Yeti - Daniel C. Taylor - ebook
Opis

CO ZROBIĘ Z Yeti, KIEDY JUŻ GO ZNAJDĘ? POWINIENEM UMIEŚCIĆ GO W ZOO, UGOŚCIĆ W SWOIM DOMU, A MOŻE ZAMKNĄĆ W MUZEUM?
Daniel C. Taylor przez niemal 60 lat badań zadawał sobie te pytania. Doprowadziły go do wyjaśnienia zagadki legendarnego człowieka śniegu.
Badacz znalazł odpowiedź w dolinie Barun – najbardziej dzikiej dżungli Nepalu, miejscu, gdzie w duchu idei Thoreau człowiek żyje w harmonii z naturą, korzystając z jej darów i otaczając ochroną. Dzięki determinacji i zaangażowaniu Taylora, w Himalajach utworzono kilka parków narodowych i krajobrazowych, wytyczono także największy w Azji obszar chroniony.
Poszukiwania Yeti dały początek nowym sposobom dbania o najbardziej zagrożone rejony naszej planety, a jednocześnie przyniosły rozwiązanie odwiecznego dylematu: kim (lub czym) tak naprawdę jest Yeti – fascynującym zwierzęciem człekopodobnym czy może symbolem czegoś głębszego, co drzemie w każdym z nas?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 494

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


I. Karawana jaków autora przemierzająca przełęcz Shao La, gdzie w 1921 roku wyprawa rekonesansowa na Mount Everest widziała Yeti.

Tytuł oryginału: Yeti: The Ecology of a Mystery

Copyright © Daniel C. Taylor, 2017

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

Redaktor prowadzące: Sylwia Smoluch, Weronika Jacak

Redakcja: Piotr Chojnacki

Korekta: Paulina Jeske-Choińska, Magdalena Owczarzak

Projekt typograficzny i łamanie: Teodor Jeske-Choiński

Projekt okładki: Urszula Gireń

Fotografia na okładce: Afrandee Bulan | Shutterstock.com

Zdjęcie na wyklejce: Daniel C. Taylor

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66278-84-4

Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@wydawnictwopoznanskie.com

www.wydawnictwopoznanskie.com

Idź i szukaj za Górami –

Coś przepadło za Górami

Przepadło i czeka na ciebie. Idź!

Poszedłem więc, zniecierpliwiony tak,

Nie mówiąc nic sąsiadom,

Wykradłem się, z plecakiem i końmi –

Zostawiłem ich pijących w mieście.

A wiara, która porusza góry

Nie łagodzi trudów

Na pierwotnym górskim szlaku

W dół i w górę.

A głos, zły jak Sumienie,

Wieszczy nieprzemijające zmiany

W jednym upartym Szepcie,

Co wzywa w dzień i w noc,

„Coś przepadło. Idź, znajdź to…”.

RUDYARD KIPLING

Mieszkańcom wioski Shyakshila w Nepalu,

którzy chronią dolinę Barun… oraz Yeti

I wam, którzy pielęgnujecie swobodę w swoim życiu

Zagadki i wyzwania. Wstęp

II. Pasterze jaków na wschodniej ścianie Mount Everestu. Gama Valley, przełęcz na wysokości ponad 5000 m n.p.m.

HISTORIA TA ZAKREŚLA ŁUK od mojego dzieciństwa w Himalajach, kiedy odganiałem małpy od moich zabawek, aż do założenia dwóch parków narodowych u podnóża Mount Everestu. Tym, co połączyło odganianie małp od zabawek i parki narodowe pod Mount Everestem, jest Yeti.

Tajemniczy Yeti według himalajskich legend jest człekopodobnym zwierzęciem zamieszkującym śniegi w pobliżu Mount Everestu. Legendy zmieniły się w poważne badania z powodu śladów stóp. Żadne opowieści nie zostawiają śladów – dlatego, skoro istnieją ślady, musi istnieć również istota, która je zostawiła. Odciski stóp zaś o tym samym wzorze, pojawiające się na przestrzeni ponad stu lat, stanowią dowód, że nie jest to jeden dziwaczny zwierzęcy trop, ponieważ gdyby ślady zostawił jakiś pojedynczy wynaturzony egzemplarz, po latach ta istota by umarła, a charakterystyczne odciski przestałyby się pojawiać. Ponadto odnajdywanie śladów o tym samym wzorze, ale w różnych rozmiarach, sugeruje, że zostawia je jakaś populacja.

Moja książka objaśnia, jakie zwierzę zostawia te ślady. Kiedy zacząłem badania, istniały już liczne wyjaśnienia. Odciski mógł zostawić nieznany dzikolud, który od ponad stu lat unika rozpoznania. Mogły pochodzić od nieznanego zwierzęcia, nieczłekokształtnego, spokrewnionego może z gigantyczną pandą lub gorylem, do którego śladów są intrygująco podobne. Trzecie wytłumaczenie brzmi, że ten, kto je zostawił, jest znany, ale jeszcze niezidentyfikowany jako posiadacz odcisków stóp wyglądających na ludzkie. I, oczywiście, czwarta możliwość – Yeti jest zmaterializowanym duchem: nie zwierzęciem, ale istotą nadnaturalną, która według nauki nie może, nie ma prawa istnieć.

Wiarygodności debacie dodają ślady stóp. Fakt, że ślady stóp odnaleziono, nigdy nie został podany w wątpliwość. „Coś” musiało te ślady zostawić. Dziś nadal ludzie znajdują tajemnicze odciski. Co i raz ktoś robi im zdjęcie. I tak, Yeti żyje naprawdę, ponieważ wyimaginowane zwierzęta nie zostawiają śladów. Ślady zostawiają tylko prawdziwe zwierzęta. Dlatego, tak jak Mount Everest, Yeti „gdzieś tam” jest, więc tak jak ci, którzy próbowali wspiąć się na Mount Everest, ja zacząłem szukać wyjaśnienia odcisków stóp.

W ramach moich poszukiwań odkrywałem ślady. Uśpiłem istotę, która je zostawiała, i powielałem w gipsie modelarskim najwcześniejsze odciski, szczególnie te znalezione przez słynnego Shiptona w 1951 roku. Rozwiązywanie zagadki trwało od 1956 do 1983 roku. Przeszukałem 2,5 tysiąca kilometrów Himalajów, ich południowe zbocza (Indie, Nepal, Bhutan) i północne stoki w chińskim Tybecie. Podczas kilkudziesięciu wspaniałych wypraw w ciągu 50 lat odwiedziłem prawie każdą dolinę przecinającą góry i nauczyłem się wielu lokalnych narzeczy.

Ale, ku mojemu zaskoczeniu, rozwiązanie zagadki śladów stóp nie wyjaśniło „kwestii Yeti”. Kiedy w latach osiemdziesiątych informacje o moich odkryciach obiegły media na całym świecie, uświadomiłem sobie, że Yeti to zarówno symbol idei, jak i prawdziwe zwierzę. Moje poszukiwania ewoluowały. Badałem koncepcję większą niż himalajska zagadka: kwestię relacji ludzkości ze środowiskiem naturalnym. Przez „naturalny” rozumiem świat nieopanowany przez ludzi, ten, w którym natura żyje. Yeti jest zatem nie tylko stworzeniem zostawiającym ślady, ale też symbolem ludzi żyjących w zgodzie z naturą.

Dorastałem w latach pięćdziesiątych na skraju indyjskiej dżungli. Była to dzika dżungla, z której atakowały zwierzęta, fascynujący świat, i pod opieką dziadka i ojca nauczyłem się w nim poruszać. Jednak tamten dziki świat, jak dżungla, już prawie przestał istnieć, a moje poszukiwania doprowadziły do odnalezienia innej dziczy, tej, która ciągle nam towarzyszy. Teraz zagrożenie stanowią istoty ludzkie. To my jesteśmy niebezpieczni, ty i ja, ponieważ dawne środowisko naturalne zmieniliśmy w inne – bakterie, których nasze leki nie potrafią zwalczyć, gospodarkę, która jest nieprzewidywalna, społeczeństwa, w których ludzie wykorzystują własne ciała do przenoszenia bomb, zmieniający się klimat, który sprawia, że zmienia się wszystko.

Porzuciwszy Naturę, która niegdyś nas żywiła, ale nie pozostawała pod naszą kontrolą, wkroczyliśmy obecnie w nową rzeczywistość, nad którą również nie potrafimy zapanować – i która stanowi prawdziwe egzystencjalne zagrożenie. Kiedyś baliśmy się naturalnej dziczy, teraz powinniśmy się bać dziczy stworzonej przez człowieka. W miarę jak środowisko naturalne się zmienia, tropy zostawiane przez ludzką egzystencję tworzą ciągły ślad naszego życia przebiegający przez to większe życie, nad którym nigdy nie umieliśmy zapanować. Podróż ta jest podstawowym wymiarem istnienia. W tym świecie szklanych ekranów, który właśnie sobie zbudowaliśmy i w którym obrazy mogą być prawdziwe lub stanowić „efekty specjalne”, poza szklaną taflą, w tej potężniejszej egzystencji, wyrasta dziki świat, którego człowiek nie zaplanował, ale który z całą pewnością stworzył.

A po wyjaśnieniu śladów stóp i odkryciu pozostałości starego naturalnego świata, gdzie żyje zwierzę, odbyłem z wieloma kolegami po fachu podróż, która doprowadziła do powstania parków narodowych. Podeszliśmy do tego nie w zwykły sposób, by chronić gatunki zwierząt (w tym przypadku Yeti i jego sąsiadów z dżungli), lecz odnajdując nowe podejście w zarządzaniu parkami narodowymi. Skoro istota Natury zmieniła się z powodu człowieka, to do życia zgodnie z tym nowym charakterem potrzebna jest nowa metoda, by zmienić ludzkie działania.

W Nepalu i chińskim Tybecie, położnych pomiędzy największymi populacjami ludzkimi Indii i Chin, zaszczepia się nowy sposób życia z Naturą. Zapoczątkowany został w Parku Narodowym Makalu–Barun w Nepalu, gdzie odkryto sekret Yeti. Rok później przeniknął do Obszaru Chronionego Annapurny; oba projekty przyjęły nową strategię ochronną dla całego Nepalu, nadzorowaną przez nepalskich naukowców i urzędników, daleko wychodzącą poza sposób prowadzenia parków, kiedy zajmowała się nimi armia. W Tybetańskim Regionie Autonomicznym przylegającym do dżungli Yeti, ludziom ufa się w jeszcze większym stopniu. Powstał Narodowy Rezerwat Przyrody Czomolungma (Mount Everest), ówcześnie największy obszar chroniony w Azji. Akcja nabrała rozmachu i założono osiemnaście kolejnych rezerwatów w Tybecie, niektóre znalazły się wśród największych na świecie. Razem chronią „najwyżej położony region Ziemi dla najwyższych potrzeb Ziemi”.

Skupione na człowieku podejście do ochrony przyrody było wówczas prawie herezją (mimo że kilka lat wcześniej zostało omówione na Trzeciej Światowej Konferencji o Obszarach Chronionych na Bali). Największe organizacje ekologiczne i sławni uczeni rozmawiali o pomyśle, ale go jeszcze nie wdrożyli. Potrzeba nowych bezpośrednich relacji ze środowiskiem naturalnym nie dotyczy tylko powstających parków, ale całego świata. Przy podejściu skoncentrowanym na ludziach ochrona środowiska może się rozwinąć na szerszą, naprawdę globalną skalę i jednocześnie najniższym kosztem. W miarę jak przez ostatnie ćwierć wieku pojawiało się coraz więcej dowodów, podejście skupione na ludziach zaczęło być powszechnie akceptowane.

W 1985 roku mieliśmy odlewy gipsowe, które pasowały do nieznanych śladów. W 1992 roku dzięki tropowi powstały parki narodowe i obszar w sercu Himalajów został objęty ochroną. Tej osobistej historii poświęciłem wcześniejszą książkę, Something Hidden behind the Ranges (San Francisco 1995). Opisałem też tworzenie parku narodowego, a szczególnie rozszerzanie go na Tybetański Region Autonomiczny, w dwóch innych książkach: w rozdziale 20 Just and Lasting Change: When Communities Own Their Futures (Baltimore 2016, wyd. II) oraz rozdziale 8 Empowerment on an Unstable Planet: From Seeds of Human Energy to a Scale of Global Change (Nowy Jork 2012).

Mimo to Yeti jednak nadal mnie interesuje, nie jako zwierzę, ale jako symbol i idol. Symbol i idol mają moc, ponieważ tę moc nadaję im ja – ja, który jestem; są wezwaniem do pełniejszego życia. Ten trop Yeti zgłębia kwestie liczącego trzy miliony lat pochodu istot ludzkich, które codziennie oddzielają nas od pradawnej natury. Dlatego w 2010 roku wróciłem do poszukiwań Yeti; minęło 55 lat od pierwszego razu. Wkroczyłem do już znajomych, chronionych na zawsze dolin, które nanieśliśmy na mapę podczas dziesięcioleci tworzenia parku. W czasie tych osobistych poszukiwań w chronionych obecnie dolinach znalazłem dzikie zwierzęta: teraz było ich więcej, a pierwotne środowisko mocniej tętniło życiem, niż kiedy „odkrywaliśmy” doliny.

Czy Yeti to fasada? Tak, dla pewnych „rzeczy” wymagających wyjaśnienia. Czy Yeti to maskotka? Tak, symbol naszego zaginionego ogniwa ewolucyjnego. Tak więc, czy Yeti ciągle jest zagadką? Jeszcze raz tak: niepokojącą zagadką. Podczas moich pielgrzymek dotarłem tam, gdzie planeta wyrasta prosto do nieba, przemierzałem największą dzicz na Ziemi. Poszedłem szukać za górami, zniecierpliwiony, „wykradłem się z plecakiem i końmi” oraz „wiarą, która porusza góry”.

A dziś to wezwanie do zrozumienia może być ciągle aktualne, jeśli każdy z nas będzie szukał. Natura znajduje się poza naszą kontrolą; procesy życiowe angażują siły większe niż DNA. Podwójna helisa owija to zaproszenie, splatając spirale mitu z nauką, prowadząc do wyjaśnienia, które opisuje nie protoplazmę, ale fundament całego istnienia: Boga, Brahmę, Qi, Allaha, Gaję, Drogę, cokolwiek. Siły te dają odpowiedź, skąd ty i ja pochodzimy, wyjaśniają stratę i oczekiwanie… coś ukrytego, do czego wszyscy musimy dojść.

W przytulnej kawiarence albo miejskim apartamencie przychodzi pokusa, by uwierzyć, że to, co sobie ukształtowaliśmy jako miejsce do życia, zbudowany przez człowieka świat miast z naszymi domami, jest lepsze niż łono Natury. Ale prawdą jest, że to zbudowane rękami człowieka środowisko nadal funkcjonuje w Naturze. Za naszymi zamkniętymi drzwiami żyją siły, moce tak potężne, że miliard lat temu zmieniły zwykłe atomy w świadomą formę życia. Siły, które stworzyły naturę samego Życia, nie zniknęły. One stworzyły naturę z ogromnej energii, z której nadal czerpiemy. Mogę myśleć, że żyję za tymi drzwiami, ale czy żyję prawdziwie wtedy, kiedy oczekuję tylko, że nie zabłocę butów, lub kiedy podkręcam (lub przykręcam) klimatyzację, bez względu na to, jak przegrzana jest planeta? Nie, nigdy nie porzuciliśmy natury; ona idzie do nas, nawet przez zamknięte drzwi.

Tak więc podczas tych dwóch wypraw, kiedy wróciłem na pielgrzymkę do krainy Yeti, otworzyłem drzwi, przekroczyłem próg i wszedłem do chronionych dolin. Wracając do pierwotnej przyrody, przeszukując ponownie dżungle i lodowce, wędrowałem przez najwyższe góry i najgłębsze doliny w poszukiwaniu żyjącego tam wciąż dzikoluda. I odkryłem coś, co umknęło mi, gdy jako dziecko bawiłem się w głuszy. Książka opowiada o tej podróży.

Przedstawione tu rozmowy odtwarzałem z pamięci. Gdy przez wszystkie lata poszukiwań toczyłem te dyskusje, kodowałem w umyśle płynącą z nich naukę. W wielu przypadkach dosłowne sformułowania zaczerpnąłem z notatek, ponieważ w tamtych czasach prowadziłem prywatny dziennik. W innych czerpałem słowa z luźnych zapisków, w których streszczałem wydarzenia na gorąco, a które przez lata nabrały większego znaczenia, tak jak historia zagadki, którą wyczytałem w gazecie w wieku jedenastu lat, doprowadziła mnie do szerszego zrozumienia wyzwań, jakie stawia życie.

A teraz, przed rozpoczęciem lektury tej historii, chciałbym dokonać dwóch prezentacji. Po pierwsze, pozwólcie sobie przedstawić zwierzę „Yeti”, ale teraz jako zwierzę o konkretnej nazwie. Yeti w mojej książce jest postacią o potrójnej tożsamości: zwierzęcia, zagadki i symbolu. Dlatego właśnie jest pisany dużą literą. Następnie przedstawiam wam krainę, gdzie Yeti zostawia ślady stóp: Himalaje, siedzibę śniegów (z sanskrytu:himá – śnieg, ālaya – siedziba). Gdy przybyli tu Brytyjczycy, zbzikowali na punkcie gór, zmienili nazwę na Himalaje, zdobywali kolejne szczyty. Ale dla ludzi, którzy od wieków żyli w upałach u ich podnóża, była to odnawiająca się siedziba, cel pielgrzymek, miejsce, gdzie mieszkają ożywione duchy i gdzie można znaleźć recepty na życie (takie jak recepty przypominającego Yeti Hanumana). Książka, w takim rozumieniu, opowiada o Himalajach – miejscu, a nie Himalajach – górach.

Zapraszam czytelnika w głąb tej zagadki i magii. W tych poszukiwaniach jest „coś” (Yeti), co jest czymś więcej niż „ja” (ty, czytelnik, oraz ja, poszukiwacz). Ta energia i to zwierzę wzywają: W jednym upartym Szepcie, co wzywa w dzień i w noc, „Coś przepadło. Idź, znajdź to…”.

1. Przybycie do dżungli Yeti

1.1. Szczyt Shockpa (Yeti) u wejścia do doliny Barun.

LUTY 1983 ROKU. Stoję u wejścia do doliny Barun. „Nie ma w Nepalu dzikszej dżungli niż Barun”. Tak powiedział mi dwa lata wcześniej Jego Wysokość król Nepalu. Jego uwaga nie dziwi, ponieważ to właśnie tutaj wiele lat temu Ted Cronin i Jeff McNeely odkryli Yeti na górskim grzbiecie. Od czasu ich odkrycia żaden poszukiwacz Yeti nie zbadał tej dżungli. Nie odmówiono im zgody, bo też nikt o nią nie prosił. Poszukiwania skupiały się w wysokich pokrytych śniegiem partiach gór, gdzie w 1951 roku Eric Shipton zrobił słynne zdjęcie odcisku stopy strasznego śnieżnego człowieka.

Jego Wysokość powiedział mi:

– Można nazwać Yeti śnieżnym człowiekiem, ale bez względu na to, co zostawiło ślady, zwierzę to musi mieszkać tam, gdzie może się ukryć. A ze wszystkich moich dżungli Barun jest najdziksza. Gdybym chciał zapolować na Yeti, udałbym się właśnie tam. – Król palił fajkę, siedzieliśmy w jego gabinecie pod koniec pałacowego dnia pracy, a nogi trzymaliśmy na skórze irbisa śnieżnego. Zaprzyjaźniliśmy się na studiach doktoranckich. – A jeśli z jakiegoś powodu Yeti potrzebuje śniegu – ciągnął król – niewiele jest bardziej odciętych od świata lodowców niż te, które zasilają rzekę Barun. Tam ciągle opada śnieg z Everestu, Lhotse i Makalu i tworzą się ogromne lodowce.

Gdy spojrzałem w dół na rzekę Barun, zauważyłem, że znaczniki w wąwozie pokazują tylko niewielkie wahania poziomu jej wód. Zwykle w porze monsunowej objętość wody w himalajskich rzekach zwiększa się stukrotnie. Tymczasem oznaczenia nie wskazywały większych zmian wysokości. I tak, już u wejścia do doliny natknąłem się na pierwszą zagadkę.

– Mnóstwo niedźwiedzi i bambusa – powiedział mi Ted, kiedy przez telefon spytałem go o Barun. Zażądałem dokładniejszych informacji. – Strasznie trudno się poruszać – ciągnął. – W tej dżungli nie ma żadnych szlaków. Parę dni wyrąbywaliśmy sobie drogę i posunęliśmy się naprzód tylko kilka kilometrów.

Podczas rozmowy nie uwierzyłem Tedowi, że nie ma szlaków, ponieważ w Himalajach wszędzie są szlaki. Ale kiedy patrzyłem teraz na dolinę, nie widziałem żadnego miejsca, którym mógłby biec szlak. Drogę zagradzały urwiska. Aby je ominąć, trzeba by wspiąć się na grzbiet, po czym zejść z powrotem do doliny. Wysokościomierz pokazywał tu 1020 metrów, a mapa informowała, że pobliski grzbiet z 3000 metrów wznosi się do 7800 metrów w miejscu, gdzie łączy się z Makalu, Lhotse, a potem z Everestem.

Makalu, najbliżej położony z tych trzech szczytów i piąty co do wysokości na świecie, znajduje się tylko 25 kilometrów stąd. Ale bezpośrednio przede mną rozpościera się wyjątkowo gęsta dżungla. W Barun i w północnej części doliny występuje fenomen pogodowy niespotykany nigdzie indziej na świecie. To jedyne miejsce, gdzie powierzchnia ziemi unosi się do poziomu prądu strumieniowego w górnych warstwach atmosfery, który obiega całą planetę. Kiedy spływa z Everestu, Lhotse i Makalu, wytwarza strefę niskiego ciśnienia. Strefa ta pcha ciepłe powietrze z Indii w górę doliny Arun, jednej z najgłębszych na świecie. Powietrze zawraca w miejscu, w którym stoję, i przesuwa się do Barun. Kiedy zderza się z chłodną masą powietrza z Everestu, Lhotse i Makalu, pada śnieg, pada najintensywniej w całych Himalajach. Śnieg nie pochodzi z wilgoci zawartej w chmurach, lecz z powietrza zassanego z niżej położonego obszaru.

Wróciłem do obozu, opłaciłem tragarzy. Nasza grupa wędrowała tu przez pięć dni, ale tempo, w jakim tragarze ruszyli w dół szlaku, pozwoli im jutro dotrzeć do rodzin. Przy mnie zostali teraz tylko członkowie ekspedycji, nie dzielni „Everestczycy”, nie uznani naukowcy, ale moja rodzina: żona Jennifer, jej dwudziestojednoletni brat Nick i mój dwuletni syn Jesse. Dwoje pozostałych, Bob i Linda Flemingowie, dołączą do nas za dziesięć dni. Bob jest wybitnym znawcą przyrody Himalajów. Razem, on i ja, planowaliśmy tę wyprawę przez trzy lata. Na tropie Yeti byłem już od dwudziestu siedmiu lat.

A oto kolejna, wyraźnie widoczna zagadka doliny. Tutaj, u zbiegu rzek Barun i Arun, w górę i w dół doliny Arun widać wioski położone na terasach wysoko na zboczach, na których nie da się wcisnąć kolejnego pola, a domy najwyraźniej oddalone są od wody. Skoro tak wielu ludzi tłoczyło się na ewidentnie bardzo trudnym zboczu Arun, dlaczego w żyznej dolinie Barun nie ma ani jednego pola? I szlaku? Cała dolina Arun jest zamieszkana. W żyznej dolinie Barun nie ma wcale domów. Co powstrzymuje przed nią nawet miejscowych?

Następnego dnia rano w namiocie usłyszałem, że Pasang rozpala ogień. Wyszedłem na poranne powietrze i na skale oddalonej o 50 metrów zobaczyłem mężczyznę ubranego na zielono, z ładowaną od strony lufy strzelbą obok. Jego oczy, uważne i ciekawskie, badały nieznany obóz. Wyciągnąłem w jego stronę rękę z kubkiem i gestem poprosiłem, by podszedł. Pasang dmuchał w węgle ogniska. Nie poruszywszy żadną gałązką, minutę później nieznajomy wszedł do obozu. Ale gdzie się podziała jego broń?

Nie mogłem oderwać oczu od stóp przybysza. Przez lata spędzone w Himalajach widywałem stopy zgrubiałe od odcisków, o palcach rozczapierzonych jak szpony ptaka i gołe stopy całkowicie przylegające do ziemi w chwili, gdy jej dotknęły. Te stopy jednak są inne. Palce rozgarniają kamienie i szukają stabilnego podłoża, co wskazuje na osobę, która bezwiednie stara się iść po bezpiecznym gruncie.

Przykucnęliśmy przy ognisku. Ustawiony na węglach czajnik Pasanga bulgotał i wirowały w nim herbaciane liście. Przybysz obserwował, jak Pasang wsypuje do kubka mleko w proszku, a potem ostentacyjnie dodaje podwójną porcję cukru. Jesteśmy we trzech: mężczyzna, który ma strzelbę, zatem kłusownik; dawny tybetański koczownik, obecnie zatrudniony jako kucharz; i biały łowca poszukujący pewnego zwierzęcia. Palce u stóp kłusownika, chociaż mężczyzna kuca, nieustannie są w ruchu – szykuje się do skoku czy po prostu jest zdenerwowany?

Z namiotu wychodzi mój szwagier, Nick. Pasang miesza słodką herbatę z mlekiem dla Nicka, dla siebie i dla mnie.

– Skąd pochodzisz? – pytam myśliwego.

– Z Shyakshili.

– Gdzie to jest?

– Tam, na grzbiecie.

Milczymy, tylko woda w czajniku bulgocze.

– Jak się nazywasz, przyjacielu z dżungli?

– Lendoop.

– A co tu robisz tak wcześnie rano?

– Tak tylko przechodziłem.

– A czemu nosisz broń, Lendoopie?

– Nie noszę.

– A więc co miałeś ze sobą kilka minut temu na tamtej skale?

– Po co tu przyszliście?

– Szukamy zwierząt w dolinie Barun.

– Nie znajdziecie ich.

– Dlaczego?

– Bo nie dostaniecie się do Barun.

– Mamy zezwolenie.

– Bez znaczenia, i tak tam nie wejdziecie.

– Dlaczego?

– Tam nie ma ścieżki. Biali nie potrafią chodzić bez ścieżki.

– Dlaczego?

– Bo nie ma ścieżki.

– Może zrobimy sobie ścieżkę? To tylko dżungla.

– Nie będziecie mieli gdzie zrobić ścieżki.

– A może znasz jakichś ludzi, którzy mogą nam pomóc?

– Ile płacicie?

– Dwadzieścia rupii za dzień.

– Nie znajdziecie nikogo.

– A za ile znajdziemy?

– Trzydzieści rupii za dzień.

– Może zapłacimy dwadzieścia pięć.

Lendoop zagląda do swojego kubka. Jest pusty. Pasang go napełnia. Lendoop uśmiechem prosi o dodatkową porcję cukru. Pasang dokłada mu trzecią.

Od niechcenia wznawiam przepytywanie.

– Jakie zwierzęta żyją w dżungli?

– Wszystkie.

– A na przykład?

– Serau.

– Jakie jeszcze?

– Goral.

– I jakie?

– Pandka ruda, pantera, dzik, mundżak, piżmowiec, niedźwiedź, irbis śnieżny, tar, trzy gatunki małp.

– Nahur górski?

– Nie, te zwierzęta znajdziecie w Thumdum, dwie doliny na wschód.

– Jakieś szakale?

– Czasem, nie zawsze.

– Na jakie zwierzęta polujesz?

– Nie poluję.

– A w dżungli są jakieś małe koty?

– Tak, dwa gatunki kotów błotnych.

– A ryby w rzece?

– W Arun, tak. W Barun, nie. Barun za szybko płynie. To niebezpieczna rzeka.

– A są w dżungli dzicy ludzie, bun manchi?

– Nie.

Lendoop zerka na dno kubka. Pasang napełnia go i wsypuje dwie łyżeczki cukru.

– Są jakieś wioski w dolinie Barun?

– Jak mogą być? Mówiłem, że tam nie ma ścieżek – mówi z pogardą.

– Chodzisz czasem do dżungli?

– Nie, nie ma takiej potrzeby.

– Skąd bierzecie mięso do jedzenia?

– Zabijamy owcę albo kozę.

– A może taniej by było zastrzelić dzikie zwierzę z twojej strzelby?

Ale Lendoop wie, czego chcę, więc wreszcie łamie gałązkę i człowiek, który przez świat zewnętrzny zostałby nazwany analfabetą, rysuje na ziemi zakrzywione linie. Wskazuje najdłuższą i mówi:

– To jest Barun. Tutaj są wielkie góry, wysoko nad doliną, wszystkie pokryte lodem i śniegiem. Tu Makalu, a tu druga wielka góra, Lhotse.

Linie zakrzywiają się na ziemi. Przy niektórych pojawiają się znaczki.

– To następna rzeka, Mangrwa, tu wpływa. U źródeł Mangrwy nie ma wielkich gór, tylko przejście do Tybetu i Chin, bardzo łatwe, bez strażników. Za zbiegiem Mangrwy i Barun dopływają strumienie, jak te, Hinju i Payrenee.

Rysunek jest prosty, różni się od wszystkich map, amerykańskich, brytyjskich, nawet od tajnej mapy indyjskiej armii, jakie do tej pory przestudiowałem. Na ziemi znajduje się dokładny szkic Barun, który w dodatku wygląda, jakby zachowywał jednolitą skalę.

– Jak długo musimy iść, żeby dotrzeć do miejsca, gdzie łączą się Mangrwa i Barun?

– Nie możecie iść. Nie ma ścieżki.

– A jak długo ty tam idziesz?

– Jeden dzień.

– A ile, jeśli zabierzesz nas ze sobą?

– Jeśli jesteście silni i zrobimy ścieżkę, trzy dni.

– Trzy dni? W trzy dni możemy dojść do Khandbari.

– Nie. Dojście tutaj z Khandbari zajęło wam cztery dni. I jeszcze jeden dzień, żeby dostać się do Khandbari.

Miał rację. Mieszkańcy doliny musieli sobie podawać informacje o nas, szczególnie ci wędrujący przez Arun, zważywszy pytania, jakie zadawałem.

– Czy ludzie znaleźli kiedyś w dżungli shockpa albo po gamo?

– Nie – odpowiada Lendoop. – Shockpa to nie zwierzę.

Te słowa są jak kubeł lodowatej wody wylanej w upalny dzień. Nagle Lendoop wstaje, oddaje kubek i odchodzi przez gąszcz. Czy to krótkie zdanie oznaczało koniec negocjacji?

Tyle drogi za nami, a teraz wiemy już, że zwierzę nie istnieje. Od wielu lat powtarzałem, że wieśniacy będą wiedzieć od razu, kiedy trafimy we właściwe miejsce. Mówiłem, że przez wiele dni będziemy musieli wysłuchiwać, że nie powinniśmy wchodzić do dżungli, że mamy nie szukać na własną rękę, skoro oni szukali przez pokolenia. Nick zrozumiał od razu. Mówił na tyle dobrze po nepalsku, żeby zrozumieć „nie” Lendoopa.

Dziadek zawsze mówił: „Słuchajcie miejscowych. Oni znają dżunglę”. To właśnie przy stole w jadalni dziadka, dwadzieścia siedem lat temu, po raz pierwszy spotkałem Yeti, jako jedenastolatek z oczami wytrzeszczonymi z ciekawości. Osiem lat wcześniej, kiedy miałem trzy lata, dziadek i tata zaczęli opowiadać mi o dżungli. Tropiliśmy tygrysy, aby chronić miejscowych, strzelaliśmy do dzików, żeby mieć mięso, ale, co najważniejsze, dżungla stawała się znajomym miejscem, po którym poruszaliśmy się sprawnie i ostrożnie.

– Kolejny etap poszukiwań przed nami – mówi Nick, przerywając moje zamyślenie. – Jakieś zwierzę musiało zrobić ślady odnalezione przez Cronina i McNeely’ego. Miejsce po ich obozie z tamtej nocy jest tuż nad nami, na tej grani. Czy Yeti istnieje, czy nie, to ślady są faktem. Coś przeszło tym grzbietem.

Mapy powstały na długo przed wejściem słowa pisanego do użytku. Przez 10 tysięcy lat mapy objaśniały ludzkie doświadczenia. Stanowiły formę wyrazu niemal tak starą, jak malowidła, tysiące lat starszą niż pismo. Sporządzanie i czytanie map to pierwsze umiejętności „literackie” człowieka.

Mapy wyryte na ścianach jaskiń obok rysunków polowań pokazują wyraźnie, że „poszliśmy tam i zdobyliśmy to”. Tysiącletnie mapy łączyły obraz Ziemi z rysunkami gwiazd – „jestem tutaj, zgodnie z położeniem tego tam”. Od czasu, kiedy nasz gatunek wyszedł z pierwotnej dżungli, ludzie używali tej umiejętności, by określić położenie.

Potem ludzie kierowali się w podróży wskazówkami, tak jak dziś używa się GPS-u. Lokalizując bogactwa naturalne, opisywali świat. Pierwsze greckie mapy Anaksymandra z VII wieku p.n.e. pokazują, że im bardziej oddalało się od cywilizowanego świata (Grecji), tym dziksze ludy można było spotkać. Na peryferiach mapy Anaksymandra ludzie przypominali zwierzęta. Pogląd ten potwierdzają Iliada i Odyseja Homera.

1.2. Rysunek Lendoopa przedstawiający system rzeczny doliny Barun.

Co logiczne, mapy umieszczały w centrum miejsce, które ludzie uważali za ojczyznę. Kiedy Brytyjczycy ogłosili powstanie imperium, określając definicję swego świata, na wszystkich mapach zaczęli oznaczać, że południk zero przebiega przez hol królewskiego obserwatorium w Greenwich. Gdy w III wieku n.e. wielki chiński kartograf Pei Xiu sporządzał swoje mapy, przyjął tę samą praktykę: rysował siatki, które rozchodziły się na boki od chińskiego imperium. Na wspaniałych arabskich mapach z IX wieku główny południk, kibla, kierował ku najważniejszemu miejscu, Mekce.

Celem mapy jest pomniejszenie obrazu świata tak, by dało się go objąć umysłem, i nawet 4 tysiące lat temu ludzie spłaszczali trzy wymiary do dwóch. Zanim człowiek zaczął latać, mapy zapewniały mu obraz z lotu ptaka. Przez 2 tysiące lat ludzie sporządzali mapy Europy, Chin, Indii, Afryki i Bliskiego Wschodu. Wcześniej niż matematycy kartografowie rozwiązali problem proporcjonalności i zmniejszali świat według skali (na przykład centymetr równał się jednemu kilometrowi). Przedstawianie świata w dwóch wymiarach pozwalało mapę zwinąć i nieść pod pachą – arcydzieło przenośnej wiedzy (a konkretnie podręcznej biblioteki) powstało więc 2 tysiące lat temu, na długo przed pojawieniem się komputerów.

Na mapie można było umieścić różne typy informacji: wskazówki dla podróżnych (tu jest przełęcz, a tu bród na rzece), rozmieszczenie zasobów (drewno, minerały albo pola), niebezpieczeństwa (możliwość uniknięcia wroga lub bagna). Gdy wędrowało się w nieznane, w świat różnych, potencjalnie nieprzyjaznych ludów, roślin, gór i rzek, mapa porządkowała niewiadome.

Umiejętność sporządzania map bardzo się rozwinęła od tych wczesnych początków. Dwa i pół tysiąca lat wstecz Arystoteles ugruntował kluczowy pogląd, że Ziemia jest okrągła. Obserwowano, jak statek wyłania się zza horyzontu: najpierw czubek masztu, potem cały maszt, wreszcie statek. Było oczywiste, że statek wyłania się zza zakrzywienia Ziemi. A z tego wyniknęło zrozumienie, jak przedstawiać świat w dwóch wymiarach. Wystarczyło też obserwować zaćmienie Księżyca. Słońce na pierwszy rzut oka jest okrągłe, Księżyc również, a w czasie zaćmienia widać wyraźnie okrągły cień Ziemi przesuwający się przez Księżyc. I wreszcie Arystoteles zauważył, że niektóre gwiazdy widać tylko z niektórych obszarów Ziemi – gdyby Ziemia była płaska, niebo wszędzie wyglądałoby tak samo. I tak zrozumiano, jaki kształt ma nasz świat; okrągła Ziemia stała się płaska… ale wszyscy rozumieli, że jest okrągła.

Dwa wieki później Eratostenes, pracując nad dokładniejszymi mapami, obliczył obwód kuli ziemskiej (z dokładnością do pół procent). Wykorzystał długość cieni obiektów o znanej wysokości w różnych częściach Egiptu. Skoro wieża o wysokości 30 metrów rzuca cień o długości 24 metrów w jednym miejscu i dokładnie w tym samym czasie obiekt o identycznej wysokości rzuca cień długi na 24,5 metra w innym miejscu, przyczyną musi być zakrzywienie Ziemi. Eratostenes doszedł też do wniosku, że Słońce wpływa na warunki na okrągłej Ziemi. Na kuli środkowy pas będzie najcieplejszy, tam, gdzie słońce grzeje najmocniej, potem znajdzie się pas umiarkowany, a wreszcie temperatura stopniowo będzie spadać aż do biegunów. Eratostenes wprowadził także termin geografia.

Ale mapy Himalajów stanowiły pewien problem. Dwieście lat temu Brytyjczycy zaczęli rysować mapy subkontynentu indyjskiego. Poczynając od Oceanu Indyjskiego, budowali wieże, prowadzili obserwacje i mierzyli odległości od wieży do wieży, rozgraniczali kraje, pustynie, dżungle, wyznaczali nawet wysokość szczytów, na które nie mogli się wspiąć. Chociaż potrafili zmierzyć Himalaje, odmówiono im wstępu na ich obszar. Dlatego urząd kartograficzny wysłał szpiegów. W młynkach modlitewnych mieli ukryte kompasy, a papierowe płachty w młynkach były naszkicowanymi mapami, nie tekstami modlitw. Sznur modlitewny miał sto koralików (nie zwyczajowe 108, po jednym dla każdego błogosławionego imienia Buddy). Przy każdym kroku szpieg przesuwał koralik, a kiedy doszedł do stu, zsuwał jeden z dziesięciu koralików dyndających na końcu sznura. Rysowali mapy dolina po dolinie. Ale żaden szpieg nigdy nie spróbował wejść do Barun.

Przed wyjazdem obejrzałem dolinę Barun na każdej mapie, jaką udało mi się znaleźć. Z wyjątkiem króla nie spotkałem nikogo, kto przeleciał nad nią i przeanalizował to, co zobaczył. Dlatego mapy Barun, które studiowałem, powstały na podstawie domysłów. Zwykle domniemywa się, że zbieg rzeki Barun z Arun znajduje się na wysokości 1127 metrów (więc jeszcze zanim wszedłem do doliny, wiedziałem, że mapy przekłamują odległości o jedną siódmą). Zakładano też, że u stóp Makalu bieg rzeki obniża się o 3350 metrów na odcinku 25 kilometrów. Przypuszczano, że dopływ dołącza od północy. Teraz Lendoop powiedział mi, że nazywa się Mangrwa.

Ale na 200 kilometrach kwadratowych dżungli w dolinie wszystko było niewiadomą. Czy rzeka ma zakręty? Prawdopodobnie, ale rzeka, która opada w dół o ponad 3 tysiące metrów na odcinku 25 kilometrów, będzie płynąć o wiele szybciej. Pewnie więc nie ma zakrętów. Stojąc u wejścia doliny, nie wiedzieliśmy, co nas czeka – z wyjątkiem gęstej dżungli i górskich zboczy wznoszących się do najwyżej położonych miejsc na Ziemi.

*

Chociaż nazywamy to podejście inaczej, podzielamy szacunek dla wiedzy wieśniaków, który samozwańcza, marginalizowana przez naukowców grupa nazywa metodą kryptozoologiczną, nauką dowiadywania się o zwierzętach tego, co tradycyjne ludy już wiedzą. Richard Greenwell, sekretarz Międzynarodowego Towarzystwa Kryptozoologicznego, poradził mi przed wyjazdem: „Niech pan wygrzebuje informacje ukryte w wiedzy miejscowych. Czasem ta wiedza pokrywa się z naszą… a czasem nie. Cała zabawa z kryptozoologią polega na tym, żeby korzystając z metod akceptowanych przez naukę, ustalić, czy tubylcy mają rację, czy się mylą”.

Tego wieczoru do obozu przyszli dwaj myśliwi i przyjęli zaproszenie na herbatę. Zawsze polują razem, powiedzieli, ponieważ mają jedną strzelbę na spółkę. Jedenaście lat temu tropili gorale wzdłuż koryta strumienia, w nadziei, że szum wody zagłuszy ich kroki i dzięki temu podejdą blisko zwierząt. Na brzegu strumienia zobaczyli dwa młode shockpa ochlapujące się wodą. Miały szare futro, które układało się na ich ciałach we wszystkie strony.

Wydedukowaliśmy, że shockpa to miejscowa nazwa Yeti. Nadchodzą kolejni informatorzy i nad kubkami z herbatą płyną opowieści o długich i wibrujących okrzykach shockpa. Inni zaprzeczają istnieniu po gamo i shockpa. Jeszcze inni twierdzą, że shockpa są duchami. Niektórzy nie przynoszą opowieści z dżungli, przyszli ot tak, z ciekawości, no i oczywiście na herbatę. Prawie wszyscy okazują lęk przed dżunglą i zapuszczają się w nią możliwie najrzadziej, mimo iż żyją na jej skraju.

Tylko myśliwych, którzy widzieli młode shockpa, otacza nimb wiedzy o dżungli. Wracają czwartego wieczora i chcą dostać pieniądze za swoją opowieść. Szczegóły pasują do po gamo i needene, o których słyszałem od lat. Ci dwaj myśliwi proszą, żebym wspiął się na wzgórze po drugiej stronie rzeki Barun, gdzie leży ich wioska, nie Shyakshila, i z tamtego grzbietu pokazują mi szczyt nad wąskim wąwozem, który jest wejściem do doliny Barun.

– Ten szczyt – zapewniają mnie mężczyźni – nazywa się Shockpa. Żyje tam wiele shockpa. Rzeka płynie po drugiej stronie.

Ale kiedy ich pytam, czy zabiorą nas nad rzekę, gdzie bawiły się młode, odmawiają. Już nigdy tam nie wrócą.

Nick zwraca uwagę na fakt, że wśród wielu relacji, które usłyszeliśmy, nawet dwa opisy shockpa nie pasowały do siebie, w przeciwieństwie do opisów dzikiej przyrody. Goście w obozie z obu stron Barun (wiosek Sibrung i Shyakshila) zgadzali się, że Shockpa to ten szczyt strzegący wejścia do doliny.

Codziennie rano jednak Lendoop wraca, a jego opisy są spójne. Daru obserwacji dowiódł tym, w jaki sposób dostrzega wszystko, co dzieje się w obozie. A kiedy zaczyna rozumieć, co się dzieje, z własnej woli rzuca się do pomocy. Od drugiej wizyty towarzyszy mu Myang, jeden z wodzów wsi Shyakshila. Po czterech dniach nikt inny nie chce iść z nami do dżungli. Lendoop i Myang, jak się zdaje, oznaczyli terytorium jako nasi przewodnicy. W jaki sposób takie decyzje przechodzą przez wioskowe hierarchie? Być może Sibrung i Shimong, dwie sąsiednie wsie, również mają myśliwych – ale ich myśliwi nie przyszli nigdy do naszego ogniska.

Namioty rozbiliśmy w połowie szlaku łączącego Indie z Chinami od tysiąca lat, albo dłużej. Miejsce jest znane jako Bazar Barun, chociaż jest to zwykła płaska, pusta polana. Jedynym budynkiem tutaj jest kamienna szopa, ale wszyscy mówią nam, że co jakiś czas odbywają się tu lokalne targi, a dwa razy do roku święto na cześć czystej Barun. Ludzie, którzy przebywają tę trasę, wypełniają swego rodzaju misję, wędrując w górę i w dół dolin Arun, opuszczając domy dla skromnych zysków na tym czy innym targu. Oni nie mają zapasu czasu, z którego my skorzystaliśmy, przez cztery dni po prostu siedząc i zbierając opowieści.

Przez środek naszego obozu biegnie szlak, na którym za dnia każdy handlarz, pielgrzym czy posłaniec jest potencjalnym informatorem. Staramy się nie okazywać szczególnego zainteresowania historiami o Yeti. W miarę jak piętrzą się opisy gęstej dżungli w dolinie za obozem, raz po raz potwierdza się, że mało kto ten las zna. Wydaje się, że sprawdzają się słowa króla: to najdziksza dżungla w Nepalu, każdy trzyma się od niej z daleka, nawet ci, którzy mieszkają na jej skraju. Wzruszają ramionami na sugestię, że mogliby tu zbudować dom i zaorać pole. Zapuszczają się tylko na skraj dżungli, rzadziej w pobliże szczytu Shockpa, żeby zebrać lecznicze zioła, trawę dla zwierząt, bambus i drewno.

Wielu przechodniów patrzy na nas ze zdziwieniem, szczególnie kobiety i dzieci. Ludzie ci nie są wędrowcami, którzy zatrzymują się na chwilę. W większości to kobiety i zwyczajem kobiet na subkontynencie indyjskim poruszają się grupami, a przychodzą zobaczyć jedną rzecz. Piątego dnia rano obudziły nas ciche szepty po drugiej stronie cienkich namiotowych ścian.

– Jesse.

– Jesse.

– Gdzie on jest?

– Jesse już wstał?

Kobiety czekają.

Jesse wychodzi z namiotu lekko popchnięty przez Nicka. Słyszymy z zewnątrz:

– To jest Jesse.

Zerkamy przez szparę, widzimy, jak Jesse idzie w ich stronę, ale potem odbiega za czymś, co go zaciekawiło, zabawnie podskakując, co wyraźnie wywołuje powszechną radość. Nie spuszczają go z oczu.

– Jego ubranie, widziałyście, takie brązowe, zielone i żółte?

– Patrzcie, jaki jest duży! Mówili mi, że ma dwa lata.

– Te żółte włosy błyszczą w słońcu jak słoma po żniwach.

Po śniadaniu, jak każdego dnia wyprawy, Jesse odbywa kąpiel. Mając tyle rzeczy do obejrzenia i zbadania, dwulatek brudzi się błyskawicznie. Pasang grzeje na ogniu wodę w gigantycznym garnku. Jesse chlapie się, siedząc w małej żółtej plastikowej wanience. Jennifer namydla go w jednej wodzie, potem spłukuje drugą. Tak obfite zużycie ciepłej wody i mydła stanowi dla tych kobiet nowość. Bardziej niż włosy i ubranie, Jessego wyróżnia czystość.

Dziś jednak wreszcie ruszamy w dżunglę. Kiedy zwijamy namioty, do obozu wchodzi handlarz, którego wcześniej nie widzieliśmy. Rozgląda się, dostrzega Jessego w kąpieli i mówi:

– To musi być Jesse.

Tak jak dla nas Yeti, tak dla nich Jesse stał się legendą. Najwyższa pora, żeby zagłębić się w dżungli.

2. W dżungli Yeti

2.1. Odcisk stopy Yeti w kamieniu Dumjanje.

BIORĘ JESSEGO NA BARANA i zaczynamy się wspinać do wąwozu Barun. Synek kieruje mną, wciskając mi kolana w podbródek; tak jest mu łatwiej, niż ciągnąć mnie za uszy jak kiedyś. Wyciągam głowę naprzód, aby zmniejszyć nacisk na tchawicę, i zaczynam rozumieć, jak ludzie okiełznują konie – tak samo jak dzieci okiełznują rodziców.

W przeciwieństwie do kołysania podczas zwykłej wędrówki, teraz zachowuje bezpieczną równowagę. Solidność siedziska i kolana pod moją brodą utrzymują go stabilnie, więc nie muszę już trzymać Jessego za nogi. Każdy z nas nabywa różnych umiejętności w dzieciństwie. Utrzymywanie równowagi to jedna z tych rzeczy, którą często się przeocza. Jesse i ja ćwiczyliśmy w Ameryce ze specjalnym nosidłem dla dzieci, takim z pasami bezpieczeństwa i miękką wyściółką, która ułatwia ojcu dźwiganie ciężaru. Jednak kiedy jego głowa znajdowała się tuż za moją, nie widział, co dzieje się przed nami i nie mógł myśleć, że to on nas prowadzi, ani dostrzec wiewiórki na drzewie. A dwulatka ekscytują skoki wiewiórki.

Tak więc teraz znów patrzę na świat oczami dwulatka. Taki widok stanowiły dla mnie dżungle Indii, kiedy Anglia jeszcze „rządziła” Indiami. Wówczas tryskałem energią i zużywałem ją w dżungli rozpościerającej się tuż za drzwiami, ten świat to była moja codzienność. Nauczyła mnie wzorów innych niż linearne A, B, C czy symetryczne drewniane klocki. Bieganie po dżungli wprowadziło mnie w świat, który działa kompleksowo: nauczyła mnie zmagać się z pytaniami. W przeciwieństwie do szkoły, świat stawia nam niewiele pytań, na które istnieją właściwe odpowiedzi.

Teraz Jesse zacznie uczyć się, jak wchodzić do dżungli, jak mierzyć się z pytaniami, a nie wierzyć, że świat zaprowadzi prosto do odpowiedzi. Nauka przez łapanie równowagi. Dwoje oczu pogłębia percepcję, a dwie pary oczu (młodego i starszego) zapewniają perspektywę. Ludzka podróż, uwzględniająca zmiany w nowej, kształtowanej rękami człowieka epoce, wiedzie do nowej dziczy, gdzie życie nie toczy się zgodnie z zasadami, ale przez utrzymywanie równowagi w relacjach. Bezpieczeństwo potrzebne jest teraz, ale również w coraz większym stopniu jutro. Kiedy w tej nowej epoce „dzicz” staje się znajoma, znajdujemy to, co „żyje” w nowym dziś. We wczesnym dzieciństwie kształtuje się to, w jaki sposób umysł dokonuje połączeń (jak przy nauce języków obcych), ustalając hierarchię wartości w wykorzystywaniu Natury, która zostanie z nami, gdy będziemy dorastać.

Dogoniliśmy Jennifer po godzinie. Kolana Jessego uciskają mnie w podbródek, co oznacza, że mam się zatrzymać.

– Mamo, tam, na ziemi. Chcę ten patyk. Jest mi potrzebny.

Jennifer posłusznie schyla się po patyk. Pamięć przywołuje wspomnienie kija, który zabierałem, kiedy wychodziłem na dwór. Stał przy drzwiach naszego bungalowu w Himalajach. Czułem magiczną moc, kiedy go brałem; kij spełniał wielorakie funkcje, niesiony na ramieniu imitował strzelbę. Zawsze, kiedy wracałem, ustawiałem go przy drzwiach, razem z laską dziadka. Wymachując rytmicznie patykiem, Jesse wskazuje nam teraz drogę.

Przy wyprawie do dżungli w tak niewiarygodnym celu jak poszukiwanie Yeti dręczyło nas pytanie, czy zabierać dwulatka. Kusząca była możliwość przekazania synowi cząstki mojego dzieciństwa. Ale czy to bezpieczne? DNA może odtwarzać nasze ciała, a wartości przenoszą się dzięki temu, co mamy wspólnego. To rozsądne, ale czy bezpieczne? Mój ojciec wychowywał się w dżungli, tam, gdzie Ganges wypływa z Himalajów. Jego domem, do czasu gdy wyjechał do college’u i na studia medyczne do Ameryki, były namioty, co tydzień przewożone wozem ciągniętym przez woły do nowego obozu. Pod połę wielkich namiotów wchodziły szakale, węże, króliki, nawet wilczyca, która próbowała go wynieść z łóżeczka. Tata nauczył się rozumieć nawoływania ptaków i wypatrywać drogowskazów w drzewach, rozwinął umiejętność odnajdywania drogi do domu raczej za pomocą instynktu niż ścieżek. Kiedy ja miałem dwa lata, tata i mama zabrali mnie w indyjskie Himalaje. Chcę, żeby Jesse także miał wdrukowane rytmy i dźwięki natury, żeby rozumiał, co znaczy obcowanie z pierwotną naturą, i żeby dobrze czuł się w tym środowisku.

Ale czy to bezpieczne? Na to pytanie odpowiedź pojawi się dopiero na koniec, tak jak w naszych poszukiwaniach Yeti. Największą nagrodą jest niewiedza, co się wydarzy.

Kiedy schodzimy ze ścieżki i wchodzimy na grań, Jesse zsuwa się z moich ramion. W wąwozie zobaczył langury.

– Większość małp nie jada liści – wyjaśniłem. – Spójrz na ich długie ogony, one pomagają im łapać równowagę, kiedy skaczą po drzewach, szukając najlepszych liści do zjedzenia.

Doganiają nas Jennifer i Nick w towarzystwie Lendoopa ze strzelbą na ramieniu. Za nami gęsiego wędruje sześciu tragarzy dźwigających dwudziestokilogramowe pakunki.

Lendoop prowadzi nas, odkąd opuściliśmy pola Shyakshili i weszliśmy do dżungli. Wydłużam krok, żeby go dogonić, ale wtedy on jeszcze przyśpiesza i woła:

– Ścieżka jest dobra. Tędy.

Z każdym dniem coraz bardziej przywiązywałem się do tego człowieka. Tego ranka, kiedy pojawił się z dwoma niespodziewanymi tragarzami, dałem mu sójkę w bok, mówiąc:

– Pomogłeś załatwić pracę dwóm sąsiadom.

Upierał się, żeby pakunki były lżejsze. Jego odpowiedź brzmiała tak:

– To moi przyjaciele, a ty masz im pomóc.

Teraz wspinamy się na zbocze, które tarasuje dolinę Barun. Wydaje się, że jest wejście do doliny na jego grani, bez konieczności wspinania na kolejne zbocza. Otacza nas trzymetrowa trawa. Co stało się z drzewami, które niegdyś musiały tu rosnąć? Nic nie wskazuje na to, by ktoś próbował uprawiać tę ziemię. Za garbem terenu, gdzie stok zaczyna się wznosić, kuca Lendoop w zielonym stroju myśliwskim, podparłszy się pod boki, jak ogromna żaba na kamieniu. Uśmiecha się szeroko i mówi rechotliwym głosem:

– To obozowisko. Zatrzymamy się tu.

– Wykluczone. Dopiero południe. Ty i tragarze dostajecie dziennie po pięć rupii więcej niż wynosi stawka państwowa i macie lżejszy ładunek. Musimy wejść do dżungli.

– Tragarze mogą iść dalej, ale dziecko nie. Musimy tu rozbić obóz. To ostatnie miejsce, gdzie można rozbić namioty. Potem przez jeden długi dzień nie będzie ani kawałka płaskiego gruntu.

Gdy zapada wieczór, siedzimy z Nickiem i Jennifer przed namiotem w spokojnym bezruchu. Obok Jesse pomaga Pasangowi dorzucać patyki do ogniska. Wie już, że kiedy się zapalą, nie wolno ich wyciągać, trzeba patrzeć, jak płoną, a potem wepchnąć głębiej za niepłonący koniec. Z namiotu tragarzy słychać jakiś rechot. Nick idzie sprawdzić, co się dzieje. Gdy wraca, na twarzy ma ni to uśmiech, ni to grymas.

– Nałapali żab w strumieniu, przez który przechodziliśmy, i teraz pieką je żywcem.

Gdy spowija nas nocna ciemność, namioty migoczą od rosy opadającej na tropiki i odbijającej promienie zachodzącego słońca. Wiatr pogrywa na harfach drzew. W zapadającym zmroku ptaki życzą sobie nawzajem dobranoc, a ich trele raz po raz przeplata tajemniczy okrzyk. Zwierzęta udają się na spoczynek, dzień świętuje nadejście nocy. Poniżej nieprzerwanie huczy rzeka Barun.

*

Kiedy poranek rozświetla przeciwległe zbocze, przymocowuję silną lunetę do statywu. Lustruję kontur za konturem na zboczu i szukam zwierząt wychodzących na ciepło dnia po chłodnej nocy. Powinny się pojawić gorale, może także serau. Ale wczoraj i dziś widać tylko langury. Dwadzieścia siedem lat temu, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem ślady Yeti w „Statesmanie”, towarzyszący zdjęciu tekst mówił, że zdaniem kustosza British Museum tajemnicze ślady zostawił langur. A teraz w Barun jedyne dzikie istoty, jakie widać, to langury.

Od dzieciństwa uczono mnie, aby polowanie zaczynać przed świtem i zachowywać ciszę w obozowisku. Ale od samego świtu tragarze hałaśliwie schodzą się do ogniska po herbatę, nie widać, by zamierzali gotować się do drogi. Jednak się nie odzywam; wypracowanie dobrych relacji z nimi i Lendoopem jest na razie cenniejsze niż jakikolwiek inny sukces. Wreszcie myśliwy wręcza Pasangowi pusty kubek i idzie na skraj dżungli. Pozostali ruszają po bagaże.

Podczas porannych przygotowań Lendoop wyraźnie pokazuje wszystkim, kto kieruje wyprawą. Bez tego przywództwa, wywodzącego się z pragnienia całej jego drużyny, by współpracować, nie znaleźlibyśmy ścieżki w dżungli. Macha teraz swoim kukri w bambusach. Przeszkoda upada pod ciosami dużego, zakrzywionego nepalskiego noża, kolejne łodygi, każda grubości trzech centymetrów, lądują jedna na drugiej, odrzucane tym samym machnięciem kukri, którym zostały ścięte. Jak niedźwiedzie przez to przechodzą? Ponieważ, jak powiedział Lendoop, to z tych bambusów wychodzą żerować na pola Shyakshili.

Godzinę później przechodzimy przez grzbiet, na który się wspinaliśmy, i schodzimy na drugą, zachodnią stronę. Lendoop prowadzi między gigantycznymi drzewami, labiryntem starych uschniętych kłód i gałęzi, gdzie pod spodem, jak gąbka, leży warstwa rozkładających się roślin. Wbijam kij, którym się podpieram, w ziemię, zagłębia się na prawie trzydzieści centymetrów. Patrzę przed siebie, sugeruję, że wyżej przejście wydaje się łatwiejsze.

– To jest przejście – odpowiada Lendoop.

– U podnóża tego stoku może być otwarta przestrzeń – mówię.

– To jest przejście.

To wszystko, co ma do powiedzenia.

Czasem przechodzimy przez wąskie strugi, które szemrzą pod warstwą zbutwiałej roślinności. Zbocza w Himalajach zwykle o tej porze roku są suche. Ale od chwili, gdy wkroczyliśmy w wilgoć dżungli, co jakiś czas słychać bulgotanie pod podłożem. Jesse też to słyszy.

– Woda, tato. Chcę się napić wody.

Dlaczego woda spływa tak długo po porze monsunowej? Tak strome zbocze, jak to, powinno schnąć szybciej. Ponownie wbijam kij w ziemię. I znów ściółka jest gruba na ponad dwadzieścia centymetrów – nigdy nie spotkałem się z tak grubą warstwą próchniczą. To, oczywiście, ten humus nasiąknięty jest wodą deszczową i stopniowo ją uwalnia.

Ciągle szukam odcisków stóp. Lendoop mówi, że widzi tropy, raz, że to ślady serau, innym razem niedźwiedzia, ale ugniecione źdźbła czy połamane gałązki, którym on przypisuje kształty, dla mnie są niezauważalne. W takiej dżungli coraz jaśniej można zdać sobie sprawę, jak trudno będzie wypatrzeć zwierzęta, tym bardziej że wszystkie z wyjątkiem małp są bardzo płochliwe. Dziadek nauczył mnie, jak korzystać z koryt strumienia, żeby sprawdzić obecność fauny. Jednak przy braku widocznych koryt nie dało się wykorzystać tego sposobu. Będę potrzebował burzy śnieżnej, żeby zepchnęła śnieg niżej i umożliwiła namierzanie tropów.

Ale nagle, w miejscu, które Lendoop nazwał Dumjanje, na niedużej płaskiej polanie, mówi:

– Zobacz to. Pytałeś o Yeti i shockpa.

Wtedy po raz pierwszy wymówił przy mnie nazwę „Yeti”, a kiedy ja użyłem tego słowa u zbiegu rzek, udawał, że nie wie, o co mi chodzi.

– Zobacz to. Właśnie pokazuję ci odcisk stopy Yeti.

Patrzę na wielki płaski kamień, który mi pokazuje. Bez wątpienia w kamieniu jest odciśnięta ogromna stopa ze zdeformowanymi palcami, nadzwyczaj podobna do odcisku, który Shipton sfotografował w 1951 roku. Obok widać drugi odcisk, bardzo przypominający ludzką rękę.

– Pięć dni temu pytałeś mnie o ślady Yeti, to ci je pokazuję – mówi Lendoop z szerokim uśmiechem. – Tutaj rozbijemy obóz.

Lendoop z całą pewnością wie, że tego odcisku nie zostawiło zwierzę. Wtedy dodaje jeszcze:

– Na ziemi są rzeczy, których ludzie nie rozumieją. Siły, które odciskają w kamieniu ślady stóp i rąk, muszą być bardzo potężne.

*

Następnego dnia przeszliśmy przez Payreeni Khola, a zbiegające ku strumieniowi zbocze, zupełnie nagie, dowodzi, że nawet drzewa i krzewy ustępują, kiedy osuwa się krawędź wyżej położonego urwiska.

Huk narasta. Najpierw dźwięk brzmi bardziej jak szept wiatru. Teraz powietrze jest chłodne, rośliny pokrywa mgiełka kropelek, a odgłos się nasila. Jesse przyciska mi kolana do uszu. Rozchylam bambusy i widzę skalny wał. Spadający z wału wodospad utworzył w skale jeziorko. Woda w nim spokojnie wiruje, po czym spływa z półki skalnej kolejnym wodospadem, który rozpyla w powietrzu jeszcze więcej wodnej mgiełki.

Potok Kali Khola wyżłobił sobie to koryto w skalnym urwisku. Patrzę w górę na otwarte ujście strumienia okolone zieloną dżunglą. Na tle błękitnego nieba lśni tęcza. Od pierwszego spotkania Lendoop opowiadał o tym jeziorku, gdzie woda spływa z wąskiej skalnej półki, w jedynym miejscu na zboczu Barun, w którym można przejść przez Kali Khola. Kamienna krawędź znajduje się dwadzieścia metrów od moich butów. Przez całą drogę do tego miejsca nie widziałem ani jednego znaku. Lendoop kierował się tworami Natury, nie człowieka, jak nacięcia na pniach drzew. Odczytywał znaki o głębokiej subtelności.

Lendoop stoi w jeziorku. Aby do niego dołączyć, muszę zrobić krok z miejsca, potem przejść przez krawędź skalną. Ruszam, palce lewej ręki zaciskam na czymś, co wydaje się krzakiem wyrastającym z kamiennej ściany, kij trzymany w prawej ręce opieram o skalne podłoże. Jesse obejmuje moje czoło rękami, zaciska kolana. Zaskoczony Lendoop krzyczy:

– Sahib, sahib, nie! – i rusza w naszą stronę.

Jesse gwałtownie się odchyla, przestraszony okrzykiem Lendoopa, a ponieważ ciągle trzyma mnie za głowę, tracę równowagę. Lewa stopa ześlizguje się z występu, wypuszczam kij z prawej ręki, żeby złapać dziecko za nogę. Lewa stopa jedzie, zapieram się prawą, lewą ręką trzymam krzak wyrastający ze skały. Obróciłem się o sto osiemdziesiąt stopni i dostrzegam Jennifer wyłaniającą się z bambusów.

2.2. Wodospad kaskadowy na Kali Khola.

Twarz matki Jessego wyraża pełną gamę uczuć – otwarte usta, niemy krzyk, gdy patrzy na syna, który, czując moje zachwianie, chwyta mnie mocniej i jeszcze bardziej zaciska kolana. Przez cały ten czas nie ustaje pluskanie Kali Khola. Korzenie krzaka tkwią głęboko w skale i utrzymują mój ciężar, lewa stopa nieruchomieje.

– Sahib, to niebezpieczne, bardzo niebezpieczne. Ja wezmę Jessego.

Lendoop staje za mną. Adrenalina buzuje. Rzucam się przez występ skalny. Dzięki swojej magii górski przewodnik przykleja się do skały, żeby nie blokować mi przejścia. Kiedy zatrzymuję się między jeziorkiem a wodospadem, patrzę za siebie, a oczy matki Jessego wciąż są szeroko rozwarte.

*

Kilka słów o bezpieczeństwie w naturalnym środowisku. Wspinanie się po skałach jest bezpieczne dzięki linie. Stopy mogą się obsunąć, chwyt ręki rozluźnić, ale asekuracja zapewnia bezpieczeństwo. Zagrożenie w trudnym terenie prawie zawsze wynika z upadku. Infekcja wymaga kontaktu z zarażonym, a kiedy razem przebywa tylko kilkoro ludzi, niewiele jest toksyn. Zwierzęta mogą zaatakować – ale dzieje się to głównie w wyobraźni. W głuszy największym niebezpieczeństwem jest poślizgnięcie. Podczas gdy asekuracja zapobiega upadkowi, narzędziem broniącym przed upadkiem jest kij. Z kijem zwykle dwunożna istota ludzka cofa się ewolucyjnie do trzech kończyn. I tak jak w wypadku na mokrym występie skalnym, przydałaby się i czwarta. Chwytając ręką za krzak, wykorzystując wszystkie cztery kończyny, sięgnąłem do wiedzy, którą nabyłem w dzieciństwie spędzonym w dżungli. Zaufanie do partnera niesionego na ramionach to kolejna wyuczona umiejętność. Ale zawsze trzeba się liczyć z niespodziankami, takimi jak brak zaufania Lendoopa do człowieka spoza dżungli.

Czy pierwsze istoty człekokształtne używały kijów, kiedy uczyły się kuśtykać na dwóch kończynach zamiast na czterech? (Pierwsze kroki australopiteka musiały być chwiejne, prawdopodobnie potrzebował jakiejś pomocy). Jako chłopiec nosiłem ze sobą specjalny kij. W przypadku ataku dzikiego zwierzęcia mógł posłużyć jako pałka albo, jeśli został naostrzony, jako pika. Jakich narzędzi używały Yeti? Często się nad tym zastanawiałem.

*

Kilka godzin później, po wspięciu się na strome zbocze, wyszliśmy na polanę, która najbardziej ze wszystkich widzianych od trzech dni miejsc przypominała płaski grunt, sto razy większą niż zagłębienie między korzeniami gigantycznego dębu, gdzie drugiej nocy rozbiliśmy namiot. Tutaj, między okazałymi kasztanowcami na wysokości 2100 metrów, urządzamy górski obóz. Jennifer nazywa go „Makalu Jungli Hot’l”.

Słońce przedziera się przez baldachim gałęzi. Roi się tu od maleńkich, bardzo szybko poruszających się kleszczy. Kiedy planowaliśmy rozkład obozu, jeden wbił mi się w krocze. Szczególnie jednak upodobały sobie Nicka. Stawiamy namioty i Jesse chowa się w środku. Wszyscy naciągają podwójne skarpety na nogawki spodni. Pryskamy odstraszaczem na owady całe nogi i suwaki namiotu. Jennifer i Jesse czytają w środku książeczkę Kot Prot gotów do psot.

Gdy z nadejściem nocy temperatura spada, kleszcze chowają się pod ziemią w ciepłej warstwie ściółki. Siadamy wokół ogniska na stołkach, luksusie w dżungli dzięki naszym tragarzom. Pasang przerywa codzienną rutynę ryżu z soczewicą i podaje spaghetti. Dusi się też rzepa i fasola.

W górze rozlega się nawoływanie spektakularnego Petaurista magnificus, wielkolota wspaniałego Hodgsona, zwierzęcia dziewiczych lasów, długiego na metr, o rudej sierści z żółtym pasem. Nie przestaje nawoływać, kiedy przelatuje nad obozem w poszukiwaniu jagód, owadów, grzybów, orzechów, nawet padłych zwierząt na kolację. Schodząc w dół w serii ślizgów, przetrząsa niższe partie zbocza. Każdego dnia o świcie wraca w górę, wspinając się na drzewo, szybuje niemal poziomo, po czym znajduje kolejne drzewo, wspina się, i tak dalej; za każdym razem drzewo jest wyżej na zboczu od poprzedniego. Pnie się do góry, unika bowiem spędzania czasu na ziemi, gdzie mogą czaić się drapieżniki. Kiedy wschodzi słońce, wielkolot jest z powrotem w swojej dziupli w jednym z wysoko rosnących drzew.

Gdy leżymy w śpiworach, z ciemności dochodzi okrzyk puszczyka, sowy leśnej żyjącej w Himalajach najwyżej ze wszystkich sów. Stosownie tajemnicze hu, hu (drugie hu opada w dół) rozbrzmiewa w mroku. W dolinie niecałe pięćset metrów w dół szumi rzeka Barun, obniżając bieg o dwieście metrów co kilometr. Nocą z lodowców Makalu, Lhotse i Everest spływa w dół czyste i chłodne powietrze, my zaś leżymy w dżungli otoczeni trzema z pięciu najwyższych szczytów na Ziemi.

Jesteśmy w miejscu, do którego planowaliśmy dojść: tuż poniżej granicy wiecznego śniegu, na umiarkowanej wysokości, w niezbadanej dżungli Barun, na zwróconym ku północy zboczu, skąd możemy, mamy nadzieję, obserwować zwierzęta przemieszczające się przez dolinę, kiedy przechodzą na południową, słoneczną stronę grzbietu. To nasza nadzieja – zobaczyć superpłochliwe „coś” idące doliną.

Podczas wędrówki widzieliśmy wśród drzew pełno jedzenia, którym „coś” mogłoby się pożywić – gdybyśmy tylko wiedzieli, co jada. Ale kleszcze świadczą o tym, że nie przybyliśmy na kompletne odludzie. Kleszcze są tłuste, ponieważ pasterze zatrzymują się tu, pędząc stada kóz ku halom na grzbiecie nad nami. Jeśli nie liczymy tych ludzi, w dolinie królują dzikie zwierzęta.

Słuchając nocnych pogaduszek, ponownie zadaję sobie pytanie: czy mógł tu przetrwać jakiś dziki człowiek? Czterdzieści milionów lat temu, kiedy te góry zaczęły wyłaniać się z morza, jakie zwierzęta w nich zamieszkiwały? Było to 37 milionów lat przed pojawieniem się na Ziemi człekokształtnych. Czy w tym miejscu żyły jakieś prehominidy? Rosła tu wówczas, oczywiście, gęsta dżungla, ale prawie płaska, ponieważ 40 milionów lat temu Himalaje zaczynały się dopiero wypiętrzać. O ile wiadomo, ludzie weszli po raz pierwszy do doliny Arun 2500 lat temu, wzdłuż tej rzeki, która płynęła tu jeszcze przed Himalajami; jej koryto stanowiło korytarz, wzdłuż którego przemieszczały się zwierzęta. Być może gdy ludzie rozwijali się w świecie zewnętrznym, skupisko przedczłekokształtnych pozostało odcięte w tej dolinie, chronione przez głuszę, w której teraz nocujemy. Istoty, które niegdyś żyły w Azji, mogły się tutaj zaszyć.

Świat, który prezentuje się ludziom, eksponuje widok. Ale dżungla przedstawia się nam zapachem i dźwiękiem, które dochodzą z każdego zakątka, ponieważ nie może operować widokiem. Podczas gdy widok wymaga punktu odniesienia i niesie informację, wskazując miejsca, zapach funkcjonuje dzięki substancjom chemicznym przenoszonym do receptorów w nosie; zapach podróżuje w powietrzu. Dźwięki również potrzebują nośników (powietrza lub płynów), ale przenoszenie odbywa się przez przekształcenie nośnika w fale. Nośnik pozwala zapachom i dźwiękom dotrzeć do każdego zakątka, gdzie tylko nośnik może sięgnąć. W dżungli, szczególnie gdy nie może oddziaływać widok, na przykład w ciemności lub przy gęstej roślinności, bardzo pomocne jest oddziaływanie na kilka zmysłów – ponieważ nocą w gęstej trawie nastaje czas drapieżników.

Zapachy uzupełniają naszą wiedzę podczas oddychania, które wykonujemy nieustająco. Dźwięki docierają do naszej świadomości podczas snu, gdyż uszy nie mają powiek. Dysponując zapachami i dźwiękami, zwierzęta mogą przebudzić się z informacją. Widok i dźwięk świadczą o tym, co się dzieje. A istoty, które żyją w dziczy, są świadome nawet wtedy, kiedy śpią, gdyż wykorzystują zmysły, które miastowi wyłączają podczas snu.

Tutaj, w dżungli, trzeba wiedzieć, gdzie mogą być zwierzęta, których szukamy. Szkic Lendoopa na odległym teraz kawałku ziemi wskazał miejsce; teraz musimy wytyczyć obszar do polowania. Odpadało rozejrzenie się z najwyższego drzewa. Wspięcie się na te giganty jest niemożliwe – a nawet gdybyśmy to potrafili, wszystkie drzewa, rywalizując o światło, wyrosły na prawie taką samą wysokość. Jeśli znajdziemy punkty obserwacyjne, dostrzeżemy konkretne miejsca, które będziemy mogli zbadać pieszo; będziemy mogli patrzeć przez dolinę na ciepłe, wystawione na południowe słońce zbocza, gdzie zwierzęta przychodzą się wygrzać w zimowe dni. Jedynym możliwym punktem widokowym będzie więc grzbiet ponad nami.

Na skraju obozu wyrasta plątanina krzewów i bambusa. Gdy światło poranka zaczyna wypełniać dżunglę, Myang, Nuru, Nick i ja zaczynamy wspinać się na grzbiet. Czeka nas tysiąc metrów wspinaczki. Myang wymachuje kukri w krzewach i bambusie. Lendoop musiał wrócić do Shyakshili, ponieważ tragarze nie chcieli iść bez niego. Bosy Myang zawróci z Nuru, kiedy śnieg zrobi się zbyt głęboki. Wówczas mistrz władania kukri nie będzie potrzebny mnie i Nickowi.

Na wysokości 3 tysięcy metrów bambus się kończy, dżungla ustępuje dębom i klonom wysokim na prawie trzydzieści metrów. Niewiele światła dociera na dół, by zasilić małe roślinki, więc poruszanie się jest łatwiejsze. Im wyżej, tym dęby stają się cieńsze i stopniowo zastępują je brzozy. Dżungla znów staje się gęstsza, gdyż teraz porastają ją brzozy i bambus. Czy te wyraźne strefy wegetacji wyznacza temperatura, czy warstwy gleby osadowej? Tutaj bambus jest grubości ołówka i wysoki tylko na niecałe dwa metry. Wyżej bambus znowu robi się wyższy i gruby na trzy centymetry, ale teraz łodygi szczelnie owinięte są liśćmi i rosną bardzo blisko siebie. Czy te liście zapewniają ochronę przed zimnem?

Między bambusami, tunelami w różnych kierunkach, wiją się tropy zwierząt. W jednym tunelu odchody pandy rudej, w drugim – serau. Tunele są zbyt duże, żeby mogły je zrobić pandy. Wcześniej byliśmy w dżungli, w której nie odnajdywaliśmy żadnych oczywistych śladów, dlaczego teraz, w tym bambusie, jest ich tak wiele? Wyjaśnieniem mogą być krótkie pędy bambusowe – stanowią źródło pożywienia i tłumaczą tę siatkę tropów. Przy bocznej ścieżce widzę inne odchody, być może piżmowca.

Chociaż kolonialni myśliwi zapuszczali się w Himalaje, żeby zdobyć poroża, które udekorowały rezydencje w całej Anglii, zebrali niewiele informacji o zwyczajach tych zwierząt łownych. Ważne jest, by poznać lepiej piżmowca, ponieważ wkrótce to zwierzątko, które wygląda jak skrzyżowanie Maleństwa z Kłapouchym z Kubusia Puchatka, może zniknąć. Gatunek ten bada Nepalczyk Bijaya Kattel. Tutaj, w Barun, piżmowiec jest szarobrązowy (ubarwienie różni się w zależności od pasma górskiego), osiąga w kłębie do 80 centymetrów i waży około 15 kilogramów. Ma większy zad niż przód i łukowato wygięty grzbiet, przez co wygląda trochę jak Kłapouchy. Co niezwykłe u jeleniowatych, to zwierzę nie ma poroża ani rogów. Zamiast tego, zarówno u samców, jak i samic występują kilku-, kilkunastocentymetrowe kły. Z ich pomocą piżmowce grzebią w poszukiwaniu pędów, delikatnych liści, mchu i trawy; a kiedy ziemię pokrywa śnieg, jedzą gałązki i porosty, ponieważ potrafią sięgnąć do gałęzi drzew.

Świat zignorowałby to stworzenie (tak jak ignoruje inne kopytne zwierzęta Himalajów, które nie mają poroża, takie jak mundżak, goral, serau czy tar), gdyby nie gruczoł na brzuchu, który kryje płynne, aromatyczne piżmo. Producenci perfum wysoko cenią tę substancję, podobnie jak wytwórcy medykamentów na Wschodzie, co sprawia, że na lokalnych czarnych rynkach cena osiąga 50 dolarów za gruczoł, a w Hongkongu i Paryżu dziesięć razy tyle.

Sympatyczny jelonek również z charakteru przypomina Kłapouchego, ufnie podchodzi do ludzi w regionach, gdzie się na niego nie poluje, przywiązuje się do niewielkiego obszaru, poniżej 8 hektarów. Kiedy podejdą do siebie za blisko, samiec ostrzega samice o możliwym niebezpieczeństwie, chroniąc terytorium podczas bohaterskich walk, staczanych zimą, podczas okresu godowego.

Kłusownicy polują na nie przy użyciu cienkich pnączy, wiązanych w pętle. Pętle kładą na ziemi, a drugi koniec pnącza przywiązują do przygiętego młodego drzewka. Kiedy lekkie zwierzę wejdzie w sidła, zawisa w powietrzu spętane za nogi i wisi tak, dopóki nie zdechnie lub kłusownik nie poderżnie mu gardła. Zabija się je, aby ludzie mogli ładniej pachnieć – co jest szczególnie smutne, ponieważ sidła nie odróżniają samców, samic, młodych czy starych osobników, a zysk przynosi tylko ponaddwuletni samiec, u którego już rozwinął się gruczoł. W ten sposób zwykle giną trzy piżmowce, aby kłusownik zdobył jedną porcję piżma.

*

Doliną Barun rządzą drzewa. Typowe siedlisko na dziewiczym obszarze opisuje czteropoziomowa piramida: a) producenci, organizmy zdolne do fotosyntezy; b) konsumenci pierwszego rzędu, roślinożerne organizmy, zwykle zjadające producentów; c) konsumenci drugiego rzędu, zwykle zwierzęta roślinożerne; d) konsumenci trzeciego rzędu, zwykle mięsożercy zjadający roślinożerców. Fakt, że w dolinie Barun producentami są drzewa, tworzy wyjątkowe warunki, ponieważ najczęściej podstawę piramidy życia stanowi trawa.

W Barun drzewa stoją tak gęsto, że właściwie nie rośnie tam trawa, ponieważ korony drzew blokują dostęp światła. Brak trawy to powód, dla którego w Barun pasterze nie wypasają stad, ponieważ jest tu za mało pożywienia dla owiec i kóz, nie mówiąc o krowach. Pasterze przechodzą tylko ze stadami przez dżunglę i idą wyżej, na grzbiet, ten, na który teraz próbowaliśmy się dostać z Nickiem. Nie ma tu trawy, która przyciąga ludzi do dżungli. Drzewa powstrzymywały trawę przed wyrośnięciem, a brak trawy powstrzymywał ludzi.

Kiedy w Barun padają drzewa, zapewne z powodu wieku, powstałą przestrzeń szybko obejmują w posiadanie inne formy życia – producenci, grzyby, mchy, owady i małe rośliny – aby doprowadzić do zgnicia drzewa. To, co wyrosło dzięki fotosyntezie drzewa, staje się pożywieniem dla innych. W typowej piramidzie życia z każdym etapem zwiększa się rozmiar organizmów. Ale w Barun duże drzewa są na dole piramidy, a pierwszy poziom piramidy stanowią niewielkie grzyby, mchy i insekty. Gdy wszystkie razem się rozkładają, tworzą tę charakterystyczną, głęboką na kilkadziesiąt centymetrów biomasę, rezerwuar kalorii i wody. Niektórzy konsumenci pierwszego rzędu zostaną zjedzeni przez konsumentów drugiego rzędu: myszy, które jedzą rośliny, albo norniki zjadające dżdżownice, odżywiające się z kolei rozkładającymi się roślinami. Wyżej w piramidzie znajdują się więksi konsumenci drugiego rzędu: ptaki, pandy rude, wiewiórkowate – afrowiórki i wielkoloty, małpy, zwierzęta kopytne, takie jak gorale, serau i mundżaki; na ostatnim poziomie – pantery i niedźwiedzie.

Rozważmy pominięte tutaj ryjówki: nie są to gryzonie i różnią się od myszy i norników. Mózg ryjówki stanowi 10 procent masy całego ich ciała – żadne inne zwierzę (w tym człowiek) nie ma takiego rozmiaru mózgu w stosunku do rozmiaru ciała. Tutejsze ryjówki są jadowite, ich ugryzienie może zabić mysz. Niektóre ryjówki, ale nie miejscowe gatunki, wykorzystują echolokację jak nietoperze, żeby sprawdzać, gdzie znajdą potencjalną ofiarę. Samce i samice ryjówki nie żyją razem (z wyjątkiem tego momentu, kiedy muszą). Spróbujcie w wyobraźni wyhodować sobie ryjówki tak duże, że stałyby się przerażające!

Przy tak małej ilości trawy Barun, chociaż zamieszkana przez wszystkie spodziewane tu gatunki kopytnych, ma bardzo ograniczoną liczbę osobników. Dlatego z powodu niskiej populacji roślinożerców spotyka się tu nielicznych mięsożerców. Pantery są, wszystkie trzy gatunki (cętkowana, śnieżna i mglista), ale jest ich niewiele. Tygrysy się stąd wyniosły, gdyż potrzebują dużych siedlisk, a ponieważ ludzie zamieszkali w sąsiednich dolinach, Barun nie mogła utrzymać tygrysiej populacji. Nie spotka się tu też wilków i lisów, ponieważ te psowate nie należą do gatunków leśnych.

Skoro jest tu niewielu mięsożerców, oznacza to, że Yeti, prawdziwy człekokształtny, miał tu niewielu wrogów; inną przyczyną zamieszkania w Barun jest skupisko drzew i bambusów: idealne siedlisko dla dzikiego, płochliwego hominida. Tutaj nie groziły mu drapieżniki. Może Yeti jako istota człekokształtna istnieje? Siedlisko jest podobne do miejsca bytowania pandy wielkiej i goryla. W tych miejscach również rzadko spotyka się drapieżniki, jak tygrysy i lwy, które także żyją poza gęstą dżunglą. Pandy i goryle są konsumentami drugiego rzędu, mistrzami wspinaczki po drzewach, zjadaczami liści, czasem młodych pędów bambusa.

Jeśli Yeti je przypomina, Barun jest idealna. Gęsto rosnące drzewa i strome zbocza skryją je, kiedy będą się przemieszczać, pozwolą żerować wyżej i niżej, w zależności od pory roku, uwzględniając ich preferencje danego dnia. Barun, podobnie jak górskie lasy na zachodzie Chin z pandą wielką i centralna Afryka z gorylami, oferuje siedlisko, gdzie na kilku kilometrach powierzchni znajdą się warunki z każdego klimatu, od podzwrotnikowego do górskiego; a gdy odezwie się zew natury lub w przypadku najazdu człowieka, zawsze mogą prześliznąć się przez grzbiet, przejść przez pole śnieżne i schować się po drugiej stronie.

*

Wspinamy się wyżej. Śnieg jest głęboki na jakieś trzydzieści centymetrów. Dziesięciometrowe rododendrony mieszają się z niższymi bambusami i brzozami. Ranek, który zaczął się w ciepłej strefie, wyżej przeszedł w śnieg. Myang i Nuru zawracają do obozu, który został 700 metrów niżej. Nickowi i mnie śnieg sięga po kolana, jesteśmy mokrzy od pasa w dół, a w butach chlupocze nam błoto. Krok w górę, oddech, krople potu, oddech; krok za krokiem, każdy trudny jak podnoszenie betonowego bloku. Wiatr zawiewa od Makalu, wyniosłego szczytu, wciąż wyższego o prawie pięć kilometrów. Wcześniej aklimatyzowaliśmy się do tysiąca metrów, teraz, na prawie trzech tysiącach, czerwone krwinki przetrząsają nam płuca w poszukiwaniu tlenu.

Wciągamy rozrzedzone powietrze, wspinamy się zgięci w śniegu, gubimy szlak, ale kierujemy się ku odkrytemu grzbietowi, z którego chcemy się rozejrzeć; wydaje się, że jesteśmy już blisko. Tutaj, gdzie stok nachyla się do jakichś 40 stopni, pomagamy sobie rękami, chwytając się za bambusy i rododendrony wyrastające ze śniegu. Jest już prawie pierwsza po południu. Z obozu wyruszyliśmy o szóstej.