie jedną milionową część sekundy, nim rozpruty siłami grawitacyjnymi wszechświat zdołał się zasklepić, wypychając intruza na zewnątrz. Uniknęliśmy katastrofy o włos, dosłownie o włos. To właśnie ów kosmiczny podróżnik był inicjatorem i sprawcą całego zamieszania, które zamierzaliśmy dokładnie zbadać w ramach programu Pandora. I do pewnego momentu wszystko szło zgodnie z planem. Zidentyfikowaliśmy i poddaliśmy tradycyjnej obserwacji z wykorzystaniem nanokamer węzeł czasowy, a gdy grunt był w pełni przygotowany, wysłaliśmy na miejsce SU 6498. Niestety, coś musiało pójść niezgodnie z założeniami, bo nie oczekiwała na nas SI zawierająca relację z przebiegu zdarzeń, co więcej, wydawało się wręcz, że nigdy nie została wysłana! Po wielokrotnym sprawdzeniu danych wyjściowych eksperymentu ustaliliśmy, ale na gruncie czysto teoretycznym, w oparciu jedynie o modelowanie, że w wyniku naszej ingerencji musiało nastąpić wspomniane wcześniej rozwarstwienie strumienia czasu, a co za tym idzie – powstała alternatywna rzeczywistość.

Wszystkie oczy wpatrzone były w profesora z hipnotyzującą intensywnością. Naukowiec na chwilę zapominał, że nie znajduje się na sali wykładowej, wśród swoich studentów, i zaczął rozważania teoretyczne:

– W myśl teorii Szczepkowskiego możliwe jest przemieszczenie energii czy materii w bok strumienia i wgląd do światów alternatywnych. Aby tego dokonać, potrzebne jest spełnienie jednego warunku: setki miliardów istnień ludzkich musiałoby działać jak jeden umysł. Bagatela! Bazując na doświadczeniach Wei-Li z odizolowanymi kolonistami na jednej z planet układu Cenzona, teoretycznie... – Zamilkł nagle, wracając do rzeczywistości. – Szczegóły wyjaśnię później, o ile wyrazicie państwo zainteresowanie tematem. W każdym razie ustalono, iż obiekty kwantowe, takie jak fotony czy elektrony, ponieważ są bardziej odizolowane od środowiska, występują w wielu stanach w tym samym czasie, ale gdy już je widzimy, pokazują nam tylko jedno ze swoich oblicz, i to jest właśnie nasza rzeczywistość. Gdzie reszta? Czy zastanawialiście się państwo, co znajduje się pod tą powłoką rzeczywistości?

Nie doczekawszy się odpowiedzi, kontynuował:

– W uproszczeniu powiem tak: to intelekt utrwala rzeczywistość jak migawka historycznego aparatu fotograficznego. Podstawy teoretyczne tego procesu są skomplikowane i nie będziemy ich tu omawiać. Gdybyśmy wszyscy mieli absolutną pewność, że Ziemia jest bezludna, tak by było, przynajmniej w naszym wariancie rzeczywistości! Gdyby udało się przekonać ludzkość, ale w jednej chwili, w tym samym momencie, że widzi alternatywny obraz świata, znaleźlibyśmy się w innej płaszczyźnie rzeczywistości. To jest klucz do tych zamkniętych drzwi!

Profesor patrzył po zaskoczonych twarzach najbliżej siedzących CDS-ów z miną małego chłopca, któremu udał się jakiś psikus.

– To tyle, jeśli chodzi o ogólne nakreślenie naszej sytuacji. Sami państwo rozumiecie, że nie jesteśmy w stanie pokonać tej bariery, tak jak człowiek nie może bez osłon zgłębiać wnętrza czynnego wulkanu. Wracając jednak do projektu Pandora, pogodziliśmy się z fiaskiem; nie była to przecież pierwsza nieudana próba w dziejach nauki. Postanowiliśmy wyciągnąć z niej wnioski i ograniczyć się w przyszłości do biernego podglądania historii, gdy dwa dni temu do centralnej SI Korporacji dotarł pakiet zakodowanych danych nieznanego pochodzenia. W dobie współczesnej informatyzacji już samo to jest prawie niemożliwe, z wyłączeniem rozwiązań militarnych. Po odkodowaniu, co zresztą nie było specjalnie trudne, okazało się, że dysponujemy relacją czasową z przeszłości, począwszy właśnie od węzła A1, i były to dane dotąd dla nas niedostępne, dotyczące alternatywnej wiązki czasowej!

Rozbiegane spojrzenia i nerwowe ruchy subów w pełni odzwierciedlały emocje sterujących nimi Domi.

– O co w tym wszystkim chodzi, profesorze? – Głos premiera, w którym pobrzmiewało lekkie podenerwowanie, uciszył zebranych równie skutecznie jak wypięcie z NetLogu. – Może to żart jakiegoś dowcipnisia? Sprawdzono autentyczność pliku?

Stary naukowiec, gdyby tylko mógł, pewnie podrapałby się po brodzie z zakłopotaniem.

– Zrobiliśmy to w pierwszej kolejności. I niestety, a może na szczęście, nie mamy żadnych wątpliwości. Nagranie jest autentyczne. Biorąc pod uwagę implikacje, „wrzutka” konkurencji byłaby w tej sytuacji istnym darem niebios. Jak już mówiłem, obce pochodzenie pliku zostało potwierdzone i znaleźliśmy tylko jedno logiczne wyjaśnienie... – Przerwał, zbierając myśli. – Panie premierze, rzeczywistość alternatywna, utworzona w wyniku naszego nieudanego eksperymentu, znacznie wyprzedza naszą pod względem technologicznym i odlegli kuzyni po przyjacielsku pomachali nam ręką. Musimy liczyć się z faktem, że mamy u boku towarzystwo o ogromnym potencjale naukowym i możliwościach technologicznych, które trudno sobie nawet wyobrazić. No i drzwi pomiędzy nami otwierają się tylko w jedną stronę. – Stary naukowiec uśmiechnął się krzywo, jakby właśnie połknął gorzką pigułkę.

– Nie ma innej alternatywy? – Pytanie zadał CDS Mistrza, głównego Strażnika Ducha, którego Domi przebywało teraz fizycznie na statku wiele miesięcy świetlnych od Ziemi. – Musi być jakieś inne wyjaśnienie tej sytuacji.

Profesorowi, choć z trudem, udało się pokręcić przecząco głową, a serwomotory wspierające jego egzoszkielet zaszemrały delikatnie.

– Przykro mi, ekscelencjo, ale ja nie widzę innego wytłumaczenia. Roboczo przyjęliśmy wprawdzie również hipotezę, że ta informacja pochodzi z naszej struny czasu i została wysłana w odległej przyszłości, w której możliwości technologiczne umożliwiają przeprowadzenie takiej operacji, ale z oczywistych względów odrzuciliśmy ją już na samym początku rozważań.

– Jakie są te, jak pan je określił, oczywiste względy? – Mistrz, pomimo że reprezentował instytucję o podłożu religijnym, należał do grona najświatlejszych umysłów w Federacji i nieprzypadkowo zajmował tak eksponowane stanowisko.

W głosie profesora, gdy się odezwał, słychać było już tylko cień wcześniejszego ożywienia.

– Ekscelencjo, wyobraźmy sobie, iż na skutek jakiegoś zaawansowanego eksperymentu nasi potomkowie weszli w posiadanie tych informacji. Co ja bym zrobił na ich miejscu? – Profesor patrzył niewidzącym wzrokiem gdzieś poza salę, zaglądając do wyimaginowanego świata. – Cóż, pewnie szlifowałbym erudycję na licznych sympozjach naukowych i dawał pożywkę swemu ego, by mogło rosnąć w nieskończoność, ale nawet przez myśl by mi nie przeszło wysyłać te dane w przeszłość! Po co? Istniało milion innych sposobów na zwrócenie naszej uwagi, ale to... Nie, nie sadzę. Możemy założyć z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością, że istoty rozumne na tym etapie rozwoju są racjonalne w swoich działaniach.

– A ci obcy, jaki oni mieliby cel, przekazując nam taką wiadomość? – Wielki Mistrz pokręcił głową bez przekonania. – Nie prościej byłoby wysłać standardową notę dyplomatyczną, przynajmniej na pierwszym etapie kontaktów?

– Cóż... – profesor jakby zapadł się w sobie – myślałem i o tym. Jedyne wytłumaczenie, jakie przychodzi mi do głowy, to... działanie w stanie wyższej konieczności spowodowanej jakimś istotnym zagrożeniem. Ale na obecnym etapie to tylko moje spekulacje.

Pompy zaszemrały bezgłośnie, wtłaczając do ciała uczonego precyzyjnie odmierzone dawki środków neutralizujących adrenalinę.

– Ten obcy plik, ale powtarzam, że jest to subiektywna ocena mojego zespołu, był wstępem i miał za zadanie uwiarygodnić to, co teraz nastąpi, miał być łagodną introdukcją do czegoś znacznie gorszego. Oczywiście to tylko hipoteza...

Nieoczekiwanie ciszę przerwał premier, zwracając się do członków zarządu Korporacji NOVA:

– Proszę państwa, zanim poweźmiemy jakiekolwiek kroki, proszę o przedstawienie pełnego zapisu danych przesłanych w tym nieautoryzowanym pliku. Proszę również o ustanowienie bezpiecznego stałego łącza pomiędzy tą salą a sztabem generalnym Federacji.

– Oczywiście, oczywiście. – Prezes zarządu już wydawał stosowne polecenia. – Pełna transmisja z dotychczasowej części spotkania jest już na serwerach rządowych, reszta będzie przekazywana na bieżąco.

– Jeśli można, panie premierze! – Głos profesora Noela trochę drżał z emocji i zdenerwowania. – Jeśli można... – powtórzył ciszej. – Zapis z dziejów dziesięciowiecznej słowiańskiej osady, przeniesionej do około 35 000 roku p.n.e., który zaraz przedstawimy, nie może zostać odtworzony w wersji oryginalnej.

Cisza na sali była jedyną odpowiedzią na słowa naukowca. Zebrani ustawili receptory słuchu swoich CDS-ów na pełną moc, aby nie uronić choćby słowa z tego, co mówił przedstawiciel Korporacji.

– Już wyjaśniam dlaczego – dodał szybko profesor, widząc na twarzy premiera grymas niezadowolenia i zniecierpliwienia. – Część przekazu, którą udało nam się odtworzyć, jest w archaicznym i niezwykle skomplikowanym języku polskim. Należy on do grupy narzeczy słowiańskich, które na szczęście wyszły z użycia setki lat temu, po wprowadzeniu w całym ludzkim dominium univela jako języka urzędowego. To nie wszystko; dane zawierające wspomnienia, myśli i marzenia senne jednostki wytypowanej do transformacji zapisane są w języku staronordyckim, który stał się martwy jeszcze wcześniej.

W trakcie wygłaszania tego oświadczenia do uszu słuchaczy dotarły próbki przekazów w oryginale. Pomimo translacji dokonywanej na bieżąco przez osobiste SI pełne zrozumienie tłumaczenia było utrudnione z uwagi na specyficzną składnię i ograniczone słownictwo, przy jednoczesnej silnie rozbudowanej morfologii obu archaicznych języków.

– Oczywiście zachowaliśmy intonację, tembr głosu rozmówców i część wyrażeń gwarowych, aby w pełni oddać treść oraz klimat tamtego miejsca i czasu, ale pewne fragmenty, szczególnie w dialekcie staronordyckim, musieliśmy poddać głębokiej obróbce, więc to, co państwo usłyszycie, niewiele będzie odbiegało od języka współczesnego.

Jakby dla poparcia tych słów na ekranach podczaszkowych słuchaczy pojawiły się fragmenty oryginalnego słownika z pełną transkrypcją.

– Rok w jednym z tych martwych języków to ár – perorował profesor – wiosna vor, zaś grudzień, a raczej okres od czternastego grudnia do dwunastego stycznia nazywano mörsubur. Wschodowi słońca ci barbarzyńcy nadali nazwę sólarupprás, a zachodowi sólsetur sólarag. Jak niełatwym zadaniem było przetłumaczenie wszystkiego na zrozumiały dla nas univel, niech dowodzi choćby słowo pojutrze, które w staronordyckim brzmi następująco: ekki á morgun heldur hinn.

Profesor chciał się dalej zagłębiać w niuanse lingwistyczne, ale prezes korporacji Nova przywołał go dedykowanym impulsem nerwowym do rzeczywistości.

– No tak, no tak – zamruczał profesor. – Wybaczcie staremu akademikowi, przyzwyczajenia są drugą naturą człowieka, o ile nie pierwszą. – Westchnął głęboko, wyraźnie zmieszany. – Jeszcze jedna, może dwie uwagi podsumowujące. – Głos prelegenta był już matowy ze zmęczenia. – Dokonując translacji, uwspółcześniliśmy język, włączając do przekazu wiele słów i określeń obcych w tamtym okresie, nie zmieniając przy tym pierwotnego sensu wypowiedzi. Ale oczywiście do państwa dyspozycji są też materiały oryginalne. Może to mało istotny szczegół, ale lubię wyjaśniać wszelkie wątpliwości, najlepiej zanim się pojawią. Wiemy z relacji, że wikingowie, czyli lud zamieszkujący w tamtym okresie Półwysep Skandynawski, od dłuższego czasu przebywali na ziemiach Słowian, więc nauczyli się w stopniu komunikatywnym ich języka. Wprawdzie niekiedy ich mowa była niemalże niezrozumiała dla tych ostatnich, ale obydwie strony radziły sobie zadziwiająco dobrze. W toku translacji pominęliśmy oczywiście te łamańce, co jak myślę wyszło samej historii na dobre. – Kąciki warg profesora uniosły się nieznacznie, szykując się do kwaśnego uśmiechu, ale zaraz opadły, jakby mówiący przypomniał sobie, że nie ma już siły na takie zbędne gesty. – Dla skrócenia samej relacji – kontynuował – i jej przejrzystości część wydarzeń przedstawimy w narracji pierwszoosobowej, z punktu widzenia jednostki poddanej nanotransformacji. Gdybyśmy chcieli pozostać całkowicie wierni oryginałowi, transmisja trwałaby miesiącami.

Przed audytorium pojawił się fantom niezwykle pięknej kobiety, o cechach urody orientalnej, jak zresztą większość populacji Federacji. Kwieciste kimono dodawało postaci tajemniczości i podkreślało idealne proporcje ciała, zaś czarne proste włosy zdawały się lekko falować, niby rozwiewane delikatnymi podmuchami wiatru. Do receptorów CDS-ów dotarł subtelny zapach kwietnej łąki nagrzanej promieniami słońca. Zmysłowość fantomu była niemal namacalna. Kobieta przyciągała wzrok jak bukiet delikatnych herbacianych róż na polu kaktusów, jak rozbłysk światła w całkowitej ciemności. SI budynku wykonała naprawdę dobrą robotę, jak zwykle.

– Szanowni państwo! – Głos w subtelny sposób harmonizował z postacią, łechcząc uszy odbiorców swoją zmysłowością do tego stopnia, że gdy ucichł, słuchacze, bez względu na płeć, mieli poczucie wielkiej straty, jakby paletę barw pozbawiono nagle ciepłych kolorów. – Zanim zapoznamy państwa z relacją z wyprawy w minione wieki, jeszcze jedna uwaga techniczna. Przedstawimy dwie niezależne relacje z wydarzeń, które rozgrywały się na ziemiach słowiańskich dziesięciowiecznej Europy. Jedna pochodzi z przekazu nanokamery, który uzyskaliśmy w fazie przygotowawczej do głównego eksperymentu, druga natomiast to dane otrzymane w zaszyfrowanych obcych plikach. Uznałam (SI posiadały dosyć dużą autonomię działania), że dla pełnego obrazu należy pokazać oba te pliki łącznie. Aby nie nadużywać państwa cierpliwości, za chwilę rozpocznę pokaz. Ograniczyliśmy prezentację materiałów do niezbędnego, ale spójnego minimum.

Postać kobiety rozpłynęła się wdzięcznie w powietrzu. Z miejsca, w którym stała, rozległ się stłumiony trzask dartego techplastu i materia rzeczywistości zaczęła się wybrzuszać. Pęczniała coraz bardziej, niczym wielka bańka mydlana, by w jednym krótkim drgnięciu otworzyć się jak kwiat, ukazując zebranym w pełni pięciowymiarową projekcję, oddaną z taką dokładnością, iż wydawało się, że wystarczy zrobić kilka kroków, by stać się nie tyle obserwatorem, co pełnoprawnym uczestnikiem wydarzeń.

– Tanie sztuczki jak dla... – Słowa jakiegoś zdegustowanego widza zagłuszył szum wiatru i skrzypienie maltretowanego drewna.

Rozdział I – Rok 994

Zbliżał się wieczór. Zawierucha, która szalała na zewnątrz, uderzała w drzwi z regularnością kowalskiego młota. Stare drewno trzeszczało pod jej naporem, dzielnie stawiając opór szalejącej na zewnątrz furii.

Widząc zatroskane spojrzenie żony, Sławoj machnął uspokajająco ręką.

– Cóżeś taka zestrachana? Nieraz ci gadałem, że chałupa solidna i żaden wiater jej niestraszny. – Surowe dwuizbowe wnętrze pełne jednak było dymu, który zamiast wydostawać się na zewnątrz poprzez otwór w dachu, krążył pod powałą wtłaczany porywami wichury do środka.

Hałas przy drzwiach nagle zmienił natężenie.

– Patrz, matka, jakby to ludzkie ręce miało, dziwy jakoweś. – Gospodarz splunął w ogień dla odegnania złych mocy. Łomotanie przybrało na sile, a w tle dało się słyszeć głosy. – Obacz, kogo bogi niosą w tę ciemnicę. – Sławoj machnął ręką w kierunku młodego chłopaka śpiącego na skórach z tyłu chaty, a sam złapał za gruby drąg, który trzymał zawsze na podorędziu. Wyrostek, zaspany i zły, że przerwano mu smaczną drzemkę, ale i zaciekawiony, powoli ruszył się z miejsca.

– Kto zacz!? – zawołał, przekrzykując zawieruchę.

– Otwórzcie! Prowadzę wozy kupieckie z towarami dla kniazia naszego. Jest ze mną dwóch parobków i piątka Waregów do obrony, ale ciężko nam iść dalej, a i bydlęta są padnięte. Otwórzcie!

Młody chłopak spojrzał na ojca i widząc jego aprobatę, odciągnął drewniany dybel. Wiatr porwał drzwi z impetem, wpuszczając wraz z gościem tumany grubego śniegu. Młodzieniec w ostatniej chwili chwycił skórzany pas przytwierdzony mocno do drewnianej połaci i, choć z wielkim trudem, zamknął ją za przybyszem.

– Maćko, zapewne strudzeni są wielce, zaprowadź wóz i ludzi do stodoły, nakarm ich oraz bydlęta – powiedział gospodarz do syna, a ten, znając ciężką ojcowską rękę, szybko wymknął się z domu, łapiąc po drodze skórę niedźwiedzia wiszącą na drewnianym kołku przy drzwiach. Wyleciał na podwórzec niczym strzała wypuszczona z łuku; niewiele widział przez tumany śniegu, ale usłyszał dobiegające zza białej kurtyny głosy i skierował się w ich stronę. Po paru krokach ujrzał woły i wozy, a wokół nich gromadkę ludzi rozcierających zgrabiałe dłonie. Przyodziani byli w długie futrzane płaszcze sięgające kostek, a spod kapturów wystawały metalowe nosale hełmów.

Chłopak trzęsącym się z zimna i strachu głosem zwrócił się do olbrzyma, który wyszedł mu naprzeciw:

– P-p-panie, chodźcie za mną do stodoły, ociec kazali. – Mówiąc to, skierował się do dużego budynku z nieociosanych bali, stojącego nieopodal.

– Idziemy, bo nam tu kulasy przymarzną do ziemi, a bez nich ciężko będzie mieczem czy toporem robić – odezwał się jeden z brodaczy i cała grupa ruszyła w ślad za młodym przewodnikiem.

– Może tu i ciepłe piwo będą mieć! – zakrzyknął inny. – A dziewek ci się nie zachciewa, Ormie?

Olbrzym, który pierwszy wyszedł chłopcu na spotkanie, zdzielił kompana w plecy. Nie zrobiło to na nim większego wrażenia, ale był tak grubo ubrany, że pewnie ledwo poczuł uderzenie.

– Eryku – jęknął tylko – zimno tu jak w Niflheimie, więc nie dziw się, że do gorącego napitku mi tęskno. A o dziewkach pogadaj z Haraldem, on żadnej nie przepuści, nawet kozy uciekają, czując jego smród z daleka, jakby coś przeczuwały.

– Ty ślepy synu Hodura i żmii o jadowitym jęzorze – odezwał się wyzywany z imienia Harald. – Nic dziwnego, że zdrowy mąż myśli często o niewiastach i miodu z ich rogów chce kosztować. A że każdy inaczej smakuje, więc zanim się ustatkuję, popróbować muszę wielu odmian, by wybrać najsmaczniejszy i najsłodszy, bo przecież przyjdzie mi go potem pić do końca moich dni. Czy to moja wina, że boska Freya tak często rzuca na mnie czar miłości? I czy moją winą jest, że trwa ona nie dłużej niźli do pierwszej nocy spędzonej wspólnie z wybranką?

Czysty, swobodny i przyjacielski śmiech przebił się na chwilę przez huk wiatru, ale zaraz został zagłuszony wściekłym wyciem.

Dopiero gdy ta wesoła wilcza kompania znalazła się w środku, zobaczył Maćko, z kim tak naprawdę ma do czynienia. W słabym świetle łojowych kaganków sylwetki wojów wydawały się nienaturalnie wielkie, a wyobraźnia zrobiła resztę. Rozglądał się trwożnie, chcąc jak najszybciej uciec z tego miejsca, gdy jeden z olbrzymów wskazał na niego swoim wielkim paluchem.

– Ty, mały, ciepłą strawę i piwo, ale migiem, bo jak cię... – zwrócił się ostro do chłopaka, koślawiąc niemiłosiernie słowiańskie narzecze.

– Spokój, Sven! W gościnie jesteśmy, a nie wśród wrogów, trzymaj język za zębami. – Wareg, którego kompani zwali Erykiem, zmitygował druha. Po czym spojrzał na młodzika, kładąc mu ciężką dłoń na ramieniu. – Poproś, synu, gospodarzy o ciepłą strawę dla nas, bo nadchodzi mroźny kvöld, a ten zimny wiatr skuł swoim oddechem nasze kości, a niektórym, jak widać, i pomyślunek. – Mówiąc to, zmierzył groźnym wzrokiem swojego krewkiego towarzysza.

– Pewnie – chłopak biegł już w kierunku wrót stodoły, jakby dostał skrzydeł – pewnie, panie, matka kaszę z mięsem warzyła, pewnikiem coś się ostało. – Ostatnie słowa wypowiadał, będąc już na zewnątrz.

Tymczasem w głównej izbie domostwa gospodarz zrobił miejsce przy ognisku.

– Zachodźcie, a śmiało – zachęcał. – Gość w dom, bóg w dom, zachodźcie. Pewnie jesteście zmarznięci i głodni?

– Ano, okrutna pogoda, gospodarzu, nie widziałem takiej od lat. Ale w chacie, przy ogniu to i taka zawieja niestraszna. – Gość otrzepał ze śniegu grubą derkę, która go okrywała, i z zadowoleniem zajął miejsce niedaleko strzelistych jęzorów ognia. Ciepło szybko roztopiło płatki śniegu; z mokrych, zlepionych włosów przybysza spływały powoli strumyczki wody, a było jej tak dużo, że kapała z brody i nosa, sycząc po zetknięciu z rozgrzanymi kamieniami paleniska. – Niech bogowie wynagrodzą ci twoją gościnę – rzekł do Sławoja, a widząc niewiastę niosącą miskę gorącej strawy, aż klepnął się z zadowolenia po udach, potrząsając przy tym głową niczym zmoknięty kundel.

– Odsuńcie się, panie, od ognia, bo mi go zgasicie!

Śmiech gospodarza był głośny i zaraźliwy. Po chwili połowa domowników rechotała pod nosem wraz z samym obiektem żartu. Przyjemne ciepło rozchodziło się po kościach, czyniąc zimny świat za drzwiami odległym i nierealnym.

– Mówicie, że towary dla naszego kniazia wieziecie. Wiele on ich zapewne potrzebuje w tak wielkim grodzie, przecież tam ze siedem setni ludzi żyje, a samych zbrojnych to też ze setka będzie.

– O tak, kumie – odpowiedział kupiec pomiędzy jedną a drugą łychą kaszy. – Książę nasz planuje na wiosnę wielką wyprawę wojenną przedsięwziąć dla zdobycia łupów i wysłał mnie na północ po sól i dodatkowy oręż, ale z tego, com dowiedział się po drodze, pewnikiem szybciej bronić mu się przyjdzie, niźli atakować.

– Mam ci ja dwóch synów w jego drużynie – rzekł Sławoj, ale po jego minie znać było, iż nie jest to dla niego powód do dumy, a raczej utrapienie. – Matka wysłała do grodu jednego z naszych parobków, coby uprosili u kniazia zwolnienie ich do domu na kilka nocy. Przecie w taką duję nic tam po nich. Jak żeście dobijali się do drzwi, tom myślał, że może moi wrócili.

– Toć, gospodarzu, okryją się sławą i łupów nawiozą po powrocie z wyprawy – powiedział niewyraźnie kupiec z ustami pełnymi gotowanego mięsa i kaszy. Następnie czknął, zadowolony poklepał się po wydatnym brzuchu, otarł rękawem usta i ułożył wygodnie na legowisku nieopodal ognia.

– Nie łupów mi potrzeba, ale na wiosnę rąk do roboty w polu, a i służba u kniazia w czas wojny niebezpieczna. – Gospodarz nie wyglądał na przekonanego. Nagle jakby sobie coś przypomniał: – Jakże to prawicie, bronić się będziem? Opowiadajcie, co tam w świecie słychać. My tu w głuszy żyjemy, jeno z wilkami i niedźwiedziami możemy pogadać, i jeszcze czasem mytnik nas nawiedzi, coby ziarno wziąć dla grodu, ale i to szczęściem nieczęsto. Tfu! – Splunął, jakby dla odegnania złego uroku. – Gadajcie, co tam w świecie?

– Niespokojne czasy idą, gospodarzu, nie tylko nasz kniaź do walki się sposobi. Słyszałem ci ja, iż to Nieme wielkimi i mniejszymi watahami ruszać się zaczęli, tedy mam ze sobą dobrych wojów na podorędziu. Zacni to bitnicy, potężni jak tury, wściekli w boju jak rozjuszone niedźwiedzie, za nic mają rany i choćby zębami im przyszło gryźć, walczyć będą. Dwie niedziele nazad napadła moją karawanę banda zbójców, hołota i biedota jakaś, ale było ci ich ze dwie dziesiątki, a Waregowie, choć jeno w pięciu, pozarzynali ich niczym pisklaki. Każdy jeden wart dziesięciu naszych zbrojnych!

– To mówicie, że Nieme się ruszyli...? – ni to zapytał, ni westchnął gospodarz. – Masz ci los, jeszcze tego nam potrza. Przecie my tera Krystusowe syny jak i oni, jakże to się godzi...

– Ludzie na szlakach kupieckich gadają – przybysz usadowił się wygodniej i wziął wielki łyk piwa z glinianego dzbana – że margrabia Stanberg ma dziurę w skarbcu i dla podratowania szkatuły sposobi się do zbrojnego najazdu. Nic to, że my, Polanie, już drzewiej przyjęliśmy jedyną prawdziwą wiarę chrześcijańską. Cesarstwo, za cichym przyzwoleniem kościoła sowicie opłacanego ze zdobyczy wojennych, traktuje nas jak barbarzyńców i łupi niemiłosiernie, ot co.

– Tedy my musimy być gotowi do ucieczki za mury grodu, bo nam gardła poharatają, psubraty – zauważył gospodarz. – Choć w taką pogodę i psa nie wypędzisz w pole, tedy pewnikiem żołdactwo niemieckie siedzi po zamkach i kasztelach, wyglądając wiosny.

W chacie zapadła pełna napięcia cisza. Wieśniacy zdawali sobie sprawę, że pozbawieni ochrony grodu i kniaziowskich wojów trafią pod miecz w pierwszej kolejności, ku rozrywce pijanego zwycięstwem lub rozdrażnionego porażką żołdactwa.

– Ech, lepiej by nie było tej bitki z Niemymi. – Sławoj westchnął przeciągle, ale zaraz dla odegnania smutków przepił do gościa. Cienka strużka jasnego płynu pociekła mu po brodzie, zostawiając na lnianej koszuli nowy, ciemniejszy ślad.

– Twoje zdrowie, kumie! – Kupiec nie pozostał dłużny i kilkoma potężnymi łykami osuszył gliniany dzban.

– Ale skądżeś, człowieku, wziął takich srogich wojów? Swarożyc ci ich zesłał czy jakoweś inne bóstwo? – Sławoj dorzucił polan do ognia, aż z paleniska buchnął w górę snop żółtych iskier.

Kniaź nakazał modlić się do nowego Jedynego Boga, ale gdzieżby pozostać bez opieki starych i sprawdzonych dobrych bóstw czy zaniedbać przeproszenia tych straszniejszych.

– Nie są ci to demony, jeno tędzy wojacy z zamorskich krain, których dwie dziesiątki nasz kniaź najął od swego protektora Mieszka. Przyjechali do nas przez Ruś z całym swoim dobytkiem, kobietami i dziećmi, jako że pono planują pozostać na naszych ziemiach dłużej. Król ich, którego oni zwą konungiem, Eryk Zwycięski, zawarł z naszym władcą pakt, na mocy którego Mieszko córkę swoją Sygrydę za mąż za niego wydać obiecał i szlaki handlowe udostępnić w zamian za pokój, broń i wojów.

– To i z niewiastami wędrują? – dziwił się Sławoj. – A jakie one? – zapytał z uśmiechem. Pszenne piwo wypite do posiłku rozgrzewało mu nie tylko głowę, ale i krew. – Mówcie, nadobne?

– Gospodarzu, wysokie to białogłowy, silne jak ich mężowie, jasne włosy jako i nasze mają, ale piersi to niczym góry jakoweś – zarechotał kupiec – niczym głowa dorosłego człeka. – Wypowiadając te słowa, oblizał się lubieżnie i zamlaskał dla lepszego efektu, kreśląc dłońmi dziwne piruety.

– Tedy pewnikiem nasze młodziki miodu od tych pszczółek kosztować nie przestają? – rzucił gospodarz, dolewając pienistego trunku.

– Pewnie by chcieli, ale boją się tych srogich mężów, a jak się trafi odważniejszy, jego głowę z własnym przyrodzeniem w gębie znaleźć można, i to wbitą na pal przed grodem. Taki ci los. – W głosie mówiącego pobrzmiewały tęsknota i żal. – Cóż począć, nasze na szczęście też nadobne, a i wilcze kły im z łona nie wystają!

Śmiali się, chowając w dłoniach czerwone od trunku i ognia twarze.

– Matka, słyszycie? – Gospodarz był w coraz weselszym nastoju. – Toż ty pewnie tych wikingów córa, boś silna jak tur, a i goniłaś mnie zawsze od siebie jako gza jakiegoś. – Zaśmiał się z własnego dowcipu.

– A goniłam, stary, boś ty zawsze prędko zaczynał i jeszcze prędzej kończył, a tera od skrzypienia twoich gnatów uszy puchną i tyle – gospodyni odcięła się szybko, ale w głosach tej dwójki słychać było nie tylko wzajemny szacunek, ale i wiele czułości oraz przywiązania, choć w jesień życia weszli już dawno.

Nagle twarz Sławoja spoważniała jakby ścięta mrozem.

– Nieme idą, mówicie... A co ze spyżą? – zapytał. – U nas jej niezbyt dużo przez te zawieruchy, a i zapolować nie można. Z trzech myśliwych, których wysłałem, wrócił jeden, a i ten z pustymi rękami. Reszta pewnikiem w grodzie tę duję chce przeczekać.

– Źle, gospodarzu, próbowałem kupić co po drodze, ale miejscowi jako i wy mają ledwie na własne potrzeby i chyba siłą trzeba by im wydzierać ostatnie worki zboża, bobu czy soczewicy. A i rzepy mają niewiele. Nie przeżyłem takiej zimy i starzy ludzie mówili, że jak pamięcią sięgają, drzewiej takiej pogody nie było. Kara to bogów czy co...?

Jakby w odpowiedzi w tym momencie ognisko sypnęło gwałtownie iskrami, by zaraz potem przygasnąć, gotując się niczym przyczajony kocur. Domownicy spojrzeli bez słowa po sobie.

– Dość na dziś – stwierdził gospodarz. – Jesteście strudzeni i czas odpocząć przed kolejnym dniem. Dalibóg może synkowie zjawią się z dobrymi wieściami.

Znużeni rozmową i napitkiem, ułożyli się wygodnie, grzejąc w cieple ogniska.

– Maćko – rozległ się głos Sławoja – idźże, nicponiu, do stodoły i zaproś wojów do chałupy, w kupie cieplej i raźniej będzie.

Wysoki, barczysty młodzieniec wybiegł w białą od śniegu noc, ale nie czuł zimna; głowę miał zaprzątniętą myślami o boginiach z wąską kibicią i piersiami, których dwie dłonie objąć nie zdołają, dziewkach, których silne, długie nogi oplatają plecy mężczyzny niczym grube liny, biorąc od niego wszystko, co im jest w stanie dać, i domagając się wciąż więcej i więcej.

– Nie masz ci u nas takich, oj, nie masz... – mruczał cicho pod nosem, ale wizja własnego przyrodzenia potraktowanego ostrym żelazem szybko ostudziła jego gorącą młodą krew.

Nowi goście wypełnili chatę prawie do granic możliwości, ale zaraz zalegli po kątach na posłaniach ze skór, które skwapliwie przygotowała im gospodyni. Zrobiło się cicho, jeśli nie liczyć potężnego chrapania. Półmrok rozświetlały słabe nocne pochodnie i żar w palenisku.