Wydawca: Wydawnictwo Sine Qua Non Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 362 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wzorzec zbrodni - Warren Ellis

Tylko szaleniec może stawić czoła szaleńcowi

To miała być zwykła akcja nowojorskiej policji. Kiedy jednak ginie partner Tallowa, a on sam odkrywa niepokojącą kolekcję broni w mieszkaniu A3 w starej kamienicy przy Pearl Street, otwiera się puszka Pandory…

Każdy pistolet i każdy karabin jest inny, nie ma dwóch takich samych egzemplarzy. Z każdej broni zabito jedną osobę, a z braku dowodów kolejne sprawy szybko umarzano. Teraz wszystkie zostają momentalnie wznowione, a zadanie ich rozwikłania spada na Johna Tallowa, głównego sprawcę chaosu.

Intryga nabiera rozpędu, kiedy okazuje się, że makabryczna kolekcja zdaje się układać w przemyślany wzór…

Wzorzec zbrodni” to kryminał, który trzyma w napięciu aż do ostatniej strony. Na myśl przywodzi głośną produkcję Davida Finchera „Siedem”. Książka Warrena Ellisa jest jednak przesiąknięta specyficznym czarnym humorem.

Szalejący w nowojorskim labiryncie Ellis – przywodzący na myśl Raymonda Chandlera i Dashiella Hammetta, którzy nagle wdali się w płomienny romans z formułą seriali typu „CSI” – sprezentował czytelnikom niezwykle błyskotliwy kryminał podlany brytyjską zuchwałością.

Radosław Pisula, film.org.pl

Bezkompromisowy kryminał, który wstrząśnie Wami niczym film „Siedem”.

- Paweł Deptuch, DzikaBanda.pl

Opinie o ebooku Wzorzec zbrodni - Warren Ellis

Fragment ebooka Wzorzec zbrodni - Warren Ellis

Dla

Ariany i Molly

oraz Lydii i Angeli,

oraz Niki i Lili

Jeden

Gdy później odsłuchano zgłoszenia na policję, pani Stegman sprawiała wrażenie bardziej przejętej nagością napastnika niż jego wielkim gnatem.

Telefon pod 911 jest jak sygnał bólu, wędrujący od czubka ogona dinozaura do jego mózgu. Toczący się ciężko apatozaur sieci informatycznej nowojorskiej policji nawet nie zauważa kręcących się między jego stopami szybkich, stojących wysoko na drabinie ewolucyjnej ssaków w postaci systemu telefonicznego, Wi-Fi oraz komunikacji sektora finansowego, które mkną pod jego nogami na terytorium Pierwszego Dystryktu.

Minęło dobre siedem minut, zanim ktoś zauważył, że detektywi John Tallow oraz James Rosato znajdują się w promieniu niecałych ośmiuset metrów od golasa ze spluwą, i zadzwonił, żeby zajęli się zgłoszeniem.

Tallow otworzył okno po stronie pasażera i wypluł gumę nikotynową na ulicę.

– Trzeba było tego nie robić – powiedział do Rosato, patrząc bez śladu zainteresowania na jadącego rowerem, odzianego w limonkowy strój z lycry kuriera, który pokazał mu środkowy palec i zwyzywał od kryminalistów. – Pieprzysz o swoich kolanach cały tydzień, a przed chwilą odpowiedziałeś na zgłoszenie z pozbawionego windy apartamentowca na Pearl Street.

Jim Rosato od niedawna był mężem greckiej pielęgniarki. Sam miał w sobie mieszankę krwi irlandzkiej i włoskiej, a koledzy z pracy prowadzili zakłady, które z nich jako pierwsze pojawi się w robocie, nosząc czapkę zrobioną ze skóry współmałżonka. Greczynka nakłaniała męża, żeby popracował nad swoim zdrowiem, a jej program ratunkowy obejmował bieganie przed i po każdej zmianie. W ciągu ostatniego tygodnia Jim zjawiał się w pracy, ledwo trzymając się na nogach i z gębą buldoga przeżuwającego osę, uroczyście wszystkim oświadczając, że jego kolana ostatecznie stopiły się w twardą masę i zostało mu tylko kilka dni życia.

Kiedy Rosato przeklinał, słychać było u niego dubliński akcent jego świętej pamięci matki.

– Kurwa. Skąd ty to w ogóle wiesz?

Tylne siedzenie ich służbowego wozu zawalone było stosami książek, papierów i czasopism, wśród których znajdowało się również kilka czytników elektronicznych oraz popękany szary iPad.

Co jakiś czas jeden z nich musiał nogą robić miejsce dla oskarżonego. Tallow lubił czytać.

Rosato złapał za kierownicę, przejechał na drugą stronę ulicy i zatrzymał się na Pearl Street przed szarą i ponurą czynszówką, zajętą przez dzikich lokatorów – skamieniałą łupiną, pod którą ludzie mogą sobie przycupnąć. Pozostałe budynki po tej stronie ulicy przeszły przynajmniej lifting i miały wszystkie plomby. Dwa takie stały obok i przypominały wygładzone botoksem trzydziestoparolatki obejmujące starszą ciotkę. Niektóre wyglądały na pustostany, ale i tak kręcili się tam młodzi mężczyźni w dobrych garniturach i złych krawatach, z telefonami przyklejonymi do uszu, a także kościste panienki wystukujące wiadomości tipsami.

Na dźwięk wystrzału obrzyna całe to towarzystwo spłoszyło się niczym stado flamingów.

– To był twój pomysł – powiedział cicho Tallow, otwierając drzwi. Już na ulicy odruchowo poprawił swojego glocka, schowanego w kaburze pod marynarką. Rosato pokuśtykał na sztywnych nogach do wejścia.

Tallow zdawał sobie sprawę, że wielu policjantów żeniło się z pielęgniarkami. One znały to życie: mordercze zmiany, przewlekła nuda, nagłe przypływy adrenaliny, rozchlapana wszędzie krew. Tallow prawie się uśmiechnął, wchodząc za swoim mrużącym oczy partnerem do budynku. Ostrożnie, żeby nie narobić hałasu, zamknął drzwi i dopiero wtedy wyciągnął broń.

Parkiet w korytarzu trzeszczał pod ich stopami. Miejscami brakowało klepek i widać było przegniłe wypełnienie z gazet. Tallow rozpoznał nagłówki z lat pięćdziesiątych, wystające spod podłogi przy południowej ścianie. Plastikowa tapeta była śliska od starego osadu nikotynowego, powietrze ciepłe i wilgotne, a barierka przy schodach mocno zniszczona.

– Kurwa – powiedział Rosato i ruszył w górę. Tallow chciał prześlizgnąć się na przód, ale partner tylko odgonił go machnięciem ręki. Rosato, zanim został detektywem, pracował na ulicy dłużej niż drugi z mężczyzn i to, jego zdaniem, dawało mu w takich chwilach prawo do obejmowania dowodzenia. Powtarzał, że Tallow za dużo pracuje głową. Wielki Jim Rosato był typem policjanta z ulicy.

Głos golasa ze spluwą rozbrzmiewał na klatce schodowej. Najwyraźniej nie spodobał mu się list, który znalazł rano pod drzwiami. Napisano w nim, że obiekt kupiła firma budowlana, dająca mu hojne trzy miesiące na wyprowadzenie się. Golas ze spluwą postanowił odstrzelić każdego próbującego zabrać mu dom dupka, bo to był jego dom i nikt nie może mu kazać zrobić czegoś, czego on nie chciał zrobić, a poza tym miał spluwę i tyle. Nie wspominał nic o braku ubrań. Tallow domyślał się, że gniew golasa był zbyt wielki, by wytrzymać jakiekolwiek ciuchy.

Doszli do drugiego piętra i spojrzeli w górę.

– Sukinsyn jest na trzecim piętrze – syknął Rosato.

– Koleś ledwo się trzyma, Jim. Posłuchaj go. Strasznie się powtarza, a do tego głos mu drży. Może powinniśmy poczekać, aż pojawi się ktoś od świrów.

– Przeczytaj mu jedną z tych twoich książek od historii. Może zaśnie i wyląduje na swoim obrzynie.

– Mówię serio.

– Ja, kurwa, też. Nawet nie wiemy czy kogoś trafił.

Rosato szedł dalej, zaciskając palce na trzymanej przy nodze broni.

W milczeniu wchodzili na górę. Golas stawał się coraz lepiej słyszalny. Rosato wszedł na podest przed trzecim piętrem, uniósł pistolet i zrobił krok, a potem wyjaśnił ostrym warknięciem, że jest z policji. Następnie zaliczył kolejny stopień.

Kolano odmówiło mu posłuszeństwa.

Golas ze spluwą stanął na szczycie schodów i strzelił w dół.

Pocisk oderwał lewą stronę czubka głowy Jima Rosato. Kawałek jego mózgu, wielkości pięści, plasnął o ścianę klatki schodowej.

Ze swojego miejsca, trzy stopnie niżej i bardziej na prawo, Tallow widział oko Rosato zwisające dobre dziesięć centymetrów poza głową jego partnera, ale nadal przyczepione do oczodołu plątaniną czerwonych glist. W tej sekundzie w głowie Tallowa zagościła pewna abstrakcyjna myśl: w ostatniej chwili swego życia James Rosato patrzył na swego zabójcę pod dwoma różnymi kątami.

Gałka oczna Rosato rozprysła się na ścianie.

W gęstym powietrzu ciągle było słychać echo wystrzału obrzyna.

Dźwięk, z którym zabójca Jima ładował z powrotem broń, zdawał się trwać bez końca.

Tallow trzymał glocka w obu rękach, miał czternaście kul w magazynku i jedną w lufie. Nacisnął spust, nawet nie zdając sobie z tego sprawy.

Zabójca Rosato był kiedyś kulturystą, ale przeszedł na dietę złożoną z burgerów, pożeranych całymi cały dniami na kanapie. Zamachowiec drżał. Tallow widział słabe echa mięśni ginące pod zwałami tłuszczu. Czubek jego głowy był łysy i do tego sprawiał wrażenie zbyt małego, by pomieścić mózg człowieka. Penis spoczywał na workowatych jajach, przywodząc na myśl siną łechtaczkę. Na klatce piersiowej miał kiepski tatuaż z imieniem Regina, rozciągnięty przez owłosione cycki. W tamtej chwili John Tallow nie widział żadnego powodu, by go zwyczajnie nie kropnąć, więc wystrzelił cztery kule w „Reginę”, a potem dołożył jeszcze jedną w tę małą łepetynę.

Ostatni pocisk odrzucił zabójcę Jima Rosato do tyłu. Jego lot podkreślił łuk cienkiej strużki moczu. Golas runął na podłogę, odruchowo spróbował jeszcze raz wciągnąć powietrze, a potem umarł.

John Tallow, nie ruszając się z miejsca, zmusił się do oddechu. Powietrze było gęste i gorzkie od zapachu prochu oraz krwi.

W korytarzu nie było nikogo więcej. W ścianie za plecami trupa zionęła dziura. Może gnojek strzelił w nią, żeby zwrócić na siebie uwagę. Albo był po prostu świrem.

Tallow miał to gdzieś. Zgłosił zdarzenie.

A ludzie wciąż się dziwili, dlaczego w swoją pracę wkładał coraz mniej energii.

Dwa

John Tallow stał i patrzył, jak medycy wynoszą partnerującego mu od czterech lat policjanta, a potem zeskrobują i chowają do torebki resztki mózgu. Następnie usiadł na schodach bez słowa, a oni musieli przenieść ciało zabójcy Rosato nad jego głową, żeby przetransportować je na dół.

Ludzie coś do niego mówili, jednak bliski wystrzał z broni palnej ogłuszył go na jakiś czas, a poza tym i tak nic go nie interesowało. Ktoś mu powiedział, że jego porucznik pojechała do żony Rosato, by przekazać jej złe wieści. Lubiła to robić. Ściągała trochę ciężaru z barków swoich podwładnych. Tallow wiedział, że zdarzyło się jej to trzy lub cztery razy w ciągu ostatnich kilku lat.

Po chwili zdał sobie sprawę, że ktoś próbuje zwrócić na siebie jego uwagę. Policjant w mundurze. Za jego plecami ludzie z CSU[1] kręcili się jak żuczki.

– To jedno mieszkanie – powiedział stróż prawa.

– Co?

– Sprawdziliśmy wszystkie mieszkania, aby upewnić się, że nikomu nic się nie stało. Oprócz tego tutaj, z dziurą w ścianie, bo nikt nie odpowiada. Wchodził pan do środka?

– Nie. Czekaj, co? Ta dziura jest dość nisko. Nie wydaje mi się, żeby pocisk w kogoś trafił.

– Może właściciel jest w pracy. Chyba jako jedyny w tym budynku, jak do tej pory.

Tallow wzruszył ramionami.

– Wyważcie drzwi.

– Nie da się. Nie mam pojęcia, jaki zamek je trzyma, ale nie możemy go ruszyć.

Tallow wstał. Wiedział, że ten budynek to żaden Fort Knox. Ale jeśli mundurowy stwierdził, że drzwi się nie da wyważyć, nie było sensu dalej próbować. Nie chodziło zresztą o drzwi. Liczyła się dziura. Uklęknął przy niej. Ściany działowe w takich miejscach nie zasługiwały na swoje miano, ponieważ w większości były to tylko płyty gipsowe. Kiedyś, gdy w budynku mieszkało mnóstwo ludzi, musiało być tu głośno jak w ulu.

Otwór miał trzydzieści centymetrów szerokości. Tallow zajrzał do środka. Było ciemno. Przesunął się, żeby wpuścić trochę rozproszonego światła z korytarza. Mundurowy obserwował go ze zmarszczonym czołem.

– Daj mi swoją latarkę – powiedział Tallow.

Włączył ją i włożył w dziurę. W ciemności coś błyszczało, jakby oświetlał latarką zęby jakiegoś zwierzęcia schowanego w norze.

– Weźcie taran – rzucił Tallow.

Mundurowy zszedł na dół, podczas gdy Tallow usiadł na podłodze plecami do ściany, a gdy CSU zaczęli narzekać, pokazał im środkowy palec. Jeszcze się to na nim zemści, był tego pewien. CSU uwielbiali narzekać, a jeśli on ich nie słuchał, znajdą sobie kogoś innego.

A może akurat dzisiaj zasłużył na spokój.

Mężczyzna usiadł i zaczął rozmyślać o swoim partnerze. Na przykład o tym, że nigdy nie poznał jego żony. Właściwie to jej aktywnie unikał, jeśli miał być szczery. Przypomniał sobie uczucie ulgi, kiedy Jim i jego wybranka postanowili pobrać się w czasie wakacji, dzięki czemu nie mógł iść na ceremonię. Tallow zdecydował kiedyś – po tym, jak musiał nieznanej sobie kobiecie przekazać miażdżącą wieść, że jej mąż zmarł na służbie z trzema kulkami w trzewiach – o zachowaniu permanentnego statusu kawalera. Nie chciał patrzeć na czyjś ślub i myśleć o swoim. Nie miał zamiaru dumać przy stole Jima Rosato o małżeństwie.

Policjant znalazł innego mundurowego i razem, niezbyt szczęśliwi, wnieśli na górę pomalowany na czarno metalowy taran z odłażącą farbą.

Tallow, nie podnosząc się z podłogi, wskazał kciukiem drzwi.

Mężczyźni przystawili do nich taran. Trochę się wygięły, ale nie puściły. Spojrzeli po sobie, wzięli większy zamach i uderzyli znowu. Poszły drzazgi, ale zamki nadal nawet nie drgnęły.

Tallow wstał.

– Uderzcie w ścianę.

– Na pewno?

– Tak. Jakby co, będzie na mnie. No, walcie.

Taran wbił ścianę do środka, a z mieszkania dobiegło kilka głuchych tąpnięć. CSU zaczęli przeklinać własne matki, stojąc we wznieconym uderzeniem pyle. Trzy zamachy i dziura stała się na tyle duża, że Tallow wszedł do środka. Jeszcze dwa głuche tąpnięcia. Włączył pożyczoną latarkę i powoli przeczesał pomieszczenie.

Pokój był wypełniony bronią.

Wisiała na wszystkich ścianach. Nawet u stóp Tallowa leżało kilka sztuk sprzętu. Odwracając się z latarką na wysokości ramienia, zobaczył, że uzbrojenie zamontowano też na ścianie, przez którą dostał się do środka. Część wisiała w rzędach, ale ta na ścianie po prawej formowała skomplikowane zawijasy. Resztę poukładano na podłodze po drugiej stronie pomieszczenia, tworząc trudny do sklasyfikowania kształt. Ta umazana była farbą.

Czuć było zapach, którego Tallow nie potrafił określić. Piżmo. Futro albo skóra.

Wzory w kształcie fal, ułożone z broni, od podłogi po sufit. Wdychając zastałe, niosące słabą woń powietrze, Tallow czuł się niemal jak w kościele.

Był sam w mieszkaniu. Oświetlił latarką drzwi. Zostały wzmocnione stalowymi prętami i ciężkimi zamkami. Na jednym z urzą- dzeń widać było mrugającą na czerwono lampkę LED. Mężczyzna nie potrafił zrozumieć, jak ktoś w ogóle mógłby dostać się do środka przez główne wejście. Taran na pewno nie zdałby egzaminu.

Tallow ostrożnie obszedł powoli wszystkie pokoje, niczego w nich nie dotykając.

We wszystkich znajdowała się broń.

W jedynym z okien w pomieszczeniu z tyłu wisiały dwie ciężkie zasłony. Ze szpary między nimi, na wypełniony bronią pokój, sączyło się słabe światło. W środku tańczyły drobiny kurzu. Tallow stał przez chwilę bez tchu. Potem, powoli i w milczeniu, wyszedł z pokoju.

Niemal się uśmiechnął, gdy wystawił głowę przez dziurę i powiedział do CSU:

– Mam coś dla was.

Gun Machine

Copyright © 2013 by Warren Ellis

This edition published by arrangement with Little, Brown, and Company, New York, New York, USA. All rights reserved.

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2014

Copyright © for the translation by Agnieszka Brodzik 2014

Redakcja i korekta–Sonia Miniewicz, Radosław Pisula, Joanna Mika-Orządała

Opracowanie typograficzne i skład–Joanna Pelc

Okładka–Paweł Szczepanik / BookOne.pl

Front cover photograph:©Philipp Henzler

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Wydanie I, Kraków 2014

ISBN EPUB: 978-83-7924-247-4

ISBN MOBI: 978-83-7924-246-7

[1]Crime Scene Unit – jednostka nowojorskiej policji zajmująca się zbieraniem dowodów na miejscu zbrodni (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).