Wydawca: Goneta Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2008

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 230 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wzgórze Ślimaków - Tomasz Pląskowski

Wzgórze Ślimaków” Tomasza Pląskowskiego to powieść, która spodobać się winna wszystkim miłośnikom prozy poetyckiej. To literatura piękna na niezłym poziomie — dobrze napisana, głęboka, ale też naprawdę wciągająca, dzięki zastosowanym przez autora zabiegom często bowiem nie pozwala po prostu oderwać się od lektury. Główny bohater tej historii, Wiktor, po śmierci żony trafia do nieco dziwnego hotelu nazywanego „Zieloną Górką”. Poznaje tu pierwszego „pilota spitfire’a, którego zna osobiście”, nieco tajemniczą kobietę, Martę, a w podziemiach odnajduje przedziwne pomieszczenie, które nazywa rupieciarnią. Z czasem poznaje również historię tego miejsca i związane z nim legendy – w tym także opowieść o czarownicy, która — zdradzona setki lat wcześniej przez mieszkających tu wieśniaków — rzuciła na nich urok, zamieniając ich wszystkich w ślimaki. Odtąd nieodległy pagórek miejscowi nazywają właśnie Wzgórzem Ślimaków i odwiedzają go niechętnie. Gdy mijają pierwsze dni, gdy Wiktor zaczyna oswajać się z tym miejscem, gdy zaczyna na nowo odkrywać radość życia i porządkować, układać swój świat, gdy uspokaja się, nagle wszystko zmienia się diametralnie. Do naszego bohatera zaczynają powracać obrazy z przeszłości — tej nieodległej, ale też zdarzenia, które zdają się nigdy nie mieć miejsca. Co jest tu prawdą, a co iluzją? Czy nasz bohater rzeczywiście zaczyna popadać w szaleństwo, czy też stopniowo wygrzebuje się z depresji spowodowanej utratą żony? Czy znajdujemy się w hotelu, czy w szpitalu dla umysłowo chorych? Trzeba przyznać, że Pląskowski pisarzem jest sprawnym. Nieźle tworzy i opisuje historie swoich bohaterów, a postaci, które wyszły spod jego pióra, są rzeczywiście wiarygodne. Nie ma tu miejsca dla postaci „papierowych”, choć momentami odnosi się wrażenie nierealności tego pisarskiego przedsięwzięcia. Pląskowski ponadto gra konwencjami. Na pierwszych stronach kreuje niemal idylliczny obraz spokojnej mieściny, w której można wypocząć po trudach codzienności, odnaleźć samego siebie i uspokoić się. Stylistyka i sposób opowiadania, ale też miejscami sceneria, przywodzą na myśl może nawet nie Remarque’a, do którego w nocie wydawca porównuje autora, lecz wręcz „Czarodziejską górę” Thomasa Manna. Kiedy zaś powraca się wraz z bohaterem w świat wspomnień, rytm i sposób prowadzenia narracji kierują się do „W poszukiwaniu straconego czasu” Marcela Prousta. „Wzgórze Ślimaków” nie jest oczywiście powieścią tak wielką, ale skojarzenia z klasyką prozy europejskiej są podczas lektury nieuniknione. Z biegiem opowieści jednak coraz bardziej oddalamy się od wspomnianych autorów i pogrążamy się w studium umysłu bohatera. Pląskowski z dużą sprawnością buduje atmosferę zagrożenia, zagubienia i osaczenia. Wspaniale opisuje życie wewnętrzne Wiktora, jego zmaganie się... No właśnie — z czym? Z chorobą psychiczną? Z depresją? A może Wiktor jest po prostu wybrańcem, któremu dane było poznać swe przeszłe wcielenia? Skąd bierze się nieustanny stukot maszyny do pisania, który nieustannie dobiega na kartach powieści? Zakończenie książki dla wielu okaże się zaskoczeniem, choć tego typu rozwiązania akcji w literaturze nieraz już spotykaliśmy. Jest więc powieść Pląskowskiego interesującą propozycją prozatorską dla wszystkich, którzy poszukują w literaturze czegoś więcej, niż żywo biegnących wydarzeń. Jest książką niepozbawioną wad, lecz zarazem przywodzącą na myśl stylistykę największych powieści europejskich. Jest powieścią ciekawą, która zwiastować może pojawienie się na scenie literackiej zupełnie nowej gwiazdy, która — co cieszy — swój powieściowy debiut prezentuje wyłącznie w formie elektronicznej.

Opinie o ebooku Wzgórze Ślimaków - Tomasz Pląskowski

Fragment ebooka Wzgórze Ślimaków - Tomasz Pląskowski

©opyrights to:

Wirtualne Wydawnictwo „Goneta” Aneta Gonera www.goneta.net

ul. Archiwalna 9 m 45, 02-103 Warszawa

Okładka: Tomasz Pląskowski ©

ISBN: 978-83-925578-6-9

Wydanie I

Warszawa, listopad 2007

KSIĄŻKA NOMINOWANA DO NAJLEPSZEJ KSIĄŻKI NA WIOSNĘ W WORTALU LITERACKIM

WWW.GRANICE.PL — WIOSNA 2010 roku

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Cytat

Może istnieją leki czy zaklęcia, które odroczyć, oszukać lub zmniejszyć mogą cierpienia w tej smutnej siedzibie.

(J. Milton „Raj utracony”)

Samochód listonosza zauważyłem w chwili, gdy znalazł się na rozświetlonym wzgórzu. Podskakując na wybojach i zostawiając za sobą olbrzymich rozmiarów ogon kurzu, wyraźnie zmierzał w moim kierunku. Zresztą nie miał innego wyjścia. Droga, którą jechał, kończyła się szerokim podwórkiem tuż przy oknie, przez które patrzyłem. W pokoju tykał zegar, a robił to tak głośno i zawzięcie, jakby starał się wygrać z góry skazaną na klęskę walkę ze zbliżającym się warkotem silnika. Poza tym w całym domu było cicho. Czasami odzywała się podłoga swoim wyuczonym skrzypieniem, czasem jakiś mebel, poręcz przy schodach, komin, a teraz zawołał mnie dzwonek do drzwi. Dostałem list, a raczej paczkę. Nigdy nie dowiedziałem się, kto był nadawcą, chociaż można powiedzieć, że po przeczytaniu tego najdłuższego listu, jaki kiedykolwiek miałem w rękach, dobrze go znam…

*

– Proszę tutaj czytelnie wpisać nazwisko.

– ?

– Tutaj. Dziękuję, koniec korytarza, pokój numer 8.

*

Jeśli chcesz i właśnie nie masz nic innego do roboty, żadna sprawa nie zajmuje twych myśli i jeśli nic nie odciąga twojej uwagi, opowiem ci, co na pewno było na początku.

Na początku postawiłem walizkę na podłodze. Myślałem przede wszystkim o odpoczynku, więc wzrokową penetracją pokoju, który i tak nie był w stanie ukryć niczego interesującego, postanowiłem zająć się później. Skierowałem się od razu do łazienki. Znalazłem tam wszystko to, czego teraz na gwałt potrzebowałem. W szafce pod starannie wyszorowanym zlewem – miskę, a odkręcając niebieski kurek, co ani trochę mnie nie zdziwiło, gorącą wodę.

Usadowiłem się w głębokim zielonym fotelu, który jak stary, zaprzyjaźniony pielęgniarz zajął się moimi skrzywionymi ze zmęczenia plecami. Teraz mogłem sobie pozwolić na ogarnięcie całego pomieszczenia badawczym spojrzeniem. Szafa z rozchylonymi ramionami pokazywała mi swoją pustkę. Szerokie łóżko, starannie zakryte niebieskim kocem, który wydzielał dość intensywną woń świeżo zdobytej czystości, wyglądało na wygodne. Dywan, krzyczący na mnie nawet w tym półmroku jaskrawymi barwami, za mały był, na szczęście, aby mógł zawładnąć całą powierzchnią drewnianej podłogi. Do tego stolik z lampą tuż przy łóżku, lustro wiszące na drzwiach, wystarczająco duże, aby ujrzeć w nim całą twarz z odpowiedniej odległości i obrazek na ścianie: potok, młyn wodny i ukryty w zaroślach jeleń – wszystko szczelnie zamknięte w złotym prostokącie ramki. Najbardziej cieszyły mnie jednak mokre, rozmigotane kałuże na podłodze, znaczące moją wędrówkę z fotela do okna, przy którym mocowałem się z klamką, aby je zamknąć. Stopy od gorąca zrobiły się czerwone, a szyby w oknie pokryły się parą tuż przy podłodze. Telewizora nie było.

Po raz pierwszy drzwi odezwały się do mnie skromnym pukaniem około godziny siódmej wieczorem, kiedy to woda w misce zaczęła szybko stygnąć.

– Kto tam?

Drzwi otworzyły się szeroko, ukazując niską postać w korytarzu. Widok ten był wyraźnie odpowiedzią na moje pytanie.

Odwiedziła mnie pokojówka. Myślę, że od razu się zorientowała, iż badawczo się jej przyglądam. Spojrzała na kałużę przy oknie i zignorowała ją bajecznie długim krokiem, który zmusił obcas jej lśniącego buta do cichego skrzypnięcia. Uchyliła okno. O wiele sprawniej poradziła sobie z klamką. Nasze spojrzenia spotkały się dwa razy. Kiedy weszła do pokoju i kiedy, zapełniwszy jedną z półek w szafie pościelą i ręcznikami, zamykała za sobą drzwi. Szybko zerwałem się z fotela. Wtedy się uśmiechnęła. Wiedziała, że podbiegnę do szpiegowskiego oka w drzwiach, aby obserwować jej zgrabne ruchy, gdy będzie oddalać się korytarzem. Zniekształcona wypukłym szkłem twarz wyszczerzała białe zęby, nos zajmował większą część głowy, a oczy pod niziutkim czołem patrzyły ślepo w moim kierunku. Jedno nawet mrugnęło, zanim wraz z całym ciałem odsunęło się i powędrowało, tak jak się domyślałem – w linii prostej w głąb korytarza. Trochę zaskoczony tym zachowaniem pokojówki, która wydała mi się w pierwszej chwili osobą pozbawioną poczucia humoru, odsunąłem się od wizjera i ujrzałem własną, głupawo uśmiechniętą, rozczochraną głowę.

– Zimno!

Po co ona otwierała to okno?! Migocząca na podłodze woda nie była już przyjemna. Była zimna. Znowu mocowałem się z klamką, jak już uporałem się z muchami, które licznie zgromadzone na szybie nie mogły się zdecydować, czy zostać tutaj, czy wracać na zewnątrz. Pomagałem im w podjęciu decyzji, popychając je palcami w kierunku, skąd mogły wyfrunąć. Te zbyt mocno spłoszone i ruchliwe w swym chaotycznym tańcu zabijałem lub zaganiałem w żarłoczną sieć pająka. Później, choć zaczęło dokuczać gorąco wydobywające się z nie dającego się wyregulować kaloryfera, nie otwierałem okna, chcąc zapobiec dalszej inwazji insektów. Mogłem się teraz skupić na siedzeniu w bezruchu. Po chwili przeniosłem się na łóżko, które rzeczywiście było wygodne…

– Musisz wyjechać na jakiś czas.

– Matka ma rację. Powinieneś zamknąć ten pokój i wyjechać na trochę. W międzyczasie my wyniesiemy wszystko na strych, jeśli chcesz.

Pierwszy raz podjąłem tak szybko decyzję. Zresztą zawsze lubiłem jeździć w nowe miejsca.

Leżąc tak na łóżku z rękoma pod głową, zauważyłem, że farba odpada z sufitu. Dokładnie nad łóżkiem sufit poprzecinały liczne żyłki pęknięć białej zakurzonej farby. Gdybym wciąż był małym chłopcem, pomyślałbym, że to dom się zawala i za chwilę lub dwie sąsiedzi, wraz z wszystkimi ciężkimi meblami, wylądują na mojej głowie. Hotel nie był szczególnie drogi, zwłaszcza jeśli wliczyć w to utrzymanie i regularne posiłki.

Poczułem, że zasypiam. Myśli nie były już do końca moje, były bliźniaczo podobne, ale nie ja je tworzyłem, nie ja kontrolowałem, nie ja, chyba…

Na zewnątrz padał śnieg. Przez cały czas. Z początku, kiedy pierwszy raz zerknąłem przez pokryte szronem okno, drobnymi płatkami od niechcenia, później płatki się powiększyły. Zwiększyła się również ich liczba. Padało naprawdę bez przerwy. Postanowiłem mimo to wybrać się na spacer. Kiedy zamykałem pokój na klucz, do którego przytwierdzony był plastikowy błękitny łabędź, wszyscy jeszcze spali, to znaczy nikogo nie zauważyłem. Z wyjątkiem recepcjonistki. Przekwitła już raczej brunetka z krótko obciętymi włosami piła kawę. Poczułem jej aromatyczny zapach, stojąc jeszcze na wycieraczce. Kobieta wpatrywała się tępo w ekran telewizora, więc wyszedłem niezauważony.

Na zewnątrz nie było przyjemnie. Wiatr kąsał policzki mroźnymi pociskami i wszędzie było biało: na szerokiej alei biegnącej od schodów, aż do ledwie widocznej bramy, biało było na rozczapierzonych potężnych dębach i starych klonach, i na wątłej altanie. Jednak najwięcej bieli było w powietrzu. Ja sam po paru krokach cały pokryty byłem śniegiem. Biały był mój oddech, który śnieżyca wyrywała mi z gardła z brutalną przesadą. Wtulony w wełnę płaszcza pokonałem zdecydowanym krokiem całą drogę do bramy. Przejechał jakiś samochód, zaznaczając swą obecność oślepiającymi światłami.

Pomyślałem o kawie, której mógłbym się napić w holu. Wzbraniałem się, żeby nie pobiec z powrotem. A gdyby tak ktoś obserwował mnie z hotelu? Nie pobiegłem. Chwilę stałem jak pień, by po chwili spokojnie zawrócić. W recepcji stał jakiś facet. Przy nodze czekała walizka. Rozmawiał z brunetką przechyloną przez kontuar.

– Jest pan pewien, że chce nas teraz opuścić? Na zewnątrz jest oberwanie chmury! W telewizji mówią, że to nie potrwa krótko. Na pewno da pan sobie radę sam? Telefony już nie działają, a nie wiadomo, jak wyglądają drogi. — Zerknęła na ekran telewizora i z dziwnym uśmiechem dodała: — Zresztą i tak pewnie pan nie uruchomi tego gruchota, za przeproszeniem.

– Rzecz nie w tym, czy mam na to ochotę, tutaj chodzi o coś poważniejszego.

– Drogi są chyba przejezdne — przerwałem. — Widziałem przed chwilą samochód.

Obydwoje gwałtownie odwrócili się w moją stronę, jakby wystraszeni wystrzałem z pistoletu. Dolna szczęka kobiety znalazła się daleko od swej drugiej połówki, a jegomość manipulował powiekami, jakby cierpiał na poważne zaburzenia wzroku.

– Ale to chyba rzeczywiście oberwanie chmury — dodałem, strzepując z głowy śnieżną czapkę, która najwyraźniej przykuła ich uwagę.

– A pan, co wyprawia z samego rana? — zapytała bez uśmiechu — A gdyby tak pan mi tam zamarzł na śmierć?! Musiałabym tłumaczyć się przed żoną, prawda? Nie można wychodzić w taką pogodę, nie mówiąc o tym nikomu.

– Nie zszedłem nawet z ostatniego stopnia — skłamałem nie wiedzieć czemu.

– Jak w takim razie zdołał pan dostrzec samochód? — zapytał facet, który wydał mi się znajomy. Teraz po jego twarzy rozlał się wyraz triumfu.

Wyciągnął z kieszeni jakiś notes i szybko w nim coś naskrobał. Stał tak chwilę, wpatrując się we mnie, i oczekiwał odpowiedzi.

– Widziałem światła — odparłem w pełni świadomy tego, że zostałem zdemaskowany. Przysłuchująca się recepcjonistka pomachała pękiem kluczy, zwracając się do mężczyzny z walizką:

– To jak, wypisuje się pan?

– Chyba jeszcze trochę zostanę — odpowiedział bez przekonania i schował notes do kieszeni.

Skorzystałem z okazji i pospiesznie oddaliłem się do swojego pokoju. Gdy znowu znalazłem się u „siebie”, przypomniałem sobie o kawie – aromatycznej, wzmacniającej kawie. Przez okno zauważyłem, że detektyw, jak go sobie nazwałem, nie znając jego imienia, podchodzi do samochodu i po kilkakrotnej próbie uruchomienia silnika rezygnuje. Gdy w poszukiwaniu drobnych zanurzyłem rękę w wewnętrzną kieszeń płaszcza, zamiast monet znalazłem miętowego cukierka, do którego mocno przylgnęła nitka. Bez wahania położyłem go sobie na języku, przez chwilę zastanawiając się, kiedy to ostatnio kupowałem miętowe cukierki. Zabrałem portfel z łóżka i skierowałem się do pękatego automatu stojącego naprzeciwko okienka recepcji. Kiedy świadomy tego, że bacznie obserwuje mnie stamtąd ciekawska brunetka, powoli wyciągałem sobie nitkę z ust, główne drzwi wpuściły do środka dwóch mundurowych. Szybko schowałem nitkę do kieszeni. Podeszli do recepcjonistki i pochylili się nad kontuarem, aby mówić szeptem. Jeden z policjantów zerknął na mnie, gdy pięścią zmusiłem automat do owocnej pracy. Zapach kawy skusił drugiego do pójścia w moje ślady.

– Na długo pan tu przyjechał? — zapytał z uśmiechem, który nie zarysował mu się w spojrzeniu, i nie czekając na odpowiedź, kontynuował: — Chyba wszystko na to wskazuje! Wszystkie drogi, którymi można by się stąd wydostać, są przywalone śniegiem! — Ten, który został z brunetką, głośno zarechotał.

– Z czego pan się śmieje? — zapytałem. Policjant sięgnął do kieszeni, wyciągając z niej nitkę, na której końcu wisiał zielony cukierek nabity jak przynęta na mały haczyk.

Otworzyłem szeroko oczy. Podszedłem do drzwi, aby przejrzeć się w lustrze. Twarz nie wydała mi się blada, nosiła tylko wyraźne oznaki tego, że spałem. Otworzyłem usta najszerzej jak mogłem, by przez chwilę podziwiać migdałki. Na zębach zauważyłem krew, a potem krwawiące miejsce na języku, który sobie przygryzłem. To czasami mi się zdarza, bardzo rzadko, ale zawsze, kiedy śpię.

Pociągnąłem za sznurek w łazience, zwołując na zewnątrz całą moc czterdziestowatowej żarówki. Wyplułem wszystko, co udało mi się wyssać, do zlewu.

Wtedy na brzeg sfrunęła mucha. Przez chwilę zaczesywała swoje futro, potem chwilę zacierała ręce, okazując w ten sposób swoj ą radość. Ułożyła dokładniej swój skrzydlaty płaszcz i rozpoczęła wędrówkę na dno krateru. Jak olimpijski biegacz na bieżni kilkakrotnie okrążyła obwód zlewu po spirali. W końcu jakby z niedowierzaniem pokręciła głową tuż przy moim dla niej podarku i przystąpiła do degustacji. Odwróciłem się z obrzydzeniem, pociągnąłem za sznurek i wróciłem na łóżko.

Trzymając twarz w głębokości mojej osobistej poduszki, wdychałem jej zapach. Wiedziałem, że niedługo już go nie będzie, że opuści mnie i zostawi tu samego. Wiedziałem, że poduszka bezwstydnie podda się temu pokojowi i powietrzu. Wypuści właśnie ten zapach, który czuję, i wpuści do siebie nowy dla niej, ale stary już, pragnący nowych ofiar zapach tego miejsca. Czy istnieje prawdziwy zapach poduszki, nie do odgadnięcia już, dawno wygnany z jej struktur? Gdzie jest teraz?

*

Czy wspomniałem już jak piękny park otaczał hotel? Przyjemnie było spacerować po trawiastych ścieżkach. Nic, tylko otworzyć szeroko oczy i podziwiać widoki, paląc miętowego papierosa.

– Poczęstuje mnie pan? – zapytał kobiecy głos za moimi plecami. Podałem paczkę naprawdę ładnej kobiecie. Ładnej to za mało powiedziane, ale nie wiedziałbym, jak ją opisać, aby nie przekroczyć tej granicy, jaką wydawała się zaznaczać. — Ładnie tu, prawda?

– Tak. Szczerze mówiąc, jeszcze nie wiele widziałem.

– Dopiero pan przyjechał?

– Tak. Wczoraj.

– Jeśli pan chce, mogę coś ciekawego pokazać — zaproponowała, odwracając się na pięcie i spoglądając na mnie przez ramię.

Chciałem. Moja ciekawość rozbudziła się, kiedy skręciła w boczną, ciasną alejkę. Nie sposób było iść obok siebie, więc szedłem za nią. I dobrze. Jej zgrabnych ruchów nie była w stanie ukryć nawet różowa narzuta przeciwdeszczowa, którą nałożyła na siebie, starannie rozkładając na ramionach foliowy kaptur, sugerując się za pewne sinym kolorem porannych obłoków. W końcu odwróciła się i teatralnym gestem pokazała mi drzewo. Pękniętą na pół wierzbę.

– Fajne, prawda?

– Tak, bardzo ciekawe.

– Co ma pan na myśli?

– No… to, że jeszcze żyje, pomimo tego pęknięcia.

– Prawda? Lubię tutaj przychodzić, bo to drzewo jest takie jak ja. — Udałem, że się głęboko zamyśliłem.

– Pewnie piorun.

– Z tego, co wiem, silny wiatr. A pan, co pana tutaj przygnało? — Zanurzyła obie dłonie w czeluściach swojej ogromnej torebki.

– Urlop. Chciałbym trochę wypocząć i trochę sobie poukładać.

– Doskonałe znalazł pan do tego miejsce. — Powiedziała to naprawdę uprzejmie i szczerze. Nerwowym ruchem wyrwała z torebki przedmiot, którego szukała, nie spuszczaj ąc mnie z oczu. — Proszę o uśmiech!

– Zapraszam panią na kawę — mruknąłem, oślepiony i trochę onieśmielony.

Wróciliśmy tą samą krętą ścieżką, która wyprowadziła nas między potężne dęby rosnące wzdłuż podjazdu. Wyprzedziłem nową znajomą na schodach i pchnąłem drzwi. Minęliśmy recepcję, rozmawiając o pogodzie. W kuchni poprosiłem o dwie kawy.

Wszystko wtedy wydawało mi się na miejscu. Przede wszystkim ja sam. Dobrze mi było przy tym stoliku w towarzystwie kobiety. Światło wpuszczane leniwie przez firanki silnie zaznaczało swoje granice ukośnych pasów, a jednocześnie wypełniało całą salę. Pustą i cichą. Tak wygląda spokój, pomyślałem. Przyjemnie było nic nie mówić, wpatrywać się w nieliczne powolne drobinki kurzu unoszącego się w powietrzu i popijać kawę. Zapaliłem papierosa i dmuchnąłem w najbliższy snop światła. Wydawało mi się, że wydmuchnąłem o wiele więcej dymu, niż zdarza się to zazwyczaj.

– Na którym piętrze pan mieszka?

– Tutaj, na parterze pod ósemką.

– O, to dobrze. Ma pan blisko do wyjścia i nie musi korzystać z tych ciasnych krętych schodów — mówiąc to, silnie zmarszczyła brwi, co dodało jej uroku.

– A pani? Na którym piętrze ma pani pokój?

– Na drugim. Mam bardzo ładny widok z okna. Widać stamtąd moją sosnę.

– Wierzbę.

– A tak, moją wierzbę.

– Dużo jest teraz gości w hotelu?

– O, tak. Raczej sporo.

– Dziwne — rozejrzałem się z małą przesadą dookoła, huśtając się na krześle — chyba nie wychodzą z pokoi.

– Paru rzeczywiście tego nie robi.

Chwyciła za torebkę. Wiedziałem, że za chwilę zostanę sam. Nie wiedziałem, czy bez niej uda mi się samotnie utrzymać tę atmosferę spokoju.

– Dziękuję za spacer i za kawę. Proszę kiedyś mnie odwiedzić. Mieszkam w 22, dokładnie nad panem.

Czułem, że po jej odejściu nie zostanie tutaj ani odrobina tej spokojnej atmosfery. Moją głowę zapełniały znaki zapytania. Czy ona miała to samo na myśli, co ja, kiedy zapraszała mnie do siebie? Jasne, że nie. A przecież to te same słowa. Dobrze, że patrzyłem na jej twarz, kiedy odchodziła od stolika.

Siedziałem jeszcze chwilę. Zgasiłem papierosa na spodku filiżanki i wstałem. Jak na razie, nic ciekawego się nie wydarzyło i raczej nic nie wskazywało na to, że nastąpi jakaś olbrzymia zmiana. Na szczęście tego właśnie teraz pragnąłem i na szczęście pękata fiolka pigułek nasennych była pełna.

Czerwony dywan odprowadził mnie do pokoju. W łazience wypłukałem zlew, umyłem się, ogoliłem i uczesałem. Patrząc teraz w lustro, żałowałem, że nie zrobiłem tego wcześniej. Stwierdziłem, że nigdzie nie ma natrętnej muchy. Usiadłem w fotelu, otworzyłem grubą książkę, która przypomniała o sobie, leżąc na miękkim podłożu nie rozpakowanych rzeczy. Walizkę zamknąłem. Teraz była w pewnym sensie szafą. Zamiast jednak zagłębić się w lekturze, położyłem głowę na oparciu i zacząłem nasłuchiwać. Kobieta z ulubionym drzewem w pobliżu.

Wpatrywałem się w sufit, jakby miało to jakiś wpływ na moje zdolności słuchowe. Wyłapywałem w skupieniu wszystko, co mogło się dziać w pokoju nade mną. Nic się jednak nie działo. Cisza. Żadnych kroków, otwieranych drzwi, skrzypiącej podłogi czy odgłosów wody. Nie docierał do mnie żaden dźwięk z zewnątrz. Zupełnie jak w pluszowym pudełku. Jedynie zegar, który stał w kącie, informował mnie swoim gadaniem o tym, że wszystko płynie. Spojrzałem na tarczę. Jedna z cyfr była koślawa. Szóstce na samej górze wyrósł pękaty daszek. Zegar wybił godzinę zachrypniętym tonem i wtedy daszek oderwał się od cyfry, powędrował wzdłuż wskazówki i wskoczył na szybkę, zasłaniającą tarczę. Miałem wielką ochotę na zdecydowanie silny rzut książką, ale wtedy zniszczyłbym i zegar, i książkę, i kto wie, co jeszcze, w razie gdybym nie trafił. Owad czytał zapewne w moich myślach, bo bzykając sobie pod nosem, schował się pospiesznie gdzieś we wnętrznościach tykającego mechanizmu. Patrząc tak na zegar, pomyślałem, że równie dobrze mógłby przestać chodzić. To dziwne, ale nie pamiętam, kiedy ostatni raz patrzyłem na zegar tak jak teraz, bez uczucia trwogi, nie patrząc, która godzina, ile mam jeszcze czasu, podziwiając po prostu wskazówki.

Jakiś kwadrans po tym, jak wróciłem do pokoju, odwiedził mnie dyrektor hotelu. Kiedy wchodził do środka, dyskretnie się rozglądając, zauważyłem, że ma krótszą prawą nogę.

– Mam nadzieję, że będzie pan zadowolony z pobytu — dziwne, ale nie uśmiechnął się — czy ma pan jakieś zwierzę?

– Raczej nie — pomyślałem o stworzeniu z zegara.

– To dobrze. U nas nie wolno. Czy dostał pan już pościel?

– Tak, odwiedziła mnie bardzo sympatyczna pokojówka.

– Aa.

– O której jest obiad?

– Za dwie godziny — odpowiedział, nie spuszczając z oczu zegara. — Gdyby pan czegoś potrzebował, to proszę iść do recepcji, tam ciągle ktoś jest. Mnie można znaleźć tutaj do kolacji, potem jestem uchwytny pod telefonem.

– Na pewno nie będzie takiej potrzeby — zapewniłem dyrektora z uśmiechem.

– W takim razie do widzenia.

– Zamknąłem drzwi z ulgą i kiedy zerknąłem przez wizjer, zdarzyło się to samo, co z pokojówką. Nasze wybałuszone źrenice spotkały się. Wtedy nie zwróciłem na to szczególnej uwagi.

*

Zegar pokazał mi, że do obiadu mam sporo czasu. Napuściłem wody do wanny, w walizce wyszperałem butelkę wina domowej roboty, odebrałem jednej z półek stolika szklankę, z płaszcza wyjąłem papierosa i zapałki i wróciłem do wypełnionej parą łazienki. Nigdy nie potrafiłem tak odkręcić wody, aby nie była lodowata lub za gorąca, gdy wchodzę do wanny. Skorygowałem temperaturę silnym strumieniem zimnej wody. Schowałem głowę pod wodę, by przez chwilę cieszyć się izolacją od otoczenia.

Na sali, gdzie podawano obiad, byłem pierwszy. Siedząc tak przez chwilę, przyglądałem się krzątaninie kucharek, a jednocześnie zastanawiałem się, jak mam powitać pierwsze osoby, by stworzyć miłą atmosferę. Jednak, kiedy na drugim końcu stołu pojawił się gruby jegomość, wsunąłem się głębiej w moje krzesło. Człowiek ten stale rozglądał się wokoło swoimi malutkimi, wilgotnymi oczkami, głęboko ukrytymi w puszystej twarzy koloru purpury. Nie mógł się odzwyczaić od chwytania się za ucho, gdy z kimś rozmawiał i okazywał zainteresowanie tematyką wojenną. Ktoś mógłby powiedzieć, że jest podobny do Churchilla. Zwłaszcza gdy zgniatał wąskimi ustami z rzadka odpalane cygaro. Wyglądał dość groteskowo z błękitną apaszką pod szyją i w eleganckim stroju archaicznego dyplomaty nad talerzem zupy w stołówce.

– Dzień dobry! — zawołał, wciskając energicznymi ruchami zwaliste ciało w ciasną przestrzeń swojego nieustępliwego krzesła.

– Dzień dobry! — Odpowiedziałem i odwróciłem się, żeby spojrzeć przez okno.

Ci, którzy przybyli później, wcale nie byli bardziej interesujący, przynajmniej takie było moje początkowe wrażenie. Gdy wazy, otwierając swe porcelanowe paszcze, wypuściły chmury skrywanej pary, która czule połaskotała nasze żołądki, wszystkie głowy pochyliły się i na salę, nie zwracając niczyjej, prócz mojej uwagi, wsunęła się poznana w parku kobieta. Była jedyną osobą, której towarzystwo sprawiłoby mi przyjemność, ale ona, nie widząc mnie, usiadła w drugim końcu sali, odwróciwszy się do mnie plecami. Zauważyłem, że nikt mi się nie przygląda. Wypatrzyłbym przecież te nieudane próby ukrycia swej ciekawości przez zmianę grymasu twarzy czy zawieszenie w próżni nagle przyłapanych na gorącym uczynku oczu. Oznaczało to, że nikogo nie interesowałem jako nowo przybyły i wydało mi się to trochę dziwne. Nawet grubas, który pierwszy, nie licząc mnie, stawił się na stołówce, nie spojrzał w moją stronę ani razu, zajęty pochłanianiem pierwszego dania i rozmową z dwiema sąsiadkami naraz. Rozejrzałem się dookoła. Po mojej lewej opierała na stole łokieć starsza kobieta z bujnymi siwymi włosami spiętymi w olbrzymi kok, który za każdym razem, kiedy się schylała nad talerzem, obsuwał się do przodu i odskakiwał, kiedy głowa wracała do pozycji wyjściowej. Po prawej stronie szczupły blondyn w sposób odbieraj ący apetyt zabawiał się zawartością talerza i nie wydawał się zainteresowany konsumpcją swej zabawki.

Sala, mówiąc krótko, była olbrzymia, biała i goła. Stoły ustawiono tak, że tworzyły szeroką literę „L”. Lampy nad stołem wyglądały jak zastygłe gigantyczne matowe krople na moment przed oberwaniem się. Jedna wisiała dokładnie nade mną, na szczęście kurz sygnalizował jej stałość w tej pozycji. Wszystkie otwory w ścianach to drzwi wejściowe, olbrzymie okno z geometrycznym witrażem i szczęka kuchni, na której opierały się teraz ciekawskie kucharki z białymi czepkami na włosach, przez co wyglądały jak dojrzałe pieczarki. Raz czy dwa spróbowałem uśmiechnąć się do kogoś, kto ślizgał swój wzrok po sali, wpisując mnie w jego trajektorię. Kiedy w talerzu ukazało się dno z pozostałościami wysuszonego przeze mnie pomidorowego jeziora, odsunąłem głośno krzesło, podziękowałem blondynowi za towarzystwo i skierowałem się do wyjścia. Właśnie wtedy wszystkie przeżuwające twarze zwróciły się w moją stronę, zaciekawione najwidoczniej, dlaczego rezygnuję z drugiego dania. Pozdrowiłem znajomą, która teraz mnie dojrzała, skinieniem głowy i zamknąłem za sobą ciężkie, wysokie drzwi jadalni. Odetchnąłem z ulgą.

Biegłem najszybciej jak mogłem. Chciałem, za wszelką cenę, być pierwszy przy schodach. Po chwili zostawiłem daleko z tyłu moich kolegów. Na drugim miejscu była Magda, na trzecim Kundys. Biegał lepiej od niej, ale dawał jej ze sobą wygrywać i każdy o tym wiedział, prócz niej. Gdy biegliśmy koło jego domu, matka krzyczała za nim, że ma zaraz wracać na obiad. Kundys potrafił tak szybko biegać, że jego wymówki: „nic nie słyszałem”, stawały się prawdopodobne. Biegliśmy wtedy dalej, a on nawet się nie odwrócił. Jak tylko pamiętam, matka Kunda zawsze krzyczała. Podobno dlatego, że pracowała przy maszynach w wielkim hałasie i żeby porozumieć się ze swoimi koleżankami w zakładzie, musiała zdzierać gardło. I tak, czy była na coś bardzo wściekła, czy z uśmiechem proponowała nam herbatę, to zawsze jej głos brzmiał jak ujadanie psa.

Na końcu, wywalając jęzor, biegł Vasco. Upierał się, że w wieku dziesięciu lat widział przelatujące niedaleko naszego osiedla UFO. Zawsze, kiedy o tym opowiadał, robił się cały czerwony i oczy wychodziły mu na wierzch. Wszyscy się z niego śmiali, chociaż ciężko było mu nie uwierzyć. Podobno na stare lata zajął się badaniem kosmosu. Czekałem chwilę, patrząc jak kumple rozchlapują trampkami wodę zalegającą od wczoraj na ulicach. Potem patrzyłem, jak Magda odczytuje z głową podniesioną do góry, szyld wiszący w oknie.

– Idziecie?

– Na pewno tutaj pracuje twoja ciocia?

– Noo… zobaczycie.

Klamka w wysokich drzwiach miała kształt smoka zjadającego swój ogon i bardzo mocno broniła wejścia. Następną przeszkodą były koraliki, gęsto odgradzające nas od pulsującego zapachami wnętrza.

*

Wyciągnąłem buty spod łóżka i starannie je wypastowałem. Dawno już tego nie robiłem. Wypiłem szklankę wody z łazienki i wyszedłem z pokoju, wcześniej nakręciwszy zegar, którego wahadło pomachało mi na do widzenia. Znajoma z ogrodu nachyliła się nade mną, kiedy mijałem j ą siedzącą na kamiennej poręczy.

– Źle pan wygląda, dobrze się pan czuje?

– Tak… źle spałem.

„Nie, rzygałem właśnie pomidorówką”.

Jedno powiedziałem, drugie pomyślałem.

Zimny wiatr wieczorny dmuchający orzeźwiająco w policzek oraz światła wydostające się z okien i stylowych latarni tworzyły bardzo miłą atmosferę. Zaczęło się już ściemniać i nic już prawie nie było widać, kiedy spacerowaliśmy po parku, a potem po lesie. Gdy dotarliśmy do miejsca, skąd widoczne było migoczące w dali jezioro, z krzaków przy drodze wyczołgał się starszy mężczyzna. Odwrócił się i odsłaniając szare zęby, nie wyjmując z nich papierosa, zawołał:

– Piękny widoczek, co nie?! — Po czym zdejmując z głowy czapkę, głęboko nam się ukłonił i zniknął w cieniu drzew.

Chwilę potem usłyszeliśmy, jak załatwia w pobliżu swą potrzebę fizjologiczną.

Usiadłem obok mojej znajomej i spytałem, jak ma na imię, a potem oddałem jej swoj ą kurtkę, bo stwierdziła, że jest chłodno.

*

Mniej więcej tyle zapamiętałem z pierwszych dni mojego pobytu w tym przesiąkniętym spokojem miejscu. Czasami snułem się bez celu, zapuszczając się w coraz bardziej odległe tereny parku, czasem całe wieczory spędzałem w opustoszałej świetlicy hotelowej, wchłaniając bezmyślnie wszystko, co wylewało się z ekranu telewizora, w którym nie można było zmienić kanału, bo przymocowany był blisko sufitu, a pilot gdzieś zginął. Włączało się go, wkładając wtyczkę do kontaktu. Zwykle jednak nigdzie się nie ruszałem, trwoniąc czas, pogrążony w nie chcącym mnie opuścić smutku, korzystając od czasu do czasu z cudownej fiolki.

Kiedy siedziałem w swoim pokoju, korytarze za moimi drzwiami, cicho, ale natrętnie wsuwały się przez szpary, starając się wyciągnąć mnie z mojej kryjówki. Głosy, śmiechy i wszelkie inne dźwięki informowały mnie, że coś się dzieje bez mojego udziału.

Ludzie rozmawiali, wymieniali się adresami, których zresztą i tak nigdy nie zamierzali użyć, obiecywali sobie kontakty na odległość i telefony. Całowali się, krzyczeli, bawili i płakali, kochali się w parach lub w pojedynkę, a ja leżałem na łóżku zajęty myśleniem o suficie.

Pewnego dnia korytarz ośmielony ciszą za drzwiami wsunął mi po podłodze kartkę papieru. Bawiłem się przez chwilę własną ciekawością, nie ruszając się z miejsca. Ale za moment zerwałem się jak dzieciak, który długo czekając na swoje urodziny, zrywa się z łóżka zaraz po przebudzeniu, aby być świadkiem wszystkiego, co dzieje się w jego domu przed zdmuchnięciem świeczki. Podniosłem papier z podłogi. Było to zdjęcie zrobione polaroidem, na którym utrwaliła się moja twarz (częściowo zasłonięta wydmuchiwanym przeze mnie dymem), wykonane podczas spaceru w parku. Większą część kompozycji zajmował palec przylepiony do obiektywu. Na odwrocie w dolnym rogu, drukowanymi literami napisane było: MARTA – NA PAMIĄTKĘ.

Była druga w nocy, kiedy wyszedłem z pokoju. Założyłem koszulę i puszyste bambosze przypominające krzyżówkę lamparta z jakąś rybą akwariową. Spodni postanowiłem nie ruszać z krzesła. Cicho, ale z pełną swobodą, skierowałem swoje kroki na kręte drewniane schody, które wiły się w górę przez kilka pięter. Zatrzymałem się na pierwszym i w podobny sposób, jak robiłem to na dole, zbliżyłem się, idąc po czerwonym dywanie, do niemal identycznych drzwi. Wydawały się różnić jedynie numerem. Pokój dokładnie nad moim, numer 22. Chciałem zrewanżować się nowej znajomej szkicem alei z olbrzymimi dębami, który wykonałem siedząc w altanie. Nie ma to jak własnoręcznie wykonany podarunek.

Spotkałem się jednak z pewną przeszkodą. Drzwi tak szczelnie przytulały się do framugi, że nie było szans na przeciśnięcie kartki, a na dole swoją sztywną grzywą bronił wejścia dywan wystający z pokoju. W drzwiach znalazłem identyczne szklane oko jak w moich. Dotykając policzkiem ciepłego drewna, zajrzałem do środka. Nic, tylko delikatnie migoczący światłem przechwyconym z latarni za oknem, malutki punkcik. W środku panowała cisza. Poczułem się głupio. Stoję tutaj bez spodni, w środku nocy i próbuję podglądać innych gości. Nie odważyłem się zostawić rysunku na wycieraczce. Ktoś mógłby zauważyć kartkę pierwszy, choćby teraz, jakiś cierpiący na bezsenność sąsiad. Zamieniłem rysunek w papierową kulkę i wracając na schody wrzuciłem ją do małego kosza na śmieci. Kiedy wróciłem już na parter, ręka, którą trzymałem cały czas na drewnianej gładkiej poręczy, nie chcąc przerywać sobie tej przyjemności, zaprowadziła mnie do piwnicy.

Odrobinę zdziwiła mnie gościnność piwnicznych drzwi, które usunęły mi się z drogi, ukazując biały, zalany jarzeniowym światłem korytarz. Chłód, jaki dopadł moje nogi, przypomniał mi po raz drugi o braku spodni. Gdybym musiał tłumaczyć się komuś z mojej obecności tutaj w takim stroju, z pewnością słowa nie ułożyłyby się w krótką harmonijną odpowiedź. Zawsze pakowałem się w kłopoty przez moj ą chorobliwą ciekawość.

Postanowiłem sprawdzić pierwsze wejście z brzegu i od razu zaprezentował mi się ogromny, zielony bojler. Dalej mnóstwo przeróżnych mioteł i środków czystości w kolorowych butelkach. Przysunąłem się do ściany, na którą ruchliwy ognik pieca rzucał osobliwe cienie, żeby przecisnąć się przez tę rupieciarnię dalej, w głąb. To, co z początku wydawało mi się ścianą, okazało się szafą, która dzieliła to pomieszczenie z bojlerem na pół. Moja chorobliwa ciekawość często zanosiła mnie w ciekawe miejsca.

W drugiej części zgromadzono mnóstwo przeróżnych przedmiotów. Światło nie docierało tutaj z całą swoją energią, ale po chwili mogłem dokładnie obejrzeć sobie wszystko. Na szafkach i stolikach stały zakurzone kartony z książkami, tandetnymi porcelanowymi figurkami, elektrycznymi budzikami i fotografiami oprawionymi w ramki. Parę pucharów sportowych, ptasia klatka. Na jednej szafce stał wiekowy gramofon, na drugiej gigantyczny globus. Do tablicy wiszącej na ścianie ktoś poprzyczepiał zbiorowe fotografie, zapewne personelu i gości. Nie przyglądałem się dokładnie. Zapaliłem papierosa. Kiedy płomień zapałki doświetlił najdalszy kąt, omal nie wrzasnąłem z przerażenia. Po chwili spróbowałem się uśmiechnąć. Niewyraźny, monstrualny kształt okazał się głową dinozaura, fragmentem jakiejś teatralnej dekoracji. Skąd to się tu wzięło?!

Godzinami można by to wszystko przeglądać, jednak po chwili, zły na siebie, postanowiłem wracać z powodu zimna, które bombardowało moje kolana. Z chwilą gdy postanowiłem bezzwłocznie wracać, zauważyłem listy. Zapakowane były w czarne worki na śmieci, które stały w zwartej grupie, jakby czekały na mającą je zabrać lada chwila śmieciarkę. Nikt ich jednak nie wyrzucił. Wciśnięte w kąt i jakby niedbale ukryte, zdradzały się pod stertą innych rupieci białymi, zapisanymi dziurami, które z pewnością wygryzły myszy w poszukiwaniu apetycznych rzeczowników. Dlaczego? Dlaczego jeden zabrałem i schowałem do kieszeni? Nie wiem. Nie wiem też, ilu ludzi nie uległoby tej pokusie. Listy w piwnicy hotelu?

Kiedy wychodziłem, bojler wznawiając swoją pracę, wszczął alarm głośnym buczeniem. Zostawiając za plecami ten niski dźwięk, powstrzymywałem się, żeby nie zacząć biec i głośno zatrzasnąć za sobą drzwi. Czułem się jak włamywacz, którego demaskuje bezduszna fotokomórka, silnym reflektorem wyławiając go z cienia.

Wtedy właśnie w całym korytarzu złośliwie zgasło światło, pogrążając piwnicę w grobowych ciemnościach.

– Super — wycedziłem przez zęby, zatrzymując w sobie inne brzydkie wyrazy.

Stałem sparaliżowany, porządkując myśli. W pamięci wywołałem obraz drogi powrotnej.

Korytarz był pusty, więc mogłem, przesuwając się wzdłuż ściany, dostać się do drzwi, które tak ochoczo mnie tu wpuściły, bez poważniejszych kolizji. Dla pewności zapaliłem zapałkę. Trzymaj ąc j ą chwilę nad głową i natężaj ąc wzrok, stwierdziłem, że podobne sceny, które oglądałem w kinie, kiedy bohater doskonale radzi sobie w czarnych labiryntach, dopóki nie wyczerpie mu się zapas zapałek, są równie niedorzeczne jak moja nadzieja na ujrzenie czegokolwiek. Posuwając się do przodu, używając dłoni wysuniętych daleko do przodu, zamiast oczu, wydostałem się z tej podziemnej pułapki.

Każdy spacer jest przyjemny, jeśli nie trwa zbyt długo. Każdy spacer to wędrówka z jednego pudełka do drugiego. Znów w swoim pokoju! Czy nie spotyka cię największa radość ze spaceru, kiedy po powrocie, niecierpliwie zdejmując buty, myślisz o tym, że już za chwilę będzie ci dane znowu usiąść w swoim fotelu?