Wydawca: MAG Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Wzlot i upadek D.O.D.O ebook

Neal Stephenson   Nicole Galland  

4.08510638297872 (47)
Bestseller

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 898 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wzlot i upadek D.O.D.O - Neal Stephenson, Nicole Galland

Neal Stephenson, autor bestsellerów oraz ceniona przez krytyków powieściopisarka Nicole Galland wspólnie tworzą wciągający i misternie skonstruowany thriller, którego akcja dzieje się w bliskiej przyszłości, splatając historię, naukę, magię i tajemnicę w opowieść podważającą fundamenty naszego nowoczesnego świata.

Melisande Stokes, ekspertka od lingwistyki i języków, spotyka na korytarzu Uniwersytetu Harvarda Tristana Lyonsa, pracownika wojskowego wywiadu – i rozpoczyna się ciąg zdarzeń, które odmieniają tak ich życie, jak losy całego świata. Młody człowiek z zakonspirowanej rządowej agencji zwraca się do Mel, szeregowej pracownicy naukowej, z niewiarygodną ofertą. Warunek jest jeden: musi przysiąc, że zachowa tajemnicy, w zamian otrzymując bardzo godziwe wynagrodzenie.

Tristan chce, aby Mel przetłumaczyła pewne bardzo stare dokumenty. Jeśli są autentyczne, ich znaczenie jest niemal rewolucyjne: dowodzą, że magia naprawdę istniała i była praktykowana od stuleci, a dopiero przybycie Oświecenia i rewolucji przemysłowej osłabiło jej moc i naraziło na zagładę jej adeptów. W roku 1851, w czasie Wielkiej Wystawy w londyńskim Kryształowym Pałacu, będącej świętem techniki i nowoczesności, magia przestała działać całkowicie. Coś we współczesnym świecie „zagłusza” używane przez magię „fale” i Tristan musi się dowiedzieć, co to takiego.

Powstaje więc Departament Od Diachronicznych Operacji – DODO – i rusza do pierwszej misji, której celem jest skonstruowanie urządzenia przywracającego magię światu, a potem posłanie w przeszłość Agentów Diachronicznych, aby udaremnili zagładę magii…. jednocześnie zmieniając odrobinę historię świata. Lecz doskonaląc tę naukę i technologię, Tristan i jego rozrastająca się organizacja ignorują zdradziecki i nieprzewidywalny czynnik – ludzką naturę.

Ta ekscytująca i przepięknie odmalowana powieść fantastyczna, łącząca geniusz, skomplikowanie i pomysłowość Neala Stephensona z ludzkim ciepłem i humorem typowym dla stylu Nicole Galland sprawi, że uwierzycie w to, co niemożliwe, a także przeniesiecie się w zupełnie niewyobrażalne miejsca – i czasy.

Opinie o ebooku Wzlot i upadek D.O.D.O - Neal Stephenson, Nicole Galland

Fragment ebooka Wzlot i upadek D.O.D.O - Neal Stephenson, Nicole Galland

Tytuł oryginału: The Rise and Fall of D.O.D.O.

Copyright © 2017 by Neal Stephenson i Nicole Galland Copyright for the Polish translation © 2018 by Wydawnictwo MAG

Redakcja: Joanna Figlewska Korekta: Urszula Okrzeja Ilustracja na okładce: Dark Crayon Opracowanie graficzne okładki: Piotr Chyliński Projekt typograficzny, skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń

ISBN 978-83-7480-836-1

Wydanie II

Wyłączny dystrybutor: Firma Księgarska Olesiejuk Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz. tel. 22 721 30 00

Od autorów

Drodzy Czytelnicy, dla Waszej wygody dołączyliśmy do książki listę postaci a także słowniczek skrótów i terminologii specyficznej dla świata D.O.D.O. Ponieważ te listy zdradzają kluczowe elementy fabuły, umieściliśmy je na końcu książki.

N. S. iN. G.

Część I

Diachronika

(Wstęp, lipiec 1851)

Nazywam się Melisande Stokes i to będzie moja historia. Spisuję ją w roku 1851 (naszej ery, czy raczej, spójrzmy prawdzie w oczy, Roku Pańskiego) w pokoju gościnnym rodziny z klasy średniej na Kensington w Londynie. Nie jestem jednak rdzenną mieszkanką tego miejsca i czasu. Tak naprawdę to rozpaczliwie próbuję się ztego syfu stąd wydostać.

Ale to już wiecie. Ponieważ kiedy skończę pisać te słowa – i nazwę je Diachroniką, z pewnych powodów, które zaraz staną się jasne – zaniosę je do bardzo dyskretnego prywatnego biura Fugger Banku na Threadneedle Street, schowam do skrytki depozytowej i wręczę najpotężniejszemu bankierowi w Londynie, który zamknie ją w skarbcu i nie pozwoli otworzyć przez ponad sto sześćdziesiąt lat. Fuggerowie, jak nikt inny na świecie, rozumieją zagrożenia związane z Pęknięciem Diachronicznym. Wiedzą, że jeśli otworzą skrytkę i przeczytają dokument wcześniej, spowodują katastrofę, która wymaże z mapy całą londyńską dzielnicę finansową, tak że zostanie po niej tylko dymiący krater.

A właściwie coś o wiele gorszego niż dymiący krater... ale tak to będzie opisywać historia, po odesłaniu ocalałych naocznych świadków do domu wariatów.

Piszę to stalową, maczaną w kałamarzu stalówką numer 137B z firmy Hughes & Sons Ltd. z Birmingham. Poprosiłam o taką z bardzo cienką końcówką, trochę po to, by oszczędzać papier i pieniądze, a trochę po to, żeby móc ukłuć się nią w palec i upuścić kroplę krwi. Każde XXI-wieczne laboratorium jest w stanie zbadać DNA w tej brązowej smudze na górze strony. A potem porównacie to z moimi aktami w centrali DODO i będziecie wiedzieć, że jestem kobietą z Waszej ery, piszącą te słowa w połowie XIX wieku.

Zamierzam spisać wszystko, co wyjaśni, jak się tu znalazłam, obojętne jak będzie to nieprawdopodobne czy wydumane. Że zacytuję Petera Gabriela, wokalistę, muzyka i autora, który urodzi się za 99 lat: „This will be my testimony”. To będzie moje świadectwo.

* * *

Oświadczam, że znalazłam się w tym miejscu wbrew własnej woli – zostałam Posłana tutaj 8 września 1850 roku z San Francisco (na dzień przed przyznaniem Kalifornii statusu stanu).

Oświadczam, że pochodzę z Bostonu w Massachusetts, z pierwszej ćwiartki XXI stulecia. Tam, w tamtym czasie, jestem pracownicą Departamentu Operacji Diachronicznych, tajnej agendy rządu Stanów Zjednoczonych, która na skutek wewnętrznej zdrady dość fatalnie się wykoleiła.

W czasach, w których piszę te słowa, w roku 1851, magia zanika. Przeprowadzone przeze mnie na zlecenie DODO badania sugerują, że czary przestaną istnieć pod koniec tego miesiąca (dokładnie 28 lipca). Kiedy to się stanie, do końca moich dni stanę się więźniem postmagicznego świata. Tylko dzięki tej diachronice ktokolwiek dowie się o moich dalszych losach. O ile, jak na standardy roku 1851, udało mi się urządzić całkiem komfortowo – mam odrobinę prywatności, mam czas wolny, dostęp do pióra i atramentu, o tyle stało się to kosztem mojej wolności – moi gospodarze nie wypuszczą mnie samej z domu nawet na wieczorny spacer, nie mówiąc już o poszukiwaniu czarownic, które mogłyby mi pomóc.

Nim zacznę, jeszcze jedna uwaga. Jeśli, Drogi Czytelniku, jesteś pracownikiem DODO, mam do Ciebie prośbę: dopiszcie gorseciarki na listę rekomendowanego personelu pomocniczego, werbowanego w każdym DPC-u w czasach wiktoriańskich. Gorsety szyje się tu na miarę, powinny być dopasowane do kształtu ciała konkretnej damy, natomiast pożyczone albo kupione gotowe są bardzo niewygodne – używają ich tylko służące i co uboższe kobiety (choć one z kolei nie sznurują ich tak ciasno, bo muszą pracować fizycznie). A ja nie chcę prosić moich opiekunów o pieniądze na uszycie gorsetu, skoro i tak nadużywam ich dobroczynności – jednak ten, który noszę, pożyczony od gospodyni dobrodziejki, jest okropny. Przy nim gorset z czasów renesansu jest jak bikini – i wcale nie żartuję.

Diachronika

Dzień 33 (koniec sierpnia, rok 0)

Wktórym poznaję Tristana Lyonsa iod razu zgadzam się wpakować wtarapaty gorsze, niż mogłabym sobie wówczas wyobrazić.

Tristana Lyonsa spotkałam w korytarzu pod gabinetami pracowników naukowych Wydziału Filologii Klasycznej i Starożytnej na Harvardzie. Byłam wykładowczynią, co oznaczało, że dostawałam do prowadzenia najbardziej nielubiane zajęcia dydaktyczne, bez możliwości własnych badań naukowych, i że można mnie było zwolnić z dnia na dzień.

Pewnego popołudnia, gdy szłam tym korytarzem, usłyszałam podniesione głosy dobiegające z pokoju doktora Rogera Blevinsa, dziekana wydziału. Drzwi były lekko uchylone. Przeważnie trzymał je otwarte na oścież, żeby każdy, kto przechodzi, widział jego ego-ścianę obwieszoną dyplomami, medalami i listami pochwalnymi, których się dosłużył, uczciwie lub nie. A kiedy nie stały otworem, zamykał je na klucz i wieszał tabliczkę, która 48-punktową Lucidą Blackletter obwieszczała „PROSZĘ NIE PRZESZKADZAĆ”, byśmy wszyscy zdawali sobie sprawę, jak ekskluzywna jest możliwość przebywania w jego towarzystwie.

A tu proszę: zupełnie nietypowo – uchylone na jedną czwartą. Zaintrygowana zerknęłam do środka, dokładnie w chwili gdy stamtąd stanowczym krokiem wychodził facet o miłej powierzchowności, oglądając się na Blevinsa z miną gdzieś pomiędzy konsternacją a niesmakiem. Zderzył się ze mną, trafiając bicepsem w mój bark wystarczająco mocno, bym straciła równowagę. Poleciałam w tył i wylądowałam na płask na podłodze. Odruchowo cofnął się, przy czym z głuchym łomotem uderzył plecakiem o futrynę. Blevins, z głębi gabinetu, wylewał z siebie potok inwektyw.

– Przepraszam najmocniej – powiedział mężczyzna od razu, czerwieniąc się. Był mniej więcej w moim wieku. Wyśliznął się na korytarz i wyciągnął do mnie rękę, żeby pomóc mi wstać.

Drzwi otworzyły się szerzej, ze sporą siłą, trafiając mnie prosto w łydkę. Wydałam jęk bólu i protestu, a bufoniasty głos dochodzący z wnętrza gabinetu umilkł.

Blevins, z nieskazitelnie ułożonymi siwymi włosami, jakby w każdej chwili spodziewał się zaprzysiężenia na biegłego, wychynął z pokoju i łypnął na mnie z dezaprobatą.

– A co ty tu robisz? – zapytał, jakby przyłapał mnie na podsłuchiwaniu.

– To moja wina, najmocniej panią przepraszam – powiedział młody człowiek i znów wyciągnął do mnie rękę.

Blevins chwycił za krawędź drzwi i zaczął je zamykać.

– Uważaj, jak chodzisz – powiedział do mnie. – Gdybyś szła środkiem korytarza, tobyś uniknęła zderzenia. Zbieraj się i idź dalej.

Rzucił młodemu człowiekowi spojrzenie, którego nie byłam w stanie zaklasyfikować, a potem zawrócił do gabinetu, z hukiem zamykając drzwi za sobą.

Po sekundzie milczenia w osłupieniu nieznajomy znów podał mi rękę, a ja ją ujęłam i wstałam, dziękując mu kiwnięciem głowy. Stanęliśmy dość blisko siebie.

– Ja... – zaczął ponownie. – Naprawdę bardzo przepraszam...

– Nic się nie stało – odparłam. – Zdenerwował pan Rogera Blevinsa, to nie może pan być złym człowiekiem.

Spojrzał ze zdziwieniem – jakby w jego kręgach po prostu nie mówiło się źle o przełożonych. Dalej wpatrywaliśmy się w siebie – wydawało się to całkiem normalne. Był na swój sposób przystojny, trochę w stylu chłopaków ze Studium Oficerów Rezerwy, a jego mina sugerowała, że i on nie ma problemu z przyglądaniem mi się, choć nie zaliczam się do tych dziewczyn, którymi chłopaki z Rezerwy się specjalnie interesowały.

Nagle znów wyciągnął do mnie rękę.

– Tristan Lyons – powiedział.

– Melisande Stokes – odpowiedziałam.

– Pani jest z Filologii Klasycznej i Starożytnej?

– Tak – odpowiedziałam. – Jestem wykorzystywaną i udręczoną wykładowczynią nauk humanistycznych.

I znowu to zdumione, nieufne spojrzenie.

– Zapraszam panią na kawę – powiedział.

Dość bezczelne to było, jednak tak go polubiłam za to, że zdenerwował Blevinsa, że głupio mi było mu odmówić.

Chciał mnie zabrać do Apostolic Café na Central Square, jakieś dziesięć minut piechotą przez Massachusetts Avenue. Była akurat ta pora roku, kiedy w Bostonie widać, że teraz już na pewno skończyło się lato, a siedemdziesiąt parę miejscowych college’ów i uczelni budzi się do życia. Ulice korkowały minivany rodziców z całego Północnego Wschodu, rozlokowujących swe potomstwo po mieszkaniach i akademikach. Chodniki tarasowały przeznaczone do śmieci kanapy i inne meble. I to wszystko na standardowym tle bostońskiego ruchu ulicznego, przechodniów, aut, rowerów, autobusów. Było zatem bardzo głośno i bardzo tłoczno. Skorzystał z tego, żeby wziąć mnie za łokieć, żebym szła blisko niego. Co za bezczel. I co za pomysł, żeby w takim tłoku iść jedno obok drugiego! A jednak torował drogę przez tłum, rzucając wyczekujące spojrzenia i zwięzłe przeprosiny. Zdecydowanie nie był stąd.

– Dobrze mnie pani słyszy? – powiedział mi niemal wprost do ucha, bo szłam pół kroku przed nim.

Skinęłam głową.

– Powiem parę rzeczy po drodze. Kiedy dojdziemy do tej kawiarni, jeśli uzna mnie pani za wariata albo oblecha, to po prostu proszę powiedzieć, wypijemy tę kawę i spokojnie się rozejdziemy. Ale jeśli nie, będziemy musieli odbyć bardzo poważną rozmowę, która zajmie wiele godzin. Jest pani z kimś umówiona na kolację?

W społeczeństwie, w którym obecnie zamieszkuję, takie zachowanie uznano by za tak oburzające, że kiedy o tym myślę, aż trudno mi uwierzyć, że natychmiast się nie wymówiłam i nie poszłam sobie. Wówczas jednak jego niezręczność i prostolinijność wydały mi się dość pociągające. Przyznaję też, że byłam ciekawa, co ma do powiedzenia.

– Być może – powiedziałam.

– No dobrze, proszę posłuchać – zaczął. – Pracuję dla głęboko zakonspirowanej agendy rządowej, o której nigdy pani nie słyszała. A i po zagooglowaniu nic pani nie znajdzie, nawet na stronach świrów od teorii spiskowych.

– Tylko świry od teorii spiskowych mówią „głęboko zakonspirowana agenda rządowa”.

– I właśnie dlatego tak mówię – odparł. – Nie chcę, żeby ludzie brali mnie poważnie, to by mi utrudniało skuteczne działanie. Już mówię, o co mi chodzi. Potem mi pani powie, czy jest pani zainteresowana. Dysponujemy paroma bardzo starymi dokumentami – jeden jest zapisany pismem klinowym – i potrzebujemy tłumaczeń, choćby przybliżonych, wykonanych przez tę samą osobę. Zapłacimy bardzo przyzwoicie. Ale nie mogę pani powiedzieć, skąd te dokumenty mamy, jak je zdobyliśmy i dlaczego się nimi interesujemy. A pani też nie może nikomu o nich powiedzieć. Nie wolno pani nawet powiedzieć koleżankom: „Robiłam jakieś tajne tłumaczenia dla rządu”. I nawet jeśli my te tłumaczenia opublikujemy, nie będzie wiadomo, że jest pani ich autorką. Jeśli przy tłumaczeniu dowie się pani czegoś niezwykłego, nie będzie pani wolno nikomu o tym powiedzieć. Będzie pani trybikiem w wielkiej machinie. Anonimowym trybikiem. Musi się pani na to zgodzić, zanim powiem choćby jedno słowo więcej.

– Aaa, to dlatego Blevins wywalił pana na kopach – powiedziałam.

– Tak, on jest bardzo przywiązany do akademickiej wolności.

Drogi Czytelniku, przyznaj, że to dobrze o mnie świadczy, że nie zlolowałam zaczęłam z niego drwić.

– Jasne, wolności.

To z kolei zdumiało Tristana, tak że popatrzył na mnie jak szczeniak, któremu ktoś nadepnął na ogon. Po namyśle, zważywszy ten jego klimat Studium Rezerwistów, niech będzie: dorosły owczarek niemiecki.

– Wkurzył się, że nie dostanie żadnej chwały ani tantiem – wyjaśniłam. – Ale tego nie mógł powiedzieć. Stąd ta „akademicka wolność” czy co to tam było.

Kiedy przecinaliśmy Temple Street, wyglądało na to, że naprawdę się nad tym zastanawia. Takie typy mają wbity na twardo szacunek do władzy i przełożonych. A Blevins był władczy jak mało kto. Proszę, mały test dla pana. Czy ten prostolinijny móżdżek zaraz wybuchnie?

Przez ludzką ciżbę widziałam już, w złotym blasku wczesnej jesieni, wejście do stacji Central Square.

– A pani co sądzi na ten temat? – zapytał.

– Wolności akademickiej? Czy kasy?

– Jak dotąd, kopa nie dostałem – powiedział. – Więc chyba kasy.

– Zależy, ile tej kasy.

Rzucił kwotę dwukrotnie wyższą od mojej rocznej pensji, zastrzegając się:

– ...ale najpierw musi mnie pani przekonać, że jest pani odpowiednią osobą.

– A do czego wykorzystacie tę informację?

– Zastrzeżone.

Próbowałam na siłę znaleźć jakiś powód, żeby nie przyjąć tej zyskownej fuchy.

– Czy ta pana głęboko zakonspirowana agenda nie użyje ich jako uzasadnienia dla nieetycznych działań albo fizycznej przemocy?

– Zastrzeżone.

– Czyli tak – powiedziałam. – Albo co najmniej „być może”. Inaczej powiedziałby pan „nie”.

– Ta kwota... to jest wynagrodzenie za sześć miesięcy. Możemy potem przedłużyć za zgodą obu stron. Dodatkowe świadczenia do ustalenia. To idziemy na tę kawę czy nie?

Już zaraz trzeba było skręcić do Apostolic Café.

– Kawa nie zaszkodzi – odpowiedziałam.

Grałam na zwłokę, próbując to przeliczyć w pamięci: netto cztery razy tyle, co mam teraz – i w czym nigdy nie będzie żadnych „dodatkowych świadczeń”. Nie mówiąc już o zmianie szefa na lepszego.

Weszliśmy do kawiarni mieszczącej się w odświęconym murowanym kościele z wysokimi sklepieniami, witrażami i kompletnie niepasującymi współczesnymi drewnianymi stołami i krzesłami porozstawianymi z rzadka na marmurowej podłodze. Po jednej stronie stał ultranowoczesny ekspres, pośrodku kontuar – w miejscu, gdzie dawniej stał ołtarz, co kłóciło się z moim wychowaniem, choć wydawało mi się, że dawno to sobie przepracowałam – a wzdłuż wewnętrznej strony absydy zakręcał wyposażony we wszelkie alkohole bar. Lokal otwarto niedawno, ale już był bardzo popularny wśród informatyko-komputerowców zarówno z Harvardu, jak i MIT. Ja byłam w środku pierwszy raz. Poczułam chwilowe ukłucie zawiści, że w Cambridge nie ma dość lingwistów, aby zasłużyli sobie na równie fantastyczną knajpę wyspecjalizowaną w poliglotycznej klienteli.

– Co wam pasuje? – zapytała baristka, młoda skośnooka dziewczyna z interesującymi kolczykami, tatuażami zamiast brwi i manierą gdzieś pomiędzy „Jestem taka interesująca, a ta praca jest do dupy” a „Mam zajebiste sekretne życie, a ta praca to doskonała przykrywka”. Na identyfikatorze miała napisane „Julie Lee: Zawodowa 聪明的驴子 •双簧管” (co przetłumaczyłam sobie z grubsza jako „przemądrzała oboistka”).

Zamówiliśmy: Tristan czarną kawę, a ja coś, czego w życiu bym normalnie nie wzięła, skomplikowaną latte jakąś tam z całym stadem haseł, które powybierałam na chybił trafił z menu nad barem, aż pani baristka na moment się skrzywiła. Mój tok rozumowania był następujący: agenci tajnych rządowych agencji na pewno są szkoleni do psychologicznego profilowania kandydatów, a ja nie chciałam, aby mnie do końca rozgryzł, póki sama nie zdecyduję – przyjąć jego propozycję czy nie. (A poza tym był dość przystojny, od czego pociły mi się ręce i chciałam się trochę ukryć za maską ekscentryczki). Wyszło więc, jak wyszło: przed nim stanął kubek pachnącej czarnej cieczy, a przede mną coś, co w ogóle się do picia nie nadawało.

– Zamówiła to pani, żeby zmylić trop, na wypadek gdybym próbował jakiegoś ninja-profilingu – rzucił mimochodem, jakby głośno myślał. – Paradoksalnie to mi mówi o pani więcej, niż gdyby po prostu zamówiła pani to co zawsze.

Musiałam zrobić zszokowaną minę, bo wyszczerzył się z aż nieprzyzwoitym samozachwytem. Było coś bardzo bulwersującego w tym, jak mnie rozgryzł, tak szybko, tak dokładnie i tak niespodziewanie. Poczułam, że się rumienię.

– Jak? – zapytałam. – Jak pan to zrobił?

Pochylił się ku mnie, wielkie, silne dłonie trzymał złożone na blacie stolika.

– Melisande Stokes... mogę ci mówić Mel?

Kiwnęłam głową.

– Mel. – Na wstępie bardzo urzędowo odchrząknął. – Jeśli mamy z tym iść dalej, ten proces składa się z trzech części. Po pierwsze, żeby cokolwiek się zadziało, musisz podpisać umowę o poufności. Potem musisz przetłumaczyć parę próbek, żebyśmy mogli ocenić twój poziom, a potem musimy zweryfikować twoje dane.

– A ile czasu to wszystko potrwa? – zapytałam.

Cztery razy większa pensja. A może i pakiet medyczny z dentystą.

I nie będzie Blevinsa.

Na krześle obok nas stał jego plecak. Teraz go poklepał.

– Umowę o poufności mam tutaj. Jeśli podpiszesz ją teraz, wyślę twoje nazwisko i numer ubezpieczenia do Waszyngtonu. – Urwał i zastanowił się. – Co ja mówię. Oni już będą znali twój numer. Co więcej, skończą weryfikację, zanim ty wypijesz to paskudztwo, które zamówiłaś. Potem więc to tylko kwestia, ile czasu ci zajmie przetłumaczenie próbek i sprawdzenie ich przez kogoś od nas. Ale... – uniósł ostrzegawczo palec – ...potem już nie ma odwrotu. Jeśli to podpiszesz, zobowiązujesz się to robić. Chyba że my ci odmówimy. Ty już nam nie będziesz mogła odmówić. Podpiszesz i będziesz na mnie skazana przez minimum sześć miesięcy. Rozumiesz? Żadnych niedomówień i kombinacji. Zatem może przegadamy to wszystko dzisiaj, a umowę sobie weźmiesz do domu, prześpisz się z nią i jutro mi oddasz.

– A gdzie cię jutro znajdę?

– Zastrzeżone – odparł. – Ja cię znajdę.

– Nie cierpię, jak ktoś za mną łazi. To już lepiej teraz podpiszę – odparłam.

Wytrzeszczył oczy. Niezupełnie jak w tej pierwszej chwili, gdy tylko gapiliśmy się na siebie i wydawało się to przedziwnie normalne. To było znaczące. Nie bardzo wiedziałam dlaczego. Chciałam myśleć, że po prostu cieszę się, mogąc się za jednym zamachem pozbyć Blevinsa i zacząć zarabiać czterokrotnie więcej. Ale gdybym miała być szczera wobec siebie, musiałabym przyznać, że przyjemnie było, że ktoś o tak miłej powierzchowności uznał mnie za Wybraną.

– No dobra – powiedział, gdy przez parę uderzeń serca znów tak na siebie patrzyliśmy. – To proszę. – Sięgnął do torby.

Przeczytałam umowę. Mówiła dokładnie to, co mi streścił, przez co była jednocześnie standardowa i nietypowa. Wyciągnęłam rękę, podał mi rządowy długopis. Lata świetlne od lekko zakrwawionej stalówki Hughes & Sons Ltd., numer 137B, supercienka, którą teraz piszę te słowa.

Gdy podpisałam, nachylił się ku mnie i powiedział cicho, wyraźnie bardzo z siebie zadowolony:

– Jeden artefakt z pismem klinowym mam przy sobie, jeśli chcesz rzucić okiem.

Wtedy to chyba szczęka mi naprawdę opadła.

– Nosisz w plecaku artefakt z pismem klinowym?

Wzruszył ramionami.

– Skoro przetrwał upadek Ugaritu... – W oczach miał chłopięcy błysk. Popisywał się teraz. – Chcesz zobaczyć?

Kiwnęłam głową. Otworzył plecak i wyciągnął bryłę gliny, mniej więcej wielkości Big Maca. Aha, to to tak huknęło, kiedy zderzył się z drzwiami u Blevinsa. A na bryłce, drobniutkimi, równymi rządkami widniało... pismo klinowe. Obchodził się z tym jak z piłką futbolową. Gapiłam się na to przez chwilę zdezorientowana faktem, że na stoliku obok mojego napoju kawopodobnego leży coś, czego dotąd dotykałam tylko w muzealnej pracowni, w rękawiczkach. Prawie obawiałam się to ruszyć, wydawało się to świętokradztwem. Zaraz jednak opanowałam się i musnęłam bryłkę palcami. Przyjrzałam się pismu.

– To nie jest z Ugaritu – stwierdziłam. – To jest hetyckie. Znaki są typu akadyjskiego.

Ucieszył się.

– Nieźle. Jesteś w stanie to odczytać?

– No, nie tak od ręki – powiedziałam cierpliwie. Niektórzy mają bardzo romantyczną wizję, co to znaczy być poliglotą. Ale żeby nie wypaść źle, dodałam: – Trochę tu jest za ciemno, trudno odróżnić niektóre kształty.

– Dobra, to później – zgodził się i z tą samą nonszalancją schował glinę do plecaka.

Zaczęłam się zastanawiać, czy naprawdę ją widziałam.

Sięgnął tam po raz kolejny i wyciągnął coś innego: plik kartek. Podsunął mi je.

– Masz długopis w ręku – powiedział. – Może od razu się tym zajmiesz?

Zerknęłam na kartki. Było na nich siedem bloków tekstu i prawie żaden nienapisany łacińskim alfabetem, nawet starołaciński był etruskim pismem. Od razu rozpoznałam też biblijny hebrajski i klasyczną grekę. Hebrajski znałam z nich najlepiej, więc przyjrzałam mu się dokładniej.

Po czym zamrugałam kilka razy, żeby sprawdzić, czy mi się nie przywidziało. Przyjrzałam się grece i łacinie. Podniosłam wzrok na Tristana.

– Ja wiem, co tu jest napisane.

– Zdawałaś już ten test? – zapytał zdziwiony.

– Nie – burknęłam kwaśno. – Ja go ułożyłam. – A widząc zdezorientowaną minę, wyjaśniłam: – Wybrałam te fragmenty i napisałam klucz do sprawdzania odpowiedzi. – Poczułam, że policzki mi płoną. – Jako taki projekt u Blevinsa, kiedy robiłam dyplom.

– On nam to sprzedał – powiedział po prostu Tristan. – Za kupę kasy.

– To miało być do jakiegoś seminarium podyplomowego z konstrukcji syntaktycznych.

– Mel. On nam to sprzedał. Nigdy nie było żadnego seminarium podyplomowego z konstrukcji syntaktycznych. My, czyli ludzie na wysokich stanowiskach w mojej tajnej rządowej agencji, współpracujemy z nim od wielu lat. Ma podpisane z nami różne umowy.

– Teraz to z miłą chęcią bym i siedemnaście razy podpisała tę umowę, żeby pokazać, co myślę o Blevinsie i gdzie go mam.

Julie Lee, Zawodowa Przemądrzała Oboistka, przemknęła koło nas, bez pytania zabierając kubki. W tym samym momencie telefon Tristana piknął, a on zerknął na ekran. Coś odpisał i schował aparat do kieszeni.

– Powiedziałem im, że zdałaś śpiewająco – dodał – a oni napisali, że przeszłaś weryfikację.

– Oczywiście, że przeszłam weryfikację – odparłam. – Za kogo mnie masz?

– Witam na pokładzie.

– Dziękuję. Ale obojętne, kim są ci oni, powiedz im, że jestem autorką tego testu, który właśnie zdałam.

Pokręcił głową.

– Wtedy wpakujemy się w sprawę o prawa autorskie z twoją uczelnią, zrobi się wielka afera, do tego publiczna, a tajne rządowe agencje nie mogą sobie pozwolić na takie rzeczy. Przykro mi bardzo. Ale jeśli ten projekt padnie, będziesz mogła podyskutować o tym z Blevinsem. – Jego telefon znowu piknął. Przeczytał nową wiadomość, schował go z powrotem i wyciągnął do mnie rękę. – Miałaś dotąd przyjemnie nieciekawe życie. Zobaczymy, czy uda się to zmienić.

Diachronika

Dni 34–56 (wrzesień, rok 0)

Wktórych moją uwagę zwraca się na magię.

Tristan postanowił rozpocząć tłumaczenia od razu, jeszcze tego samego wieczoru – zamówił chińszczyznę na wynos, poprosił o mój adres i powiedział, że pojawi się za godzinę z pierwszymi tekstami. Wiedzcie, proszę, że byłam oburzona, że wozi się swoim rozklekotanym jeepem ze starożytnymi artefaktami na tylnym siedzeniu.

Mieszkałam wówczas w dwupokojowym mieszkanku w budynku bez windy w północnym Cambridge (i nikt nie uważał mnie za starą pannę ani damę lekkich obyczajów, jak w moim obecnym środowisku). Znajdowało się parę kroków od stacji metra Porter Square, z łatwym dojazdem rowerem na mój wydział, przez Massachusetts Avenue i na skróty przez Harvard Yard (choć oczywiście miałam już tam nie jeździć). Tristan przyjechał punktualnie, z reklamówkami pełnymi chińszczyzny i sześciopakiem piwa „Old Tearsheet Best Bitter” – jak się dowiedziałam, jedynego, które był skłonny pić. Bez mrugnięcia okiem zaanektował całą salono-jadalnio-kuchnię, rozkładając jedzenie na kuchennym barze, z dala od stolika kawowego, gdzie rozłożył cztery dokumenty i tabliczkę z pismem klinowym, notatnik oraz parę długopisów. Rozejrzał się po pokoju, namierzył mój regał ze słownikami i materiałami, wyciągnął cztery z nich i położył na stoliku.

– Ale najpierw jemy – powiedział. – Bo padnę.

Po raz pierwszy pogadaliśmy sobie niezobowiązująco. Bardzo krótko, bo je o wiele za szybko, choć wtedy, za pierwszym razem, tego nie skomentowałam. Studiował fizykę na West Point, ale po niej wylądował w Wywiadzie Wojskowym Armii, co potem doprowadziło, w skomplikowany sposób zamaskowany wielokrotnym użyciem terminu „zastrzeżone”, do zwerbowania go do tej „głęboko zakonspirowanej agendy rządowej”.

Ja zaś, skoro u mnie nic nie było „zastrzeżone”, wyjawiłam mu źródło moich poliglotycznych skłonności, a mianowicie fakt, że moi niewierzący rodzice wychowali się w wierze katolickiej i żydowskiej, więc dziadkowie od początku konkurowali o moje religijne poglądy. W wieku siedmiu lat zaproponowałam katolickim dziadkom, że zamiast chodzić do szkółki niedzielnej, nauczę się czytać Nowy Testament po łacinie. Zgodzili się, bo myśleli, że nigdy mi się to nie uda – a ja w sześć miesięcy zyskałam funkcjonalną płynność w klasycznej łacinie. Ośmielona tym faktem, na krótko przed trzynastymi urodzinami wywinęłam się od bar micwy, zdając egzamin z klasycznego hebrajskiego na poziomie uniwersyteckim. Wtedy żydowscy dziadkowie zaoferowali się, że za każdy starożytny język, który opanuję na takim poziomie, opłacą mi jeden semestr studiów. I tym właśnie sposobem sfinansowałam sobie pierwsze trzy lata na uczelni.

Tristana bardzo uradowała ta opowieść – był prawie tak dumny z siebie, jak ze mnie, jakby poklepywał się po plecach za to, że wybrał takie cudowne dziecko. Kiedy skończyliśmy jeść, zebrał jednorazowe pojemniki, wypłukał je, starannie powkładał jeden w drugi i włożył z powrotem do reklamówki.

– No dobrze, to zaczynamy! – powiedział i przesiedliśmy się na kanapę, żebym mogła spojrzeć na materiały.

Oprócz tabliczki z pismem klinowym było coś w guanhua, środkowym mandaryńskim, na papierze ryżowym, mniej więcej pięćsetletnim – trzeba Tristanowi przyznać, że był chociaż na tyle mądry, by włożyć do tego rękawiczki. Był także tekst napisany mieszanką średniowiecznego francuskiego i łaciny, na pergaminie, na oko mający co najmniej osiemset lat. (Co za pierdolony niesamowity widok, takie rzeczy leżą sobie na moim stoliku). I wreszcie był fragment jakiegoś dziennika, z kolei po rosyjsku, na papierze, który w porównaniu z resztą wyglądał jak fabrycznie nowy i nosił datę z roku 1847. Mój wewnętrzny bibliotekarz zauważył, że wszystkie teksty są opatrzone taką samą pieczęcią, niezbyt wyraźnym godłem rodowym otoczonym rozmazanymi słowami pół po łacinie, pół po włosku. Innymi słowy, znalazły się w jakiejś bibliotece czy prywatnej kolekcji, gdzie ktoś je kiedyś pieczołowicie ostemplował i skatalogował.

Tristan, jak mnie uprzedzał, nie chciał powiedzieć, skąd te artefakty wziął ani dlaczego pochodzą z (jak się zdaje) dość chaotycznego zbioru. Jednakże, spędziwszy nad nimi kilka godzin, dopatrzyłam się wspólnego motywu... choć trudno mi było uwierzyć w to, co czytałam.

W skrócie: wszystkie teksty wspominały o magii – tak, magii – równie beznamiętnie, jak sądowy dokument wymienia przepisy, a medyczny badania laboratoryjne. I nie chodziło o magię w sensie magicznych sztuczek, lecz o taką znaną z mitów i baśni – niewytłumaczalną i nadprzyrodzoną siłę wykorzystywaną przez czarownice – bowiem według tych dokumentów były to wyłącznie kobiety. Nie o wiarę w magię czy skłonność do magicznego myślenia. Po prostu: autor każdego z tych dokumentów pisał o konkretnych sytuacjach, w których magia była czymś oczywistym.

Na przykład tabliczka z pismem klinowym informowała, jakie wynagrodzenie powinna otrzymywać za swe usługi czarownica na królewskim dworze w Kahcie, i regulowała zakres czarów, o które wolno ją było prosić. Tekst łacińsko-francuski był pióra przełożonej opactwa w Chaalis i opisywał wysiłki jednej z zakonnic, na próżno usiłującej wyzbyć się magicznych mocy; przeorysza zastanawiała się, czy to nie jej wina, gdyż nie dość szczerze modli się o wyzwolenie siostry, bo jej magiczne moce często ułatwiają życie w klasztorze. Tekst mandaryński zajął mi trochę więcej czasu – wówczas tylko pobieżnie znałam azjatyckie rodziny języków. Był w istocie pochodzącym z prowincji przepisem na danie zawierające różne trudne do zdobycia aromatyczne przyprawy, który opisały autorowi (robiącemu objazd prowincji mandaryńskiemu urzędnikowi) kobiety mieniące się wiedźmami (a których dokonania zostały odnotowane w dopisku na marginesie przepisu). Wreszcie XIX-wieczny rosyjski tekst był autorstwa kobiety, która sama nazywała siebie wiedźmą i lamentowała nad słabnącymi mocami swoich sióstr i własną. I ona także napomykała o tym, jak przydatne są pewne rzadkie zioła.

Tłumaczyłam to od ręki, dość zgrubnie. Gdy skończyłam czwarty tekst, na moment zapadła cisza. Tristan rzucił mi rozbrajająco chytry uśmieszek i odezwał się:

– A gdybym ci powiedział, że mamy takich dokumentów ponad tysiąc? Ze wszystkich epok i ze wszystkich kontynentów.

– I wszystkie z takim godłem? – zapytałam, wskazując rozmazaną pieczęć.

– Trzon kolekcji tak, ale część zebraliśmy już na własną rękę.

– No cóż, to by podważało pewne założenia co do natury rzeczywistości, a nawet nie byłam świadoma, że je mam.

– Chcemy, żebyś przetłumaczyła je wszystkie i wyekstrahowała z nich zestaw najważniejszych informacji.

Spojrzałam na niego.

– Zakładam, że w celu uzyskania przewagi militarnej.

– Zastrzeżone – odparł.

– Mając kontekst, mogę o wiele lepiej wykonać tę pracę.

– Moja głęboko zakonspirowana agenda zbiera tego typu dokumenty od wielu lat.

– Jakimi metodami? – warknęłam zdegustowana i jednocześnie zafascynowana, że sypiąca kasą tajna agencja konkuruje w taki sposób z uczonymi z uniwersytetów. To wiele tłumaczyło.

– Trzon kolekcji, jak zauważyłaś, pochodzi z prywatnej biblioteki we Włoszech.

– Od PIK-a.

– Słucham?

– „Popieprzony Italianiec”. Z dodatkiem „Kolekcjoner” – wyjaśniłam.

– A, no tak. Zakupiliśmy je jakiś czas temu. – Skrzywił się i odwrócił wzrok. – Nie. To nieprawda. Chciałem być oględny. Ukradliśmy je, zanim ukradł je ktoś inny. Długa historia. W każdym razie zyskaliśmy masę tropów, którymi poszliśmy, żeby zdobyć kolejne. Wszelkimi środkami, legalnymi i nie. I zyskaliśmy masę krytyczną, która po przetłumaczeniu może nam wyjaśnić, czym właściwie są „czary”, jak działały, i dlaczego od połowy dziewiętnastego wieku nawiązania do czarów przestają się pojawiać.

– I ta informacja jest ci potrzebna do jakichś wojskowych celów – naciskałam.

– Zależy nam, żeby wszystko przetłumaczyła jedna osoba – ciągnął Tristan, uparcie nie odpowiadając na moje pytanie. – Z trzech powodów. Po pierwsze, budżet. Po drugie, im mniej, tym bezpieczniej. Po trzecie i najważniejsze, jeśli jedna osoba przetworzy cały ten materiał, jest większa szansa, że dostrzeże jakieś nieoczywiste zależności lub prawidłowości.

– A te zależności lub prawidłowości, dlaczego właściwie tak was interesują?

– Obecnie obowiązująca hipoteza – ciągnął, znowu nie odpowiadając na pytanie – zakłada, że wybuchła ogólnoświatowa epidemia jakiegoś wirusa, który atakował tylko wiedźmy i w ten sposób czary dosłownie wymarły. Do mnie to nie przemawia, ale zanim przedstawię alternatywną hipotezę, muszę się więcej dowiedzieć. Mam jednak pewne podejrzenia.

– Które są zastrzeżone, tak?

– Zastrzeżone jest nawet to, czy są zastrzeżone, czy nie.

Dokumenty były liczne, ale krótkie, i w większości były to tylko fragmenty. W trzy tygodnie, sama, przy moim stoliku, wytworzyłam wstępne tłumaczenia pierwszej partii tekstów. W tym czasie także złożyłam wypowiedzenie, przeprosiłam moich studentów, że ich zostawiam, zanim na dobre się ze mną zapoznali, zabrałam rzeczy ze swojego pokoju na uczelni i z trudem przekonałam rodziców, że nadal gdzieś pracuję, nie mówiąc im konkretnie, gdzie. Tymczasem Tristan kontaktował się ze mną przynajmniej dwa razy dziennie, przeważnie osobiście, choć od czasu do czasu dzwonił, odzywając się wyłącznie okrągłymi ogólnikami. Nigdy nie użyliśmy e-maili ani SMS-ów, nie chciał, by cokolwiek zostało na piśmie. Cała ta tajność miała w sobie coś awanturniczego, choć i niepokojącego. Nie miałam pojęcia, co robi z resztą swojego czasu. (Zapytałam oczywiście. Domyślacie się, co odpowiedział).

Dynamika naszej relacji była osobliwa, a w moim życiu bezprecedensowa. Całkiem jakbyśmy pracowali razem od zawsze, choć czuło się i ten klimat, jaki zdarza się tylko na początku czegoś. Żadne z nas nie pociągnęło tego dalej – wprawdzie ja jestem do tego kompletnie nieskłonna, ale on (choć ekstremalnie zdyscyplinowany i sztywny) natychmiast ciągnie wszystko dalej. Złożyłam więc tę ekscytację na karb wspólnie realizowanego projektu. Ta intelektualna bliskość była o wiele bardziej satysfakcjonująca niż wszelkie randki, na których w życiu bywałam. Jeśli Tristan miał kochankę, nie ona dostawała z niego to, co najlepsze. Ja dostawałam.

Pod koniec tych trzech tygodni, gdy przyszedł do mnie po ostatnie (jak naiwnie myślałam) tłumaczenie, rozejrzał się wokół, aż dostrzegł wieszak na ubrania. Przyglądał mu się przez chwilę, po czym zdjął z kołka nieprzemakalny płaszcz. Był już koniec września i pogoda zaczynała się psuć.

– To chodź. Porozmawiamy sobie w biurze – powiedział. – Postawię ci kolację.

– To jest jakieś biuro? – zdziwiłam się. – Myślałam, że twoja głęboko zakonspirowana agenda rządowa każe ci pracować w samochodzie.

– Jest blisko Central Square. Na Carlton Street, jakieś piętnaście minut piechotą od Apostolic Café. Co sądzisz o chińszczyźnie?

– Zależy od dialektu.

– Ha – powiedział bez uśmiechu. – Humor lingwistów. Oj, Stokes, jaki suchar.

Podał mi płaszcz. Sięgnęłam po niego. Pokręcił głową i opuścił wzrok, dając mi do zrozumienia, że nie wręcza mi płaszcza, tylko chce mi pomóc go włożyć, gestem o wiele częstszym tu, w Londynie, w roku 1851, niż w tamtym czasie i miejscu. Kiedy odwróciłam się do Tristana plecami i próbowałam znaleźć dłońmi wloty rękawów, odbył się krótki i prostacki skecz. Co za cudak z niego.

Carlton Street była tym ubogim pasierbem w rozległej rodzinie zaułków i uliczek otaczających MIT, gdzie dorastały całe stada biotechnologicznych firemek. Większość okolicy przebudowano na eleganckie kompleksy biurowe, pełne wypielęgnowanych parków, minikampusów, architektonicznych ozdóbek w kształcie podwójnej helisy oraz abstrakcyjnych stalowych rzeźb. Budynek Tristana jeszcze nie uległ tej gentryfikacji. Był całkowicie pozbawiony charakteru: sięgające od przecznicy do przecznicy gmaszydło poskładane z ukośnych betonowych płyt, które jakimś cudem gryzły się z chodnikiem. W paru miejscach ktoś walnął jakieś graffiti. Okna także bez żadnych ozdób – we wszystkich plastikowe verticale, zakurzone i krzywe. Żadnej tablicy ze spisem firm, żadnych szyldów czy logo, w ogóle żadnych informacji, co się mieści w środku.

Objuczeni torbami z chińskim jedzeniem i piwem podeszliśmy o zmierzchu do szklanych drzwi wejściowych. Ten budynek należał do nielicznych miejsc na Ziemi, którym nawet półmrok nie pomaga na urodę. Tristan machnął portfelem przed wstawioną w ścianę czarną płytką, drzwi szczęknęły i ustąpiły. Ruszyliśmy korytarzem po zdeptanej przemysłowej wykładzinie, pod bzyczącymi świetlówkami. Minęliśmy kilkoro pełnych drewnianych drzwi, brudnych wokół klamek, oklejonych nazwami, jak zakładałam, należącymi do start-upów z nowoczesnych branż. Niektóre miały też logo, inne tylko wymyślne nazwy, w jednym przypadku była to nabazgrana na żółtej karteczce domena internetowa. Przeszliśmy całą długość budynku i dotarliśmy do drzwi przy samych schodach. Wyróżniał je jedynie przyklejony taśmą rysunek zrobiony mazakiem na odwrocie menu z chińskiej budki. Przedstawiał śmiesznego ptaka z ogromnym dziobem i wielkimi stopami.

– Dodo? – zgadłam.

Tristan nie odpowiedział. Otwierał drzwi.

– Rozumiem, że tak. – Gdybym źle odgadła gatunek, od razu byś mi pokazał.

Rzucił mi przez ramię zagadkowe spojrzenie, jednocześnie otwierając drzwi i wymacując wyłącznik światła.

– Masz talent do karykatur – dodałam, wchodząc za nim do środka.

– Witamy w DODO – powiedział.

– Departament... od... czego właściwie?

– Od czegoś zastrzeżonego.

Pokój miał co najwyżej cztery na pięć metrów. W dwóch przeciwległych rogach wciśnięto dwa biurka, każde z płaskim monitorem i klawiaturą. Pod ścianami stała mieszanina używanych regałów z Ikei, które pewnie parę tygodni temu sam powyciągał ze śmietników, oraz kilka wąskich wysokich sejfów, z tych, w jakich trzyma się karabiny i strzelby. Na nich stało na oko parę wojskowych pamiątek, zapewne z jakiejś wcześniejszej fazy kariery Tristana. Półki regałów wypełniały stare księgi i artefakty, które już doskonale znałam. Pośrodku stał długi stół, pod nim leżało zwinięte posłanie – mata do jogi owinięta wokół poduszki i spięta gumą.

Wskazałam tę karimatę.

– Dawno tutaj...

– Prysznic biorę na siłowni, jeśli o to ci chodzi. – Wskazał bliższe z dwóch biurek, to przy drzwiach. – To będzie twoje.

– O. – Nie wiedziałam, co więcej powiedzieć. – Masz tu... broń?

– A to byłby dla ciebie problem? – zapytał, rozstawiając na stole pojemniki z jedzeniem. – Bo jeśli tak, to muszę wiedzieć zawczasu, bo...

– Potrzebujesz tu aż takiej siły ognia?

– Aha, patrzysz na te sejfy na broń? – zapytał. – To nie. – Odwrócił się do najbliższego z nich i wstukał ciąg cyfr. Sejf piknął, a on otworzył drzwi, pokazując wnętrze wypchane od góry do dołu papierami. – Tu trzymam bardziej wrażliwe materiały.

Teraz zawędrowałam wzrokiem na moje biurko. Spojrzałam na płaski monitor, który wyświetlał parę linijek zielonego tekstu na czarnym tle i mrugający kursor, jakby czekał, aż coś tam wpiszę.

– A te komputery skąd wziąłeś? Z wyprzedaży garażowej w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym piątym?

– Na nich chodzi bezpieczny system operacyjny, o którym nigdy nie słyszałaś – wyjaśnił. – Nazywa się Shiny Hat.

– Shiny Hat.

– Tak. Najbardziej klinicznie paranoiczny system operacyjny na świecie. Masz przerośnięte poczucie ironii, może cię zainteresuje, że mamy go od hackerów, którzy go zrobili, bo najbardziej ze wszystkiego bali się, że będzie ich podsłuchiwać zakonspirowana agencja rządowa. No i teraz pracują dla nas.

– A informacja, że wynaleziono myszkę, jakoś do nich nie dotarła? Bo nie widzę żadnej na biurku.

– Graficzne interfejsy użytkownika wprowadzają luki bezpieczeństwa, które mogą wykorzystać źli hackerzy. Shiny Hat nie jest podatny na takie ataki, ale za to interfejs użytkownika jest raczej... spartański. Zaraz ci mniej więcej pokażę.

Biurko miał zawalone kopiami wszystkiego, co tłumaczyłam dla niego przez ostatnie tygodnie. Na moich uwagach porobił kolorowymi kredkami własne uwagi. Gdy ja nakładałam jedzenie, część tego przeniósł na duży środkowy stół. Jedząc, czytał moje dzisiejsze przekłady.

Potem przeanalizowaliśmy cały dotychczasowy urobek. Zeszło nam się do świtu.

Żaden z dotąd odcyfrowanych dokumentów właściwie nie zawierał praktycznych informacji o tym, „jak się robi” czary – a zakładam, że to najbardziej interesowało szefostwo Tristana. Znaleźliśmy parę przykładów czarów, dowiadując się, co ceniły sobie same wiedźmy, a co ich zleceniodawcy. Największą estymą darzono coś, co Tristan nazywał „psy-ops” (operacjami psychologicznymi, czyli w istocie sterowaniem umysłem), oraz zmianę postaci (własnej lub cudzej). Uważano to za bardzo groźną broń, niezależnie od tego, czy chodziło o to, by samemu zmienić się w lwa, czy też zmienić wroga w jakąś niższą formę życia. W hołdzie dla Monty Pythona nadaliśmy temu wątkowi kryptonim „traszka”. Nieco mniej wartościowa była przemiana substancji, a także ożywianie martwych przedmiotów. Najmniej ceniono przenoszenie się w przestrzeni i czasie, na przykład teleportację, którą we wszystkich populacjach wiedźm uważano raczej za męczącą rozrywkę. Rozczarowało mnie, że nie znalazłam ani śladu tego, co kojarzyłam z „czarami” w moim spędzonym wśród książek dzieciństwie – nieliczne wzmianki na przykład o panowaniu nad siłami przyrody. No i oczywiście absolutnie ani słowa o jakichkolwiek mechanizmach ich działania.

Dokopaliśmy się za to do istotnych informacji o upadku magii, i to narzuciło nam kolejną fazę poszukiwań.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Podziękowania

Autorzy pragną podziękować następującym osobom: Ed Allard, James Gwertzman, Karen Laur, Sean Stewart, Ned Gulley, profesor Natasha Korda, Billy Meleady, Chrysal Parrot, George Fifield i Lynne Adams, Janice Haynes i Beckie Scotten Finn, the Gorgeous Group, Liz Darhansoff, Jennifer Brehl oraz Marc H. Glick, Esq.