Wyznanie - Jo Spain - ebook
Opis

Na komisariat zgłasza się JP. Przyznaje się do włamania i pobicia ze skutkiem śmiertelnym. Nie potrafi jednak wyjaśnić, co nim kierowało, ani podać tożsamości ofiary. Świadkiem zajścia była piękna żona zamordowanego, Julia. Dlaczego jednak nie próbowała udzielić mężowi pomocy? Dlaczego wezwała pogotowie ze znacznym opóźnieniem? Jej podejrzane zachowanie każe się zastanowić, czy miała powód, by pragnąć śmierci swojego męża. Cała sprawa komplikuje sie jeszcze bardziej, gdy okazuje się, że lista osób, które życzyły milionerowi jak najgorzej, jest alarmująco długa.

Wyznanie to porywający thriller psychologiczny, od którego nie pozwalają się oderwać niepokojące pytania: Kto  naprawdę jest winny? Co kierowało oprawcą, kiedy na komisariacie przyznawał się do zbrodni? Poczucie winy? A może był to strategiczny ruch w śmiertelnej rozgrywce?

Jo Spain – irlandzka autorka kryminałów, absolwentka Trinity College w Dublinie. Pracowała jako doradczyni polityczna w parlamencie irlandzkim i wiceprzewodnicząca organu biznesowego InterTrade Ireland. Wyznanie to jej pierwszy thriller, który wkrótce po wydaniu znalazł się na szczycie listy najchętniej kupowanych powieści w Irlandii. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 428

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


WY­ZNA­NIE

Jo Spa­in

Tłu­ma­cze­nie: Pa­try­cja Za­raw­ska

Ori­gi­nal ti­tle: THE CON­FES­SION Co­py­ri­ght © 2018 by Jo Spa­in The mo­ral ri­ghts of the au­thor have been as­ser­ted. Pu­bli­shed by ar­ran­ge­ment with Ma­ca­da­mia Li­te­ra­ry Agen­cy.

© Co­py­ri­ght for this edi­tion by Wy­daw­nic­two RM, 2018 All ri­ghts re­se­rved.

Wy­daw­nic­two RM, 03-808 War­sza­wa, ul. Miń­ska 25 [email protected], www.rm.com.pl

Żad­na część tej pra­cy nie może być po­wie­la­na i roz­po­wszech­nia­na, w ja­kiej­kol­wiek for­mie i w ja­ki­kol­wiek spo­sób (elek­tro­nicz­ny, me­cha­nicz­ny) włącz­nie z fo­to­ko­pio­wa­niem, na­gry­wa­niem na ta­śmy lub przy uży­ciu in­nych sys­te­mów, bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy. Wszyst­kie na­zwy han­dlo­we i to­wa­rów wy­stę­pu­ją­ce w ni­niej­szej pu­bli­ka­cji są zna­ka­mi to­wa­ro­wy­mi za­strzeżonymi lub nazwami zastrzeżonymi odpowiednich firm odnośnych właścicieli. Wydawnictwo RM dołożyło wszelkich starań, aby zapewnić najwyższą jakość tej książce, jednakże nikomu nie udziela żadnej rękojmi ani gwarancji. Wydawnictwo RM nie jest w żadnym przypadku odpowiedzialne za jakąkolwiek szkodę będącą następstwem korzystania z informacji zawartych w niniejszej publikacji, nawet jeśli Wydawnictwo RM zostało zawiadomione o możliwości wystąpienia szkód.

Redaktor prowadzący: Aleksandra ŻdanRedakcja: Mirosława SzymańskaKorekta: Aleksandra Małek-LeśniewskaOpracowanie graficzne okładki wg oryginału: Maciej JędrzejecIlustracje na okładce: shutterstock.incEdytor wersji elektronicznej: Tomasz ZajbtOpracowanie wersji elektronicznej: Marcin FabijańskiWeryfikacja wersji elektronicznej: Justyna Mrowiec

ISBN 978-83-7773-882-5 ISBN 978-83-8151-051-6 (ePub) ISBN 978-83-8151-052-3 (mobi)

W razie trudności z zakupem tej książki prosimy o kontakt z wydawnictwem: [email protected]

Dla przyjaciela z Derry, który nigdy nie napisał żadnej książki. Spoczywaj w spokoju, mo chara.

Pro­log

Dziś, 2012

Pierw­szy roz­bryzg krwi mo­je­go męża na ekra­nie te­le­wi­zo­ra – to wła­śnie bę­dzie mnie prze­śla­do­wa­ło w naj­bliż­szych ty­go­dniach, ide­al­nie uko­śne bryź­nię­cie, każ­da kro­pla spły­wa­ją­ca po szkle jak żywa czer­wo­na łza.

Ten wi­dok oraz trzask czasz­ki pę­ka­ją­cej pod gra­dem ude­rzeń kija gol­fo­we­go.

Jest w tym dźwię­ku coś do­głęb­nie szo­ku­ją­ce­go. Ni­g­dy do­tąd go nie sły­sza­łam, a jed­nak kie­dy się roz­legł, in­stynk­tow­nie wie­dzia­łam, o co cho­dzi. To dziw­ne i okrop­ne, ale chrup­nię­cia roz­bi­ja­nej gło­wy nie da się z ni­czym po­my­lić.

Kil­ka mi­nut wcze­śniej oglą­da­li­śmy we dwo­je thril­ler kry­mi­nal­ny, a te­raz ten te­le­wi­zor jest zbry­zga­ny krwią. Sie­dzie­li­śmy od­dziel­nie, każ­de w swo­im fo­te­lu – dro­gim szez­lon­gu z czar­nej skó­ry. Na sze­ro­kim ekra­nie LCD wła­śnie roz­gry­wa­ła się szcze­gól­nie prze­ra­ża­ją­ca sce­na. Za­bój­ca z fil­mu ści­gał swo­ją trze­cią ofia­rę przez bez­lud­ny, zło­wro­gi las, a gdy ją do­padł, za­sło­ni­łam so­bie oczy rę­ka­mi, nie mo­gąc pa­trzeć na nie­unik­nio­ne. Har­ry śmiał się, że taka ze mnie wraż­li­wa pa­nien­ka.

I wła­śnie wte­dy po­środ­ku na­sze­go sa­lo­nu sta­nął nie­zna­jo­my.

Nie sły­sze­li­śmy, jak wcho­dził do domu.

W pra­wej ręce trzy­mał luź­no kij do gol­fa i nie wy­glą­dał groź­nie, je­że­li nie li­czyć tego, że zja­wił się tak nie­ocze­ki­wa­nie. Dżin­sy, ko­szul­ka z krót­kim rę­ka­wem. Jak­by po pro­stu zszedł z pola gol­fo­we­go roz­cią­ga­ją­ce­go się z tyłu za na­szym po­dwór­kiem.

Har­ry od­wró­cił się do mnie osłu­pia­ły. Po­tem wstał, cia­ło za­dzia­ła­ło szyb­ciej niż umysł – re­ak­cja ssa­ka na to, że in­truz na­ru­szył jego prze­strzeń. Otwie­rał już usta, by za­dać pierw­sze peł­ne obu­rze­nia py­ta­nie, gdy tam­ten za­mie­rzył się na nie­go ki­jem.

Mój mąż zgiął się wpół, na chwi­lę za­bra­kło mu tchu. Był oszo­ło­mio­ny, ale skrzy­żo­wał ze mną spoj­rze­nia i zo­ba­czy­łam, że bły­ska­wicz­nie skal­ku­lo­wał so­bie opcje. Za­wsze był w tym do­bry. Moż­na go wrzu­cić w ja­ką­kol­wiek nie­zręcz­ną sy­tu­ację, a do­sko­na­le ra­dzi so­bie z nią w cią­gu kil­ku mi­nut. „Po­tra­fi cza­ro­wać jak mało kto” – ma­wia­ła moja mama. Tym ra­zem jed­nak nie za­no­si­ło się na to, by moż­na było coś zwo­jo­wać sło­wa­mi.

Har­ry jest sil­nym, wy­spor­to­wa­nym męż­czy­zną. Ćwi­czy kil­ka razy w ty­go­dniu, a jed­na z tych se­sji to tre­ning bok­ser­ski. Ostat­nio był w pra­cy w cią­głym stre­sie, a nic tak nie spusz­cza pary z czło­wie­ka jak wy­ży­wa­nie się na wor­ku tre­nin­go­wym.

Więc kie­dy za­mach­nął się z pół­ob­ro­tu, żeby wy­mie­rzyć pra­wy sier­po­wy nie­zna­jo­me­mu, któ­ry stał przed nami w tak nie­dba­łej po­zie, po­my­śla­łam: „To jest to”.

Tyle że wca­le nie było.

In­truz wal­nął Har­ry’ego po­now­nie, pod­czas gdy ręka mę­ża była do­pie­ro w po­ło­wie dro­gi.

I znów, i jesz­cze raz – wciąż go bił.

Har­ry nie miał szans.

Te­raz leży na pod­ło­dze, a na­past­nik, wy­raź­nie spo­co­ny, stę­ka­jąc z wy­sił­ku, raz po raz okła­da go ki­jem. Knyk­cie mu po­bie­la­ły od za­ci­ska­nia dło­ni na że­la­zie, mię­śnie ra­mie­nia ma na­pię­te. Za każ­dym ra­zem, gdy lą­du­je kij, roz­le­ga się wy­wra­ca­ją­ce żo­łą­dek łup­nię­cie, za każ­dym cio­sem z cia­ła zno­wu pry­ska krew, wy­cho­dzą chrząst­ki, śli­na, zęby. Z ust Har­ry’ego wy­do­by­wa­ją się wy­mio­ci­ny, a u dołu no­gaw­ki be­żo­wych spodni po­ja­wi­ła się mo­kra pla­ma.

Pa­trzę na to wszyst­ko, nie wsta­jąc z fo­te­la.

Nie od­zy­wam się.

Nie pę­dzę do te­le­fo­nu.

Nie rzu­cam się na nie­zna­jo­me­go.

Je­dy­ne, cze­go na­praw­dę chcę, kie­dy to się dzie­je, to za­kryć so­bie oczy. Od­ciąć się od wi­do­ku gro­zy, tak jak zro­bi­łam przed chwi­lą, oglą­da­jąc thril­ler w te­le­wi­zji.

Wresz­cie bi­cie się koń­czy. In­truz roz­luź­nia uścisk na kiju gol­fo­wym i przy­glą­da się po­czy­nio­nym szko­dom.

Har­ry jest nie do roz­po­zna­nia. Wszyst­ko do­ko­ła spry­ska­ne krwią. To wła­śnie lu­dzie mają na my­śli, kie­dy uży­wa­ją zwro­tu „zbić na mia­zgę”. To… krwa­wa masa. Le­d­wie przy­po­mi­na czło­wie­ka. Oto leży męż­czy­zna, któ­re­go zna­łam nie­mal przez całe swo­je do­ro­słe ży­cie. Męż­czy­zna, któ­ry mnie trzy­mał za rękę, ca­ło­wał w usta, sy­piał obok mnie, by­wał we mnie – znam każ­dy cal jego cia­ła, a te­raz nie roz­po­zna­ję z nie­go ani ka­wał­ka.

In­truz po­chy­la się nad nim i szep­cze mu coś do ucha – ci­cho, mięk­ko, ni­czym mi­ło­sne czu­łe słów­ka.

Co? Co mu po­wie­dział?

Tam­ten pro­stu­je się i spo­glą­da na mnie. Ma ciem­ne oczy, wła­ści­wie czar­ne. A tak­że czar­ne wło­sy. Nie ciem­no­brą­zo­we – czar­ne jak wę­giel. Gru­be brwi. Peł­ne, czer­wo­ne usta. Jest młod­szy ode mnie, choć pew­nie nie­wie­le, może o ja­kieś dzie­sięć lat. Do­brze wy­glą­da. Na­wet zbry­zga­ny krwią mego męża.

Wiem, o co tu cho­dzi.

To po­ra­chu­nek.

Har­ry i ja nie je­ste­śmy ide­al­ni. Wszy­scy mamy swo­je se­kre­ty, praw­da? Drob­ne kłam­stew­ka. Więk­sze grze­chy.

Ale co zro­bił mój mąż, że ścią­gnął na sie­bie coś ta­kie­go?

Prze­su­wam wzrok na jego cia­ło i wy­ry­wa mi się jęk. Wie­le razy wy­obra­ża­łam so­bie, że Har­ry nie żyje, ale nie tak… Ni­g­dy nie my­śla­łam, że mo­gło­by to wy­glą­dać w ten spo­sób.

Wtem nie­zna­jo­my od­wra­ca się na pię­cie i wy­cho­dzi z sa­lo­nu. Tak po pro­stu – i już go nie ma.

Le­d­wie do mnie do­cie­ra, że drzwi od fron­tu otwar­ły się i za­trza­snę­ły.

Je­stem sama, je­śli nie li­czyć skrwa­wio­nej, zma­sa­kro­wa­nej masy le­żą­cej na pod­ło­dze tuż obok mo­ich stóp.

Gdy wresz­cie zdo­by­wam się na ja­kąś re­ak­cję, jako pierw­sze daje o so­bie znać moje cia­ło.

Mo­czę się.

Część pierwsza

Ju­lie

Kie­dy po­zna­łam Har­ry’ego, po­wie­dział mi, że pra­cu­je w fi­nan­sach.

„Co to wła­ści­wie zna­czy?” – do­py­ty­wa­łam się. Dla mnie „fi­nan­se” ozna­cza­ły lu­dzi w do­brze skro­jo­nych gar­ni­tu­rach, któ­rzy zaj­mu­ją się nie­po­ję­ty­mi dla mnie spra­wa­mi w nowo zbu­do­wa­nych biu­row­cach w sto­li­cy. Ich pra­ca nie była praw­dzi­wa. Do­ra­sta­łam w ma­łej miej­sco­wo­ści w wiej­skim re­jo­nie Ir­lan­dii. By­łam przy­zwy­cza­jo­na do wi­do­ku męż­czyzn w kom­bi­ne­zo­nach ro­bo­czych, ze zro­go­wa­cia­ły­mi dłoń­mi, przy­gar­bio­ny­mi ple­ca­mi, twa­rza­mi po­ora­ny­mi przez wia­try i desz­cze. Nikt z nich by­naj­mniej nie czuł się uprzy­wi­le­jo­wa­ny.

Na po­cząt­ku lat dzie­więć­dzie­sią­tych „fi­nan­se” na­bra­ły po­tęż­ne­go roz­pę­du. Po­przed­nia de­ka­da była dla na­sze­go ma­łe­go kra­ju po­nu­rym cza­sem, na­zna­czo­nym przez ma­so­wą emi­gra­cję, bez­ro­bo­cie i wy­so­kie po­dat­ki oraz przez po­li­ty­ków po szy­ję to­ną­cych w brą­zo­wych ko­per­tach i tkwią­cych w szem­ra­nych ukła­dach. Lecz w la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych za­szła wiel­ka zmia­na. Nikt z nas o tym nie wie­dział, ale pań­stwo wła­śnie za­czę­ło się prze­obra­żać w Cel­tyc­kie­go Ty­gry­sa. Ir­lan­dię za­le­wał do­bro­byt i, Jezu, chy­ba nie było na­ro­du, któ­ry szyb­ciej przy­gar­nął­by na­pły­wa­ją­ce pie­nią­dze i po­czuł się z nimi tak do­brze. Moż­na by przy­siąc, że mie­li­śmy je od za­wsze.

Moje po­cho­dze­nie i wy­cho­wa­nie nie przy­go­to­wa­ły mnie na to, co nad­cho­dzi­ło. Tato pro­wa­dził małe go­spo­dar­stwo na dłu­go przed tym, nim Unia Eu­ro­pej­ska spra­wi­ła, że sta­ło się to do­cho­do­we, a mama sie­dzia­ła w domu, wy­cho­wu­jąc dziec­ko po dziec­ku. Prze­ga­pi­ła, że w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych lu­dzi prze­sta­ło ob­cho­dzić, co pa­pież ma do po­wie­dze­nia o kon­do­mach i o tym, co się dzie­je w łożu mał­żeń­skim. Na szczę­ście dla mnie. By­łam naj­młod­sza w na­szej du­żej ro­dzi­nie. Uwiel­bia­no mnie i roz­piesz­cza­no, o ile to było moż­li­we, bio­rąc od uwa­gę, jak bied­nie nam się żyło.

Ni­g­dy jed­nak nie by­łam za­do­wo­lo­na. Le­itrim nie mia­ło nic do za­ofe­ro­wa­nia. Szczę­śli­wie dla mnie, sko­ro by­łam naj­młod­sza z gro­mad­ki, nie ocze­ki­wa­no, że zaj­mę się go­spo­dar­stwem ani że za­miesz­kam w po­bli­żu. Wszyst­kie te zo­bo­wią­za­nia wzię­ło na sie­bie star­sze ro­dzeń­stwo. Po­zwo­lo­no mi skoń­czyć szko­łę i przy­kła­da­łam się ostro do na­uki – na tyle ostro, by zdo­być zło­ty bi­let: miej­sce w du­bliń­skim Tri­ni­ty Col­le­ge na wy­dzia­le sztuk pięk­nych. Za­mie­rza­łam zo­stać na­uczy­ciel­ką. Prze­czy­ta­łam W krę­gu przy­ja­ciół Ma­eve Bin­chy. Nowi kum­ple, sto­li­ca, trzy­mie­sięcz­ne let­nie wa­ka­cje i wspa­nia­ła eme­ry­tu­ra? Tak, po­pro­szę.

Wy­jazd z oj­czy­ste­go hrab­stwa był pierw­szym zwia­stu­nem tego, że sta­ję się wy­rod­ną la­to­ro­ślą. Moja bied­na bab­cia o mało nie do­sta­ła ata­ku ser­ca, kie­dy usły­sza­ła, do­kąd się wy­bie­ram. Fakt, były lata dzie­więć­dzie­sią­te, lecz ona mia­ła swo­je lata – osiem­dzie­siąt pięć – i od ma­łe­go wbi­ja­no jej do gło­wy nie­złom­ne za­sa­dy. Po pierw­sze, sa­mot­ne dziew­czę­ta nie prze­no­szą się z Le­itrim do Du­bli­na, je­śli nie chcą mieć do czy­nie­nia z nie­przy­jem­ną i nie­chcia­ną nie­spo­dzian­ką w brzu­chu. Po dru­gie, nie cho­dzą do szko­ły śred­niej, je­śli nie przy­go­to­wu­je ona do za­wo­du fry­zjer­ki lub se­kre­tar­ki. A po trze­cie, je­że­li już mu­szą zlek­ce­wa­żyć wszel­kie wiej­skie tra­dy­cje, z całą pew­no­ścią nie idą do Tri­ni­ty, uczel­ni pę­ka­ją­cej w szwach od pod­stęp­nych, wy­nio­słych pro­te­stan­tów. Uwa­ża­ła, że col­le­ge wciąż, jak za daw­nych cza­sów, nie przyj­mu­je ka­to­li­ków.

Wy­cho­dzi na to, że mia­ła ra­cję. Uczel­nia oka­za­ła się dla mnie bar­dzo nie­bez­piecz­na. Wła­ści­wie nie cho­dzi o miej­sce, lecz o po­zna­nych tam lu­dzi.

Har­ry’ego McNa­ma­rę po raz pierw­szy uj­rza­łam na uni­wer­sy­tec­kim balu na moim trze­cim roku stu­diów, w 1994 roku.

Jesz­cze za­nim wy­bi­ła pół­noc, chło­pak, z któ­rym by­łam na balu, za­lał się w pest­kę, jak ma­wia się u nas na wsi. Moja ko­le­żan­ka Gra­ce też zo­sta­wi­ła mnie wła­sne­mu lo­so­wi i za­czę­ła się ob­ca­ło­wy­wać z ja­kimś dok­to­ran­tem z wy­dzia­łu bio­lo­gii. Szwen­da­łam się więc sama po ka­mien­nych dzie­dziń­cach, a moja twarz zmie­nia­ła ko­lor w świe­tle wie­lo­barw­nych lamp roz­miesz­czo­nych stra­te­gicz­nie tak, aby oświe­tla­ły uczel­nia­ne mury z epo­ki wik­to­riań­skiej. Mia­łam na­dzie­ję, że na­tknę się na ko­goś zna­jo­me­go i do­koń­czę wie­czór w to­wa­rzy­stwie. Ni­g­dy nie czu­łam się do­brze w sa­mot­no­ści.

Wtem usły­sza­łam ci­chy gwizd, a za­raz po nim sło­wa:

– No, niech mnie, je­że­li to nie jest Jes­si­ca Rab­bit.

Har­ry za­wo­łał na mnie po­przez krąg lu­dzi, któ­rzy go ota­cza­li, jak­by był środ­kiem ich wszech­świa­ta. Opie­rał się non­sza­lanc­ko o mur rek­tor­skie­go ogro­du. Na szyi wi­sia­ła mu roz­wią­za­na musz­ka, z ką­ci­ka ust wy­sta­wał pa­pie­ros. Był bez wąt­pie­nia naj­przy­stoj­niej­szym fa­ce­tem, na ja­kim kie­dy­kol­wiek spo­czę­ło moje oko. Wy­glą­dał tak nie­ir­landz­ko. Gę­ste, sfa­lo­wa­ne brą­zo­we wło­sy oka­la­ły opa­lo­ną twarz o świet­nie wy­rzeź­bio­nych ry­sach. Trzy­czę­ścio­wy gar­ni­tur był dro­gi, ide­al­nie skro­jo­ny i le­żał do­kład­nie tak, jak po­wi­nien. A przy tym na tyle do­pa­so­wa­ny, że­bym wi­dzia­ła do­brze za­ry­so­wa­ne mię­śnie i wy­spor­to­wa­ną syl­wet­kę.

Lecz jego uśmiech… o tak, to ten uśmiech prze­są­dził o wszyst­kim.

Har­ry ru­szył w moją stro­nę i ota­cza­ją­ca go gru­pa roz­stą­pi­ła się jak mo­rze dla Moj­że­sza. Wszy­scy byli za­zdro­śni o nie­zna­jo­mą, któ­ra nie­chcą­cy tak ła­two przy­cią­gnę­ła jego uwa­gę.

– Mó­wisz do mnie? – spy­ta­łam, uno­sząc brwi, po czym ro­zej­rza­łam się do­ko­ła, uda­jąc, że spraw­dzam, czy nie zwró­cił się do ko­goś in­ne­go. – Taką masz gad­kę? Wy­wrza­sku­jesz sek­si­stow­skie uwa­gi do prze­cho­dzą­cych ko­biet?

Umia­łam so­bie po­ra­dzić z za­czep­ką, by­łam przy­zwy­cza­jo­na do za­in­te­re­so­wa­nia, ja­kie wzbu­dza­łam u płci prze­ciw­nej. Uro­dzi­łam się z na­tu­ral­nie pło­wy­mi krę­co­ny­mi wło­sa­mi, mia­łam błę­kit­ne jak nie­bo oczy i peł­ne czer­wo­ne usta. Zda­je się, że to dzia­ła na więk­szość męż­czyzn. Ale naj­więk­szym atu­tem były moje krą­gło­ści, na co wy­raź­nie zwró­cił uwa­gę Har­ry. Za­wsze od­zna­cza­łam się drob­nym cia­łem (star­sze sio­stry w dzie­ciń­stwie piesz­czo­tli­wie mó­wi­ły na mnie Pol­ly Po­cket). Ale gdy we­szłam w na­sto­let­niość, roz­wi­nę­łam się wręcz ba­jecz­nie. Wszyst­kie dziew­czy­ny od Fer­gu­so­nów wy­glą­da­ły po­dob­nie z blond lo­ka­mi i ład­ny­mi bu­zia­mi. Żad­na jed­nak nie mia­ła ta­kich pier­si jak ja. Moje sio­stry były znie­sma­czo­ne.

Tego wie­czo­ru, gdy zwró­ci­łam uwa­gę Har­ry’ego, wie­dzia­łam, że moje sek­sow­ne kształ­ty przy­cią­ga­ją wzrok. Mia­łam na so­bie do­pa­so­wa­ną szma­rag­do­wą suk­nię wie­czo­ro­wą. Na po­cząt­ku była po pro­stu ta­nim ciusz­kiem mar­ki Pri­mark, ale do­sta­ła się w ręce mamy Gra­ce i na jej ma­szy­nie do szy­cia prze­obra­zi­ła się w coś ma­gicz­ne­go.

– Jezu – po­wie­dzia­ła Gra­ce zie­lo­na z za­zdro­ści. – Ma­muś, nie po­zwo­li­ła­byś mi wyjść za próg w czymś ta­kim, a ją pra­wie wszy­łaś do środ­ka, żeby le­ża­ło jak ulał.

– Ko­cham cię, kwia­tusz­ku, ale Ju­lie ma fi­gu­rę, żeby cho­dzić w ta­kich rze­czach – od­par­ła pani De­la­ney i za­ser­wo­wa­ła bied­nej cór­ce dwa le­d­wie ścię­te sa­dzo­ne jaj­ka.

– Wszyst­ko, cze­go nie mam, odzie­dzi­czy­łam po to­bie, strasz­na sta­ra babo – mruk­nę­ła Gra­ce pod no­sem.

Su­kien­ka przy­da­ła­by się ra­czej mo­jej zwa­rio­wa­nej na punk­cie sek­su przy­ja­ciół­ce. W prze­ci­wień­stwie do wie­lu ró­wie­śni­czek z col­le­ge’u, nie przy­szłam tu, by zna­leźć so­bie fa­ce­ta. To cu­dow­ne, że na­sza mama za­wsze była w domu, ale na myśl o tym, że sama mia­ła­bym się stać mło­dą sta­tecz­ną go­spo­dy­nią do­mo­wą, wpa­da­łam w pa­ni­kę. I na pew­no nie chcia­łam skoń­czyć z cią­żą w brzu­chu, póki nie będę mia­ła ob­rącz­ki na pal­cu.

Łu­dzi­łam się, że je­stem pa­nią Nie­za­leż­ną.

Nic o so­bie nie wie­dzia­łam.

Har­ry ro­ze­śmiał się, kie­dy mu od­szczek­nę­łam, po czym za­cmo­kał, prze­ko­ma­rza­jąc się.

– Czy to sek­si­stow­skie, że za­uwa­ży­łem cię jako naj­le­piej wy­glą­da­ją­cą ko­bie­tę w oko­li­cy? Nie mam po­ję­cia, z kim tu dzi­siaj przy­szłaś, ale sło­wo daję, ten gość to ja­kiś tę­pak, sko­ro cię zo­sta­wił. Chy­ba że sama już na to wpa­dłaś i to ty pu­ści­łaś go w trą­bę?

Uśmiech­nę­łam się wbrew so­bie.

– On… gdzieś tam jest.

– Ro­zu­miem. W ta­kim ra­zie, do­pó­ki gdzieś tam jest, sko­rzy­stam z oka­zji, żeby cię uwieść, i za­cznę od szam­pa­na. To po pro­stu nie w po­rząd­ku, że­byś się snu­ła, taka bo­ska, bez drin­ka w ręce. A drink może być tyl­ko naj­lep­szy.

– I tak bę­dzie mu da­le­ko do szam­pa­na, na któ­rym się wy­cho­wa­łam – par­sk­nę­łam. – A czy ty wła­śnie po­wie­dzia­łeś „uwieść”?

Za­ru­mie­nił się.

– No, po­wie­dzia­łem, fak­tycz­nie. To przez two­ją su­kien­kę. Wy­glą­da, jak­by była stwo­rzo­na dla cie­bie i two­ich… ee, wdzię­ków. Nie pa­mię­tam, jak mam na imię, nie mó­wiąc już, w ja­kim ży­je­my stu­le­ciu.

– No pro­szę. Ćwi­czy­łeś przed lu­strem, za­nim wy­sze­dłeś dziś z domu, czy za­wsze tak masz?

– A te­raz po­waż­nie… czy to na­praw­dę ta­kie bez­na­dziej­ne? – Po­chy­lił gło­wę i uśmiech­nął się do mnie spod grzyw­ki ni­czym uro­czy brą­zo­wo­oki szcze­niak. – Pro­szę. Nie tor­tu­ruj mnie dłu­żej. Tam­ta pacz­ka z tyłu gapi się na mnie, żeby spraw­dzić, jak mi idzie, a je­że­li mnie spła­wisz, zu­peł­nie zruj­nu­je to moją re­pu­ta­cję. Czy mo­gła­byś cho­ciaż po­uda­wać, że nie uwa­żasz mnie za to­tal­ne­go dup­ka?

– Zli­to­wa­ła­bym się nad tobą, ale mi obie­ca­łeś dro­gie­go szam­pa­na, a tu nie ser­wu­ją nic ta­kie­go.

– No, no, wi­dzę świa­teł­ko na koń­cu tu­ne­lu, przez któ­ry ka­żesz mi się czoł­gać. Mają, i to po­rząd­ne­go. Po pro­stu nie tra­fi­łaś do od­po­wied­nie­go baru.

– Aha. A tak do two­jej wia­do­mo­ści, nie moż­na mnie ku­pić. Z bą­bel­ka­mi czy bez.

– Mó­wisz, że je­steś bez­cen­na?

– Świet­nie to ują­łeś.

Nie je­stem ba­nal­ną lalą. Nie za­ko­cha­łam się w Har­rym McNa­ma­rze tyl­ko dla­te­go, że miał gład­ką gad­kę i zna­jo­mo­ści w ba­rze za­re­zer­wo­wa­nym dla ab­sol­wen­tów. I mimo że był cza­ru­ją­cy, a ja lek­ko wsta­wio­na, nie było mowy, że­bym wsko­czy­ła z nim do łóż­ka. Wciąż by­łam dziew­czy­ną z ma­łej, za­pa­dłej wio­ski – nie czu­łam tych wiel­ko­miej­skich kli­ma­tów, w któ­rych za­wie­ra się zna­jo­mo­ści na jed­ną noc.

Roz­ma­wia­li­śmy i w trak­cie po­ga­węd­ki od­kry­łam, że tak na­praw­dę jest by­łym, a nie obec­nym stu­den­tem, co tłu­ma­czy­ło do­stęp do baru dla ab­sol­wen­tów.

– Do­bry Boże, to ile ty masz lat? – za­py­ta­łam. – Czy uczel­nia jest świa­do­ma tego, że cza­isz się tu, po­lu­jąc na mło­de, nie­win­ne nie­wia­sty? I gdzie wła­ści­wie pra­cu­jesz… w tych swo­ich fi­nan­sach?

Roz­ba­wi­ło go to.

– Mam dwa­dzie­ścia sie­dem lat – od­parł. – Chy­ba nie je­stem dla cie­bie za sta­ry. Ile ty mo­żesz mieć? Dwa­dzie­ścia dwa, trzy? Daj spo­kój. Jaki tam ze mnie łow­ca. A moja pra­ca? Je­stem ban­kow­cem. Z grub­sza.

– O! Do­bra, cze­mu nie po­wie­dzia­łeś po pro­stu, że pra­cu­jesz w ban­ku? Dla­cze­go wszy­scy w dzi­siej­szych cza­sach mu­szą uży­wać tych dzi­wacz­nych słów typu „fi­nan­se” czy „kon­sul­ting”? Ja będę na­uczy­ciel­ką. Nie „do­star­czy­ciel­ką wie­dzy”. Co? Z cze­go się śmie­jesz?

– Z cie­bie – od­rzekł, na­chy­la­jąc się tak, że jego kasz­ta­no­we oczy o dłu­gich rzę­sach zna­la­zły się cen­ty­me­try od mo­ich i po­czu­łam na ustach jego go­rą­cy od­dech, pach­ną­cy mię­tą i al­ko­ho­lem. – Mógł­bym słu­chać tego ak­cen­tu całą noc. Brzmi me­lo­dyj­nie. Za­wsze je­steś taka szcze­ra?

– O. My­śla­łam, że się ze mnie śmie­jesz, bo chcę być na­uczy­ciel­ką.

Przy­bli­żył się do mo­je­go ucha i szep­nął:

– Daj spo­kój. Nie moż­na być zwy­czaj­nie czymś.

Od­su­nę­łam się spło­nio­na, za­nie­po­ko­jo­na tym, jak moc­no moje cia­ło re­agu­je na nie­go. By­łam jesz­cze wte­dy dzie­wi­cą, lecz w gło­wie ko­ła­ta­ło mi się tyl­ko, jak bar­dzo chcę, żeby ten fa­cet pie­przył mnie do nie­przy­tom­no­ści. Oka­zu­je się, że mia­łam w so­bie uta­jo­ną la­dacz­ni­cę.

– Chcesz, że­by­śmy stąd wy­szli i na­pi­li się w ja­kimś ustron­niej­szym miej­scu? – za­py­tał.

– Nie. Są tu­taj też moje ko­le­żan­ki. Mu­szę je zna­leźć. Mamy taką za­sa­dę: nie zo­sta­wia­my ko­biet swo­je­mu lo­so­wi.

– Ze­rwij się, nic im nie bę­dzie. Noc jest jesz­cze mło­da. Do­pie­ro… cho­le­ra, jesz­cze się na­wet nie ściem­ni­ło. Nie pod­dam się tak ła­two.

– Ja też się ła­two nie pod­dam – od­rze­kłam. – A tam wi­dzę moją przy­ja­ciół­kę Gra­ce, wy­szła na po­wie­trze. Mu­szę iść.

Wszyst­ko w Har­rym dzia­ła­ło na mnie jak afro­dy­zjak. Nie cho­dzi o sam jego wy­gląd, lecz tak­że o swo­bo­dę i pew­ność sie­bie, wra­że­nie siły czy mocy, ja­kie roz­ta­czał. Był aku­rat w sam raz ode mnie star­szy i uwo­dził mnie, ale nie w ob­leś­ny spo­sób.

I miał w so­bie coś ta­kie­go… nie­bez­piecz­ne­go.

Jak­by nie gry­wał zgod­nie z nor­mal­ny­mi za­sa­da­mi.

Ja z ko­lei za­wsze by­łam grzecz­ną dziew­czyn­ką. Grzecz­ne dziew­czy­ny wy­cho­dzą za mąż za do­brych chłop­ców. Ale zna­la­złam się w cen­trum za­in­te­re­so­wa­nia Har­ry’ego i to oka­za­ło się upa­ja­ją­ce.

W koń­cu po­cią­ga­ło mnie w nim wię­cej, niż so­bie zda­wa­łam spra­wę. By­łam am­bit­ną mło­dą ko­bie­tą, ale przy­zwy­cza­jo­ną do mi­ło­ści. Spra­wia­ją to wię­zy du­żej, ko­cha­ją­cej się ro­dzi­ny. Ow­szem, pra­gnę­łam po­dą­żyć przez świat wła­sną ścież­ką, ale nie chcia­łam tego ro­bić w sa­mot­no­ści.

I my­ślę, że coś po­dob­ne­go wy­czu­wa­łam w Har­rym. Z upły­wem cza­su do­wie­dzia­łam się, że nie był tak pew­ny sie­bie, ja­kie­go od­gry­wał. Lu­bił ota­czać się ludź­mi: fa­ga­sa­mi i po­chleb­ca­mi. Ni­g­dy jed­nak nie miał ni­ko­go, kto by się na­praw­dę li­czył. Żad­nej ro­dzi­ny, jak póź­niej od­kry­łam, i żad­nych praw­dzi­wych przy­ja­ciół. Bar­dzo nie­wie­lu lu­dzi do­pusz­czał do sie­bie bli­żej.

Tam­te­go wie­czo­ru na balu w Tri­ni­ty da­łam mu swój nu­mer.

Oto coś, o czym wów­czas nie mia­łam po­ję­cia.

Har­ry przy­szedł na ten bal z dziew­czy­ną. Nie było jej przy nim, kie­dy mnie zo­ba­czył – może ko­rzy­sta­ła z to­a­le­ty, po­pra­wia­ła so­bie ma­ki­jaż czy coś po­dob­ne­go. A on znik­nął, za­nim wró­ci­ła.

Moż­na by po­wie­dzieć, że to była mi­łość od pierw­sze­go wej­rze­nia, a ona jest w tej hi­sto­rii nie­istot­ną po­sta­cią.

By­ła­by to ro­man­tycz­na in­ter­pre­ta­cja.

Czy mia­ło­by to jed­nak ja­kieś zna­cze­nie, gdy­bym wte­dy wie­dzia­ła, jak ła­two Har­ry pod­ry­wa i po­rzu­ca ko­bie­ty? Sam przy­pusz­czal­nie wy­krę­cił­by się i przed­sta­wił to w inny spo­sób, a ja naj­praw­do­po­dob­niej uwie­rzy­ła­bym mu z wy­bo­ru. Obo­je by­li­śmy w tym do­brzy, zwłasz­cza on.

Kie­dy tam­te­go wie­czo­ru po­wie­dział mi, że jest ban­kow­cem, nie wspo­mniał o tym albo przy­naj­mniej nie po­pra­wił mnie w tej kwe­stii, że nie­zu­peł­nie pra­cu­je w ban­ku.

Był jego wła­ści­cie­lem.

Ma­jąc nie­wie­le po­nad dwa­dzie­ścia lat, za­ło­żył wła­sny bank. Pla­ców­ka, za­rzą­dza­na przez do­brze za­po­wia­da­ją­ce­go się fi­nan­si­stę, zaj­mo­wa­ła się głów­nie fun­du­sza­mi do­brze za­po­wia­da­ją­cych się de­we­lo­pe­rów bu­dow­la­nych. Oto czło­wiek przy­zwy­cza­jo­ny do tego, że do­sta­je to, cze­go chce.

Opie­ra­łam mu się mie­sią­ca­mi, przez co za­lo­ty sta­ły się tym bar­dziej eks­cy­tu­ją­ce.

W tam­tym cza­sie by­łam w nim sza­leń­czo za­ko­cha­na i on we mnie też.

Wi­dzi­cie nas, praw­da?

Mło­dzi, nie­win­ni, peł­ni na­dziei, mi­ło­ści.

To my na po­cząt­ku na­szej ba­śni.

Lecz ba­śnie nie za­wsze są pięk­ne i cud­ne.

Cza­sem by­wa­ją mrocz­niej­sze, niż so­bie moż­na wy­obra­zić.

Ali­ce

JP

Ju­lie

JP

Ali­ce

Ju­lie

Ali­ce

Ar­ty­kuł z „Ire­land To­day”

Ju­lie

JP

Ali­ce

Ju­lie

Ali­ce

JP

Ju­lie

Ali­ce

JP

Część dru­ga

JP

Ju­lie

JP

Ju­lie

Ali­ce

JP

Ju­lie

JP

Ali­ce

Ju­lie

Ali­ce

Ju­lie

Część trze­cia

Ju­lie

Ali­ce

Ju­lie

JP

Ju­lie

JP

Ju­lie

JP

Ali­ce

JP

Ju­lie

JP

Ju­lie

JP

Ju­lie

JP

Ju­lie

JP

Ju­lie

JP

Część czwar­ta

Ju­lie

JP

Ali­ce

JP

Ju­lie

Ju­lie

Epi­log

Po­dzię­ko­wa­nia

Oto cze­go się na­uczy­łam jako pi­sar­ka: do­brze so­bie ra­dzę, kie­dy pi­szę sama; ra­dzę so­bie o wie­le le­piej, gdy pi­szę z ze­spo­łem.

Szcze­gól­nie kil­ka osób skło­ni­ło mnie do cięż­kiej pra­cy nad tą książ­ką.

Mar­ti­nie Spa­in – iry­tu­ją­co mia­łeś ra­cję co do luk na wczes­nym eta­pie wąt­ku, jak za­wsze. I tak cię uwiel­biam, mój ulu­bio­ny czło­wie­ku na świe­cie.

Ni­co­lo Barr, dzię­ku­ję, że mnie po­py­cha­łaś i – tak – wie­dzia­łaś, co ro­bisz. Spójrz na tę ślicz­not­kę. Uro­czy­ście od­wo­łu­ję wszyst­kie te mo­men­ty, kie­dy wi­dzia­łam two­je imię w swo­jej skrzyn­ce od­bior­czej i my­śla­łam: „Na li­tość bo­ską, bła­gam, żad­nych wię­cej po­pra­wek re­dak­cyj­nych!”.

Stef Bier­werth wzię­ła to, co uwa­ża­łam za ide­al­nie za­ry­so­wa­ny szkic, i wska­za­ła mi, ile jesz­cze pra­cy mu­szę w nie­go wło­żyć – zro­bi­łaś to zna­ko­mi­cie, więc jest ci wy­ba­czo­ne. Gdzie ja bym bez Cie­bie była? Wy­daw­ca i za­ra­zem przy­ja­ciół­ka. Mało kto ma tyle szczę­ścia.

Ra­chel Ne­ely i Sa­rah Day ad­iu­sto­wa­ły i ko­ry­go­wa­ły po­wieść dro­bia­zgo­wo. Ra­chel, To­bie szcze­gól­nie dzię­ku­ję za na­tchnio­ny ty­tuł. Uwa­żam, że przez to sta­łaś się mat­ką chrzest­ną tej książ­ki!

Dzię­ku­ję wszyst­kim moim pierw­szym czy­tel­ni­kom, ca­łej nie­wia­ry­god­nej za­ło­dze wy­daw­nic­twa Qu­er­cus, a zwłasz­cza gra­fi­kom za nie­sa­mo­wi­ty pro­jekt okład­ki: je­stem dum­na, że pra­co­wa­łam z każ­dym z Was.

I wresz­cie skła­dam po­dzię­ko­wa­nia wszyst­kim moim przy­ja­cio­łom i krew­nym, szcze­gól­nie czwór­ce naj­więk­szych ki­bi­ców – moim uro­czym dzie­ciom: Izzy, Lia­mo­wi, So­phii i Do­mo­wi, ma­leń­kie­mu de­spo­cie. Dzię­ku­ję Wam za nie­skoń­czo­ną mi­łość i wspar­cie. Uda­ło mi się się­gnąć gwiazd tyl­ko dla­te­go, że wszy­scy pod­no­si­li­ście mnie ku nie­bu.