Wydawca: Spółdzielnia Wydawnicza Czytelnik Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 620 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wyznania patrycjusza - Sandor Marai

Autobiograficzna powieść Sándora Máraiego Wyznania patrycjusza składa się z dwóch części: pierwsza z nich to opis dzieciństwa, a zarazem obraz Węgier z początku XX wieku; druga jest relacją z okresu emigracji młodego człowieka (a wkrótce młodego małżeństwa) i jednocześnie portretem Europy Zachodniej w latach dwudziestych minionego stulecia. Jak pisze Teresa Worowska w posłowiu, „całą powieść cechuje owa dwoistość: pierwsza część opowiada o próbie wyrwania się z pewnego świata, druga – o daremności tej próby, o niemożliwości wyrwania się”.

Dzieje tej książki były dość niełatwe: pierwsze wydanie ukazało się w latach 1934–35, lecz na skutek procesu o zniesławienie, wytoczonego przez jedną z opisanych w powieści osób, zostało wycofane ze sprzedaży, a wszystkie kolejne edycje publikowano już w wersji ocenzurowanej przez autora zgodnie z wyrokiem sądu. W niniejszym, rozszerzonym wydaniu po raz pierwszy prezentujemy polskim czytelnikom oryginalną, pełną wersję Wyznań.

Z okazji 70 lat istnienia "Czytelnika" ukazuje się kolekcja tytułów wybranych z dorobku wydawnictwa. Edycję wyróżnia jednolita szata graficzna autorstwa Andrzeja Heidricha. Wyznania patrycjusza są kolejną książką w tym cyklu.

 

Opinie o ebooku Wyznania patrycjusza - Sandor Marai

Fragment ebooka Wyznania patrycjusza - Sandor Marai

Sándor Márai

Wyznania patrycjusza

Przekład Teresa Worowska

Czytelnik

Warszawa 2014

Przedmowa do wydania rozszerzonego

Niniejsza edycja po raz pierwszy przedstawia polskim czytelnikom oryginalną, pełną wersję Wyznań patrycjusza, obejmującą fragmenty, które usunięto przy drugim wydaniu książki w 1940 roku. Przyczyny, dla których Márai dokonał takich zmian i nadał powieści nowy kształt, były dość złożone.

Pierwszy tom Wyznań patrycjusza ukazał się w 1934 roku, tom drugi wydano rok później, dodrukowując jeszcze tom pierwszy. Łącznie rozeszło się wówczas ponad dwadzieścia tysięcy egzemplarzy, co było niewątpliwie wielkim sukcesem. Krytyka przyjęła tę niezwykłą książkę bardzo przychylnie, tylko prasa skrajnie prawicowa zarzuciła jej „freudyzm, cynizm, nieodpowiedzialność i nihilizm intelektualny”. Trzydziestojednoletni zaledwie autor, mający już wówczas za sobą pierwsze powieści, w tym znakomitych przecież Zbuntowanych, dzięki Wyznaniom patrycjusza znalazł się w ścisłej czołówce ówczesnych prozaików. I nagle, na początku 1935 roku rozeszła się wieść, że powieść nosząca znamiona biografii trafiła na wokandę – Sándorowi Máraiemu wytoczono proces, ponieważ obraził dobre imię swego niegdysiejszego korepetytora.

Był nim niejaki György Stumpf, w tym czasie wikariusz biskupi i proboszcz parafii rzymsko-katolickiej w Sátoraljaújhely. Nic nie wiedział o ukazaniu się książki; rozpoznali go znajomi, którzy znali przeszłość Stumpfa z jego własnych opowiadań, wspominał im bowiem niejednokrotnie, że kiedy był uczniem w Kassy, pełnił funkcję domowego korepetytora w rodzinie Grosschmidów. Powierzony mu pod opiekę najstarszy syn okazał się chłopcem nieposłusznym i zepsutym, dlatego po roku zrezygnował z funkcji „instruktora”, miał już wówczas powołanie do stanu kapłańskiego i nie dawał sobie rady z krnąbrnym paniczykiem. Stumpf zwrócił się najpierw do władz kościelnych o pozwolenie na wytoczenie procesu, a gdy je uzyskał, złożył pozew. Ponieważ zachowały się akta procesu, możemy prześledzić zarówno jego przebieg, jak i argumentację stron. Obaj adwokaci przytaczają ważkie, godne przemyślenia argumenty, ale też sam problem nie jest bynajmniej biało-czarny; przysługujące każdemu prawo do ochrony dobrego imienia i prywatności zderza się tu z racją wolności twórczej i jej granic. Tej kwestii nie rozstrzygnięto w sposób jednoznaczny po dziś dzień, i, być może, w ogóle nie jest to możliwe. Dzięki aktom procesu możemy w każdym razie wnioskować, jakie były przyczyny zmian, które Sándor Márai wprowadził do tekstu książki, opuszczając pewne jej fragmenty.

Stumpf oskarżył autora Wyznań o zniesławienie, powołując się na to, że autor poświęcił jego „skromnej osobie” cały rozdział, w którym został wymieniony z nazwiska i postawiony pod pręgierzem opinii publicznej, ośmieszony w sposób niedopuszczalny, ujawniono nieprawdziwe, jego zdaniem, intymne fakty z jego życia, przypisano mu słabości i wady, przy których trudno nawet uchodzić za człowieka uczciwego, a cóż dopiero – być księdzem. Stumpf był zdania, że Márai wyrządził mu wielką krzywdę – naruszając jego dobra osobiste, zniszczył mu opinię. Nietrudno sobie wyobrazić, jak musiał się czuć po opublikowaniu książki, w której został opisany tak złośliwie i bezwzględnie, gdy tymczasem pełnił ważną funkcję w niewielkim miasteczku, w którym wszyscy się znali, a podobne plotki rozchodziły się błyskawicznie. Nawet jeśli w latach szkolnych rzeczywiście przypominał chłopca opisanego w Wyznaniach, po dwóch dziesięcioleciach zapewne był już innym człowiekiem.

Adwokat Máraiego wniósł o oddalenie powództwa. Jego argumentacja, którą możemy poznać z dwóch sążnistych elaboratów, przedstawionych sądowi pierwszej i drugiej instancji, skupiała się przede wszystkim na tym, że autor w najmniejszej mierze nie miał zamiaru obrazić swego niegdysiejszego „instruktora”. Książka opiera się przecież na reminiscencjach z lat dzieciństwa, pisarz podkreśla, że to wspomnienie odczuć i myśli trzynastolatka. Wymienia wprawdzie nazwisko preceptora, ale nie podaje jego imienia ani nazwy miasta, w którym rozgrywa się akcja. Na dodatek nie jest to przecież opinia wyrażona przez dorosłego pisarza o dorosłym kapłanie, tylko opinia ucznia o koledze z klasy, który, na nieszczęście, jest jego domowym nauczycielem. Pisarz od dzieciństwa nie widział powoda, nie wiedział, że mieszka na Węgrzech i został księdzem. Gdyby o tym wiedział, nie napisałby tego rozdziału i jest mu niezwykle przykro z powodu całej historii.

Sąd odrzucił tę argumentację. Uznał, że z punktu widzenia sprawy nie ma żadnego znaczenia, iż są to reminiscencje z dzieciństwa. Faktem jest bowiem, że powód rzeczywiście nosi nazwisko Stumpf, chodził do gimnazjum w Kassy i był nauczycielem domowym pozwanego. Niewątpliwie to o nim mowa w krzywdzącym go rozdziale, w którym został przedstawiony jako postać godna pogardy, co całkowicie wyczerpuje znamiona zniesławienia. A ponieważ książka ukazała się niedawno, nie może być traktowana jako niesprawiedliwa, złośliwa krytyka rozpieszczonego dziecka, lecz stanowi odzwierciedlenie tego, jak autor dzisiaj wspomina człowieka, który pozostaje w stanie duchownym i sprawuje poważny urząd kościelny.

Od sentencji wyroku w pierwszej instancji, opiewającego na karę pieniężną obciążającą autora i nakazującą wycofanie książki, odwołały się obie strony. Stumpf oświadczył, że przebaczył wprawdzie oskarżonemu, i to nawet jeszcze przed złożeniem przez niego przeprosin, ale ponieważ książka rozeszła się w wielu tysiącach egzemplarzy, poważnie zagrażając jego wiarygodności jako kapłana i katechety, zmuszony jest, przede wszystkim ze względu na pełniony przezeń urząd, żądać surowszego ukarania oskarżonego, choć prywatnie bardzo go żałuje. W słowach oskarżyciela zawarta była niemała dawka hipokryzji, oczekiwał bowiem dla pisarza kary więzienia.

Adwokat Máraiego rozwinął dalszą argumentację: oskarżony nie tylko nie miał najmniejszego zamiaru uchybić kapłanowi, którego nie widział od czternastego roku życia, ale na dodatek we wspomnianym rozdziale sam sobie wystawia jak najgorsze świadectwo, przypisując jednocześnie wiele pozytywnych cech swemu „instruktorowi”. W porównaniu z nim siebie samego odmalowuje w znacznie ciemniejszych barwach. O wartości książki stanowi właśnie to, jak przekonująco potrafił autor ukazać kryzysy, rozczarowania i trudności przeżywane w latach dzieciństwa, kiedy łatwo zbłądzić czy wpaść w pułapkę. Nie kierowała nim żadna niegodna intencja, jest uznanym i szanowanym twórcą, książka została nadzwyczaj pozytywnie przyjęta przez krytykę i okrzyknięta przykładem nowoczesnej literatury konfesyjnej. Nałożona grzywna stanowi na dodatek sumę półtora raza większą od honorarium, które autor otrzymał za pracę trwającą wiele miesięcy. Nazwisko Sándora Máraiego jest dobrze znane czytającej publiczności, w żadnym razie nie należy on jednak do pisarzy, którzy poszukują popularności, grzebiąc w życiu prywatnym innych. Osobista uczciwość, nieposzlakowana opinia oskarżonego, a także jego otwarta i szlachetna postawa podczas procesu naprawdę nie zasługują na tak surową karę.

Ostatecznie18 marca 1935 roku doszło do ugody stron – Sándor Márai został ukarany grzywną w wysokości pięciuset pengő, ponadto sąd zasądził dla powoda tysiąc pięćset pengő odszkodowania i zobowiązał pisarza do usunięcia inkryminowanego rozdziału. Książek już opublikowanych nie wysłano jednak na przemiał, jak tego żądał György Stumpf; wstrzymano tylko dodruk.

* * *

W drugiej połowie lat dwudziestych na łamach wiodącego pisma literackiego „Nyugat” toczyła się dyskusja na temat niedyskrecji w literaturze. Wypowiedział się w niej również mieszkający wówczas w Paryżu Márai: „od dłuższego czasu rozważam pomysł napisania (…) książki o moim rodzinnym mieście, dzieciństwie, pierwszych przeżyciach, w nadziei, że w trakcie tej pracy rozpoznam wydarzenia, które sprawiły, że w młodych latach skierowałem się w złą lub dobrą stronę (…) ale od ostatecznego, szczerego opisu powstrzymuje mnie pewien rodzaj naiwnej delikatności, skrępowania, konfuzja spowodowana faktem, że wszyscy bohaterowie mojego dzieciństwa żyją (…) Zapewne byliby niezadowoleni, rozpoznając się podczas lektury w namalowanych przeze mnie portretach”.

Siedem lat później Márai nie pamiętał już pewnie o tej deklaracji. Szczerość i naturalna swoboda, z jaką wspomina siebie samego i swoich bliskich w opublikowanej w 1934 roku książce, po dziś dzień robią na nas wrażenie, choć wydaje się niekiedy, że obecnie przekroczone zostały już wszelkie możliwe granice niedyskrecji.

Jednocześnie jednak z oryginalnych Wyznań nie dowiadujemy się o wielu ważnych wydarzeniach z lat 1915–1920: gdzie i jak skończył szkołę (bo nie w opisanym w książce gimnazjum), jak przebiegała mobilizacja jego klasy po wojennej maturze, co się działo w Kassy po zajęciu jej przez Słowaków, jak się ułożyły dalsze losy jego rodziny i najbliższych, pozostałych na odłączonych terenach, co skłoniło go do napisania kilku artykułów do „Czerwonego Sztandaru” w okresie Republiki Rad, i dlaczego w końcu wyjechał do Niemiec? Nie znamy zadowalającej odpowiedzi na te pytania.

Opublikowane w 1940 roku Wyznania patrycjusza były już inną książką, zmienioną po przegranym procesie. Sentencja wyroku nakazywała jedynie opuszczenie rozdziału o Stumpfie, ale ingerencje autorskie poszły znacznie dalej. Stało się to z niewątpliwą szkodą dla konstrukcji książki: każdy z dwóch tomów oryginalnego dzieła składa się z czterech części, każda zaś część z dwunastu podrozdziałów; opowiedziane wydarzenia następują po sobie jak cztery pory roku i dwanaście miesięcy. Po usunięciu rozdziału o Stumpfie ten odzwierciedlający się w konstrukcji zamiar przestał być widoczny. Znikła znakomita większość nazwisk, autor usunął też kilka większych i mniejszych fragmentów. Musiały tu zaistnieć jeszcze jakieś inne przyczyny, sentencja wyroku nie wymagała przecież tak daleko idących zmian. Co bowiem skłoniło pisarza do usunięcia rozdziału o „babce” Irmie? Fragmentu o żydowskim pochodzeniu swego pierwszego przyjaciela, o fanatyzmie niemieckich gospodarzy, u których zamieszkał z Lolą w pierwszych latach małżeństwa, o książęcym pochodzeniu jednego z kolegów gimnazjalnych, o transgresywnej dziecięcej zabawie? Mógł się obawiać dalszych procesów; w moim przekonaniu jednak konflikt prawny ze Stumpfem skłonił go do przemyślenia kwestii „niedyskrecji literackiej” na nowo, tym razem w jej praktycznym wymiarze. Decyzja mogła też być podyktowana taktem autora, który bez wątpienia stanowił typ człowieka okazującego zrozumienie dla tego rodzaju skrupułów.

Był ponadto o siedem lat starszy i zapewne inaczej traktował aspekt szczerości w procesie dochodzenia do prawdy, nie sądził już, że jedyną metodą zbliżenia się do niej jest bezwzględne odsłonięcie wszelkich tajemnic. W Dzienniku z 1947 roku zanotował: „Na życie składa się nie tylko to, co czynimy i o czym mówimy, lecz także to, co p r z e m i l c z a m y. Milczenie jest także uczynkiem, podobnie jak mowa czy działanie. Prawdziwe milczenie – kiedy milczymy o naszej samoświadomości gruczołów – jest co najmniej w tym stopniu czynem, co jakiekolwiek działanie”.

Po latach doszedł do jeszcze bardziej zdecydowanego stanowiska – prawda nie znajduje się na ogół w tym, co ukryte, skrywane. Powołując się (w książce Ziemia! Ziemia!…) na pisarza francuskiego, André Malraux, konstatuje, że to, co tak kurczowo skrywamy, jest zaledwie „małym brudnym tłumoczkiem drobnych sekretów”, którymi nie warto się zajmować. Człowiek jest interesujący nie przez swoje tajemnice, lecz przez swój los. Jeśli jest kimś niezwyczajnym – intrygują przyczyny i natura tej niezwykłości, jeśli jest świętym – charakter jego świętości. Najciekawszy jest jednak jego indywidualny stosunek do świata.

Oddając czytelnikowi polskiemu do ręki oryginalną wersję sławnej książki Sándora Máraiego, zadajmy na koniec pytanie – czy wydana w 1940 roku, znana całemu światu jako Wyznania patrycjusza powieść biograficzna ma rzeczywiście mniejszą wartość, skoro została tak dramatycznie ocenzurowana? Nie sądzę. Z wersji oryginalnej dowiadujemy się naturalnie więcej, otrzymujemy pełniejszy obraz, ale o wielkości tego dzieła zadecydowały dalece istotniejsze względy, którym usunięcie nazwisk i kilku kłopotliwych fragmentów naprawdę nie mogło zaszkodzić.

Teresa Worowska

Część I

Rozdział I

1

Domów dwupiętrowych było w mieście może z tuzin: ten, w którym mieszkaliśmy, dwa budynki koszar honwedów 1 i kilka gmachów publicznych. Później wybudowano jeszcze pałac komendantury korpusu, był to także budynek dwupiętrowy, z elektryczną windą. Nasz dom, położony przy ulicy Głównej, miał prawdziwie wielkomiejski charakter; była to kamienica dwupiętrowa, z szerokim frontem i obszerną bramą – panował w niej wieczny przeciąg, na schodach przed południem wysiadywali przyjeżdżający na targ chłopi w wojłokowych kurtkach i baranich czapkach, jedli chleb ze słoniną, palili fajki i spluwali – a z każdego piętra spoglądał na ulicę długi rząd dwunastu okien. Mieszkania na pierwszym piętrze, w tym i nasze, miały też niewielki balkon, którego żelazne poręcze latem uginały się pod ciężarem skrzynek z pelargoniami. („Upiększaj swoje miasto!” – brzmiało ówczesne hasło, i dla popierania tego szlachetnego celu powstało nawet Towarzystwo Upiększania Miasta). Był to bardzo piękny i przede wszystkim imponujący budynek; pierwszy naprawdę nowoczesny dom w mieście, z frontem z surowej czerwonej cegły, z gipsową sztukaterią wokół okien; ambitny projektant użył zapewne całej swej pomysłowości, by przyozdobić dom we wszystko, co na przełomie wieków uważano za godne nowej kamienicy.

Wszystkie domy w tym mieście, nawet te, w których mieszkało kilka rodzin i mieszkańcy płacili czynsz, robiły wrażenie domów rodzinnych. Właściwe miasto było tak naprawdę niewidzialne; budowane na tyłach parterowych domów, stanowiących front ulic, rozciągało się niejako za ich plecami. Gdy przechodzień zajrzał w głąb którejś z bram, widział wokół podwórza kilka mniejszych domków, wzniesionych przez wnuki i prawnuki właścicieli; gdy któryś z synów się żenił, dobudowywano następne skrzydło. Miasto chowało się w podwórzach domów. Ludzie żyli jakby w ukryciu, zazdrośnie strzegąc swej prywatności, i z czasem każda rodzina stworzyła sobie niewidoczny dla innych interior, coś w rodzaju małego osiedla, które reprezentował przed światem jedynie kamieniczny front. Nic więc dziwnego, że dom, w którym rodzice moi na początku wieku wynajęli mieszkanie, robił w tym środowisku wrażenie prawdziwego drapacza chmur i dorobił się sławy na cały komitat2. W rzeczywistości była to zwyczajna, ponura kamienica, taka, jakie w stolicy budowano wówczas setkami: kamienica z lokatorami, z otoczoną żelazną poręczą wewnętrzną galerią od strony podwórka, z pralnią, centralnym ogrzewaniem i klozetami dla służby przy kuchennych schodach. Czegoś takiego do tej pory w naszym mieście nie było. Centralne ogrzewanie uchodziło jeszcze wówczas za nowoczesny wynalazek, ale wiele mówiono też o klozetach dla służby, przez wieki bowiem, wskutek powszechnej dyskrecji, nikogo nie interesowało, dokąd chodzi służba za potrzebą. Ów „nowoczesny” architekt, który zaprojektował naszą kamienicę, okazał się nowatorem także i w tym względzie, oddzieliwszy w tak kategoryczny sposób wygódki zamieszkałych razem państwa i służby. Gdy byłem uczniakiem, chwaliłem się nawet, że w naszym domu jest osobny ustęp dla służby. W rzeczywistości jednak służba, powodowana niepojętą zaiste wstydliwością, odniosła się nieufnie do przeznaczonych jej klozetów i w ogóle nie było wiadomo, dokąd chodziła. Prawdopodobnie tam gdzie dawniej, przedtem, od wieków, przez wieki, od zarania dziejów.

Architekt mógł się rozporządzać bez ograniczeń, nie musiał się miarkować ani pod względem miejsca, ani też materiału. Z klatki schodowej wchodziło się do ogromnego jak sala przedpokoju, w którym stała szafa z lustrem, na ścianie zaś wisiały jelenie rogi i haftowany futerał na szczotki; w przedpokoju zawsze było zimno, bo zapomniano w nim zainstalować centralne ogrzewanie; nie było też żadnego innego i dlatego zimą pozostawione na wieszakach futra gości zamarzały na lód. Było to „wejście od frontu” z klatki schodowej, ale te drzwi otwierano tylko szczególnie szanowanym gościom. Służba, członkowie rodziny i rodzice wchodzili do mieszkania przez ganek od podwórka; obok kuchni znajdowały się tu małe oszklone drzwi bez dzwonka i aby się dostać do środka, należało zapukać w kuchenne okno. Przyjaciele rodziny także tędy wchodzili do mieszkania. Ozdobione jelenimi rogami „wejście od frontu” używane było dwa, trzy razy do roku, w dniu imienin ojca oraz w karnawałowe wieczory. Kiedyś w dniu moich urodzin poprosiłem matkę, bym któregoś powszedniego dnia mógł wkroczyć do mieszkania tym wejściem, z klatki schodowej przez ogromny przedpokój, zupełnie sam i tylko dla własnej przyjemności; prosiłem o to niczym o szczególną łaskę.

Podwórze miało kształt prostokąta i było bardzo rozległe. Na jego środku stał przypominający coś w rodzaju kilkuosobowej szubienicy ogromny trzepak i znajdowała się okrągła studnia, z której za pomocą elektrycznej pompy dostarczano wodę do mieszkań. Miasto nie znało jeszcze wodociągów. Każdego dnia o świcie i o zmierzchu przy studni pojawiała się Dókusowa, żona dozorcy, włączała elektryczny motorek, który pracował dopóty, dopóki z umieszczonej na drugim piętrze pod rynną niewielkiej rurki spustowej nie chlusnął na podwórko cienki strumyk, sygnalizując, że już nawet położony najwyżej zbiornik wypełnił się zdatną do picia wodą. Widowiskowość tego wydarzenia szczególnie o zmierzchu ściągała na podwórko wszystkich tych mieszkańców naszego domu, których godności nie uchybiała czynność gapienia się, to jest głównie dzieci i służbę. W większości domów w mieście wprowadzono już elektryczne oświetlenie, palono na zmianę światło elektryczne i gazowe lampki Auera. W wielu jednak domostwach w codziennym użyciu były jeszcze lampy naftowe. U mojej babki aż do śmierci paliła się wisząca u sufitu lampa naftowa, a i ja sam, wynajmując przed maturą kwaterę u organisty w sąsiednim mieście, spędziłem przy podobnej cały rok, ucząc się i grając w oko; byłem jednak zdania, że znalazłem się w anachronicznych warunkach, i konieczność bytowania w tak zacofanym miejscu obrażała moją dumę. W tych latach chlubiliśmy się wprawdzie oświetleniem elektrycznym, ale gdy tylko nie mieliśmy na kolacji gości, chętniej zapalaliśmy rozsiewające miękkie, mleczne światło lampy gazowe. W mieszkaniu często czuć było gaz. Później jakiś pomysłowy człowiek skonstruował bardziej bezpieczny zapalnik, była to platynowa płytka, którą należało przymocować na koszulce Auera. Gdy gaz zaczynał się wydobywać, płytka drżała, rozżarzała się i mechanicznie doprowadzała do zapalenia się lampy. Mój ojciec interesował się nowinkami technicznymi i był jednym z pierwszych w mieście, którzy zainstalowali w domowych kandelabrach to urządzenie. Ale i u nas były w użyciu lampy naftowe, głównie u służby i w kuchni; dozorca także zapalał taką zawsze na klatce schodowej. Oświetlenie elektryczne podziwiano, ale nie ufano mu.

Piece centralnego ogrzewania także bardziej stukały i brzęczały, niż grzały. Moja matka w dziecięcym pokoju do nauki kazała postawić piec kaflowy, bo nie chciała się zdawać na ów parowy wynalazek. Wszystkie te urządzenia w pierwszych latach wieku więcej sprawiały fatygi niż wygody. Inżynierowie ulepszali swoje dzieła naszym kosztem. Dziesięć lat później na całym świecie szumiały i warczały urządzenia elektryczne, parowe i spalinowe, ale w latach mojego dzieciństwa konstruktorzy ciągle jeszcze poprawiali i przerabiali swoje wynalazki, a to, co tak gorąco proponowali poczciwym nabywcom, było w rzeczywistości wielce niedoskonałe i niedogodne w użyciu. Lampy elektryczne mrugały, światło dawały żółte i słabe. Centralne ogrzewanie psuło się zawsze w okresie największych mrozów albo zasnuwało pokoje wilgotną, gorącą parą, dlatego też zapewne tyle chorowaliśmy. Ale wypadało iść z duchem czasu. Starsza siostra mojej matki nie chciała jednak „iść z duchem czasu”, paliła drewnem w białych kaflowych piecach, a my, uciekając od centralnego, chodziliśmy do niej grzać się i rozkoszowaliśmy się stałym ciepłem i specyficznym zapachem rozżarzonych bukowych bierwion.

Na rozległym podwórzu naszego domu wiał stale ostry wiatr, szalał i gwizdał bez końca, północna część miasta nie była bowiem niczym osłonięta, stała otwarta naprzeciw otaczającego ją półkoliście, pokrytego nawet w miesiącach letnich śnieżną czapą, szczerbatego tu i tam łańcucha górskiego. Dwupiętrowy front naszego domu stanowił jedną linię czworoboku, który tworzyły nadto dwie ściany parterowych budynków po obu stronach podwórza i elegancka parterowa stróżówka na tyłach, będąca samodzielnym dwupokojowym mieszkaniem dozorcy. Zaplecze kamienicy sięgało daleko i zajmowało wiele miejsca. Architekt widocznie sam także nie dowierzał, że kamienica znajdzie wielu lokatorów, od podwórza bowiem nie przewidział już dodatkowych, zbytecznych pięter. Cały wygląd domu głosił nadejście nowej epoki, chwałę ambitnego i twórczego, przedsiębiorczego kapitalizmu. Był to pierwszy dom w mieście, który nie został wzniesiony po to, by mieszkańcy mogli spędzić w jego zacisznym schronieniu całe swoje życie aż do śmierci – o ile mi wiadomo, dziś już na próżno by tam szukać kogoś z jego dawnych mieszkańców z początku wieku. Ot, kamienica z lokatorami. Dawne rodziny patrycjuszów nigdy nie wprowadziłyby się do takiego domu. I trochę pogardzały jego wykorzenionymi, przybyłymi nie wiadomo skąd mieszkańcami.

2

Mój ojciec także uważał, że dżentelmen nie płaci czynszu i nie mieszka w cudzym domu, czynił więc wszystko, byśmy jak najprędzej przeprowadzili się do własnego. Ale zanim to się stało, upłynęło wiele czasu, blisko piętnaście lat. Do „własnego domu” przyjeżdżałem już tylko w odwiedziny, jako student, i nie zachowałem dobrych wspomnień o tym zanadto obszernym, niemal zbytkownym budynku. Moje dzieciństwo upłynęło w „kamienicy”. Gdy myślę „dom”, przed oczyma staje mi szerokie podwórze posesji przy ulicy Głównej, długie galerie z żelaznymi poręczami, wysoki trzepak i studnia z elektrycznym motorkiem. Myślę jednak, że naprawdę był to budynek nieforemny i ponury. Nikt nic o nikim nie wiedział, mieszkańcy nie znali się nawzajem, nie łączyła ich przyjaźń ani nawet zwykła sąsiedzka zażyłość. Czuło się tu odrębność kast, klas i wyznań. A tymczasem w starych, parterowych domach żyły jeszcze razem całe rodziny, wrogowie czy przyjaciele, ale ludzie połączeni ze sobą na pewno nierozerwalnymi więzami.

W kamienicy mieszkały dwie rodziny żydowskie: jedna z nich – prowadząca w duchu religii zreformowanej tryb życia wielkoświatowy i mieszczański, „postępowa” i bogata – zajmowała całe drugie piętro od ulicy; jej członkowie robili wrażenie wyniosłych, skrytych i byli powściągliwi w kontaktach z sąsiadami; na parterze natomiast mieszkała pochodząca z Polski bardzo liczna, ortodoksyjna, biedna i w jakiś szczególny sposób stale powiększająca się druga rodzina żydowska, w której coraz to pojawiali się nowi krewni i rodziły się następne dzieci; wszyscy oni zamieszkiwali razem trzy ciemne pokoje od podwórza, przez które czasami, w dniach żydowskich świąt, przewijał się korowód gości i krewnych, a dobiegające z tamtejszej krzątaniny gwar i harmider przypominały rejwach na targowisku. Ci „biedni Żydzi” – ja oczywiście nie wiedziałem, czy rzeczywiście byli biedni – nosili jeszcze tradycyjne galicyjskie stroje żydowskie i surowo przestrzegali przepisów swej religii, a pozostali mieszkańcy kamienicy odnosili się do nich bardziej życzliwie niż do zasymilowanej, bogatej i izolującej się rodziny żydowskiej z piętra. Ale też coraz to nowych członków biednej rodziny z parteru widywaliśmy ze zgolonymi pejsami i brodami, przebranych niejako po cywilnemu; odrzuciwszy kapoty i lisie czapy, zgoliwszy brody i przywdziawszy modne ubrania, upodobnili się do reszty mieszkańców i zmiana ta u większości z nich przebiegła bardzo prędko. Ich dzieci uczęszczały już do szkół powszechnych, niektóre zostały nawet zapisane do gimnazjum. Po upływie dziesięciu, piętnastu lat w kamienicy nie widywało się już Żydów w chałatach, ale nie widywało się ich także w mieście. Rodzina na parterze miała tak wiele dzieci, że nie pamiętam już każdego z osobna. Ich ojciec z czasem zmienił nazwisko na węgierskie, ale było ono dość dziwne: Jónap3. Z chrześcijanami z kamienicy rodzina ta żyła w stosunkach o wiele bardziej zażyłych i przyjaznych niż Żydzi z drugiego piętra. W kamienicy mówiło się o nich tonem z lekka protekcjonalnym, lecz serdecznie, byli to „nasi Żydzi”, „porządni i uczciwi ludzie”, i byliśmy właściwie dumni z tego, że w naszym nowoczesnym, dużym domu mieszkają Żydzi, prawdziwi Żydzi, jak być powinno. Z członkami bogatej rodziny z drugiego piętra spotykaliśmy się rzadko. Prowadzili oni prawdziwie światowe życie, wiele podróżowali, ich dzieci wychowywały się w katolickich szkołach średnich, a matka – chuda, smutna i chora na serce kobieta – pięknie grała na pianinie i ubierała się w stolicy. Skromniejsze mieszkanki kamienicy naturalnie zazdrościły jej tego. Eleganckie suknie zamożnej pani Wein rébowej nazbyt rzucały się w oczy i budziły niechęć; ja sam też uważałem, że to nie wypada, by Weinrébowie, „w końcu jednak Żydzi”, żyli zamożniej i wytworniej niż chociażby my, a tamta kobieta ubierała się bardziej elegancko, więcej grała na pianinie i częściej jeździła powozem niż moja matka. „Wszystko ma swoje granice” – myślałem. Z Jónapami, a szczególnie z dziećmi, rozumieliśmy się lepiej. Swoje żydostwo objawiali naturalnie, bez zbędnej uniżoności, a sposób, w jaki byli doń przywiązani, jak manifestowali je swoimi potrawami, strojem, szczególnymi zwyczajami świątecznymi, niezrozumiałym i szwargotliwym językiem, w którym tajemniczo mieszały się słowa niemieckie, jidysz i węgierskie, świadczył o czymś w rodzaju dobrowolnej i podkreślanej obcości, przeto odbieraliśmy ich niczym egzotyczne plemię, nad którym wypada się ulitować i które każda dobra chrześcijańska dusza winna otaczać opieką. Moja matka posyłała czasem kompoty „tej poczciwej Jónapowej”, która każdej jesieni leżała w połogu, ona z kolei każdej Wielkanocy przynosiła owiniętą w śnieżnobiały ręcznik macę, za którą uprzejmie dziękowaliśmy, oglądaliśmy ją z zainteresowaniem, lecz nie pamiętam, by ktokolwiek z nas, wliczając w to także służbę, kiedykolwiek jej skosztował. Litowaliśmy się nad Jónapami i opiekowaliśmy się nimi, ale trochę tak, jak biali kolonizatorzy opiekowali się ucywilizowanymi Murzynami. Moja matka czasami konferowała z Jónapową, naturalnie z wysokości pierwszego piętra; podczas większego sprzątania zamieniała nieraz kilka miłych słów z wychudzoną, wiecznie karmiącą sąsiadką w peruce, która odpowiadała na ogół tylko cichym głosem: „Tak, wielmożna pani”. Nie sądzę, by matka akcentowała jakiekolwiek różnice społeczne między nami a biedną rodziną żydowską; nie było to potrzebne. Wszyscy znali swoje miejsce i mieszkańcom z parteru w głowie by nie postała zbytnia poufałość; dopiero znacznie później spostrzegłem, że rodzina ta strzeże swej odrębności co najmniej tak samo troskliwie, a może nawet jeszcze bardziej zazdrośnie niż rodziny chrześcijańskie, i wszelkie sąsiedzkie kontakty podtrzymuje w specjalny sposób, dumnie i powściągliwie, podobnie jak my. Na ogół jednak stosunek kamienicy do „biednych Żydów” był protekcjonalny, za to ich święta obserwowaliśmy z pełnym akceptacji zaciekawieniem.

Rodzina neologów 4 nie budowała już naturalnie szałasu w Sukkot, rzadko też chodziła do bóżnicy w święta żydowskie; kiedyś mój ojciec z niesmakiem i zdumieniem opowiadał o Weinrébach, z którymi pewnego przedwiośnia podróżował pociągiem i którzy jedli opakowane w watę, przysłane z południa świeże winogrona – cały wieczór powracał do tego tematu, zdumiony i niespokojny, i pamiętam, że matkę także irytowała ta „niestosowność”.

Obie rodziny żydowskie nie utrzymywały ze sobą żadnych kontaktów. Weinrébowie żyli jakby na innej planecie. Mężczyzna był fabrykantem, producentem szkła, wiele podróżował, utył i wyłysiał, do żony odnosił się źle i zdradzał z kelnerkami tę przedwcześnie postarzałą, smutną kobietę; wiedziało o tym naturalnie całe miasto. Ona znosiła tę upokarzającą sytuację niczym bohaterka romansu, grała na pianinie przy otwartych oknach, bardzo pięknie, ale za głośno i nazbyt długo. O Weinrébach wiadomo było w kamienicy, że nie jadają koszernie, kupowali szynkę i używali w kuchni wieprzowego smalcu; to także niezbyt się wszystkim podobało. Jeśli można w ogóle mówić o jakichkolwiek komentarzach dotyczących Żydów, uwagi nie odnosiły się w żadnym wypadku do licznej rodziny Jónapów. Dla nas wszystkich w kamienicy sympatyczniejsi byli pejsaci, ubrani w chałaty galicyjscy krewni rodziny z parteru niż całkowicie zasymilowany fabrykant szkła i jego rodzina. Ich wytworne, światowe życie obserwowaliśmy zresztą z zazdrością, czegoś jakby nie chcieliśmy z nimi dzielić, ale sami nie wiedzieliśmy czego. W rzadkich kontaktach z sąsiadami fabrykant był uprzejmy i obojętny, do biednej rodziny z parteru zaś miał stosunek z lekka pogardliwy. My na przykład nigdy nie słyszeliśmy od rodziców, żeby nie zadawać się z dziećmi Jónapów, i nikt nigdy nie zakazywał nam wspólnej zabawy z tymi bladymi urwisami o dużych oczach, którzy w swych dziwnych, dorosłych ubraniach wyglądali jak starzy malutcy, głowy mieli nakryte nawet podczas zabawy, i bynajmniej nie byli wobec nas uprzejmi, w gorączce zabawy niejednokrotnie przezywali inne dzieci „szabes gojami”, za co jednak nikt się nie obrażał, bo nikt nie rozumiał tego wyrażenia. Pół tuzina żydowskich dzieciaków bawiło się więc w najlepsze z dziećmi chrześcijan i razem wychowywaliśmy się na podwórku; pilnowano natomiast, by prowadzane do szkoły przez Fräulein i odwiedzane przez rozmaite nauczycielki dzieci Weinrébów nie stykały się z żydowskim proletariatem. Nigdy nie przyłączały się do wspólnej zabawy i owa chmurna wyniosłość do tego stopnia raziła moje poczucie sprawiedliwości, że któregoś popołudnia zwabiłem do piwnicy najstarszego Weinréba, trzecioklasistę, i zamknąłem go w kotłowni, po czym jak ktoś, kto solidnie wypełnił swój obowiązek, wróciłem do domu i nikomu nie wspomniałem o tym ani słowem. Nie przyznałem się nawet w nocy, gdy zaginionego chłopca zaczęła już poszukiwać policja, a przyzywające syna przeraźliwe krzyki Weinrébowej postawiły na nogi cały dom. Chłopca odnalazł nad ranem palacz. Najdziwniejsze w całej tej historii było to, że nigdy mnie nie wydał. Ten ociężały wyrostek o powolnych ruchach i sennym spojrzeniu uparcie milczał, gdy go wypytywano, a i później, po latach, gdyśmy się już zaprzyjaźnili, nigdy mi nie wypomniał tej szczególnej zemsty. Zapewne czuł, że miałem rację. Dzieci osądzają szybko i bezapelacyjnie.

Młodsze pokolenie Jónapów powoli przeobraziło się pod względem zewnętrznym, ale corocznie w Sukkot stawiali jeszcze na podwórzu szałas przykryty chodnikami i kapami, a stary Jónap, ów dziwny, małomówny wódz plemienia, całymi popołudniami wysiadywał samotnie w tej osobliwej budowli. Jego synowie twierdzili, że się modli. Kiedyś podpatrzyliśmy go przez szparę pomiędzy chodnikami, ale widzieliśmy tylko, że siedzi na krześle pośrodku szałasu i smutnym wzrokiem spogląda przed siebie. Myślę, że się nudził. Któregoś ranka obudziło nas szczególne poruszenie, przez mieszkanie na parterze przewijały się całe gromady nieznanych Żydów w chałatach. Jeden z Jónapów, dziewięcioletni Lajos, oderwał się wreszcie od tego tłumu, podszedł do nas zaaferowany i dumny i udzielił wyjaśnienia:

– Ojciec zmarł w nocy. Same kłopoty! – dodał z nieznośną wyniosłością.

A ponieważ cały dzień nadymał się i puszył, czego wreszcie nie sposób było wytrzymać, przeto o zmierzchu bez żadnej szczególnej przyczyny spuściliśmy mu lanie.

3

My mieszkaliśmy na pierwszym piętrze, a obok nas „mieszkał bank”. W początkowym okresie zajmował trzy ciemne pokoje, z klatki schodowej wchodziło się do gabinetu dyrektora, w sąsiedztwie znajdowała się kasa, w pokoju od podwórza zaś mieściła się księgowość. Pokój mego ojca od gabinetu dyrektora oddzielała ściana, w której wybito „sekretne okienko”; gdy dyrektor miał dla ojca wiadomość, otwierał po prostu zamykające otwór żelazne drzwiczki i przekazywał list, dokument czy dojrzały do protestu weksel. Ta patriarchalna biurowość funkcjonowała przez lata bez zarzutu i bank kwitł. W księgowości pracowały dwie stare panny, obowiązki kasjera pełnił zaś spensjonowany przed terminem kapitan huzarów, który z obrażoną miną znosił ową niefortunną odmianę losu, a na chłopów, przychodzących po pożyczkę czy z wpłatą procentu, wrzeszczał jak w koszarach. Kapitan musiał się pożegnać z rangą, ponieważ chciał się ożenić ze swoją ukochaną, która była jedynie biedną nauczycielką. Odkąd udało mu się przeprowadzić swój zamiar, nie znalazł dla siebie więcej miejsca na świecie, czuł nieutuloną tęsknotę za dawnym życiem, zaczął pić, przeklinał porządek świata, który kapitanów huzarów degraduje do poziomu kasjerów bankowych, i w niecierpliwych, gniewnych słowach domagał się, żeby „wreszcie coś się stało”. Nigdy nie widziałem szczęśliwszego człowieka niż ów były kapitan, gdy w pierwszym dniu wojny znów mógł przywdziać dawny mundur, przypasać szablę, i gdy w tym stroju wmaszerował do banku, by pożegnać się ze swymi zwierzchnikami, którzy znów rozmawiali z nim z wyszukaną uprzejmością, a on, podkręcając wąsa, udzielał im krótkich odpowiedzi, bo, chwała Bogu, nareszcie „coś się stało”. Ten człowiek, na przykład, jak wielu, wielu innych, wyruszał na wojnę z prawdziwym entuzjazmem i zginął zaraz w pierwszym jej roku.

Ale o wojnie nikomu się jeszcze nie śniło, gdy ów niewielki bank, „nasz bank”, rozkwitał w ciemnych pomieszczeniach pierwszego piętra. Klienci banku w kożuchach, z węzełkami koczowali na klatce schodowej i czekali na swoją kolej. Byli to głównie biedni chłopi z północnych powiatów komitatu, gdzie plony osiągano zawsze marne, a gospodarz na dziesięciu morgach uchodził już za średniego posiadacza; ale liche grunty i łyse pastwiska nie były w stanie zapewnić dostatku właścicielom majątków liczących nawet pięćset mórg. Na ogół byli Słowakami i niewiele umieli po węgiersku. Służba także mówiła jakimś specyficznym, węgiersko-słowackim wolapikiem; językiem zamieszkujących komitat wyższych klas był oficjalnie węgierski, ale po domach, w rodzinach, rozmawiało się nierzadko używanym na Słowacji dialektem niemieckim. Nie było w tym żadnej ukrytej intencji. Atmosfera miasta była węgierska, ale wieczorami, w kapciach, w bonżurkach, po kolacji, nawet w pańskich domach przechodzono na niemiecki.

Jednym z najjaśniejszych, najświetniejszych, bezchmurnych wspomnień z mego dzieciństwa było poczucie dumy, że w naszym domu mieści się bank, prawdziwy bank, z kasjerem i gotówką, do którego wystarczy wejść, coś podpisać i już dostaje się pieniądze. W tamtych czasach transakcje bankowe rzeczywiście zawierano po prostu, zwyczajnie, bez zbędnych komplikacji. Chłopi zjawiali się rano, z palinką5, słoniną i wystawionym przez notariusza wyciągiem z ksiąg hipotecznych w torbach, i czekali na swoją kolej. Każdego dnia o dwunastej w południe zbierało się „konsylium”: dwóch starych księży, dyrektor banku i jego radca prawny odbywali krótką „naradę zarządu”, głosowali w sprawie pożyczek wysokości stu, dwustu koron, potem w księgowości wystawiano weksle i po południu klienci nieśli pieniądze do domu. Dostatek gotówki, odczuwany wówczas na całym świecie, objawił się także w naszym mieście, były kredyty osobiste, a spensjonowany kapitan huzarów-kasjer płacił nawet weksle honorowe i grzecznościowe. Gdy upłynął czas spłaty pożyczki, chłop płacił; jeżeli nie, to z dziesięciu mórg licytowano mu pięć, a i tych pięć kupował bank. Bankowość wydawała się tak prostą i naturalną dziedziną życia jak przyroda, podobnie celowa i niewzruszona. Bank miał pieniądze i rozrastał się. My, mieszkające w domu dzieci, byliśmy niezmiernie dumni z tego miłego, pogodnego banku. Dzieci interesują się sekretami pieniężnymi dorosłych nie mniej niż sekretami ich życia płciowego. Wiedzieliśmy doskonale, że w naszym domu, w masywnych i topornych szafach pancernych przechowuje się to coś najwartościowszego, coś, o czym dorośli rozmawiają najczęściej, widzieliśmy pokorne twarze klientów przychodzących po pożyczkę, wysłuchiwaliśmy opowiadanych płaczliwym tonem skarg, słyszeliśmy uniżone „całuję rączki”, którym klienci witali wszystkich związanych z bankiem, nawet służbę. Dzieciom tu mieszkającym świadomość, że w ich domu znajduje się taki dobrotliwy, przynależny niejako do rodziny bank, dawała poczucie bezpieczeństwa i powód do dumy; czuliśmy, że nic złego stać się nie może z nami, którzy mieszkamy pod jednym dachem, w egzystencjalnej wspólnocie z bankiem. Myślę, że nasi rodzice czuli to samo. Dom należał do banku, więc bank nie utrudniał odroczenia terminu płatności, udzielał też skromnych pożyczek przyciśniętym kłopotami mieszkańcom. Uważaliśmy, że pieniądze banku są w jakiś sposób także pieniędzmi rodziny; panowała atmosfera wielkoduszności, życzliwości i łatwowierności, lokatorzy chodzili do banku po pożyczkę tak, jak się przychodzi do ojca klanu rodzinnego czy do bogatego krewnego, a bank dawał, bo nikomu nie postało w głowie, że lokator mógłby chyłkiem wynieść się z domu, nie uregulowawszy długu. Dzieci instynktownie orientowały się w sprawach pieniężnych. My, szczęśliwcy, którzy urodziliśmy się w cieniu banku i wzrastaliśmy pod jego patronatem, byliśmy przekonani, że osiedliliśmy się w pobliżu źródła wszelkiego ziemskiego dobrobytu i że już nigdy w życiu nie spotka nas nic złego, jeśli tylko zachowamy dobre stosunki z tym dobrodusznym, życzliwym bankiem. To przyziemne myślenie, groteskowe uczucie towarzyszyło mi przez całe lata, w czasach studenckich i w trakcie zagranicznych włóczęg, i choć bank ów wtedy już dawno zbankrutował, ja jednak w kwestiach pieniężnych zawsze odczuwałem spokój i pewność, że wszystko będzie dobrze, jakbym ciągle podtrzymywał bezpośrednie, zadzierzgnięte w dzieciństwie, doskonałe stosunki z pieniądzem, który wobec tego nigdy nie będzie nieludzko okrutny w stosunku do mnie – wszak byłem mu w dziecinnych latach przyjacielem.

Bank kwitł i wszyscy z nim związani obrastali w dostatek, nawet urzędnicy i służba. Jeden z urzędników założył chór, drugi wziął się do pióra i w dwóch tomach opublikował legendy związane z ruinami pobliskich zamków. Wszyscy znajdowali czas na amatorską działalność artystyczną. Bank nie mógł się już pomieścić w trzech ciasnych pokojach i niczym parweniusz zaczął się budować, wzniósł sobie na podwórku szklany pałac z baśni. Był to budynek piękny jak kościół: z Niemiec sprowadzono grube szklane płyty, a nad salą kas wzniesiono szklaną kopułę, jakie rzadko zdarzało mi się później widywać podczas zagranicznych wojaży. Chłopi trafnie nazywali pałac bankowy „Betlejem”. Przyjeżdżali go podziwiać z okolicznych wsi i znajdując się w sali pod szklaną kopułą, rozmawiali cicho i z nabożeństwem, jak w kościele. Rozwijający się kapitalizm zbudował sobie tu, na krańcu świata, świątynię ozdobną i onieśmielającą – tak sądzili wszyscy, którzy ją widzieli; i rzeczywiście, nie sposób było inaczej oceniać tego zbyt okazałego i wystawnego gmachu. Było tu wszystko, co powinno się znaleźć w prawdziwym banku: skarbiec z niezwykle masywnymi, otwierającymi się na zaklęcie drzwiami, obita korkiem sala narad, nowe i nowoczesne maszyny do liczenia i pisania; bank miał też chyba ponadto pieniądze. Nas, dzieci mieszkające w domu, szczególnie intrygował usytuowany naprzeciw stróżówki skarbiec, z głęboko kopanymi fundamentami; wyobrażaliśmy sobie, że w podziemiach znajdują się pancerne pudła pełne skarbów i drogich kamieni. Ówczesny kapitalizm był jeszcze przyjazny i pogodny, i wyczarował przed naszymi zdumionymi oczyma pałac z baśni; nie podobał się on tylko naszym dawnym klientom, którzy podchodzili do spraw pieniądza po staroświecku i więcej zaufania mieli do marnych szaf pancernych stojących w jednym z ciemnych pokoi na piętrze, a na widok szklanego pałacu i skarbca w piwnicy kręcili głowami i pytali podejrzliwie: „A z czyich to wszystko pieniędzy?”.

4

Dyrektorem banku był „wuj Endre”; kierował nim bardzo energicznie i z wielkim oddaniem. Wuj Endre pochodził ze świetnej i znanej w kraju rodziny, ukończył prawo, jak w owym czasie całe pokolenie, które szukało szczęścia „w wolnym zawodzie”, ale nie miał ochoty wspinać się po szczeblach miejskiej ani komitackiej kariery. W dzieciństwie oglądałem z bliska proces przekształcania się warstwy młodych ziemian w zdobywającą dyplomy inteligencję i dopiero po latach spostrzegłem, że ówczesna literatura pozostawiła fałszywy obraz tego czasu i tych postaci. Wuj Endre oddawał się pracy bankowej z pełnym poświęceniem, choć nie miała ona nic wspólnego z jego zainteresowaniami i skłonnościami, sumiennie odrabiał godziny urzędowania i w niczym nie przypominał owego rozjeżdżającego się po polowaniach, wysiadującego po kasynach urzędnika o pańskich pretensjach, który o północy, grając w bakarata, przyjmuje od swego kompana weksel. Życie zazwyczaj odbiega od literatury. Nikt nie uważał wuja Endrego za geniusza w kwestiach gospodarczych, ale faktem jest, że nierównie więcej czasu poświęcał bankowym papierom niż polowaniom i kartom, sporo czytał, czasami podróżował, żył skromnie i o jego ziemiańskim pochodzeniu przy tym trybie życia nie przypominało nic poza sygnetem. Bank rozwijał się i powiększał klientelę, bo wynikało to z samej natury rzeczy, a wuj Endre pilnował jedynie, by w przypadku każdej pożyczki urzędnicy stosowali się do „przepisów bankowości”. O, cóż łatwiejszego, niż naszkicować portret dyrektora prowincjonalnej kasy oszczędności, który częściej przylepia banknoty do czoła muzykujących Cyganów niż znaczki skarbowe na umowach i rozmaitym lekkomyślnym „młodym Nosztym”, owym „drogim kompanom”, udziela ogromnych pożyczek6.

W innych komitatach – w Sáros czy Zemplén – zdarzały się może podobne przypadki, ale nie w naszym urzędniczym mieście, gdzie panowały surowe obyczaje i coś podobnego byłoby nie do pomyślenia. Sam dyrektor każdego ranka punktualnie co do minuty stawiał się w banku, wkładał zarękawki i do zmroku siedział zagłębiony w papierach. Kredyty otrzymywał od wielkiego banku w stolicy, którego prezesi, starzy, zarozumiali Żydzi, co roku przyjeżdżali, by skontrolować pracę wuja Endrego; Żydzi ci polowali, pili bruderszafty, naśladowali ziemiańskie obyczaje, a my z cicha podśmiewaliśmy się z nich. Wuj Endre za swoim dyrektorskim biurkiem robił w zasadzie to samo, co przez wieki robili jego ojcowie i dziadowie w swych majątkach i w komitackich urzędach: pilnował, by chłopi w terminie dopełnili swych obowiązków, które dawniej polegały na pracy na pańskim czy oddaniu części płodów rolnych, a teraz – na płaceniu należnych procentów. Zmieniały się tylko formy.

Czy bardzo obdzierano chłopów? Nie sądzę. Czyniono to jednak systematycznie, bo przecież „z czegoś trzeba żyć”. I póki klientelę banku stanowili głównie chłopi, wszystko układało się jak najlepiej; dopiero później, kiedy z powodu skomplikowanych nieporozumień rodzinnych wuj Endre rozstał się ze swym stanowiskiem, a jego miejsce zajął przybyły ze stolicy finansista, który do nas zjechał ze śmiałymi planami reformatorskimi w zanadrzu – trochę tak, jak gubernator z pejczem zjawia się w koloniach – nastąpił pierwszy krach. Ów „znany stołeczny bankowiec” na koszt deponentów dał polskim handlarzom, którzy skupywali podówczas wina z podgórza Hegyalja, ogromne pożyczki pod zastaw, skutkiem czego bank stracił wielkie sumy, wręcz miliony. Ojciec wspominał czasem, jak udało mu się do ostatniego fillera uratować wkłady deponentów: odwiedził prezesa wielkiego banku budapeszteńskiego, którego faworytem był ów kolonialny gubernator, pełniący po odejściu wuja Endrego funkcję dyrektora, i gdy ten znany w kraju i za granicą, okrutny i potężny bogacz, wzruszając ramionami, odparł na przedłożony mu kłopotliwy wniosek: „no to najwyżej panowie zbankrutują”, ojciec zauważył półgłosem: „Może się tak stać i stracimy wszystko, co mamy, ale na bilansie końcowym znajdzie się też nazwisko wielmożnego pana”. Znany bankier zdenerwowany szarpnął głową, po czym zadzwonił i powiedział do wchodzącego dyrektora: „Płacimy sto procent”. Te trzy słowa, owa rycerska deklaracja kosztowała potężny bank peszteński ciężkie miliony. Deponenci otrzymali swoje wkłady co do fillera, nawet z procentami. Historię tę opowiadano mi wielokrotnie niczym starą legendę z okresu dawnej świetności kapitalizmu.

Wuj Endre mieszkał na pierwszym piętrze ze swoją rodziną, dwiema córkami i młodą żoną o niespokojnej naturze, która pewnej nocy uciekła od niego, a później została aktorką w stolicy. Coś takiego w naszym mieście zdarzało się bardzo rzadko. Tej pamiętnej nocy wuj Endre przyprowadził do nas na noc obie córki, a sam usiadł w jadalni między rodzicami, którzy bezskutecznie go pocieszali, i godzinami zanosił się płaczem. My, dzieci, oniemiałe i blade, kuliliśmy się wokół niego w koszulach nocnych i patrzyliśmy na to niezwykłe i przerażające zjawisko, szlochającego mężczyznę, który jest na dodatek dyrektorem banku. Około północy przestał na chwilę płakać, wytarł łzy i załamującym się głosem wyznał: „Nigdy naprawdę nie ufałem Ilonie. Od trzech lat dzień w dzień powtarzałem jej: „Ilona, Ilona, ty mnie z kimś zdradzasz”. Położono nas wszystkich w końcu do jednego łóżka, ale nie mogliśmy zasnąć, przez całą noc, drżąc, nasłuchiwaliśmy głosu tego zrozpaczonego, jęczącego obcego mężczyzny, pocieszających słów rodziców, przeczuwając z dreszczem przerażenia, że dorośli bynajmniej nie są mistrzami życia; tamtej nocy przemknęło nad nami fatum obcych losów, wyszła na jaw tajemnica, z którą, jak się wydawało, nawet dorośli nie potrafią sobie poradzić. „Niewierna niewiasta” po jakimś czasie wyszła za mąż za peszteńskiego aktora i sama też zaczęła występować w teatrze; wyprawiający się do stolicy panowie z naszego miasta nie przepuszczali okazji, by obejrzeć na scenie to niezwykłe zjawisko i po powrocie do domu, pstrykając palcami, z satysfakcją opowiadali w towarzystwie smakowite szczegóły tych występów. Przypadki, by kobieta uciekła od męża, zdarzały się wyjątkowo rzadko. Już sam rozwód bywał głośnym skandalem, uważanym za niepokojące naruszenie porządku społecznego. Z lat dzieciństwa pamiętam jeden rozwód, jego bohaterem był również dyrektor banku, konkurent wuja Endre; jego także żona opuściła, by wyjść za mąż za pewnego księdza apostatę, który służył wcześniej w kurii biskupiej, ale porzucił służbę i sukienkę kapłańską dla tej kobiety. Takie to fatum prześladowało dyrektorów banków w naszym mieście. Z czasem każdy zapamiętany człowiek nabiera znaczenia, pamięć zachowuje jego obraz naszkicowany mocną kreską, wielkie cienie dzieciństwa stają się coraz większe i zaczynamy się zastanawiać, czy odegrały jakąś rolę w naszym życiu, zadajemy sobie pytanie, dlaczego jakieś poboczne postaci naszej młodości zapamiętaliśmy z tak okrutną wyrazistością. Wuj Endre nie był specjalnie mądrym czy jakoś szczególnie interesującym człowiekiem, ale dziś już wiem, że tamtej nocy, kiedy ten opuszczony mężczyzna płakał w naszej jadalni, zacząłem coś przeczuwać na temat sekretów kobiet i mężczyzn; wtedy zrozumiałem po raz pierwszy, że związek kobiety i mężczyzny nie jest całkowicie pogodną, upragnioną idyllą; zachłystujący się szloch wuja Endre pozostał mi w uszach i do dziś zdarza mi się go słyszeć.

5

Przez krótki czas, jakieś kilka lat, w jednym z trzypokojowych mieszkań na pierwszym piętrze naprzeciw nas mieszkał mój ojciec chrzestny, młodszy brat ojca, człowiek przewrażliwiony i niespokojny; wszyscy w rodzinie, wliczając w to ojca, obchodzili się z nim jak z jajkiem. Osobnik ten, mężczyzna o duszy dumnej i samotnej, zdobył inżynieryjne wykształcenie i tak znakomicie orientował się w problemach technicznych, że gdy był w wojsku – odsłużył dobrowolnie rok w artylerii – koniecznie chciano go tam zatrzymać, podobno „błagano go, żeby się zaciągnął”. W każdym razie tak głosiła rodzinna legenda. Charakter, skłonności, cała jego duchowa kompleksja predestynowały go zapewne do kariery wojskowej. W życiu cywilnym, szczególnie w nieco pogardzanym zawodzie inżyniera, czuł się obco, był przewrażliwiony, wszędzie węszył upokorzenia, plątał się w rozmaite afery i ogólnie robił wrażenie człowieka, który nie potrafi znaleźć sobie miejsca w świecie. Zawodem inżyniera czy lekarza wówczas jeszcze trochę pogardzano, uważano, że ktoś z lepszego towarzystwa nie trudni się czymś takim; młodzi ludzie z rodzin ziemiańskich mogli się poświęcić karierze prawniczej, ale nie wypadało zajmować się lewatywą, zabawiać cyrklem i tuszem. „Kompleks niższości” mego wuja (o którym on nic nie wiedział, ale nie wiedział też o nim jeszcze nic młody Freud, który w tych latach prowadził w klinice Charcota obserwację chorych cierpiących na histerię) potęgowała dodatkowo specyficzna w końcu wieku dziewiętnastego sytuacja mojej rodziny, żyjącej w namiętnie nacjonalistycznym, na prowincji ciągle całkowicie stanowym węgierskim światku. Z pochodzenia rodzina była saksońska, przodkowie w XVII wieku przywędrowali na Węgry, wiernie służyli Habsburgom, za co cesarz Leopold nagrodził jednego z nich szlachectwem; od tej pory w rodzinie nazywano go „Kristóf hrabia na kopalniach”, ponieważ nadzorował należące do skarbu państwa kopalnie w Marmarosz. Dopiero w okresie walk o wolność w rodzinie przebudziło się węgierskie serce, kilku przodków walczyło w armii Bema, a jednego z mych prapradziadów, Zsigę, po kapitulacji pod Világos pozbawiono rangi; zesłano go następnie do jednego z weneckich, a potem mediolańskich pułków cesarskich, gdzie powoli znów dosłużył się dawnej szarży i przeszedł w stan spoczynku jako kapitan lejbgwardii. Ale do rewolucji rodzina moja była w Wiedniu dobrze notowana i uważana za „godną zaufania”. Gdy w 1828 roku prapradziad otrzymał stanowisko radcy w Budzie, pojechał do Wiednia i był przyjmowany przez cesarza Franciszka. Stoję w „Węgierskim Królu” – pisał z Wiednia do młodszego brata, do Marmarosz – zabawiać tu rzecz wielce kosztowna, za pokój z piecem płacić muszę dziennie forintów pięć. Cesarz przyjął mnie łaskawie, pamiętał Ojca; ja, ja, powtarzał, auch Sie haben gute Zeugnisse bei mir7.

węgierska nazwa żołnierzy (przypisy w całej książce pochodzą od tłumaczki) [wróć]

terenowa jednostka administracyjna na Węgrzech, odpowiednik województwa [wróć]

Jó nap znaczy „dobry dzień”; Jó napot – „Dzień dobry”. [wróć]

Judaizm neologiczny – nurt judaizmu zreformowanego, wyrosły na gruncie dążeń emancypacji i asymilacji węgierskich żydów w drugiej połowie XIX wieku, wyrażający się m.in. w odejściu od jidysz na rzecz węgierskiego i przyjęciu węgierskich ubiorów. [wróć]

węgierska wódka owocowa [wróć]

Feri Noszty to tytułowy bohater powieści Kálmána Mikszátha, lekkomyślny i cyniczny młody utracjusz z warstwy ziemiańskiej. [wróć]

Tak, tak, Pan ma u mnie dobre rekomendacje. [wróć]

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Strona redakcyjna

TYTUŁ ORYGINAŁU: Egy polgár vallomásai

© Heirs of Sándor Márai, Csaba Gaál, Toronto

PROJEKT SERII: Andrzej Heidrich

PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Lijklema Design, Karolina i Hans Lijklema

REDAKCJA: Bianka Dziadkiewicz

Wydanie I elektroniczne

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważania wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela jest zabronione.

Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik” ul. Wiejska 12a, 00-490 Warszawawww.czytelnik.pl

© Copyright for the Polish translation by Teresa Worowska 2002, 2014

© Copyright for the Polish edition by Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”, Warszawa 2002, 2014

ISBN 978-83-07-03332-7