Wyznania gejszy - Arthur Golden - ebook + audiobook
Opis

Młoda japońska dziewczyna zostaje sławną gejszą i przeżywa wielką miłość. Jej niezwykła opowieść, pełna humoru, patosu i niezapomnianych charakterów, to głośny literacki debiut amerykańskiego pisarza, bogaty w wiedzę historyczną i obyczajową. Filmową adaptację książki, fenomenu wydawniczego ostatnich lat, przygotował Steven Spielberg.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 640

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 17 godz. 44 min

Lektor: Maria Peszek

Popularność


O książce

Młoda japońska dziewczyna zostaje sławną gejszą i przeżywa wielką miłość. Inspiracją do spisania jej niezwykłej opowieści, pełnej humoru i niezapomnianych postaci, było życie najbardziej znanej współczesnej gejszy – Mineko Iwasaki. Powieść Wyznania gejszy, głośny literacki debiut amerykańskiego pisarza, należy do największych światowych bestsellerów przełomu XX i XXI wieku. Zrealizowana z rozmachem filmowa wersja książki w reżyserii Roba Marshalla z Ziyi Zhang w roli tytułowej zdobyła trzy Oscary i stała się jednym z najchętniej oglądanych obrazów ostatnich lat.

Opowieść Sayuri, córki prostego rybaka, zaczyna się w 1929 roku, gdy jako dziewięcioletnia dziewczynka zostaje sprzedana przez ojca do renomowanej szkoły gejsz w Kioto. Jej starsza siostra Satsu trafia do burdelu. Oczami Sayuri śledzimy jej edukację jako gejszy: naukę tańca, muzyki, noszenia kimona, sztuki nakładania makijażu i układania włosów, nalewania sake. Obserwujemy niezwykły świat, gdzie dziewictwo dziewczyny jest towarem sprzedawanym na licytacji temu, który zaoferuje najwięcej; świat, w którym kobiety są szkolone w sztuce uwodzenia bogatych i wpływowych mężczyzn, a miłość uchodzi za iluzję.

ARTHUR GOLDEN(ur. 1956, Chattanooga, USA)

Absolwent Harvardu, Uniwersytetu Columbia i Uniwersytetu Bostońskiego. Posiada dyplomy z historii sztuki i historii Japonii oraz literatury angielskiej, zna język chiński. Przez kilka lat pracował w Pekinie i Tokio. Obecnie mieszka w USA. Debiutancka powieść Goldena Wyznania gejszy (1997), efekt dziesięciu lat pracy, odniosła ogromny sukces komercyjny w USA i innych krajach, także w Polsce. Przez ponad dwa lata utrzymywała się w czołówce światowych list bestsellerów. W 2005 na ekrany kin weszła wyreżyserowana przez Roba Marshalla („Chicago”) ekranizacja książki. Główne role kobiece zagrały najpopularniejsze chińskie aktorki – Ziyi Zhang, Michelle Yeoh i Gong Li.

Tytuł oryginału:MEMOIRS OF A GEISHA

Copyright © Arthur Golden 1997All rights reserved

Published by arrangement with Alfred A. Knopf, Inc., New York, U.S.A.

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2014

Polish translation copyright © Monika Nowakowska 2008

Redakcja: Barbara Nowak

Zdjęcie na okładce z filmu Roba Marshalla Wyznania gejszy: Gamma/BE & W

Projekt graficzny okładki: Andrzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7985-112-6

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDZRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: 88em

Mojej żonie Trudyoraz moim dzieciom, Haysowi i Tess

OD TŁUMACZAWERSJI ANGIELSKIEJ

Pewnego wiosennego wieczora tysiąc dziewięćset trzydziestego szóstego roku, kiedy miałem czternaście lat, ojciec zabrał mnie na pokaz tradycyjnych tańców w Kioto. Zapamiętałem z tego tylko dwie rzeczy. Pierwszą było to, że publiczność poza nami składała się z samych Japończyków; przybyliśmy z Holandii parę tygodni wcześniej i jeszcze nie przywykłem do izolacji kulturowej. Druga rzecz polegała na tym, że po wielu ciężkich miesiącach nauki japońskiego bez trudu — i z radością — rozumiałem strzępy przypadkowo słyszanych rozmów. Młodych tancerek na scenie nie pamiętam; wiem tylko, że nosiły różnobarwne kimona. W najśmielszych snach nie przypuszczałem, że pół wieku później w Nowym Jorku jedna z nich stanie się moją dobrą przyjaciółką i podyktuje mi swoje nadzwyczajne wspomnienia.

Jako historyk zawsze doceniałem niezwykłą wartość pamiętników. Wiedza w nich zawarta mówi nie tyle o autorze, ile o świecie, w którym żył pamiętnikarz. Bardzo się różnią od biografii, gdyż brak w nich narzuconej z góry perspektywy. Tak zwana zaś autobiografia — o ile w ogóle istnieje — przypomina nakaz dany królikowi, by opisał swój wygląd podczas kicania po trawie. Jakże on ma to zrobić? Z drugiej strony, jeżeli chcemy usłyszeć o łące, nie znajdziemy lepszego eksperta — pod warunkiem że zakarbujemy sobie, iż nie nam postrzegać te wszystkie rzeczy, z jakimi królik obcuje na co dzień.

Mówię to z przekonaniem naukowca, który niejednego dokonał, z zachowaniem podobnych zasad. A jednak muszę przyznać, że wspomnienia drogiej Nitty Sayuri skłoniły mnie do przemyśleń. Tak… Odsłoniła przed nami część własnego magicznego świata — króliczej łąki, jeśli kto woli. Trudno chyba znaleźć lepszy opis osobliwego życia gejszy, niźli ten, sporządzony przez Sayuri. Przy okazji dała nam pełniejszy, lepszy i o wiele dokładniejszy wizerunek siebie; lepszy niż traktujący o jej losach długi rozdział w książce Błyszczące klejnoty Japonii i reportaże, jakich się namnożyło przez lata. Wygląda na to, że w tym szczególnym wypadku nikt nie poznał pamiętnikarza lepiej aniżeli sam pamiętnikarz.

Sayuri doszła do sławy głównie za sprawą przypadku. Inne kobiety żyły podobnym życiem. Ot, choćby słynna Kato Yuki — gejsza, która w początkach wieku podbiła serce George’a Morgana, bratanka J. Pierponta, i stała się jego „żoną na wygnaniu”. Jej los w dużym stopniu był ciekawszy niż dzieje Sayuri. Ale tylko Sayuri w tak rzetelny sposób udokumentowała swą sagę. Przez pewien czas sądziłem, że miała nieco szczęścia. Gdyby została w Japonii, zabrakłoby jej czasu, by pomyśleć o pamiętnikach. Traf sprawił, że w pięćdziesiątym szóstym wyemigrowała do Stanów. Przez czterdzieści lat mieszkała w nowojorskim Waldorf Towers, w gustownie urządzonym po japońsku apartamencie na trzydziestym drugim piętrze. Nawet wówczas jej życie gnało w oszałamiającym tempie. Przez pokój przewinęła się cała plejada gości: artyści, myśliciele, biznesmeni, a nawet kilku ministrów i jeden czy dwóch gangsterów. Poznałem ją przez kolegę, w osiemdziesiątym piątym. Jako badacz Japonii już wcześniej słyszałem jej imię, lecz prawie nic nie wiedziałem o niej samej. Z biegiem czasu połączyły nas mocne więzi przyjaźni. Ufała mi. Kiedyś wreszcie spytałem, czy nigdy nie myślała o spisaniu swych wspomnień.

— Moim zdaniem, mógłbyś to sam zrobić, Jakob-san — odpowiedziała.

I tak się stało. Sayuri jasno dała mi do zrozumienia, że woli dyktować, niż pisać, gdyż, jak wyjaśniła, przez całe życie przywykła do długich, osobistych rozmów. Sama jedna w pokoju nie wiedziałaby nawet, jak zacząć. Przystałem na jej propozycję i manuskrypt niniejszej książki powstał w ciągu półtora roku. Do tej pory nie zdawałem sobie sprawy, z jakim trudem przyjdzie mi przetłumaczyć wszelkie niuanse dialektu używanego w Kioto — gdzie gejsze mówią o sobie „geiko”, a kimono czasami nosi nazwę „obebe”. Z drugiej strony, od początku zauroczył mnie świat Sayuri. Jeśli nie liczyć kilku sporadycznych przypadków, spotykaliśmy się wieczorami, gdyż jej umysł — po latach przyzwyczajeń — właśnie wówczas działał najsprawniej. Zwykle pracowaliśmy w Waldorf Towers, chociaż czasem zapraszała mnie do osobnego pokoju w japońskiej restauracji przy Park Avenue. Wszyscy ją tam dobrze znali. Jedna sesja trwała od dwóch do trzech godzin. I choć za każdym razem nagrywałem całą rozmowę, zawsze towarzyszyła nam sekretarka, pilnie zapisująca słowa Sayuri. Ona zaś nigdy nie mówiła do niej, ani do mikrofonu. Zwracała się wyłącznie do mnie. To ja pomagałem jej zebrać myśli, gdy miewała kłopoty z narracją. Stanowiłem fundament naszego przedsięwzięcia i byłem święcie przekonany, że ta książka by nie powstała, gdybym nie zdobył pełnego zaufania autorki. Dziś myślę o tym trochę inaczej. Owszem, odegrałem rolę powiernika Sayuri, ale to ona od dawna czekała na właściwego kandydata.

To sprowadza nas do podstawowego pytania, które brzmi: dlaczego Sayuri chciała opowiedzieć o sobie? Gejsza nikomu nie ślubuje tajemnicy, lecz jej całe życie upływa w cieniu starej japońskiej zasady, że nie należy łączyć porannych, oficjalnych zdarzeń i wieczornych przygód za zamkniętymi drzwiami. Gejsza na ogół nie rozprawia o swoich doświadczeniach. Jak jej poślednia siostra, prostytutka, zbyt dużo wie o zwyczajach niektórych osób. O tym, że ten lub inny dygnitarz lubi ściągnąć spodnie jak zwykły śmiertelnik. Gwoli prawdy należy wspomnieć, że „motyle nocy” traktują to jako dowód wielkiego zaufania, a ta, która zdradzi, staje pod pręgieżem opinii publicznej. Sayuri była w szczególnej sytuacji, gdyż nikt w Japonii nie miał już nad nią władzy. Dawno zerwała więzy z ojczyzną. To po części wyjaśnia, dlaczego nie czuła się zobowiązana do milczenia, chociaż w dalszym ciągu nie wiemy, z jakich właściwie powodów zdecydowała się mówić. Bałem się poruszyć ten temat. Bałem się, że po zastanowieniu nabierze większych skrupułów i nie skończy pracy nad pamiętnikiem. Wahałem się nawet wówczas, gdy zamknęliśmy ostatni rozdział rękopisu. Dopiero kiedy nadeszła zaliczka z wydawnictwa, wróciła mi odwaga i ośmieliłem się spytać:

— Sayuri, co sprawiło, że postanowiłaś opisać swoje życie?

— A co miałam innego do roboty? — odpowiedziała.

Czytelniku, sam osądź, czy mówiła prawdę.

Chociaż bardzo chciała, by pamiętniki ujrzały światło dzienne, publikację obwarowała kilkoma zastrzeżeniami. Maszynopis miał trafić do druku dopiero po jej śmierci i śmierci kilku ludzi, którzy odegrali ważką rolę w jej życiu. Los sprawił, że wszyscy odeszli przed nią. Nie chciała, by ktokolwiek zaznał krzywdy z powodu jej wynurzeń. Tam, gdzie było to możliwe, podawałem prawdziwe nazwiska, choć Sayuri, wedle powszechnie przyjętych zasad postępowania gejszy, o niektórych klientach mówiła w sposób opisowy, skrywając ich tożsamość za starannie dobranymi przydomkami. Gdy we wspomnieniach na przykład pojawia się Pan Śnieżyca — łatwy do zapamiętania ze względu na łupież — nie należy sądzić, że intencją autorki była zwykła chęć zabawienia czytelników.

Kiedy na początku pracy spytałem, czy mogę korzystać z magnetofonu, kierowały mną czysto praktyczne względy. Chciałem w miarę potrzeb poprawiać błędy sekretarki. Po śmierci Sayuri — co nastąpiło w zeszłym roku — doszedłem do wniosku, że chodziło mi chyba o coś więcej: o zachowanie jej głosu nacechowanego rzadko słyszalną ekspresją. Zwykle mówiła cicho, jak przystało kobiecie, której głównym zadaniem było zabawianie mężczyzn. Gdy jednak chciała lepiej opisać mi jakąś scenę, sprawiała, że słuchając jej, miałem nieodparte wrażenie, iż poza mną w pokoju jest sześć lub osiem innych osób. Nieraz wieczorami wracam do tych nagrań w zaciszu mego gabinetu i strasznie trudno mi uwierzyć, że już nie ma jej wśród żywych.

profesor Jakob HaarhuisInstytut Historii JaponiiUniwersytet w Nowym Jorku

ROZDZIAŁPIERWSZY

Wyobraź sobie, że siedzimy w cichym pokoju wychodzącym na ogród i gawędzimy o dawnych sprawach przy czarce zielonej herbaty. Powiedziałam do ciebie:

— Właśnie wtedy, gdy poznałam tamtego człowieka… był to dla mnie najlepszy i zarazem najgorszy dzień w życiu.

Powinieneś wówczas odstawić czarkę i spytać:

— Jak to? Najlepszy czy najgorszy? Przecież nie da się tego pogodzić.

Pewnie bym się roześmiała i przyznała ci rację. Sęk w tym, że gdy poznałam pana Tanakę Ichiro, naprawdę było to najlepsze i najgorsze zdarzenie w moim życiu. Zafascynował mnie tak bardzo, że nawet woń ryb na jego rękach wydawała mi się zapachem perfum. Gdybym go nie spotkała, na pewno nie zostałabym gejszą.

Nie urodziłam się i nie dorastałam na gejszę. Nawet nie pochodzę z Kioto. Jestem córką rybaka z małej wioski Yoroido nad brzegiem Morza Japońskiego. Do tej pory zaledwie kilka osób słyszało ode mnie o Yoroido, o domu, w którym się wychowałam, o moim ojcu, matce i o starszej siostrze. Nie opowiadałam o tym, jak zostałam gejszą ani o moich dalszych doświadczeniach. Wielu ludzi wciąż wierzy, że moja matka i babka też były gejszami, i że uczyłam się tańczyć od chwili, kiedy mnie odstawiono od piersi. Prawdę mówiąc, przed laty jeden z moich klientów napomknął przy czarce sake, że tydzień wcześniej przejeżdżał przez Yoroido. Poczułam się niczym ptak, który po długim locie przez ocean spotkał znajomka z sąsiedniego gniazda. Byłam tak zaskoczona, że nie mogłam powstrzymać okrzyku.

— Yoroido? To przecież moje rodzinne strony!

Biedaczysko! Twarz jego wyrażała całą gamę uczuć. Próbował się uśmiechnąć, ale tylko wykrzywił usta w przedziwnym grymasie, gdyż nie potrafił ukryć konsternacji.

— Yoroido? — wykrztusił. — Chyba nie mówisz poważnie?

O wiele wcześniej wypracowałam pożyteczny uśmiech, nazywany przeze mnie „uśmiechem no”, ponieważ przypominał zastygłą teatralną maskę. Miał tę zaletę, że mężczyźni rozumieli go, jak chcieli. Nie powinno cię zatem dziwić, że korzystałam zeń nader często. Tym razem też się uśmiechnęłam, rzecz jasna, z właściwym skutkiem. Klient westchnął głęboko, wychylił czarkę do dna i wybuchnął gromkim śmiechem, w którym przebijała wyraźna ulga.

— Co za pomysł! — zawołał, nie tłumiąc wesołości. — Miałabyś pochodzić z tak nędznej dziury? To jakby parzyć herbatę w wiadrze! — Śmiał się. — Wiem, co mnie w tobie pociąga, Sayuri-san. Sprawiasz, że czasem wierzę w twoje niewinne żarty.

Nie spodobało mi się porównanie do herbaty parzonej w wiadrze, ale przyznałam w duchu, że po części miał rację. Cóż z tego, że dorastałam w Yoroido? Nie było to najpiękniejsze miejsce. Rzadko kto tam zaglądał. Nikt z mieszkańców nie miał okazji do wyjazdu. Zastanawiasz się pewnie, w jaki sposób ja tego dokonałam. Tu właśnie rozpoczyna się moja historia.

Chatkę, w której mieszkałam w rybackiej wiosce Yoroido, nazywałam „trzęsichatką”. Stała na krawędzi klifu, wystawiona na ciągłe wiatry, wiejące od oceanu. Gdy byłam mała, wydawało mi się, że ocean cierpi na chroniczny katar: zawsze dyszał i pociągał nosem, a czasami okropnie kichał — wówczas z podmuchem wichru spadał na nas deszcz piany. Dom czuł się obrażony, że ktoś dmucha mu prosto w twarz, i odchylił się do tyłu, żeby być jak najdalej. Pewnie by się przewrócił, gdyby mój ojciec nie podtrzymał go grubą belką, wyjętą z wraka łodzi. Stał więc w dalszym ciągu, wsparty niczym starzec na lasce.

Życie w trzęsichatce układało mi się koślawo. Od najmłodszych lat byłam podobna do matki, mniej do ojca i do starszej siostry. Matka twierdziła, że ulepiono nas z tej samej gliny. Przede wszystkim miałam jej oczy — dziwne, niemal nieznane w Japonii. Nie były ciemnopiwne, jak u innych mieszkańców wioski, ale przezroczyście szare. Jako mała dziewczynka myślałam nawet, że ktoś je przedziurawił i wysączył tusz. Matka śmiała się, kiedy jej o tym powiedziałam. Zdaniem wróżbitów miała szare oczy, gdyż było w niej zbyt wiele wody — dużo więcej niż pozostałych czterech żywiołów — i przez to cierpiał jej wygląd. Wioskowi powiadali, że w zasadzie powinna była odziedziczyć urodę po rodzicach. Cóż, brzoskwinia smakuje świetnie, grzyb także, lecz nie można ich z sobą łączyć. W ten sam sposób natura okrutnie zadrwiła z matki, dając jej pełne usta babki i mocno zarysowaną szczękę dziadka. Wyglądało to jak delikatny obraz zamknięty w ciężkich i kanciastych ramach. A piękne szare oczy ginęły wśród gęstych rzęs, zniewalających u mężczyzny, lecz u kobiety po prostu śmiesznych.

Matka twierdziła zawsze, że poślubiła ojca, gdyż nosił w sobie tyle drewna, ile ona wody. Ludzie, którzy go znali, wiedzieli, że to prawda. Woda szybko przepływa z miejsca na miejsce i zawsze znajdzie szczelinę, by przemknąć na drugą stronę. Drzewo, wprost przeciwnie, mocno tkwi korzeniami w ziemi. W wypadku ojca miało to swoje znaczenie, gdyż był rybakiem, a człowiek o charakterze drzewa nie boi się morza. Szczerze mówiąc, ojciec uwielbiał morze i tak naprawdę nigdy się od niego nie oddalał. Pachniał słoną wodą nawet po kąpieli. Kiedy nie łowił, siadał na podłodze w mrocznej głównej izbie i naprawiał postrzępione sieci. Ruchy miał tak oszczędne, że gdyby sieć była śpiącym stworzeniem, nie zdołałaby się obudzić. Wszystko robił powoli. Gdy coś go zaskoczyło, mogłam wybiec na dwór, wylać wodę z miski i wrócić, zanim zdążył zrobić zdziwioną minę. Twarz miał pokrytą gęstą siecią zmarszczek, a zza każdej z nich wyzierało inne zmartwienie. To w zasadzie nie była twarz, lecz drzewo pełne gniazd na każdej gałęzi. Ojciec wciąż próbował panować nad sobą i przez to wyglądał na wiecznie zmęczonego.

Kiedy miałam sześć lub siedem lat, dowiedziałam się o nim czegoś, o czym wcześniej nie miałam pojęcia. Pewnego dnia zapytałam:

— Tato, dlaczego jesteś taki stary?

Zmarszczył brwi, tak że zmieniły się w dwie małe, smętne parasolki nad oczami. Potem westchnął długo i pokręcił głową.

— Nie wiem — odpowiedział.

Popatrzyłam na matkę. Rzuciła mi krótkie spojrzenie, oznaczające „porozmawiamy potem”. Następnego dnia bez słowa zaprowadziła mnie za wioskę, na wzgórze, i skręciła na ścieżkę wiodącą na cmentarz. Wskazała mi trzy groby, każdy zwieńczony dużo wyższą ode mnie białą tyczką. Na tyczkach widniały smutne czarne znaki, których nie umiałam odczytać, gdyż za krótko chodziłam do wioskowej szkoły, by wiedzieć, gdzie się kończy jeden hieroglif, a gdzie zaczyna drugi. Matka wyciągnęła rękę i przeczytała:

— „Natsu, żona Sakamoty Minoru”. — Mój ojciec nazywał się Sakamoto Minoru. — „Zmarła w wieku dwudziestu czterech lat, w dziewiętnastym roku ery Meiji”.

Potem wskazała na następną mogiłę.

— „Jinichiro, syn Sakamoty Minoru, zmarł w wieku sześciu lat, w dziewiętnastym roku ery Meiji”.

Ostatni napis brzmiał tak samo, z wyjątkiem imienia — Masao — i wieku — trzech lat. Chwilę trwało, zanim zrozumiałam, że mój ojciec był już kiedyś żonaty i że stracił całą rodzinę. Jakiś czas później wróciłam na cmentarz i odkryłam, że smutek potrafi ciążyć. Wydawało mi się, że ważę dwukrotnie więcej, jakby groby ciągnęły mnie do siebie.

Jak widać, drewno z wodą współżyły nie najgorzej i spłodziły potomstwo o właściwej relacji żywiołów. I chyba nikt się nie spodziewał, że każde z nich dostanie po jednym dziecku. Ja przypominałam matkę i nawet odziedziczyłam jej niezwykłe oczy, za to moja siostra Satsu jako żywo była podobna do ojca. Starsza ode mnie o sześć lat, robiła wszystko, czego ja nie mogłam. Kłopot w tym, że kiedy już się czegoś tknęła, wychodziło jej to niemal przypadkowo. Jeśli ktoś ją prosił, by nalała zupy ze stojącego na ogniu garnka, zupa cudem trafiała do misek. Pamiętam, jak pewnego razu pokroiła się rybą. Nie, nie nożem do oprawiania, ale właśnie rybą. Niosła ją ze wzgórza, zawiniętą w papier. Ryba wypadła i przedziwnym trafem ostrą płetwą skaleczyła siostrę w nogę.

Poza mną i Satsu rodzice mogli mieć więcej dzieci, zwłaszcza że ojciec wyczekiwał syna, zdolnego pływać z nim na połowy. Niestety gdy miałam siedem lat, matka ciężko zachorowała. Prawdopodobnie na raka kości. Wówczas nie zdawałam sobie najmniejszej sprawy z jej poważnego stanu. Sen był dla niej jedyną ucieczką przed cierpieniem, więc zachowywała się jak kotka — całymi dniami spała. Po kilku miesiącach zaczynała jęczeć zaraz po przebudzeniu. Wyczuwałam, że coś się z nią dzieje, ale przecież woda jest zmienna, więc się nie przejmowałam. Czasami szybko chudła, potem — nie mniej prędko — odzyskiwała nadwątlone siły. Zanim skończyłam dziewięć lat, zmizerniała tak, że kości twarzy przebijały jej przez policzki. Nigdy więcej nie przybrała na wadze. Nie wiedziałam, że to choroba wysysa z niej całą wodę. Jak morszczyn, zazwyczaj wilgotny i gruby, po wyschnięciu zmienia się w szeleszczący wiecheć, tak i matka z dnia na dzień traciła swą esencję.

Pewnego dnia, gdy siedziałam na klepisku w mrocznej frontowej izbie i ćwierkałam coś do złapanego rano świerszcza, zza drzwi dobiegło wołanie:

— Oi! Otwórzcie! Tu doktor Miura!

Doktor Miura raz w tygodniu odwiedzał naszą wioskę i zawsze wspinał się na wzgórze, żeby zbadać moją matkę. Robił tak od początku jej choroby. Ojciec tym razem też był w domu, gdyż zbliżała się potworna burza. Jak zwykle kucał w ulubionym miejscu i długimi, pajęczymi dłońmi gmerał w poplątanej sieci. Na chwilę skierował wzrok na mnie i uniósł palec. Znaczyło to, że mam otworzyć.

Doktor Miura był bardzo ważnym człowiekiem. Tak przynajmniej sądziliśmy w wiosce. Studiował w Tokio i podobno znał więcej chińskich znaków niż ktokolwiek inny. Duma nie pozwalała mu patrzeć na stworzenia w rodzaju małych dziewczynek. Gdy odsunęłam drzwi, zdjął buty i minął mnie bez słowa.

— Och, Sakamoto-san… — odezwał się do ojca. — Chciałbym żyć pana życiem. Całymi dniami na morzu… Przecudownie! A w sztormowe dni odpoczynek. Widzę, że żona śpi — ciągnął. — Szkoda… Myślałem, że ją zbadam.

— Tak? — mruknął ojciec.

— Chodzi o to, że za tydzień nie przyjdę. Mógłby ją pan obudzić?

Chwilę trwało, nim ojciec uwolnił ręce z sieci, lecz w końcu zdołał się podźwignąć.

— Chiyo-chan, poczęstuj pana doktora herbatą — powiedział do mnie.

Miałam wówczas na imię Chiyo. Dopiero później stałam się Sayuri, już jako gejsza.

Ojciec zabrał lekarza do przyległej alkowy, gdzie spała matka. Próbowałam podsłuchiwać pod drzwiami, lecz słyszałam tylko jej jęki i ani słowa z rozmowy. Zaparzyłam herbatę. Wreszcie lekarz wyszedł; zacierał dłonie i miał bardzo poważną minę. Ojciec też wrócił i obaj siedli przy stole pośrodku izby.

— Najwyższa pora, bym panu coś powiedział, Sakamoto-san — oświadczył doktor Miura. — Niechże pan porozmawia z kobietami z wioski. Na przykład z panią Sugi. Bez wątpienia uszyje żonie coś nowego.

— Nie mam pieniędzy, panie doktorze — odparł ojciec.

— Wszystkim nam się źle wiedzie ostatnimi czasy. Rozumiem pana, ale z drugiej strony, musi pan chociaż trochę pomyśleć o żonie. Nie powinna umierać w łachmanach.

— Więc wkrótce umrze?

— Najwyżej za parę tygodni. Okropnie cierpi. Śmierć będzie dla niej ukojeniem.

Nie słyszałam dalszego ciągu. W uszach brzmiał mi donośny łopot skrzydeł przerażonego ptaka. A może było to moje serce? Nie wiem. Widziałeś kiedyś, jak ptak uwięziony w wielkiej świątyni szaleńczo poszukuje wyjścia? Tak właśnie błądził mój umysł. Nigdy przedtem nie przyszło mi do głowy, że matka nie wyzdrowieje. Nie twierdzę, że nie myślałam o jej śmierci. Myślałam — i to w ten sam sposób, jak o trzęsieniu ziemi niszczącym trzęsichatkę. Dla mnie ów kataklizm wyznaczał kres życia.

— Sądziłem, że umrę pierwszy — powiedział ojciec.

— Wprawdzie jest pan już stary, Sakamoto-san, lecz ma pan końskie zdrowie. Pociągnie pan co najmniej cztery lata. Zostawię żonie zapas pigułek. Jeśli zajdzie potrzeba, niech bierze dwie naraz.

Przez jakiś czas rozmawiali o lekarstwach, potem doktor Miura pożegnał się i poszedł. Ojciec przez długą chwilę siedział tyłem do mnie. Milczał. Był bez koszuli; miał na sobie jedynie pomarszczoną skórę. Im dłużej patrzyłam na niego, tym bardziej zdawał mi się przedziwnym zlepkiem kształtów i cieni. Kręgosłup miał jak gruzłowatą linę. Jego głowa, pełna różnobarwnych plam, przypominała poobijany owoc. Ręce były patykami, owiniętymi w starą irchę i zwisającymi z dwóch guzów. Co mnie czekało przy nim po zgonie matki? Nie chciałam rozstania, a mimo to wiedziałam, że z nim czy bez niego dom będzie jednakowo pusty.

Wreszcie ojciec wyszeptał moje imię. Klęknęłam obok niego.

— Coś bardzo ważnego — mruknął.

Twarz miał smutniejszą niż zazwyczaj i toczył wkoło wzrokiem, jakby utracił władzę nad oczami. Myślałam, że się waha, jak mi powiedzieć o bliskiej śmierci matki.

— Idź do wioski — wycedził w końcu. — Przynieś kadzidła na ołtarz.

Niewielki buddyjski ołtarzyk stał na starej skrzyni w pobliżu drzwi do kuchni. Był to jedyny wartościowy przedmiot w naszej trzęsichatce. Grubo ciosany wizerunek Amidy, Buddy Zachodniego Raju, zasłaniały maleńkie czarne tabliczki z buddyjskimi imionami zmarłych przodków.

— Ale tato… to naprawdę wszystko?

Łudziłam się nadzieją, że mi odpowie, lecz tylko machnął ręką na znak, bym odeszła.

Ścieżka od naszego domu wiodła najpierw wzdłuż wybrzeża, potem skręcała w głąb lądu, do wioski. Spacer w taki dzień jak wówczas nastręczał niemało trudności, ale ja byłam nawet rada, że dokuczliwy wiatr odrywa mnie od smętnych myśli. Morze szalało, fale — potrzaskane niczym odłamki kamieni — wydawały się dość ostre, by przeciąć skórę. Miałam wrażenie, że przyroda podziela mój smutek. Czymże w końcu jest życie jak nie wiecznym sztormem, który zgarnia wszystko, co nam na chwilę dane, i zostawia na brzegu tylko nagie i poszarpane szczątki? Nigdy przedtem nie zadawałam sobie takich pytań. Usiłowałam od nich uciec. Biegłam ścieżką, aż w oddali zobaczyłam wioskę. Yoroido było maleńkie i ledwie przycupnięte na skraju zatoki. Na morzu zwykle kołysało się stadko kutrów, lecz dziś widziałam tylko kilka śpiesznie wracających łodzi. Dla mnie wyglądały zawsze niczym wodne żuki sunące po falach. Nadciągał sztorm; słyszałam jego głuchy pomruk. Łodzie w zatoce blakły i powoli znikały za zasłoną deszczu. Po chwili już ich nie było. Widziałam, jak burza wspina się w moją stronę. Pierwsze krople ulewy wydały mi się wielkie niczym przepiórcze jaja. Kilka sekund później przemokłam do nitki. Wyglądałam, jakbym wpadła do morza.

Yoroido miało tylko jedną ulicę, wiodącą wprost do frontowych drzwi Japońskiego Przedsiębiorstwa Rybołówstwa Morskiego. Wzdłuż ulicy stały dwa szeregi domów, z reguły połączonych ze sklepami. Chciałam przebiec na drugą stronę, gdzie mieścił się skład sukiennika Okady. Nagle coś się stało — jedna z tych zwykłych, małych rzeczy, okupionych niewspółmiernym skutkiem, jak przypadkowy upadek pod pociąg. Nogi uciekły spode mnie na rozmiękłej, śliskiej drodze i klapnęłam skronią o ziemię. Chyba straciłam przytomność, gdyż pamiętam tylko, że byłam otępiała i miałam w ustach okropny niesmak. Nawet próbowałam splunąć. Słyszałam czyjeś głosy, ktoś mnie odwrócił na wznak, wziął na ręce i poniósł. Wiedziałam, że weszliśmy do Japońskiego Przedsiębiorstwa Rybołówstwa Morskiego, gdyż czułam wokół siebie mocną woń łusek. Chwilę potem rozległa się seria głuchych pacnięć, gdy ktoś zgarnął kawałki ryb z drewnianego stołu. Położono mnie na oślizłym blacie. Byłam mokra, zakrwawiona, bez butów, upaprana błotem i odziana w zgrzebne wiejskie łachy. Nie wiedziałam wówczas, że nadchodzi ogromna zmiana. Błędnym wzrokiem spojrzałam prosto w twarz pana Tanaki Ichiro.

Już przedtem widywałam go w wiosce. Co prawda żył w sąsiednim mieście, ale przyjeżdżał co dzień, gdyż był właścicielem Japońskiego Przedsiębiorstwa Rybołówstwa Morskiego. Nie nosił wiejskiego stroju, lecz w odróżnieniu od rybaków ubierał się w kimono. Przypominał samuraja z obrazka. Miał gładką, napiętą jak na bębnie skórę, która na wystających kościach policzkowych błyszczała niczym przyrumieniony bok świeżo upieczonej ryby. Zawsze mnie fascynował. Gdy grałam w „zośkę” na ulicy w gromadzie innych dzieci, a on wychodził z budynku firmy, zamierałam w bezruchu, żeby mu się dokładnie przyjrzeć.

Teraz leżałam na mokrym stole, a pan Tanaka odchylił mi dolną wargę, zajrzał w usta, a potem delikatnie obmacał całą głowę. Wpatrywałam się w niego z zachwytem, więc od razu zauważył moje szare oczy. Nawet nie udawałam, że mu się nie przyglądam. On z kolei ani nie odwrócił wzroku, ani nie próbował mnie zbyć lekceważącym uśmiechem. Wyglądał tak, jakby go wcale nie obchodziło, co myślę ani gdzie patrzę. Przez chwilę po prostu gapiliśmy się na siebie. Aż mnie dreszcz przeszedł, choć w budynku panował wilgotny upał.

— Znam cię — powiedział wreszcie pan Tanaka. — Jesteś młodszą córką starego Sakamoty.

Mimo że byłam dzieckiem, wiedziałam, że postrzega świat we właściwych kształtach. W niczym nie przypominał mojego ojca. Byłam pewna, że potrafi dostrzec kroplę żywicy spływającą po pniu sosny i krąg słońca na niebie, prześwitujący przez chmury. Wyraźnie żył w tym świecie, choć nie zawsze czerpał stąd same przyjemności. Wiedziałam, że dostrzegał drzewa, błoto i dzieci na ulicy, ale nie przypuszczałam, że mógł mnie zapamiętać.

Może właśnie dlatego łzy napłynęły mi do oczu, gdy usłyszałam jego słowa.

Pan Tanaka pomógł mi usiąść. Myślałam, że każe mi odejść, ale powiedział tylko:

— Nie przełykaj krwi, dziecko. Chyba że chcesz mieć kamień w brzuchu. Na twoim miejscu splunąłbym na podłogę.

— Krew dziewczynki? — spytał ktoś z tłumu. — To gdzie przeniesiemy ryby?

Musisz bowiem wiedzieć, że rybacy są strasznie przesądni. Zwłaszcza jeśli chodzi o kobiety. Na przykład nasz wioskowy sąsiad, pan Yamamura… Pewnego ranka zobaczył własną córkę bawiącą się na pokładzie kutra. Obił ją rózgą, a łódź polał sake i kwasem tak mocnym, że porobił zacieki na burtach. Nawet to mu nie wystarczyło; sprowadził kapłana shinto, aby odprawił egzorcyzmy. Wszystko z tej przyczyny, że dziewczynka usiadła tam, gdzie łowiono ryby! A teraz pan Tanaka chciał, bym pluła krwią na podłogę przetwórni.

— Jak ktoś z was się boi, że jej ślina zmyje rybie flaki, niech zabiera połów do domu. I tak mi wystarczy.

— Tu nie chodzi o flaki, psze pana.

— Jej krew to najczystsza rzecz, jaka spłynie na tę podłogę od dnia waszych lub moich urodzin. — Pan Tanaka popatrzył na mnie. — Dalej, pluj.

Siedziałam na oślizłym stole, niepewna, co począć. Przerażała mnie myśl, że mogłabym nie posłuchać pana Tanaki, lecz z drugiej strony nie miałam odwagi splunąć. Nagle zobaczyłam, że jeden z rybaków pochylił głowę, zatkał palcem dziurkę w nosie i smarknął wprost na ziemię. Na ten widok zemdliło mnie ostatecznie i plunęłam krwią, tak jak radził mi pan Tanaka. Rybacy odeszli skrzywieni; został tylko pomocnik pana Tanaki, Sugi. Pan Tanaka kazał mu odszukać doktora Miurę.

— Nie wiem, gdzie go znaleźć — odparł Sugi, chociaż myślę, że tak naprawdę nie kwapił się z pomocą.

Powiedziałam panu Tanace, że doktor Miura przed chwilą był właśnie u nas.

— To znaczy gdzie? — spytał pan Tanaka.

— W małej trzęsichatce na skraju klifu.

— W czym? W… trzęsichatce?

— Stara chata, przegięta w bok, jakby za dużo wypiła.

Pan Tanaka nie bardzo wiedział, jak potraktować moje wyjaśnienia.

— Sugi, idź zaraz w stronę trzęsichatki Sakamotów i znajdź mi doktora Miurę. Nie sądzę, byś długo szukał. Już z daleka usłyszysz wrzaski badanych pacjentów.

Myślałam, że gdy Sugi pójdzie, pan Tanaka także powróci do pracy, ale on stał koło stołu i patrzył wprost na mnie. Czułam, że płoną mi policzki. W końcu powiedział coś mądrego.

— Masz na buzi olbrzymie jajo, mała córko Sakamotów.

Podszedł do szafki i podał mi niewielkie lusterko. Faktycznie, miałam mocno opuchniętą, siną wargę. Wyglądała tak, jak mówił.

— Bardziej jednak chcę wiedzieć, skąd u ciebie tak niezwykłe oczy. I dlaczego nie jesteś bardziej podobna do ojca?

— Oczy mam po matce — odpowiedziałam. — A jeśli chodzi o ojca, to jest tak pomarszczony, że nikt nie wie, jak naprawdę wygląda.

— Ty także kiedyś dostaniesz zmarszczek.

— Ale parę z nich sam sobie zrobił! — zawołałam. — Z tyłu głowy jest równie stary jak na twarzy, a tam ma skórę gładką jak skorupka jaja.

— W zasadzie nie należy tak mówić o własnym ojcu — zamruczał pan Tanaka — lecz prawdopodobnie masz rację.

Potem powiedział coś takiego, że poczerwieniałam jak burak, a usta zrobiły mi się całkiem białe.

— Więc jak pomarszczony starzec z jajem zamiast głowy mógł spłodzić tak przepiękną dziewczynę?

W późniejszych latach nazywano mnie piękną częściej, niż mogę zliczyć. Gejsze zawsze noszą miano pięknych, jeśli nawet zbytnio nie grzeszą urodą. Lecz w trakcie rozmowy z panem Tanaką nic nie wiedziałam o gejszach. I prawie mu uwierzyłam.

Kiedy już doktor Miura przemył mi opuchnięte usta i gdy kupiłam garść kadzidełek, po które posłał mnie ojciec, podniecona ruszyłam do domu. Kłębiło się we mnie bardziej niż w mrowisku. Byłabym pewnie spokojniejsza, gdyby wszystkie moje uczucia zmierzały w tę samą stronę. Ale nic z tego. Miotałam się niczym skrawek papieru na wietrze. Gdzieś pomiędzy myślami o matce — i gdzieś poza bólem zranionej wargi — zagnieździł się przyjemniejszy obraz, pobudzający moją wyobraźnię. Pan Tanaka. Przystanęłam na skałach i spojrzałam w morze, tam, gdzie nawet po ścichnięciu burzy fale były ostre niczym zęby głazów i gdzie niebo na dobre przybrało mętną barwę błota. Upewniłam się, że nikt mnie nie widzi, przycisnęłam kadzidła do piersi i zaczęłam szeptać nazwisko „Tanaka”. Rzucałam je w szum wiatru, aż z rozkoszą usłyszałam zaśpiew każdej sylaby. Wiem, że zachowywałam się okropnie głupio, ale cóż z tego? Przecież byłam tylko małym, skołowanym dzieckiem.

Po kolacji ojciec jak zwykle wybrał się do wsi, żeby pokibicować rybakom grającym w shogi. Satsu i ja w milczeniu sprzątałyśmy kuchnię. Bezskutecznie próbowałam przywołać przyjemne uczucie, jakie wyzwalał we mnie widok pana Tanaki. Chłodna cisza panująca w domu sprawiała, że z uporczywym strachem myślałam o chorej matce. Kiedy spocznie na wiejskim cmentarzu, obok innych członków rodziny ojca? I co wtedy będzie ze mną? Podejrzewałam, że Satsu zajmie miejsce zmarłej matki. Obserwowałam ją, jak czyściła żelazny garnek, w którym ugotowałyśmy zupę. Miała go tuż przed sobą — przed oczami — a mimo to nie byłam pewna, czy w ogóle go widzi. Skrobała ścianki naczynia, choć dawno już z nich zniknęły ostatnie ślady brudu.

— Źle się czuję, Satsu-san — powiedziałam w końcu.

— Idź na dwór i zagrzej kąpiel — burknęła i mokrą dłonią odgarnęła z oczu zmierzwione włosy.

— Nie chcę się kąpać — zawołałam. — Satsu, mama umiera…

— Garnek pękł. Zobacz!

— Nie pękł. Zawsze miał taką skazę.

— To gdzie się podziała woda?

— Wylałaś. Patrzyłam.

Satsu musiała to mocno przeżyć, gdyż, jak zwykle w podobnych chwilach, na jej twarzy pojawił się wyraz bezbrzeżnego zakłopotania. Nie powiedziała nic więcej, tylko zabrała garnek z kuchni i poszła go wyrzucić.

ROZDZIAŁDRUGI

Następnego ranka, żeby zapomnieć o kłopotach, poszłam popływać w niewielkim stawie, położonym pod kępą sosen, w pobliżu naszej chatki. Przy dobrej pogodzie przychodziło tam wiele wioskowych dzieci. Czasem także pojawiała się Satsu, wystrojona w dziwaczny kostium kąpielowy, który sama uszyła ze starych ubrań ojca. Nie był to dobry kostium, gdyż zawsze odstawał jej od piersi, kiedy się pochylała, a to z kolei niezmiennie wywoływało okrzyki chłopców:

— O! Widać górę Fuji!

Satsu nie zwracała na to najmniejszej uwagi.

Koło południa zgłodniałam, więc postanowiłam wrócić do domu. Satsu odeszła dużo wcześniej, z synem pomocnika pana Tanaki. Nazywał się Sugi. Zachowywała się przy nim jak pies. Wystarczało, że tylko zerknął przez ramię, a już posłusznie dreptała we wskazane miejsce. Nie spodziewałam się jej przed kolacją, więc ze zdziwieniem zobaczyłam ją w dole ścieżki, opierającą się o drzewo. Ty pewnie od razu byś zrozumiał, co się dzieje, ale ja byłam tylko małą dziewczynką. Satsu zsunęła kostium z ramion, a Sugi zabawiał się „górami Fuji”, jak je nazywali chłopcy.

W czasie choroby matki Satsu nabrała nieco kluchowatych kształtów. Piersi miała tak samo w nieładzie jak włosy. Co najciekawsze, to właśnie ów „nieporządek” zdawał się budzić największe emocje w Sugim. Pieścił je dłonią, odsuwał i patrzył, jak leniwie wracają na swoje miejsce. Wiedziałam, że nie powinnam podglądać, ale co miałam robić, skoro nie mogłam iść dalej?

— Po co się kulisz za drzewem, Chiyo-chan? — usłyszałam nagle zza pleców słowa wypowiedziane męskim głosem.

Zważywszy na to, że miałam dziewięć lat, że wracałam z kąpieli w stawie i że widok mojego ciała jeszcze nie budził w nikim żadnych głębszych uczuć… łatwo sobie wyobrazić, jak byłam ubrana.

Odwróciłam się, wciąż siedząc w kucki i rękami próbując zasłonić nagość. Za mną stał pan Tanaka. Chyba nic bardziej nie mogło mnie wprawić w zakłopotanie.

— To chyba twoja trzęsichatka? — spytał. — A tam stoi chłopak od Sugich. Znalazł sobie zajęcie… Znasz tę dziewczynę?

— To… moja siostra, proszę pana. Czekam, aż sobie pójdą.

Pan Tanaka przyłożył dłonie do ust i krzyknął. Chwilę potem usłyszałam tupot. To Sugi uciekał jak szalony w głąb ścieżki. Satsu chyba też zrejterowała, gdyż pan Tanaka stwierdził, że mogę już iść do domu i w coś się przyodziać.

— Daj to siostrze, kiedy ją spotkasz — dodał.

Wręczył mi zawiniątko z ryżowego papieru, mniej więcej wielkości rybiej głowy.

— To chińskie zioła — wyjaśnił. — Nie słuchajcie doktora Miury, gdy orzeknie, że są bez wartości. Powiedz siostrze, żeby je zaparzyła i dała matce do picia. Złagodzą ból. Są cenne, więc uważajcie, żeby ich nie zmarnować.

— Lepiej będzie, jak ja zrobię wywar. Siostra nawet nie umie dobrze zaparzyć herbaty.

— Doktor Miura mi mówił, że masz chorą matkę, ty narzekasz, że siostra nie zaparzy herbaty?! — zawołał pan Tanaka. — Co z tobą będzie, Chiyo-chan? U boku starego ojca… Kto ci zapewni odpowiednią opiekę?

— Teraz też radzę sobie przeważnie sama.

— Znam pewnego człowieka. Jest już stary, lecz kiedy był w twoim wieku, stracił ojca. Następnego lata umarła mu matka, a potem starszy brat uciekł do Osaki. Chłopiec pozostał sam. Brzmi znajomo?

Pan Tanaka popatrzył na mnie z takim wyrazem twarzy, że nie ośmieliłam się zaprzeczyć.

— Tak… Ten człowiek to Tanaka Ichiro — dodał. — Czyli ja… Tylko wówczas nosiłem nazwisko Morihashi. W wieku dwunastu lat trafiłem do rodziny Tanaka. Gdy podrosłem, wziąłem za żonę jedną z ich córek i zostałem adoptowany. Teraz pomagam w prowadzeniu rodzinnej firmy. Widzisz więc, że dla mnie wszystko skończyło się szczęśliwie. Może i ty, dziecko, zaznasz lepszego losu…

Przez chwilę spoglądałam na jego siwe włosy i na zmarszczki na czole, głębokie niczym rysy na korze drzewa. Wydawał mi się najmądrzejszym człowiekiem świata. Pomyślałam, że wie o rzeczach, których nigdy nie będę znała, i że nigdy w życiu nie dorównam mu elegancją. Nigdy też nie włożę równie pięknego, niebieskiego kimona. Siedziałam przed nim naga, przycupnięta w piasku, z poplątanymi włosami i brudną buzią, woniejąca zastałą wodą ze stawu.

— Nikt nie zechce mnie adoptować — powiedziałam.

— Nie? Jesteś przecież wyjątkowo bystrą dziewczynką. Nazwałaś swój dom „trzęsichatką”, o głowie ojca mówisz, że wygląda jak jajo…

— Bo to prawda.

— Niczemu nie zaprzeczam — odparł. — A teraz biegnij, Chiyo-chan. Na pewno zgłodniałaś. Jeśli twoja siostra zasiądzie do zupy, połóż się na podłodze i czekaj, aż ci coś skapnie.

Od tamtej pory zaczęłam marzyć, że zostanę adoptowana przez pana Tanakę. Czasami nawet zapominam, jak przez to cierpiałam. Chwytałam się wszystkiego, aby zaznać nieco wytchnienia. W najgorszych chwilach wracałam myślami do matki, do czasów kiedy o porankach nie jęczała z bólu. Miałam zaledwie cztery lata, gdy wybraliśmy się do wioski na święto obon. Był to ten czas roku, w którym witaliśmy wracające na ziemię duchy zmarłych. Przez kilka dni, zaraz po wieczornej uroczystości na cmentarzu, paliliśmy ogniska przed domem, żeby wskazać przodkom właściwą drogę. Ostatniej nocy było wielkie zgromadzenie w świątyni shinto, postawionej na skałach u wejścia do zatoki. Przed wrotami świątyni, wokół niewielkiej polany, na sznurach rozciągniętych wśród drzew rozwieszono kolorowe lampiony. Przez chwilę, wraz z innymi mieszkańcami wioski, tańczyłam u boku matki, w rytmie bębnów i fletu. Potem poczułam się zmęczona. Matka wzięła mnie na ręce i usiadła na skraju polany. Nagły podmuch wiatru od strony morza zatrzepotał lampionami. Jeden z nich cały stanął w płomieniach. Patrzyłyśmy, jak ogień pełznie po sznurze, jak lampion spada… jak uniesiony kolejnym powiewem ponownie szybuje w górę, ciągnąc za sobą ogon złocistych iskier. Znowu przypadł do ziemi i znów się poderwał, niesiony na skrzydłach wiatru wprost w naszą stronę. Matka puściła mnie i wyciągnęła ręce, by zdusić ogień. Przez chwilę obsypywał nas deszcz płomyków i iskier; potem resztki lampionu odfrunęły za drzewa i tam zgasły. Nikt — nawet matka — nie doznał poparzeń.

Mniej więcej tydzień później — a było to dość czasu, aby moje marzenia o adopcji zdążyły zblednąć — pan Tanaka odwiedził mojego ojca. Zastałam ich po południu, siedzących przy stoliku i pogrążonych w poważnej rozmowie. Wiedziałam, że w poważnej, gdyż nawet nie zauważyli mojego powrotu. Przystanęłam w połowie kroku, żeby posłuchać, o czym mówią.

— I co ty na to, Sakamoto?

— Nie wiem, proszę pana — odparł ojciec. — Nie wyobrażam sobie, by dziewczynki mogły zamieszkać gdzieś indziej.

— Wierzę, lecz z drugiej strony uważam, że powinny odejść. Tak będzie lepiej dla ciebie i dla nich. Dopilnuj tylko, żeby jutro wieczorem dotarły do wioski.

Pan Tanaka wstał i skierował się w stronę drzwi. Udawałam, że dopiero weszłam, więc spotkaliśmy się w progu.

— Rozmawiałem o tobie z ojcem, Chiyo-chan — powiedział. — Mieszkam po drugiej stronie wzgórz, w Senzuru. To większa miejscowość niż Yoroido. Na pewno ci się spodoba. Chcesz tam pojechać? Weźmiemy też Satsu-san. Zobaczysz mój dom i poznasz małą córeczkę. A może nawet zanocujesz? Tylko raz, potem znowu odwiozę cię do ojca. Zgoda?

Odpowiedziałam, że to bardzo miłe. Z całych sił udawałam, że nie zaszło nic niezwykłego, chociaż coś z głuchym hukiem eksplodowało mi w głowie. Nie umiałam pozbierać porozrzucanych strzępków myśli. To prawda, że częściowo czepiałam się nadziei, iż pan Tanaka przygarnie mnie po śmierci matki, ale ta wiara była grubo podszyta strachem. Wstyd mnie ogarniał na sam pomysł, że mogłabym spędzić noc poza trzęsichatką. Po wyjściu pana Tanaki zakrzątnęłam się w kuchni, lecz, niczym Satsu, nie widziałam stojących przede mną naczyń. Nie wiem, ile minęło czasu. Wreszcie usłyszałam, że ojciec pociąga nosem. Pomyślałam, że płacze i poczerwieniałam ze wstydu. Kiedy w końcu odważyłam się spojrzeć w jego stronę, zobaczyłam, że z ręką wplątaną w sieci stoi w drzwiach prowadzących do drugiej izby, tam, gdzie w promieniach słońca leżała matka. Kołdra przylgnęła do niej jak druga skóra.

Następnego dnia, przed spotkaniem z panem Tanaką, wyszorowałam brudne nogi i wymoczyłam się w kąpieli, w starym kotle zepsutej maszyny parowej, którą ktoś kiedyś porzucił w naszej wiosce. Ojciec odpiłował wierzch kotła, a wewnętrzne ścianki wyłożył drewnem. Siedziałam w wodzie długą chwilę, wlepiając wzrok w morze. Czułam się wolna; po raz pierwszy w życiu miałam zobaczyć coś ze świata położonego poza wioską.

Później wraz z Satsu stanęłyśmy pod halą Japońskiego Przedsiębiorstwa Rybołówstwa Morskiego i patrzyłyśmy, jak rybacy wynoszą połów na przystań. Był wśród nich i nasz ojciec. Brał ryby w kościste dłonie i wrzucał je do podstawionych koszy. Raz nawet zerknął na mnie i na Satsu, a potem otarł twarz rękawem koszuli. Wyglądał na smutniejszego niż zwykle. Pełne kosze wędrowały na wóz zaprzężony w konie. Wspięłam się na oś, żeby spojrzeć do środka. Większość ryb szklanym wzrokiem wpatrywała się w przestrzeń, lecz niektóre lekko poruszały pyszczkami, jakby cicho krzyczały.

— Czeka was podróż do Senzuru, rybki! — próbowałam je uspokoić. — Wszystko będzie dobrze.

Nie miałam serca powiedzieć im prawdy.

Wreszcie na ulicy zjawił się pan Tanaka. Kazał nam usiąść obok siebie, na koźle wozu. Zajęłam miejsce w środku, tak blisko niego, że poczułam na ręku dotyk niebieskiego kimona. Nic nie poradzę — poczerwieniałam jak burak. Satsu patrzyła na mnie, lecz chyba nic nie zauważyła, gdyż wciąż miała zwykłą, zaspaną minę.

Większość drogi spędziłam spoglądając za siebie, na rozhuśtane kosze z rybami. Kiedy wjechaliśmy na wzgórza okalające Yoroido, wóz nagle podskoczył na jakimś kamieniu. Na drogę wypadł pokaźny morski okoń. Pacnął o ziemię z taką siłą, że zbudził się do życia. Nie mogłam patrzeć, jak się rzucał i szeroko otwierał pyszczek. Ze łzami w oczach odwróciłam głowę. Chociaż nie chciałam, pan Tanaka i tak to zauważył. Gdy podniósł rybę i ruszyliśmy w dalszą podróż, zapytał, co się stało.

— Biedny okoń! — wykrztusiłam.

— Jesteś jak moja żona. Na szczęście większość ryb dociera do niej martwa, ale przy gotowaniu krabów lub innych żywych stworzeń zaraz zaczyna płakać i nucić pod nosem.

Pan Tanaka nauczył mnie krótkiej przyśpiewki — po prawdzie bardziej przypominała modlitwę — wymyślonej ponoć przez jego żonę. Piosenka była przeznaczona dla krabów, lecz zmieniliśmy niektóre słowa.

Suzuki yo suzuki!

Jobutsu shite kure!

Okoniu, mój okoniu,

Wkrótce staniesz u bram raju!

Potem zaśpiewaliśmy kołysankę. Nie znałam jej wcześniej. Zaśpiewaliśmy ją dla flądry leżącej w płaskim koszyku i toczącej nie widzącym wzrokiem przy każdym bujnięciu wozu.

Nemure yo, ii karei yo!

Niwa ya makiba-ni

Tori mo hitsuji mo

Minna nemureba

Hoshi wa mado kara

Gin-no hikari-o

Sosogu, kono yoru!

Śpij, dobra flądro!

Ptaki oraz owce

Także już zasnęły

W sadzie i na łące,

A przez okno wpada

Złotem ustrojony

Gwiezdny mrok wieczoru.

Parę chwil później minęliśmy wzgórza i hen w dole ujrzeliśmy miasteczko Senzuru. Dzień był mętny i wszystko wokół tonęło w szarych cieniach. Powitanie ze światem otaczającym Yoroido nie wywarło na mnie większego wrażenia. Widziałam kryte strzechą dachy domów nad zatoką, płaskie góry, a za nimi siwe jak stal morze, nakrapiane cętkami bieli. Widok lądu był ciekawszy, bo przecięty długą blizną torów kolei żelaznej.

Senzuru okazało się brudnym, cuchnącym miejscem. Nawet ocean śmierdział, jakby zgniły w nim wszystkie ryby. Na przystani, wśród słupów podtrzymujących pomost, na kształt meduz dryfowały kawałki warzyw. Kutry były podrapane, o popękanych burtach. W moich oczach wyglądały jak po ciężkiej bójce.

Dłuższą chwilę siedziałyśmy we dwie na molo, aż wreszcie pan Tanaka zabrał nas do głównego budynku Japońskiego Przedsiębiorstwa Rybołówstwa Morskiego. Szliśmy długim korytarzem, w którym tak cuchnęło, aż pomyślałam, że wpadliśmy do brzucha olbrzymiej ryby. W końcu, ku mojemu zaskoczeniu, trafiliśmy do biura. Wydało mi się przecudowne. Stanęłam obok Satsu, boso, na śliskiej kamiennej posadzce. Przed nami było podwyższenie pokryte matą tatami. Być może to najbardziej działało na moją wyobraźnię: wszystko, co stało wyżej, stawało się wspanialsze. Tak czy siak, znalazłam się w najpiękniejszym pokoju na świecie. Teraz ze śmiechem myślę o wrażeniu, jakie wywarło na mnie skromne biuro handlarza ryb w małym mieście na brzegach Morza Japońskiego.

W głębi pokoju, na poduszce, siedziała starsza kobieta. Na nasz widok zerwała się z miejsca, podbiegła na skraj maty i przyklęknęła. Była naprawdę stara, pogięta i ruchliwa. Nigdy dotąd nie spotkałam kogoś, kto by się tak strasznie wiercił. Wciąż wygładzała kimono albo wycierała coś z kącika oka, albo drapała się po nosie… i do tego ciągle wzdychała, jakby z żalu, że musi się wiecznie kręcić.

— To Chiyo-chan, a to jej starsza siostra, Satsu-san — powiedział do niej pan Tanaka.

Ukłoniłam się lekko, na co pani Wierćka zareagowała skinieniem głowy. Potem westchnęła z głębi serca i przesunęła dłonią po strupach na szyi. Patrzyła mi wprost w oczy, więc nie mogłam odwrócić wzroku.

— Tak… Więc jesteś Satsu-san? — spytała, spoglądając wciąż na mnie.

— Satsu to ja — odezwała się moja siostra.

— Kiedy się urodziłaś?

Satsu nie była pewna, do której z nas odnosi się to pytanie, zatem odpowiedziałam za nią.

— Przyszła na świat w Roku Krowy.

Starucha wyciągnęła rękę i poklepała mnie po buzi. Zrobiła to w osobliwy sposób, lekko bijąc mnie w szczękę, lecz po jej minie poznałam, że chodzi o pieszczotę.

— Ładniutka, prawda? I te niezwykłe oczy! Od razu widać, że to bystry dzieciak. Wystarczy spojrzeć na jej czoło. — Zerknęła na Satsu. — Teraz ty. Rok Krowy… piętnaście lat, Wenus. Sześć, białe. Hmmm… Podejdź nieco bliżej.

Satsu spełniła polecenie. Pani Wierćka dokładnie zbadała jej głowę, zarówno za pomocą wzroku, jak i dotyku. Najwięcej czasu poświęciła na oględziny nosa i uszu. Przez dłuższą chwilę miętosiła moją biedną siostrę, wreszcie na zakończenie wydała głuchy pomruk i przeniosła wzrok na mnie.

— Ty jesteś z Roku Małpy. Wiedziałam od razu. Ależ masz w sobie wody! Osiem, białe. Saturn. Śliczna dziewczynka. Zbliż się.

Teraz mnie przebadała, ciągnąc za uszy i tak dalej. Nie mogłam odpędzić myśli, że tą samą ręką drapała się przedtem po strupach. W końcu wstała i zeszła z maty na kamienną posadzkę. Chwilę trwało, zanim wepchnęła pokrzywione stopy w zori, później znacząco popatrzyła na pana Tanakę. W lot zrozumiał, o co chodzi, gdyż bez słowa wyszedł i zamknął za sobą drzwi.

Pani Wierćka stanęła przy Satsu, rozsupłała tasiemki koszuli i obnażyła ją zręcznym ruchem. Lekko dotknęła jej piersi, zajrzała pod pachy, obróciła tyłem do siebie i popukała w plecy. Gapiłam się jak oniemiała. Owszem, widziałam już Satsu nagą, lecz to, co wyprawiała z nią pani Wierćka, wydawało mi się zdrożniejsze niż zabawy chłopaka od Sugich. Jakby nie dość, starucha ściągnęła z niej nawet spodnie, zlustrowała od stóp do głów i znów okręciła w swoją stronę.

— Zdejmij spodnie do końca — zażądała.

Satsu miała bezbrzeżnie zdumioną minę, ale posłusznie zrobiła krok w bok, zostawiając spodnie na śliskich kamieniach. Pani Wierćka wzięła ją za ramiona i posadziła na podwyższeniu. Satsu była zupełnie goła; jestem pewna, że podobnie jak ja nie miała najmniejszego pojęcia, co się dzieje. Nie miała także czasu na namysły, gdyż pani Wierćka energicznie rozwarła jej kolana i bez skrupułów sięgnęła między nogi. Nie mogłam dłużej patrzeć. Satsu chyba stawiła opór, gdyż pani Wierćka krzyknęła nagle i rozległo się głośne klaśnięcie — po zaczerwienieniu na udzie siostry poznałam później, że dostała solidnego klapsa. Za chwilę było już po wszystkim. Pani Wierćka kazała jej się ubrać. Satsu pociągała nosem, kiedy wkładała spodnie i koszulę. Pewnie płakała, lecz nie miałam odwagi na nią spojrzeć.

Pani Wierćka podeszła do mnie i po chwili stałam naga, z majtkami spuszczonymi do kolan. Nie miałam piersi do zabawy, więc obeszło się jedynie na oględzinach pach i pleców. Potem — już zupełnie bez majtek — usiadłam na podwyższeniu. Potwornie się bałam i nie chciałam rozszerzyć kolan. Skończyło się podobnie jak z Satsu: dostałam tak mocnego klapsa, że zadrapało mnie w gardle od powstrzymywanego szlochu. Pani Wierćka wsadziła mi palec między nogi i uszczypnęła, aż wrzasnęłam. Kiedy powiedziała, że mam się ubierać, czułam się jak tama pod naporem wzbierającej rzeki. Nie płakałam jednak z obawy, żeby źle nie wypaść w oczach pana Tanaki.

— Dziewczynki są zdrowe — oznajmiła starucha, gdy pan Tanaka wrócił do pokoju — i przydatne. Obie nietknięte. Starsza ma w sobie zbyt wiele drewna, ale w młodszej jest więcej wody. Śliczna, prawda? Siostra przy niej wygląda jak żebraczka!

— Obie są na swój sposób ładne — powiedział pan Tanaka. — Porozmawiamy o tym po drodze. Dziewczynki zaczekają tutaj.

Kiedy oboje wyszli, popatrzyłam na siostrę. Satsu wciąż siedziała na skraju podwyższenia i patrzyła w sufit. Wokół nosa utworzyły jej się dwa jeziorka łez. Nie wytrzymałam wówczas i też wybuchnęłam płaczem. Dokuczało mi poczucie winy za to, co się stało. Rąbkiem własnej koszuli otarłam policzki Satsu.

— Kim była ta straszna baba? — wyjąkała.

— Pewnie wróżką. Pan Tanaka chciał się dowiedzieć o nas jak najwięcej…

— To dlaczego patrzyła na nas w taki okropny sposób?

— Nic nie rozumiesz, Satsu-san? — spytałam. — Pan Tanaka chce nas adoptować.

Na te słowa Satsu zamrugała gwałtownie, jakby jakiś robak wpełzł jej do oka.

— O czym ty mówisz? — zawołała. — Przecież nie może…

— Ojciec jest stary… a matka chora. Pan Tanaka martwi się naszym losem. Wkrótce nie będzie nikogo, kto mógłby się nami zająć.

Satsu podniosła się z miejsca, wyraźnie poruszona tym, co usłyszała. Zmrużyła oczy, zupełnie jakby chciała nabrać przekonania, że nic a nic nas nie ruszy z naszej trzęsichatki. Ściskała moje słowa w ten sam sposób, w jaki wyżyma się wodę z gąbki. Potem z wolna jej twarz przybrała zwykły wyraz. Satsu usiadła na podwyższeniu. Po chwili rozglądała się po pokoju, jakbyśmy wcale nie rozmawiały.

Dom pana Tanaki stał na końcu drogi, tuż za miastem. Okalające go sosny wydzielały tak samo silną woń jak ocean przy skałach obok naszej chatki. Gdy pomyślałam o morzu i zmianie zapachów, poczułam nagle w środku dziwną pustkę. Odskoczyłam od niej jak ktoś, kto się cofa, ledwie wyjrzawszy za krawędź klifu. Dom był większy niż jakakolwiek budowla w Yoroido, z ogromnym okapem, całkiem jak na świątyni. Pan Tanaka wszedł do sieni, zzuł buty i zostawił je tam, gdzie były, gdyż zaraz zjawiła się służąca, żeby przełożyć je do szafki. Satsu i ja byłyśmy boso, lecz gdy tylko przestąpiłam próg, poczułam lekkie uderzenie w plecy. Na drewnianą podłogę spadła sosnowa szyszka. Odwróciłam się i zobaczyłam dziewczynkę, mniej więcej w moim wieku, o krótko obciętych włosach. Biegiem schowała się za drzewem. Potem wyjrzała, uśmiechnęła się, ukazując trójkątną dziurę po mlecznych zębach i pobiegła dalej patrząc, czy za nią gonię. Może to zabrzmi dziwnie, lecz nigdy dotąd nie spotkałam kogoś takiego. Owszem, znałam dziewczynki z wioski, ale dorastałyśmy razem i w tym wypadku nie można było mówić o „spotkaniach”. Kuniko — gdyż tak brzmiało imię córki pana Tanaki — od samego początku okazała mi tyle przyjaźni, że przestałam się bać kontaktów z obcym światem.

Była o wiele lepiej ubrana ode mnie oraz nosiła zori. Dogoniłam ją na bosaka, w zagajniku, przy niewielkim placyku zabaw, urządzonym z obciętych gałęzi uschniętego drzewa. Tu Kuniko z szyszek i kamieni ułożyła coś na kształt domu. W jednym „pokoju” poczęstowała mnie herbatą, zaparzoną na niby w pękniętej czarce. W drugim zajęłyśmy się lalką o chłopięcym imieniu Taro. Tak naprawdę był to mały szmaciany worek, wypełniony piaskiem. Taro uwielbiał gości, twierdziła Kuniko, ale okropnie bał się dżdżownic. Dziwnym trafem jego mała mama zachowywała się tak samo. Kiedy znaleźliśmy robala, prosiła, żeby go odnieść, zanim biedny Taro wybuchnie płaczem.

Nie posiadałam się ze szczęścia, że zyskam Kuniko za siostrę. Prawdę mówiąc, wszystko — majestatyczne sosny, zapach drzew i nawet pan Tanaka — blakło przy tej perspektywie. Życie tutaj, w porównaniu z Yoroido, było tak odmienne jak smak frykasów w zestawieniu z wonią gotowanych potraw.

Gdy zapadł zmierzch, umyłyśmy ręce i nogi w wodzie zaczerpniętej ze studni i weszłyśmy do domu, żeby zająć miejsce przy prostokątnym stole. Z niekłamanym zachwytem patrzyłam, jak para z naczyń wije się aż pod sufit, w stronę elektrycznej lampy. Zdumiona byłam także światłem zalewającym pokój; nigdy dotąd nie widziałam takiego blasku. Służba wniosła kolację: okonia z rusztu, pikle, zupę i gorący ryż — ale z chwilą gdy zaczęliśmy jeść, w domu zapanowała zupełna ciemność. Pan Tanaka wybuchnął śmiechem; widać nieraz przeżył podobną przygodę. Kazał wnieść latarnie na drewnianych stojakach.

W czasie posiłku nikt zbytnio nie kwapił się do rozmowy. Sądziłam, że pani Tanaka będzie olśniewająco piękna, lecz ona co najwyżej przypominała moją własną siostrę. Poza tym że częściej się uśmiechała. Po kolacji namówiła Satsu na małą partię go, a pan Tanaka wstał i skinął na służącą, by przyniosła mu wierzchnie odzienie. Potem wyszedł. Po krótkiej chwili Kuniko popchnęła mnie w stronę drzwi. Włożyła słomiane zori i wręczyła mi drugą parę. Spytałam, gdzie idziemy.

— Ciii… — szepnęła. — Będziemy śledzić tatę. Zawsze to robię, gdy wychodzi. To tajemnica.

Z podjazdu skręciłyśmy w główną ulicę, wiodącą do Senzuru. Cały czas trzymałyśmy się w bezpiecznej odległości za panem Tanaką. Przez kilka minut szłyśmy w cieniu domów, potem Kuniko wzięła mnie za rękę i pociągnęła w wąski zaułek. Kamienny chodnik między budynkami doprowadził nas pod jasno oświetlone okno. Kuniko spojrzała przez dziurę wywierconą w papierowej ściance. Z wnętrza dobiegały śmiechy i głośne rozmowy. Ktoś śpiewał przy akompaniamencie shamisenu. Wreszcie Kuniko odsunęła głowę i dała mi też popatrzeć. Pół pokoju zasłaniał składany parawan, ale i tak zobaczyłam pana Tanakę, siedzącego na macie w towarzystwie trzech albo czterech innych mężczyzn. Ten najbliżej niego opowiadał właśnie, jak to przytrzymywał drabinę pewnej młodej dziewczynie i przy okazji, ukradkiem, zerkał pod jej kimono. Wszystkich to rozbawiło, z wyjątkiem pana Tanaki, który wlepiał wzrok w niewidoczny dla mnie kąt pokoju. Jakaś starsza dama podała mu szklankę. Z wyciągniętą ręką czekał, aż naleją mu piwa. W moich oczach wyglądał jak wyspa na morzu, gdyż ani na chwilę nie przyłączył się do ogólnej wesołości — a chichotała nawet dama z piwem — tylko wciąż patrzył na drugą stronę stołu. Oderwałam oko od dziury i spytałam, co to za miejsce.

— Herbaciarnia — odpowiedziała Kuniko. — Z gejszami. Tata tu przychodzi niemal każdej nocy. Nie wiem, dlaczego tak to lubi. Panie podają piwo, a panowie ciągle gadają. Przerywają tylko na chwilę, żeby coś zaśpiewać. Pod sam koniec wszyscy są pijani.

Zerknęłam do pokoju na czas, by zobaczyć cień sunący po ścianie. Potem w polu widzenia zjawiła się kobieta. We włosy miała wpięte zwisające zielone kwiecie wierzby i nosiła różowe kimono ozdobione białymi kwiatami. W pasie była owinięta szerokim, żółtopomarańczowym obi. Nigdy przedtem nie widziałam tak eleganckiego stroju. Kobiety z Yoroido nawet w święta wkładały zwykły, bawełniany lub lniany przyodziewek, czasami zabarwiony na kolor indygo. Ale, w odróżnieniu od wspaniałej szaty, widziana przeze mnie gejsza wcale nie była piękna. Nie mogła domknąć ust, bo miała wystające zęby, a jej wąska głowa wyglądała tak, jakby ktoś kiedyś wcisnął ją między deski. Może jestem okrutna w swoich sądach, lecz drażniło mnie to tym bardziej, że nikt chyba nie nazwałby jej pięknością, a jednak pan Tanaka wlepiał w nią spojrzenie mokre jak stara ścierka. Toczył rozmarzonym wzrokiem, choć inni rechotali, a gdy klęknęła obok, by dolać mu nieco piwa, w jej zachowaniu było coś takiego, co pozwalało sądzić, że znają się nie od dzisiaj.

Po mnie Kuniko przejęła wachtę przy otworze, a potem wróciłyśmy do domu i razem zasiadłyśmy w łaźni, na skraju sosnowego lasu. Niebo, chociaż do połowy zakryte gałęziami, migotało miliardami gwiazd… Mogłabym tak siedzieć dłużej, przeżywając w myślach wrażenia minionego dnia, lecz Kuniko zaczęła przysypiać w gorącej wodzie i służba wyciągnęła nas z łaźni.

Satsu już zdrowo chrapała. Położyłyśmy się obok niej, ciasno objęte ramionami. Z wolna ogarnęła mnie rozkoszna błogość.

— Wiesz, że niedługo zamieszkam wraz z tobą? — szepnęłam do Kuniko.

Myślałam, że się zdziwi, otworzy oczy, a może nawet usiądzie, ale nic nie zdołało wyrwać jej z uśpienia. Mruknęła coś, a chwilę później poczułam jej ciepły i wilgotny oddech, zmącony cichym chrapaniem.

ROZDZIAŁTRZECI

Miałam wrażenie, że podczas naszej krótkiej nieobecności stan matki uległ znacznemu pogorszeniu. A może po prostu zapomniałam o jej chorobie? Dom pana Tanaki pachniał dymem i sosną, nasz przepełniała woń cierpienia, i to w takim stopniu, że nie umiem tego opisać. Ponieważ Satsu była zajęta w wiosce, wieczorem przyszła pani Sugi. Miała mi pomóc przy kąpaniu matki. Ta zaś była naprawdę w fatalnym stanie. Kiedy wyprowadzałyśmy ją z domu, spostrzegłam, że ramiona ma węższe od klatki piersiowej i że jej oczy pokrywa niezdrowe bielmo. Nie chciałam na to patrzeć. Próbowałam sobie przypomnieć nasze dawne kąpiele — dwa parujące ciała, jędrne i białe jak gotowany korzeń rzepy. Wprost nie mieściło mi się w głowie, że matka, która skórę miała gładszą niż Satsu i której plecy tak często szorowałam gąbką, mogłaby przed jesienią odejść z tego świata.

Nocą, leżąc na materacu, na wszelkie strony rozważałam powstałą sytuację. Wmawiałam sobie, że wszystko będzie dobrze. Jak miałyśmy dalej żyć bez matki? Co się stanie z rodziną, gdy wyjedziemy do Senzuru? W końcu doszłam do wniosku, że pan Tanaka powinien adpotować także mojego ojca. Jak mógłby go zostawić na pastwę losu? Nie mogłam zasnąć, póki nie nabrałam przekonania, że tak będzie naprawdę. W ogóle mało spałam w ciągu tych tygodni, a świt jawił mi się jako rozmazana plama.

Właśnie któregoś ranka, w samym środku upalnego lata, kiedy wracałam z wioski z paczką herbaty pod pachą, usłyszałam za sobą kroki. Odwróciłam się. Ścieżką podążał pan Sugi, pomocnik pana Tanaki. Dogonił mnie, stanął i chwilę łapał oddech, sapał i trzymał się pod boki, jakby biegł całą drogę aż z Senzuru. Był czerwony i błyszczał się niczym lucjan, chociaż dzień nie rozpoczął się jeszcze na dobre.

— Pan Tanaka… — wydyszał w końcu — chce was widzieć w wiosce. Ciebie i twoją siostrę… Natychmiast.

Dziwne, myślałam, że ojciec dziś nie wypłynął w morze. Teraz już zrozumiałam: nadszedł właściwy Moment.

— A ojciec? — zapytałam. — Pan Tanaka mówił coś o nim?

— Idź, Chiyo-chan — usłyszałam w odpowiedzi. — Idź i zawołaj siostrę.

Nie spodobało mi się to, ale pobiegłam do domu. Ojciec siedział przy stole i paznokciem wydłubywał brud z jakiejś rysy. Satsu dokładała węgla do paleniska. Wydawało mi się, że oboje czekają na coś strasznego.

— Tato, Satsu-san i ja mamy iść do wioski — powiedziałam. — Czeka tam pan Tanaka.

Satsu zdjęła fartuch, powiesiła go na kołku i wyszła. Ojciec nie wyrzekł ani słowa, tylko mrugał oczami i wpatrywał się w miejsce, gdzie przed chwilą stała. Potem wbił wzrok w podłogę i z wolna skinął głową. Z drugiego pokoju dochodziły jęki śpiącej matki.

Zanim dogoniłam siostrę, byłyśmy już prawie w wiosce. Od tygodni marzyłam o tej chwili, lecz teraz się bałam jak nigdy dotąd. Satsu zachowywała się, jakby dzisiejszy spacer nie robił na niej najmniejszego wrażenia. Nawet nie umyła rąk powalanych węglem. Odgarnęła włosy i zrobiła sobie na czole czarną smugę. Nie chciałam, żeby pan Tanaka widział ją w takim stanie, więc próbowałam — niczym matka — doprowadzić jej wygląd do ładu, ale odtrąciła mi rękę.

Pan Tanaka czekał przed budynkiem Japońskiego Przedsiębiorstwa Rybołówstwa Morskiego. Skłoniłam się i powiedziałam „dzień dobry”, przekonana, że ucieszy się na nasz widok, on jednak zachowywał się z dziwną rezerwą. Był to chyba pierwszy widomy znak, że nie wszystko pójdzie po mojej myśli, zlekceważyłam go jednak. Kiedy podeszliśmy do wozu, pomyślałam, że pojedziemy do Senzuru, by Kuniko i pani Tanaka dowiedziały się o adopcji.

— Pan Sugi siądzie na koźle wraz ze mną — oznajmił pan Tanaka. — Ty i Shizu-san możecie usadowić się z tyłu.

Powiedział „Shizu-san”. Pomyślałam, że to bardzo nieładnie, że pomylił jej imię, lecz Satsu nie zwróciła na to najmniejszej uwagi. Wsparła się jedną ręką o śliskie deski, wlazła na wóz i zajęła miejsce między pustymi koszami na ryby. Potem tą samą ręką zgoniła muchę z twarzy, zostawiając błyszczący ślad na policzku. Nie byłam równie obojętna na śluz i rybie łuski. Denerwował mnie wstrętny zaduch i myślałam jedynie o tym, żeby umyć dłonie po przyjeździe do pana Tanaki. Może przydałoby się też wyprać ubranie?

Przez większą część podróży nie zamieniłam z nikim ani słowa. Dopiero gdy wjechaliśmy na wzgórza otaczające Senzuru, Satsu odezwała się nagle:

— Pociąg.

Hen, daleko, zobaczyłam lokomotywę i wagony, zmierzające w stronę miasteczka. Smuga dymu przypominała wylinkę węża. Spodobało mi się to skojarzenie i nawet próbowałam zagadać coś do Satsu, ale nie doczekałam się żadnej odpowiedzi. Pan Tanaka na pewno mnie zrozumie, pomyślałam. I Kuniko. Postanowiłam, że pomówię z nimi, kiedy dobijemy do domu.

W tej samej chwili spostrzegłam, że jedziemy w zupełnie innym kierunku.

Kilka minut później wóz stanął na pylistej ścieżce przy torach, tuż przed granicą miasta. Dookoła kłębił się tłum ludzi obładowanych pakunkami. Ze zdziwieniem dostrzegłam panią Wierćkę. Towarzyszył jej jakiś chudzielec w usztywnianym kimonie. Miał miękkie czarne włosy, podobne do kociego futra, a w ręku trzymał szmacianą torbę na sznurku. Nie pasował do tego miejsca, do chłopów i rybaków z koszami, i do przygarbionych kobiet dźwigających warzywa. Pani Wierćka szepnęła coś do niego, a on spojrzał wprost na nas. Instynktownie zadrżałam ze strachu.

Pan Tanaka dokonał prezentacji, przedstawiając chudzielca jako „pana Bekku”. Pan Bekku nic nie mówił, tylko wpatrywał się we mnie. Chyba był speszony wyglądem Satsu.

— Wziąłem także Sugiego — powiedział pan Tanaka. — Pochodzi z Yoroido. Zna dziewczynki, więc jeśli trzeba, dostanie kilka dni wolnego. Ma jechać z wami?

— Nie, nie. — Pan Bekku przecząco machnął dłonią.

Nic mi się nie zgadzało. Zapytałam o cel podróży, ale nikt mnie nie słuchał, więc musiałam sama znaleźć wyjaśnienie. Doszłam do wniosku, że pan Tanaka — niezadowolony z pani Wierćki — znalazł sobie innego wróżbitę, który miał nas gdzieś zabrać, żeby dokładniej zbadać nasze losy. Do Senzuru pojedziemy później.

Ledwie to pomyślałam, zbliżyła się pani Wierćka. Uśmiechnęła się przymilnie i odprowadziła nas kawałek wzdłuż gliniastego peronu. Kiedy odeszłyśmy na tyle daleko, że pozostali nie mogli nas słyszeć, nagle przestała się uśmiechać.

— Posłuchajcie teraz — burknęła. — Jesteście okropne!

Rozejrzała się i — pewna, że nikt nie widzi — zdzieliła każdą z nas solidnie po głowie. Nawet nie bolało, ale krzyknęłam z zaskoczenia.

— Dostaniesz mocniej, jak sprawisz, że przez ciebie najem się wstydu! — wysyczała. — Pan Bekku to poważny człowiek i nie znosi grymasów. Jak ci każe wejść pod ławkę w wagonie, to wejdziesz. Zrozumiano?

Poznałam po jej minie, że jak nie odpowiem, to znów mnie uderzy, ale z przerażenia odebrało mi mowę. Pani Wierćka nie czekała długo. Uszczypnęła mnie w szyję tak mocno, że nawet nie wiedziałam, w którym miejscu mnie naprawdę boli. Czułam się, jakbym wpadła do balii pełnej gryzących stworzeń. Słyszałam własny szloch. Chwilę potem obok nas stanął pan Tanaka.

— Co się tu dzieje? — spytał. — Jeśli dziewczętom trzeba coś wyjaśnić, proszę to zrobić przy mnie. Nie zasługują, by traktować je w ten sposób.

— Bez wątpienia przydałoby się parę dodatkowych uwag, ale oto i pociąg — odparła pani Wierćka.