Wydawca: Amber Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 409 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wyznania hrabiny - Julie Anne Long

Ona zazdrośnie strzeże swego serca.
On niebezpiecznie balansuje między opieraniem się pokusie a płynącą w jego żyłach gorącą krwią rodu Eversea…
Aktorka, kurtyzana, hrabina… Piękna Evie przykuwała uwagę Londynu w każdej z tych ról. Towarzystwo nigdy jednak nie wybaczyło jej rozlicznych skandali i nie przestało szeptać, że jej mąż, hrabia Wareham, zmarł podejrzanie szybko po ślubie…
Evie ma dość zjadliwych plotek. Wyjeżdża do swej rezydencji w Pennyroyal Green. Lecz nadzieja na znalezienie tu cichej przystani okazuje się mirażem. Evie znów może stać się bohaterką skandalu. Bo spotka mężczyznę,
który obudzi w niej dawno wygasły płomień. I oboje dadzą się porwać zakazanemu pożądaniu…

Opinie o ebooku Wyznania hrabiny - Julie Anne Long

Fragment ebooka Wyznania hrabiny - Julie Anne Long

Redakcja stylistyczna

Barbara Nowak

Korekta

Renata Kuk

Hanna Lachowska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© Zbigniew Foniok

Tytuł oryginału

A Notorious Countess Confesses

Copyright © 2012 by Julie Anne Long

All rights reserved.

For the Polish edition

Copyright © 2014 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-5090-8

Warszawa 2014. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

P.U. OPCJA

1

Miała całkowitą pewność, że nikt się nie spodziewa jej obecności w kościele. W końcu było już za późno na zbawienie jej duszy, tak czarnej, jak powiadano, niczym wdowi kwef, przywdziany przez nią z tą samą niestosowną skwapliwością, z jaką zadarła kieckę przed hrabią Wareham. Hrabią, którego potem uśmierciła z równie niestosowną szybkością. Czegóż jednak można się było spodziewać po osobie… z jej pochodzeniem?

Rzecz jasna, były to bzdury. Evie nosiła żałobę tak długo, jak to nakazywał podręcznik etykiety (z jej imieniem wytłoczonym złotymi literami na wewnętrznej stronie okładki – ach, jakże hrabia lubił swoje ekstrawagancje!). Przyswoiła sobie bowiem każde zawarte w nim słowo, jakby to były zaklęcia zdolne odsunąć kamień zagradzający drogę do jej akceptacji przez socjetę.

No, cóż. Jeśli coś istotnie uśmierciło hrabiego, to… entuzjazm.

Była naiwna (słowo, które poznała dzięki pewnemu francuskiemu emigrantowi z tytułem księcia, na tyle naiwnemu, by sądzić, że kiedykolwiek naiwna mogła być ona). Wciąż ją to dręczyło. Zanim wyszła za hrabiego, zyskała pewność, że jej epitafium będzie brzmiało: „Tu leży Evie Duggan, której nikt nie zdołał poskromić”. Gdy go już poślubiła, pozwoliła sobie spocząć na laurach, a nawet snuć marzenia na jawie. „Tu leży Evie Duggan…, oddana żona i matka. Żadnej kobiety nie kochano bardziej”.

Ach, i to właśnie… to właśnie było jej błędem. Gdyby nie on, zdołałaby przewidzieć, co wkrótce się stanie. Marzenia sprawiają, że człowiek staje się zbyt miękki. Nie powinna była zapominać, że świat bierze stronę tych, którzy przebiegle coś planują, a nie tych, którzy marzą.

Była teraz zbyt znużona, by się nadmiernie przejmować kolorem swojej duszy. Nie nawykła do znużenia, które przytłaczało ją niczym ciężka i szorstka kołdra.

Złożyła skromnie ręce na kolanach, nieświadomie naśladując ułożeniem okrytych eleganckimi rękawiczkami palców kształt tego starego, przysadzistego kościółka.

Zawsze uczyła się przez naśladownictwo. Henny, jej służąca, siedząca obok, zaczęła się wiercić, bo było jej niewygodnie. Ławki kościelne sporządzono kilka wieków wcześniej, kiedy wszyscy byli mniejsi, zarówno mężczyźni, jak kobiety, i dlatego właśnie – tak przynajmniej przypuszczała Evie – łatwiej im było kryć się niczym wiewiórki wśród drzew i zarośli przed grabieżcami. W dawnej Anglii panowała bowiem przemoc, o czym dowiedziała się dzięki pewnemu eleganckiemu złotemu młodzieńcowi, który przychodził za kulisy teatru Pod Zielonym Jabłkiem, gdzie rozpoczęła swoją, pożal się, Boże, karierę. Przynosił jej w prezencie bukiety polnych kwiatów i swoją namiętność do historii. Rzecz jasna oznaczało to, że mógł zyskać co najwyżej odrobinę jej względów – była przede wszystkim rozsądnie myślącą dziewczyną – ale szanowała namiętności wszelkiego rodzaju i umiała być wdzięczną słuchaczką, a obydwie te cechy bardzo się jej przydały.

Socjeta uczyniła zaś z osławionej Evie Duggan płochliwą wiewiórkę, gdy świat przestał być jej przychylny. Nie znalazła się tutaj z własnego wyboru, miała jednak pewność, że Pennyroyal Green w hrabstwie Sussex pozwoli się jej ukryć. Ostatecznie była to siedziba rodziny Eversea, a jednemu z jej członków udało się nawet w ostatniej chwili umknąć w spektakularny sposób spod szubienicy na oczach ogromnego tłumu. Z pewnością jej przypadek był czymś banalniejszym.

To doprawdy żałosne, że epitet, jakim ją obdarzyła socjeta, był tak przeraźliwie dosadny.

Życie po raz pierwszy wymknęło się jej z rąk, pozostawiając ją w niepewności, w jakim kierunku się udać. Być może dlatego zareagowała na dźwięk kościelnych dzwonów, gdy jej powóz przejeżdżał rankiem przez Pennyroyal Green. Dzwony zdawały się ją zapraszać, a ona to zaproszenie przyjęła. Może w tym nowym życiu stanie się osobą uczęszczającą do kościoła, a nie kobietą, na widok której panowie z socjety, w trakcie konnej przejażdżki po eleganckim londyńskim The Row, spadali z wierzchowców, niebezpiecznie przechylając się, by ujrzeć ją, jadącą w towarzystwie wielbiciela. Może tutejsze damy zechcą się z nią zaprzyjaźnić, gdyż ostatnio odkryła, że nie ma żadnych przyjaciół. A przedtem sądziła, że są ich dziesiątki.

– Czy musisz się tak wiercić, Henny? – syknęła.

– Za przeproszeniem, milady, te ławy są twarde niczym katowskie serce i ciasne niby wlot do szczurzej nory. Cała kiecka mi podjechała do góry i…

Dwie kobiety siedzące przed nimi obejrzały się, gniewnie zaciskając usta.

Zmierzyły wzrokiem Evie. Ujrzały lamowaną futrem pelisę, kapelusz, który zdawał się wręcz miłośnie okalać jej twarz, elegancko podkreślając kości policzkowe, i zielone, szmaragdowozielone, oczy. Na ich twarzach odbiły się kolejno zdumienie, podejrzliwość, zazdrość, zmieszanie, aż na końcu pojawiła się jawna ciekawość.

Na szczęście nie rozpoznały jej.

Evie zrewanżowała się im dyskretnym, pogodnym uśmiechem.

Henny nachyliła się ku niej, mówiąc z cicha:

– No, no, ale tutejsi ludkowie są uprzejmi, milady, gęby na oścież pootwierali, gotowi połknąć każdą muchę, żeby tylko nie dokuczyła komuś lepszemu od nich!

Dwa damskie kapelusze natychmiast odwróciły się ku frontowi kościoła. Jedwabny kwiat na szczycie jednego z nich wciąż się jeszcze chwiał, jakby wystraszony. Henny wzbudzała strach chyba w każdym.

I nagle w kościele dał się słyszeć szmer, podobny poszumowi wiatru ponad trawą na łące. Evie uświadomiła sobie w tym momencie, że czynią go dziesiątki głów jednocześnie zwracających się ku ołtarzowi, a także okryte wełną pośladki przesuwające się po wyślizganym drewnie ławek.

Ona również zwróciła głowę w tamtą stronę.

Pierwszą myślą, jaka jej zaświtała, było: Jest doprawdy wysoki jak na pastora. Nie mogła sobie jednak przypomnieć, by kiedykolwiek przedtem jakikolwiek pastor przyciągnął jej uwagę – być może onieśmielający wzrost był niezbędny w tej profesji. Uderzyła ją szerokość jego ramion – potężne barki osadzone na długim, wysmukłym ciele. W rękach trzymał kartki papieru, na których bez wątpienia zapisał słowa przeznaczone zbudowaniu dusz wiernej trzódki. Pochylił się nad kartkami, jakby przygiął go ciężar niewidzialnych skrzydeł.

Mogłaby przysiąc, że wszystkie kobiece ramiona wzniosły się i opadły, gdy pastor podniósł wzrok. Na jego twarzy pojawił się uśmiech, lekki, lecz ciepły, skierowany do wszystkich, lecz bezosobowy, po czym duchowny znów opuścił wzrok na rękopis. Idealny uśmiech pastora. Spędziła dość czasu w teatrze, by z uznaniem ocenić jego aktorskie umiejętności. Spędziła dość czasu z mężczyznami, by o wszystkich myśleć z cynizmem.

Nie potrzebowała ich już. To z pewnością będzie częścią jej nowego życia.

Henny najwyraźniej sądziła inaczej.

– A to dopiero! – mruknęła półgłosem, chwytając mocno Evie za ramię. A potem dodała powoli: – Proszę spojrzeć, co za kawał chłopa! Ogrzałby mi jak nic łóżko, żeby tylko chciał…

Evie szturchnęła ją energicznie łokciem.

– Witajcie. Dziękuję wam za przybycie.

Zaskoczył ją jego głos. Baryton głęboki jak dźwięk dzwonu i zarazem cudownie delikatny; poczuła się tak, jakby padły na nią promienie słońca w pochmurny dzień. Przymknęła oczy; zapragnęła się w cieple tych promieni ogrzać.

Instynkt samozachowawczy kazał jej otworzyć je ponownie. Słyszała kiedyś, że jakiś Eversea zasnął w kościele, przechylił się do przodu i rąbnął podbródkiem w ławę kościelną, zanim osunął się bezwładnie na posadzkę.

Nie mogła się doczekać jego następnych słów.

– Kozły – powiedział.

Wierni – a może tylko jeden spośród nich – poruszyli się niespokojnie. Dosłyszała jakieś kaszlnięcie, które równie dobrze mogło być zduszonym śmiechem.

Evie też się poruszyła, zaniepokojona, lecz wciąż jeszcze pełna nadziei. Chyba… chyba nie będzie musiała wysłuchiwać kazania o kozłach? Może powiedział jakieś inne słowo, bardziej interesujące, na przykład „koszty”?

– Wielu z nas zna te rogate bestie, wiemy zatem, że bodą one zwykle z dwóch powodów: dla zabawy… lub dla pokonania przeciwnika.

A więc jednak kozły! Chryste! Najlepszy dowód, że nie jest w Londynie. O dziwo, nie przewidziała, że będzie tu umierać z nudów. Nuda zaś budziła w Evie zgrozę. I na szczęście wykazywała prawdziwy talent do jej unikania. Najwidoczniej to instynkt samozachowawczy kazał jej aż do tej chwili trzymać się z dala od kościołów.

Spojrzała z desperacją na drzwi świątyni. Musiałaby przemaszerować wzdłuż całego przejścia między ławkami, wątpiła też, by zdołała uchylić te wielkie, stare drzwi, nie napierając na nie całym ciałem jak taranem. Może Henny poradziłaby sobie z tym.

Henny sprawiała jednak wrażenie zachwyconej kazaniem.

Evie skierowała wzrok ponownie na ołtarz. Słońce stało już na niebie tak wysoko, że jego promienie padające przez jedno z witrażowych okien oświetliły twarz pastora. Nie mogła oderwać od niej wzroku. Interesujący fragment niebiańskiego teatru! Jego twarz zdawała się wręcz stworzona do łamania kobiecych serc – mocna szczęka, kości policzkowe wystające niczym blanki murów obronnych, pomiędzy nimi delikatne wgłębienia godne pióra poetów, a wszystko podkreślone grą światła i cienia. Całość była w przedziwny sposób subtelna i zarazem nieubłaganie surowa.

Sercu Evie, rzecz jasna, nie groziło złamanie, z tego prostego powodu, że znajdowało się już poza zasięgiem jakiegokolwiek mężczyzny. Ale, doprawdy, prowincjonalny pastor naprawdę nie musi tak wyglądać, mieć takiej prezencji, emanować taką aurą spokojnej pewności. Na takim człowieku można polegać, zaufać mu. A że znała mężczyzn, wiedziała, że właśnie to, bardziej niż jego powierzchowność, przyciągało ku niemu oczy wiernych.

Zesztywniała. Nagle poczuła się jak w pułapce. A przecież była w kościele, nie celi. Nie mając nadziei na ucieczkę, ze stoickim spokojem patrzyła na niego tak, jak patrzy się na pejzaż przesuwający się za okienkiem powozu, i słuchała jego głosu jak śpiewu ptaka lub szumu morza. Przez jakiś czas to działało. Lecz potężne udo Henny przyciskało się do niej mocno, niczym gorąca poduszka, a promienie słoneczne oświetlające twarz pastora przesunęły się dalej i położyły na niej czworokątem ciepła. Czuła znużenie, ogromne znużenie. Myśli zaczęły odpływać, splątane. Nim zasnęła, ostatnią myślą kołaczącą w jej głowie było – jeśli on jest aniołem, to z pewnością upadłym.

Podejrzewała, że pastor ukrywa jakieś sekrety, a ona powinna je poznać.

Gdy kozioł pana Eldreda zaatakował pana Brownwella z taką siłą, że ten przeleciał w powietrzu pięć stóp ponad własnym ogrodem, wyglądało na to, że modlitwa została wysłuchana. Adam był tego ranka w fatalnym nastroju i desperacko gryzł pióro, przekreślając jedną banalną i bezduszną sentencję po drugiej oraz ciskając przed siebie kulkami zmiętego papieru, aż utworzyły pod przeciwległą ścianą pokoju stos przywodzący na myśl stos śnieżek. Wsunął obie dłonie we włosy i przeczesał je palcami (włosy były nieco za długie, właśnie po to, żeby mógł je tak przeczesywać). Jeszcze raz pożałował, że wybrał karierę kościelną, a nie wojskową, bo lepiej byłoby dać się zastrzelić na polu bitwy, niż każdej niedzieli stać pod ostrzałem spojrzeń dziesiątków par oczu, gdy nie miał absolutnie nic do powiedzenia swoim parafianom.

Innymi słowy, sobota jak każda.

Wtedy jednak pan Brownwell wtargnął na plebanię, trzęsąc się z oburzenia i pokazując mu dziurę ziejącą w spodniach na samym siedzeniu.

Incydent ten (tak się złożyło, że był to zatarg o miedzę) natchnął go jednak twórczą weną i o godzinie jedenastej (zawsze o jedenastej!) kazanie było gotowe. Tym razem z afery z kozłem wyłoniło się kazanie o miłowaniu bliźniego. Z pewnością jednak niektórzy z jego parafian już wcześniej potraktowali ten nakaz zbyt dosłownie. Wiedział o tym, bo po upływie roku od jego przyjazdu do Pennyroyal Green wielu z nich okazywało mu zaufanie graniczące z absolutnym oddaniem. „Umie obchodzić się z ludźmi – mówili między sobą. – Jest taki dobry! Taki łagodny, taki niezawodny! Człowiek wręcz pragnie mu wszystko wyznać, a on zawsze wie, co wtedy powiedzieć”.

Tymczasem on nie zawsze to wiedział. Czasami nie miał nawet pojęcia, co powiedzieć, gdy parafianin wyjawiał mu swój kłopot i spoglądał na niego z nadzieją – lub wyzwaniem – w oczach. Przez ostatni rok, odkąd przybył do Pennyroyal Green, by objąć tam skromną posadę na życzenie swego zamożnego krewnego, Jacoba Eversea, przekonał się, że jego praca przypomina przemierzanie długiego, ciemnego tunelu z pochodnią w ręce oświetlającą drogę przed nim zaledwie na kilka kroków, wśród przelatujących nad nim nietoperzy, gdzie napotykał wnęki pełne skarbów lub z trudem unikał wdepnięcia w jakieś plugastwo. Kierunek wyczuwał po omacku.

Na szczęście lubił niespodzianki. Nawet te nieprzyjemne miały dla niego pewien urok, bo w gruncie rzeczy był z natury zdobywcą, najmłodszym z sześciorga bezwzględnie współzawodniczących ze sobą dzieci, i potrafił zawzięcie walczyć o swoje. Oznaczało to, że nie dopuszczał do siebie myśli o przegranej, czy były to egzaminy na studiach w Oksfordzie, czy sprawy najważniejsze dla jego nieznośnego ojca, jak opanowanie umiejętności celnego strzelania. Albo jak kazanie, którego ani rusz nie potrafił napisać, lub zyskanie pewności, że uboga rodzina O’Flahertych żyjąca na peryferiach miasteczka nie umrze z głodu. Od dzieciństwa starał się bezwzględnie, ale ze spokojem, dążyć do zwycięstwa. Kuzyni Eversea odkryli niedawno tę jego cechę, gdy zachowując zimną krew i bez ostentacji, trafiał za każdym razem do celu podczas zawodów strzeleckich w Sussex. Powrócił stamtąd z wielkim srebrnym pucharem i respektem wszystkich mężczyzn w Pennyroyal Green, którzy z miejsca uznali, że nieważne, jak pastor wygląda, skoro potrafi się należycie obchodzić ze strzelbami, końmi i psami. A on z pewnością potrafił.

Albowiem jego przybycie do Pennyroyal Green w celu objęcia posady pastora powitano z pewną dozą sceptycyzmu. W końcu był kuzynem rodziny Eversea (ze strony matki) i z pewnością na takiego wyglądał, zważywszy na jego wysoki wzrost oraz zapierającą dech w piersi powierzchowność. Obydwie te cechy sprawiały, że kościół w niedzielę wypełniał się parafianami, a serca kobiet – tęsknymi pragnieniami. Wiedział jednak, że niektórzy z jego parafian obawiali się (lub też mieli nadzieję!), że w trakcie niedzielnego kazania wkroczy między wiernych i, zapomniawszy się, zacznie napastować parafianki. Co prawda nie wszyscy Eversea byli awanturnikami, ale jakoś zapamiętano wyłącznie takich.

Wiedział, że musi się w ich oczach okazać człowiekiem bez skazy, więc taki właśnie był. Ujął ich sobie, a że lubił ludzi, przyszło mu to bez trudu, podobnie jak wszystkim mężczyznom z rodu Eversea. Na żadną z miejscowych młodych dam (a nie brakowało wśród nich ślicznotek) nie zwracał większej uwagi niż na inne i nie zatrzymywał na niej zbyt długo wzroku. Wszystkie traktował tak samo. Postanowił być najlepszym pastorem spośród tych, jacy pojawili się na ziemi od stworzenia świata. Teraz, po upływie roku, rozumiał już, jak komiczne było to postanowienie. Okazało się bowiem, że – inaczej niż w strzelaniu do celu – sprawy nie zawsze toczą się tak, jakby on chciał, mimo imponującej samokontroli. Nie przewidział, że jego obowiązki – uczestniczenie w radościach i smutkach parafian, towarzyszenie ich zgonom, narodzinom, ślubom, poznawanie zarówno sekretów, z jakich mu się zwierzali, jak i drobnych kłopotów ich absorbujących, łagodzenie losu tych, którzy popadli w nędzę – oszlifują go jak drogi kamień, pozbawią kantów, nauczą pokory i wydestylują z niego esencję jego osobowości. Po czym, pozbawiony złudzeń, właśnie teraz lepiej pojmował ich troski. Pracował ciężko, bez chwili wytchnienia. Był tak zajęty, że nie miałby nawet czasu, by pomyśleć o napastowaniu kogokolwiek. Stopniowo porzucił pragnienie, żeby być najlepszym z pastorów, i modlił się po prostu o to, żeby czynić tyle dobra, ile będzie w stanie czynić. Czuł, że może sprostać swojej profesji, lecz w głębi duszy nie był pewien, czy jest jej godny. Wiedział jedno – że nigdy nie przestanie się o to starać.

I już nie śniło mu się tak często jak dawniej, że stoi przed ołtarzem nagi, na oczach wiernych.

Za to jego parafianki wciąż miewały takie sny.

Teraz zaś stał w świetle słonecznym przed kościołem, a parafianie kolejno podchodzili do niego z podziękowaniami i ściskali mu dłoń. Pani Sneath, bardzo porządna kobieta, zatrzymała się właśnie przed nim, cała w uśmiechach. Wychowała pięciu synów, którzy zgodnie z oczekiwaniami matki pożenili się i zajęli handlem, gdyż nie ośmieliliby się zajmować czymś innym pod jej czujnym nadzorem. Stała na czele zastępu kobiet znanych jako Stowarzyszenie Pomocy Ubogim z Sussex, a zadanie tej niewiasty polegało na spełnianiu dobrych uczynków i ratowaniu zgubionych dusz, gdy tylko zdołała jakiejś dopaść. Jej najgorętszym życzeniem było, jak powiedziała Adamowi, stać się świadkiem cudu, prawdziwego cudu. Osobiście uważała charakter pastora za „przykładny”, co wystarczało, by rozwiać najmniejszy cień zwątpienia względem jego moralności w umysłach nieprzejednanych sceptyków.

– Wspaniałe kazanie, pastorze! „Miłuj bliźniego swego” to zawsze doskonała rada, a często i wyzwanie. Mam nadzieję, że będzie pan u nas w tym tygodniu na obiedzie, żebyśmy mogli omówić plany aukcji i pozostałych imprez zimowego festiwalu?

Zamierzano bowiem urządzić całą ich serię, by zebrać fundusze na wsparcie miejscowych biednych – aukcję, mały bal, wielki bal – a ona i jej komitet miały nad nimi czuwać. Zabiegano też jednak o jego aprobatę i opinię. Damy te były niezastąpione, zważywszy na rozliczne obowiązki parafialne Adama.

Niezastąpione i zarazem strasznie irytujące. Pikantne zestawienie.

– Nie opuściłbym za nic tego obiadu, pani Sneath – zapewnił ją.

– Moja siostrzenica, która przyjeżdża z Kornwalii, żeby nas odwiedzić, też będzie na nim – dodała chytrze.

Ach, oczywiście.

– Z przyjemnością poznam kolejnego członka pani rodziny.

– To niezrównana hafciarka.

– Zapewne jest z niej pani bardzo… dumna.

I wtedy ją zobaczył. Drobną i kruchą, a obok niej drugą, o iście niedźwiedziej posturze. Mrużyła oczy, bo raziło ją słońce, jak ktoś, kto wychodzi z mrocznej pieczary. Może zresztą tak właśnie było? Oskarżycielskie promienie słońca oświetliły ją podczas kazania i dlatego Adam spostrzegł, że się zdrzemnęła, wsparta na tej drugiej, zwalistej. I nie tylko się zdrzemnęła, ale nawet pochrapywała, o czym świadczyło lekkie falowanie woalki na kapeluszu.

Jeszcze nikt nie zasnął podczas żadnego z jego kazań. Niemal w całości skierował je właśnie do niej, pełen niedowierzania i urażonej dumy.

Fragmenty prowadzonej szeptem, lecz ożywionej dyskusji obu kobiet dotarły do niego mimo słów pani Sneath.

– Dziwne, że nagle stałaś się znawczynią etykiety, Henny, a ten pastor wygląda jak…

– …mam dość blade pojęcie o belfrach i pięknych słówkach, ale strasznie jestem spragniona pięknych widoków, skorośmy już tu przyjechały. No, rozumiesz chyba, milady, co mam na myśli? Bądź więc tak dobra, żeby…

– …nie chcę zwracać na siebie uwagi, Henny, a ty wiesz…

– Czy lubi pan miód, pastorze? – Pani Cranborn wysunęła się przed panią Sneath i obdarzyła go promiennym uśmiechem.

– Miód… ach, oczywiście, dziękuję za miły prezent.

Stale mu ofiarowywano słoiki: miodu, konfitur, dżemu jabłkowego, lub z rozmaitymi maściami, co – jak przypuszczał – miało dać mu do zrozumienia, że jego życie byłoby o wiele przyjemniejsze, gdyby pozwolił zająć się nim jakiejś kobiecie. A tymczasem on był „na nieszczęście nieżonaty”, tak to przynajmniej określała jego ciotka, Isolde Eversea. Miała po temu powody, zważywszy, jak bardzo zszarpali jej nerwy jego kuzyni Colin i Ian. Zdaniem zaś Adama był on „na szczęście nieżonaty”. Sny, w których stał nago przed ołtarzem, zastąpiły inne, w których płynął przez plebanię zanurzony po szyję w przetworach z jeżyn, by w końcu ujrzeć na jej drzwiach starannie wyhaftowane na makatce słowa „Pokój temu domowi”.

Ku jego zaskoczeniu zarówno owa drobna kobieta, jak i ta druga, masywna niczym niedźwiedź, podeszły do niego.

Pani Cranborn rzuciła okiem na potężną niewiastę i cofnęła się z niechętnym zdziwieniem, po czym odstąpiła kilka kroków w tył.

Wtedy Adam po raz pierwszy przyjrzał się kobiecie, którą najwyraźniej znudził. Zdawała się cała składać z jaskrawych kontrastów: czarne loki nad czołem, alabastrowe policzki, a oczy, jak przysłowiowe klejnoty, lśniły żywą zielenią, dostrzegalną nawet przez woalkę na kapeluszu. Pelisa leżała na niej perfekcyjnie i na pewno była dziełem pierwszorzędnej, modnej krawcowej. Nawet on się w tym orientował. Wyglądała wręcz nierealnie, jakby wyłoniła się spośród kart książki z baśniami. Była pięknością. On jednak wolał kobiety proste i bezpośrednie, jak córka lady Fennimore, Jenny, której miękkie włosy stale wyślizgiwały się z upiętej szpilkami fryzury. Ta natomiast sprawiała wrażenie całkowicie nieprzeniknionej. Lśniła niczym szczelnie zamknięty słoik przetworów.

– Mam nadzieję, pastorze, że nie uzna pan tego za niestosowne, skoro nie zostaliśmy sobie oficjalnie przedstawieni, ale chciałam panu podziękować za kazanie.

Spojrzenie, które rzuciła swojej niedźwiedziowatej towarzyszce, mówiło: „Jesteś zadowolona?” tak wyraźnie, jakby wypowiedziała te słowa na głos.

– Jestem hrabina Wareham, a to moja służąca, Henrietta La Fontaine.

Hrabina Wareham? Niejasno sobie przypomniał, że coś o niej słyszał. Na pewno o niej słyszał. Zważywszy na jej wygląd, nie zdziwił go ani ten tytuł, ani akcent. W duchu określał te wyraźnie artykułowane spółgłoski i rozwlekłe samogłoski mianem „ironicznego dialektu londyńskiego”. Spojrzała na niego z pełną roztargnienia pobłażliwością, jakby nic nie mogło wyprowadzić jej z równowagi. I nic zaskoczyć.

On jednak był zaskoczony, że hrabina zechciała mu przedstawić swoją służącą. Zawahała się lekko przed wymówieniem słowa „służąca”, jakby nie była pewna, jak ją ma określić.

Skłonił się uprzejmie.

– Miło mi panią poznać, lady Wareham. Jestem Adam Sylvaine, tutejszy pastor. Cieszy mnie również, że zechciała pani być obecna na kazaniu.

Henrietta dygnęła przed nim zgrabnie.

– Było balsamem dla mojej duszy, pastorze.

Henrietta miała wzrok pełen dumy, a jej oczy przypominały rodzynki tkwiące głęboko w cieście.

– Niektórzy mogliby rzec, że usypia niczym kołysanka – odparł żartobliwie.

Lady Wareham zesztywniała, a jej oczy się zwęziły przez moment tak krótki, że ktoś mógłby tego nie spostrzec.

On jednak był spostrzegawczy.

Potem na jej twarzy pojawił się wyniosły uśmieszek, jakim królowa mogłaby obdarzyć dziecko podające jej stokrotkę.

– Raz jeszcze dziękuję, pastorze, i do zobaczenia. Henny, idziemy!

– Do zobaczenia – odparł uprzejmie i złożył jej elegancki ukłon.

Powściągnął grzecznościowy uśmiech. Podejrzewał, że wizyta w kościele miała dla niej tylko urok przemijającej nowości i że już jej tam więcej nie zobaczy.

Henrietta, odchodząc, mrugnęła do niego.

2

W powozie Evie zastanawiała się ze smutkiem, ale też i z rozbawieniem, nad tym, jak bardzo jej dusza jest odporna na próby moralnego odrodzenia. Najwyraźniej nie reagowała na kazania. Był to mało obiecujący początek jej wygnania – czyli nowego życia – w Sussex.

Co za impertynent! Że też miał czelność powiedzieć coś podobnego. Kołysanka, dobre sobie!

– Chrapałaś – powiedziała Henrietta.

– Skądże! – mruknęła Evie, choć bez przekonania.

– Tylko trochę – ustąpiła Henny. – Ale chrapałaś i już.

A potem Evie przysłuchiwała się w roztargnieniu, jak Henny na głos układa menu kolacji.

– Pieczeń na zimno, jak myślę, a czy prosiłaś panią Wilberforce o ser?

Evie wynajęła gospodynię o tym nazwisku, ale to Henny miała na głowie służbę, a że zajmowała się mnóstwem rzeczy, jej rola i funkcja zmieniały się zależnie od tego, kim była Evie: Henny bywała jej służącą, gospodynią, pokojówką, doradcą, mentorką, a w teatrze Pod Zielonym Jabłkiem garderobianą (tam właśnie Evie ją poznała). Przepędzała niepożądanych wielbicieli i bywała wysyłana do aptek w środku nocy. Wyjazd do Pennyroyal Green był dla niej czymś w rodzaju pokuty. Ale Evie uratowała jej dobre kilka lat temu życie, angażując ją jako garderobianą, kiedy Henny została bez grosza. Poszłaby więc za nią na koniec świata, zastrzegając sobie jednak prawo do narzekania.

Powóz zahamował tak raptownie, że obydwie poleciały do przodu, prawie zderzając się głowami. Zakołysał się nieco, gdy stangret zsiadł z kozła. Evie zaś uchyliła drzwiczki i wyjrzała na zewnątrz właśnie wtedy, gdy miał zajrzeć do środka. Obydwoje cofnęli się gwałtownie.

– Za pozwoleniem, milady, coś się stało z jednym koniem. Trzeba na chwilę stanąć, żeby zobaczyć, co mu się przytrafiło.

Coraz gorzej mi idzie, pomyślała Evie z sarkazmem.

– Oczywiście. Czy mogłabym na chwilę wysiąść?

Zapragnęła powietrza. Przeniesienie się z zamkniętego, małego kościółka do zamkniętego powozu spotęgowało wrażenie, że całe jej życie się kurczy, zamykając ją w ciasnej celi.

Stangret pomógł jej wysiąść. Evie lekko zeskoczyła na drogę obrośniętą niską trawą i innymi roślinami, których nie zdołał jeszcze zwarzyć mróz.

Odetchnęła pełną piersią i spojrzała uważnie na to, co miała oglądać w dającej się przewidzieć przyszłości – łagodne wzgórza pofałdowane niczym zmięta kołdra, iglaste drzewa, dęby, niektóre jeszcze okryte liśćmi mimo nadciągającej zimy. Dym unosił się spiralnie z kominów nielicznych domków w okolicy. Evie rozprostowała nogi i spojrzała przed siebie. Szara linia na horyzoncie była morzem.

Henny wynurzyła się z powozu w ślad za nią, przeciągnęła się i zaczerpnęła głęboko tchu.

A potem stangret wrócił i ukłonił się Evie.

– Lady Wareham, obawiam się, że mamy kłopot. Jeden z koni zgubił podkowę i może złamać sobie nogę, gdybyśmy nie przerwali jazdy.

No jasne, że mieli kłopot. Życie zaczęło się składać z samych kłopotów.

– Jak daleko jeszcze do Damask Manor?

– Powozem dobre dwadzieścia minut.

A zatem co najmniej dwa razy dłużej trwałoby to na piechotę. Dałaby radę – kiedyś była przecież wiejską dziewczyną – ale dla kobiety w wieku Henny i o jej gabarytach było to nie do pomyślenia.

Henny przejęła jednak dowodzenie.

– Dymi się z tamtego komina – wskazała ręką. – Chyba mogłabym sprowadzić pomoc. Może jakiś farmer pożyczy nam wóz? Tak czy owak chcę rozprostować nogi po tych piekielnych ławkach kościelnych.

Evie wahała się przez chwilę.

– No dobrze, skoro nalegasz. Chyba nie zaszkodzi.

Henny doszła do szczytu wzgórka, a potem zniknęła za nim, schodząc ku dolinie wąską, bitą ścieżką prowadzącą do jednego z malowniczych domków, którego komin dymił zachęcająco.

Wokół panowała cisza, zakłócana jedynie postukiwaniem końskich kopyt oraz pomrukami stangreta i lokaja. Byli zupełnie sami. Evie ponownie spojrzała ku drzewom i drgnęła. Owszem, sami, ale niezupełnie, bo zza jednego z drzew wychylił się mały, jasnowłosy chłopiec. Patrzył na nich z poważną miną i bez śladu zażenowania, jak zwykle patrzą dzieci.

Evie zrobiła możliwie najokropniejszego zeza, starając się o jak najbrzydszy wyraz twarzy. Mali chłopcy to uwielbiali. Chciała, żeby się roześmiał.

Zachichotał ze szczerą satysfakcją. Miał szczerby w przednich zębach, co z jakiegoś dziwnego powodu wzruszyło ją głęboko. Uznała, że musi mieć siedem czy osiem lat. Seamus w tym wieku był istnym diabełkiem w krótkich spodenkach. Tylko że długie spodnie niewiele w nim zmieniły.

– Pająki nie są ładne – powiedział malec.

Wiedziała, jacy są mali chłopcy, choć nie wynikał z tego żaden logiczny wniosek.

– Hm, nie jestem pewna. Podejrzewam, że pajączki-dziewczynki wydają się ładne pajączkom-chłopcom.

Chłopiec uznał to za ogromnie śmieszne. Zaśmiał się z całego serca.

Evie śmiała się razem z nim.

– A czy małe krówki wydają się ładne byczkom? – chciał wiedzieć.

– Bez wątpienia.

– A suczki pieskom?

Udała, że się nad tym zastanawia.

– Chyba tak. W każdym razie niektóre suczki podobają się niektórym pieskom.

– Mnie się podobają wszystkie pieski – zwierzył się jej.

– Mnie też – zgodziła się z całą powagą.

Chłopiec zamilkł, zachwycony tą zgodą.

– Czy masz psa? – spytała.

– O tak. Wabi się Środa.

– Piękne imię dla psa. A także piękny dzień tygodnia. Czemu nazwałeś go Środą?

– Bo nasz sąsiad dał mi go w środę. Na zawsze.

– Musiał to być nadzwyczajny dzień.

– Paulie! Paulie! Paul! Gdzie ty się u licha podziewasz? – rozległ się nagle donośny kobiecy głos.

– Ach, to ty jesteś Paul? – domyśliła się.

– To był nadzwyczajny dzień – zgodził się, nie mrugnąwszy nawet okiem. Najwyraźniej nie przejął się ani trochę matczynym nawoływaniem.

Rozzłoszczona kobieta ukazała się na wzgórku i odetchnęła z ulgą na widok malca.

– Paulie! Czy nie mówiłam, żebyś mi nie uciekał? Ten twój nieznośny pies goni kury, a babcia nie może się nas doczekać i…

Zakryła usta ręką na widok Evie i znieruchomiała na zesztywniałych nogach niby pies myśliwski, kiedy wystawia zwierzynę.

Potem spojrzenie jej stało się lodowate, a usta zacisnęły się w cienką, poziomą linię.

– Patrz, mamo! – powiedział radośnie Paulie. – Ona wcale nie wygląda jak pająk. Jest ładna. A pająki są brzydkie.

Och, Boże.

Zaparło jej dech tak gwałtownie, że poczuła ból w piersiach, a także zimno, choć policzki jej płonęły. Czuła się beznadziejnie i miała pustkę w głowie.

Ten znienawidzony epitet! Skąd by go jednak chłopiec znał, jeśli nie od matki? Musiał usłyszeć, że tak mówiła.

Oznaczało to, że matka dowiedziała się o tym od kogoś innego.

A ten ktoś od jeszcze kogoś innego.

Oznaczało to, że musieli o niej słyszeć.

A już myślała, że uda się jej uciec od tego do Pennyroyal Green. Że zacznie tu nowe życie.

– Czy ci nie mówiłam, Paul, żeby się nie zadawać z obcymi? – upominała syna kobieta. Evie utkwiła w niej wzrok.

– Mamo, ale ona jest bardzo miła, lubi psy i mówi, że pieskom podobają się sucz…

Kobieta chwyciła go mocno za ramię i pociągnęła za sobą. Zaprotestował, wydając coś w rodzaju pisku.

– Jestem twoją matką i masz mnie słuchać bez pytania! Ona nie jest taka jak my, Paul.

Ach. Jakie zadufanie w sobie.

Evie znieruchomiała. Stała jak wrośnięta w ziemię.

Niegdyś zabrzmiałoby to w jej uszach równie wesoło, jak dźwięk monet padających na stół gry. Przez całe lata nic nie mogło wyrządzić jej szkody; traktowała świat tak, jakby chciała nadać mu żądany kształt. Jakby była sygnetem, a świat pieczęcią z wosku.

Zdała sobie sprawę, że trzyma dłoń przyciśniętą do piersi, tuż ponad aksamitnymi wiązadłami kosztownej pelisy, jednym z wielu – a właściwie ostatnim – prezencie od hrabiego. Całkiem jakby trafiła ją tam strzała.

Opuściła natychmiast rękę.

– No i nie jest znów taka ładna, Paulie – usłyszała jeszcze.

Tego się przynajmniej mogła spodziewać i prychnęła cicho.

Dłuższą chwilę trwało, nim zdołała beztrosko unieść głowę. A także pokazać obojgu język, nim odwróciła się na pięcie.

I o mało nie zderzyła się z mężczyzną, który wdrapał się z tyłu za nią na wzgórek.

3

Odskoczyła w tył, tłumiąc krzyk, z dłonią przyciśniętą do serca.

– Matko Przenajświętsza, nie powinieneś się tak skradać niczym kot, ty wielki, cholerny…

Urwała.

Wyraźny irlandzki akcent, latami tłumiony, ale całkiem czytelny i jędrny, odżył w jej ustach wskutek szoku i słychać go było chyba w całej okolicy. Wielki, cholerny… wielki, cholerny…

Och, co za wstyd.

Zapragnęła zamknąć oczy i zapaść się głęboko pod ziemię.

Zmusiła się jednak do tego, żeby podnieść wzrok bardzo wysoko na kogoś, kto okazał się wielebnym Adamem Sylvaine’em.

Zachowywał niezmącony spokój. Tylko te jego oczy… Migotały w nich frywolne iskierki złośliwej, całkiem niechrześcijańskiej uciechy.

Jeden z koni zarżał, przerywając niemającą chyba końca ciszę.

Bądź dżentelmenem, błagała go w myśli. Udaj, że niczego nie słyszałeś.

Uniósł brwi.

– Wielki… – zaczął.

Spojrzała na niego lodowato. Kusiło ją, żeby dodać „sukinsynu”. Dlaczego nie? Gdy się już powiedziało „a”, trzeba powiedzieć „b”.

Czekał. Cierpliwy jak Hiob. Przewrotny jak Lucyfer. I rozbawiony.

– …pastorze – dokończyła wreszcie ledwo dosłyszalnie.

Odchylił głowę w tył, jakby było to za dobre, żeby było prawdziwe, potem zaś nią skinął.

– Zapewne nim jestem – zgodził się, choć jego głos w podejrzany sposób przypominał tłumiony śmiech. – Zapewne jestem wielkim… pastorem… Choć nikt mi wcześniej nie zarzucał, że skradam się jak kot. Pewnie ma to coś wspólnego z byciem… no cóż… wielkim, jak przypuszczam.

Pastor robił sobie z niej jaja, jakby powiedział jej brat, Seamus, i to skutecznie.

Spojrzała mu prosto w twarz. Jego oczy miały rozbrajająco błękitną barwę – kolor głębokiej, spokojnej wody jeziora Lough Leane w Killarney – i sprawiały, że ogarnął ją dziwny niepokój. Czyżby ten człowiek zawsze był tak pogodnego, łagodnego usposobienia? Podobnie jak jego sumienie i dusza bez skazy, pomyślała z sarkazmem. Nieciekawy płaszcz z ciemnej wełny – nie szył go renomowany londyński krawiec Weston, tego była absolutnie pewna – łopotał za nim na wzmagającym się coraz bardziej wietrze, który szarpał też co sił niedbale zawiązany halsztuk nad szarą kamizelką w prążki. Kamizelkę też szył jakiś zwyczajny krawiec.

A że stali na środku drogi, powiodła wzrokiem po długich, smukłych, silnych nogach, całkiem niestosownych dla pastora, aż po zakurzone i pokiereszowane czubki butów, które na pewno nie były dziełem Hoby’ego, najlepszego londyńskiego szewca.

Wbiła wzrok, co było bezpieczniejsze, w ziemię, korzystając z chwili zaskakująco niezbędnego oprzytomnienia po przyglądaniu się jego nogom.

– Myślałam, że pastorzy powinni nosić specjalne stroje – powiedziała niemal z irytacją. Ale już przynajmniej bez akcentu.

– Och, to nie jest obowiązkowe.

Najwyraźniej zniewagi odbijały się od niego niczym piłki od ściany.

– Przez „specjalny strój” rozumie pani zapewne sutannę? – dodał. – Otóż, lady Wareham, w sutannie trudno byłoby mi się skradać jak kot. Plącze się wokół kostek i łopoce na wietrze. A tymczasem trzeba się skradać, by zagrodzić drogę nieprawości.

Nieprawości?

To słowo było jak policzek.

Może on żartował? Z pewnością żartował. Czy wiedział, kim ona jest? Czy wszyscy w tym okropnym miasteczku chcą ją wziąć na tortury? Czy szykują już wrzący olej?

– Czy dlatego pojawił się pan tak nagle? Wyczuł pan jakąś nieprawość, pastorze Sylvaine? Czy krąży pan po wsiach Sussex, węsząc za nią, niczym świnia za truflami?

Nie odpowiadał tak długo, że w końcu na niego spojrzała.

I stwierdziła, że stoi sztywno, jakby wrósł w ziemię.

Coś w jego bezruchu nasunęło jej myśl, że rozgniewała go, co byłoby doprawdy niemądre. Szczególna myśl w odniesieniu do pastora. Nie wyglądał jednak na rozgniewanego, mimo że zmrużył oczy. Przyglądał się jej uważnie. Tak mógłby się ktoś przyglądać zamkowi w drzwiach, chcąc dokonać włamania. Poruszały się tylko jego włosy. Wciąż unosiły się i opadały na wietrze. Pod warstwą ciemnoblond kryły się pasma złociste i rudawe, a także spłowiałe, niemal białe. W tym milczeniu i ciszy było to czymś absurdalnie fascynującym.

– Mam mnóstwo kuzynów i liczne rodzeństwo, lady Wareham. Jeśli ma pani rodzeństwo, nie zdziwi pani zapewne fakt, że mam też bardzo grubą skórę. Prawie nie sposób mnie obrazić.

Ano, cóż.

Powiedział to z całkowitym spokojem, jakby nie przejrzał jej już na wskroś i nie unicestwił jej obrony, traktując ją jak rozkapryszone dziecko.

– Niektórzy mogliby to uznać za wyzwanie, wielebny pastorze.

Nigdy nie potrafiła się oprzeć wyzwaniom.

Znów zamilkł. A potem się uśmiechnął. Bardzo dyskretnie. Chyba tylko na tyle, by zauważyła elegancki zarys jego ust i dostrzegła dołeczek w jednym z ich kątów. A kiedy się wreszcie odezwał, raczej wyczuła, niż usłyszała, jego głos, całkiem jakby ktoś przesunął palcami po włoskach na jej karku. Głos był miękki, bardzo miękki. Ale jakoś dziwnie pozbawiony łagodności.

– Ach, tak? A więc przybyła pani do Pennyroyal Green, lady Wareham, żeby podjąć wyzwanie?

Spojrzała mu w oczy.

Odwzajemnił to spojrzenie.

I ku swemu zdumieniu poczuła, że kark i ramiona zaczynają ją palić i że z trudem oddycha. Przyszło jej na myśl, że nigdy jeszcze nie spotkała mężczyzny, który byłby równie… powściągliwy. Tak. To było właściwe słowo. Kryło się w nim coś, co nakazywało mu samokontrolę. I cokolwiek to było, kimkolwiek on był, przyciągał ją ku sobie, tak jak ziemia przyciąga i wchłania wodę. Było to coś silniejszego od niej, a całe jej życie zależało od tego, by właśnie ona była silniejsza od wszystkiego.

Odwróciła się raptownie i nabrała głęboko tchu w nadziei, że rozjaśni się jej w głowie, lecz zdradzieckie powietrze przeobraziło się chyba w wino lub coś do wina podobnego i jej myśli chwiały się jak pijani bogaci spadkobiercy w domu gry.

Przecież to tylko pastor, upomniała siebie. Zaskoczył ją w rzadkiej chwili słabości związanej z bolesnym epizodem w jej życiu. I tyle. A ona czuła się akurat bardzo znużona. Mimo wszystko drzemkę w kościele trudno uznać za odpoczynek.

Otuliła się szczelnie pelisą i spojrzała na unieruchomiony powóz, marszcząc brwi. Gdzież u licha jest Henny?

– Zdaje się, że jeden z moich koni zgubił podkowę – powiedziała wreszcie, głosem słabszym, niżby chciała.

Ciekawa była, czy rozczarował się co do niej.

Zaczął się jej przyglądać tak uważnie, jakby liczył włoski w jej rzęsach.

– Zauważyłem to – powiedział po chwili dość swobodnym tonem. – Szedłem właśnie do jednego z parafian, kiedy zobaczyłem, że pani powóz się zatrzymał. Ale że nie trzeba się dłużej bać zbójców na tej drodze, bo Jednooki William przestał już grasować w tych stronach kilkadziesiąt lat temu, a także dlatego, że nie jest to wcale najbardziej malownicza część Sussex, zacząłem się obawiać, że zdarzył się jakiś niefortunny wypadek.

Jednooki William? Czy on żartuje?

Milczała.

– Czy mogę pomówić z pani stangretem?

Gdy nie odpowiadała, bo nie mogła wykrztusić ani słowa, odwrócił się. Usłyszała, jak najpierw zrobił jeden krok, potem drugi i, nie wiedzieć czemu, odgłos jego kroków mówił jej, że przegrała.

– Pastorze Sylvaine…

Zatrzymał się, odwrócił ku niej, pytająco uniósł brwi.

Odzyskałaby siłę, odwołując się do tego, co jej tę siłę dawało.

– Proszę mi wybaczyć. Obawiam się, że zapomniałam przy panu o manierach i… Widzi pan, nigdy wcześniej nie poznałam bliżej żadnego pastora, a sądzę, że to ciekawa i ważna funkcja. Proszę, niech mi pan powie, jak się zostaje pastorem?

Wiedziała chyba lepiej niż jakakolwiek kobieta w Anglii, czym najłatwiej rozbroić mężczyznę, obojętne, czy jest to sekretarz stanu, król angielski czy węglarz. Pochlebstwem wraz z flirtem i aluzjami.

Ku jej zaskoczeniu pastor Sylvaine wyraźnie, wręcz komicznie, nabrał czujności.

– Przekonałem się, że najlepszym sposobem jest pokrewieństwo z rodziną, której zawdzięcza się tę posadę – odparł z nutką ironii.

I nie powiedział nic więcej.

– Czy trzeba mieć charakter bez skazy i być wolnym od wszelkich wad? – Złożyła skromnie ręce na piersi i rzuciła mu spod rzęs spojrzenie z precyzją godną strzelca wyborowego.

Pastor popatrzył na jej dłonie tak, jakby trzymała w nich odbezpieczony pistolet. A potem z wolna przeniósł wzrok na jej twarz.

Zawahał się.

– Przypuszczam, że zależy to od tego, jak ktoś rozumie słowo „wady”.

Zdanie to było istnym majstersztykiem ostrożności.

Przymknął oczy, nieprzeniknione jak puste niebo. Jej własne zaś, czego była całkiem pewna, dzięki ich barwie, gęstym ciemnym rzęsom, kątowi padania światła i szczerej chęci zauroczenia go, błyszczały i migotały.

– Czyżby ma pan jakieś wady, pastorze Sylvaine?

Jej ton zdawał się sugerować, że szczerze by tego pragnęła, że okazałaby mu wyrozumiałość i wybaczyła, uważając je mimo to za fascynujące, i że jej własne wady byłyby ich miłym dopełnieniem.

Pastor nagle zesztywniał jak zaciśnięta pięść.

A potem mała zmarszczka pojawiła się między jego oczami.

Niestety, ten wyraz twarzy w najmniejszym stopniu nie oznaczał zauroczenia.

– Z pewnością nie mam żadnej, która mogłaby panią zainteresować. – Powiedział to uprzejmie, spoglądając na drogę, gdzie najwyraźniej wzywały go obowiązki. Tak jakby był… znudzony.

Oniemiała.

– Uważam, że najbezpieczniej byłoby pójść ścieżką wzdłuż tych zarośli, lady Wareham, lecz zapewne nie powinna pani się zapuszczać zbyt daleko bez znajomości terenu. Czy nie wolałaby pani poczekać wewnątrz powozu, chroniącego przed zimnem?

Wiedziała, kiedy ją zbywano. Duma i zdumienie uchroniły ją wszakże od ostrej odpowiedzi.

– Ma pan na myśli bezpieczeństwo swoich wiernych? – zdołała spytać niemal lekceważąco. Głos jej jednak brzmiał słabo, tak bardzo urażono jej dumę.

Uśmiechnął się uprzejmie.

– I moje powinności jako dżentelmena – rzekł znów z tą szczególną, pełną rezerwy uprzejmością. – Przepraszam, że panią przestraszyłem. Nie było to moim zamiarem.

Ku jej przerażeniu znów poczuła, że się czerwieni.

– Moja służąca jest niedaleko – odparła krótko, usiłując ukryć zakłopotanie. – A o zimno nie dbam.

– Chciałbym się tylko przekonać, czy nie mógłbym w czymś pomóc pani stangretowi.

Gdy nie odpowiedziała, złożył jej elegancki ukłon i się odwrócił. Stała bez ruchu, patrząc, jak wita się ze stangretem i lokajem, a tamci z zapałem oddają pozdrowienie. Trzy męskie głowy zbliżyły się do siebie – upudrowana lokaja, goła stangreta i jasnowłosa pastora – w prowadzonej półgłosem rozmowie. Podczas gdy stangret ostrożnie przytrzymywał koniowi łeb, pastor nachylił się, uniósł nogę zwierzęcia i obejrzał kopyto. Evie ze zdumieniem ujrzała, że zdejmuje halsztuk i delikatnym, wręcz czułym ruchem owija nim końskie kopyto, ku jawnej aprobacie jej służby.

Potem zaś pomachał jej dłonią na pożegnanie i odszedł bez wątpienia tam, gdzie się przedtem wybierał. Bez halsztuka.

Patrzyła w ślad za nim.

Usłyszała sapanie Henny, nim jeszcze ją ujrzała, po czym służąca wyłoniła się zza pagórka, unosząc spódnice i ukazując dobre kilka cali tęgich łydek okrytych, jak należy, grubymi wełnianymi pończochami, zwisającymi w obwarzankach.

– Nikt nie odpowiadał na moje pukanie do drzwi, milady.

Henny opuściła spódnice i zastygła bez ruchu na widok twarzy swojej pani. Spojrzała na nią ze zdumieniem, przekrzywiając wielką głowę na bok, a potem osłoniła dłonią oczy, widząc, jak Adam Sylvaine oddala się długimi krokami, po żołniersku wyprostowany.

Obydwie patrzyły w ślad za nim bez słowa.

Dostatecznie długo, by zaczęło to być śmieszne.

Nie odwrócił się ani razu.

– Kawał chłopa – powiedziała w końcu Henny. Jakby to nie było oczywiste!

– Wiejskie powietrze uderzyło ci do głowy – syknęła Evie i z uniesioną wysoko głową poszła w stronę powozu. Henny następowała jej na pięty, nie przestając sapać.

– Posłuchaj mnie, Evie. Masz się za kobietę światową, wielką panią, która zna się na mężczyznach. Ale jak jest za dużo kwiatków w ogródku, to wszystkie zaczynają pachnieć tak samo, no nie? Jednego od drugiego nie odróżnisz. A ja ci powiadam, ten jest lepszy od innych.

– Dlatego że jest pastorem? Na miłość boską, Henny – rzekła Evie ze znużeniem – przecież to… tylko mężczyzna.

Łatwiej jej było posłużyć się słowem „tylko”, mówiąc o Adamie Sylvainie, kiedy nie stał tak blisko niej, że mogła dostrzec różne odcienie jego włosów.

– Pod ubraniem wszyscy zawsze są tacy sami. Nieważne, czy wyglądają jak anioły, czy jak maszkarony. Ja tam nie mówię, że on jest święty czy dobry, ale że lepszy – upierała się Henny, z nieznośną, pełną wyższości miną, którą lubiła przybierać, kiedy nie mogła znieść czyichś argumentów.

Słowo „lepszy” z jakiegoś powodu uraziło Evie dotkliwie. Tak jakby sama straciła nadzieję, że jest lepsza od innych. Postarało się o to samo życie, które już od dawna nabrało własnego rozpędu. Niczego jednak nie żałowała. Żal oznaczałby, że mogła dokonać innych wyborów, a ona wcale nie była pewna, czy miała jakiś wybór. Niewątpliwie uważałaby swoje życie za triumf planowania, póki ostatnie wypadki nie sprawiły, że rozleciało się jak bilardowe kule po uderzeniu kijem.